Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hachez. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hachez. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 września 2021

Hachez Premier Cru 88 % Classic ciemna z Ameryki Południowej

Zwykłe ciemne czekolady mają u mnie ten problem, że choćby nie wiem, jak dobre, to po prostu nie mają szansy dorównać tym degustacyjnym, których twórcy są mistrzami w obróbce kakao. Niemniej, wciąż z kolei mają oczywiste pierwszeństwo przed czekoladami z dodatkami czy nadziewanymi, bo te odwracają mi zbytnio uwagę od kakao. A już nie mówię o mlecznych czy białych, które obecnie mogłyby dla mnie nie istnieć, bo... po prostu w czekoladach szukam nut kakao i jego smaku. Co więcej, tych w miarę przystępnych cenowo ciemnych czystych nie ma aż tak wielu. Czasem kupuję więc i takie "z braku laku", co to nie posądzam ich o to, że mnie zachwycą (choćby Lindt 85 % czy Spar Natural Extra Dark 72 %), ale że mogą być przynajmniej zadowalająco kakaowe i niesłodkie. Tę właśnie tak bez emocji kupiłam, ponieważ kojarzyłam, że Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Classic w sumie była w porządku. Miałam nadzieję, że ich wyższa zawartość kakao to nie jakieś wyjątkowo żałosne podbicie procentu tłuszczem czy odtłuszczonym kakao (acz dopuszczałam myśl, że będzie tego trochę więcej, niż powinno być w 88%).

Hachez Premier Cru 88 % Classic Dark Chocolate to ciemna o zawartości 88 % kakao z Ameryki Południowej.

Po otwarciu poczułam ciepły, wyrazisty zapach o zaskakująco delikatnym charakterze, przedstawiający piernik. Łagodny, waniliowo słodziutki, choć wyraźnie ciepło-korzenny i jakby z nutką chili. Skupiała się jednak bardziej na niemal wiśniowo-winnej soczystości, niż pikanterii. Czułam tu też ciepłą kawę... z jakby zbożowym zarysem, nakreślonym przez proste kakao. Po chwili rozszedł się wyraźniej zapach orzechów laskowych - tak czysty, że w ciemno powiedziałabym, iż tabliczka je zawiera. Wszystko to przełożyło się też na wizję ogrzewanej słońcem, lekko błotnistej ścieżki, prowadzącej do małego lasu. To... dosłownie "błotko" i "lasek", takie... delikatne, bo na czekoladowo-maślanej płaszczyźnie.

Tabliczka już na dotyk dała się poznać jako tłusta, a przy łamaniu wydała mi się niewyobrażalnie twarda. Wydawała głośny trzask jak strzał z shotguna.
W ustach rozpływała się bardzo powoli i nieco opornie. Była tłusto-zbita, a jednocześnie proszkowo-ziarnista, z odczuwalnym pod koniec bardziej pylistym efektem.
Kojarzyła się ze zwartym masłem z niedokładnie zmielonych orzechów, które oblepiało minimalnie, bardzo zaś wysuszało i zatłuszczało jednocześnie. Była dość ulepkowata, ale znośna.

Pierwszym wyczuwalny smak to słodka maślaność. Zupełnie jakby jakiś maślany wypiek, maślaną bułeczkę ktoś posmarował masłem (albo "masełkiem" - takie to było łagodne) i kremem z orzechów laskowych. Oczywiście wysoce słodkim.

Już w kolejnej chwili na przód wyszły orzechy laskowe, przewodząc wszystkiemu innego. Były delikatne, naturalnie słodkawe. Chwilami jednak podkradały się jakby pod mdławo-tłuszczowy w smaku olej orzechowy. Oczami wyobraźni zobaczyłam sztuki młode, świeżo-surowe. Może niektóre nawet jeszcze na leszczynie? Aż zielonkawe? Leszczyna ta obrastała leśną, ogrzewaną lekko słońcem ścieżkę do lasu z zapachu.

Zanim jednak do niego, zaraz uderzyła nieco silniejsza słodycz. Splot wanilii i cukru z czasem zaczął przejawiać cierpkość. Pomyślałam o przecukrzonym likierze waniliowym, jednak po chwili... Pojawiło się kakao w proszku, przerabiając to na Nesquika w wersji dla dorosłych.

Bardzo delikatna gorzkawość kakao w proszku i cierpkość zasugerowały coś bardziej zbożowego... właśnie kakaowe płatki-kulki do mleka? Zbożową kawę? Kakao ciepłe i rozgrzewające? Ta lekka roślinność niosła ciepło. Znów myśli wróciły do drzew i orzechowych krzaków rozgrzewanych słońcem i zapraszających do rzadkiego lasu. Ogrom maślaności przełożył się na wyobrażenie o jasnym błotku - miejscami wilgotnym, miejscami podsuszonym, gęstym i też słońcem nagrzanym.

A jednak pod koniec pewien konkret udało mi się wyłapać. Od tej wręcz alkoholowości poszło leciutkie rozgrzewanie, a silna słodycz sprawiła, że maślaność nieco się przypiekła. Jakby tak jakiś... średnio udany piernik... doprawiony lekko chili trafił na ciepłe kakao? Odnotowałam w nim jakąś soczystość jakby powidlanej warstwy. Lekka korzenność zmieszała się ze słodką cierpkością wanilii i orzechowego kremu, również wanilią posłodzonego. Orzechy niestety zaczęły wchodzić w oleistą strefę.

I właśnie leciutka cierpkość gorącego kakao została w posmaku razem z maślanym, także smakowym, zatłuszczeniem (fizyczne trochę neutralizowało kakao w proszku). Czułam kakao i orzechowe motywy mocno kojarzące się z waniliowo-orzechowym kremem, jak również lekko pieczone ciepło. Było słodko... nie jakoś przeraźliwie, ale wyraźnie i dość ciężko przez tę maślaność. Kontekst był raczej ogólnie "jakoś waniliowy" niż prawdziwie waniliowy.

Całość niezbyt mi pasowała. Okropnie łagodna, bo nie po prostu łagodna, a łagodna w sposób tłusto-tłusty i słodki (najgorszy!). Słodycz może nie była wysoka, ale wydawała się nachalna. Gorzkość naprawdę niska, a jedyne, co było ciekawe, to wydźwięk Nesquika dla dorosłych, acz... nie było to "ciekawe i pyszne", a po prostu niespotykane; w dodatku bardzo ulotne. Orzechy laskowe i wanilia to duet miły, ale... przy 88 % to potrzeba czegoś jeszcze!
Oczywiście da się zjeść, ale na dłużej nudzi, bo... też nieco męczy tłuszczem i ciężkością, przytłacza. O tyle bardziej zwracałam na ten element uwagę, że w smaku to ogromna nuda.. i też tłustość. Połowę zasreberkowałam uznając, że dodam ją np. do potrawki stylizowanej na meksykańskie mole, jaką miałam w planach, ale że wizja potrawki mi się odpodobała, czekolada trafiła do ojca.


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 10,99 zł
kaloryczność: 669 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, cukier, lecytyna rzepakowa, ekstrakt z laski wanilii bourbon, ziarna wanilii bourbon

wtorek, 15 października 2019

Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Erdbeere-Pfeffer / Strawberry-Pepper ciemna z Ekwadoru z truskawkami i pieprzem zielonym

Na koniec przygody z Hachez zostawiłam sobie smak, który wydał mi się najbardziej charakterny, bo skojarzył mi się z pysznymi owocowymi Orionami (truskawka&sól i morela&chili). Niestety, po zjedzonych tabliczkach Hachez już nie łudziłam się, że ta da kopa. Ale że pieprz nie pokaże pazurków? Okazało się jednak, że właśnie chyba nawet producent założył, że nie powinien, bo dodał specyficzny: zielony. Dowiedziałam się o tym, a także tak w pełni świadomie go spróbowałam, dopiero kilka dni po degustacji tej czekolady. Zielony to właściwie pieprz niedojrzały, a więc bardzo delikatny, wręcz słodkawy. Nie zmieniło to wprawdzie mojego odbioru (czy mi smakowało), ale wpłynęło trochę na to, jak postrzegam zamysł na tabliczkę i skłoniło do napisania tego wstępu. Myślę, że warto byłoby, gdyby producent na opakowaniu o tym napisał, a nie ograniczył się do wymienienia w składzie.

Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Erdbeere-Pfeffer / Strawberry-Pepper to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao Arriba z Ekwadoru z truskawkami i zielonym pieprzem madagaskarskim.

Gdy tylko rozwinęłam sreberko (skądinąd beznadziejnie zawinięte: byle jak, nie zlepione ani nic), poczułam wyrazisty, nieco przerysowany zapach truskawek świeżo-konfiturkowych. To miało słodziaśny, a jednocześnie owocowy, naturalny wydźwięk (chemii nie czuć). Czekolada, zaznaczająca się daleko w tle, wydała się lekka, a pieprz jako "zapach pieprzu" w ogóle się nie ujawnił. Czułam za to niemal roślinnie-kwiatową rześkość (to właśnie pieprz zielony, o czym dowiedziałam się później).

Tabliczka trzaskała bardzo głośno. Była twarda, ale w sumie łatwa do łamania. Nie odebrałam jej jako zbyt suchej.
W ustach z kolei... okazała się bardziej zdystansowana, bowiem długo zachowywała swoją formę. A rozpływała się naprawdę powoli, w niezbyt przyjemny sposób. Bardzo zbita i tłusta, niczym połączenie masła i gumki, pozostawiające jakieś tam smugi... i z czasem ujawniająca dodatki.
Truskawki to w większości drobnica: suszono-farfoclowate, minimalnie soczyste kawałki. Poskąpiono ich, że chwilami miałam wrażenie, że to głównie pestki. Pieprz wystąpił pod postacią drobinek, sporych, strasznie suchych kawałków (pod naciskiem zębów idących w pył) i miękkawych kawałków nieco mniejszych. Wydawało się, że zatopiono ich więcej niż truskawek (przy czym owoce to głównie pestki, przez co chwilami trudno się połapać, z czym ma się do czynienia). Truskawki po prostu zbytnio podrobili.

Gdy tylko kawałek wylądował w ustach, poczułam słodko-truskawkowy motyw. Nienachalna słodycz rozchodziła się leniwie, nie będąc zagrożoną przez cokolwiek innego. Roztoczyła wanilię, a zaraz potem maślaność...

...która nagle stała się maślanym ciastem / piernikiem. Początkowo mdłym, a już w połowie wyraźniej piernikowym, pieprznym coraz bardziej. Zaznaczył się przy nim palony akcent. Rozgrzał kompozycję, ale nie jakoś brutalnie. Próbował wydobyć lekką gorzkawość, co gdzieś w oddali jako kawa chyba się na chwilę pokazało. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomykała tu cierpkość, robiąca aluzje do kwasku (który jednak nie nadszedł).

Wokół pieprznie-palonych nut unosiła się bowiem soczystość, lekkość. Zwiewna, kojarząca się z trawą po deszczu, trochę kwiatowa, a trochę "truskaweczkowa". Na dobrą sprawą, dopiero w połowie smak truskawek zaczął znacząco rosnąć. Reprezentował cukierkową słodycz, ale z racji ciepła i paloności, przywodził też na myśl słodką konfiturę z truskawek. Truskawek słodkich; jeśli o świeżych mówiąc, to takich niemal przejrzałych i miękkich. Były przerysowane, a mimo to wcale nie jakoś specjalnie intensywne.

Czekoladowe tło też właśnie w łagodność zainwestowało, więc można tu mówić jedynie o znikomej prawie-gorzkawości. Lekka cierpkawość i silna maślaność wyszły niczym nieokreślone ciemne czekoladki nadziewane. Gdy z nudy bliżej końca ganiałam po ustach dodatki (nie zostawiałam na koniec, bo wszystko trwało za długo przy tak delikatnym smaku), oczywiście wybijały się. Truskawki podkreśliły lekką soczystość, chwilami wydobyły namiastkę kwasku. Oczywiście przy nich rosło znaczenie smaku naturalnie truskawkowego. Rozgryzany pieprz działał z opóźnieniem. Wydał mi się w pewien sposób roślinny, a potem jak nie za mocno ostry piernik, który jednak rozgrzewał język i gardło. Robił to subtelnie. Wzrastało przy tym poczucie zwiewności... lekkości (oczami wyobraźni widziałam trawę po deszczu). Wpisywał się w słodycz.

W posmaku pozostała konfiturowa, przerysowana truskawka, lekka pieprzność jako ciepła pikanteria i wręcz rześkość oraz nijaka, maślana ciemna czekolada. Słodycz nie za silna, ale prosta i bez dwóch zdań obecna. Posmak był delikatny, ale najbardziej zwracał na siebie uwagę pieprz. Nie to, że był mocny, a taki... inny.

Całość wyszła nudno, delikatnie i przystępnie, a także z potencjałem, lecz niestety, przede wszystkim nudno, wręcz męcząco. Dość uroczy smak truskawek nie był tak pewny siebie, jak mógłby być. Pieprz był jakby zwietrzały, ale przyjemnie zakreślił smak piernika i roślinność w czekoladzie. Niestety ona nie była gorzka, kwasku też brak, a głównie delikatnie-maślana, prawie żadna. No, może słodka, choć też nie jakoś bardzo czy specyficznie.
Konsystencja męcząca, zwłaszcza przy tak wyciszonym smaku. Czekolada mogła być ciekawa, bo takie jest połączenie dodatków, ale tu aż się prosi o charakterniejszą, bardziej ziemistą, roślinną (a nie maślaną) bazę. Jako że truskawek poskąpiono, całość znużyła mnie mniej więcej w połowie i zostawiłam resztę, żeby mieć coś takiego lepszego-gorszego, by zagryźć, gdy prawdziwa paskuda się trafi (wtedy np. Fair 70 % z Aldi szkoda marnować), mimo że mam w zwyczaju zjadanie całych tabliczek na raz (zawsze się boję, że do ciemnych z oceną 6-7 nie uda mi się potem zmotywować, by skończyć; w przypadku mlecznych z takimi ocenami problemu nie ma - nadmiar oddaję Mamie).

Jak się okazało, dodano pieprz zielony, a więc bardzo delikatny, o czym przekonałam się w paru kolejnych dniach po degustacji tej czekolady za sprawą Sakana Sushi (jadłam rolkę z seriolą i zielonym pieprzem - całymi ziarnami, więc dobrze poznałam jego smak). Pieprz ziołowy jest świetny, ale myślę, że tej kompozycji na dobre wyszedł by raczej jakiś mocniejszy, z pazurkiem. Chyba że daliby więcej kakao, a nie tłuszczu, bo do kwiatowego ekwadorskiego przy lepszym wykonaniu byłby pewnie strzałem w dziesiątkę.


ocena: 6/10
kupiłam: internet
cena: 13 zł (za 100g)
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, truskawki 1,3%, naturalny aromat, pieprz zielony, ekstrakt z laski wanilii bourbon, laska wanilii bourbon

czwartek, 22 sierpnia 2019

Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Blackberry ciemna z Ekwadoru z nibsami i jeżynami

Uwielbiam owoce leśne, jednak przeszkadzają mi ich pestki. W przypadku świeżych, surowych owoców, o ile są dojrzałe i słodkie, wybaczam im to i zajadam, ile się da, ale w przypadku np. czekolad zawsze wcześniej liczę, że nie będzie pestko-porażenia. Że może akurat... Jeśli o czekolady Hachez chodzi, zdążyłam już sobie wyrobić opinię: są dla mnie za łagodne. Delikatność i maślaność nie pasuje mi ani do zawartości 77 %, ani do mango i chili. A do jeżyn? Tutaj idealne będzie chyba stwierdzenie: "zależy" - no tak, bo to, jak dana tabliczka wychodzi, zależy od tylu szczegółów... Najprostszym sposobem na przekonanie się, było wreszcie sięgnięcie po nią. Niestety, dopiero w dniu otwarcia zorientowałam się, że moim największym problemem mogą nie być pestki, a drugi dodatek, czyli nibsy... Stronię od tabliczek z nimi, a te - jak na złość! - głupio mnie prześladują.

Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Blackberry to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao z Ekwadoru z nibsami i jeżynami.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach cukierkowych jeżyn. Za owocową słodziuteńkowością stała delikatna, maślana i dość mocno palona czekolada bez kwasków czy gorzkości, za to z nutą kwiatów. Wpasowały się trochę w cukierkowość i sprawiły, że wyszła całkiem w porządku.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się twarda w sucho-kruchy sposób. Trochę się rozlatywała z racji w zasadzie dobrze wtopionych na gęsto dodatków. Na oko przeważały nibsy.
W ustach czekolada rozpływała się niczym kremowo-zbita grudka masła, a więc oczywiście tłusto, ale nie gładko. Cechowała ją pylistość i pozorna proszkowość.
Nibsy okazały się raczej drobne i twarde; drapały podniebienie. Nieliczne zachowały minimalną soczystość. Wśród nich kryły się drobinki jeżyn. Właściwie... w ciemno nie powiedziałabym, że jakieś drobinki owoców tam w ogóle są (tak mało, i tak drobnych). Całkiem spory udział (biorąc pod uwagę proporcje) miały pestki, które łatwo pomylić z nibsami. Niestety, odniosłam wrażenie, jakby było ich więcej niż samych owocowych farfocli. Na taką ilość to pestki naprawdę mogli sobie darować (wolałabym jakieś kawałki jeżynowe np. ze sproszkowanego soku).

W smaku, ku mojemu zaskoczeniu, czekolada przywitała mnie gorzkością. Nie była bardzo mocna, ale dość intensywna. Z dymu przeszła przez nieco spalone orzechy i osadziła się w bardziej zwęglono-ziemistej, niby zawilgoconej, bazie. Nieco osłabła, a w jej miejsce na pierwszym planie, jakby wykorzystując orzechy (laskowe?), wsunęła się maślaność.

Przy dymno-węgielkowej nucie pojawiła się cierpkość. Najpierw bardziej kakaowa, po chwili soczyście jeżynowa... tonęła w słodyczy. Ogólnie smak samych jeżyn rozczarowywał ulotnością. Szkoda, że bardziej się nie rozwinął. Pozornie zanosiło się na cierpkawy kwasek, ale nie - słodycz to zastopowała. Co prawda nie narzucała się zbytnio, pozostała jakby w pewien sposób ulotna, kwiatowa. Doszukałam się nie tylko akcentu jeżyn, ale i słodkich, soczystych śliwek.

Mniej więcej w połowie słodycz zaczęła znacząco rosnąć, przybierając cukierkową postać. Trochę cukrowopudrowa, znacząco landrynkowa i... nie da się ukryć, że jeżynowa. Wciąż dobiegał do niej motyw ciężkawych kwiatów, zapewniających spójność dodatku z samą czekoladą. Jaka by nie była, łącząc się z masłem nie odpowiadała mi. Nie była chemiczna, acz sztuczności odmówić jej nie można. Jakby zestawienie nut czekolady próbowano podkreślić cukierkowym aromatem.

Wraz z odsłaniającymi się dodatkami, pojawiło się trochę soczystości: zarówno owocowej, jak i takiej... ziemistej? Nibsy podkreśliły goryczkę i ziemistość właśnie. Przy nich myślałam o węglu i spaleniźnie. Kilka było "żadnych", bo suchych, trochę gorzko przypalonych, trochę specyficznie soczystych, nibsowych... podkreśliły jeżyny i tym razem goryczkowate suszone / wędzone śliwki, ale i na zasadzie kontrastu pudrowocukrową słodycz czekolady, a także jej maślaność. Lekko kwaskowate śliwki nadały temu trochę wilgoci / delikatnej owocowej rześkości.

W posmaku pozostały nibsy właśnie, ogólnie dymno-węgielna spalenizna i posmak jeżyn... wtłoczonych w cukierkowe przesłodzenie. Maślaność, która była bazą, osadziła się jako tłuszcz na ustach, co z poczuciem suchości wyszło dziwnie.

Całość niezbyt mi podeszła. Zdecydowanie za cukierkowo, mimo że czekolada aromatem nie waliła na kilometr. Za maślanie, za spalono. Niby goryczkowato, ale w towarzystwie masła i cukierkowości, efekt był wyjątkowo kiepski. Naturalnie jeżynowo-śliwkowo-kwiatowe nuty utemperowane maślanością próbowano chyba podrasować dodatkami. Aromat spłycił według mnie niezłą kompozycję, mimo że nie był strasznie napastliwy (ale jednak przy takiej cukierkowości trudno mówić o szlachetnej ciemnej czekoladzie), jeżyn pożałowano (gdybym nie wiedziała, że jakieś są, mogłabym nabrać się, że to tylko nibsy, a w kwestii jeżyn - że to tylko aromat), nibsy... niby ogólnie w porządku, ale według mnie za gęsto tych strasznie malutkich było, które tylko odbierały komfort jedzenia. Mogliby chociaż odwrócić proporcje jeżyn i nibsów.
Daleko jej do cudownej Cachet Blackberry & Ginger, w której może samych jeżyn też tak dużo nie było, ale były dobrze wyczuwalne, a całość cechowała spójność. W Cachet, dzięki wyrazistemu ogółowi, cukierkowość schodziła na dalszy plan, a Hachez... ogólnie miał problem z wyrazistością. Porównanie jednak nie ma sensu, bo wiadomo, że to inne zestawienia i w ogóle.


ocena: 6/10
kupiłam: internet
cena: 13 zł (za 100g)
kaloryczność: 570 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki ziaren kakao 5%, jeżyny 0,5%, naturalne aromaty, kwas: kwas cytrynowy, ekstrakt z wanilii bourbon, laska wanilii bourbon

środa, 31 lipca 2019

Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Classic ciemna z Ekwadoru

Czasem, gdy nie mam ochoty na nic konkretnego, lubię przy wyborze wspomóc się po prostu datami. Z czekoladami tej marki miałam problem, bo wszystko były niezbyt długie i... zupełnie takie same. Na szczęście pojawiła się kwestia tego, że chyba niezbyt miałam ochotę na czekoladę z dodatkami (jakoś za dużo mi się ich ostatnio skumulowało), a chciałam coś porządnie czekoladowego. Co prawda martwił mnie opis producenta, że ta "klasyczna to kwintesencja smaku łagodnej ciemnej czekolady", ale trudno. Zerknęłam też wreszcie (zanim np. przed zakupem), cóż to za marka. Powstała w północnoniemieckiej Bremie w XIX jako rodzinny interes Josepha Emila Hachez, który pomysłami ponoć wyprzedzał swoją epokę. Uśmiechnęłam się przy tym, bo już jednego "Josefa od ciekawych czekolad", znamy, prawda? (Mam na myśli Zottera, jak by ktoś nie wiedział. Oczywiście żart, bo marki wyglądają mi na "zupełnie inne bajki".)

Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Classic to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao Arriba z Ekwadoru.

Gdy tylko rozchyliłam sreberko poczułam mocno palony zapach, podszyty owocową nutą śliwek. Również wydały mi się podpieczone, jak z jakiegoś przypalonego placka (typu te amerykańskie "pie") śliwkowego, albo bardziej jak powidła. Wszystko to niemal uskrzydliła wanilia. Dosłodziła sowicie i nadała zwiewny charakter. Gdy zamknęłam oczy, "widziałam" też kwiaty wanilii.

Przy łamaniu tabliczka okazała się twarda, ale w pożądany sposób. Głośny trzask podpowiadał, że jest idealnie wyważona pomiędzy gęstą tłustością, a suchością.
W ustach kawałek potrzebował chwili, by zacząć się rozpływać w sumie łatwo, ale... w bardzo tłusto-zbity sposób. Robił to powoli, zachowując kształt i formę, choć również mięknąc. Jak chłodne, ocieplające się masło (to tylko wyobrażenie, bo nie mam do czynienia z masłem). Mimo kremowości, czekolada specjalnie nie zalepiała, a w tle pobrzmiewała pewna suchawość. Wyraźniej wyszła na koniec.

W smaku od samego początku gorzkość i słodycz okazały się równouprawnioną parą. W pierwszej chwili gorzkość, mimo że nie mocna, mignęła mi chamstwem. Pomyślałam o suchym asfalcie.

W tym czasie jednak po ustach rozchodziła się silna słodycz. Pod przewodnictwem wanilii toczyła się zbitka cukru i kwiatów. Wyszło to dość dosadnie... Słodycz okazała się znacząco wyeksponowana, mimo że nie dominowała. Wanilia i kwiaty skutecznie tchnęły tu lekkość, tak jakoś jednak, że cukier to chyba jak wata cukrowa wyszedł ("chmurka do zjedzenia?"; jakby co, u mnie ma to negatywny wydźwięk).

Gorzkość szybko się zreflektowała i, trafiwszy na słodycz, złagodniała. Mimo pobrzmiewającej po bokach cierpkości, od asfaltowej suchości rozszedł się mocno palony smak. Lekkość słodyczy zmieniła asfalt w dym. Wanilia złapała maślaną nutę, po czym podkreśliła ją. Maślany motyw stał się w tej kompozycji bardzo znaczącym, ale na szczęście nie jedynym.
Mniej więcej od połowy gorzkawość skupiła się na palonych, prażonych i pieczonych nutach. Cierpkawość podszeptywała nieco stęchłe orzechy, ale osnuł je dym. Po chwili spróbowała ponownie, tym razem bardziej jako owocowa nutka wpisana w lekkość / rześkość.
Paloność z ogromem maślaności i wanilią zasugerowała delikatną kawę z pianką. Tu pieczony motyw nagle podrzucił jednoznaczny smak pszenicznych precelków i orzechów (całego miksu). Pieczoność przedstawiająca jakiś wypiek umożliwiła przebicie się wątłej nucie śliwek i jeżyn. Odrobinka cierpkiego kwasku tych owoców została podbita dymem.

Pod koniec mimo tych charakterniejszych nutek, także maślaność miała się świetnie. Nic nie dawało rady jej ruszyć. Wymieszana ze słodyczą wanilii, upodobała sobie gorzkość bardziej suchą. Palona cierpkawość na koniec i sugestia owoców sprawiły, że nie była strasznie ciężka.

Po zjedzeniu zostałam ze ściągnięciem i lekkim poczuciem suchości w ustach, a tłuszczu na ustach. Czułam cierpkawość kojarzącą się z dymem, asfaltem i owocami (śliwka, jeżyna). Myślę, że nie wyszło by to głębiej, a ordynarniej (tanio?), gdyby nie maślaność. Tej czułam całe mnóstwo, ale z racji pieczonego wydźwięku, wchodziła raczej w sferę wypieków, więc nawet dla mnie (nienawidzę masła), była do przyjęcia. Także wanilia i "waniliowa kwiatowość" się ostały, spajając wszystko w kompozycję "miłą".

Czekolada rzeczywiście wyszła łagodnie. Niby ciężko-maślana, a jednak pod tym względem nie było tragedii (a ja jestem na to czuła). Słodycz wanilii wprowadziła lekkość, a palono-prażono-pieczony smak dodał kawowo-precelkowo-wypiekowe nuty. Zwłaszcza te precelki wydały mi się ciekawe. Namiastka owoców też soczystości trochę dodała i trzeba przyznać, ze na wyjątkowo pasujące padło (do wypieków - śliwki; zaskarbiające cierpkość - jeżyny).
Mimo że bez szału, wyszła smacznie, bezpiecznie. Nie gorzko, ale i nie za słodko. Nazbyt maślanie, ale nie że aż męcząco czy mdląco. Nudnawa, spokojna, ale podrzucająca i coś ciekawszego. Osobiście wolałabym, by te ciekawe nutki bardziej się rozwinęły, ale echo ordynarności mi podpowiadało, że gdyby nie maślaność, mogłoby wyjść sucho-tanio.

Smakowała mi bardziej niż Mango-Chili, bo po prostu egzotyka (czy cukierkowa, czy po prostu mango) gryzła mi się z maślanością, a chili w takim łagodnym otoczeniu wychodzi dziwnie.
Z czekolad (pewnie przez zawartość i pojedyncze nuty) skojarzyła mi się z CocoaCara 77 % Terravity - podobne śliwki i paloność; kawę czułam, ale Hachez wyszła ambitniej (nie tak tanio). Również bardziej maślanie (nawet bardziej "tłuszczowo", przy czym uratowała ją jakość, bo Terravita tylko z nutą margaryny, a Hachez była bardzo maślana). Hachez jednak zjadłam z przyjemnością.


ocena: 7/10
kupiłam: internet
cena: 13 zł (za 100g)
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, ekstrakt z wanilii bourbońskiej, wanilia bourbon

czwartek, 11 lipca 2019

Hachez 77 % Cocoa D'Arriba Mango-Chili ciemna z Ekwadoru z mango i chili

Po genialnych czekoladach Orion: truskawka&sól oraz morela&chili, gdy tylko zobaczyłam w internecie czekolady w podobnym stylu, bo również w owocowo-pikantnych klimatach, powalczyłam ze sobą (kupić / nie kupić?) tylko trochę. Jako że raz i drugi przewinęło mi się przed oczami, że Hachez to niezła czekolada, tak pozytywnie się na nie nastawiłam, że nie przeszkadzało mi nawet to, iż jedna z nich miała krótką datę. Tak, właśnie ta dzisiaj przedstawiana. Tylko data skierowała mnie właśnie ku niej, bo tak to nie wiem, którą bym wybrała. Mango uwielbiam, ale surowe. Na wspomnienie Kacau 74 % Ecuador mango & maras salt, a dokładniej na wspomnienie suszonego mango, jakie zostało w nią wtopione, się krzywię. Tak sobie jednak z uśmiechem pomyślałam (na chwilę przed otwarciem), że w sumie śmiesznie wypadło, że trafiło na dzień po egzotycznie owocowym i pikantnym Zoterze Labooko Brazil 72 %.

Hachez 77 % Cocoa D'Arriba Mango-Chili to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao Arriba z Ekwadoru z mango i chili.

Już rozchylaniu sreberka towarzyszył intensywny zapach słodkiego mango. Był w pewnym stopniu niemal muląco-słodki w sposób naturalnie-soczysty (jak bardzo, bardzo dojrzały owoc), ale też trochę cukierkowy (również podsuszano-kandyzowany?). To przełożyło się na odległe skojarzenie z jakimś brzoskwiniowym serkiem.
W tle tylko trochę zaznaczyła się palona, waniliowo słodka czekolada.

Ciemna tabliczka była chrupko-twarda, łamała się bez problemu. Z racji dodatków sprawiała nawet wrażenie kruchej, a trzaskała tak... łagodnie.
W ustach rozpływała się powoli, nietrudno, ale i niespecjalnie chętnie. Długo zachowywała formę, choć była tłusta. Miękła dopiero po dłuższym czasie, stając się plastycznym, acz zwartym, lekko ulepkowatym kawałkiem.
Mango nie pojawiało się zbyt często, poskąpiono go. Wystąpiło w postaci małych kawałków / płatków. Było suszone, acz szybko nasiąkało i miękło  Nie przypisałabym mu specjalnej soczyści, mimo że zmieniało się w fafłate, czasem włókniste, mikroskopijne jakby galaretkowate farfocle. W takie formie mi nie odpowiadało i ilość mi nie przeszkadzała.

Pierwszym, co poczułam był słodziutki serek śmietankowy... o smaku brzoskwiniowo-mango-egzotycznym. Pełnośmietankowy smak okazał się sowicie posłodzony wanilią, ale także cukrem, co wyszło dość zwyczajnie. Owoce się w to wpisały, wychodząc tym samym lekko cukierkowo-serkowo. Nie były zbyt jednoznaczne. Naaromatyzowanie czuć, acz nie odebrałam go jako strasznie natrętnego.

Zaraz rozeszła się także słodko-gorzkawa baza. Złączywszy się z suszkowatym motywem, palony smak wyszedł delikatnie i maślanie. Już tutaj jednak pojawił się lekko rozgrzewający efekt. Puścił przodem owoce.

Mango w pewnym momencie wyszło niemal na prowadzenie, choć nie zdominowało czekolady. Graniczyło między surowawo-podsuszonym, słodkim owocem, a bardziej mango-brzoskwiniowatym tworem.

Wpisało się w śmietankowo-maślaną czekoladę, która mniej więcej w połowie odważniej zaakcentowała swoją gorzkawość. Potem chwilami zahaczała o ordynarną gorycz dymu. Nie była mocna, choć jej paloność ciągle rosła. Zwłaszcza, gdy w drugiej połowie rozgrzewanie przeszło w pikanterię. Chili wyraźnie wyeksponowało się, podkreślając ciepły klimat. Wlazło nieco w serkowy smak, sugerując "wiśniowatość".

Mango, które zaczęło wyłaniać się bliżej końca (zahaczone raz i drugi zębem) podbijało trochę swój słodki smak, ale... wyrazistości mu brak.

Słodycz wanilii wyszła jeszcze bardziej serkowo - na zasadzie kontrastu? Ale ogólnie kompozycja zyskała odrobinkę zwiewności. Takiej niemal kwiatowej, zamglonej. Chili nie wypalało, a jedynie podkreślało paloność. Po paru kostkach zrobiło się wprawdzie znacząco ostro, ale tak spójnie.

Po wszystkim w ustach pozostało rozgrzanie wywołane pikanterią chili  ale też śmietankowo-maślana słodycz. Egzotyczność też, ale niejednoznaczna i jakby przymglona słodyczą i "rozgrzaniem". Przed oczami miałam jakieś cukierkowo-perfumowane galaretki.

Ta czekolada to przede wszystkim mocno palona, gorzka, acz bardzo złagodzona masłem i wanilią, propozycja nieco podkręcona chili. To też, acz w mniejszym stopniu, niemal przejrzałe mango, jedzone z serkiem w jakimś bardzo gorącym miejscu. Lekka pikanteria podkreśla paloną gorzkawość, acz nie daje kopa.

Całość wyszła nudno i za maślanie. Niemal dymna, palona czekolada nie była zbyt słodka, ale jej wydźwięk wyszedł łagodnie za sprawą maślano-śmietankowych nut. Wanilia i egzotycznie owocowa słodycz trochę mi się z tym gryzła, ponieważ... nie wyszła specjalnie owocowo. Chili niby było, ale bez przekonania. Egzotyczny owoc za bardzo mi tu zahaczał o cukierkowość / aromat. Ta mieszanka wyszła wręcz nieco mdląco, przysłoniła też czekoladowość.

Bardzo kojarzyła mi się z Stainer Grand Cru 70 % Peperoncino di Espelette con Ananas, tylko że Stainer jednak była wyrazistsza.

Niby nie mam jej zbyt wiele do zarzucenia, ale nie mam też za co chwalić. Znudziła mnie, że aż połowę oddałam rodzicom. Mama zgodziła się tylko na pół kostki (ubłagałam, bo chciałam sprawdzić o ile za łagodnie wyszła ta czekolada, a Mama to najlepszy detektor na moc czekolady - krzywi się już przy nieco więcej niż 50 %, nie lubi ostrości itd.). Uznała, że czekolada w porządku, zapytała czy to jakieś chili i wiśnia, po czym stwierdziła, że ogółem w porządku, "tylko tłusto", jednak zachwycił ją posmak (?). Obstawiała 50 %. Gdy jej powiedziałam, co właśnie zjadła... była w szoku. Tata, który nigdy nie rozpoznaje, co jest w danym słodyczu, tu mówił, że czuje coś bardzo charakterystycznego. Jak usłyszał, że mango, to "no tak, tak! rzeczywiście!".
Największą wadą tej tabliczki jest chyba zapchanie tłuszczem (z czym z kolei gryzie mi się tak silna paloność i wanilia, które uwielbiam, gdy nie czuć maślaności) i niewykorzystanie potencjału naturalnego owocu,  a wyjście z założenia, że aromaty wszystko załatwią. Ta maślaność... ni jak mi do dodatków nie pasuje. Przystępna, można trochę zjeść, ale z czasem nudzi.


ocena: 6/10
kupiłam: internet
cena: 13 zł (za 100g)
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, mango 1,3%, naturalne aromaty, naturalny aromat chili, ekstrakt z wanilii Bourbon, laska wanilii Bourbon