Zwykłe ciemne czekolady mają u mnie ten problem, że choćby nie wiem, jak dobre, to po prostu nie mają szansy dorównać tym degustacyjnym, których twórcy są mistrzami w obróbce kakao. Niemniej, wciąż z kolei mają oczywiste pierwszeństwo przed czekoladami z dodatkami czy nadziewanymi, bo te odwracają mi zbytnio uwagę od kakao. A już nie mówię o mlecznych czy białych, które obecnie mogłyby dla mnie nie istnieć, bo... po prostu w czekoladach szukam nut kakao i jego smaku. Co więcej, tych w miarę przystępnych cenowo ciemnych czystych nie ma aż tak wielu. Czasem kupuję więc i takie "z braku laku", co to nie posądzam ich o to, że mnie zachwycą (choćby Lindt 85 % czy Spar Natural Extra Dark 72 %), ale że mogą być przynajmniej zadowalająco kakaowe i niesłodkie. Tę właśnie tak bez emocji kupiłam, ponieważ kojarzyłam, że Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Classic w sumie była w porządku. Miałam nadzieję, że ich wyższa zawartość kakao to nie jakieś wyjątkowo żałosne podbicie procentu tłuszczem czy odtłuszczonym kakao (acz dopuszczałam myśl, że będzie tego trochę więcej, niż powinno być w 88%).
Hachez Premier Cru 88 % Classic Dark Chocolate to ciemna o zawartości 88 % kakao z Ameryki Południowej.
Po otwarciu poczułam ciepły, wyrazisty zapach o zaskakująco delikatnym charakterze, przedstawiający piernik. Łagodny, waniliowo słodziutki, choć wyraźnie ciepło-korzenny i jakby z nutką chili. Skupiała się jednak bardziej na niemal wiśniowo-winnej soczystości, niż pikanterii. Czułam tu też ciepłą kawę... z jakby zbożowym zarysem, nakreślonym przez proste kakao. Po chwili rozszedł się wyraźniej zapach orzechów laskowych - tak czysty, że w ciemno powiedziałabym, iż tabliczka je zawiera. Wszystko to przełożyło się też na wizję ogrzewanej słońcem, lekko błotnistej ścieżki, prowadzącej do małego lasu. To... dosłownie "błotko" i "lasek", takie... delikatne, bo na czekoladowo-maślanej płaszczyźnie.
Tabliczka już na dotyk dała się poznać jako tłusta, a przy łamaniu wydała mi się niewyobrażalnie twarda. Wydawała głośny trzask jak strzał z shotguna.
W ustach rozpływała się bardzo powoli i nieco opornie. Była tłusto-zbita, a jednocześnie proszkowo-ziarnista, z odczuwalnym pod koniec bardziej pylistym efektem.
Kojarzyła się ze zwartym masłem z niedokładnie zmielonych orzechów, które oblepiało minimalnie, bardzo zaś wysuszało i zatłuszczało jednocześnie. Była dość ulepkowata, ale znośna.
Pierwszym wyczuwalny smak to słodka maślaność. Zupełnie jakby jakiś maślany wypiek, maślaną bułeczkę ktoś posmarował masłem (albo "masełkiem" - takie to było łagodne) i kremem z orzechów laskowych. Oczywiście wysoce słodkim.
Już w kolejnej chwili na przód wyszły orzechy laskowe, przewodząc wszystkiemu innego. Były delikatne, naturalnie słodkawe. Chwilami jednak podkradały się jakby pod mdławo-tłuszczowy w smaku olej orzechowy. Oczami wyobraźni zobaczyłam sztuki młode, świeżo-surowe. Może niektóre nawet jeszcze na leszczynie? Aż zielonkawe? Leszczyna ta obrastała leśną, ogrzewaną lekko słońcem ścieżkę do lasu z zapachu.
Zanim jednak do niego, zaraz uderzyła nieco silniejsza słodycz. Splot wanilii i cukru z czasem zaczął przejawiać cierpkość. Pomyślałam o przecukrzonym likierze waniliowym, jednak po chwili... Pojawiło się kakao w proszku, przerabiając to na Nesquika w wersji dla dorosłych.
Bardzo delikatna gorzkawość kakao w proszku i cierpkość zasugerowały coś bardziej zbożowego... właśnie kakaowe płatki-kulki do mleka? Zbożową kawę? Kakao ciepłe i rozgrzewające? Ta lekka roślinność niosła ciepło. Znów myśli wróciły do drzew i orzechowych krzaków rozgrzewanych słońcem i zapraszających do rzadkiego lasu. Ogrom maślaności przełożył się na wyobrażenie o jasnym błotku - miejscami wilgotnym, miejscami podsuszonym, gęstym i też słońcem nagrzanym.
A jednak pod koniec pewien konkret udało mi się wyłapać. Od tej wręcz alkoholowości poszło leciutkie rozgrzewanie, a silna słodycz sprawiła, że maślaność nieco się przypiekła. Jakby tak jakiś... średnio udany piernik... doprawiony lekko chili trafił na ciepłe kakao? Odnotowałam w nim jakąś soczystość jakby powidlanej warstwy. Lekka korzenność zmieszała się ze słodką cierpkością wanilii i orzechowego kremu, również wanilią posłodzonego. Orzechy niestety zaczęły wchodzić w oleistą strefę.
I właśnie leciutka cierpkość gorącego kakao została w posmaku razem z maślanym, także smakowym, zatłuszczeniem (fizyczne trochę neutralizowało kakao w proszku). Czułam kakao i orzechowe motywy mocno kojarzące się z waniliowo-orzechowym kremem, jak również lekko pieczone ciepło. Było słodko... nie jakoś przeraźliwie, ale wyraźnie i dość ciężko przez tę maślaność. Kontekst był raczej ogólnie "jakoś waniliowy" niż prawdziwie waniliowy.
Całość niezbyt mi pasowała. Okropnie łagodna, bo nie po prostu łagodna, a łagodna w sposób tłusto-tłusty i słodki (najgorszy!). Słodycz może nie była wysoka, ale wydawała się nachalna. Gorzkość naprawdę niska, a jedyne, co było ciekawe, to wydźwięk Nesquika dla dorosłych, acz... nie było to "ciekawe i pyszne", a po prostu niespotykane; w dodatku bardzo ulotne. Orzechy laskowe i wanilia to duet miły, ale... przy 88 % to potrzeba czegoś jeszcze!
Oczywiście da się zjeść, ale na dłużej nudzi, bo... też nieco męczy tłuszczem i ciężkością, przytłacza. O tyle bardziej zwracałam na ten element uwagę, że w smaku to ogromna nuda.. i też tłustość. Połowę zasreberkowałam uznając, że dodam ją np. do potrawki stylizowanej na meksykańskie mole, jaką miałam w planach, ale że wizja potrawki mi się odpodobała, czekolada trafiła do ojca.
ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 10,99 zł
kaloryczność: 669 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, cukier, lecytyna rzepakowa, ekstrakt z laski wanilii bourbon, ziarna wanilii bourbon