sobota, 30 marca 2024

Beskid Chocolate x Sekrety Czekolady Peru Piura Blanco 75% Secret Roast ciemna

Gdy dowiedziałam się o tej czekoladzie, doznałam pozytywnego szoku. To bowiem współpraca Janka Woźniaka z Beskid Chocolate i... Piotra z Sekretów Czekolady, którego znam od lat i właśnie od niego kupuję sporo czekolad. Razem w Węgierskiej Górce wybrali ziarna i ich profil prażenia, kruszyli ziarna, odwiewali łuski. To, że Piotr kocha czekoladę wiem nie od dziś, więc czułam, że coś takiego to dla niego duża rzecz. Jak poczytałam, zdecydowali się na kakao Piura Blanco z Peru, od kooperatywa Norardino. Na opakowanie wybrali pięknego ptaka - przedrzeźniacza długosternego, który zamieszkuje okolicę, z której pochodzi to kakao. Premiera tabliczki odbyła się w październiku 2023 - pierwsza partia była bardzo limitowana, bo wydano jedynie 50 tabliczek. Jedna musiała trafić do mnie. Odkąd tylko ją zobaczyłam w internecie, byłam niezwykle ciekawa efektu. Tym bardziej, że słyszałam od Piotra, że to było dość dziwne, interesujące kakao...


Beskid Chocolate x Sekrety Czekolady Peru Piura Blanco 75% Secret Roast Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 75 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Piura Blanco z Peru.

Po otwarciu poczułam słodki zapach bananów i kaki, mieszających się z kwiatami. Kwiaty przechodziły w dobre, damskie perfumy z wątkiem drewna sandałowego i czającym się owocowym akordem w tle. Odnotowałam słodkie maliny... może bardziej jako syrop czy sok? Słodycz kwiatów i owoców w harmonii mieszała się ze słodkimi, karmelizowanymi orzechami laskowymi. Za nimi snuł się lekki, cierpki kwasek, przywodzący na myśl jasne piwo. Może też z owocową nutą? I lekką, rozgrzewającą goryczką?

Tabliczka była średnio twarda, ale niewątpliwie masywna, a przy łamaniu trzaskała donośnie, trochę jak suche gałązki, trochę po prostu chrupko.
W ustach rozpływała się wolno, zmieniając się w gęstą, kremową maź. Była dość tłusta w maślany sposób, a także lepkawa. Mimo że zbita, wydawała się śmietankowo mięciutka. Też trochę jak miękki, soczysty, a także bardzo miąższysty owoc?

W smaku pierwsze przemknęło kaki, acz zawahało się, czy zająć pierwszy plan. Coś z oddali zrobiło aluzję do kwasku, jakby zasugerowało, że może znaleźć się w kompozycji, acz i on był bardzo niezdecydowany.

Wykorzystały to łagodne, maślano-orzechowe pralinki. Pomyślałam o nadzieniach bazujących na mleku i orzechach laskowych, które po chwili podkreśliły karmelizowane orzechy laskowe. Słodycz znacząco wzrosła.

Kolejne podbicie słodyczy zapewniły banany i kwiaty, które dołączyły do persymon. Te czułam i słodkie, bardzo dojrzałe, z których leje się sok, ale i takie jeszcze mniej dojrzałe. Niby słodkie, ale jeszcze cierpkie. Także kwiaty wyszły przez moment lekko cierpko.

Poprzez cierpkość do kompozycji podkradło się cierpko-kwaskowate jasne piwo. Pomyślałam o chmielowo-słodowej goryczce, mieszającej się z... goryczkowatymi przyprawami? Korzennymi? Teoretycznie ciepłymi, ale nie przekładającymi się na silne poczucie ciepła. Kwiaty zmieniły się w dużej mierze w słodkie właśnie w ciepły sposób, drewno sandałowe.

Temu na drodze stanęło więcej kwaskawych przebłysków. Należały do owoców - chyba cytrusów.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nieco odważniej wychyliła się gorzkość skóry - obić, ubrań. Czy może jedynie gorzkawość? Skóra mieszała się z przyprawami i dosłownie odrobinką dymu.

Po wyłonieniu się tych konkretniejszych, acz i tak w sumie łagodnych, nut, kaki zostały już tylko mocno słodkie. Cierpkość oddaliła się od nich, dołączając do piwa. To jednak też nie była wiodąca nuta. W zasadzie piwo raczej tylko podążało jak cień za orzechami laskowymi. Orzechowość ogólnie chwilami się rozmywała, ale laskowce wracały raz po raz.

Słodycz rozbrzmiewała, niczym się nie przejmując. Jakby inne nuty jeszcze ją zmotywowały. Nie była jednak ciężka - owocowość miała w niej ogromny udział. Do głowy przyszły mi słodkie maliny... Acz soczystość coś hamowało... Może to maślano-mleczny krem? Z owocowych pralinek? Lub owocowo-orzechowych.

Pomyślałam też o malinowo-mlecznym shake'u i soku malinowym. Trafiwszy na kaki, przemieszały się z nim, przywodząc na myśl słodkie i gęste owocowe smoothie. Chyba też z bananami? Odnotowałam jeszcze suszone owoce, acz bardzo niejednoznaczne. Słodycz zaczęła zmierzać w ciężkim kierunku, co zwieńczyła odrobinka wanilii.

Nagle jednak przeszyła ją kwaskawo-cierpka suszona miechunka. Pomógł jej cytrusowy akcent, który na długo się zagubił, oraz cierpkość kaki. Miechunka zdominowała owoce, acz słodycz kaki i bananów wciąż do niej dolatywała. A jednak i tak pierwszy plan chwilowo należał do suszonej miechunki właśnie.

Wydawała się jednak mocno zmieszana z kwiatami czy raczej perfumami kwiatowo-waniliowo-owocowymi z lekką cierpkością. I drewnem sandałowym? Końcowo kompozycja wydała mi się bardziej dymna, nieco przyprawiona goryczkowato-cierpkimi przyprawami. Wciąż jednak raczej gorzkawa, niż gorzka.

Po zjedzeniu utrzymywał się posmak kaki i dymu. Wrócił akcent jasnego piwa, a także skórzanych obić i ubrań. Przełożyły się na lekką cierpkość. Ta mieszała się z soczystością kwaskawo-słodkiego splotu miechunki i może cytrusów z malinami. Nad wszystkim czuwały słodkie karmelizowane orzechy laskowe, z echem orzechowo-owocowych pralinek dobrej jakości oraz drewna sandałowego.

Całość była bardzo interesująca. Niecodzienne zestawienie kaki i bananowo-kwiatowo-malinowych nut z jasnym, cierpkawo-kwaskawym piwem oraz słodkimi orzechami laskowymi jako orzechy karmelizowane i pralinki było smaczne i niespotykane. Nie za mocne prażenie, trochę przypraw, drewna sandałowego, dymu i skór dodały charakteru w zasadzie łagodnej, jedynie gorzkawej kompozycji. Słodycz była nieco za wysoka, ogrom słodkich owoców, kwiatów przechodzących w perfumy, odrobinka wanilii pozwoliły sobie na wiele, podczas gdy kwasek był bardzo zachowawczy (odrobinka znalazła się w malinach, cytrusach i piwie).
Z chęcią spróbowałabym kolejnych eksperymentów Piotra (bo trzymam kciuki, by takie były!).

Trochę przypominała Morina Perou Yvan noir 70 % też o nutach kaki i bananów oraz karmelu; soczystego, ale nie kwaśnego i z pewnym ciepłem. Różniły się, bo Morin zaserwował ziemię, więcej przypraw, ale i podobieństw miały sporo.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od Piotra z Sekretów Czekolady
cena: dostałam, ale cena wynosiła 28 zł (za 70g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy nierafinowany

piątek, 29 marca 2024

Lindt Pflaume mit fruchtigem Pflaumenwasser mleczna ze śliwowicą

Mleczne czekolady dawno już mi przeszły. Alkoholowe w większości też, jak i zwykłe słodycze czy alkohol sam w sobie. Prawie we wszystkim można jednak znaleźć wyjątki potwierdzające reguły. W tym przypadku chodzi o pewną specyficzną cukierniczą rzecz - cukrowe szkiełko, występujące czasem w alkoholowych słodyczach, m.in. w serii mlecznych czekolad z alkoholami Lindta. Rok czy dwa lata temu Mama bardzo się z nią polubiła, choć ku jej zaskoczeniu owocowe nie zrobiły na niej największego wrażenia. Zgadzamy się, że najlepiej wyszły Whisky (moja faworytka) i Cognac (jej faworytka). Jako że czasem lubię robić serie recenzenckie lub np. poznawać właśnie jakieś całe serie, gdy tylko zobaczyłam tę tabliczkę podczas zakupów z ojcem (czyli pierwszy raz w życiu stacjonarnie), wzięłam.

Lindt Pflaume mit fruchtigem Pflaumenwasser to mleczna czekolada nadziewana (33%) sokiem śliwkowym ze śliwowicą (33%) oraz z warstwą "szkiełka" z cukru.

Po rozerwaniu sreberka uderzył intensywnie słodki zapach czekolady bazującej na pełnym mleku. Zahaczała o cukrowość, lecz i wanilii w jej słodyczy było sporo. Przechodziła w nieco wanilinowy ton, ale nie przeszkadzająco. W oddali zaznaczyło się ciepło, jakby prażony akcent oraz soczyście-kwaśne śliwki i alkohol o cukrowo-likierowym charakterze. Mógł to być likier śliwkowy, ale niekoniecznie. Gdy wąchałam kostkę rozwaloną (tę do zdjęć), zahaczał o spirytusowość, kojarząc się ze śliwkową nalewką. Wzrosła ordynarność (lecz zapach nie był nieprzyjemny), która częściowo pochłonęła śliwki.

Tabliczka wydała mi się delikatna. Przy łamaniu lekko trzaskała, pykała, dając się poznać jako nieco krucha. Na szczęście trzymała się linii podziału, że nic z niej nie wypływało.
Wewnątrz każdej kostki było sporo likieru śliwkowego, który od grubej warstwy czekolady oddzielało pokaźne, cukrowe szkło. 
Ja najpierw obgryzałam płaskie brzegi każdej kostki, by na koniec włożyć do ust "kapsułkę". 
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym. Miękła ochoczo, po czym gęsto zalepiała usta. Była kremowo-tłusta i pełna. Częściowo z czasem zaczynała odsłaniać cukrową warstwę w środku. W pewnej chwili, mniej więcej w połowie rozpływania się, "kapsułka" pękała, a po ustach rozlewał się płyn. 
Warstwa cukrowego "szkła" wtedy dała się poznać jako szliście chrupka i delikatna. Rozpuszczała się wraz z resztą, ale - niepodgryzana - zostawała najdłużej. Gryziona rzęziła i chrupała lekko. Jej grubość była trafiona - na tyle sowita, by się nią nacieszyć, ale nie zbyt gruba, by zmęczyć.
Płyn był jakby nieco zagęszczoną od cukru, lepkawą wodą. Po kostce spływało to-to powoli.

W smaku pierwsza przywitała mnie bardzo, aż nieco drapiąco słodka czekolada. Dała się poznać jako leciutko waniliowo-wanilinowa i do granic możliwości mleczna.
Poziom mleczności był bardzo wysoki, mleko zahaczało wręcz o śmietankę. W tle pojawiła się delikatna, ciepła nuta, kojarząca się z prażonymi orzechami. Wtórowała im słodycz, zahaczająca o cukrowość. Miała wręcz uroczo-dziecięcy charakter.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kawałka z "kapsułką", czekolada odsłaniała miejscowo "szkiełko". Cukrowa warstwa smakowała specyficznie alkoholowym cukrem. Niewiele wnosiła, ale nie była bez znaczenia.

Jeszcze kiedy kostka była w ustach cała, smak słodko-kwaskawego soku śliwkowego i alkohol zdradzały swoją obecność.

Gdy "kapsułka" pękła, po ustach rozlał się bardzo, bardzo słodki alkohol. Zawartość procentów wydała mi się znacznie wyższa niż mają likiery, ale nie była ordynarna. Dosadna owszem. Na jego fali rozeszły się soczyste kwaśno-słodkie śliwki. Pomyślałam o węgierkach świeżych, ale też podsuszonych, a wciąż soczystych, i utopionych w lekko spirytusowym alkoholu. Wystąpiły też trochę obok alkoholu, choć w dużej mierze łączyły się z nim w jedno. Do głowy przyszła mi śliwkowa nalewka. Ta zaszczypała w język i rozgrzała gardło. Słodycz wzrosła drastycznie całościowo, co nakierowało alkohol na wino śliwkowe i może likier śliwkowy (nigdy takiego samego w sobie nie piłam). Śliwkowość, a już na pewno kwasek, trochę się rozmyła w procentach, ale pobrzmiewała do końca, aż płyn zniknął.

Czekolada po debiucie alkoholu wydała mi się jeszcze słodsza, bardziej cukrowa. Na szczęście wciąż była też głęboko mleczna - jej mleczny, ciepły charakter osłabł tylko minimalnie. Echo alkoholu utrzmywało się długo.
Kęsy bez "kapsułek", a więc samej czekolady, którymi przedzielałam sobie kapsułki, pozwalały poczuć mleczną pełnię słodkiej czekolady - nie traciła w zestawieniu z alkoholem.

Szkiełko gryzione po czekoladzie serwowało jakby zgaszony smak cukru, przesiąkniętego alkoholem. Nie był ordynarny. 
Całość końcowo jednak nieco zacukrzała, choć jeszcze nie odpychająco.

Po zjedzeniu został posmak przecukrzonego alkoholu z nutą kwaskawych śliwek, a także cukrowo-waniliowej czekolady. Mleczność była wciąż wyczuwalna bardzo dobrze. Jakby śliwki ją zmotywowały? Procenty lekko gryzły język.

Czekoladę uważam za bardzo udaną. Taka słodka, mocno mleczna czekolada pasowała do słodkiego, śliwkowego alkoholu. Był dość mocny, i choć przesłodzony, smakował śliwkami. Powiedziałabym, że to śliwkowa nalewka z nutą likieru. Same śliwki przyjemnie czuć też nieco jakby obok alkoholowości. Czuć ich lekki kwasek. Nie był jednak pierwszoplanowy, podobnie jak i smak śliwek. Grzecznie podporządkował się mlecznej czekoladzie. Nie wyszło to tanio, acz dosadnie. Struktura udana - uwielbiam tę serię za zacne "alkoholowe szkiełko".
To najlepsza z owocowych tabliczek, równie dobra co Cognac. W moim odczuciu jednak Whisky i tak wyszła najlepiej - acz to pewnie dlatego, że zwyczajnie owocowe alkohole nie są w moim stylu. Myślę jednak, że wielbicieli takich zachwyci o wiele bardziej.
4 kostki powędrowały do Mamy, jako że ona uwielbia tę serię. Jej również smakowała. Stwierdziła: "Bardzo smaczna i z cudownym szkiełkiem. Niby wiedziałam, że ona ze śliwowicą, ale śliwek za wiele nie czułam, a po prostu wyrazisty alkohol, dobrze łączący się z pyszną czekoladą. U mnie w rankingu też jest na drugim* miejscu."
U Mamy na pierwszym jest Cognac, na drugim Whisky i dzisiaj prezentowana, a na trzecim z likierami owocowymi (wiśnia, gruszka, morela).


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 13,98 zł
kaloryczność: 480 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym się nią kiedyś poczęstować

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, śliwowica 4,4%, laktoza, syrop z cukru inwertowanego, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat soku śliwkowego 1,2%, lecytyna sojowa, substancja zagęszczająca: guma arabska, ekstrakt słodu jęczmiennego, aromat

środa, 27 marca 2024

Sobieraj Chocolate Czekolada z Miętą ciemna 60 % z miętą

Czasem zupełnie przypadkiem trafiam w internecie na małe czekoladziarnie, małych producentów lub sklepy, a czasem sama losowi trochę pomagam i przeglądam zakątki internetu, w których takowe można znaleźć. Szczerze mówiąc, już nie pamiętam, jak to było z Sobieraj Chocolate. To producent czekolady z Wrocławia. Pamiętam dobrze, że do pana Pawła Sobieraja, którego to właśnie są autorskie, ręcznie robione tabliczki, napisałam na Instagramie, pytając, czy zgodzi się wysłać wskazane przeze mnie tabliczki do testów. Odpowiedź była pozytywna, a to, co znalazłam w paczce nawet bardzo. Pan Paweł dołożył bowiem jeszcze dwie miniaturki w formie serduszek. Testy postanowiłam zacząć, sama nie wiem dlaczego, akurat od dziś przedstawianej.

Sobieraj Chocolate Czekolada z Miętą to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z miętą liofilizowaną oraz bio olejkiem miętowym; słodzona słodzikiem ksylitolem, u mnie jako miniaturka, czyli czekoladka "serduszko", ważące 6g.

Po otwarciu uderzył mnie intensywny, chłodny czy wręcz zimny zapach mięty o olejkowym charakterze. Kojarzyła się trochę z cukrowymi, miętowymi laskami na Gwiazdkę oraz cukrowymi, białymi nadzieniami o smaku miętowym z czekoladek. Sama czekolada zaznaczyła się lekko w tle jako akcent syropu kakaowego. Chyba czułam też jakby orzechową łagodność, nieco paloną nutkę. Całość była rześko-chłodząco słodka, mimo złudnej cukrowości.

Czekoladka w dotyku wydała mi się tłustawa, potencjalnie bardzo kremowa. Mięta na niej to suchymi, spore kawałki listków. Część odpadała, ale i tak dużo zostało na spodzie.
Przy odgryzaniu kęsa trzeszczała i skrzypiała w kryształkowy sposób.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, trochę maziście. Od razu dała się poznać jako zbita i wodnista. Rozpuszczała się właśnie na wodnistą zawiesinę. Dała się przy tym poznać jako proszkowo-ziarnista, z wyczuwalną kryształkowością, kojarzącą się z cukrem.
Posiekane kawałki mięty początkowe były suche, z czasem nasiąkały i miękły - kojarzyły się trochę z naciągającymi listkami-fusami herbat ziołowych.

W smaku pierwsza po ustach przemknęła gorycz. Pomyślałam o mocnych, suszonych ziołach, które zaraz zaczęło otaczać kakao. Złagodziło je, gorycz zmieniając w gorzkość.

Odnotowałam paloną nutkę, choć kakao cały czas wydawało się jedynie dopowiadać coś gorzkości ziół. Te poszły w chłodnym, wręcz zimnym kierunku. Mięta bardzo szybko dała o sobie znać jako olejek miętowy. Zahaczyła o mentol, ale zaraz wróciła na bardziej spożywczy tor.

Słodycz bowiem rosła błyskawiczne. Pokierowała miętę w kierunku gwiazdkowych cukrowych lasek w wariancie miętowym. Pomyślałam też o białych nadzieniach miętowych, które opierają się na cukrze, różnych czekoladek i czekolad. Słodycz przez większość czasu udawała taką najzwyklejszą, biało cukrową.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mięta wydała mi się niemal lodowo zimna. Całość była rześka i rześkość w pewien sposób aż zagłuszyła czekoladowość. Odnotowałam nieco słodzikowy chłód. Wydał mi się nieco... roślinny? Zgrał się z ziołową goryczą.

Ziołowa gorycz, gorzkość była wyczuwalna cały czas, acz z czasem już nie sprawiała wrażenia tak wysokiej. Pod wpływem słodyczy, kakaowa nutka poszła w stronę syropu kakaowego. Czułam też maślano-orzechowy, łagodniejszy motyw. On pozwolił szaleć olejkowej mięcie. Przemknęła też myśl o aromatyzowanej, miętowej kawie.

Odpadające od czekolady kawałki mięty nieco podkręcały jej smak, ale w obliczu tej imperatywnej mięty olejkowej, wyszły nieco mdło. Gdy trochę nasiąkły, nieudolnie walczyły o bardziej ziołowo-naturalny wydźwięk. Mięta mimo ogólnego przesłodzenia, kryła w sobie też leciuteńką goryczkę.

Kawałki mięty gryzione na koniec wciąż wydawały się średnio intensywne, acz ewidentnie czuć, że to mięta. Powiedziałabym, że pieprzowa, taka gorzkawo-charakterniejsza. W obliczu zimnej słodyczy jednak jakoś niewiele miała do powiedzenia.

Po zjedzeniu czułam odświeżenie ust od chłodnej mięty. Do tego stopnia mocne, że aż nie kojarzyło się z czekoladą z miętą. Mięta olejkowa, bardzo słodka i goryczkowata, rządziła. Przełożyła się na wręcz olejkowy niesmak. Słodycz była denerwująca, rześko-chłodna, ale i tak drapiąca. Kojarzyła się z tą białego cukru. Czekolada jako kakaowo-syropowa nutka jedynie pobrzmiewała.

Całość bardzo mi nie odpowiadała. Od okropnej, wodniście-proszkowej, nieco ulepkowatej konsystencji po smak, który olejkową miętą dosłownie atakował. Czekolada wydawała się jedynie nośnikiem, nie miała za wiele do powiedzenia. Poziom słodyczy za wysoki, acz wyszła zwyczajnie jakby cukrowo, nie była chamsko słodzikowa. A jednak to pewnie m.in. słodzik nadał aż tak zimny charakter. Całość wyszła właśnie nazbyt chłodząco-odświeżająco, jak na czekoladę. Liofilizowana mięta w obliczu tego też się nie sprawdziła.


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od sobierajchocolate.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 23 zł za tabliczkę 70g
kaloryczność: nie znam
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa 60%, tłuszcz kakaowy, ksylitol fiński, mięta liofilizowana w zmiennych proporcjach, olejek miętowy 0,2%

wtorek, 26 marca 2024

Biedronka Belgijska Czekolada Mleczna

Pewnego listopadowego dnia, gdy Mama znów trafiła na promocję i kupiła sobie czekoladę mleczną z Biedronki, którą czasem u niej widuję, wchodzącą w skald serii, z której cenię ciemne, przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Otóż czekało mnie popróbowanie wielu słodkości, które na Halloween wpadły mi od ojca. Były to... Słodycze zwykle, a więc takie, w których od lat zupełnie nie mam rozeznania. To nie moja bajka, krótko mówiąc. Nie lubię takiego typu. Stąd uznałam, że dobrze mi zrobi spróbowanie czekolady, którą można określić właśnie jako najzwyklejsza, jakości całkiem w porządku mleczna. Chciałam bowiem mieć punkt odniesienia i coś, by wiedzieć, jak bardzo złe są te halloweenowe różności. Ich opisywanie rozwlekłam w czasie, a z publikacją postanowiłam poczekać na odpowiednie dni, ale tę tabliczkę pozwoliłam sobie puścić na blogu już wcześniej. 

Biedronka Belgijska Czekolada Mleczna to mleczna czekolada o zawartości 31% kakao, produkowana dla Biedronki.

Po otwarciu poczułam bardzo słodki zapach mleczno-maślanych karmelków. Choć ich słodycz była bardzo wysoka, aż ryzykownie, nie wyszły czysto cukrowo. Mieszała się z nimi wanilia i delikatne echo orzechów laskowych - też jakby w mleczno-maślanym, ciągnącym karmelu.

Tabliczka w dotyku była tłusta i zdradzała kremowość, acz cechowała ją masywna twardość. Przy łamaniu wydawała z siebie zdrowe chrupnięcia.
W ustach rozpływała się łatwo, w tempie umiarkowanym. Była kremowo-tłusta w mleczno-maślany sposób. Ochoczo miękła i nieco zalepiała usta. Cechowała ją gładkość, wydawało mi się, że to masa z pełnego mleka z masłem.

W smaku pierwsza polała się intensywna mleczność, niemal natychmiast mieszkająca się z wysoką słodyczą. 

Słodycz bez zahamowań szybko, wręcz drastycznie rosła. Wydała mi się zmierzać w czysto cukrowym kierunku, lecz nagle do gry wkroczyła wanilia. W zasadzie wyprzedziła cukrowość, w kwestii słodyczy dominując przez moment.

Zaraz jednak sporo miejsca ustąpiła nucie mleczno-maślanych karmelków.

Mleko z czasem przemieszało się z maślanym wątkiem na równych prawach. Ogrom mleka i masła wirowały ze słodyczą, która dla mnie dość szybko zrobiła się za silna. Charakter jednak miała, bo do wanilii i karmelków z czasem dołączyła jeszcze jakby obietnica orzechów.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pełne mleko wspięło się na wyżyny, słodycz chwilowo zawahała się, a ja wyobraziłam sobie orzechy laskowe w ciągnącym. mocno mleczno-maślanym karmelu. Taki właśnie karmel i mleczne karmelki końcowo zdominowały wszystko.

Słodycz zadrapała w gardle, a fuzja mleka i masła nieco uległa cukrowości.

Po zjedzeniu jednak w posmaku znów wyraźnie wyłoniła się wanilia, jako towarzystwo do mleczno-maślanych karmelków. Czułam się jednak przecukrzona już po małej ilości.

Całość wyszła w zasadzie bardzo porządnie, jak na zwykłą mleczną czekoladę. Była bowiem porządnie mleczna, nie mordowała czysto cukrowym smakiem - i aż trudno się o coś przyczepić, biorąc pod uwagę, że ma być po prostu mleczną czekoladę. Dla wielbicieli takich powinna być naprawdę wartą uwagi opcją. Moja bajka to-to zupełnie nie jest, ale wiadomo, ja nie jestem grupą docelową takich tabliczek. Oceniam więc biorąc po uwagę ogół.

Bardzo odlegle przypomniała mi Cachet Bio Organic 40 % Milk Chocolate Tanzania acz w wersji jakby uproszczonej, gdy o nuty chodzi, bardziej po prostu karmelkowo-waniliowej niż orzechowej, mniej naturalnej, ale na szczęście też mniej tłustej. Podlinkowana aspiruje do bycia bio, obiecuje więcej kakao - a tak coś czuję, że miała po prostu więcej tłuszczu kakaowego.

Mama mówi o niej: "Przepyszna, moja ulubiona z mlecznych, wolę ją od mlecznego Lindta. Jest słodka i to bardzo, ale ma charakter. Może to ta jej maślaność, ale jest w niej coś, głębia.".


ocena: 8/10
kupiłam: Mama kupiła w Biedronce
cena: około 6 zł w promocji
kaloryczność: 543 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

poniedziałek, 25 marca 2024

Zdrowa Sowa Czekolada 80 % Dominikana ciemna z Dominikany

O Beacie Pawlikowskiej coś tam słyszałam, ale raczej w kontekście podróży niż produktów spożywczych. Zdziwiłam się więc, że marka Zdrowa Sowa jest jej, czytając opis. Cytując ze strony: "powstała z pasji do zdrowia", czyli... w sumie nic nowego. Dla mnie jej czekolada miała być czymś nowym. Wyglądała bardzo porządnie. Nie nastawiałam się co prawda, że się zakocham, ale przeczuwałam zacną degustację. 

Zdrowa Sowa Czekolada 80 % Dominikana to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany marki Beaty Pawlikowskiej.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach drzew skąpanych w mocnym słońcu oraz migdałów surowych lub podprażonych znikomo. Mieszały się z wędzonymi, słodko-kwaśnymi śliwkami. I może... śliwkami duszonymi? Do głowy przyszło mi też wytrawno-słodkie wino z nutami śliwek i kwiatów. Kręciły się wokół nich ciężkie, słodko-kwaśne suszone morele. Owocom lekkości i rześkości nadało soczyste, kwaskowate kiwi oraz kwiaty. Drzewom gorzkości dodał słodko-gorzki, cierpkawy syrop kawowy. Za nim nieśmiało zaakcentowała się wilgotna, ciemna gleba.

Twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała średnio głośno. Wyglądała na zbitą i nieco ziarnistą w przekroju.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, dość maziście, dając się poznać jako maślano-zbita, ale wcale nie mocno tłusta. Była kremowa, z czasem bardziej kremowo-soczysta. Cechowała ją gęstość, choć pojawiło się też wrażenie wodnistości.

W smaku pierwsza rozbrzmiała bardzo soczysta słodycz. Na jej płaszczyźnie mieszały się średnio dojrzałe banany oraz kiwi. Te już na pewno dojrzałe, bo bardzo słodkie. W słodycz kiwi wpisała się jednak też lekka kwaśność.

Słodycz podbiły kwiaty i chyba karmel. Nie karmel? Niby palony, ale z maślanym echem. Umknął bardzo szybko, bo w tle odnotowałam soczyste czerwone owoce. Chyba czerwone? Wniosły kwaśność, na które przystało też kiwi, łącząc kwaśność ze słodyczą. Pomyślałam o smoothie opierającym się na bananach i kiwi, ale właśnie też z innymi owocami.

Polała się gorzkość. Miała palony charakter. Mieszał się z drzewami rozgrzanymi mocnym, wręcz tropikalnym słońcem. Podkreśliła ją odrobinka ziemi.

Kwaśność w tle przeszła w cytrusy, które zmotywowały i tak bogatą owocowość. Najpierw ewidentnie poczułam cytrynę, acz kiwi tak działało w kwestii soczystości, że potem się rozmyła... Do głowy przyszedł mi duet cytryny z limonką, potem znowu została już tylko cytryna. W asyście kiwi. Raz po raz przemknęło też kwaśne, zielone jabłko.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość złagodziły migdały. Za nimi podążała wyraźna maślaność. Podszepnęła wątek nabiału, wiejskiego masła... Acz przed migdały to-to nie wyszło. Słodyczą z kolei zajęły się kwiaty. Już nie było mowy o karmelu, mimo że wzrosła. Miała lekki wydźwięk, łączyła kwiaty i soczystość.

Gorzkość splotła się z nią, obfitując w likier kawowy. Na moment jego słodycz i goryczka zajrzały na pierwszy plan. Tam jednak trafił na burzę owoców, w obliczu których stał się mało istotny. Zmienił się w słodkie cukierki kawowe, polane czekoladą lub polewą kakaową.

W owocach dominowało kiwi, ale czułam też mnóstwo duszonych i wędzonych śliwek. Ich słodycz niby była już cięższa, ale też zmieszana z kwaśnością.

Suszone morele przez moment też wydały mi się ciężkawe, ale i one zaserwowały kwaśność. Słodki, średnio dojrzały, a więc wciąż soczysty banan, przemykał między tym wszystkim. W oddali pobrzmiewały czerwone owoce i cytrusy. Raz po raz przemykały też kwaśne jabłka.

Po maślanym złagodzeniu, na końcówce wróciły migdały i rozgrzane słońcem drzewa. Wręcz wyschnięte? Suche drewno i... pewna paloność, dym. Pomyślałam też o ziemi, jakimś błotnistym miejscu na sawannie czy tego typu scenerii.

Po zjedzeniu został posmak migdałów, otoczonych i łagodzonych sporą ilością masła. Jego wpływ nieco umniejszały drzewa i palone drewno, dym. Śliwki wędzone w udany sposób zmieszały te nuty z kwaśnym kiwi i niejednoznaczną mieszanką czerwonych owoców i cytrusów.

Czekolada była smaczna i ciekawa. Kiwi i banany, niejednoznaczne akcenty czerwonych owoców i cytryny, potem więcej kiwi i wędzono-duszone śliwki, suszone morele przełożyły się na intensywną owocowość. Słodycz, mimo kwaśności, była silna i też owocowa. Chwilami kwiaty sporo w niej zrobiły, pojawił się likier kawowy. Zgrało się to dobrze z gorzkością drzew rozgrzanych słońcem, drewna i migdałami. Tylko bez maślanego epizodu bym się obeszła. Acz soczystość wydawała mi się tu podbita duetem paloności i właśnie maślaności.

Kwiaty, cytryna, niejednoznaczna mieszanka czerwono-ciemnych owoców, dym (ale tytoniowy), kawa przypomniały mi Czarną Czekoladę Dominikana 77 %, ale nie było to wysokie podobieństwo. 
Kompoty, bananowy chlebek, które czułam w Rózsavolgyi Csokolade Birds of Uganda 80% z kolei trochę skojarzyły mi się tu z zestawieniem duszono-wędzonych owoców z bananami.
Nie wiem jednak, czy zgadłabym region.


ocena: 9/10
kupiłam: zdrowasowa.pl
cena: 21,90 zł (za 60g)
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy nierafinowany

niedziela, 24 marca 2024

Zotter Red Wine / Rotwein Vegan ciemna 70 % z czekoladowym kremem z czerwonym winem Olivin

Czekolad z czerwonym winem w ofercie Zotter miał/ma kilka. Konkretnie z winem Olivin winiarni Winkler-Hermaden jadłam dwie: w 2016 Red Wine Rush Olivin Winkler Hermaden oraz w 2021 Rotwein / Red Wine Olivin Winkler-Hermaden. Obie jednak w kremach zawierały mleko, opcję wegańską marka wprowadziła dopiero w roku 2023, jesienią. Choć nie przemawiają do mnie wegańskie zamienniki, biorąc pod uwagę, że ciemne z alkoholowymi nadzieniami Zottera w większości wspominam dobrze, uznałam, że i tej z ochotą spróbuję.

Zotter Red Wine / Rotwein Vegan to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana kremem z ciemnej czekolady i ryżowej białej czekolady (wegańskiej) z wanilią i czerwonym wytrawnym winem Blue Zweigelt (Winkler-Hermaden Olivin); wegańska.


Po otwarciu poczułam intensywny zapach czerwonego wina o mocno owocowym charakterze, mieszającego się z soczystą czekoladą. Ona także zdradzała wiśniowo-winne akcenty. Była gorzko palona, nieco dymna. Puściła jednak przodem alkohol - ewidentnie wino - oraz owoce. Obstawiam, że pochodziły głównie z wina, ale też trochę z czekolady. To porzeczki czarne, może trochę czerwonych, wiśnie i aronia. Do tego poczułam wanilię i jakby mdłą, wodnistą mleczność - te nasiliły się po przełamaniu. Jednocześnie czerwone, mocne wino wydało mi się wtedy wręcz mocarne - dominowało bez dwóch zdań.

Tabliczka była całościowo bardzo twarda i masywna. Przy łamaniu gruba warstwa czekolady trzaskała głośno, odsłaniając konkretne nadzienie. Wyglądało na suchawo-kruche i tłuste zarazem.
Czekolada z wierzchu pękała i z łatwością odpryskiwała, odskakiwała od nadzienia, co niezbyt mi się podobało i sugerowało niespójność, jednak w trakcie jedzenia całość nie miała z tym problemu.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo-maziście. Była maślano tłusta i gładka.
Nadzienie początkowo średnio się z nią łączyło, ale w końcu podpinało się maślaną mazistością. Było tłuste i konkretne. Z suchością nie miało nic wspólnego. Cechowała je gładkość. Zmieniało się w bardzo zbito-gęsty, masywny, dziwnie twardo-miękki krem, przypominając zastygniętą masę z czekolady i masła (np. do ciasta). Rozpływało się to wolno, chwilami przywodząc na myśl chłodne masło i sugerując lekką wodnistość oraz pylistość. Występ jednak i tak zakończyła czekolada.
Całość pozostawiła też wrażenie jakby alkoholowego podsuszenia.

W smaku czekolada przywitała mnie gorzkim smakiem dymu i drewna. Osłodził je palony karmel, a z tła dobiegła lekka, łagodząca maślaność. Czekolada sama w sobie zdawała się smakować winem i wiśniami, choć czuć, że i wnętrzem, czyli mocno alkoholowym winem, ewidentnie przesiąkła.

Alkohol z kremu szybko zaznaczył swoją obecność. Nadzienie dołączyło do czekolady poprzez nutę czerwonego wina i wiśni. Wydało mi się soczyste, wytrawne, a jednocześnie bardzo słodkie. Wystrzeliły czarne i czerwone porzeczki, a także inne ciemno-czerwone owoce. Wchodziły w alkoholową toń. Pomyślałam też o słodkawej, wiśniowo-czekoladowej masie, np. kremie do torto-ciasta. Słodycz owocowa mieszała się z wanilią, przekładając się na myśl o czerwonym winie - tym  razem już słodszym.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa alkohol zaczął wyraźnie rozgrzewać gardło i lekko przypiekać jezyk. Wydawało się, że słodycz mu pomagała, mimo że krem - podobnie jak czekolada - chwalił się również paloną, gorzką nutą. Pod nią jednak kryło się coś... jakby mączność, nijaka wodnistość? Mieszała się z maślanością i słodyczą - raz po raz nasuwając na myśl białą, wegańską czekoladę. Podsunęła kompozycji pudrowe echo, acz na szczęście wyraziste czerwone wino dobrze to chowało.
Krem spróbowany osobno był bardzo, bardzo słodki za sprawą wanilii. Mdława, a słodka wegańska czekolada miała wówczas więcej do powiedzenia, acz i tak wino sobie z nią poradziło

Wino z owocami rządziło, acz nie zagłuszyło czekolady. Jego owocowy bukiet zacnie mieszał się z soczystą czekoladą, idąc w lekki kwasek. Znów pomyślałam o czarnych i czerwonych porzeczkach, wiśniach i może cierpkiej aronii. Ich wyrazistość wydała mi się aż dziwna.

Z czasem wino podkręciło czekoladę, acz jednocześnie uprościło jej smak. Jawiła się jako winna i gorzko-palona. Nadzienie mieszało się z nią w jedno, dodatkowo osłabiając jej charakter maślanością i wodnistością, a także podnosząc słodycz całości. Z czasem wydała mi się wręcz nieco cukrowo-alkoholowa, co wyszło jakoś nalewkowo.

Pod koniec czekolada zaprezentowała się jako jeszcze dosadniej dymna, ale całość była też bardzo maślana. Wino nie osłabło ani na chwilę.

Po zjedzeniu czułam posmak czerwonego wina o owocowym charakterze. Czułam cierpkie porzeczki czarne i czerwone, wiśnie, aronię, a do tego dymno-paloną gorzkość. Osłodził ją karmel, jakby ewidentnie "alkoholowy palony cukier" i wanilia. Czułam niestety też ciepło i drapanie wynikające z połączenia alkoholu i słodyczy. Ta wyszła jakoś denerwująco, trochę biało czekoladowo, mimo że głębi ciemnej czekoladzie odmówić nie mogę.

Tabliczka była smaczna, ale bez zastrzeżeń się nie obyło. Sprawę trochę zawaliło nadzienie, w którym za dużo do powiedzenia miała słodko-mdła ryżowa biała czekolada. Na szczęście jednak całości nie brakowało ciemnoczekoladowej, dymno-palonej gorzkości i charakteru. Wino szokująco wyraźnie zaserwowało swoje nuty czarnych i czerwonych porzeczek, wiśni, aronii, które w harmonii mieszały się z czekoladą, która także jawiła się jako soczysta. Było słodko i soczyście-wytrawnie, ciężko w pozytywnym sensie. Bardzo mocno alkoholowo, a jednak nie tak, że alkohol zdominował czekoladę. Niestety jednak nie było idealnie - wolałabym, by czekolada i wino miały jakiś zacniejszy łącznik, a więc bazę pod krem, niż ta ryżowa czekolada biała - pamiętam, że sojowa świetnie wyszła w przypadku Zotter Chilli Bird's Eye. A jednak ogół udany. 


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 491 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, czerwone wino Olivin 14% (zawiera siarczany), tłuszcz kakaowy, syrop cukru inwertowanego, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), syrop skrobiowy, olej słonecznikowy, sproszkowana wanilia, sól, emulgator: lecytyna słonecznikowa

piątek, 22 marca 2024

BTB Chocolate Czekolada Ciemna Ecuador 82 % ciemna z Ekwadoru

Wybierając czekoladę na tę degustację nie pomyślałam, że zrobi się takie ładne zestawienie! Jakoś nie skojarzyłam Chocolate Tree Ecuador Esmeraldas 85 % Dark i podobieństwa wysokiej zawartości oraz kraju pochodzenia kakao. Łączyło je też jeszcze coś - wspomniana była już ostatnią (na ten moment pewnie) posiadaną Chocolate Tree, a dzisiaj prezentowana oznaczała koniec tabliczek BTB Chocolate. Trzymałam jednak kciuki za to, by marka nie przestawała eksperymentować, bo efekty były całkiem przyjemne.

BTB Chocolate Czekolada Ciemna Ecuador 82% to ciemna czekolada o zawartości 82 % kakao z Ekwadoru.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach ziemi i mnóstwa orzechów. Dominowały orzechy nerkowca, ale przewinęły się też laskowe i arachidowe. Ostatnie wprowadziły lekko prażoną nutę. Ta wiązała się z palonością, która odpowiadała za gorzkość. Wydała mi się stateczna i poważna. Przeszyła ją soczystość pomarańczy i wiśni w likierze. Owocowość nie była silna, ale obecna na pewno, przemieszana z jakby "upitą" nieco cukrową słodyczą. Choć i cukier musiał to być przynajmniej lekko palony.

Masywna i twarda jak skała tabliczka przy łamaniu trzaskała bardzo głośno. Wydała mi się chrupko-skalista i trochę się kruszyła.
W ustach rozpływała się powoli, zachowując zbitość. Była maślano-kremowa, ale zwarta. Niby gładka, acz pewną ziarnistość w niej wyłapałam. Kształt zachowywała prawie do samego końca. 

W smaku najpierw mignęła gorzkość, po czym odskoczyła na tył, gdzie zajęła znaczącą pozycję. Miała jednak łagodny, spokojny charakter.

Pierwszy plan już po chwili zajęły kwiaty. Sporo rześkich, delikatnych, ale bogatych w słodycz. Wprowadziły likier. Likier wydał mi się przesłodzony, aż nieco cukrowy. Jego słodycz wiązała się z paloną nutą. Palony cukier też się zaznaczył.

Poprzez likier, znać dała o sobie delikatna soczystość. Do jakich owoców jednak należała, aż trudno określić.

Gdy słodycz rosła, rozeszły się orzechy. Dominowały nerkowce o nieco maślanym charakterze. Nerkowce i więcej nerkowców, a za nimi trochę orzechów laskowych i ziemnych. Ostatnie - i tylko one - zdradzały lekko prażony ton.

Gorzkość z tła dopowiadała lekką ziemistość. Pomyślałam o ziemi czarnej, ogrzewanej właśnie przez słońce. Zasugerowała odrobinę orzechów w kakaowej polewie.

Pojawiać zaczęły się wyraźniejsze soczyste przebłyski. Potęgowały palony klimat. Prażono-palone ciepło mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przeciął pomarańczowy likier.

Pomarańcza jawiła się jako słodko-upita, ale soczysta. Kwasek był subtelny, acz obecny. Mieszał się z leciutką goryczką tego owocu oraz cierpkością... wpierw niejednoznaczną, acz na pewno soczystą... A już po chwili okazało się, że przybyły wiśnie. Dokładniej jako wiśnie w likierze, też bardzo słodkie, a z drobnym kwaskiem.

Nagle kwiaty zaczęły odgrywać ważniejszą rolę. Przytłumiły słodycz bardziej cukrową, a więc karmel i likier. To one zaczęły za nią odpowiadać. Wciąż więc była dość wysoka, ale zmieniła charakter na lekki.

Kwiaty i soczystość odarły orzechy z prażonej nuty. Do raczej surowych nerkowców dołączyły już też surowe fistaszki, kierujące się we wręcz nieco fasolkowym kierunku. Ziemistość z tła wydobyła ten ich właśnie nieco wytrawniejszy aspekt.

Kwiaty złagodziły też gorzkość... w sumie od początku łagodną, ale końcowo określiłabym ją jako jedynie gorzkawość. Zawalczyła o siebie nutą ziemi. Wróciła paloność. Skojarzyła mi się trochę z dymem, acz nie była mocna. Ziemia choć dzielnie walczyła, uległa nerkowcom.

Po zjedzeniu został posmak ziemi, podkreślonej dymem i mieszaniny orzechów. Czułam głównie orzechy nerkowca, ale i onieśmielony likierem duet laskowców z arachidami. Likierowa słodycz mieszała się z wiśnią, co wyszło soczyście w ciężkawy sposób. Tu jednak sprawę wyrównały kwiaty, dbając o słodką lekkość.

Całość była bardzo smaczna, acz delikatna jak na tę zawartość kakao. Gorzkość ziemi, palona nuta były spokojne. Pozwoliły działać kwiatowo-likierowej słodyczy. Także palony cukier raz po raz wtrącał swoje 3 grosze. Owocowe przebłyski pomarańczy i wiśni wyszły właśnie alkoholowo, słodko, z małym kwaskiem. Dużo dobrego wprowadziły tu orzechy - głównie smakowite nerkowce. Kompozycja wydała mi się spokojna.

Mnóstwo orzechów (ale innych, głównie laskowych) i trochę ziemi, wiśnie w wydaniu alkoholowym (w podlinkowanej jako wino) czułam też w Chocolate Tree Ecuador Esmeraldas 85 % Dark. Miały parę zbliżonych wątków, ale bardzo podobne nie były ze względu na proporcje paloności i soczystości.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od BTB Chocolate
cena: jak wyżej, ale cena to 10 zł (za 50g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy

czwartek, 21 marca 2024

krem Vilgain Cheat Spread Chocolate & Cinnamon

Zamawiając ten krem skupiłam się na kuszącym połączeniu smakowym czekolady i cynamonu, ale także smakowicie zapowiadającym się orzechowym trio: laskowców, pekanów i nerkowców. Choć widziałam, że w składzie jest też "jakiś koncentrat białka serwatkowego", nieszczególnie mnie to obeszło. Gdy jednak już trochę markę poznałam, dosłownie wszystko zaczynało budzić małe wątpliwości. Opis na stronie: "w 100% naturalne masło orzechowe z grass-fed białkiem" akurat mnie pozytywnie nie nastawiał. Miałam nadzieję, że skupiając się na "grass-fedowym białku", nie umknęło im, że krem ma smakować. A bałam się już trochę, jak on smakować będzie, bo Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts był bardzo słodki. Co prawda dziś przedstawiany zawierał "w tym cukry" znacznie mniej i bliżej mu tym samym było do Sweet Nuts Coconut Chocolate, ale i tak się trochę obawiałam. Liczyłam, że przez swoją proteinowość, nie będzie rzadki jak wspomniany już Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts.

Vilgain Cheat Spread Chocolate & Cinnamon to czekoladowy krem z orzechów laskowych i nerkowca z kawałkami orzechów pekan, cynamonem i białkiem serwatkowym.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam zapach maślano-cynamonowych ciastek o wysokiej, karmelowej słodyczy bez wątpienia oblanych czekoladą. Obok ciastek rozchodziła się naturalnie słodka, lekko prażona nuta orzechów laskowych. Stanowiły bazę kompozycji. Czekolada przejawiała słodycz niemal cukrową, też trochę karmelową, a także głęboką mleczność. Wiązała się z maślanością nerkowcowego pochodzenia. Zaznaczyły się one w tle. Wszystko to przeplotło prażenie, zapewniając harmonię. W oddali w pierwszych chwilach odnotowałam jeszcze sugestię soli, lecz po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia ten akcent ukrył się zupełnie. Wtedy za to umocnił się cynamon.

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju - zlałam, ile się dało, czyli jakieś 2 łyżeczki. A nie było to takie łatwe, bo masa zwłaszcza na wierzchu była wręcz płynna, bardzo ruchoma i rzadkawa.
Resztę przemieszałam średnio dokładnie. Krem okazał się miękko-ciągnący i lejący, acz wydawał się jakby.... Nieco zagęszczono-zglutowiały. Wyglądał na bazowo gładki i nieco kisielowaty. Bazowo, bo rzadka masa zlepiała sporo pokaźnych kawałków orzechów pekan.
W trakcie jedzenia masa dała się poznać jako miękka i jedynie półpłynna. Nie wydawała się już tak bardzo rzadka, jako że w ustach jakby nieco gęstniała. Do gęstości jej jednak i tak daleko. Zaklejała usta zupełnie. Rozpływała się w tempie umiarkowanym, wykazując tłustość, która połączyła w sobie dużo oleistości i trochę maślaności. Nie było to zbyt syte, a jakby nieco rozrzedzone, lecz mimo to wyszło przytykająco. Do głowy przyszła mi myśl o orzechowym kisielu. Bazowo krem był niemal idealnie gładki, acz pełen kawałków orzechów. Te podgryzałam w trakcie rozpływania się kremu, ale w większości zostawiałam na koniec, gdy wszystko już zniknęło.
Kawałki orzechów to tylko orzechy pekan, w większości ze skórkami. Wszystkie były lekko pochrupujące i świeżo soczyście-miękkawe (nie zaś rozmiękłe). Tylko kilka trafiło się bardziej krucho-twardszych. To były kawałki średniej wielkości, niewiele malutkich i dosłownie parę większych - ćwiartek.

W smaku pierwsza dała o sobie znać czekolada o wysokiej, karmelowej słodyczy. Zbudowała ciepły klimat, w którym subtelnie zaznaczył się też cynamon.

Szybko dołączyła do niej maślaność nerkowców. Czuć je, acz przywiodły na myśl raczej maślane ciastka karmelowe, może już w tym momencie lekko korzenne i na pewno oblane czekoladą mleczną. Maślaność i łagodność nerkowców właśnie mleczny wątek wprowadziły. Po chwili umocnił się, za sprawą przesłodzonej, może lekko cukrowej, ale też wręcz uroczej czekolady mlecznej.

Orzechy laskowe pojawiły się chwilę później. Może i już szybciej zdradzały swoją obecność, ale po paru chwilach wystąpiły jako baza kompozycji i zajęły pierwszy plan. Wpisały się w ciepło z racji tego, że okazały się lekko prażone. Także od nich rozchodziła się słodycz - w pełni naturalna.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach cynamon odważnie, z pełną siłą dołączył do orzechów laskowych. Razem rozgościły się na pierwszym planie, na który wkradała się też mleczna czekolada. Przez moment myśl o maślano-korzennych, już mocno cynamonowych ciastkach z czekoladą trwała jeszcze, ale zaczęła się zmieniać w wizję mlecznej tabliczki czekolady z całymi, pełnymi smaku orzechami laskowymi.

Cynamon ją doprawił, do ciepła dodając lekką pikanterię, przypiekając nieco w język. Rozgrzewała wraz z wysoką, karmelowo-cukrową słodyczą, drapiąc trochę w gardle. Wychwyciłam przy karmelowej nucie echo soli, ale tak delikatne, że jakby tylko iluzoryczne.

Z czasem, po tym, jak cynamon mignął wręcz ostrawo-goryczkowato, sam krem wydawał się jeszcze bardziej mleczno-maślany i delikatny, a także bardziej zasładzający. Od coraz lepiej wyłaniających się kawałków pekanów odchodziła nieśmiała orzechowość, ale gdy ich nie gryzłam, niewiele wnosiły. Wpisały się w mleczną czekoladę i cynamon.

Gdy jednak gryzłam pekany podczas gdy masa się rozpływała, dołożyły maślaności, a ich skórki z kolei podkreśliły cynamon i lichą ilość kakao. Masa zagarnięta po pekanach, bez nich jawiła się jako jeszcze bardziej czekoladowa. Czekoladowo-czekoladowa!

Tak czy inaczej, pod koniec robiło się już bardzo, bardzo słodko. Za słodko. Wróciły karmelowo-maślane ciasteczka z cynamonem i mleczną czekoladą o przesadzonej, drapiącej słodyczy.

Orzechy gryzione na koniec trochę tę słodycz tonowały. Orzechy pekan smakowały sobą bardzo wyraźnie. Wydały mi się prażone minimalnie albo wręcz zupełnie surowe - może przez kontrast do "ciepłej", czekoladowej masy. Były tradycyjnie bardzo tłuste, słodkawe i z gorzkawą skórką, niczym o wiele łagodniejsza i tłustsza wersja włoskich, udających laskowe.

W posmaku został ostrawy cynamon, nieco przypiekający w język i rozgrzewający gardło wraz z karmelowo-cukrową słodyczą. Utrzymało się skojarzenie z karmelowo-cynamonowymi ciastkami. Orzechowość nieco się rozmyła, ale laskowce czuć. Pekany całkiem nieźle także. Nerkowce się zgubiły, acz pozostawiły "orzechową maślaność". Ogólnie było bardzo... ciepło.

Krem miał wady i zalety. Zjadłam z paroma zastrzeżeniami, acz w zasadzie ze smakiem. Na pewno nie odpowiadała mi taka lejąca, oleiście-półpłynna konsystencja. Lekkie gęstnienie i kawałki orzechów ratowały sytuację, ale wolałabym gęstszy krem. Kawałki przypadły mi do gustu tym, że nie było ich za wiele do przesady i były przystępne. W smaku... cóż. Na pewno było mi za słodko. To, jak karmelowy ten krem się wydawał, było aż dziwne. Smak mlecznej czekolady i cynamonu przyjemnie zgrał się właśnie z takim zestawieniem orzechów. Jak na orzechowo-czekoladowy krem, to i mleko jak dla mnie miało nieco za duży udział - bo pozwoliło szaleć słodyczy, że z czasem aż trochę muliła. Wyraziste laskowe idealnie pasowały do tej kompozycji, a nerkowce cudnie wplotły mleczność i maślaność, podkręcając czekoladowy wydźwięk, ale... wydaje mi się, że w samej masie orzechy miały jakoś tak... za mały udział? Że za dużo miejsca zostawiły cukrowi i białku mleka. W końcu w "orzechy" wymienili też pekany, które ewidentnie wystąpiły tylko (albo głównie) w postaci kawałków. Te były zacne, ale wolałabym, by jeszcze więcej zmielonych orzechów dali w kremie. Czuję też jednak, że jakieś charakterniejsze, np. włoskie spisałyby się lepiej.
Krem skojarzył mi się z bardziej mleczną, a tym samym mniej słodką ("w tym cukry" miał o połowę mniej), wersją Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts z dorzuconymi kawałkami pekanów i cynamonem. Szkoda, że nie był gęsty jak Vilgain Sweet Nuts Coconut Chocolate.


ocena: 7/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 37,90 zł (za 200g)
kaloryczność: 620 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy (laskowe, pekan, nerkowce prażone) 70 %, koncentrat białka serwatkowego z mleka, miazga kakaowa 7,5 %, cukier trzcinowy, cynamon mielony 1,2 %, sól himalajska

środa, 20 marca 2024

Orfeve Matepono 90 % Noir de Noir / Extra Fine Recolte 2021 Variete Amelonado & Trinitario Matepono River, Guadalcanal Solomon Islands ciemna z Wysp Solomona

To miała być moja pierwsza tabliczka tej marki o tak wysokiej zawartości, a zarazem ostatnia posiadana. Orfeve może i wyglądało obiecująco, ale rozczarowało mnie. Liczyłam, że przynajmniej ta tabliczka zostawi dobre wspomnienie po marce. Jak zwykle, producent podał wiele szczegółów odnośnie kakao, z którego tabliczkę wykonano. Prażono je przez 53 minuty w 109°C, a całość konszowała 20 godzin. Niedaleko Papui Nowej Gwinei jest wyspiarski kraj, Wyspy Solomona - na jednej z tych wysp niewielką, rodzinną plantację ma David Junior Kebu. Mieści się ona na północy wyspy Guadalcanal. Przywiązują ogromną wagę do jakości kakao, fermentacji i suszenia, którymi też się zajmują. Jego kakao zdobyło nawet złoto w 2015 w International Cocoa Awards in 2015. Co ciekawe, kiedyś w miejscu jego farmy, była plantacja palm olejowych. 

Orfeve Matepono 90% Noir de Noir / Extra Fine Recolte 2021 Variete Amelonado & Trinitario Matepono River, Guadalcanal Solomon Islands to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao Amelonado  i trinitario (blend) z wyspy Guadalcanal z Wysp Solomona, z okolic rzeki Matepono, miasta Honiara; należąca do linii tradycyjnej (czyli gładkich tabliczek).

Po otwarciu poczułam stateczny, wyrazisty zapach drzew, lekko podkreślonych gorzkim dymem oraz wiśni i czarnych porzeczek, wkomponowanych w słodko-ciężki marcepan. Wokół zatańczyły słodko-kwaśne jagody leśne, dodając soczystości. I tak jednak owoce miały w sobie coś ciężkawego. Ciężkość podszepnął wątek rozgrzanej słońcem czarnej skóry (odzieży / obicia). W tle przewinęły się przyprawy, głównie kardamon i chłodno-ostra lukrecja. Tam też osadziła się słodycz kwiatów i jakby kwiatowego nektaru. Była wycofana, acz wyraźna.

Tabliczka wyglądała na sucho-kremową i masywną. Była straszliwie twarda, a przy łamaniu głośno trzaskała. Liniami podziału się nie przejmowała.
W ustach rozpływała się wolno, początkowo nawet wręcz nieco niechętnie. Kształt zachowywała niemal do końca, acz miękła z ochotą. Była dość tłusta w śmietankowo-kremowy sposób, choć i oleista sugestia się pojawiła. Pod koniec poczułam w niej chropowatość.

W smaku pierwsza dała o sobie znać delikatna kwaśność wiśni. Wiśnie zaczęły powoli się osładzać i przechodzić w zdecydowanie słodsze jagody. Także one jednak nie porzuciły kwaśności zupełnie. Ta przypieczętowała soczystość.

Zaraz zaczęła rozchodzić się też gorzkość. Najpierw wyobraziłam sobie dym osnuwający jagody, lecz potem rozrzedził się i odkryłam w nim drzewa. Drzewa wyszły na pierwszy plan. Była to nuta stateczna i dominująca. Pojawił się palony motyw, zmieniając je częściowo w drewno palone. Mimo tego zasnucia dymem, soczystość drobnych, ciemnych owoców mknęła niewzruszona.

Przy palonym drewnie odnotowałam nutę cygar i dymu z nich. A także jakby... z kwiatów palonych jako kadzidło? "Kwiatowych cygar" (wyobrażenie abstrakcyjne)? 

Jagody w tym czasie na zasadzie kontrastu zrobiły się wręcz cukierkowe. Bardzo słodkie, a jednak też z lekkim kwaskiem. Miał niecodziennie uroczy charakter. Dołączyła do nich śmietanka i truskawki. Przemknęła myśl o truskawkowo-śmietankowych lizakach, po czym owocowa kwaśność przegnała cukierkowość.

Wyobraziłam sobie kwaśne, niezbyt dojrzałe truskawki i jagody podane ze śmietaną, częściowo rozciśnięte, częściowo po prostu pokrojone. Ich kwaśność epizodycznie wyłaniała się bardzo dosadnie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zaczęły przechodzić w wiśniowy marcepan. Ciężkawo-słodki, ewidentnie migdałowy, a jednak też bardzo soczysty od kwaśnych wiśni.

W pewnym momencie słodycz nagle się cofnęła, przez parę sekund była wręcz skąpa. Zaraz jednak uderzyła z nową mocą. Przeszyła wszystko, wkraczając niemal na pierwszy plan. Pomyślałam o słodyczy kwiatów i kwiatowego nektaru. Może kwiatowego syropu, co zasugerował marcepan? Kwiatów tu i ówdzie sporo się w kompozycji pokazało.

Kwiaty z czasem zrobiły się cierpkie. Pomyślałam o opadłych płatkach kwiatów. Cierpkość kwiatowa mieszała się z ciemnymi owocami. Jagody i czarne porzeczki właśnie sporo cierpkości mi zaserwowały. A ich kwaśność wydała mi się wtedy nieco podkręcona cytryną.

Dym znów zrobił się gęstszy - on też był cierpki. Ażeby jednak nie zrobiło się za cierpko, czuwały spokojne drzewa i palone drewno. Do niego podkradło się trochę przypraw - głównie goryczkowato-rześkiego kardamonu i lukrecji, nieco szczypiącej w język.

Po zjedzeniu został posmak śmietankowo-truskawkowy, bardzo wyważony w kwestii słodyczy i kwaśności - oba smaki były bardzo intensywne. Truskawki jawiły się jako niedojrzałe. Czułam też jagody i czarne porzeczki z soczystą cytryną w tle. Zarysowały się na drewniano-dymnej bazie, przywodzącej na myśl cygara w drewnianej skrzyneczce i palone.

Całość smakowała mi, choć parę elementów bym zmieniła. Nie podobało mi się, jak leśne owoce na pewien czas robią się cukierkowe. A jednak ogólnie wiśnie, wiśniowy marcepan, jagody i porzeczki, truskawki ze śmietaną wyszły przyjemnie. Słodko-kwaśno, z kwaśnością podkręconą cytryną. A jednak drewno palone i drzewa, dym i cygara do nich pasowały średnio... wydawały się raczej "obok", ale były zacne. Bardzo nie pasowały do cukierkowości, ale jej na szczęście za wiele ogólnie nie było. Tak jak i słodyczy ogólnie za dużo nie czułam, więc to na pewno plus. Gorzkość wyszła tu statecznie, podczas gdy kwaśność dynamicznie.

Gorzkość, dym, kwiaty (ale i tak jakoś mało) typowe dla Papui Nowej Gwinei, ale owoce nie - to ciekawe.


ocena: 8/10
cena: 66 zł (za 70g; cena półkowa; ja dostałam zniżkę)
kaloryczność: 626 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełny surowy cukier trzcinowy