niedziela, 6 września 2026

Aroko Chocolate 74 % Dark Ocumare Aragua, Venezuela ciemna z Wenezueli

Nazwa Aroko coś mi mówiła i wydawało mi się, że nawet jadłam jakąś ich czekoladę. Zaczęłam szukać na blogu i... Pomyliłam ją z Ara Chocolat. Jak?! Włoska marka Aroko ceni przede wszystkim wenezuelskie ziarna i poprzez czekolady chce oddać esencję tego kraju. Założyli ją Dubraska i Johonny, para z Wenezueli, która przeprowadziła się do Włoch około dekady temu. Łącząc swoje dziedzictwo z włoskim rzemiosłem, prażą, mielą i uszlachetniają każdą partię, aby wydobyć unikalny smak tkwiący w kakao. Aroko ściśle współpracuje z wenezuelskimi rolnikami, pozyskując mikropartie z pełną identyfikowalnością i zapewniając uczciwe wynagrodzenie za ich pracę.
Dziś przedstawianą czekoladę stworzono z kakao z plantacji Hacienda las Bromelias, na której uprawiane są odmiany kakao Ocumare 60, 61 i 67. Należy ona do rodziny Fischerów, którzy te genetyczne skarby hodują w ustronnym miejscu w małej wiosce Cumboto, zachowując wyjątkowy profil aromatyczny. Kakao Ocumare zasłużyło sobie na to! Jest bardzo cenione przez fachowców. 

Aroko Chocolate 74% Dark Ocumare Aragua, Venezuela to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao Ocumare 60, 61 i 67 z Wenezueli, ze stanu Aragua, z wioski Cumboto.

Po otwarciu rozbrzmiał intensywny, wytrawny zapach goryczkowatych ziół, niemal węgla, wędzonej papryczki chili oraz cytrusów. Wytrawne zioła przechodziły w za mocną, wręcz cierpką zieloną herbatę liściastą. Wędzenie i paloność do owoców też dołożyło motyw wędzenia i w głowie pojawiły mi się wędzone wiśnie. Choć cytrusowy wątek zdawał się bardzo złożony, namieszany, na pewno wyczułam tam wybijające się grejpfruty. Obok tego wszystkiego stanęła nuta nabiału ("diary" chciałoby się rzec), składająca się ze śmietany i masła. Bez wątpienia czuć jednak też słodycz. Podkreśloną kontrastem i jakby trochę niedopasowaną. Do głowy przyszło mi masło z miodem i nieśmiałe, trzymające się tyłów, kwiaty.

Mała, ale bardzo twarda ze względu na grubość tabliczka była tłusta w dotyku. Podczas łamania trzaskała głośno, wydając się bardzo pełną.
Czekolada najpierw powoli zaczynała się rozpuszczać, dając się poznać jako kremowo tłusta i istotnie bardzo gęsta. Trzymała kształt, lecz nagle zaczynała rozpuszczać się coraz szybciej w mocno wodniście-soczysty sposób, ujawniając ziarnistość. Wciąż była do pewnego stopnia kremowa, jakby wewnętrznie gęsto-zbita, ale zarazem łatwo rzednąca i znikająca na wodę.

W smaku przywitał mnie zaskakująco łagodny, maślano-śmietanowy splot. Był mocno nabiałowy, naturalny i dość tłusty. Po chwili masło zaczęło wybijać się na prowadzenie.

Pojawiła się też słodycz i kwaśny akcent czerwonych owoców. Słodycz błyskawicznie zmieszała się z masłem, serwując mi właśnie jakieś słodkie miodowe masło, może nawet lekko korzenne? Słodycz rosła i wyprzedziła maślaność, odchodzącą na tyły. Jasny, ale cierpkawo-charakterny miód przedstawił się jako on sam. Po chwili trochę scukrzony?

Za dość wysoką słodyczą rozwijała się kwaśność świeżych, niezbyt dojrzałych, cierpkich wiśni.

Do skrystalizowanego miodu dołączyła paloność, która trochę przyćmiła miodowy charakter. Słodycz zrobiła się bardziej karmelowa, a wraz z tym, jak przenikała do niej paloność, wydawała się bardziej stonowana. Zajęła średni poziom i się go raczej trzymała. Tylko co jakiś czas nieco bardziej się wychylając.

Wraz ze wzrostem słodyczy pojawiła się i także nasilała gorzkość. Przechwyciła cierpkość, jaka zaznaczyła się w miodzie, i podała ją na swój sposób. Do głowy przyszedł mi węgiel, mocno związany z palonością, a po chwili nieco za mocna zielona herbata liściasta. Zaraz dodano jednak do niej trochę osładzającego, tonującego cierpkość miodu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa silną, cierpką zieloną herbatę urozmaiciły rozmaite, cierpkawo-wytrawne zioła, w tym szałwia. To za ich sprawą rosła gorzkość. Gdy zrobiła się silna, zaprosiła kwaśność owoców. Wydobyła cytrusy, a ja poczułam się, jakbym piła ziołowy napar - bazujący na szałwii - z miodem, cukrem trzcinowym i cytryną.

Palony klimat mocno związany z węglem z czasem natrafił na masło i nabiałowe nuty, które przypomniały o sobie. Zaczęły trochę tonować gorzkość.

Wykorzystały to coraz mniej kwaśne, ale na pewno kwaskawe, owoce. Wiśnie zrobiły się... wędzone? I ciężkawe? Zmieszały się z wędzoną, słodką papryką i chyba jakimś palonym chili. Wyobraziłam sobie papryczki opalane i wpisane w jakiś sos wiśniowo-wytrawny, pikantny, ale też słodki, lepki od słodyczy. Trudne do było do uchwycenia, aż nagle przybyło więcej cytrusów. Niekoniecznie jednak bardzo kwaśnych. Cytrynie towarzyszył grejpfrut, który szybko stanął na czele owoców, łącząc w słodkie goryczkę, kwaśność i słodycz. Ogólnie, mimo że osłabła, kwaśność poszła w bardzo soczystym kierunku.

Słodycz wydała mi się w tym momencie z jednej strony ostrożna, z drugiej silna, bo podkreślona kontrastem i jakby niedopasowana... Pomyślałam o karmelizowanych cierpko-goryczkowatych ziołach. Suszonych i karmelizowanym, a wiec trochę jakby "ocukrzonym" rozmarynie i tymianku. Przemknął mi przy nich chyba akcent kwiatów... suszonych? I słodsza, ciepła korzenność cynamonu.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych cytryn i wiśni, z echem grejpfruta oraz cierpkiego splotu zielonej herbaty i wytrawnych ziół. Czułam też węgiel i gorzkość, ale i znaczący, nabiałowy, maślany, łagodzący motyw. Słodycz wydawała się trochę cukrowa, kontrastowa, ale i podkreślająca ciężką wytrawność.

Czekolada była bardzo ciekawa, dynamiczna i po prostu smaczna. Szkoda tylko, że dość tłusta i potem tak przyspieszająca z rozpuszczaniem się na wodę. Przez to w smaku miałam wrażenie, że wszystko dzieje się na raz i trudno delektować się poszczególnymi wątkami. A było czym! Mimo że chwilami słodycz dziwnie dawała się we znaki nie przez wysokość, bo była średnia, a przez niedopasowanie. Całość bowiem wyszła dość wytrawnie i teoretycznie kwaśno z wydźwięku owocowo. Nabiałowe nuty i sporo gorzkości palono-węglowej, ziołowej, zielonej herbaty, podkreślanej ziołami w tym szałwią, ziołami-przyprawami ciekawie przeplatały się z kwaśnymi wiśniami, wiśniami wędzonymi i cytryną z grejpfrutem. Herbata zielono-szałwiowa z cytryną, sos wiśniowo-paprykowy wędzony intrygowały. Teoretycznie kwaśne motywy nie wyszły tu jednoznacznie kwaśno. Nic w tej czekoladzie nie było jednoznaczne! Słodycz cierpkiego miodu i karmelizowania jak najbardziej starały się wpisać w konwencję, ale chwilami im nie szło, a jednak nie wyszły źle, a też na swój sposób ciekawie. Czuję, że gdyby tak wszystko rozpływało się i pokazywało wolniej - gdyby miała inną konsystencję - mogłaby mieć 9 albo i 10.

A. Morin Venezuela Ocumare noir 70 % smakowała zupełnie inaczej: ciasteczkowo, Duffy's Venezuela Ocumare 72 % też, bo słodko owocowo, Amano Ocumare Village Venezuela 70 % Dark Chocolate słodko od owoców i przypraw. Dziś prezentowaną trudno do jakiejkolwiek skojarzyć.


ocena: 8/10
cena: £8.95 (za 50g; około 44 zł)
kaloryczność: 570 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 5 września 2026

Vanini fondente 62 % con biscotto al gusto di amaretto / dark chocolate 62 % with amaretto taste biscuit ciemna z ciastkami amaretto

Po kilku czekoladach Vanini, które jadłam ostatnimi czasy, chciałam skończyć już z tą marką mimo że ten wariant wydawał się bardziej obiecujący niż okrutnie przerysowane cytrusowe. Stąd decyzja, by właśnie dziś przedstawianą tabliczkę zabrać ze sobą w góry tym razem. W sklepie, jeszcze zanim poznałam tamte, ten wydał mi się bardzo kuszący. Chyba z sentymentu. Pierwsza wersja deseru Deluxe Creamy Mousse Amaretti Flavour with Cake Pieces rozkochała mnie w sobie i była jednym z pierwszych produktów na blogu. Po tym migdałowe ciastka amaretti i likier amaretto wydawały mi się czymś bardzo smakowitym. Pamiętam, jak podekscytowałam się zdobyciem Lindt Creation Amarettini, chyba jedyną tabliczką z tym dodatkiem, jaką jadłam. Ach, kiedy to było! Teraz już słabość do tego smaku mi przeszła, ale po latach jako wariant nadal wydaje się ciekawy. Pewnie dlatego, że rzadko pojawia się w czekoladach.
Zabrałam tę czekoladę na krótką trasę na Jaworzynę Kamienicką od razu jak w lutym odpuściły najgorsze mrozy. Ruszyłam z Łopusznej, Zarębka Niżnego zielonym szlakiem przez Polanę Wysznią i Kiczorę. Zdjęcia porobiłam na samej Polanie Jaworzyna Kamienicka. Chciałam podejść jeszcze kawałek do punktu, z którego jest ponoć widok na zbocza Kudłonia (?), ale czas trochę naglił, więc zaraz po sesji zdjęciowej zabrałam się za schodzenie (tylko razem szlakiem czarnym, równoległym do zielonego).

Vanini fondente 62% con biscotto al gusto di amaretto / dark chocolate 62% with amaretto taste biscuit to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru, z prowincji Bagua z kawałkami ciastek amaretto.

Po otwarciu rozszedł się zapach olejku migdałowego z echem bezalkoholowego amaretto i czekolady o mocno palonym, ale łagodnie gorzkim, w zasadzie jedynie gorzkawym charakterze z delikatnym wątkiem czerwonych owoców. Jej dość wysoka - ale nie przesadzona - słodycz kojarzyła mi się z.... marcepanowym budyniem? I miała w sobie coś z waniliowej lukro-polewy (na marcepanie?).
Co ciekawe, gdy otworzyłam ją w górach, a więc w chłodzie, sama olejkowość migdałowo-amaretto-marcepanowy była nieco mniej istotna względem innych nut niż gdy weryfikowałam odczucia w domu, w temp. pokojowej.

W dotyku tabliczka wydała mi się kremowa, ale bez wątpienia twarda. Podczas łamania słychać było przeciętnie głośne trzaski, jako że i twardość stała na średnim poziomie. Choć wyglądało na to, że ciastek dodano średnią ilość, w trakcie jedzenia okazało się, że było ich sporo. Łamały się wraz z czekoladą, a w przekroju wyglądały na pustawe. Dało się zrobić kęsa bez nich.
W ustach czekolada rozpływała się maziście w tempie średnim. Okazała się średnio tłusta i dość kremowa, od czego jednak z czasem odciągały uwagę małe kawałki ciastek. Sprawiały wrażenie suchych, ale choć po większej ilości drapały, to nie kaleczyły podniebienia. Były twarde i trochę nasiąkały. W dziwny jednak sposób. Niby wilgotniały, ale nie wydawały się wilgotne, a już na pewno nie miękkie. Częściowo malały, i rozchodziły się na coraz drobniejsze kawałki w nieco ziarnisty sposób. Ogółem, choć konkretne, nie były zwarte, a pustawe w środku.
Gdy gryzłam je wcześniej, obok czekolady, były nieznacznie konkretniejsze od tych gryzionych na koniec. Różnic trzeba było się doszukiwać. To czekolada wychodziła gorzej, bardziej ulepkowo, w zestawieniu z nimi.
Pod koniec czekolada robiła się coraz bardziej wodnista, mimo podtrzymania mazistości, i znikała łatwo, zostawiając dodatek.
Ciastka gryzione na koniec wciąż były dość twarde, raczej suche i chrupiąco-rzężące. Rozpadały się pod naciskiem zębów w mączny pyłek. Kojarzyły się trochę z chrupkami zbożowymi, nie takimi typowymi ciastkowymi ciastkami.

W smaku zawsze od razu czuć słodycz o średniej mocy, o nieco mgliście waniliowym charakterze. Po chwili dołączał do niej akcent ciężko-soczysty i echo olejku migdałowego.
Czasem, gdy zahaczyłam zębem o dodatek, od razu zaznaczało się w niej echo nie tylko aromatu migdałowego, ale też mdłego ciastka.

Zaraz odezwała się jeszcze delikatna, gorzkość. W pierwszej chwili skojarzyła mi się z gorącym kakao - z kakao w proszku - waniliowym, a po chwili wyraźnie zrobiła się nieco poważniejsza, palona. Niby rosła, ale nieznacznie, jedynie do średniego poziomu. Przy niej zaznaczył się jakby bezalkoholowy, goryczkowaty likier amaretto, wzmocniony aromatem migdałowym. Czuć go nawet w kęsach bez ciastek.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, okazała się pobrzmiewać nieco nutą likieru z aromatu i olejku / aromatu migdałowo-marcepanowego, niezależnie od ciastek. W kęsach bez ciastek, ten motyw grał nieco mniej istotną rolę, ale był wyraźny tak czy inaczej.

Wyłaniające się ciastka w zasadzie niewiele wnosiły... Acz mam wrażenie, że mogły trochę przygłuszyć nuty owocowe i stawały na drodze skojarzenia z marcepanem.

Jednak nie zupełnie. Czerwone, ciężkie owoce z czasem się nasilały. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa byłam w stanie powiedzieć, że przewija się tam żurawina i czerwone jabłka. Może jakiś ciężki sos do dań wytrawnych? Kontrast z aromatem migdałowo-likierowym działał na ich niekorzyść.

Trochę ziołowa goryczka bazy podkreślała właśnie gorzkawość tychże, ale ogólnie nie osiągnęła wysokiego poziomu, bo i słodycz się w tym czasie rozwinęła.

Słodycz oparła się na wanilii, też raczej z aromatu. Gdy ciastka zaczynały się trochę częściowo rozpuszczać, wtłaczały właśnie jasno ciasteczkowy akcent. Bardzo delikatny, ale dał radę trochę uzasadnić aromaty amaretto (bez alkoholu) i migdałowy.

Ciastka gryzione obok czekolady były mniej wyraźne niż na koniec, ale czuć je całkiem nieźle: pszenne, lekko słodkie i z nutą powyższych aromatów. 

Z czasem w czekoladzie zioła przechodziły w niewyraźną kawę, a cierpkość i coraz bledsza soczystość przez moment jakby zgrały się z nią, by potem zrobić drobną aluzję do ziół pobrzmiewających cytrusami, a w końcu jednak schować się i przystać na kawowy smak.

Ciastka gryzione na koniec były wyrazistsze, ale nie jakoś szczególnie wyraziste. Wykazały się delikatnie pieczonym smakiem, dość wysoką słodyczą oraz lekką migdałową nutą. Czuć jej sztuczny, olejkowy charakter, wpisany w pszenność. Da się poznać, że nie ma w nich migdałów, jednak ciastka ogólnie smakowały tak delikatnie, że mogłabym się nabrać, iż odrobinkę dodano.

Po zjedzeniu został posmak aromatu / olejku marcepanowo-migdałowego, ale też cierpkawych czerwonych owoców, ziół i jakby cytrusowych ziół (?) z lekką paloną goryczką. Do tego czułam średnią słodycz, jakby nieco przygaszoną.

Czekolada zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, mimo że nie była spełnieniem marzeń. Przede wszystkim cieszę się, że nie była aż tak naaromatyzowana jak jej owocowe koleżanki. Mimo wszystko aromat czuć zawsze, niezależnie od ciastek. Te były przeciętne, nie jakoś szczególnie intensywne, ale uwierzę, że amaretti same w sobie mogą być właśnie takie łagodniejsze. Owocowy wątek sosu z żurawiny i czerwonych jabłek co prawda nie pasował do migdałowego wątku amaretti, ale nie pchał się na przód, więc nie przeszkadzał. Słodycz trzymała się średniego poziomu, jakby pilnowała się nawzajem z olejkiem. Gorzkości wolałabym więcej, ale wbrew pozorom ta bardzo delikatna jako tako i tak tu wyszła ok.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, ciasteczka amaretto (mąka kukurydziana, mąka ryżowa, fruktoza, olej kokosowy, skrobia kukurydziana, syrop glukozowo-fruktozowy, substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromat, sól, kukurydza, substancja zagęszczająca: guma guar), emulgator: lecytyna sojowa, naturalny aromat amaretto, ekstrakt waniliowy

czwartek, 3 września 2026

Equal Exchange Organic Dark Chocolate 71 % Cacao Very Dark Cacao from Dominican Republic & Peru ciemna z Dominikany i Peru

Kupując tę czekoladę kompletnie nic nie wiedziałam o niej czy o marce. Wyglądała po prostu na całkiem porządną. I wszystko wskazywało na to, że Equal Exchange faktycznie porządnie przykładają się do swoich produktów, używając dobrej jakości ekologicznych składników. Działają z wanilią z Madagaskaru oraz cukrem z Paragwaju i Kostaryki. Oczywiście na tym sprawdzonych źródeł nie koniec. Kakao kupują od małych spółdzielni rolników, w tym od 2004 z El Quinacho w Sivii w Peru. Ta spółdzielnia została założona w 1970 roku w dolinie rzeki Apurimac i obecnie ma 220 członków. Dba o to, by lokalne społeczności miały godne wynagrodzenie, dobrą pracę, co się chwali.
Oczywiście poczytałam też o samej marce. To amerykańska firma zajmująca się głównie czekoladą i kawą, która obrała model handlu, w którym ma się pod kontrolą każdy element łańcucha dostaw. Założyciele - Rink Dickinson, Jonathan Rosenthal i Michael Rozyne - zaczęli od nikaragujskiej kawy  Fair Trade w 1986 roku, wyrażając solidarność z z rolnikami z Ameryki Łacińskiej w czasach, gdy życie utrudniało im embargo. Potem zaczęli współpracę z plantatorami kakao ACOPAGRO w Peru. Obecnie pozyskują produkty od ponad 40 organizacji zrzeszających drobnych rolników na całym świecie, stawiając na długoletnie relacje oraz wysokiej jakości szkolenia i aktywizację zawodową kobiet.

Equal Exchange Organic Dark Chocolate 71 % Cacao Very Dark Cacao from Dominican Republic & Peru to ciemna czekolada o zawartości 71% kakao z Republiki Dominikany i Peru, z regionu rzeki Apurimac.

Po otwarciu poczułam intensywny, niemal dominujący zapach wanilii i cytrusów. Wtórowało im sporo drzew, których z kolei trzymało się orzechowe echo. Wanilia współpracowała z maślanością, razem z nią tworząc ciastowy wydźwięk. Do głowy przyszły mi maślane waniliowe bułeczki oraz po prostu miękkie, wilgotne ciasto maślane. Cytrusy dopraszały się o wizję babki cytrynowej. Z cytrusów czułam sporo właśnie cytryny, ale też grejpfruta sweetie - słodszego od czerwonego. Cytrusowość wydawała się znacząco osłodzona, niezbyt kwaśna. Wydaje mi się, że zwłaszcza już w trakcie degustacji, za cytrusami kryły się jeszcze kwaśno-cierpkie ciemne owoce. Drzewa wydawały się żywe, acz gdzieś w oddali i palony akcent się zaznaczył, dopowiadając im trochę palonego drewna.

Suchawa, a zarazem dość tłusta w dotyku czekolada była twarda i przy łamaniu trzaskała głośno zupełnie jak suche gałęzie.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i bardzo maziście. Była gęsta i tłusta w sposób maślany z trochę oleistym echem, a także gładka, choć z jakby ukrytą lekką suchością. Niemal do końca zachowywała kształt, z czasem lekko rzednąc w soczystym ujęciu.

W smaku od razu rozbrzmiała przede wszystkim wanilia, a więc też słodycz. Słodycz nie za wysoka, ale średnia i aspirująca do zajmowania pierwszego planu. Choć nie w odosobnieniu.

Szybko zaznaczył się też orzechowy wątek, który część słodyczy pokierował w stronę jakiejś słodkiej, naturalnej masy, np. zdrowszej wersji amerykańskich fudge w wariancie orzechowym. Z dużą ilością masła orzechowe arachidowego. Właśnie fistaszki miały wiele do powiedzenia w orzechowości. Łagodnie prażone i naturalnie słodkawe.

Dzięki orzechom wemknęła się gorzkość. Lekko wzrosła w harmonii z intensywną słodyczą wanilii.

W tle w tym czasie w dodatku zaznaczył się kwasek chyba grejpfruta, co dodatkowo trochę słodycz przełamało.

Słodycz ogólnie rosła znacząco, choć taka wysoka nie była. Dosadna, mocarna z wydźwięku owszem, ale nie zdominowała kompozycji. Wanilia zrobiła trochę miejsca palonego karmelowi (który zajął miejsce krówkowej nutki), za czym optowała paloność. Ta dopiero się rozkręcała.

Słodycz zasugerowała kwaskowi w tle bardzo ciemne, niemal czarne winogrona granatowe. Odciągały uwagę od grejpfruta, jako że były bardziej podporządkowane słodyczy. Nagle bardzo wyraźnie poczułam dżem winogronowy i do głowy przyszło mi połączenie kremu fistaszkowego z galaretką "jelly" z ciemnych winogron (PB&jelly).

Do orzeszków ziemnych dołączyły drzewa, a tuż za nimi bardziej palony motyw. Zasugerował części drzewom wydźwięk palonego drewna, a także otworzył drogę wypiekom.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wanilia zmieniła się w waniliowe maślane bułeczki i waniliową, na pewno jasną i puszystą babkę. Maślaność zaczęła przybierać na znaczeniu, stając na drodze gorzkości i krzyżując jej plany przejęcia pierwszego planu. Na szczęście załagodziła też trochę słodycz. Karmel zrobił się łagodniejszy, choć wciąż palony, bardziej maślany.

Jedna z babek okazała się cytrynowa. Specyficzny motyw cytrynowego wypieku podkręcił zatracający się w pewnym momencie akcent grejpfruta w tle. Jako jednak że ogólnie było słodko, okazało się że to słodszy grejpfrut o zielonej skórce i żółtym miąższu, sweetie. Cytryna też trzymała się słodkiego wydźwięku. Z czasem cytrusy traciły na jednoznaczności, a ich kwasek rozmywał się.

W tym czasie w wypiekach nastąpiła kumulacja maślaności, po czym... nagle do słodyczy dołączyła rześkość, a słodkie bułeczki i babki zrobiły się lekko nasączone wodą różaną. Słodycz nagle dziwnie zaczęła zmierzać ku przesadzie - mimo że tak wiele elementów ją a to przełamywało, a to łagodziło.

Woda różana podpowiedziała rozpraszającym się cytrusom trochę kwasku... dżemu z czarnych porzeczek? Owoce przeszły bez większych zgrzytów właśnie w ten motyw. Motyw bardzo słodki, mimo kwasku i cierpkości.

Palony wątek bardzo się nasilił, mimo że maślaność starała się, by gorzkość nie była za silna. Drzewa do reszty zmieniły się w palone drewno, a orzechy gdzieś się zgubiły. Pewna jednak maślaność, kwasek w połączeniu z palonością zasugerowały wilgotny żytni chleb. Chleb, na który nałożono ogromną porcję soczyście-cierpkiego i bardzo słodkiego dżemu z czarnych porzeczek, słodzonego wanilią.

Po zjedzeniu został posmak mocno waniliowy oraz cytrusów w wydaniu "na słodko", a więc głównie babki cytrynowej. Czułam też lekką kwaskawą cierpkość, zmieszaną ze słodyczą, dżemu z czarnych porzeczek i dużo, bardzo dużo spalonego drewna, ale też drzew żywszych; drzew po prostu.

Czekolada była smaczna, ale żałuję, że aż tak waniliowa. Jej słodycz była intensywna, ale średnio wysoka, nie przesadzona, więc tu bardziej problem miałam z tym, jak wanilia rozpychała się wśród nut samego kakao. Fistaszki, drzewa i drewno, na koniec trochę żytniego chleba wyszły smacznie i spójnie, mimo że wszystkiego trzymało się bardzo mocne palenie. Nic z tego nie nakręciło jednak silnej gorzkości, bo było też sporo masła. Szkoda. A jednak maślaność w połączeniu z wanilią przełożyła się na wizję bułeczek i babek, więc też nie było źle. Waniliowe wypieki i babka cytrynowa współgrały z cytrusami w wydaniu na słodko, podobnie jak czarno porzeczkowy dżem z chlebem na koniec. Nudno nie było, a wadom i tak udało się przeobrazić w coś przyjemnego, więc "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło".


ocena: 8/10
kupiłam: iHerb
cena: 22,13 zł (za 80g)
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, nierafinowany pełny cukier trzcinowy, mielone ziarna wanilii

środa, 2 września 2026

krem Ekogram The Real Cashew Paste 2026

Pewnego dnia zabrawszy się za nakładanie swojego, jak myślałam, ukochanego kremu z nerkowców Ekogram The Real Cashew Paste (2023-2025), trafiłam na niemiłą niespodziankę. Po odkręceniu nie zgodził mi się ani zapach, ani kolor. Z przestrachem zerknęłam na etykietkę. Otóż... zmienili ten krem. Nie wiem, co dokładniej, ale nie podobało mi się to już od pierwszego wrażenia. Po spróbowaniu i porównaniu z jeszcze starą partią / wersją, napisałam do Ekogram. Otrzymałam odpowiedź, że nie zmieniło się nic w wytwarzaniu (prażenie, mielenie), kraj pochodzenia orzechów nadal jest ten sam, a różnice, które odnotowałam najprawdopodobniej wynikają tylko z tego, że taka trochę inna partia orzechów się trafiła.

Ekogram The Real Cashew Paste to krem / pasta w 100 % ze zmielonych orzechów nerkowca; firmy Michał Pelc Anagram; poniżej opis wersji z od 2026.

Gdy po odkręceniu rozszedł się zapach, coś mi się nie zgadzało. Poczułam owszem, delikatne w wydźwięku, słodkawe orzechy nerkowca, ale w wydaniu nieco bardziej prażonym i zarazem wyważonym w kwestii słodyczy. Nutka waniliowych biszkoptów była ledwo uchwytna, a złudna miodowość w ogóle zniknęła.

Pasta zaskoczyła mnie nie tylko ciemniejszym kolorem, ale też tym, że na wierzchu wydzieliło się tylko dosłownie parę kropelek oleju.

Mieszając trafiłam na pastę gęstą, ale tłustą i ciągnącą.
W ustach krem zalepiał natychmiastowo na bardzo długo, jako że rozpływał się bardzo wolno. Wydał mi się niemal idealnie gładki, ale jednak z paroma drobinko-punkcikami, które w tym przypadku chyba nieco więcej miały do powiedzenia.

Smakowy początek tym razem był delikatniejszy, o wiele mniej słodki. Pokazały się nerkowce prażone minimalnie, po czym prażony wątek zaczął leciuteńko rosnąć.

Rosła też słodycz, ale bardzo powoli. Tonowała ją maślaność. Z czasem jednak, gdy tak się mieszały, wraz z lekko prażonym akcentem ułożyły się w coś około biszkoptowego.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przemknęły mi przez myśl słodkie, lekko waniliowe małe okrągłe biszkopciki. Prażony motyw zezwolił na ich pokazanie się, po czym zgodził się także na lekki wzrost słodyczy.
Nerkowcowe, słodkie, ale nie za mocno biszkopty z czasem zaczęły rozmywać prażoność. Ta, choć podana w wątpliwość, starała się utrzymać do końca.

Drobinki podkręcały wątek lekko prażonych, słodkich nerkowców.

Po zjedzeniu został posmak maślany, wyważony i lekko tylko słodki. Prażono-biszkoptowy motyw ostał się w tle.

po lewej dawny 2023-2025;
po prawej nowy 2026
Krem mnie zasmucił. Czuć w nim zmianę: może niewielką, ale dotyczącą tego, za co kochałam dawną wersję. W nowej zabrakło nuty słodziutkich, waniliowo-miodowych okrągłych biszkopcików, która czyniła tamten krem jedynym w swoim rodzaju. Nowa wersja jest pyszna, ale jak wiele past z nerkowców. Nowa wydaje mi się mniej charakterystyczna, bardziej wyważona w swej słodyczy i prażeniu. To harmonia w słoiku, nudniejsza od dawnej. Acz niewątpliwie wciąż pyszna. Miałam jednak nadzieję, że kolejne partie orzechów wrócą do dawnej jakości.

Jako że Ekogram The Real Cashew Paste (2023-2025) długo był moim ulubionym kremem z nerkowców, co najmniej 2 słoiki zawsze mam (jeden otwarty, drugi w zapasie). Gdy krem się lekko pogorszył, z racji dostępności i tego, że nadal jest pyszny (choć nie aż tak), nadal jest moim stałym zakupem. Stąd właśnie, gdy zamarzyło mi się zrobić ciasto bez pieczenia a'la Zotter Boozy Chocolate Mousse, był moim pierwszym i oczywistym wyborem.

Opracowałam je na bazie tego właśnie kremu, ciemnej czekolady 70% i whisky (zawsze dodaję Johnnie Walker Game Of Thrones Limited Edition A Song of Fire) z kakao, masłem i cukrem pudrem. Spód robię z nerkowców, tego kremu, kakao i daktyli.
Krem ten sprawdza się idealnie, bo jest porządnie gęsty i dokłada się do masywnej, wręcz ciężkawej konsystencji ciasta. Nie ma problemu ze stabilnością. Masa po wymieszaniu i zastygnięciu kojarzy się z cukierkami typu Trufle (np. Odry), ganaszami Zottera i amerykańskimi fudge. Mazista, zalepiająca i cudowna. Gładkość bardzo tu pasuje, więc choć normalnie wolę miazgowe kremy orzechowe, cieszę się, że ten Ekogram jest tak gładki. Smakowo, mimo że otoczenie ciemnej czekolady i alkoholu jest bardzo intensywne, radzi sobie z zaznaczeniem swojego nerkowcowego smaku. Jego naturalna słodkawość umiejętnie wszystko harmonizuje, ale oczywiście nie przesładza.

Czasem dodaję ten krem do dań indyjskich, np. jednego z moich ulubionych Lamb Malai Methi (jagnięcina w sosie nerkowcowym z kozieradka) i ten krem robi w nich robotę. Przyjemnie, kremowo zagęszcza. Tu znów jego gładkość to ogromny atut. Zrobione z nim sosy są treściwe, tłustawe, ale nie ciężko-tłuste. Smakowo nie daje się zagłuszyć przyprawom. To Malai Methi jest akurat daniem dość słodkim i właśnie opisywany krem świetnie tę słodycz buduje. Kiedy dodaję go i mleko bez laktozy, w zasadzie dodatkowo wystarczy tylko odrobinka cukru, bo całość już i tak jest słodka. Słodka w sposób, który nie kłóci się z tym, że to jednak danie mięsne, obiadowe.


ocena: 9/10
kupiłam: ojciec mi kupił w Rossmannie
cena: ok. 25 zł (za 300g; ojciec zawsze kupuje w promocji)
kaloryczność: 616 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: orzechy nerkowca