Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Filipiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Filipiny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Chapon Cacao Rare Philippines ciemna 75 % z Filipin

Filipiny jako kraj pochodzenia kakao, po tym, jak zjadłam kilka czekolad z takiego, przestał robić na mnie takie wielkie wrażenie jak na początku, gdy wydawał się tajemniczą ciekawostką. Smakowo tabliczki z filipinskiego kakao raczej nie mają w sobie tego czegoś, co podbija me serce. W kwestii dziś przedstawianej tabliczki miałam jednak przeczucie. Uwielbiam markę Chapon, to jedna z moich ulubionych, która nawet po zmianach na gorsze (z trzcinowego cukru przerzucili się na biały), wciąż zachwyca swymi czekoladami. Byłam więc pewna, że i Filipiny od nich będą smakową bombą. Do zrobienia swojej tabliczki wykorzystali kakao zakupione od kooperatywy Paquibato.

Chapon Cacao Rare Philippines to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao z Filipin, z wyspy Mindanao.

Po otwarciu poczułam owoce i budyń w zasadzie zlane w jedno. Towarzyszyło im sporo kwiatów. Od razu pomyślałam o egzotycznym, specyficznym smakującym "budyniowo" owocu cherimoya, ale zaraz też o przeciero-musie bananowym. Oprócz bananów odnotowałam naturalne, przez co czarne, słodko-duszne, a zarazem kwaskawe morele suszone. Budyń przedstawił się jako śmietankowy. Przechodził w jakąś kaszkę na mleku, chyba mannę, możliwe, że z owocami. Chyba kryło się w nich też coś owocowo kwaskawo-cierpkawego. Słodycz budowały także kwiaty: przede wszystkim rześki jaśmin. Z kolei trochę łagodnych, niemal maślanych orzechów i drzew pilnowało, by nie było za słodko. Wskazałabym nerkowce i makadamia. Plątała się przy nich szczypta cynamonu i kurkumy, a bardzo odlegle niewyraźne echo grzybów, ale raczej takie jak z kakaowych mousse'ów (które przynajmniej mi się tak czasem kojarzą).

Twarda, masywna tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno, właśnie zapewniając mnie o swej masywności, acz trochę głucho.
W ustach czekolada rozpływała się średnio powoli, kremowo i gęsto. Miękła, przeobrażając się w aksamitny budyń. Upuszczała trochę soczystości, ale wpisywała ją właśnie w gęsto-lepkawy budyń.

W smaku przywitały mnie bardzo słodkie, dojrzałe brzoskwinie, które choć w pierwszych sekundach zerkały ku kwaskowi, to po chwili mieszały się z przeciero-musem bananowym. Za sprawą połączenia z nim, owocowa słodycz rosła prężnie.

Do owoców dołączył motyw budyniu. Początkowo przyszedł mi do głowy budyń bananowo-śmietankowy, ale to było tak zgrane, tworzyło idealną jedność, że pomyślałam o owocu, który w zasadzie sam w sobie smakuje trochę budyniem: cherimoi. Poprzez nią i budyń, do kompozycji dołączyła śmietanka, mleczność.

Za słodyczą, owocami zaznaczyła się subtelna gorzkość i trochę pieczono-palonych, ale nie jednoznacznych orzechów. Na pewno łagodziły gorzkość. Przez moment wychwyciłam nerkowce, ale zaraz rozmyły się, mieszając z innymi. Mimo łagodzącego efektu, nie zatrzymały miarowego wzrostu słodyczy, ale trochę ją przekierowały w kwiatową stronę.

Kwiaty wyszły bardzo rześko. Czułam przede wszystkim łagodny, rześki i bardzo świeży jaśmin, ale też inne delikatne kwiaty. Może fiołki czy coś. Na pewien czas trochę przysłoniły orzechy.

W oddali raz po raz próbowała o sobie przypominać leciuteńko kwaskawa nutka owoców żółtych (żółto-pomarańczowych?).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa śmietankowo-mleczny wątek i orzechowa łagodność podszepnęła mi dosłownie "kaszkę na mleczku". Łagodną, słodkawą mannę, może jakiś deser budyniowy z manną.

Ten motyw kaszy jednak wraz z lekką gorzkością nagle porwał się na coś nieco wytrawniejszego, ciepłego. Odnotowałam cynamon, wsparty łagodną, ale wytrawną kurkumą. Może jeszcze z odrobinką jakiś przypraw?

Po nich słodycz spróbowała jakby stać się esencjonalną, ciężkawą. Pojawiły się suszone, trochę muliście-duszne naturalne morele o niemal czarnym, ciemnym kolorze. Skryła się w nich... cierpkość? I nagle wyraźnie przewinął się owocowy kwasek, faktycznie lekko cierpki. Pomyślałam o słodkiej pomarańczy z motywem skórki (jako słodki sos?), a z czasem też o suszonej miechunce.

Przyprawy szły w jeszcze wytrawniejszym kierunku... Drzewno-leśnym? Czyżbym poczuła grzyby?

I nagle kwaskawo-cierpkie owoce jednak zatonęły w słodyczy bananowego budyniu śmietankowego, a wytrawność zaniehała ekspansji.

Ukrywające się wcześniej, lekko tylko pobrzmiewające orzechy nieco się nasiliły. Najpierw przekierowała budyń na budynio-kaszkę w wariancie nugatowym, potem po prostu stały się trochę mlecznym nugatem z łagodnych orzechów, może nerkowców i makadamia. Pewne ciepło, może też jakieś powidoki wytrawności, przywołały luźną myśl o pieczonych kasztanach.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkich owoców: bananów i suszonych moreli, wchodzących trochę w motyw śmietankowego budyniu. Otulały je też białe kwiaty, starając się przysłonić odrobinkę kwasku (moreli? pomarańczy?). Obok stanął delikatny, też jakby wręcz mleczny, maślany nugat z łagodnych orzechów, ale z echem wytrawniejszym - pieczonych kasztanów i grzybów?

Czekolada bardzo mi smakowała, lecz wyszła nieco za łagodnie, za słodko. Do takich śmietankowo-budyniowych nut, kaszki i nugatu oraz kwiatów widziałabym więcej kakao i cukier trzcinowy. Może wydobył by wytrawniejsze drzewa, pieczone kasztany i przyprawy, które tu stanowiły tylko drobniutki dodatek. Motyw "budyniowego owocu", przecieru bananowego i bananowego budyniu, trochę suszonych moreli i kwaskawej pomarańczy z miechunką w takim subtelnym wydaniu pasował. Silniejsze owoce mogłyby zaburzyć ten... milutki klimat. Bo właśnie taki był: milutki. I poniekąd to właśnie w tym tkwił urok tej czekolady. Doceniam, ale nie oddaję serca. Długo zastanawiałam się i chciałam wystawić jej raczej 8, ale w końcu uznałam, że należy jej się 9 ze względu na niespotykanie jednoznacznie budyniowy smak.

Wyszła niby zupełnie inaczej niż Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario/Criollo Filipiny Kablon Farms, ale jednak z motywami wspólnymi. Deser sticky mango rice z podlinkowanej i budyniowo-owocowe nuty dzisiejszej, banany i miechunka, wytrawne zapędy - to wszystko łatwo powiązać. Acz podlinkowana poszła w tym kierunku wytrawniejszym, przyprawionym, w momencie gdy Chapon jedynie ku niemu zerkała.


ocena: 9/10
cena: € 9,95 (za 75g; około 43 zł)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

wtorek, 25 sierpnia 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario/Criollo Filipiny Kablon Farms ciemna z Filipin

Sopocka Manufaktura o chyba pierwsza marka lepszych, tych degustacyjnych czekolad, której więcej niż czystych ciemnych tabliczek, zjadłam tych z dodatkami. Po prostu gdy składałam pierwsze zamówienie, w ofercie czysta była tylko jedna, a te dodatkami nie były zaporowo drogie, więc uznałam, że będą świetne w góry. Okazały się na tyle dobre, że gdy marka wprowadziła nowości, od razu się zainteresowałam. Tym bardziej, że miały przyjemnie wysoką zawartość kakao o nieczęsto spotykanym pochodzeniu, a cukier zmieniono z białego na trzcinowy (do czekolad ciemnych najlepszy!)... Już, już się ucieszyłam, aż się okazało, że na stronie wkradł się błąd. Jednak nadal używają cukru białego, nie trzcinowego. Dziś przedstawianą zrobiono z ziaren z rodzinnej plantacji Kablon Farms z Filipin, a opis obiecywał egzotyczna głębię i zrównoważoną dzikość. Ziarna fermentowały i suszyły się tam, na miejscu.
To pierwsza czekolada z kakao z Filipin tej polskiej marki z Sopotu.

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario/Criollo Filipiny Kablon Farms to ciemna czekolada o zawartości 85% kakao trinitario i Criollo z Filipin, z wyspy Mindanao.

Po otwarciu rozbrzmiał zapach egzotycznych, tropikalnych owoców i ziół. Owoce odpowiadały za słodycz, ale też cierpkości im nie brak. Obok bardzo słodkich bananów i śmietankowo-ryżowego deseru z mango ("sticky rice pudding") znalazły się cierpkie raczej suszone miechunki oraz cytrusy, a harmonię między nimi zapewniał... karmel yuzu-cytrynowy? Odrobinka lukru cytrynowego? Tuż przy nich prezentowały się zioła i przyprawy, w tym głównie niemal wytrawny tymianek. Za przyprawami przewijał się cierpkawy dym, a jeszcze dalej doszukałam się pieczonego - lekko orzechowego? - akcentu. Z tym wiązał się ledwo uchwytny, maślany karmel... Pomyślałam o leciutko podpieczonym spodzie do ciasta, może ciastowej tarty oraz o maślanych bułeczkach drożdżowych.

Tabliczka o bardzo kremowym wyglądzie przy łamaniu okazała się średnio twarda, lecz głośno trzaskająca. Dźwięk obiecywał gęstość i konkret.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, od początku zapewniając mnie o swej masywności. Była średnio kremowa, lekko pylista i coraz bardziej, choć nigdy jakoś szczególnie mocno, soczysta. Chwilami chyliła się ku zawiesinie, ale gęstej i lepkiej, ze względu na którą to lepkość kształt trzymała niemal do końca. Trochę oleista tłustość narastała, ale przełamała ją wręcz szorstkość, przewijająca się epizodycznie.

W smaku pierwszą poczułam słodycz tropikalnych żółtych owoców. Choć nie była wysoka, ze względu na odosobnienie, okazała się bardzo istotna. Przede wszystkim czułam banany, po chwili mieszające się w niemal równych proporcjach z mango... musem z mango prosto z deseru zrobionego z kleistego ryżu "sticky mango rice".

Za tym wszystkim zaznaczyła się cierpkość... goryczkowatego dymu?

Deser trochę ryżowy, trochę mleczny, nagle wydał mi się wręcz maślany (jakby zamiast na mleczku zrobić go na maśle). Maślaność ta kontynuowała słodycz, sugerując też mocno maślany, łagodnie palony karmel.

W tle przemknęła znów cierpka sugestia. Tym razem jednak bardziej owocowa, trochę jakby... czerwone porzeczki i coś bardziej cytrusowego? Miechunka? Zaraz mi umknęły, nim zdążyłam je dookreślić.

Słodycz w tym czasie zmieniła wydźwięk. Wciąż nie była wysoka, ale zdążyła już trochę wzrosnąć i rosła nadal. Maślany karmel wyszedł dość... ciastowo? Pomyślałam o tarcie na jasnym, lekko wypieczonym spodzie. Tarcie karmelowej? I o maślanych drożdżowych bułeczkach, na które to zaskoczył motyw owoców. Niczym puszysta bułeczka, na którą nałożone owocową, kwaskawą masę "curd" z cytrusowo-egzotycznych owoców.

Paloność rosła z lekkim opóźnieniem, po paru chwilach wydobyła gorzkość. Ta zaczęła rosnąć bez ociągania, częściowo odwracając uwagę od słodyczy i od owoców. Pomyślałam o niemal cierpkawym dymie, który po chwili opadł, odsłaniając przyprawy i zioła.

Zioła niosły ze sobą cierpkość i wytrawność. Dowodził w nich tymianek. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zioła prawie zdominowały kompozycję. Po debiucie jednak przywołały do siebie bardziej pikantnawo-słodki wątek. Oto zioła osłodził cynamon i zrobiło się bardziej ziołowo-korzennie (nie czysto ziołowo).

W tej ogólnej cierpkości miejsce znalazły i soczyste, cierpkawe właśnie owoce. Cytrusowe, ale nie tylko. Aż trudne do uchwycenia.

Cynamon, wraz ze specyficznym ciepłem, przywrócił nutę wypieku. Przemknęła mi przez głowę myśl o pieczonych orzechach, tarcie z orzechami i karmelem, ale nic z tego nie zatrzymało się na dłużej. W pewnym momencie wyobraziłam sobie tartę na bardziej biszkoptowym spodzie.

Tartę cytrusową! Wróciły owoce, tym raczej bardziej kwaśno-cierpkie. Znowu zaznaczyły się czerwone porzeczki, ale jakby wymieszane z egzotyką i cierpkimi cytrusami. Może specyficznym, złożonym w smaku yuzu? Z czasem przeszły w suszoną miechunkę o nawet lekko wytrawniejszych skłonnościach, ale i obecnej słodyczy.

Choć wzrost słodyczy stopowały różne elementy, udało jej się znowu trochę podskoczyć, a wszystko za nią działo się dosłownie w ułamku sekundy. Pomyślałam o dziwnym, wytrawniejszym karmelu, jakby zrobionego z miso (pastą z fermentowanej soi, ryżem)? A po chwili o karmelu egzotycznie kwaskawym, karmelu z cytrusem yuzu, przechodzącego w wizję tarty mango-miechunkowej a'la ten sticky rice.

Korzenny, trochę ziołowy motyw przemieszał się z tartą, jakby tę owocową słodycz próbowano przyprawić w nieoczywisty sposób, właśnie tymiankiem i cynamonem. Hamowały też egzotykę, uproszczając ją do cierpkawego kwasku cytrusów. A w zestawieniu do cierpko-kwaśnego wątku, nagle tło wydało mi się mocno maślane... niczym słodka maślana bułeczka porządnie posmarowana masłem.

Po zjedzeniu został posmak cierpkiej mieszaniny miechunek i cytrusów oraz cynamonowej tarty, której trochę tymianku i dym dołożyły niemal wytrawne echo. Karmelu z pastą miso? Mimo że ogólnie wciąż wydawała się lekko biszkoptowa. Do tego w głowie siedział mi maślany karmel i bardziej maślana wersja deseru "sticky mango rice".

Czekolada była bardzo wyważona: choć niewątpliwie słodka, to słodka w adekwatny do tej gorzkości sposób. Słodycz i gorzkość uzupełniały się i przeplatały. Trochę kwasku i cierpkości także się dopasowało. Banany, przechodzące w mango, miechunka i porzeczka, cytrusy ogólnie stanowiły tu tylko dodatek, kompozycja nie była bardzo owocowa. Więcej odegrał motyw pieczony, który połączył dym i orzechy z tartowo-wypiekowym wątkiem. Wytrawność przechodząca w karmel z miso i karmel z yuzu niesamowicie intrygująca. Wszystko to bardzo ciekawie urozmaiciły zioła z tymiankiem na czele oraz cynamon. Choć długo byłam przekonana, że wystawię 8, to jednak te wszystkie naprawdę niecodzienne nuty przeważyły o ocenie, że jednak 9. Czułam, jakby to, co mi nie grało w Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo, w tej zwyczajnie nie wystąpiło. Jej karmelowe nuty sugerowały cukier trzcinowy, ale przecież nadal dodają biały... Ach, ile jest w stanie zdziałać wyższa zawartość kakao!

Egzotyka, kwasek cytryny i przyprawy, a także specyficzne wątki maślano-orzechowo-słodowe z Dzika Czekolada Philippines - Regalo 80 % kojarzyły mi się trochę z wydźwięku i klimatu z dziś prezentowaną.
Chapon ogólnie w zasadzie też jako tako kojarzyła się pod pewnymi względami, jednak w smaku podobne nie były. Też przez zupełnie inną zawartość kakao - wszak Chapon poszła w słodszym kierunku, zrozumiałym dla jej 70%.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 65g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa

sobota, 18 kwietnia 2026

Cauma Cacao Singular Mana Philippines 78 % ciemna z Filipin

Kakao Mana teoretycznie  jest mi znane, bo jadłam już czekolady z niego, ale nie powiem, bym w ciemno umiała natychmiast je scharakteryzować. W ogóle żeby dokładnie powiedzieć, czym jest, musiałam aż zgooglać, by sobie odświeżyć. To blend 5 wybranych odmian trinitario, uprawianych w regionie Davao. Mimo że kakao z Filipin nie robi na mnie wielkiego wrażenia, ta tabliczka mnie skusiła... W zasadzie skusiło mnie opakowanie i nieznana marka, a akurat ta czekolada była dostępna w sprzedaży. Opakowanie wydało mi się niesamowite, liczyłam, że i wnętrze będzie wyjątkowe. 
O marce za to nie wiedziałam kompletnie nic, więc zaczęłam googlać, by się czegoś dowiedzieć. Cauma, marka z Hiszpanii, to projekt rodziny Delgado-Ricart, czwartego pokolenia marki Trufas Martinez, która od ubiegłego stulecia specjalizuje się w truflach i jakiś rurkach "Cubanitos". Ponoć zajmują się tradycyjnym walenckim procesem produkcji czekolady, co mówiło mi tyle, co nic. Nie słyszałam o jakiś specyficznych walenckich czekoladach Google podpowiada, że Walencja słynie z "dobrych czekoladek, np. Valor". Ja znalazłam markę trufli Trufas Marinez , która właśnie jest na opakowaniu dziś przedstawianej tabliczki.

Cauma Cacao by Trufas Marinez Singular Mana Philippines 78 % to ciemna czekolada o zawartości 78% kakao trinitario Mana z Filipin, z regionu Davao.

Po otwarciu poczułam bardzo delikatny, słodki zapach kwiatów i jakby trochę ciastowy. Ciasta wypieczonego leciutko, jasnego i na pewno z owocami. Pomyślałam o cieście ze słodkimi jabłkami, przy którym plącze się nieoczywista nutka czerwonych owoców. Odnotowałam w tym kwasek, acz jakby osiadły w słodyczy. Kwiaty sugerowały rześkość i lekkość, ale nie mogę powiedzieć, by była to bardzo lekka kompozycja. W tle za to doszukałam się łagodnych, tłustych orzechów - mieszanki makadamii i nerkowców? Jako naturalny, jasny krem orzechowy?

Tabliczka, która trafiła do mnie w nieco opłakanym, połamanym stanie, w dotyku wydawała się zarówno sucho-pylista, jak i kremowa. Była bardzo twarda w kamienny sposób, a także trzaskała bardzo głośno i głucho podczas łamania. Przekrój sugerował ziarnistość.
W ustach rozpływała się powoli. Od razu dała się poznać jako szorstka, acz po pierwszych sekundach, początkowo starała się być kremową. O tym jednak zapominała dość szybko i szła w lekko mazistym, nietłustym kierunku, eksponując proszkowość. A ta przechodziła w ziarnistość. Długo, niemal do końca zachowywała zbity kształt oraz pewną twardawość. Chwilami było w niej coś nawet suchego, ale potem nadeszła wodnistość. Kremowość nieśmiało próbowała się pokazać, ale odpadała w wodniście-soczystym rozpuszczaniu się.

W smaku przywitała mnie słodycz. Łagodna, acz znacząca. Po prostu szybko okazało się, że czekolada wybrała sobie ogólnie łagodny klimat.

Słodycz na tej słodkiej płaszczyźnie za to początkowo dominowała na pewno, mimo że nie była wysoka. Po prostu kwiaty, które ją budowały, wiele znaczyły. A mowa tu o kwiatach jakby wilgotnych, białych - pomyślałam o jaśminie, jaśminowcu. Zaraz podkradł się do niego akcent jasnego miodu.

Miodu? Miód podchwycił kwiatowość i zrobiło się rześko. Rześko na tyle, że miód zmienił się w melona miodowego.

Do słodyczy dołączyła maślaność. Też łagodna, należąca z kolei do jasnego, nie za słodkiego wypieku. Oczami wyobraźni zobaczyłam ciasto, dokładniej tartę, z owocami... chyba jabłkami. Niby słodkimi, ale zdradzającymi kwasek. Słodycz tego niby rosła bardzo delikatnie, ale zdradzała dosadny charakter. Jakby tartę posypano przesadną ilością cukru pudru.
Obok odnotowałam nawet jakby wręcz mleczną sugestię. Przemknęła też ledwo uchwytna myśl o odrywaniu papieru do pieczenia z ciasta, w którym się piekło.

Hen, daleko w tle przemknęła subtelna gorzkość. Ta przejawiała nieco dymne skłonności, a ja pomyślałam o dymno-wędzonej herbacie, Lapsang souchong. Trochę gubiła się i czasem chowała zupełnie. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszły mi jeszcze kwiatowe, jakby kwiatowo-herbaciane kadzidła, nie herbata sama w sobie. Czułam się, jakbym wyjmowała kadzidełko patyczkowe z kartonika i papierka.
Słodycz, jaka się przy nich znalazła, wydała mi się skrywać pewną ostrość intensywnie słodkich kwiatów, ale też była w niej pewna ordynarność (białego cukru?).

Przy cieście z jabłkami raz po raz pokazywały się przebłyski jakiś czerwonych owoców... wiśni bardzo dojrzałych i słodko-cierpkich? Tylko że musiały i one znaleźć się w czymś słodkim, bo zostały mocno wygłaskane. Ciasto z jabłkami na moment zmieniło się w ciasto z pojedynczymi wiśniami, takie tylko z wiśniową nutą. A potem ciasto-placek owocowy zrobił się niejednoznaczny w kwestii owoców, za to na pewno posypany cukrem pudrem. Słodki, lekko kwaskawy i... odległy. Kwasek - teraz bardziej czerwono owocowy - próbował pobrzmiewać, ale naprawdę delikatnie to wychodziło. Słodycz ogólna zajęła średni poziom, ale i tak wydawała się najmocniejszym wątkiem kompozycji. Do głowy przyszły mi kruche ciastka obtoczone / posypane cukrem, które może i ogólnie nie są ogólnie za słodkie, ale są jawnie cukrowe.

Pojawiła się nieśmiała, orzechowa nutka. Orzechów bardzo łagodnych; powiedziałabym, że zmielonych razem na naturalny krem makadamia i nerkowców, z przewagą tych pierwszych. To było wręcz coś orzechowego... Może jasny, niedopieczony orzechowy spód do ciasta? Czasem do już wspomnianych dołączało jeszcze trochę laskowych.

Przy orzechach doszukałam się nuty pergaminu, papieru (ciekawe, czy czekolada nie przesiąkła tym, w który była owinięta?). Poprzez nią, do ogólnie łagodnej kompozycji, zakradła się pikanteria.

Pikanteria splotła się ze słodyczą, która nagle wydała mi się drapiąca niczym ostry, pikantnawy miód i równie ostre kwiaty. Pomyślałam o mocno kwiatowym, jasnym miodzie, ale właśnie i kumulacji kwiatów, które wcześniej jakby cały czas się nieco powstrzymywały.

Po zjedzeniu został posmak łagodnego wypieku - chyba tarty - z owocami: jabłkami i czerwonymi, słodkimi, ale z kwaskiem, posypanej cukrem pudrem, a także kwiatów. Te, choć cechowała je znacząca, rześka słodycz, miały w sobie też coś pikantniejszego. Czasem wyłaniała się orzechowość. Do kwiatów dołączył miód, ale znów bardziej jako miodowo smakujący, rześki melon. Do tego na języku osiadła jakby taka najprostsza, najzwyklejsza cukrowość - nie silna, ale niepasująca do szlachetnej czekolady.

Czekolada niby była w porządku, ale dla mnie za łagodna. I to łagodna na tyle, że aż nie mogłam uwierzyć w te 78% kakao. Łagodna, nieprzesadzona słodycz była w tej kompozycji główną gwiazdą. Niestety przez brak charakternego towarzystwa, przeszkadzał mi jej prosty (wręcz tandetny?) ton. Skład sprawdziłam dopiero w trakcie degustacji i bez zdziwienia zobaczyłam biały cukier (jakoś mi to umknęło przy zamawianiu). Kwasek wystąpił jako przebłyski jabłek i chyba wiśni, a gorzkość w zasadzie jawiła się jako wręcz sugestywna. Kwiatowo-herbaciany dym, kadzidła? Coś takiego jedynie się przewinęło. Motyw jasnego ciasta, orzechowego spodu i kwiatów pilnował, by było spokojnie i łagodnie, a w zasadzie tylko na końcówce z miodu i kwiatów wyrwała się nawet pewna namiastka pikanterii. Brakowało mi tu czegoś charakterniejszego. Konsystencja też mnie nie przekonała - taka suchawa i wodnista. Długo się zastanawiałam, czy nie wystawić jej 6, ale no nie... za nic nie zasłużyła.

Jabłka i coś orzechowego, też pewną pikanterię, ale ogólnie w bardziej kwaśnym wydaniu, czułam w Auro Chocolate Regalo Philippine Origin 85 % Reserve 2018.
Kwiaty, przyprawy i owoce - ale o wiele więcej - złagodzone mlecznym wątkiem Chef Kankel Bean to Bar Philippines 75 % Cacao Craft Chocolate kojarzyły się na wydźwięk z dziś prezentowaną.


ocena: 6/10
cena: €11 (za 65g; około 47 zł)
kaloryczność: 460,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

wtorek, 6 stycznia 2026

Chef Kankel Bean to Bar Philippines 75 % Cacao Craft Chocolate ciemna z Filipin

Po pierwszym zetknięciu z marką Kankel już wiedziałam, że będę chciała porządniej ją poznać. W Kankel Cacao Craft Chocolate Uganda 80 % czułam przesłanki, że z tym hiszpańskim producentem tego samego oczekujemy od czekolady. A jednak już pierwsze spojrzenie wystarczyło, by odkryć, że coś się zmieniło. Wygląd opakowań i to, na co położono na nich nacisk - to jedno. Ale może też... podejście do czekolady? Dziś przedstawiana była opisywana jako intensywna, a po tym, co ponoć można w niej poczuć... bardzo mi się to podobało. Czułam, że mnie zachwyci. Tabliczkę zrobiono z ziaren hodowanych i zbieranych przez lokalnych farmerów w Tupi z południowej części regionu Cotabato. I to nie byle jakich ziaren, a konkretnie hybrydy, kreolskiej odmiany trinitario, które pochodzącą z regionu Davao.

Chef Kankel Bean to Bar Philippines 75 % Cacao Craft Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao trinitario z Filipin, z prowincji Cotabato, z gminy Tupi.

Po otwarciu poczułam zapach drewna i grejpfruta, które wydawały się ze sobą koleżeńsko ścigać. Drewno ustanowiło poważną bazę, przekładając się na myśl o wycince w lesie liściastym. Grejpfrutowi kibicowały inne owoce: pomarańcza, kwaśny ananas, jakby bardziej egzotyczny cytrus i dojrzałe, miękkie, a co za tym idzie słodkie kiwi. Owoce połączyły subtelny kwasek ze słodyczą. Ta nie poprzestała na owocach, bo i delikatnie palony karmel wyraźnie czułam. Pojawiło się jeszcze śmietankowe echo, które jakby trochę łagodziło całość. 

Suchawa w dotyku tabliczka trzaskała dość głośno w chrupki sposób. Wyglądała na ziarniście-szorstką.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-szybkawym. Początkowo trochę kremowo, po chwili zaś bardziej pyliście. Była dość zbita, ale ochoczo mięknąca. Odsłaniała szorstkość, wręcz piaszczystość. Wyszła suchawo, nietłusto, a z czasem soczyście. Mimo to, po zniknięciu zostawiała złudną suchawość.

W smaku pierwszą poczułam średnią słodycz śmietankowego, lekko palonego karmelu. Palony aspekt w zasadzie zaraz prawie się w ogóle zawieruszył. Śmietanka zaś pilnowała, by słodycz za bardzo nie wzrosła.

Za słodyczą przemknął kwasek, sugerujący cytrynę. Cytrynę, która przechodzi w jakieś bardziej egzotyczne, soczyste cytrusy. Kwasek oddalił się jednak na tyle, że trudno było doprecyzować.

Z czasem raz po raz śmietanka zaczęła wydawać mi się bardziej mleczna, ale wciąż zgrana z karmelem. Zaczęły układać się w karmel coraz łagodniejszy, coraz bardziej mleczny.

Kwasek trzymał ten lekko egzotyczny wydźwięk. Karmel zaczął mieszać się z soczystością, ale jakby obok tego kwasku. Poczułam słodkie cytrusy, głównie bardzo dojrzałego, słodko-cierpkawego grejpfruta. Obok pojawiła się jeszcze bardzo słodka pomarańcza i... coś. Pomyślałam o bardzo słodkim, egzotycznym cytrusie - słodziutkiej skórce kumkwatu? Palona nutka przeszła w cytrusową goryczkę.

Gorzkość ogółu była jednak niska. Z tła wyłoniło się drewno. Pomyślałam o szarych bukach, które... są właśnie cięte? Wyobraziłam sobie wycinkę w lesie, a więc świeży aromat ciętego drewna pośród innych zielonych drzew. Cięte drewno kryło trochę pikanterii... Pikanterii robiącej aluzje do przypraw?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owocowy kwasek trochę wzrósł, acz ogólnie wysoki nie był. Bynajmniej nie w cytrusowym kierunku. Należał do egzotyki - pomyślałam o kwaśnym ananasie i nagle osłodziły go inne, egzotyczne owoce. Słodkie, miękkie zielone kiwi, w którym przewijała się lekka cierpkość.

Słodkie cytrusy i cytrusy egzotyczne wzbogaciły się o cytrusową pikanterię... Pieprzu cytrusowego? Nagle wszystkie owoce jakby zlały się w jeden wątek - chyba właśnie przyprawy podziałały na nie tak jednocząco.

Przyprawy poniekąd mieszały się z ciętym, świeżo-ostrym drewnem. Gorzkość ostrożnie je podkreślała, sama za bardzo nie wchodząc do gry, ale jednak odrobinę wzrastając. W te świeżość i drewno wemknęły się słodko-pikantne kwiaty. Trochę i z przyprawami znalazły coś wspólnego. Zmieniły słodycz z karmelowej i owocowej na właśnie kwiatową, będącą czymś z pogranicza wspomnianych.

Owoce załagodził  trochę... jogurt? Mleczny wątek nagle przejął kwasek od owoców, osłabiając go jeszcze bardziej. Za to dosładzając na moment. Wyobraziłam sobie jogurt zmiksowany z egzotycznymi i cytrusowymi owocami, całe smoothie jogurtowo-owocowe. Po chwili jogurt zaczął zmieniać się w śmietankę, a owoce zaczęły słabnąć.

Śmietanka załagodziła słodycz, gorzkość i owocowość, ale nie wzruszyła przypraw. Przez moment myślałam jeszcze o wanilii, a więc czymś słodszym za sprawą śmietanki i kwiatów, ale nie trzeba było długo czekać, by pieprz cytrusowy zmienił się po prostu w czarny, ciężkawy pieprz. Do głowy przyszedł mi też specyficznie ostry, wyrazisty kardamon. Zrobiło się dość ostro. Drewno wpisało się w ostrość.

Po zjedzeniu został posmak nie mocno, ale z zasady ostrych i aż trochę gryzących w język przypraw, w tym kardamonu, oraz ciętej, ostrawego drewna i słodycz kwiatów - też lekko ostrych. Do głowy przyszedł mi jeszcze pikantny pieprz, jednak ogółem wcale tak ostro w posmaku nie było. Wrócił bowiem śmietankowy karmel oraz sporo owoców: grejpfrut, pomarańcza i jakby cytryno-ananas.

Czekolada bardzo mi smakowała, mimo że czułam niedosyt gorzkości. Świeżo cięte drewno w lesie liściastym, ostre kwiaty i przyprawy: pieprz z kardamonem, mieszające się z owocami cytrusowymi i egzotycznymi, w których najwięcej miał do powiedzenia grejpfrut, ale czułam i cytrynę, kiwi i ananasa stworzyły ciekawą kompozycję. Śmietanka, śmietankowy, mało palony karmel trochę to i łagodziły, i dosłodziły, ale w żadnym wypadku nie było za łagodnie czy za słodko. Acz słodko znacząco. Choć też za sprawą owoców (w tym grejpfruta, który tu był bardzo, bardzo słodki i niekwaśny - kwasek należał do innych owoców, głównie ananasa, co wyszło trochę zaskakująco i intrygująco).

Ananas, roślinna rześkość, przyprawy - w zasadzie skojarzyło mi się to i jeszcze parę akcentów (ale te najbardziej) z Dzika Czekolada Philippines - Regalo 80 %. Miłe skojarzenie, a i ogólnie poziom podobny.


ocena: 8/10
cena: €7,90 (za 75g; około 34 zł)
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

środa, 18 października 2023

Dzika Czekolada Philippines - Regalo 80 % ciemna z Filipin

W Polsce jest niewiele producentów dobrej czekolady - z większych w zasadzie jest tylko Beskid, odkąd Manufaktura Czekolady odbiła w bardziej masowym kierunku. Zupełnie przypadkiem trafiłam na stronę malutkiej manufaktury z Mazur o nazwie Dzika Czekolada. Od razu zainteresowałam się, a bardzo optymistyczny właściciel marki zgodził się wysłać mi coś do testów. Ponoć inspiracją była kuchnia jego babci, w odniesieniu do której od dziecka, jak sam napisał: "gdy przygotowywałem domową czekoladę, rodem z PRLu, zacząłem się zastanawiać: czy jest już możliwe przygotowanie w przeciętnym polskim domu prawdziwej czekolady?". I zaczął eksperymenty. Co z nich, w połączeniu z potem już latami doświadczenia, wyszło? Z ochotą postanowiłam sprawdzić.

Dzika Czekolada Philippines - Regalo 80% to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao Regalo z Filipin.

Po otwarciu poczułam bardzo intensywny zapach dość mocno palony, oddający słód i dym. A do tego słodką, charakterną whisky? Też nieco dymną, wplatającą subtelną, ale istotną słodycz karmelu. Obok czułam wyraziste wędzenie. Myślałam przede wszystkim o śliwkach, ale też jakby wędzonym ananasie. Wciąż na pewno bardzo soczystym. Lekki kwasek przeplatający to wszystko kojarzył mi się z czerwonymi owocami i świeżą, rześką kosodrzewiną. Stanowiła kontrast, gdyż wbrew pozorom czerwone owoce nie były takie rześkie... Wydawały się współtworzyć jakąś podwędzoną, miodową marynatę. Marynatę żurawinową? Taką wytrawniejszą (do mięsa, ale jeszcze bez samego mięsa), może pieprzną... Palona nuta podsunęła do tego solone orzeszki i sowicie wypieczone precelki.

Masywna, konkretna w dotyku czekolada sugerowała kremowość, a jej lśnienie dodatkowo to obiecywało.
Przy łamaniu jednak trochę zaskoczyła, bo nie była tak twarda, jak na to wyglądała. Trzaskała średnio głośno - raz głośniej, raz ciszej z racji tego, że po prostu miejscami była grubsza, miejscami cieńsza.
W ustach rozpływała się tłustawo mleczne, kremowo, ale zarazem trochę pyliście. Mimo bazowej gładkości. Rozpuszczała się średnio długo, odrobinę lepkawo i znikała rzadkawo.

W smaku pierwszy pojawił się kwasek. Jakby się zachwiał - rozwinąć się czy nie? Wtórowała mu słodycz. Ta już była pewniejsza siebie, ale jakby zgłuszona, średnio wysoka. Skojarzyła mi się ze słodzikiem, a potem przybrała na intensywności zmieniając się w miód w podwędzanej marynacie. Był jakby przygaszony.

Wyraźnie za to zaznaczył się subtelnie gorzki dym. Na razie jakby dopiero przyglądał się innym nutom.

W tym czasie kwasek zdecydował się zaserwować żółte egzotyczne owoce... Niezbyt jednoznaczne, acz doszukałam się na pewno ananasa. Mignęło skojarzenie z kiwano (pisałam o tym na Instagramie; w skrócie jak połączenie banana, kiwi i ogórka). Kwaśność epizodycznie nakręcała chyba cytryna. Przewinęły się niedookreślone śliwki. Niby świeże, ale... takie, z których właśnie robi się marynatę? Raz czy drugi wyłapałam owoce o wędzonych zapędach.

Słodycz zapomniała o słodziku, ale nie o jego rześkości i chłodzie. Przełożyło się to na wyobrażenie o syropie z agawy. Może samej agawie?

Obok rozszedł się bardziej palono-karmelowy motyw, wplatający karmelizowane orzechy.

Orzechy pekan? Karmelizowane w miodzie lub właśnie w syropie z agawy wplotły też swoją maślaność. Zebrało się przy nich sporo orzeszków arachidowych. Duet tychże orzechów na pewien czas wyszedł niemal na przód, po czym rozszedł się w maślaności i mleczności. One bowiem także napłynęły.

Kontrastowo, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do akcji wkroczył dym. Był gorzki i dosadny, przygłuszył słodycz i przedstawił słód. Słód i zboża... zbożowy, bardzo słodki alkohol? Whisky! Z nieco pieprzną nutą? Pomyślałam o niej z racji silnej karmelowo-miodowej słodyczy i wrażenia przygaszenia dymem.

Z dymu wyłoniły się owoce. Już nie wydawały się tak bardzo wędzone. Czułam niedookreślone czerwone... jakby przyprawione chili i pieprzem? Jeszcze przez moment w głowie siedziała mi marynata, acz potem przemknęły słodsze, choć też miejscami kwaśne maliny. Maliny, żurawina i... dzika róża. Owoce dzikiej róży wyskoczyły ponad wszystko, ich cierpkawy smak splótł się z kwaskiem... cytryny?

Kwaskiem kosodrzewiny na pewno. Jeszcze przez moment myślałam o owocach na krzakach, a potem już ewidentnie górskim otoczeniu z rześką, świeżą kosodrzewiną, wiecznie zielonymi, dzikimi krzewami. Słód i orzechy zmieniły się w gałęzie, drewno. A ten swoisty chłód, rześkość przypomniały o syropie z agawy i słodziku, które pod wpływem gorzkości, chili i dymu zmieniły się w słodko-ostrą lukrecję. Na końcówce właśnie ona okazała się bardzo ważnym graczem.

Gorzkość wyszła dość mocno palona, w czym zawarła pewne rozgrzewanie. Zebrało się sporo dymu, nawet popiół i węgiel.. Zwęglony słód? Dym bardzo harmonijnie zgrywał się z lukrecją. Miałam wrażenie, jakby lada moment miało zrobić się naprawdę pikantnie, ale... jednak zawisła tylko sugestia. Miodowy karmel - ten z orzeszków - wydał mi się w obliczu tego karmelizowany aż do goryczki. 

Lukrecja, chili i trochę pieprzu, wędzoność znów wywalczyły w owocach zgoła inny wydźwięk - do głowy przyszedł mi przecier z ananasa... z czymś. Z czerwonymi porzeczkami? Dziką różą? Podsycony cytryną bez wątpienia.

Posmak był... prawie cytrynowy. Niby cytrynowy, ale nie jednoznaczny. Kwaskawo-owocowo niedookreślony, trochę czerwono owocowy i jakby jakiś podwędzonych owoców - śliwek w towarzystwie czegoś egzotyczniejszego. Czułam dziką różę, ale też jakby miodową (już nie owocową) marynatę i solono-karmelizowane orzeszki, trochę drewna - kosodrzewiny. O rześkość zadbał ostry miód, słodzik i lukrecja... choć i ciężkość czułam. Dym, wędzenie wyszły na koniec dość cierpko, ale zaskakująco nie mocno.

Czekolada smakowała mi, a do tego zaskoczyła złożonością. Połączyła świeżość i ciężkość w pozytywnym sensie. Wywołała myśli o słodziku, agawie, a w końcu lukrecja czy ogrom dymu, marynaty i wędzenie ciekawie wyszły przy słodzie i owocach, które to czułam w różnej formie. Ananas, trochę cytryny, egzotyczne w tym chyba kiwano; niedookreślone czerwone, w tym żurawinowa marynata i dzika róża popisały się dynamicznością. Obecny, ale nienachalny kwasek, gorzkość na poziomie i jakby przygłuszona słodycz wyszły bardzo przyjemnie. Poszczególne bardziej maślane czy słodzikowe akcenty, parę nut niezbyt moich może mnie aż tak w sobie nie rozkochała, ale podobały mi się całościowo. Pikanteria, która jakby dopiero miała nadejść, wytrawność czy to marynaty, czy solonych orzeszków zaintrygowały. A kwasek świeżej kosodrzewiny bardzo mi z kolei do gustu przypadł. Spory zarzut mam jednak co do formy (nie podobają mi się takie kształty) i konsystencji - mimo masywności brakowało jej gęstości i była taka mlecznie tłusta.

Skojarzyła mi się trochę z cierpko-owocową, lukrecjowo-pieprzną Georgia Ramon 2000 Trees Philippinen Trinitario Puentespina Farm 78%, która to zaserwowała mi czerwone porzeczki, cytrynowe galaretki, pudrowe maliny; dym i orzechy pekan, a także sporo rześkości roślin, ziół. Ich charakter, choć inny, był poniekąd w pewnych kwestiach bardzo podobny.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od dzikaczekolada.pl
cena: normalnie cena to 25 zł za 90 g; wersja mini 40g - 15 zł
kaloryczność: 550,5 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

niedziela, 15 stycznia 2023

Georgia Ramon 2000 Trees Philippinen Trinitario Puentespina Farm 78% Dark Chocolate ciemna z Filipin

Po zbieraninie niesatysfakcjonujących, zacukrzających tabliczek nie w moim typie uznałam, że czas na taką, która wreszcie przerwała by gorszą passę. Co prawda do Filipin jako regionu nie pałałam szczególnym uczuciem, ale jednak przynajmniej zawartość kakao była miła memu sercu. Warto nadmienić też, że to specjalne kakao heirloom, niezwykle rzadkie, z z plantacji Puentespina. Rośnie na niej jedynie 2000 drzewek, co daje 150-200kg ziaren rocznie). To ponoć bardzo wilgotny region, znajdujący się dokładnie na równiku, co czyni go idealnym do uprawy kakao.

Georgia Ramon 2.000 Trees Philippinen Trinitario Puentespina Farm 78% Dunkle Schokolade / Dark Chocolate Limited Edition - Heirloom Cacao to ciemna czekolada o zawartości 78% kakao trinitario z Filipin, regionu Malagos, dystryktu Barangay Baguio, okolic miasta Davao; edycja limitowana. 

Po otwarciu uderzył soczyście-kwaśny zapach owoców dzikiej róży i cytryny o pudrowo-proszkowym charakterze. Pomyślałam o jakimś cukrze cytrynowym, a potem o suchych żelkach cytrynowych i takich w kwaśnym cukrze. Z owoców jednak mimo wszystko więcej nazbierało się czerwonych. Sporo porzeczek podkreśliły inne... ciemne jagody, może aronia. Mimo tego wszystkiego, całość była słodka. To przede wszystkim ogrom kwiatów - ja pomyślałam o różach i o kwiatach dzikiej róży... o całych krzewach i wreszcie o drzewach... czy bardziej drewnie. Ostatnie wiązały się bowiem z mocno paloną, aż dymno-popielną nutą. W trakcie degustacji na granicy pudrowej cytryny i "innych owoców czerwonych" doszukałam się pudrowo-słodkich malin.

Twarda tabliczka przy  łamaniu trzaskała-pykała średnio głośno, co do złudzenia przypominało strzelanie palcami. Wydawała się zbita i masywna, a przekrój był jakby w ząbki i ziarnisty.
W ustach rozpływała się bardzo powoli. Początkowo też była masywna i zbita, acz w końcu trochę ulegała i miękła. Zachowywała jednak zwarty kształt. Maziście pokrywała podniebienie. Okazała się bardzo szorstko-proszkowa, suchawa, choć zarazem jakby połowicznie soczysta. Nietłusta. Sprawiała wrażenie surowej, nieuładzonej do końca, a tylko częściowo; jak krem z piasku. 
Znikała trochę rzadko, zostawiając pyliście-ziarniste wrażenie. Lekko ściągała.

W smaku pierwszy uderzył karmel średnio palony, nieco cukrowy. Zaraz przybrał postać bardziej pudrową, przez którą pomyślałam o pudrowych cukierkach, cukrze pudrze... ale jakby cytrynowym?

Prędko odezwały się drzewa, zmieniające się w drewno i emanujące gorzkością. Nazbierał się przy nich dym i popiół. Ustanowiły spokojną, stateczną bazę, umacniając się. Pomyślałam też o krzewach, wnoszących trochę roślinnej lekkości. Podeszły do nich niepewne, surowe orzechy pekan.

Soczystość zaczęła się w tym czasie rozwijać, a cytrynowy puder przytoczył kwasek. Pomyślałam o kwaśnym cukrze z żelek, wyobraziłam sobie też pyliście-suche (?) żelki, pudrowe cukierki (nie jem takich rzeczy, to wyobrażenia). Tak jakby z lekką goryczką żelek i galaretek cytrynowych?
Na szczęście nie było jednak bardzo cukierkowo... O to zadbał jakby sucho karmelowy wątek.

W krzewy i soczystość nagle wstrzeliła się dzika róża. Czerwone, kwaskawo-cierpkie owoce z drobną słodyczą wyszły na przód. Miały w sobie coś wytrawnego. Zaprosiły do kompozycji cierpkawe i kwaśne czerwone porzeczki. Zajęły z nimi wiodące miejsce.

Choć nie było bardzo owocowo, bez dwóch zdań zebrało się więcej owoców. Te były słodsze, ale tylko niektóre nieco pudrowe - np. maliny... Do tego już normalne jagody... owoce leśne? Z czasem owoce oprószył kwaskawy cytrynowy puder, mimo że maliny i jagody (?) walczyły o słodycz. Dzika róża jakby się jedynie temu przyglądała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa znów mignęły mi orzechy pekan, ale nie tylko jako same surowe orzechy, a też delikatny i niemal maślany... krem z pekanów? Trochę drewna na moment je podkreśliło, a potem uderzyły paloną nutą. Dym i popiół zetknęły się z chwilowym złagodzeniem.

Przemieszanie tego wszystkiego zaobfitowało w myśl o przypalonych pączkach z nadzieniem z owoców dzikiej róży, jednak szybko ukryła się w zwęglonym drewnie i popiele. Te chwilowo roztoczyła niemal neutralność, gorzkawość była lekka, ale z czasem znów zaczęła rosnąć.

Wsparły ją krzewy dzikiej róży i bardziej drzewa żywe, nie drewno. Pomyślałam o roślinach, znów  pekanach i kwiatach. Kwiaty odpowiadały za słodycz i podsunęły jej trochę pekanom. Wyobraziłam sobie te orzechy z karmelem, jakby ktoś je lekko nim skropił, a ten już zastygł. Wydały mi się suchawe, a kwiaty... bardziej nieco pyliste, jak jakiś pyłek kwiatowy (nie np. suszone kwiaty). Wzrosła ich słodycz, a na zasadzie kontrastu wraz z nią gorzkość, nawet gorycz ziół. Na końcówce wniosły drobną pikanterię. 

Zioła otarły się o lekowo-goryczkowatą nutkę, po czym zatonęły w dymie. Ten był lekko cierpki, acz tonowany niemal maślanymi pekanami. Pobrzmiewała w nim jednak pewna pikanteria, ciężkość. Jakby pieprz i lukrecja?

W posmaku został właśnie dym, goryczką spleciony z trochę lekowymi ziołami oraz róża jako owoce dzikiej i trochę kwiatów, roślinność... Do tego czułam orzechy pekan i jakby cytrynowy puder. 

Czekolada była bardzo jednoznaczna i obrazowa. Dzika róża, dym i popiół oraz sporo czerwonych owoców z cytrynowym pudrem, żelkową goryczką wyszły ciekawie w zestawieniu z mocniejszymi zagraniami ziół, kwiatami czy drobną nutką pekanów. Nie podobał mi się jednak ten wydźwięk "słodkości" (nie, że słodycz, bo ta za wysoka nie była). Pudrowa suchość mnie nie przekonuje, ale nie mogę powiedzieć, by mi przeszkadzała. A jednak było i wytrawniej, i gorzko, i kwaskawo (nie kwaśno). Za słodko na pewno nie. Coś mi jednak w wydźwięku czasem się tam gryzło. A jednak mimo to, całościowo wyszło bardzo smacznie i ciekawie. Choć od dłuższego czasu nie oczekuję za wiele od czekolad z Filipin, ta na ich tle wyróżniła się pozytywnie.

Jadłam Georgia Ramon Philippinen / Philippines 75 % Sweetened with Coconut Blossom Sugar, która też końcowo potrafiła lekko przygryźć w język (ale owocami egzotycznymi, dzisiaj opisywana ewentualnie trochę przyprawami), była też dymna, drzewna, palona, ale o wiele kwaśniejsza za sprawą owoców egzotycznych (ananas, kiwi, multiwitamina), a do tego sporo w niej wypieków, karmelu i - mimo wszystko - rześkości. Nie powiedziałabym, że to ten sam kraj (ale w końcu inny region i rodzaj cukru).


ocena: 9/10
cena: 33,82 zł (dostałam zniżkę, cena półkowa to 45 zł za 50 g)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 12 września 2022

Theo & Philo Milk Chocolate Adobo mleczna 50 % z Filipin z toffi i pieprzem

Ta filipińska marka mnie nie ciekawiła, bo ewidentnie skupiają się na dodatkach i różnościach. Dostałam jednak jako gratis tabliczkę, której od razu muszę pochwalić opakowanie. Ten kogut jest przepiękny! Jednak to nie on jest tu gwiazdą. Marka Theo & Philo chce zamknąć smaki Filipin w tabliczkach wysokiej jakości. Do tego korzystają z najlepszych ziaren, jakie w Filipinach można dostać, z plantacji z Davao w Mindanao. To podobne położenie geograficzne, co ma Ekwador, więc idealne dla kakaowców. Nazwa marki ma rozwinięcie, warte uwagi (choć wg mnie wcale nie takie oryginalne). "Theo" to skrót od Theobroma Cacao, czyli nazwy kakaowca, a "Philo" wzięło się od greckiego "philos", czyli miłość. Założyciel Philo Chua chce dać szanse rozwoju lokalnym producentom, a światu pokazać właśnie serce Filipin. Stąd pewnie jedną czekoladę uczynił stylizacją na popularne tam danie Filipino Adobo, robione z kurczaka lub wieprzowiny, które marynuje się w occie, sosie sojowym, czosnku i czarnym pieprzu, by następnie w tej marynacie to dusić. Każdy region kraju ma ponoć swój sposób na to danie. Theo & Philo w wydaniu czekoladowym postanowiło zrobić coś i dla kobiet, i dla mężczyzn, podpierając się hasłem "do serca mężczyzny trafisz przez żołądek, to kobiety poprzez czekoladę". Uznali, że "upieką dwie pieczenie na jednym ogniu" i postarali się, by ich czekolada "smakowała toffi i zawarła w sobie dobre adobo". Przyznam, że jak to czytałam po raz pierwszy, skrzywiłam się. Poza tym, uważam, że jak robi się coś "dla wszystkich", przeważnie wychodzi efekt "dla nikogo". Prześledziwszy to wszystko, zrobiłam się sceptyczna. Sos sojowy w czekoladzie? Budził wątpliwości. Kiedyś jego odrobinę tolerowałam w wytrawnym jedzeniu, ale od lat go po prostu nie lubię. Kocham sushi i np. przeraża mnie myśl o zbezczeszczeniu kawałka tym sosem. 

Theo & Philo Milk Chocolate Adobo to mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao z Filipin stylizowana na danie Filipino Adobo, czyli z kawałkami toffi (?) z masła z sosem sojowym i czarnym pieprzem.

Po otwarciu poczułam zapach mleczno-orzechowy, jakbym nachyliła się nad smakowym, brązowawym toffi i karmelem... Ten był dość palony, ale i słodki. Albo raczej nad jakimś orzechowo-toffi mleku smakowym. W tle odnotowałam maślany akcent i słoność z aż kwaskawo-cytrynowymi zapędami. Z czasem kwasek wydał mi się bardziej pochodzenia kakaowego, natomiast ogólna maślaność i słoność, a także toffi nasiliły się po przełamaniu. Wydało mi się to aż cukrowo słodkie, a jednak też specyficznie, osobliwie "nie czysto słodziusie".

Tabliczka w dotyku wydała mi się suchawo-proszkowa. Była nawet twarda, a przy łamaniu trzaskała / pykała. Słychać chrzęst i skrzypienie dodatków, którymi to mnie zaskoczyła. Proszkowy przekrój wzbogacony był bowiem mnóstwem sporych kawałków, kostek o twardawo-skrzypiącej strukturze. Nieco lśniły, acz kolorem zbliżyły się do czekolady. Dodano ich tak dużo, że trudno o kęs bez nich lub o niezahaczenie o nie.
W ustach rozpływała się powoli, trochę opornie. Była tłusto-kremowa, średnio gęsta i jakby chropowata. Nakręcała się w niej proszkowość. Z czasem dziwnie mieszała się z dodatkiem, że aż trudno powiedzieć, co było czekoladą, a co gładkawymi, powoli rozpuszczającymi się kawałkami. Twardawe były jedynie w pierwszej chwili, potem z ochotą miękły. Gięły się i kleiły do zębów (nawet niepodgryzane). Znikały minimalnie wolniej od czekolady. Szybciej gryzione trzeszczały / skrzypiały i obklejały zęby. Czekolada spomiędzy nich znikała dość rzadkawo i tłusto. Z czasem okazało się, iż na tych kostkach dodatku ulokowały się chrupiące drobinki i średniej wielkości kawałki mielonego pieprzu. Zostawał po wszystkim jako spore coś do chrupania.
Forma zlepka-ulepka, zostawiającego pieprz zupełnie do mnie nie przemówiła.

W smaku pierwsze pojawiło się masło ze słodkim tłem. Spłynęła mleczność, przywodząca na myśl mleko skondensowane / zagęszczone. Skojarzenie z nim szybko osłabiło echo soli, zgłaszającej swoją obecność (acz jeszcze nie mocno). Słodycz w tym czasie drastycznie wzrosła w karmelowo-cukrowym kontekście.  Na starciu wydała mi się przesadzona, choć nie była czysta. Wyraźnie poczułam też paloność karmelu, a także lekką gorzkość jakby skórek orzechów.

Po chwili wszystko to ułożyło się w maślany i palony karmel, a także toffi. Bardzo, bardzo maślane. Wraz z rozpływaniem się kęsa i wyłanianiem dodatków, masło nasilało się. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa obok słodziutkiego, maślanego i palonego toffi-karmelu, odnotowałam nieco bardziej wytrawną maślaność...  masła posolonego.

Pomyślałam o chłodnym maśle w kostce, bo w tle odezwała się lekka soczystość, rześkość. Wyłapałam cytrusową nutę, po czym i ona zmieszała się ze słonawym masłem. Toffi wciąż to opływało, acz też zrobiło się już bardzo słone. Słone toffi drapało w gardle cukrem i... pieprzem.

Epizodycznie pojawiała się ostrość i ciężki motyw czarnego pieprzu. Pewien gryzący, słono-wytrawniejszy element też promieniował od kawałków.

Pod koniec czekolada wydała mi się cukrowo-karmelowa, męcząco maślana i słodka w plastikowym sensie. Wtedy dodatki zupełnie ją zdominowały, pomagając sobie solą. Dodały do niej lekki, niemal nieuchwytny motyw sosu sojowego. To tu uplasowała się goryczka (wcześniej wydawała się bardziej kakaowa) - chyba bardziej palona? Masło i sos ten zaczął się mieszać z cukrem. Pomyślałam o daniach teriyaki, a więc w słodko-sojowej glazurze. Tu wyraźnie ze sporą ilością pieprzu, którego na koniec było tyle, że dominował - w końcu zostawał jako spore kawałki do pogryzienia

Po zjedzeniu czułam się przecukrzona, mimo że kompozycja nie była bardzo za słodka... Ona była po prostu irytująco słodka. Na poziomie gardła przesłodzenie też jakby się zaznaczyło, ale w gardle i na języku panoszył się głównie pieprz - to pewne. On jednak podparł się dziwnie cukrowością. Do tego masło umożliwiło temu wszystkiemu wyjść aż tak klarownie. Wtórowała temu słoność - może nie aż tak oczywista już po zjedzeniu, ale nie do przeoczenia.

Prędko odechciało mi się jedzenia tego. Po kostce siedziałam nad tabliczką skrzywiona i za nic nie mogłam znaleźć w niej zalet. Irytująco kontrastowa w każdym aspekcie. Twardo-tłusta i proszkowa baza, a także duży, gładko-miękki dodatek z chrupiącym pieprzem. Nuty soli, masła wyszły odpychająco. Słone toffi z wytrawniejszymi, pieprznymi plecami zadbały o to, że w kompozycji ciągle czułam zgrzyty. Sama czekolada raczej cukrowo-maślana, choć nawet z goryczką, nie wyszła zbyt dobrze, a plastikowo... o tyle bardziej, że o choćby kęs bez dodatku trudno.
Nie dość, że zebrała w sobie to, czego nie lubię, to jeszcze ani to dobra mleczna, ani nie kojarzyła się z żadnym daniem, a była po prostu jak toffi z solą i pieprzem, co w moim odczuciu już z zasady do siebie nie pasuje. Po mikroskopijnej ilości oddałam Mamie. Ona też szybko odpadła: "sama czekolada ot, nienajlepsza, ale na koniec coś chrupnęłam i straszny pieprz mnie uderzył, że po tej jednej kostce nie miałam zamiaru jeść ani trochę więcej. Nie mam co robić, a pieprz chrupać...". Reszta powędrowała dla ojca.


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od Sekrety Czekolady
cena: -
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier trzcinowy, miazga kakaowa (25%), tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, masło, sos sojowy, pieprz czarny 

wtorek, 5 lipca 2022

Fossa Chocolate 70% Dark Rehoboth Estate Philippines ciemna z Filipin

Choć moje pierwsze spotkanie z singapurską marką Fossa było dziwne (chodzi o ciastka z karmelizowanego jajka, które były dodatkiem w Salted Egg Cereal), po 70% Dark Pak Eddy Indonesia nabrałam przekonania, że to nie tylko marka robiąca dziwne, wyszukane tabliczki z dodatkami, ale też oferująca zacne czyste. Wciąż nie przekonało mnie to do innych ich propozycji, ale po prostu tabliczki z dodatkami nie są tym, czego szukam (a już na pewno w tej cenie; za z dodatkami mogę zapłacić kilka złotych, by potem zjeść na wykładach). Obecnie jednak nie byłam pewna, czy Filipiny jako region pochodzenia kakao to to, czego szukam. Tu jednak, no cóż, z tym konkretnym kakao ciekawa sprawa, acz dowiedziałam się szczegółów dopiero po degustacji. Plantacja Rehoboth należy do przyjaciół (którzy zaczęli zajmować się kakao w 2015 roku) właścicieli marki Fossa. Specjalnie do tych czekolad, wyselekcjonowali ziarna z drzew starych i "rdzennych". Te rosnące na nich są znacznie mniejsze i ponoć wyrazistsze w smaku od większych i młodszych kakaowych braci. Nazwa plantacji odnosi się do błogosławieństwa, bo celem jej założycieli było i jest zapewnianie lokalnym farmerom godziwych wynagrodzeń, poprawa ich życia. Można więc powiedzieć, że to dla nich wszystkich bardzo specjalna tabliczka.

Fossa Chocolate 70% Dark Rehoboth Estate Philippines to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Filipin, z dystryktu Calinan, okolic miasta Davao, z plantacji Rehoboth.

Po otwarciu poczułam bardzo, aż przesadnie słodki zapach palonego cukru z odległą soczystością. W cukrze odnalazły się śliwki, acz w wydaniu cukrowo słodkiej nalewki i wina... o mocnych nutach śliwek? Wyraźnie czerwonego, ale z obecną słodyczą; może z kwiatowym echem. Pomyślałam o nim, bo i odrobinki drewna (beczek z winem?) doszukałam się w czasie degustacji. Zaplątało się trochę czerwonych owoców. Aromat odebrałam jako przesłodzony.

Twarda tabliczka przy łamaniu wydała mi się trochę krucha. Trzaskała bardzo głośno. Choć w dotyku sugerowała tłustą kremowość, zaskoczyła ziarnistym przekrojem.
W ustach rozpływała się łatwo i jedwabiście, delikatnie mięknąc. Robiła to bardzo, bardzo powoli, zachowując zwartość i kształt niemal do końca. Pokrywała za to podniebienie tłustymi smugami i wypełniała usta paroma drobnymi, soczystymi falami. Była tłusta w maślanym sensie i ogólnie gładka. Na koniec zostawiała jednak taninowe prawie ściągnięcie.

W smaku pierwsza ukazała się maślaność i zachowawcza, na pewno palona słodycz. Maślaność rozpłynęła się na wszystkie strony, tworząc łagodną bazę. Podkradły się do niej niejednoznaczne nuty... jedynie ledwie orzechowawe.

I runęła słodycz jako cukier. Cukier po chwili palący się nieco, stający się karmelem, ale mocno osadzony w bardzo słodkich, czysto cukrowych realiach. Wydał mi się pierwszoplanowy.

Nieśmiało w tle odezwała się soczystość owoców. Ledwo wydostawały się z cukrowej otoczki. Mignęły mi jakieś czerwone - za słabo, by sprecyzować. Pomyślałam też o czymś śliwkowym, ale zacukrzonym, że aż mało owocowym. Może cukrowo słodkiej nalewce śliwkowej? Albo bardzo słodkim winie czerwonym. Ze słodkimi nutami... kwiatów? Aż przytłaczająco słodkich.

Z czasem soczystości udało się trochę zrównać ze słodyczą. Śliwki były dojrzałe i choć niemal muląco słodkie, wprowadziły drobny kwasek. Wróciły owoce czerwone... Wino pomogło im, jakby je butelkując - właśnie jako nuty wina. Śliwkowe wino czy śliwkowa nalewka... Może nawet coś śliwkowego w jakimś maślanym cieście?
Pod maślanością kryła się też odrobina niejednoznacznych orzechów. Zabiegały o chociaż namiastkę gorzkości. Doszukałam się nawet odrobiny dymu z leciusią gorzkawością właśnie. Mimo wszystko, kompozycja prędko zaczęła drapać w gardle.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa maślana baza wpuściła trochę ciastowości, pieczono-palonych nut, dodających leciutką gorzkość. Pojawiła się drobna nutka piernika jako ciasto lekko maślano-oleiste, gorzkawe od kakao i... może właśnie ze śliwkową nutą? Nasączone procentami?

I gdy o nasączeniu mowa, nagle znów niemożliwie wzrosła słodycz. Wszelkie soczystsze nuty zmieniły się w cukrową, koktajlową wiśnię, pomyślałam o owocach ususzonych i zleżałych tak, że aż z wytrąconym z nich cukrem. Mowa o daktylach i... ciemnych rodzynkach? Może rodzynki były w pierniku, ale jakoś się schowały. Daktyle za to splotły się z karmelem, zasładzając kompletnie i drapiąc w gardle. 

Wrócił karmel aka palony cukier, bo raczej tak o nich myślałam, przez moc i wrażenie przecukrzenia. Czerwone owoce próbowały go lekko... nasączyć? Trochę mieszały się z suszkami (nie wiedzieć dlaczego, pomyślałam o rodzynkach zrobionych z czerwonych odmian winogron), właśnie z daktylami. Te były aż paląco słodkie, podobnie jak karmel. Rozgrzewały.

Do rozgrzewania dołożył się też alkoholowy motyw. Wina i nalewki zagrały mocniej, nasączając piernik - sam w sobie stał się mało istotny, ale nuty alkoholu trafiły na przyprawy korzenne, budząc w kompozycji ostrość. Neutralny, orzechowo-maślany splot zmienił się pod ich wpływem w charakterniejsze drewno, jakby nasączone alkoholem.

W posmaku zostały nalewki, wino... Czułam więc śliwki w bardzo słodkim wydaniu, coś alkoholowego i rozgrzanie gardła, za którym to stała jednak głównie cukrowość i akcent daktyli. W nich znalazło się coś suszonego, ale na koniec słodycz wydawała się głównie cukrowa.

Całość wyszła o wiele za słodko. Powalająca cukrem, zaskakującym chwilami na karmelowo-daktylowy ton, ale i tak... oprócz tego leciutka soczystość śliwek, wina, nalewek i w zasadzie brak gorzkości - nie znalazłam niczego, co mogłoby to przełamać. Delikatna, maślana baza nie kupiła mnie. Końcówka alkoholowo-korzenna natomiast tak, ale to za mało by mnie zachwycić (na szczęście wystarczająco, by zrobić spokojnie kolejny kęs).
Jej słodycz i delikatność zupełnie nie pasują mi do nut, które genialnie sprawdziły by się jako mocno ciemnoczekoladowa siekiera.
Konsystencji się nie czepiam, bo choć idealna nie była, trudno jej coś zarzucić (wolałabym, by nie była tak maślano-tłusta, ale nie była tak bardzo za bardzo).

Maślane nuty i czerwone owoce jako para do czegoś, suszone czułam też w słodkiej (ale w punkt) Duffy's Philippine South Cotabato 70 %, ta jednak wykazała się cierpkością owoców (wiśni i goji), głębią słodyczy miodu i wreszcie mocniejszym, orzechowo-drzewnym smakiem. 
Z kolei bardzo delikatna (maślana, ciastowa), czerwonoowocowa (inne owoce), ale nie bardzo soczysta była też Benns Ethicoa Calinan - Philippines 72%. Za słodka, i choć z piernikowymi przyprawami oraz zacną nutą czerwonej herbaty, właśnie też jakaś niegorzka. Czuć podobieństwo regionu i... w zasadzie te były na jednym poziomie smakowym, ale Fossa wygrała konsystencją i formą.


ocena: 7/10
cena: 69 zł (za 50 g; cena półkowa)
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy