Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: whisky. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: whisky. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 lipca 2026

Beskid Chocolate Barrel Aged Chocolate Hispaniola Barrel Aged 70 % Czekolada gorzka z ziaren kakao leżakowanych w beczce po burbonie i piwie typu stout ciemna z Dominikany

Nie jestem fanką smakowych, infuzowanych degustacyjnych czekolad. Czasem dopuszczam danie takim szansę, ale nigdy nie są moim wyborem. Abym się skusiła, za czymś takim musi stać marka, której jestem pewna. A Beskidu jestem. Zwłaszcza, że dziś przedstawiana bazowała na naprawdę zacnym kakao, którego smak (który poznałam dobrze za sprawą czystym ciemnych tabliczek, m.in. Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao; nowa 2024) według mnie naprawdę miał szansę stworzyć z whisky coś pysznego. Niestety jednak dopiero na krótko przed samą degustacją dotarł do mnie wyraźnie fakt, że powinnam się nastawić także na aromaty stouta. Kakao dojrzewało bowiem przez 7 miesięcy w dębowych beczkach po burbonie Woodford Reserve oraz imperialnym stoucie Browarny Craft Beer – Bestie. Ten ponoć ma nuty palonego słodu, ciemnej czekolady i subtelnej słodyczy. A ta whisky... wow, jej opis mnie zaskoczył. Ponoć zawiera ponad dwieście wyczuwalnych nut: od mocnego zboża i drewna, po słodkie aromaty przypraw, owoców i nut kwiatowych".

Beskid Chocolate Barrel Aged Chocolate Hispaniola Barrel Aged 70 % Czekolada Gorzka z ziaren kakao leżakowanych w beczce po burbonie i piwie typu stout to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany, które leżakowało w beczkach po burbonie Woodford Reserve i imperialnym stoucie Browarny Craft Beer - Bestie.

Gdy tylko rozcięłam folię, uderzył bardzo silny, głęboko czekoladowy zapach, kojarzący się z podwójnie lub nawet potrójnie czekoladowym brownie, któremu towarzyszyła słodycz krówko-karmelu i czekoladowa kawa mokka z nieco mlecznym elementem, ale i goryczką. Przechodziła w kawowo-czekoladowy sernik ze słodką warstwą ze śmietany. Bardzo wyraźnie wszystko to przeplotła jakby karmelowo-pikantna, dosadnie alkoholowa i słodka w szlachetny sposób whisky. Choć z czekoladowością stworzyła wizję czekoladowych trufli z whisky, głównie wydawała się z nią ścigać. Ich zawodom z oddali przyglądała się lekka goryczka ciemnego, też jakby czekoladowego, piwa oraz motyw bardziej rześki, kwiatowy. Lekko zahaczający o owocową egzotykę? Pewna część alkoholowości wiązała się z tym soczystym motywem. Po głowie snuł mi się owocowo smakujący koniak i brandy mandarynkowa.

Niestety tabliczka trafiła do mnie źle zatemperowana. Ech, coraz częściej na takie trafiam. 
Masywna tabliczka podczas łamania trzaskała średnio głośno i kruszyła się przez miejscowe złe zatemperowanie.
W ustach czekolada rozpływała się powoli wolno, bardzo długo zachowując zbity kształt, mimo mazistości. Podniebienie pokrywała maziście-soczystymi smugami, a raz po raz czuć w niej jakby chropowatość, pylistość - właśnie złe zatemperowanie.

W smaku pierwsza ruszyła niemal urocza słodycz krówek. Po chwili zaznaczyła się na tym etapie subtelna, jeszcze nie tak jednoznaczna whisky (bardziej jako "szlachetna alkoholowość") i poprowadziła je w stronę poważniejszego, palonego karmelu.

W tle przemknęły kwiaty, przygotowujące grunt pod rześkość. Ta szybko dała się poznać jako owocowa. Z alkoholową dosadnością whisky, która w tym czasie się rozkręcała, przywodziły na myśl koniak i mandarynkową brandy. Cytrusy nieco się nasilały i z czasem mandarynki wystąpiły jako owoce, nie tylko jako nuta alkoholu. Cytrusy, do których podkrada się coś egzotycznego?

Swą obecność delikatnie zaznaczyła torfowa ziemia, puszczając jednak przodem coś innego...

Whisky rozbrzmiała bardzo wyraźnie. Mimo że realnych procentów nie było w tej tabliczce, czuć jej alkoholową mocarność, splecioną z ciężko karmelową słodyczą. Właśnie jakoby za sprawą wątku alkoholowego znacząco wzrosła słodycz, a ja pomyślałam o specyficznym "cukrowym szkiełku" (czyli warstwie, jaka czasem pojawia się w czekoladach z płynnym alkoholowym nadzieniem np. Lindt Whisky).

Gorzkość bazy nie zwlekała i ruszyła, nasilając się znacząco. Była palona, trochę kawowa niczym palone ziarna kawy... Rozsypane na czarną, wilgotną ziemię? Odnotowałam motyw ciemnego, słodko-goryczkowatego piwa, ale nie piwo jako takie. Z alkoholi wyraźnie dominowała whisky.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość i lekki kwasek zaserwowały mi jeszcze trochę owoców w tle: już nie tylko mandarynki, ale też, a nawet bardziej mango i ananasa... może nawet winogrona? Robiące aluzje do mocnej grappy? Wydawało się, że kwiaty trochę próbowały je ukryć.

Ziarna kawy i ziemia nieco złagodniały, stając się czekoladową kawą mokka. Kawą z nutką pomarańczy? I śmietanką?

Część kwasku odłączyła się od owoców, idąc w kierunku kwaskawego sernika z warstwą śmietanową na wierzchu. Sernika czekoladowego, w dodatku jakby... ze skórką pomarańczy nasączoną whisky? Jakbym tak jedząc sernik trafiła raz za razem na nią właśnie, a po chwili... zagłuszył to mocny ananasowy alkohol - brandy ananasowa?

Whisky poniekąd zdawała się walczyć z czekoladowością, spierać się o dominację. Tu czekoladzie przyszło z pomocą... piwo? Jakby mocno czekoladowe piwo, a po chwili mocno czekoladowe brownie z piwem, którym czuć goryczkę słodu i kawy. Za ich sprawą na znaczeniu mocno przybrał palony wątek. Pomyślałam też o mocno alkoholowych czekoladowych cukierkach "trufle". Przez moment z mniej jednoznacznym alkoholem.

Goryczka z czasem przechwyciła plączące się tu i ówdzie kwiaty i pokierowała je w ziołowym, dosadniejszym kierunku. Goryczka i cierpkość ziół szybko zatonęła w pikanterii whisky, która wróciła bardzo wyrazista. Whisky, właśnie pikanterią i specyficzną, alkoholową słodyczą - ale bez alkoholu! - aż jakby rozgrzewała gardło i przyprawami piekła w język.

Wykorzystała to ziemia, porządnie wieńcząc końcówkę.

Po zjedzeniu został posmak whisky i słodu prosto z piwa, zupełnie, jakbym wypiła trochę jednego i drugiego oraz mocno czekoladowego brownie, w którym czekoladowość podkręcono kawą i palonym słodem. Whisky jawiła się jako niemal karmelowo słodka i pikantna, gryząca tym samym w język. Obecna soczystość wraz z nią udawała koniak i/lub owocową brandy. Mandarynkowo-pomarańczowo-ananasowe echo z owoców w posmaku miało najwięcej do powiedzenia, acz i ono nie było bardzo intensywne.

Czekolada na pewno była interesująca i niewątpliwie smaczna, ale nie chwyciła mnie tak, jak robią to czyste ciemne tabliczki tej marki. Mocne nuty alkoholi walczyły z czekoladą, która z jednej strony wydawała się tym zmotywowana i nakręcała się w swej czekoladowości, z drugiej... ja czułam się przytłoczona whisky. W moim odczuciu to wszystko było nazbyt chaotyczne. A jednak muszę przyznać, że wielbicieli whisky, powinna w sobie rozkochać. Bardzo subiektywnie wystawiłabym jej 8, ale nie ma zamiaru odejmować punktów za to, że wolę czyste czekolady do dodatków. Chyba wśród czekolad smakujących alkoholem to prawdziwa gwiazda.

Baza Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao; nowa 2024 do rozpoznania, ale w ciemno mogłoby to uciec, bo jednak uwaga skupiała się na przepychankach czekolady z whisky, a jeszcze i piwo co nieco wtrąciło.
Podobnie jak w podlinkowanej czułam tu sporo krówko-karmelu, kwiatów, sernika, ziół, trochę mandarynek i mango, cytrusy i pikanterię, ale inaczej rozłożyły się siły. Dziś prezentowana wyszła bardziej mandarynkowo-pomarańczowa, do czego doszedł ananas, mniej w niej było krówek, zniknęły soczyste daktyle i orzechy. To whisky zdawała się w dziś przedstawianej rozdawać karty, a i jej smak bardzo silnie czuć. W dodatku sprawiła, że słodycz wydawała mi się jakaś taka dosadniejsza i aż trochę przytłaczająca. Piwo nutami palonymi, słodowymi też to i owo pozmieniało, wydobyło i rozkręciło kawę, jak mi się zdaje, ale nie było aż tak imperatywne jak whisky.
Nie przekonuje mnie zabarwianie smaku kakao, a już tym bardziej dwom różnymi alkoholami. Ciekawe, czy można było by nadać kakao smak whisky delikatniejszy, gdyby tak np. dojrzewało w beczkach o wiele krócej?


ocena: 9/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 34,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

poniedziałek, 10 lutego 2025

Henry Lambertz Cream Liqueur Dark Chocolate with cream liqueur with Irish whiskey ciemna 50 % z kremem truflowym z likierem śmietankowym z whiskey

Kiedyś lubiłam dobre czekolady z alkoholowymi nadzieniami - do takich przyzwyczaił mnie Zotter, ale też nigdy nie gardziłam Lindtami z kostkami, wyglądającymi jak kapsułko-beczułki. Tabliczki Lambertz, gdy moją uwagę na nie zwrócił ojciec, skojarzyły mi się z połączeniem tego. Fakt, gdy doszedł głos rozsądku i wspomnienie kiepskawych Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter; + Henry Lambertz Zimtsterne Vollmilch i to, że obecnie tak mi się gust pozmieniał, poczułam, że te nowe mogą być zwyczajnie nie dla mnie. A jednak pomyślałam, że najwyżej Mama zje - może okażą się dla niej? Ona ciągle ma słabość do alkoholowych słodyczy, mimo że słabość nie łączy się z częstym jedzeniem - też bowiem zauważa pogarszanie się wszystkiego, a sama robi się o wiele bardziej wymagająca. Dziś prezentowana czekolada wydawała mi się bardziej w jej guście, niż moim. Czym jest irish cream, w zasadzie ciągle zapominam i muszę na nowo szukać w Google. Samo irish cream to likier na bazie śmietanki i whisky. Dopiero po dodaniu go do kawy powstaje irish coffee. Hm, no, wciąż to było bardziej w Mamy typie niż moim (choć gdy czekoladę dostałam, myślałam, że wnętrze będzie kawowo-alkoholowe - mój błąd).

Henry Lambertz Cream Liqueur Zartbitter Schokolade mit Sahnelikor mit Irischem Whiskey / Dark Chocolate with cream liqueur with Irish whiskey to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (35%) kremem truflowym z likierem śmietankowym, "uszlachetnionym" irlandzką whiskey.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach likieru śmietankowo-cappuccinowego z nieco poważniejszym echem mocnego alkoholu. Po podziale i w trakcie jedzenia whisky rzeczywiście przychodziła do głowy. Alkohol wpisał się w ciężką, cukrową słodycz. Istotny element stanowiła jednak też sama czekolada o palono-kawowym i nieco likierowo-syropowym wydźwięku oraz palonej gorzkości. Jej splot wraz ze śmietanką robił też pojedyncze aluzje do kawy i kokosa. Ogół jawił się dość czekoladkowo.

Polewowa tabliczka była twarda, acz przy łamaniu trzaskała średnio głośno w chrupki, właśnie w polewowy sposób. Czekolada stanowiła grubą warstwę i przy podziale wgniatała się w znacznie delikatniejsze nadzienie. Każdą kostkę wypełniała średnia ilość kremu o tłusto-mazistej, plastycznej strukturze. Był lepki i zbito-rzadkawy.
W ustach czekolada rozpływała się w średnio-szybkim tempie, wykazując maślaną tłustość i mazistość. Wydała mi się ulepkowata, mimo że kremowa i gęsta.
Nadzienie szybko wyłaniało się spod niej i cały czas wydawało się trochę przytoczone grubą czekoladą. Cechowała je miękkość i rzadkawość, a do tego wysoka, maślano-śmietankowa tłustość i zawiesinowość. Było mazisto-maziające się i wręcz śliskawo gładkie. Łatwo rzedło jeszcze bardziej i znikało znacznie szybciej od masywnej czekolady, która zostawała na koniec.

Występ zaczynała czekolada. W smaku od początku była bardzo słodka i już sama w sobie nieco likierowo-syropowa. Co więcej, ewidentnie przesiąkła nadzieniem, nawet gdy chodzi o części kostek, które go nie dotykały. Ogólnie kryła w sobie śmietankowe echo. Po chwili w ustach rozeszła się też palona gorzkość. Rosła dosadnie, pomagając sobie cierpkością. Nic sobie nie robiła ze słodyczy, która szybko też dosłownie podskoczyła, eksponując cukrowy charakter.

Nadzienie szybko się odezwało jako śmietankowy likier o wysokiej słodyczy. Bardzo śmietankowy. Gdy wycisnęło się spod czekolady, skupiło na sobie sporo uwagi, ale czekolada cały czas miała bardzo dużo do powiedzenia. Na pewien czas jednak oddała spore pole do popisu środka - jakby stojąc na straży tego, co się wyrabia.
Słodycz środka zahaczyła o cukrowość, co wzmocniło echo mocnego alkoholu. Dzięki temu jednak mimo że było bardzo słodko, nie męczyło to przesłodzeniem. Whisky raz po raz faktycznie przychodziła do głowy, acz w moim umyśle powstał obraz likieru śmietankowo-cappuccinowego. Przy czym kawę to raczej sugerowała czekolada z wierzchu. Słodycz czekolady nakręcała się ze środkiem wnętrza.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa alkoholowość wraz ze słodyczą aż nieco rozgrzewała, mimo że alkohol nie był straszliwie mocny. Po prostu miał dosadny charakter. Powaga whisky mieszała się jednak ze słodziutkim likierem coraz bardziej śmietankowym, co wyszło aż mdło-tłusto. Czekolada przy tym kremie robiła aluzje do niewyrazistej kawy.

Wraz z  tym, jak nadzienie znikało, czekolada bardziej wracała do gry aż w końcu dominowała. Mimo to, jego smak pobrzmiewał dość długo. Po jednak tak intensywnym, słodko-alkoholowym kremie, wydawała się spłycona i bardziej polewowa. Obok cukrowej i wysokiej, że końcowo już trochę męczącej słodyczy jednak, na zasadzie kontrastu do bardzo śmietankowego nadzienia, bardziej zaakcentowała się palona gorzkość. Miała jednak bardziej tandetno-czekoladkowy ton. Podszepnęło go echo whisky. 

Po zjedzeniu został posmak słodkiego likieru śmietankowego z aluzją do cappuccino, a na pewno z tłustą śmietanką, wzmocnionego odrobiną whisky oraz palono-cukrowej, polewowej czekolady. Słodycz i mocny alkohol aż zaznaczyły się na języku.

Całość była zrobiona tak sobie, bo dużo grubej czekolady przytłaczało nadzienie, a przez jego intensywny charakter, końcowo czekolada wydawała się gorsza. Sama w sobie była przeciętna i bazowa, więc taka jej ilość to trochę za dużo. Od czekolady z nadzieniem oczekuje się raczej dużo nadzienia. A to... było w sumie oddające tytuł - czuć śmietankowy likier, dużo śmietanki i poważniejszy alkohol, a jednocześnie nic chamskiego i zbyt zacukrzającego, mimo wysokiej słodyczy. Smak nadzienia był dobrze wyważony. Ogół więc wyszedł pozytywnie, ale nie porywająco, bo z wieloma kwestiami do poprawy. A jednak no to zwyczajnie nie moja bajka. Zjadłam połowę, ale potem słodycz, tłusta śmietanka, alkoholowość i forma przestały sprawiać mi jakąkolwiek przyjemność, ale rozumiem, że czekolada komuś może smakować bardziej. Dziś opisywana jednak była nudno-niezła, w momencie gdy Henry Lambertz Piña Colada Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling wygrała z nią tym, że była niespotykana.

Połowę oddałam już Mamie, ale jej w ogóle nie podeszła i resztka trafiła do ojca. Opisała ją: "Sama czekolada okropna, taka jak polewa z czekoladek, której nie chce się jeść, co środkowi tylko przeszkadza. Tu jednak i środek mi nie podszedł. W ogóle to go jakoś mało, że aż się gubił. A efekt... jakby takie lekko alkoholowe masło".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 525 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa,17,5% likier śmietankowy z 0,1% irlandzkiej whiskey ( zawiera mleko), tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone, emulgator: lecytyny z soi; substancja żelująca: agar; naturalny aromat

piątek, 9 lutego 2024

Zotter Whisky + Caramel + Pecan ciemna 70 % z karmelowym kremem z whisky oraz nugatem z orzechów pekan z pekanami karmelizowanymi w syropie klonowym

Po dwóch ryzykownych tabliczkach postanowiłam sięgnąć po nadziewanego Zottera, który autentycznie miał duże szanse mi posmakować. Dla nieciastowej mnie, inspiracja amerykańskim ciastem pekanowym "pekan pie" (którego nigdy nie jadłam), brzmiała całkiem nieźle. Z tego, co wyczytałam, dodano do niej whisky od David Gölles, zajmującego się głównie winem austriackiego producenta alkoholu. Dopiero w dniu degustacji przypomniało mi się, że jadłam dość podobną czekoladę Zottera, acz z dodatkiem bardziej kontrowersyjnym niż karmelizowane pekany: Zotter Whisky & Bacon. Bo to, że Scotch Whisky "Highland Harvest" po prostu zwyczajnie mi smakowała, pamiętałam. Obstawiałam, że z tą może być podobnie.


Zotter Whisky + Caramel + Pecan to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana (30%) karmelowym kremem (na bazie czekolady białej karmelowej) ze styryjską whisky od David Gölles oraz (30%) praliną / nugatem z orzechów pekan z pekanami karmelizowanymi w syropie klonowym.

Po otwarciu poczułam mocny, acz szlachetny alkohol, a dopiero za nim palono-gorzką i karmelowo słodką ciemną czekoladę o nieco piernikowych zapędach. Zwłaszcza gdy wąchałam wierzch, słodycz karmelu zdawała się bardzo istotna. Alkohol sugerował obecność warstwy "cukrowego szkiełka", sprawiał wrażenie niemal czystego... Ogół wydawał się też ciepły od sporej ilości dobrego, acz niedookreślonego alkoholu. Spód wydawał się raczej bardziej ogólnie orzechowy i rozmyty także w kwestii słodyczy. Po przełamaniu za to wyklarowała się karmelowo słodka whisky i nasiliła karmelowa słodycz ogólna. Pojawiła się też maślaność. W orzechowości pekanów może i można się doszukać, ale mogła to być jedynie autosugestia.

Tabliczka wydawała się twarda i masywna już w dotyku. Łamanie tylko to potwierdziło. Bardzo gruba czekolada cicho trzasnęła. Także nugat - wyglądający na suchy - popisał się konkretnością. Jedynie karmelowy krem jawił się jako bardziej plastyczny i mazisty (lecz nie do tego stopnia, by czekolada się w niego wgniatała).
W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo. Była maślano-tłusta, nieco mazista i w harmonii mieszająca się z nadzieniami.
Szybciej wyciskało się spod niej karmelowe, by rozpuszczać się już równo z nugatem i zostawać dłużej od niego. Krem karmelowy był miękki i tłusty w mleczno-maślany sposób. Miał w sobie nieco kremowo czekoladowy element, acz chwilami wydawał się lekko gumiasty. Mimo że gładki, końcowo zdradzał lekką pylistość.
Pekanowy nugat okazał się pudrowo-pylisty i tłusty w maślany, trochę jakby gumkowo-zbity sposób. Był konkretny, ale rozpływał się łatwo i dość szybko, pod koniec wodniście.
Z nugatu wyłaniało się sporo różnej wielkości kawałków orzechów. Na język wylegały w większości jakby pokryte cukrem kawałki, kawałeczki i dosłownie drobinki (tych chyba było najwięcej) oraz parę sporych kawałków.
Orzechy okazały się miękkie i delikatne. Gryzione dłużej niektóre zdradzały tłustość, trzeszcząc wręcz wiórkowo.

W smaku czekolada była gorzko-palona i subtelnie słodka w palono-karmelowy sposób, a do tego jakby wzmocniona słodkim, mocnym alkoholem (musiała przesiąknąć wnętrzem). Sama w sobie wydała mi się nieco orzechowa, a jej gorzkość w obliczu słodkich nadzień z czasem zahaczała lekko o dym i kawę.

Delikatna orzechowość, najpierw jednak niedookreślona, szybko zapowiedziała swoją obecność, jakby podpinając się smakiem pod czekoladę, lecz nagle szybko to alkohol przyciągnął uwagę. Nadzienia jednak smakowo rozchodziły się mniej więcej równo.

Nadzienie karmelowo-alkoholowe okazało się dynamiczniejsze. Uderzyło słodkim, mocnym alkoholem, który po chwili przedstawił się jako whisky o nieco karmelowym charakterze. Wtapiał się w maślaność i śmietankę, jakie roztaczała ta część, dopowiadając toffi i karmel maślany. Za jego sprawą bardzo rosła też słodycz, chwilami zahaczająca o krówkową. Czekolada z wierzchu próbowała ją nieco poskromić. W pewnej chwili jednak to i tak whisky zdominowała wszystko. Rozgrzała język i usta, sama zaś zdradziła jakby lekką cukrowość. Potem trochę się uspokoiła i... podkreśliła charakter oraz szlachetność nugatu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do słodyczy sporo dołożył jeszcze nugat. Przedzierał sobie drogę jakby czystą, acz rześką słodyczą.
Zwłaszcza spróbowany osobno wydał mi się przesłodzony i wręcz pudrowo-cukierkowy, choć z czasem rzeczywiście i syrop klonowy się w nim ujawnił. Wydawał się płynąć z całej warstwy, a nie tylko od kawałków orzechów. Co ciekawe, to właśnie chyba whisky z drugiej warstwy nieco podkreśliła sam smak syropu.
Orzechy mieszały się z maślaną nutą bardzo spójnie, ale też czuć, że to pekany. Same w sobie były jakby maślane, jak słodko-tłustsza i znacznie łagodniejsza mieszanka orzechów włoskich i laskowych. Może subtelnie podkreślone cynamonem? Zapewnił ciepło, podkręcając się wzajemnie z rozgrzewającym aspektem whisky.

Z czasem słodycz wzrosła ryzykownie, alkoholowość nieco osłabła i rozmyła się jej jednoznaczność (szlachetność na szczęście pozostała), a nugat mieszając się z karmelową warstwą, wydobył z kompozycji biało czekoladową nutę. Wtedy z nugatu wylegać na język zaczęło sporo kawałków orzechów. Zapewniały słodkie pstryczki. Niektóre ewidentnie syropu klonowego, innej bardziej po prostu słodkie, może z echem karmelizowania. Czekolada z czasem kontrastowo wyszła jeszcze bardziej palono-gorzka, ale mocny alkohol akurat jej odebrał głębię.

Orzechy gryzłam głównie na koniec, w trakcie rozpływania się kęsa zdarzało mi się je jedynie lekko raz po raz podgryzać. Niektóre do końca okrywała nuta syropu klonowego, który czasem jawił się po prostu czysto słodko, a czasem wyraźnie jako on sam. Pod nim orzechy zachowały swój własny, delikatnie słodkawo-maślany smak. Nie były jednak jakoś szczególnie intensywne, jako że cały czas pobrzmiewało echo alkoholowości.

Po zjedzeniu został posmak słodkiej, mocnej whisky (znów jednoznacznej), cierpkawo gorzkiej, dymnej czekolady oraz przesłodzenie od kumulacji maślanego karmelu, syropu klonowego i echa białej czekolady. Czułam też specyficzny efekt jakby takiej śliskości syropu klonowego na języku. Mieszało się to z mocnym, acz także bardzo słodkim alkoholem, ewidentnie whisky. Orzechowość czuć bardzo dobrze, alkohol jej nie zagłuszył. W posmaku okazała się niewiarygodnie jednoznacznie pekanowa.

Czekolada była smaczna, ale bez szału. Ciemna czekolada nie poradziła sobie z przesadzoną słodyczą. Maślany karmel, wręcz toffi, whisky o karmelowych nutach, biała czekolada i syrop klonowy - po prostu za dużo tu tego wszystkiego. Alkoholowo-karmelowy krem nie był mocno karmelowy, raczej maślano-krówkowy i trochę jak wyidealizowane nadzienie Pawełka, słodki, ale bardzo dobry. Nugat jednak nazbyt łagodny, a mocny od alkoholu, co już nie chwyciło. Pekanowy krem był za delikatny, nieco stłamszony. Syrop klonowy chwilami też się zatracał, a słodyczy dokładał cały czas. Wydaje mi się, że aby pokazać charakter pekanów i syropu klonowego przydałoby się pozwolić działać im, bez tak złożonej otoczki. Kompozycja to więc w porządku, niby przejrzysta, ale i tak z czasem nieco męcząca przeładowaniem. Niby z pomysłem i potencjałem, ale coś jakby nie do końca wyszło... Co oczywiście nie sprawia, że to zła czekolada! Zjadłam nawet ze smakiem, ale wiem, że bym nie kupiła (a już na pewno nie kupiłabym, gdybym znała efekt).


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, orzechy pekan 14%, tłuszcz kakaowy, karmelizowane mleko w proszku 5% (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), whisky, masło, mleko, syrop skrobiowy, syrop cukru inwertowanego, pełne mleko w proszku, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), pełny cukier trzcinowy, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, sól, słodka serwatka w proszku, sproszkowana wanilia, cynamon, chili "Bird's eye"

poniedziałek, 24 października 2022

Anthon Berg Dark Chocolate Creamy Caramel & Jim Beam ciemna 45 % z nadzieniem karmelowo-śmietankowym z whisky Jim Beam

Po smakowo taniawej Anthon Berg Dark Chocolate Creamy Caramel & Remy Martin potrzebowałam trochę przerwy. Obstawiałam, że dzisiaj przedstawiana będzie bardziej w moim typie, ale tamta rozczarowała mnie po prostu jakością. Tanio zajeżdżające nadzienie i cukrowość, forma brudząca i niewygodna do jedzenia - wszystko takie, że i w bliźniaczej się już tego spodziewałam. A o dziwo sam fakt, że nadziewana, że alkoholowa, we wspominanej mi nie przeszkadzał. Stąd za tę zabrałam się ze smutkiem. Już wiedziałam, że nie będzie to udana degustacja. Czyżby więc zmarnowany potencjał i Jima Beama, którego nie darzę jakąś szczególną sympatią, ale przynajmniej jest whisky, nie koniakiem, i również całkiem spoko marki Anthon Berg? Bo co, uznali, że nie można mieć wszystkiego? A może powinnam wyciszyć swój wrodzony pesymizm? Może miałam się pozytywnie zdziwić?

Anthon Berg Dark Chocolate Creamy Caramel & Jim Beam to ciemna czekolada o zawartości 46 % kakao z (32%) nadzieniem karmelowo-śmietankowym z whisky typu bourbon Jim Beam.

Otworzywszy, trafiłam na wyrazisty zapach alkoholowego, śmietankowego karmelu z echem gorzkawo-cukrowej czekolady. Miała nieco truflowe zacięcie. Po podziale, przy jedzeniu (kiedy kostka odsłaniała wnętrze), nasilał się motyw śmietankowego, karmelu, podbitego śmietankowo-maślanym toffi i sztuczną nutą. Zdarzyło się temu zalecieć taniością, acz nie wiązała się ona z alkoholem. Ten, choć mocny, jawił się jako szlachetniejszy.

Gruba i polewowa, tłusta już w dotyku tabliczka mimo grubości i pewnej masywności, wydawała się jakaś delikatna (łamliwa?).
Kiedy ją łamałam, trzaskała i pękała jak krucha skorupko-polewa. W każdej kostce znalazło się sporo nadzienia, które powoli się wylewało. Odznaczało się gęstawością i lepkością. Do pewnego stopnia trzymało się kostki, ale i tak płynęło, co przełożyło się na niekomfortowe, brudnawe jedzenie. Przynajmniej nie ciągnęło.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, minimalnie proszkowo. Przede wszystkim jednak tłusto-maziście, nieco polewowo, a jednak całkiem przystępnie.
Po paru chwilach przybierała na gęstości i bardziej zaklejała usta. Wypuszczała wtedy ze swych objęć nadzienie, które okazało się raczej rzadkie. Mnie skojarzyło się ze śliskawo-gładkim sosem do lodów albo tłustym i klejąco-zagęszczonym (?) mlekiem. Znikało szybciej od czekolady, która jakoś dziwnie je przytłaczała.
Czekolada została najdłużej i końcowo wydała mi się jeszcze bardziej polewowa, plastikowo-ulepkowata.

W smaku czekolada zaszarżowała cukrem, może z niby waniliową naleciałością. Roztoczyła maślano-truflowy wątek. Skojarzyła mi się z nieco cierpkawymi truflami belgijskimi, przejawiała likierowe skłonności. Czuć w niej karmelkowo-alkoholowy motyw nawet, gdy spróbowałam ją osobno (musiała mocno przesiąknąć nadzieniem). Z czasem, pod cukrowością, pojawiła się nawet delikatna gorzkawość palonej kawy.

Zaraz dołączyło nadzienie jako mleczność, wysoce słodki, mocny alkohol i... sugestia gumy balonowej. Alkohol podpłynął pod kawowo-paloną nutę, mignęła wizja irish coffee (kawa z whisky i śmietanką). Ją jednak spłyciła i przygłuszyła intensywna, sztuczna słodycz cukierkowo-karmelkowa. Z nią mieszała się mleczność, maślaność i... cukierkowo-owocowy wątek. Miał ordynarny charakter (kiedy spróbowałam samego nadzienia, wychodził niemal na przód). To nieprzyjemna i tania słodka sztuczność (syropu glukozowego?). Oddzieliło się to od toffi, po czym ukryło się w ogólnej cukrowości i alkoholu. Te zadrapały w gardle, ogrzały je. Procenty i alkohol z czasem przysłoniły nieco taniość.

Obok słodyczy pojawił się słodki, też aż nieco cukrowy alkohol. Nasiliła się karmelowość i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kompozycja zrobiła się nieco poważniejsza, truflowo-likierowa. Niby wciąż cukrowo-karmelowo... czy raczej karmelkowo, ale czuć, że to jakiś "lepszy alkohol". Chwilami nawet ewidentnie, że whisky. Mocno alkoholowo-słodkie nadzienie zrównało się z czekoladą, a whisky zapiekła w język, po czym zaczęła słabnąć.

Analogicznie rósł wątek śmietankowo-karmelkowy i wróciło cukierkowo-owocowawe echo. Znów wyłamała się taniość i tłuszczowe echo, zupełnie nie pasujące do dobrego, pobrzmiewającego coraz słabiej - acz wciąż ogólnie dość wyrazistego - alkoholu. 

W gardle piekło od cukru i alkoholu, wkomponowanego w czekoladę. Pomyślałam o jakiś truflo-pralinkach z whisky i alkoholowo-kawowych czekoladkach, bo właśnie sama czekolada na końcówce rozmyła się. Była tylko tyle że cukrowa, z lichą cierpkością, a bez gorzkości. Wyszła maślanie i kiepsko, ale nie jakoś szczególnie źle (o dziwo).

Po zjedzeniu ostał się posmak nieprzyjemnie cukrowo-karmelkowego, śmietankowego karmelo-toffi, podszytego tanimi cukierkami owocowymi oraz wymieszanego z mocnym alkoholem. Czuć, że ten akurat był dobry, Czekolada wysiliła się na lekką gorzkawość, cierpkość o palonym charakterze, ale wszystko to było dopiero za cukrem. Miałam wrażenie, że sztuczna słodycz, wsparta procentami, wgryza mi się w język. Bardzo mi ona przeszkadzała.

Całość wyszła gorzej od wersji z koniakiem Remy Martin ze względu na dodany alkohol. Dziwna soczystość podlinkowanej nie pasowała do tego niemal toffi zasładzacza, ale że koniak potrafi mieć owocową nutę, jakoś ta cukierkowa owocowość przynajmniej częściowo się kryła. Whisky nadała nadzieniu charakteru, jednocześnie bardzo się gryząc z tą cukierkowością, która to w ogóle jakąś gumą balonową zajeżdżała. Nie dała sobie rady ze sztucznością i cukrem.
Ogół po prostu mnie odrzucał - gdy tylko odnotowałam tę owocową nutę, nie miałam ochoty na więcej. Kiedy wraz z rozpływaniem się, przewijała przez resztę, męczyła, utwierdzałam się w tym. To było odpychające. W dodatku forma taka, że zupełnie nie widzę sensu jedzenia tego. Jakościowo i w ogóle nie różni się jakoś specjalnie od Remy Martin, tu po prostu ten zgrzyt się uwidocznił. Na plus jednak, że czuć różnice w alkoholach.
Mama, pamiętając Remy Martin, z tej postanowiła nadzienie wyjeść i wesoła zasiadła do niej, uzbrojona w łyżeczkę. Niestety, czekolada szybko pokrzyżowała jej plany, bo całościowo okazała się nie do zjedzenia. Mama uznała: "sama czekolada niesmaczna, ale to nadzienie jeszcze gorsze. Okropne, nie wiadomo czym, jakimś sztucznym - miętowym?! - cukierkowym czymś walił". Nie pojadła za wiele.


ocena: 4/10
kupiłam: Auchan (ojciec kupił)
cena: 12,99 zł (za 90g; acz jak wyżej)
kaloryczność: 476 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, syrop glukozowy, tłuszcz kakaowy, mleko skondensowane, tłuszcz roślinny w nadzieniu (palmowy, shea), whisky 1,4% (Jim Beam), stabilizator (syrop sorbitolowy), lecytyna, naturalny aromat, sól, syrop, środek zagęszczający (pektyna)

sobota, 17 lipca 2021

Raaka 82% Bourbon Cask Aged Unroasted ciemna surowa z Tanzanii aromatyzowana bourbonem

Uwielbiam whisky i skłamałabym pisząc, że wraz z tym jak moje uczucia do czekolad z alkoholem osłabły, przestały mnie interesować czekolady z whisky. A że bourbonowi do whisky blisko... wiadomo. Ziarna kakao leżakowane w beczkach po bourbonach brzmiały intrygująco. A gdy tylko sobie pomyślałam o orzechach marynowanych w winie z Zottera White Praline + WineNuts, o jednym z najlepszych Lindtów, czyli Whisky... wiedziałam, że to będzie zupełnie coś innego. Coś innego, zupełnie nowego dla mnie, ale zapowiadało się równie smacznie. I wciąż kakaowo, a nie alkoholowo. Najlepsze było to, że... to alkoholowa czekolada, ale nie z alkoholem, ha! Po prostu zrobiona z kakao, które dwa miesiące leżakowało w beczce po bourbonie. Wiedząc, jak kakao nasiąka wszelkimi nutami, byłam bardzo ciekawa efektu. O tyle bardziej, że coraz mniej interesowały mnie "czekolady z alkoholem po prostu".
Jedynie wymieszanie cukrów budziło we mnie wątpliwości. Lubię smak syropu klonowego, ale to, jak wychodzi cukier klonowy w czekoladach mnie nie przekonuje. Wiem jednak, że nie powinnam rozsądzać na podstawie jednej czekolady (Zottera Squaring the Circle 70% Dark Choc with Maple Sugar), ale... ogólnie zamienniki cukru trzcinowego (czy też białego) w czekoladach rzadko mnie chwytają. Bałam się o tyle bardziej, że przez pomyłkę przy składaniu zamówienia kupiłam dwie tabliczki (co w sumie i tak jest raptem połową mojej czekoladowej dziennej normy).
Kakao do niej zostało zakupione od kooperatywy lokalnych, małych producentów Kokoa Kamili.

Raaka 82% Bourbon Cask Aged Unroasted Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 82 % surowego kakao z Tanzanii, leżakowanego przez dwa miesiące w beczce po bourbonie.

Po otwarciu poczułam delikatną woń słodkich wiśni i wilgotnej, gęstej ziemi z lekko cytrusowym akcentem. Ten słodko-gorzki splot związało lekkie wędzenie. Za jego sprawą pomyślałam o ciemnym stoucie i drewnie / drzewach, ale też... o chrupkim, a nasiąkniętym czymś pieczywie pszennym (np. bagietce?), może drożdżowym. Takim na śniadanie... do kawy? 

Tabliczka trzaskała głośno, przy czym minimalnie się kruszyła, ale przy odgryzaniu kawałka nie sprawiała wrażenie twardej. 
W ustach rozpływała się zalepiająco-kremowo, ale nie gęsto. Robiła to w tempie umiarkowanym i łatwo, mimo że była dość zbito-zwarta. Mimo że z leciutko oleistą mazistością, daleko jej do tłustości czy ciężkości. Okazała się tłusto-gładka powierzchownie, a z czasem prezentująca się jako szorstka. Zdarzyło mi się trafić na drobinkę-dwie nierozpuszczonego cukru. Z lepkiej, niemal ziarnistej mazi wypływał po paru chwilach ogrom soku i całość tak znikała - jak gęstawy sok.

W smaku w pierwszej chwili poczułam paloną słodycz. Splótł się w niej syrop klonowy i karmel, które zaraz zaczęły nieco "ciemnieć", przybierając poważniejszy charakter, ale i łapiąc pewien dystans.

Zaraz pojawiła się także soczystość - również związana ze słodyczą - jogurtowych wiśni, przy czym kwasek najpierw był znikomy. Stłoczyły się wokół wręcz nieco mdląco-neutralnego motywu "wiśni z czegoś". Do głowy przyszła mi wanilia i pszenny wypiek... Nawet nie wiem, czy ciastowy, bo właśnie neutralność tej nuty była znacząca. Drożdżowo-pszenna? Chlebowa? I nieco maślana? Czułam, jakby od tyłu zaczęła ją trochę ośmielać torfowa mgiełka. 
I niespodziewanie usta zalała soczysta kwaśność, jakby żywo protestując.

Cierpkie wiśnie znalazły się na pierwszym miejscu, a kwaśno-soczyste cytryny żywo je dopingowały. Jogurtowa nuta zaopiekowała się "łagodzącymi maślanościami".

Chwilę później poczułam także subtelną gorzkawość, wspieraną przez palono-wędzoną nutę. Właśnie torfowe echo znów się odezwało. Wydawały się iść ramię w ramię, ale nie były jednością. Kojarzyła się z whisky / bourbonem, nawet nieco rozgrzewając język. Gorzkość prędko nasiliła się, przytaczając ziemię i kawę. Wiśnie i w nich uwypukliły odrobinkę kwasku, nasączając to soczystością, już nie tylko swoją, ale ogólnie owoców czerwonych (też porzeczek? żurawiny?) podkręconych cytrusami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość wywalczyła miejsce na pierwszym planie obok słodyczy. Torfowość tego była dzika, mokra, a jednocześnie czysta (aż się chciało z rozkoszy rękoma zagrabić tę ziemię). Oczami wyobraźni zobaczyłam porastające czarną ziemię drzewa (klony?) i drewno jako meble... koloru mahoniowo-wiśniowego? Też jakby soczyście-zawilgocone od chłodnej, mglistej aury. Z jednej strony delikatne, a z drugiej takie, od których aż bije siła. Pomyślałam o szyszkach (?) i różnych orzechach / pestkach, w których było coś odrobinę ostrzejszego. Ta nuta nieco rozgrzewała język niczym bourbon... na które to poczucie z czasem napłynęła także jego waniliowo-drewniana nuta. Taki pity jesienią z odrobiną pikanterii i słodyczy tej pory roku.

Przemieszawszy się ze słodyczą klonowo-karmelową, rewelacyjnie oddawała bardzo waniliowo słodkiego whisky-burbona o drzewnym smaku, pozbawionym jednak alkoholu czy mocarności. Ponownie trafiłam na lekką drożdżowość / chlebowość. Znów pomyślałam o stoucie i kawie (kawowym stoucie?), co dopięło ziemisto-torfowe kakao.

Pod koniec zrobiło się nieco cierpkawo, nieco kawowo i owocowo. To już splot wiśni i... porzeczek? Zgranych cytryną.

W posmaku czułam słodką "wiśnię z czegoś" (np. jogurtu), w waniliowo-maślano-słodkim, a jednocześnie soczystym otoczeniu. Towarzyszyło temu poczucie... "orzechowo-alkoholowej" suchości? Jakbym najadła się surowych orzechów ze skórkami, wypiła coś... a jednocześnie zakropiły to wiśnie, porzeczki i odrobinka cytryn. Ostały się, trochę ściągając, co równoważył motyw syropu klonowego.

Czekolada okazała się i pyszna, i zaskakująco przyjemna jeśli chodzi o strukturę. Podobało mi się, jak szorstkość mieszała się ze specyficznie oleistym surowym kakao oraz że dzięki temu nie było za tłusto. 
Jej smak to popis ziemiście-kawowego, surowego kakao o odpowiedniej gorzkości i smakowitej kwaśności wiśni, z bardzo istotnym motywem bourbona - nawet nie jako on sam, ale dodanie wszelkich nut drzewnych, pikantniejszych. Cudnie podkreślił to klon (w sumie syrop klonowy sam w sobie kojarzy mi się nieco z whisky). Tabliczka połączyła charakterność z niemal neutralną łagodnością, co bardzo mnie zaskoczyło i ani trochę nie przeszkadzało. Świetnie to rozegrali. Owocowość i ziemistość o takim dosadnym, ale nie siekierowym wydźwięku, wyraźna kwaśność i zaskakująco istotna, mocna (acz nawet nie to, że wyjątkowo wysoka) słodycz, a stonowana gorzkość przy tej zawartości mnie zaskoczyły.
Szczerze cieszyłam się z posiadania dwóch. Mimo wszystko to nie czekolada, którą kupiłabym ponownie (właśnie choćby ze względu na słodycz i kwaśność, a znikomą gorzkość i jednak "zabarwienie" kakao), jednak na tyle pyszna, że degustacja jedynie 25 gramów pozostawiłaby niedosyt.


ocena: 10/10
cena: 34 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 480 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, cukier klonowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 8 czerwca 2021

Scholetta Fijne Chocolade Irish Coffee & Karamel ciemna mleczna 55 % i biała z whisky, kawą i toffi

Stwierdziłam, że obecnie nie lubię białej czekolady. Dobrą potrafię docenić, ale ochota na nią już mnie nie nachodzi. Sama więc już żadnych nie kupuję, ale jakiś czas temu tym z Mamą nie mogłyśmy się oprzeć. Ja mam za wielką słabość do whisky, a Mama do kawy i toffi. W sumie... ogólnie byłam do tego czegoś dość sceptycznie nastawiona, bo jakoś nie przemawiają do mnie te (chyba ostatnio modne?) kruszone kawałki czekolady, a już na pewno nie podoba mi się łączenie czekolad np. białej z ciemną. Gdy jednak pomyślałam o łączeniu białej z whisky... przypomniała mi się Astor Chocolate Alaska Milk Pretzel swirl Peanut Butter i biała zmieszana z masłem orzechowym, co było jej największym atutem. I w końcu wygrało to, że "mieć takie dziwne coś w domu i nie spróbować? no way!". A jednak biało-mlecznej Kokos Mandel & Meersalz nawet nie wąchałam - całość poszła od razu do Mamy (mimo że w sumie podobało mi się połączenie kokosa, migdałów i soli, ale... nie w tej formie, nie tej marki).

Scholetta Fijne Chocolade Irish coffee & karamel to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao z białą czekoladą (43%), irlandzką whisky (1,35%) oraz posypką czekoladową o smaku kawowym (6,7%) i kawałkami toffi (3,3%).

Po otwarciu uderzył mnie zapach kawy i whisky, a zaraz potem także dość wysoka słodycz. Połączywszy się z whisky, poszła w kierunku przyziemnie alkoholowo-cukrowym, kojarząc się z Pawełkiem toffi. Taak, cukierkowo-karmelkowe toffi też wyłapałam. Gorzko-kawowy wątek stał z tym na równi. Czekoladowości dziwnie nie zarejestrowałam, może daleko w tle jako cukrowo-proszkowy motyw a'la Wedel? Zalatywało mi to lekką sztucznością ("wedlową piankowością"? - mleczne Wedle dawniej wg mnie miały specyficzną nutę i ją tu czułam) i mlekiem w proszku. Biała czekolada też raczej się kryła.

Forma zupełnie do mnie nie przemówiła. Według mnie zawartość opakowania wyglądała po prostu niechlujnie, brzydko. Zdobienia tandetne, posypka też... W dodatku rozlokowana nierównomiernie. Jeśli chodzi o łączenia się czekolad, to wbrew pozorom trudno o kawałek albo czystej białej, albo ciemniejszej. Zachodziły bowiem na siebie, jedna na drugą. Np. gdy wierzch był biały, spód ciemny (i to aż przebijało miejscami).
Kawałki czekolady przy łamaniu okazały się kruche, ale konkretne, twardo-trzaskające, choć nie jakoś mocno. Biała część na dotyk wydała mi się sucho-lepkawa, a ciemniejsza plastikowo-polewowa. Dodatki były w nie mocno wtopione. Kawa z czekolady przypominała plastik, toffi zaś było tylko początkowo suche, a potem miękkie i gumkowo-lepkie.
W ustach w sumie wszystko rozpływało się z lekkim oporem (mniejszym lub większym), ale jak plastikowa polewa.
Biała czekolada była straszliwie, wręcz niewiarygodnie proszkowa i wodnista, a jednocześnie dość zbita, zwarta.
Ciemniejszą cechowała bardziej zawiesista proszkowość, jakby osadzona w polewowo śliskawej bazie. Ona rozpływała się chętniej, ale też nieprzyjemnie.
Ziarna czekoladowej "kawy" z kolei były gładkie, ulepkowo-polewowe i wodniste. W nich najbardziej dawała o sobie znać tłustość gładkiej tafli masła. 
Toffi okazało się lekko skrzypiące, rozpuszczało się powoli, a gryzione przypominało gumkę do ścierana z cukrem. Przylepiało się na jakiś czas do zębów, by się w końcu rozpuścić.
W zasadzie wszystko znikało na wodę.

W smaku... to zależy. Ogólnie muszę powiedzieć, że od czego by nie zacząć, jak sobie nie mieszać, kompozycja była raczej spójna, bez zgrzytów - przeraźliwie cukrowa i zgrana w tym.

Najpierw spróbowałam trochę białej. Poraziła mnie cukrem, drapiąc w gardle natychmiast po przełknięciu śliny. Na cukrowość zaraz naszedł maślany, ciężki smak nijakiej białej czekolady. Posypało się mleko w proszku. Odegrało dość istotną rolę w miejscach łączonych z brązową czekoladą. Mleko w czystobiałych częściach wyszło ciężko i nijako. Co więcej, doszukałam się w nim sztuczno-stęchłej nuty. W zestawieniu z brązową stanowiła głównie dosładzacz, jednak nabrała też śmietankowego wydźwięku, a jej kiepski posmak ukrył się w kawie.

Ciemna mleczna czekolada dominowała zdecydowanie. A w niej z kolei rządziła kawa. Goryczkowato-gorzkawa i niemożliwie cukrowa. Przejawiała też lekką cierpkość i kakaowy motyw, ale i tak szybko męczyła cukrem. Jemu dopomogła przesłodzona biała.
Zacukrzały okropnie, mimo posmaku mleka, które to całkiem nieźle opływało kawę.
Doszukałam się też alkoholowo-whisky, znacznie delikatniejszego niż sugerował zapach (aż trudnego do wyczucia) akcentu. Mimo alkoholowego posmaku, procentów nie czuć.

Kawowe kulki smakowały czysto kawowo-cukrowo, bez śladu innych posmaków czy mleka. W sumie nawet czekoladowe były minimalnie. Odbijały bardziej ku nijako-kawowej, plastikowej polewie, ale paskudne nie były.

Toffi wyszło straszliwie słodko-cukrowo. Właściwie... było niemal wyprane z jakiegokolwiek smaku innego niż cukier. Toffi-karmelkowe? Niee, może minimalnie, tylko dlatego, że wiedziałam co jem. Raczej cukierkowo-cukrowe. 

We wszystkim przewijała się lekka cierpkawość, która z cukrowością i tak nie wygrała. Nie było zgrzytów, ale wszystko smakowało tak cukrowo, że sens jedzenia tego był taki, co w łyżeczkowaniu cukru prosto z torby. 

Po zjedzeniu każdego kęsa w ustach zostawało przecukrzenie i posmak kawy, jak również lekka cierpkość: od kakaowej, kawowej po "z aromatu". Wraz z ciężkością maślanej, białej czekolady było to dalekie od przyjemnego posmaku.

Całość wyszła ciężko, słodko, kawowo i w sumie nudno. Mimo wielu elementów nie było tu nic przyjemnie wyróżniającego się. Konsystencja zła, smak cukrowy. Prawie całość powędrowała do Mamy (jak się spodziewałyśmy).
W pierwszej chwili Mama wykrzyknęła: "O fu! Jak mi tu walnęło jakimś paskudztwem, stęchlizną, okropnym czymś...". Potem jednak zaczęła jeść, jeść i uznała, że to chyba rzeczywiście whisky i: "no, rozpuszcza się, zwłaszcza ta biała część, bardzo ciężko, ale tak... to mi smakuje! Słodkie to bardzo, aż za bardzo chyba, ale kawę jakoś czuć, mlecznie jest, i te toffi niby w porządku, bo nietwarde, ale nie wiem, czy potrzebne. Niegorzko, ale rzeczywiście trochę kawowo i potem już tego okropnego czegoś zupełnie nie czuć, a tak alkoholowo. Ten jakiś bourbon czy whisky, ale też nie w każdym kawałku. Dobrze to w tym ciemniejszym wyszło, a biała dziwnie". Doszłyśmy do wniosku, że biała chyba po prostu dziwnie przesiąkła resztą, co dało nieprzyjemny efekt wraz z jej cukrowością i mlekiem w proszku (i po prostu smakiem białej?). Co więcej w sumie zgodziłyśmy się, że mimo iż zamysł jakiś ewidentnie był to wyszło to takie... bezsensowne. Wszystkiego pełno, napchane, a efekt dziwny. Mnie jednak od tego odpychało, a Mama bez problemu na raz zjadła jakieś 60 gramów. Stwierdziła, że niezjadliwe to na pewno nie było, a ja... no nie wiem, dla mnie na pewno nie było zjadliwe. Zgodziłyśmy się jednak co do tego, że forma beznadziejna - obu nam skojarzyło się z "rzuceniem takich kawałków, jak kości dla psa". 


ocena: 4/10
kupiłam: Aldi (Mama płaciła)
cena: 7,49 zł (za 105g)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, posypka czekoladowo-kawowa "mokka" 6,7% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, 1% kawa w proszku, naturalne aromaty, substancje powlekające glazurujące: szelak, guma arabska; lecytyny słonecznikowe), bita śmietana, irlandzka whisky 1,4%, migdały, lecytyny sojowe, naturalne aromaty, masło, odtłuszczone mleko w proszku, śmietana w proszku, kawa w proszku 0,3%, syrop glukozowy, stabilizator: difosforany, kakao

-------------
PS O drugim wariancie nawet myśleć nie chciałam. I ja na szczęście nie musiałam; co więcej Mama jedząc, uznała, że mi na pewno by nie smakował. Drugim wariantem była bowiem prawie zachwycona ("połączenie białej i mlecznej bardzo słodkie, ale ta czekoladowa baza sama w sobie dobra; tylko te dodatki niezbyt potrzebne, te jakieś karmelizowane słupki i płatki (kokosa?) dziwne i sól niepotrzebna").

niedziela, 7 lutego 2021

Cocoloco Chocolates Orange Whisky Marmalade 64 % Peru ciemna z marmoladą pomarańczową z whisky

Nie zdarza mi się kupić czegoś ze słodyczy i zjeść w dniu kupienia. Mimo to, z tą czekoladą... wyszło dziwnie. Zupełnie nie tak, jak sobie wyobrażałam. Doprowadziła mnie też prawie do łez, a na pewno obudziła we mnie furię. Od razu przypomnę, że nie uznaję czegoś takiego jak "czekolada na pocieszenie" - gdy jestem zrozpaczona lub wściekła, jedzenie mnie nie uspokoi. Wręcz przeciwnie - nie cierpię jeść w takim nastroju. Otóż znalazłam w internecie ciekawe, wydawać by się mogło, że dobre jakościowo, ale zwykłe (czyt. nie tak szalone jak Zotter) nadziewane i z dodatkami, czekolady. Czekolada nadziana marmoladą? Od dawna mi się takie nadzienie marzyło! Dogadałam się ze sklepem, że w ramach współpracy dorzucą mi jedną i pokryją przesyłkę. Cudownie. Paczka przyszła, ale... spora część zawartości się lepiła. Czułam pomarańczę i whisky. Tak, pociekła właśnie ta. W efekcie czego w panice wszystko wycierałam, ratowałam jak się dało, a za tę zabrałam się jeszcze tego samego dnia. A mogło być tak pięknie.... Zły początek, oj zły. Nawet nie zdążyłam przed zjedzeniem wygmerać ciekawostek o niej, a szkoda. Zrobiłam to potem.
Otóż "seville oranges" to gorzkie pomarańcze z Sewilli (Hiszpanii). Z nich Brytyjczycy robią swoją tradycyjną marmoladę pomarańczową, często doprawiając ją whisky. Dzisiaj opisywana czekolada została nadziana taką domowej roboty od Martha and Ed' Kitchen (lokalny sklepik z dżemami itp.), a jej opis mówi: "marmalade running trapped in the bar, help free it....", co w moim przypadku wyszło jak ponury żart, bo już bardziej uwalniać tego chyba nie trzeba... W każdym razie, już po zapoznaniu się z czekoladą, dowiedziałam się od producenta czegoś ciekawego (pytałam o wartości i m.in. zawartość alkoholu). Otóż to czekolada z whisky, ale... bez alkoholu. Jak to? Pomarańcze są gotowane z cukrem i z whisky na marmoladę właśnie, a w tym procesie alkohol odparowuje, zostawiając smak i zapach whisky. To marmolada została dodana do czekolady, bez kropli whisky.

Cocoloco Chocolates Orange Whisky Marmalade 64.5 % Peru to ciemna czekolada o zawartości 64,5 % kakao z Peru nadziewana pomarańczową marmoladą z gorzkich pomarańczy z whisky.

Nad opakowaniem unosił się goryczkowaty zapach pomarańczy, łączący skórkę i soczystość, którego charakter został podrasowany dobrym alkoholem. Byłoby to miłe, gdyby nie to, że... już widziałam, że tabliczka została prawie zmiażdżona. Po otwarciu poczułam, że całość była zdecydowanie gorzka za sprawą owoców, charakternie alkoholowa, przy czym czuć jakość; byłam w stanie powiedzieć, że czuję whisky, ale niestety... sama czekolada wydawała się cukrowa, zwyczajna, choć mocno palona.

Całość była twarda i chrupka, a nadzienie półpłynne i straszliwie lepiące - częściowo się wylało. Z tak dziwnie nadziewaną czekoladą do czynienia nie miałam: bardzo gruby spód, rzadka marmolada wypełniająca całe wnętrze pasków, a nie poszczególne kostki, a podział na nie... jakiś teoretyczny, jak i cieniutki wierzch. Nie podobało mi się to, bo przy łamaniu, nadzienie łatwo się wyciskało. Spód głośno trzaskał, wierzch zachowywał się jak chrupka polewa na lodach na patyku.
W ustach czekolada rozpływała się nieco opornie, ale nie powoli, a raczej w średnim tempie. Zwarta, tłusta grudka plastikowego typu zmieniała się w tłusto-zawiesinową masę. Rozpływała się ślisko i tłusto.
Zupełnie nie współgrało to z prawie lejącym nadzieniem. Bardziej niż marmoladą, nazwałabym je gęstym sosem. Mimo że lepki, nie ciągnął się. Niby prawie płynął, ale odebrałam go jako zagęszczony. Był idealnie gładki, ale z miękkimi kawałkami pomarańczy, głównie skórek. Były dość soczyste i jakby świeżawe. W ustach spod czekolady wypływał oczywiście szybko. Ogólnie to wszystko strasznie się przez niego lepiło, ale co tam.

Czekolada sama w sobie przesiąkła nadzieniem: w niektórych miejscach bardzo, w innych nieco mniej, ale jej smak nie zatracił się. Od początku zaserwowała mi niemal cukrową słodycz i mocno palony, gorzko-cierpkawy wątek. Sama w sobie kojarzyła się przez to trochę alkoholowo, jak przesłodzony syrop / likier. Obok tego umiejscowił się wyraźnie gorzki dym, a ja wyłapałam cytrusowość. Powiedziałabym, że podkręconą nadzieniem, ale i lekko kwaśno-cytrynową, soczystą.

Nadzienie do głosu dochodziło błyskawicznie. Robiło to smakiem gorzko-słodkiej pomarańczy. Pojawiło się echo bardzo słodkiej whisky, a zaraz też poczucie alkoholowości. Nie uderzało jednak do głowy. Charakter alkoholu i powagi to było wszystko, co z whisky nadzienie przytoczyło (jedząc aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie zwietrzało). W tym miejscu popłynęły pomarańcze: trochę jak świeże, trochę dżemowe. Ich słodycz mieszała się z cukrowością drapiącą w gardle, a goryczka z samą czekoladą. Dopiero później nadzienie wydało mi się smakowicie kwaśne jak sok z pomarańczy. Zachwycało naturalnością.

Znikało znacznie szybciej od czekolady, więc gdy w ustach już tylko pobrzmiewała kwaskawo-gorzka pomarańcza, wrócił wątły akcent whisky, podkreśliła się dymna paloność czekolady. Czułam lekkie rozgrzanie na języku i w gardle, lecz nie wydaje mi się, by było wywołane alkoholem, a słodyczą. Bliżej końca utwierdziłam się, że czekolada sama w sobie była podobna (dobrze dobrana) do nadzienia, ale także dość maślana i polewowa. Paloność i cierpkość pod koniec wzrosły.

Na koniec zajęłam się kawałkami owoców z nadzienia, co przywróciło słodko-gorzki smak pomarańczy, które wydawały się mieć grejpfrutowy charakter, choć ze słodyczy nie zrezygnowały.

Właśnie w dużej mierze posmak gorzkich pomarańczy został po zjedzeniu. Mimo to, gdy kawałek zniknął, czułam się przesłodzona i jakby aż mi serce od cukru przyspieszyło. Dłonie i usta lepiły się, czułam takie "cukrowe zalepienie" i zatłuszczenie, co nie było miłe, ale też soczystą kwaskawość i pomarańcze, które próbowały to neutralizować. Whisky wisząca nad tym narzuciła powagę, a czekolada... majaczyła w tle jako cukrowa i polewowa.

Całość wyszła w sumie smacznie, ale... o dziwo to nadzienie zaskoczyło jakością. Podobał mi się smak tych pomarańczy. Sama czekolada bardzo rozczarowała strukturą. Smakowo zła na pewno nie była, tylko że... strasznie przesłodzona. A jednak o całkiem miłych nutach. Podobał mi się smak i zapach whisky, ale nie mogłam się nadziwić, że alkohol nie rozgrzewa i nie kopie. W trakcie degustacji wystraszyłam się, że może to przez to, że tabliczka była rozwalona, ale potem wszystko się wyjaśniło (we wstępie wyjaśniłam).
Na pewno dopracowałabym formę, bo gdy coś tak się nie trzyma... lepsze byłyby tu kostki z jasnym podziałem, jak np. w Lindcie Whisky.
Hm, niby wreszcie dostałam czekoladę, z naturalnym smakiem whisky bez mocnej alkoholowości (ostatnio alkoholowe słodycze mi nie podchodzą), jaka już dawno mi się marzyła, a jednak... kompletny niewypał, gdy chodzi o całą sytuację. Myślałam, że właśnie czymś takim będzie Rococo Orange Marmalade. Tamta rozczarowała mnie bardziej, ale smakiem i jakością. Czy więc nie da się porządnie zamknąć marmolady w czekoladzie? W dobrej czekoladzie?


ocena: 7/10
cena: 5 £ (ok, za to, że była rozwalona za nią mi zwrócili)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ciemna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, wanilia), pomarańczowa marmolada 10 % (gorzkie pomarańcze, cukier, whisky)

piątek, 29 maja 2020

Zotter Whisky & Bacon ciemna 70 % z czekoladowo-karmelowym kremem z whisky i nugatem z orzechów laskowych z karmelizowanym bekonem i cynamonem

O mojej miłości do czekolady chyba nawet pisać nie muszę; łatwo zauważyć, że Zottera darzę ogromną sympatią, a że whisky lubię pewnie też parę razy wspominałam. O bekonie jednak chyba nigdy nie miałam okazji się rozpisać, więc pozwolę sobie to zrobić. Otóż tak, lubię, ale... chyba inaczej niż większość ludzi. Otóż uwielbiam taki chudy (bez białych pasów tłuszczu!), wędzony w plasterkach (np. taki) - tak na kanapki. Chrupiący wydaje mi się spoko tylko teoretycznie, bo... smażonych rzeczy nie lubię - i właśnie fanką bekonu na styl amerykański nie jestem. Dopuszczam jednak, że dobrze / ciekawie zrobiony może mi smakować, toteż czasem jestem gotowa spróbować czegoś dziwnego (np. babeczka z syropem klonowym i bekonem w dawno zamkniętej cukierni Sweet Life). Dzisiaj przedstawiana czekolada była na pograniczu: mogła być albo w porządku, albo obrzydliwa. Dobrze pamiętałam paskudne skwarki z Mitzi Blue Baconbits with Grapes, więc miałam duże wątpliwości. W ogóle nie widziała mi się czekolada z mięsnym nadzieniem - z mięsem czysta (np. Vosges Mo Dark / Milk) to jakoś co innego. Ciemna czekolada i whisky jednak utworzyły na tyle wytrawne tło, że postanowiłam kupić, choć np. mlecznego Zottera Bacon Bits wiem, że za nic nie zamówię.
To jednak z czym jest dzisiaj opisywana czekolada... nawet mnie trochę zszokowało. Otóż zalano wędzony bekon whisky, ażeby przeszła jego smakiem... dopiero taką dodano do jednej z warstw.


Zotter Whisky & Bacon to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana (30%) kremem na bazie ciemnej mlecznej czekolady (o zawart. 60% kakao) i karmelu z whisky (aromatyzowaną bekonem) oraz (26%) nugatem z orzechów laskowych i mlecznej czekolady z (4%) karmelizowanymi skwarkami wieprzowymi (bekonem) i cynamonem.

Po otwarciu poczułam zapach mocnej whisky, podkreślonej dymem i otoczonej orzechami laskowymi. Wszystko to podkreślała słono-wędzona nutka. Kiedy wąchałam wierzch tabliczki, zdecydowanie przewodziła słodsza fuzja laskowców i cynamonu. Po przełamaniu zaś wiodące orzechy i cynamon na dobre przemieszały się z whisky i dymem, tworząc korzenną kompozycję. Coś mięsnego zarejestrowałam, ale na tym etapie mogłabym stwierdzić, że jedynie mi się wydaje.

Przy łamaniu tabliczka była konkretna, zwarta, ale lekko trzaskała tylko czekolada na wierzchu. Oba nadzienia cechowała tłusta plastyczność, przez co zapowiadały się miękkawo.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, roztaczając swe gładko-kremowe smugi i odsłaniając nadzienia, w zasadzie spójne z nią.
Oba były tłustsze, ale też bardzo gęste. Ciemny krem chyba minimalnie rzadszy, był zarazem bardziej do czekolady podobny - miał jej kremowość i gładkość. Poprzez mazistość kojarzył się z bardzo wilgotnym, brownie'owatym zakalcem.
Jasny z kolei, mimo tłustości charakterystycznej dla nugatów, sprawiał wrażenie suchawego. A daleko mu było do tego! W rzeczywistości rozpływał się wręcz trochę śliskawo, śmietankowo-oleiście.
Odsłaniał drobinki i nieco większe kawałki bekonu: jasne miękkie i ciemne twarde. Niektóre były otulone cukrem, który aż rzęził - tak zostały "skarmelizowane", że w zasadzie: pocukrzone. Gdy cukier się rozpuścił albo gdy trafiłam na kawałki bez niego, te przedstawiały się jako w większości żujno-jędrne, tłustawe kawałki wędliny. Niewiele było takich typowo bekonowych "do pochrupania" (bo dodatkiem zajmowałam się bliżej końca; gryziony "obok czekolady w trakcie jej rozpływania się też to nie bekon, a cukier chrupał). Zdarzyło się parę farfoclowatych i dosłownie jedna taka definicyjna skwarka (ostatnie zdjęcie).
Najlepiej mi się to jadło, pozwalając kawałkowi leżącemu na języku spodem do góry się rozpuszczać, a dodatki wysysając i gryząc bliżej końca ("obok czekolady") i na koniec.

W smaku czekolada przywitała się paloną gorzkością o dymnych, kawowo-chlebowych nutach oraz niską słodyczą palonego karmelu. Wydaje mi się, że przesiąkła nadzieniami.

Szybko bowiem wzrosła w niej "esencjonalna" karmelowość i wędzone odymienie. Bez wątpienia zarejestrowałam również "korzenne orzechy laskowe".

Za sprawą dymu i dość ciężkiej w wydźwięku gorzkości przebijał się ciemny krem. Po chwili pomógł  sobie intensywną whisky i gorzkawymi przyprawami. Alkohol nieco rozgrzał gardło, czemu wtórowała rosnąca słodycz. Jak nic był to palony karmel, podkręcony dymem i solą, która prędko subtelnie dała o sobie znać. Wyłapałam mięsny motyw, wpisujący się w wytrawniejsze nuty tej warstwy. Krem odebrałam jako odrobinę maślany, a także szlachetnie i poważnie słodki.

A właśnie poprzez tę maślaność i słodycz mieszał się z nugatem. Za jego sprawą wzrosła słodycz karmelowo-... niekarmelowa, a ogólna. Rozlała się śmietanka i błoga nugatowość, która pod ogólną wytrawność podpięła się cynamonem. Jego rozgrzewający efekt dołączył do słodyczy i whisky. Razem leciutko zadrapały w język. Wędzono-słonawy akcent podkreślił orzechy. Mimo że sól pojawiała się epizodycznie, zrobiło się wręcz cukrowo-słodko (chyba na zasadzie kontrastu... przez który podczas całej degustacji strasznie chciało mi się pić).
Do rozgrzewania i drapania języka dołączyła odrobinka anyżu.
Chwilami przy dodatku trafiałam na... cukier. Poczułam łagodnie mięsny smak i przy niektórych bardziej karmelizowany mięsny. Nasilał się raz po raz, gdy kawałki wylegały na język.

skwarka
Te najpierw podbijały prażono-karmelowy smaczek, który wspierał cynamon i sól, a potem, jak się wczuć... Smakowały po prostu delikatnym mięsem. Powiedziałabym, że to jakaś słodkawa wędlina (są przecież te jakieś "szybki miodowe" albo nawet wędliny z indyka / kurczaka są same z siebie słodkawe itp.).. Bekon ten nie był tłusto-mięsny, a wędzony i słonawy... w zasadzie konsekwentny z innymi smakami. Gdyby usilnie mi ktoś wmawiał, że to jakieś kiepsko obrobione orzechy (np. w karmelu, smażone, rozmiękłe itd.) uwierzyłabym.

Bliżej końca rosła maślaność, a whisky, przyprawy, dym i sól budowały wytrawność. Z kolei karmel, cynamon i orzechy nadawały temu korzennego wydźwięku. To było jak... zapowiedź deseru po whisky i konkretnym, dość słonym daniu? A może... właśnie nie było tak nieczekoladowo... Niby tak, ale nie? Słowo, które najlepiej opisuje tę tabliczkę to chyba: nieokreślona.

Posmak jednoznacznie należał do soli i bekonu, rozgrzania whisky i cynamonu, ale i słodycz wyraźnie czułam.

To jedna z czekolad, które brzmią kontrowersyjnie, a ich smak jest po prostu w porządku i nawet... dość zwyczajny. Ciemna, gorzkawo-odymiona czekolada i orzechy laskowe doprawione cynamonem, charakterną whisky i konkretniejszymi przyprawami, karmelem... no i do tego wmieszane kawałki w nieprzełomowej ilości. Ot, dodatek w cukrze ("karmelizowany" - wg mnie przykład złego skarmelizowania). W ogóle to te wszystkie dobra tak się przemieszały, że chwilami ich wyrazista smakowitość uciekała. Mięso? Nienachalne smakowo, ot, wtapiające się trochę w resztę. Idealny przykład czekolady, która ani ziębi, ani grzeje, a człowiek zje, bo kupił i w zasadzie jest w porządku. Jakoś nie przemówił do mnie dodatek bekonu ani sól. Nie miałabym nic przeciwko podzieleniu tego na dwie czekolady: ciemnej z ciemnym (pysznym!) kremem i ciemnej z cynamonowym nugatem z laskowców i tyle.


 ocena: 7/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70g)
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe, whisky (w tym "alkoholowy ekstrakt z bekonu"), skwarki wieprzowe, syrop ryżowy, pełne mleko w proszku, masło, odtłuszczone mleko w proszku, mleko, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), sól, pełny cukier trzcinowy, cynamon, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, kardamon, anyż