Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chocolats Halba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chocolats Halba. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 marca 2023

(Halba) Fair Schweizer Bio-Bitterschokolade 70 % Kakao ciemna (wersja na Niemcy / 2022)

Lata już nie jadłam czekolady (Halba) Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 % (recenzja z 2019), w której się zakochałam na zabój. Okrutny polski Aldi wycofał ją. A jednak udało mi się zdobyć po znajomości wersję z niemieckiego marketu. Na pierwszy rzut oka wyglądały identycznie, kalorie różniły się o 1, co mogłoby nawet być błędem w druku, ale... Moją uwagę przykuł "szczególik": tabliczkę z 2022 na Niemcy posłodzono cukrem trzcinowym. Podlinkowaną "na Polskę" z 2019 zwykłym. No tak, bo w końcu Polska cukrem z buraka stoi, to przyzwyczajeni do takiego? Nie no, żartuję (żeby nie było), ale... boli mnie coś takiego. W Polsce produkty z lepszymi składami (a co za tym idzie droższe) nie są tak powszechnie kupowane, więc robią z gorszych albo... wcale nie robią. Przykre. Świadomi konsumenci łatwo nie mają.

Fair Schweizer Bio-Bitterschokolade 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao, produkowana przez Halba (wersja na niemieckie Aldi).

Po otwarciu uderzył zapach ziemi i palonych ziaren kawy. Ogólnie ziaren kawy, chyba też takich świeższych... i łączących się z ziemią. Do tego doszedł bezkresny ocean soczystości śliwek węgierek, przywodzących na myśl kwaśne owoce zsysane z pestek. I właśnie sam wątek pestek odnotowałam. Gorzkich... i gorzkich migdałów? Mieszały się z palonym karmelem. Jego słodycz wydała mi się jednak szlachetna i zgaszona; może nawet lekko pikantna, jakby zrobiono go z miodu np. gryczanego. Dominowała ta soczysta, należąca do owoców. Oprócz mnóstwa śliwek, czułam też jakieś żółte (brzoskwinie?), słodsze, ale również bardzo soczyste.

Twarda tabliczka łamała się z głośnym, chrupkim trzaskiem. Wydawała się masywna, konkretna.
W ustach rozpływała się powoli i kremowo. Okazała się zbita, maślano tłustawa (ale nie mocno tłusta) i gładka. Była soczysta jak powidła zagęszczone czekoladą. Dzięki temu bardziej zalepiała, by w końcu jakby i tak niecałkowicie, acz bardziej soczyście, zniknąć.

W smaku przywitał mnie palony karmel, szybko otoczony soczystymi, słodko-kwaśnymi powidłami śliwkowymi. Palona, duszono-przypalona masa z węgierek była sowicie dosłodzona, więc trochę się musiała podkarmelizować. Gorzkość szybko to wykorzystała - wkradła się i ona.

Kwaśne przebłyski szybko jednak wprowadziły śliwki soczyste i surowe, świeże. Drobne, np. węgierki o kwaskawo-cierpkawym o zielono-żółtym miąższu zdominowały na chwilę kompozycję. Mignęła jakby goryczka samych ich pestek...

I już w ciągu kolejnych sekund eksplodowała gorzkość. Prowadziły ziarna kawy. Palona kawa otworzyła drogę kawie... ogółem. Wyobraziłam sobie kawowce i świeższe ziarna, jakieś dopiero zebrane (wyobrażenie) i... leżące na ziemi. Mnóstwie czarnej, wilgotnej ziemi.

Wśród śliwek zaplątało się chyba jakieś pojedyncze, gnilne, ale jeszcze pyszne, granatowe winogrono. Słodycz rosła, jednak wcale nie narzucała się innym nutom. Oscylowała między palonym karmelem, a charakternym ciemnym miodem gryczanym... Albo była karmelem z niego? To słodycz zaczęła przejmować motyw palony.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ziemia zaczęła dominować. Emanowała gorzkością, ale też soczystością. Wilgotny torf mieszał się z kawą, dopowiadając jej coraz świeższy wydźwięk.

Odnotowałam też nutę drzew i tętniące w nich życie. Jako że śliwki cały czas były wyczuwalne bardzo mocno, poczułam się, jakbym w cieniu drzew zajadała drobne polskie, węgierki itp. Ich pestki... pestki z goryczką zasugerowały migdały. Zrobiło się nieco łagodniej. Poczułam nawet maślaność.

Kwaśność jednak zaczęła migać częściej, wyraźniej. Nie były to już tylko śliwki, ale też cytryna. Rozkręciła soczystość jak szalona.

Rosnąca leniwie karmelowa słodycz zmieniła w dużej mierze wydźwięk na soczyście-owocową. Śliwki zrównały się z ziemią i kawą. Słodycz przybrała postać żółtych owoców, w tym żółtych śliwek. Po nich jednak przyszła pora na brzoskwinie. Soczyste, doskonale dojrzałe i igrające z najrozmaitszymi śliwkami. Czułam wielkie, okrągłe śliwki... renklody / ulena? Drobne też były. Kwasku i cierpkości nie brak, acz skąpane były w nie za wysokiej, soczystej słodyczy.

Cierpkość i kwasek, zmieszany z odrobiną cytryny jeszcze bardziej nasączał ziemię. Ziemistość na koniec znów nieco wywyższyła się ponad owoce, choć wciągnęła w siebie ich nuty - było to więc niezwykle harmonijne.

Palona kawa na samej końcóweczce też wróciła i przypomniała o powidłach, które to kryły karmel... i gryczano miodowy akcent. Zaleciały mi nawet lekko jakby jakimś winem śliwkowym. Pomyślałam o winogronach granatowych - już niemal gnilnych, a przy tym wysoce słodkich we właśnie winny sposób.
Powidła wyszły jakby posłodzono je miodem i to on charakternie się przypalił. Ta słodycz na koniec chyba jeszcze tak wyskoczyła przez kontrast z owocami.

Po zjedzeniu został posmak ziemi i palonej kawy z nutką karmelu. Obok rozlewała się kwaśność śliwek, z lekko słodko-soczystym echem. Czułam też drobną, kwaskawą cierpkość.

Całość była obłędna. Kwaśno-słodka mieszanina śliwek od cierpkich powideł po ogrom świeżych, z pełni lata, konkretnie węgierki i renklody, żółte śliwki i trochę brzoskwiń - wszystko to mieszało się z gorzkości charakternej ziemi i ziaren kawy. Dzięki temu czekolada nie była lekka i owocowa, a poważna, esencjonalnie czekoladowa, a na bogato przystrojona owocami. Podobała mi się jej niska, wycofana słodycz. Czekolada rozkochała mnie w sobie. Śmiem twierdzić, że bardziej niż "na Polskę" z 2019.

Dzisiaj opisywana wyszła zdecydowanie bardziej gorzko i soczyście, a Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 % (recenzja z 2019) była słodsza. Czuć w niej i miód, i słodko-kwaśne rodzynki / "rodzynko-winogrona". Dzisiaj opisywana skupiła się na ziemi i śliwkach, a jej słodycz była przyjemnie soczysta i palona, jakby sama siebie przełamująca.
Co ciekawe, struktura wydała mi się bardziej dopracowana: kremowo-gładka, w momencie gdy wersji na polskie Aldi zdarzało się w chropowatości nawet pewną cukrowość czasem przemycić (co i tak nie dało rady odebrać jej uroku).


ocena: 10/10
kupiłam: po znajomości
cena: €1,39, czyli około 6,60 zł
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 3 marca 2023

Halba 72 % Noir ciemna

Ostatnia tabliczka otrzymana od marki Halba wyglądała trochę niepozornie, ale nie miałam złudzeń, że będzie smaczna. Nie planowałam takiego zostawienia jej, ale w zasadzie dobrze wyszło, że przygodę z wielkim prezentem kończę właśnie tak zwyczajnie. Cieszę się też, że poznałam ofertę - i to tak bogatą. Podoba mi się, że w zasadzie umieją zrobić coś dla każdego. I dla tych wolących słodsze, i nie; dla zwracających uwagi na to, czy składniki są eko, bardziej wymagających i mniej.


Halba 72 % Noir to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao.

Już rozrywaniu sreberka towarzyszył motyw mocnego palenia i zapach orzechów laskowych wkomponowanych w ciasto. Wyobraziłam sobie orzechowo-waniliowe ciasto, koniecznie z orzechami wewnątrz i na wierzchu. To może bardziej miękka, rwąca się orzechowa słodka bułeczka? Albo bułkowate ciasto. Z... rodzynkami oprócz orzechów? Jako że gorzkość związania z palonym aspektem również szczyciła się intensywnością, obok zjawił się biszkopt kawowy. Paloność / pieczoność mieszając się ze słodyczą, której nie brakowało, przywiodła na myśl wypiek / ciasto typu mrowisko (czyli jakby zalane słodzidłem faworki?). Słodycz też wydała mi się taka palona, a więc nieco karmelowa, ale jeszcze nie odrzucająca po prostu cukrowości. Do tego chyba wyłapałam bardzo słodki dżem morelowy i śliwkowy. Owocowość odrobinę rozproszyła ciężkość.

Tabliczka była bardzo twarda i konkretna, w dotyku choć suchawa, to też już zapowiadająca kremowość. Trzaskała głośno jak grube, suche gałęzie.
W ustach rozpływała się wolno, kremowo i idealnie gładko. Zachowywała masywność do końca, opływając lepkawymi, mazistymi smugami. Z racji ich, powierzchownie trochę miękła. Trzymała swój kształt prawie do końca.

W smaku pierwsze wystrzeliły orzechy laskowe. Naturalnie słodkawe, raczej surowe. Jakbym sobie tak orzech po orzechu chrupała, niektóre z gorzkawymi skórkami. Wsparły je łagodniejsze, krucho-suche, jakby pieczone fistaszki. Też łagodne i słodkawe.

Szybko dała o sobie znać gorzkość jako delikatna nutka kawy.

A może orzechy nie były tylko tak same z siebie słodkie, bo już w ciągu kolejnych sekund zaczęły przedstawiać się jako składnik ciasta orzechowego. Ciasta lub rwącej się słodkiej bułeczki / ciasto-bułki orzechowej i z orzechami. Wyobraziłam sobie słodki wypiek nadziany jakimś orzechowo-czekoladowym kremem, z orzechami wewnątrz po całości i na wierzchu. Za jego sprawą rosła słodycz. Kompozycja wydała mi się pozornie łagodnieć na moment. Poczułam kakao w proszku tak jednak integralne ze słodyczą, że natychmiast pomyślałam o wszelkich "cukro-kakałkach" typu Nesquik, Puchatek itd.

Zaraz jednak z impetem ruszyła gorzkość. Pomogła sobie dość mocno paloną nutą. Palono-pieczoną... Czarna kawa nasączyła jakiś biszkopt. Ciasto kawowe trochę wpisało się w to łagodzenie, jednak zaraz zreflektowało się i odbiło w bardziej kawowym, gorzkim kierunku. Odnotowałam ziemisty akcent i cierpkość, które przemodelowały "kakałko" dla dzieci na nieco alkoholowe, kawowo-kakaowe trufle.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zaczęły przebijać się kwaskawe przebłyski. Pomyślałam o kwaskawo-słodkich rodzynkach, które raz po raz mogły się trafiać w omawianych ciastach. Mieszały się z kwaskawymi, suszonymi śliwkami.

Słodycz ciastowa zdawała się opływać... inny wypiek. Wyobraziłam sobie krucho-lepkie, bardzo słodkie ciasto mrowisko (takie jakby z faworków). Z racji palonych wątków nieco karmelowe. Zasładzające... z odrobiną maku? Ten goryczką splótł się z kawą (i ziemią?), a także podkreślił orzechy. Orzechy laskowe i arachidowe zrównały się ze sobą. Były bardzo słodkie, łagodne i aż nieco maślane. Albo maślana nuta wykorzystała ich delikatność i podeszła do nich niezależnie.

W tym czasie kwasek na chwilę osłabł, ale dzięki niemu weszła soczystość. Morelowego dżemu? Podkręciła go trochę cytryna, kwasek złączył się z cierpkością, a ziemistość obudziła śliwki węgierki. Kwasek więc wzrósł, i to wzmocniony. I śliwko-powidła, bardziej już dosłodzone. Znów palony cukier wyszedł na jaw, ale trochę uszlachetniła go wanilia. Waniliowe, ale nie do końca słodzone po prostu wanilią, a trochę wanilinowe bułeczki? Zupełnie, jakby dżemami takie potraktować (przekrojone posmarować albo nadziać jeszcze przed zrobieniem).

Oto rwące się, "waniliowato" słodkie wypieki pochłonęły i owoce, i orzechy... Same może zrobiły się trochę kawowe albo to było jakby taki wypiek przepić kawą. Już też aż jakby słodką od tego wszystkiego.

Po zjedzeniu został posmak maślano-kawowego wypieku, może cukrowo-alkoholowych trufli; na pewno z cierpkim wątkiem. Ten podkreśliła odrobina ziemi i orzeszków arachidowych. Do tego czułam lekką, soczystą cierpkość owoców - śliwek, ale żadnych konkretnych.

Całość była smaczna i tyle. Zwyczajnie słodka, chwilami bardziej soczysta, palona, ale zwyczajnie. Na plus, że choć znacząco, to nie za mocno. Gorzkość palono-kawowa, trochę ziemista zetknęła się z ciastowo-bułeczkowym, maślanym złagodzeniem, ale dała sobie radę. Orzechy laskowe i ziemne zacnie zgrały się z interesującą nutą mrowiska, a nutka owoców (śliwek, trochę cytryny i odrobinę moreli) nadała lekkości.

Maślano-ciastowa, śliwkowa, ale bardziej (i to alkoholowym kontekście), kawowo-ziemista i cytrynowa była Halba Swiss 72%. Też aż nieco cukrowa, gdy chodzi o wydźwięk słodyczy, ale szlachetniejsza i głębsza od dzisiaj prezentowanej. Bardziej tylko niż orzechowa (tak wyraźnie w konkretne), to orzechowo-drzewna. Czekolady wydały mi się jednak niemal bliźniaczo podobne, tylko że podlinkowana wyszła nieco ambitniej.
Kawa i ziemia, mnóstwo śliwek, kwaśne rodzynki Halby 70% Fair Dunkle też w pewien sposób można powiązać, ale tamta to zupełnie inny, o wiele wyższy poziom i przeogromna głębia. Do tego stopnia, że bym ich w ciemno nie skojarzyła.
Nuta, która mi tu pobrzmiewała - takich miękkich ciasto-bab, ich" nie czysta waniliowość, a "waniliowatość" - wystąpiła także w Halba Cremat 50%, ale tamta wyszła... no jak to 50%.


ocena: 8/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 609 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, naturalne aromaty

niedziela, 5 lutego 2023

(Halba) Coop Naturaplan 82 % Madagascar Chocolat Noir bio ciemna z Madagaskaru

 Bardzo, bardzo cieszyłam się, że wreszcie mogłam poznać dokładniej część oferty Halby, która była o wiele bardziej w moim typie niż to, co zdecydowałam się "przewalić" najpierw. Wprawdzie bolały mnie proporcje, że czystych ciemnych mają tak mało, ale na otarcie łez postawiono na wysokie zawartości kakao. W tym z Madagaskaru, a stamtąd... jakoś dawno żadnej tabliczki nie jadłam.

(Halba) Coop Naturaplan 82 % Madagascar Chocolat Noir bio to ciemna czekolada o zawartości 82% kakao trinitario i criollo (blend) z Madagaskaru.

Po otwarciu błysnęła kawa i uderzył pewny siebie, fistaszkowo-truflowy, specyficznie czekoladowy zapach, kojarzący się jednoznacznie z wyidealizowanym wedlowskim Pierrotem (nie realnym, a takim jak z marzeń). Słodycz wydawała się pochodzić od orzeszków, ale czułam też palono-karmelową i rześko kwiatową, przez co pomyślałam o cukrze kokosowym. Ogólnie słodycz, choć nie wysoka, była bardzo znacząca. W tle majaczyła soczystość śliwek i/lub jeżyn oraz lekko cytrusowa. Jak bardzo, bardzo słodki grejpfrut... że aż może raczej jakieś słodkości grejpfrutowe?

Twarda, masywna i zwarta tabliczka łamała się ze średnio głośnym trzaskiem.
W ustach rozpływała się powoli, ale ochoczo. Najpierw była zbita, może potrzebowała sekundy, by się rozkręcić, ale gdy już zaczęła... Wprawdzie zachowywała kształt niemal do końca, acz miękła. Zmieniała się w zwartą, ale kremową masę, przypominającą grudki lepkawej pasty 100% z orzechów, która z czasem upuszczała coraz więcej i więcej soczystości. Ta jednak też kojarzyła się raczej z owocami bardzo jędrnymi i miąższystymi.

W smaku pierwsza pojawiła się kwaskawo-słodka jeżyna, wsparta śliwką... Kwaśną węgierką przez chwilę wyraźnie, potem bardziej truflową, czekośliwką jakąś. Owoce zaraz trochę się oddaliły, acz czuć je cały czas. Mimo, że kwasek częściowo odszedł na tyły, na przeczekanie.

Ruszyła za to słodycz. Reprezentowała do granic możliwości arachidowego wedlowskiego Pierrota w wersji nierealistycznie wysokiej jakościowo. Dołączyła do niego truflowość oraz słodycz bardziej karmelowa. Fistaszki bez trudu wyszły na przód. Skąpane w maślano-czekoladowym otoczeniu były wyczuwalne w zasadzie cały czas. Opiewała je lekka gorzkość. W niej odnotowałam leciutką nutkę ziemi.

Kwasek z tła w końcu postanowił także na pełnych zasadach wejść do gry. Polała się soczystość cytrusów. Nie zagłuszyła fistaszków w pierrotowej koronie, a słodycz... zdawała się przepełniać. Pomyślałam jeszcze o rześkości cukru kokosowego, a potem kwaśnej cytrynie i jej goryczkowatej skórce. Jakby ktoś z tych składników zrobił jakąś masę...? Potem kwasek szybko narastał, pojawił się soczysty grejpfrut. Dopieścił goryczkę i słodycz. Słodki, czerwony grejpfrut tańczył na pierwszym planie wraz z orzeszkami arachidowymi. W zasadzie... chwilami wydawał się aż dżemowo-słodkościowy. Wokół z kolei napływały soczyste, cytrusowe, w tym wyraźniej cytrynowe fale.

Mniej więcej w połowie (bardziej w drugiej) rozpływania się kęsa goryczyka grejpfruta nieco podkreśliła gorzkość ogółu. W truflowej strefie wyłapałam kawę... nieśmiałą, łagodną... i łagodzoną fistaszkami, a jednak ewidentnie gorzką. Kryła w sobie lekką cierpkość i palony wątek. Kawa... wyszła trochę nibsowo. To podkreśliło echo ziemi. Ziemia raz po raz wychyliła się wyraźniej.

Cierpkość przejawiały także owoce. Grejpfrut zadbał o wyrazistą soczystość, ale... goryczka skórek cytrusów zasugerowała też coś bardziej orientalnego, przyprawionego. Wyobraziłam sobie jakąś nieco pikantniej zrobioną masę z cytrusa yuzu - właśnie jakąś może z imbirem, czymś goryczkowatym (troszeczkę rozgrzewającym gardło?). Zaraz jednak pochłaniały to inne cytrusy. I... nieśmiałe jeżyny? Wiśnie? Na pewno śliwki węgierki. Nutka kawy wskazała ich echo, ale... i one, i ona sama były niemal nieuchwytne.

Od wątków łagodzących gorzkość, a więc maślaności i fistaszków, z czasem trochę uwagi odwrócił łagodzący, ale z kolei kwaskawy... kefir? Kontynuował rześkość. Nie było zbyt nabiałowo i zaraz poczułam raczej jakby kokosowy kefir. Ten nagle zniknął na rzecz soczyście-kwaskawego kokosa. 

Kwasek kokosa mieszał się z rześką, mimo że karmelową, słodyczą. Znów pomyślałam o cukrze kokosowym i samym kokosie, który połączył łagodzące nuty i podkradł się pod fistaszki. Słodycz niby wzrosła, ale że była rześka, nie wydawała się wysoka. Przywodziła na myśl białe, delikatne kwiaty, którymi obrastają drzewka owocowe.

Kompozycję jednak i tak to właśnie specyficzna a'la pierrotowa fistaszkowość zakończyła. Trochę zmieszana z kwaskiem kokosa, kokosem ogółem i cytrusami pod przewodnictwem grejpfruta.

Posmak należał do jakby bardziej gorzko-truflowej wersji Pierrota idealnego, orzeszków arachidowych i palonej nuty kawy i/lub nibsów kakaowych. Czułam też cierpkiego grejpfruta czerwonego, jego kwaśność podsyconą cytryną, odrobinę ziemi i karmelową słodycz oraz słodko-kwiatową lekkość.

Całość bardzo, bardzo mi smakowała i zaintrygowała. Połączenie fistaszków rodem z Pierrota i grejpfruta było niecodzienne i choć może brzmieć, że nie pasuje, zgrało się świetnie. Wszystko dzięki splotowi ogólnie arachidowemu, karmelowo-kokosowym nutom, kwaskowi kokosa i tego, że owoce cytrusowe przepływały właśnie wśród tych nut, na spokojnie. Mimo iż bardzo wyraziste i dłuższy czas dominujące, nie miały nazbyt imperatywnych zapędów.
Czuć w niej więc soczystość cudownie owocowego Madagaskaru, ale właśnie... wzbogaconą o Pierrota z marzeń. To mnie kupiło, bo wolę takie "czekoladowe" czekolady od tych mocno, jakby czysto owocowych.

Była trochę podobna do (Halba) Coop NaturaPlan Cafe Madagascar Chocolat Noir 76 % , ale tamta wyszła o wiele, wiele bardziej kawowo całościowo, przez dodatek. Kawa musiała podkreślić właśnie te wątki bliższe jej, a więc ziemię, owoce ciemno-cierpkie itd.
Jakościowo spokojnie może równać się z Chocolarder Millot Farm Madagascar 80% - pomyślałam o niej, bo i ona była przede wszystkim "czekoladowa", ale jednocześnie bogato owocowa (cytrusy, owoce czerwone i ciemne). Czułam w niej dużo grejpfrutów i wiśni, a także orzechy (ale włoskie; Halba to fistaszki). Co prawda podlinkowana była bardziej gorzka (kawa, drzewa, dym), ale nie aż tak mocno. Obie miały też wydźwięk czegoś: Millot ciasta, Halba fistaszkowo-czekoladowego batona.


ocena: 10/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 619 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, ziarna wanilii

wtorek, 20 grudnia 2022

(Halba) Coop Naturaplan 87 % Honduras Chocolat Noir bio ciemna z Hondurasu

Po wielu, wielu czekoladach otrzymanych od Halby, które okazały się kompletnie nie w moim typie, wreszcie przyszła pora na taką wyjątkowo w moim guście. Otóż uwielbiam nuty Hondurasu, a rzadko trafiam na czekolady stamtąd. Mało tego! Takie o satysfakcjonującej zawartości kakao wyższej niż 70 % to w ogóle jakieś białe kruki. O tak wysokiej jak tego dnia, w ogóle jeszcze nie jadłam.

(Halba) Coop Naturaplan 87 % Honduras Chocolat Noir bio to ciemna czekolada o zawartości 87 % kakao trinitario z Hondurasu.

Po otwarciu rozbrzmiała woń ziemi o szlachetnej cierpkości i soczystym charakterze. Odpowiadała też za gorzkość. Obok pojawiła się soczysta śliwka z nieco mroczniejszym charakterem mało słodkich powideł. Ogólnie jednak słodycz była wcale nie licha, a ewidentnie waniliowa. Owoce splotły ją jednak z kwaskiem i cierpkością. Oprócz śliwek czułam mnóstwo średnio dojrzałych jeżyn, czarnych, dość cierpkich winogron... Acz zarysowujących się na nieco łagodniejszym planie, stworzonym z pasty fistaszkowej o maślanej nucie... która to właśnie przejawiała lekką słodycz wanilii i z nią łączyła soczystość. Pod tym wszystkim, krył się jeszcze ciemny, wilgotny chleb na zakwasie z wyraźnym motywem sowicie przypieczonej skórki. Pełnił funkcję fundamentu (nie widać go, ale dom bez niego długo nie postoi; zdałam sobie z tego sprawę dopiero w trakcie degustacji).

Tabliczka łamała się z głośnym trzaskiem. Była twarda w masywny, jakby pełny sposób. Przekrój ponadto sugerował ziarnistość.
Rozpływała się powoli, bardzo gęsto-kremowo. Okazała się maślano-tłusta i zbita, jak nieco suchsza miazga 100% z orzechów. Taka jednak, którą zaraz rozrzedzono dodatkiem np. rzadkiego dżemu owocowego. Po chwili bowiem wyciskała się zewsząd soczystość. Zaś sama zwarta baza zdradzała lekką ziarnistość i pylistość. Znikała już trochę bardziej rzadkawo, mniej tłusto. Do końca jednak wydawała się bardzo pełna, esencjonalna.

W smaku pierwsza rozeszła się gorzkość ziemi. Zaraz jednak ziemia nieco złagodniała. Wilgotna, czarna ziemia ujawniła soczystość i... lżejszy, ogródkowo-działkowy klimat.

Pojawiły się delikatne, słodkie migdały pozbawione skórek. Dołączyła do nich maślaność i jeszcze trochę chwilowo złagodziła kompozycję. Nagle wpisała się w miazgę zrobioną w 100% z fistaszków. Ruszyły fistaszki jako pasta o bardzo delikatnym charakterze. Taka naturalnie słodka, złudnie waniliowa... Czy na pewno złudnie? Wanilia nagle pokazała się bardzo wyraźnie, dosładzając całość. Pobrzmiewała potem w zasadzie cały czas - czasem naprawdę leciutko, ale jednak.

Z boku za to dotarły do niej kwaskawo-cierpkie przebłyski owoców, z jeżynami na prowadzeniu. Pomyślałam o takich o różnym stopniu dojrzałości. Jakbym jadła je w pełni sezonu, acz trafiała a to na mniej dojrzałe, a to na bardzo dojrzałe, średnio... 

Owoce wspięły się na wyżyny, zbliżając się do pierwszego planu, ale nie zagłuszając innych nut. Do jeżyn dołączyły powidła śliwkowe - słodkie, ale charakterne i kwaskawe. Wyraźnie palone. Do tego trochę ciemnych, niemal czarnych i cierpkich winogron, śliwki węgierki trochę soczystsze, a więc świeże i surowe.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa podsyciła je soczysta cytryna, mieszająca się także z innymi kwaskami.

Paloność odnalazła się wtedy i w orzechowym wątku. Była jednak lekka. Najpierw w paście orzechowej wzbudziła lekką metaliczność, potem zasnuła ją cierpkawym dymem. Jakby pod jego osłoną, przywołała do siebie więcej ziemi. Znów zrobiło się gorzko, a ja czułam bardziej po prostu fistaszki, może trochę migdałów. Ziemistość wykazała się odwagą, a orzechowym kremom podszepnęła nutkę cierpkawego, surowego kakao w proszku. Jego specyficzny kwasek flirtował z cytryną.

Migdały zwróciły uwagę na chlebowy wątek w tle. Pomyślałam o wilgotnym, ciemnym żytnim chlebie na zakwasie. Wyobraziłam sobie jego kromkę z mocno przypieczoną skórką, posmarowaną masłem zwykłym (nie orzechowym) i ciemnym dżemem... Odrobinką dżemu/powideł, która jednak odważnie przypomniała też o słodyczy. Jego zakwasowość i wilgoć cudnie mieszały się z ziemią.

Właśnie do ziemi i zakwasu należał posmak. Było soczyście w ich obrębie, cierpkawo. Osłodziła je jednak wanilia, która na koniec wystrzeliła, pomagając sobie trochę łagodzącą wszystko nutą niemal maślanych kremów 100% z orzechów arachidowych; tych delikatnych, mało prażonych.

Całość bardzo mi smakowała. Ogrom ziemi, nuta ciemnego chleba na zakwasie, surowego kakao i charakterne, ciemne owoce przełożyły się na bardzo soczysty, wilgotny wątek, ale nie było bardzo owocowo czy rześko. Nawet dość ciężkawo - w pozytywnym sensie. Do tego pasta z fistaszków, migdały - zachwycające. Gorzko-kwaskawa, cierpka kompozycja okazała się jednak zaskakująco waniliowa. Może nie była bardzo słodka ogółem, ale jednak wolałabym nieco mniej tej wanilii (albo wcale), bo nie wydaje mi się, by to kakao jakoś szczególnie jej potrzebowało.

70% była intensywniejsza gdy chodzi o słodycz i gorzkość (oprócz ziemi była też kawowa), a dzisiaj prezentowana dosadniejsza w gorzkość i kwaśność. Nuty miały inne, bo słodycz podlinkowanej była waniliowo-karmelowa, a dzisiaj przedstawianej tylko waniliowa. Do tego "niższa, ale niekoniecznie", bo przez kontrastowe cierpko-kwaskawe motywy rzucała się na kubki smakowe. Bardzo ciekawie wyszła "zamiana" dymu i kawy 70 % na nuty surowego kakao 87%. I ta była też jakby bardziej maślana mimo wszystko, poziom charakterności / łagodności okazał się więc zbliżony. 


ocena: 9/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 652 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, ziarna wanilii

środa, 9 listopada 2022

(Halba) Naturaplan Cacaonibs Ecuador Chocolat Noir 60% Nacional Arriba Bio ciemna z Ekwadoru z nibsami

Niestety, mimo podkreślania, że interesują mnie tylko czyste ciemne, przy czym myślę głównie o plantacyjnych, takich w zasadzie dostałam niewiele w paczce od Halby. Plantacyjne z dodatkami to nie moja bajka, bo do dodatków szkoda mi dobrego kakao, gdy przychodzi mi za coś takiego płacić i... w zasadzie obecnie już przestałam kupować czekolady z dodatkami ogółem. A tu do mnie taka za darmo trafiła. Nie moja zawartość, nie mój dodatek, ale... pamiętałam, że nawet (Halba) Fair Donkere Zwitserse Bio-Chocolade met Pepermunt-Crisp z kryształkami wyszła smacznie (inna sprawa, że tak męcząco pod względem formy, że nie byłam w stanie jej za wiele zjeść). Oczywiście więc także tej dałam szansę. W końcu czystej, ekwadorskiej Halby i tak nie miałam, a szkoda.

(Halba) Naturaplan Cacaonibs Ecuador Chocolat Noir 60% Nacional Arriba Bio to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao Nacional Arriba z Ekwadoru z kawałkami ziaren kakao (nibsami).

Po otwarciu poczułam słodki, ale ewidentnie palony karmel skonfrontowany z palonymi, powidlanymi śliwkami, wyrazistą ziemią i kawą. Ziemia wydała mi się wilgotna, wplatająca kwasek i soczystość, jednak kawa kompozycję łagodziła. Razem z niemal maślanym karmelem tonowała mocniejsze zapędy. Pomyślałam o waniliowym cappuccino i kwiatach. Te ostatnie nadały śliwkom lekkości. Podprowadziły też trochę słodkich i świeżych. Dosłownie widziałam te wielkie, okrągłe, miękkawe i soczyste owoce, jak również drzewa-śliwy, czerpiące z żyznej ziemi.

Przeciętnie twarda tabliczka przy łamaniu wydawała średnio głośne trzaski. Okazała się jednak bardzo krucha z racji mnóstwa wtopionych w nią różnej wielkości nibsów. 
W ustach czekolada rozpływała się bardzo kremowo i powoli. Była jedynie gęstawa, jakby nieco rozrzedzały ją kawałki kakao. Tych wcale tak chętnie nie wypuszczała ze swych gęstych objęć; miękła do formy zlepka-ulepka, trzymając je. Dopiero z czasem wprowadzała lekką soczystość, dzięki której wydostawały się z niej. Wydaje mi się, że kryła się w nich leciuteńka pylistość. Potwierdziło się, że nie pożałowali.
Nibsy wystąpiły pod postacią drobineczek, kawałków od małych po spore oraz jakby skorupko-płatków kakao.
Gryzieniem ich zajęłam się już na koniec, gdy czekolada zniknęła. W większości były chrupiąco-twarde, a porządnie gryzione szły aż w jakby pyłek. Niektóre zaś miękkawe i jakby odrobinkę soczyste. Łuskowate płatki kakao okazały się pozytywnym zaskoczeniem, bo nadały dodatkowi bardziej chrzęszcząco-trzeszczącego charakteru. Były delikatniejsze i uprzyjemniły całość. Wszystkie przystępne, ale te płatki wręcz ciekawe i fajne.
Nie podobało mi się, jak przy niektórych kęsach czekolada zmieniała się w ustach w taki zbitek, jednak mimo to, na szczęście nic nie kaleczyło podniebienia, języka etc.

W smaku najpierw rozeszło się maślano-karmelowe tło. Słodycz okazała się wysoka, ale jednocześnie szlachetna i palona. Karmel prędko wzbogacił się o śmietankowy wątek.

Soczysta nutka owoców zaznaczyła swoją obecność początkowo delikatnie, ale wcale nie nieśmiało. Przystała na wysoką słodycz, z karmelem mieszając się poprzez paloność. Za jej sprawą pomyślałam o powidłach, acz początkowo niejednoznacznych.

Pojawiła się kawa ze śmietanką. Sporą jej ilością, ale wciąż racząca także przyzwoitą gorzkością. Gorzkość palonej kawy wiązała się jednak z subtelnym kwaskiem. Najpierw pomyślałam o ziemi. Czarną ziemię porastały drzewa owocowe, chyba właśnie kwitnące. Sporo kwiatów zapewniło gładkie przejście od karmelowo-słodkich tonów, do tych znacznie żywszych, słodkich, ale także soczystych.

Motyw owoców tworzył jedność z drobnym kwaskiem z oddali. Z czasem powidła nabrały pewności siebie, prezentując śliwki. Zaraz jednak odeszły na tyły, gdzie spoczęły razem z karmelem, jakby przyglądając się temu, co działo się na pierwszym planie. Pojawiać się zaczęło sporo słodko-kwaśnych śliwek z pełni lata. Oczami wyobraźni widziałam wielkie i soczyste, idealnie dojrzałe i miękkie, okrągłe śliwki, lśniącymi bardzo jasnymi odcieniami fioletu. Trzymała się ich pewna kwiatowa łagodność, jednak kwasek mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa i tak zajął całkiem znaczącą pozycję. Oprócz tego miałam wrażenie, że nibsy nieco "rozrzedzają nicością" smak bazy.

Śliwkom pomogły soczyste, dojrzałe czarne porzeczki. Podszepnęły więcej kwasku. Sporadycznie wyłapywałam chyba cytrynowy akcent, po czym owoce zaczęły tonąć w kawie.

Kwaśność zniknęła, owoce zostawiły sobie tylko soczystość i słodycz, a kawa rozlała się. Była wszędzie. Wyrazista, a jednak też bardzo słodka. Karmelowo-śmietankowa? Sowicie - nieco przesadnie - posłodzona wanilią. Wyszło to na szczęście dość szlachetnie, poważnie. Częściowo też dzięki palonej nucie. Ta rozchodziła się także od wyłaniającej się coraz większej ilości nibsów. Pod koniec czekolada zabłysła wyrazistą, karmelową kawą i kwaskiem. Wydaje mi się, że wraz z kolejnymi kęsami paloność nibsów pozostała w posmaku, jakoś podbiła słodycz bazy następnego kęsa, skierowała na nią uwagę.

Gryzione nibsy natychmiast przejęły pałeczkę, neutralizując zupełnie ogólne poczucie słodyczy. Zza palonego smaku upuściły mnóstwo kawy właśnie. Czarnej i ziarnistej. Nasączyły ją sowicie kwaskawo-słodkimi czarnymi porzeczkami, po czym porzeczki zasłoikowały jako powidła. Niektóre nibsy potrafiły mignąć jakby podfermentowaną nutką, inne sucho-taniawym kakao w proszku.

Po zjedzeniu został głównie posmak nibsów jako kawa i czarne porzeczki, ale czułam też karmelowo-kwiatową słodycz i słodziuteńkie śliwki, niczym z pełni sezonu na nie. Słodycz wanilii i śmietanka przełożyły się na złagodzenie ich.

Całość była pyszna, jednak niestety przesadzili z ilością nibsów. Konsystencję zepsuły, mimo że wyszły zaskakująco przystępnie. Było ich tak dużo, że odwracały uwagę od smaku. Choć same smakowały przyjemnie kawą i czarnymi porzeczkami, to jednak kawowych i śliwkowo-ziemistych nut bazy z chęcią poczułabym więcej. Kwiaty zacnie zgrały je z wysoką słodyczą. Ta nie wiem, czy właśnie z nibsami nie wyszła zbyt kontrastowo. Niby ją przełamywały, niby nie była za silna, ale... wydawała mi się ryzykowna. Mogli chociaż z wanilii zrezygnować - czuję, że wersja czysta bez nibsów mogłaby już mimo wszystko tym wszystkim męczyć. Czuć podobieństwo ze śliwkowo-ziemistą Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 %, acz baza na pewno nie jest ta sama. W dzisiaj prezentowanej czuć nuty Ekwadoru, ale też ogrom karmelu, płynącego z cukru. Dzięki rodzajowi na szczęście nie wyszła cukrowo, i tak jednak w moim odczuciu, można by "towarzystwo" kakao jakoś jeszcze lepiej ogarnąć. Mnie osobiście zarówno słodycz, jak i struktura (no jednak to najeżenie i ciągłe gryzienie) w połowie zaczęły męczyć, ale myślałam, że i tak zjem całość (dla ojca trochę żałowałam). Jednak jakoś ostatnia 1/3 była już tak najeżona, a przez to w moim odczuciu tak nieatrakcyjna do jedzenia, że jednak jemu zostawiłam tę resztkę.


ocena: 8/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 568 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, kruszone ziarno kakao 8%, ziarna wanilii

niedziela, 9 października 2022

(Halba) Coop NaturaPlan Chocolat Cremant bio 50% ciemna z Republiki Dominikany i Peru

Choć na myśl o tak niskiej zawartości jak 50% kakao w przypadku czystych tabliczek krzywię się, to jednak możliwość porównania dwóch Halb, zwykłej i bio, była całkiem ciekawa. Rozumiem jeszcze robienie takich jako nadziewane czy z dodatkami, acz i te niezbyt mnie przekonują... Aczkolwiek te dwie mogły pokazać, jak ogromne znaczenie dla czekolady ma dodany cukier. Nie bez powodu od dłuższego czasu przy zamawianiu sprawdzam, czy przypadkiem nie posłodzono wybranej białym. Nie cierpię go. Dzisiaj przedstawianą zrobili z surowym cukrem trzcinowym (nawet podali, skąd: z Paragwaju).
Normalnie może i dwie tak nie moje tabliczki by mnie przytłoczyły, w końcu Mama też ich nie chciała, bo jednak ciemne, ale... akurat ojciec ciemnych nielubiący, ceni sobie "deserówki" (choć i tak woli białe i mleczne). Ja zaś zaciskam zęby na to określenie, nie cierpię go (odpowiada mi nazewnictwo: "ciemna o zawartości... %").


(Halba) Naturaplan Chocolat Crémant Bio to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z Peru i Republiki Dominikany; zrobiona w 98% ze składników z certyfikatem Fairtrade.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach karmelu palonego ewidentnie, ale subtelnie. W tle przewijały się niejednoznaczne drzewne i orzechowe tony. O wiele bardziej określona była wysoka słodycz należąca do wanilii. Zadbała o lekką szlachetność przesłodzonej i ciężkawej kompozycji. Wyłapałam w tym wszystkim niemal nieuchwytną, trochę dżemowato-konfiturową soczystość (też słodką).

Zaskakująco jasna tabliczka wyglądała na suchą i ulepkowatą. Była średnio twarda i trzaskająca średnio głośno. Sprawiała wrażenie pełnej, jakby ciemnej śmietankowej.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, ochoczo. Okazała się bardzo gładka i mocno maślana; wcale nie sucha czy ulepkowata. Była lekko kremowa, gładko-aksamitna, ale niemal do końca zwarta i zbita, zachowywała kształt, a znikała rzadko-soczyście. Jak masło w cieple, z odrobiną soczystości. Pozostawiała cierpkawość w zasadzie niemal tylko domniemaną.

W smaku pierwsza rozlała się intensywna słodycz palonego cukru, o którym po chwili rzeczywiście można było pomyśleć: "karmel". Choć nie taka ta słodycz uderzająca, była silna. Dodatkowo prędko okazało się, że także wanilia ją umacnia. Wydała mi się dość ciężka. Wanilia jakby próbowała przeciągnąć słodycz na bardziej cukrową stronę.
Z drugiej pojawiły się lekkie orzechy i maślaność, które usiłowały wtłoczyć słodycz w realia bardziej  karmelowo-palone. Kumulacja tego i tak jednak wyszła ciężko i męcząco.

Zaraz coraz mocniejsza maślaność umożliwiła jednak temu palonemu aspektowi nieco się wykazać. Nie była to paloność związana z kakao. Oczami wyobraźni patrzyłam na słodkie czerwone konfitury i marmolady, nie wiadomo z jakich owoców. Wprowadziły leciuteńką soczystość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dominowała maślaność, a delikatniusia gorzkawość i cierrpkawość kakao jedynie ją przystrajały... Usługiwały jej. Wyobraziłam sobie pączki z ekskluzywnej cukierni. Nieprzesadnie tłuste, wymyślniejsze. Może jakieś czekoladowe? Oblane dobrą, czekoladowo-kakaową polewą? Wewnątrz na pewno kryły wsady z czerwonych owoców - także słodkie, soczyste i palone w dżemowo-konfiturowym sensie.

Z czasem pomyślałam o bardzo, bardzo słodkich, soczystych czereśniach i drzewach, na których wiszą już dojrzałe owoce. Ich smak raz po raz wybijał się ponad wszystko. Z kolei ta drzewność, lekka orzechowość mieszała się z bazową maślanością czekolady; zupełnie jakby w sadzie owocowym raczyć się pączkami... może i domowymi, zrobionymi przez kogoś kompetentnego. Chodzi już bardziej o po prostu pączkowo-tłuste, maślane, mocno smażone (ale bez smaku smażenia!). Ostatnie wiązało się lub wzajemnie nakręcało z karmelem.

Bo właśnie słodycz nie odpuszczała. Pod koniec bardzo męczyła, mimo soczystości i szlachetnego charakteru wanilii. Cukrowość też przebijała się, drapiąc w gardło i język Pomyślałam, że do dżemów / marmolado-konfitur musiano wlać odrobinkę alkoholu. A może w ogóle o jakimś likierze można by tu mówić? Tylko że tak... przy pączkach? Te wciągnęły w siebie karmel, bo przecież... gdy tak się smażyły, ich cukier nieco się poprzypalał i... właśnie palony karmel reprezentował.

W posmaku została intensywna wanilia, oczywiście z karmelowo-cukrowym, przesłodzonym tłem. Ten wiązał się z maślano-kakaowym wątkiem jakby delikatnej, czekoladowej polewy, jakiś trufli w pyłkowym kakao. W wyczuwalnej lekkiej cierpkości ukryła się drobna soczystość (może jak z czegoś czekoladowo-wiśniowego... cukierków czy deseru?).

porównanie ze zwykłą 50%
Całość miała zaskakująco interesujący wydźwięk; niestety nie w moim typie. Na plus bardzo intensywny, a nie chamski smak (przy tej zawartości mogło być różnie; poza tym ani zapach, ani kolor takiej wyrazistości nie sugerowały). Czekoladowe pączki w polewie kakaowej z czerwono owocowym nadzieniem to nuta dość niecodzienna. Gorzkości niemal zupełnie brak - całość wydawała się bazowo maślana. Ogrom słodyczy karmelu i wanilii może nie były tanie, ale i tak zdecydowanie przesadzone. Czuć jednak, że mniej słodko od zwykłej. Choć "w tym cukry" to różnica tylko 1g, ma znaczenie rodzaj. Tu istotniejsza była też po prostu maślaność (słodka, pączkowa, niezwiązana tak ściśle z kakao). Pozytywnie zaskoczyła mnie soczystość (i czereśnie!).
Jakościowo na pewno to poziom o wiele wyższy niż zwykła, a jednak taki zastrzyk cukrowości i tłustości zupełnie mi nie leżał. Przygotowałam sobie pasek i wiem, że mogłabym zjeść cały - była na tyle przystępna, a nie powalająco cukrowa - ale nie było w niej niczego tak ciemnoczekoladowo, bym chciała jeść i po dwóch kostkach resztę oddałam ojcu.
Na pewno jednak pomysł na osłabienie cukrowości czekolady o zawartości 50% kakao poprzez dodanie masła wydaje się sprytny i dobry. Potrafię sobie wyobrazić osoby bojące się mocnej gorzkości czy kwaśności, a jednak niemające ochoty na cukier w cukrze czy mleczną tabliczkę. Jako że tytuł to "cremant", nie wydaje mi się to też żadnym oszustwem, stąd uważam ją za "pomysłową 50tkę". Inna sprawa, że JA nie kupiłabym żadnej czystej 50%.


ocena: 7/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy (z Paragwaju), miazga kakaowa (Peru), tłuszcz kakaowy (Dominikana, Peru), masło klarowane, sproszkowana wanilia

piątek, 7 października 2022

Halba 50 % Cremant ciemna

Nie wiem, czego by trzeba było, bym obecnie sama z własnej woli kupiła sobie czekoladę o zawartości 50% kakao. To tak mało, a tak dużo cukru, że aż rozumem mi trudno ogarnąć, kto byłby w stanie taką czystą zjeść. Jako baza pod dodatki czy wierzch nadzienia rozumiem, ale czystą? A jednak... no właśnie, tadam. Pisząc, jakie chcę tabliczki od Halby, napisałam, że w zasadzie interesują mnie tylko ciemne, podkreślając, że chodzi o te powyżej 70 % kakao. A dostałam... w zasadzie chyba większość asortymentu, w tym właśnie bazową taką, którą powszechnie można by określić mianem "deserówki", czyli znienawidzonym przeze mnie (za bezsensowne uważam dzielenie czekolad na "gorzkie" i "deserowe"; są po prostu "ciemne o zawartości..."). Uznałam, że jak już jest, mogę spróbować, bo miałam też do porównania wersję bio.


Halba 50 % Crémant to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao.

Po rozchyleniu sreberka poczułam ciężko słodką waniliową babkę piaskową. W wyobraźni nachylałam się nad całym mnóstwem ciast typów wieńce, babki, baby i różne takie aż duszne od cukru. Płynęła z nich także maślaność. Duszny cukier dodał do nich motyw polew kakaowych, który to zakreślił raczej mocną nutą palenia, niż ilością samego kakao. Pomyślałam o tanich czekoladowo-kakaowych truflach właśnie w polewie. Klimat całości był polewowy, a w porywach przejawiający lekką truflowość. Na pewno już zapach całościowo był przesłodzony.

Tabliczka była twarda i głośno trzaskała przy łamaniu, ale w dotyku wydawała się tłusto-suchawa. Może nawet nie tyle suchawa, co pylista, bo miałam wrażenie, że nawet zostawia lekki pyłek kakao na dłoniach (jak patrzyłam, wycierałam etc. nic na nich nie było).
W ustach rozpływała się wolno, ale chętnie. Okazała się tłusta i maślana, zbita. Oblegała usta i podniebienie tłustymi smugami, po czym rzadkawo znikała, jak właśnie szybko ocieplające się masło. W oddali doszukałam się też drobnej pylistości.

W smaku pierwszy uderzył cukier. Słodycz była wysoka i prędko spływała do gardła, drapiąc natychmiast. A potem jeszcze rosła. Po chwili przybrała postać lukru, pokrywającego słodkie i ciężki babki, wieńce i inne waniliowo-maślane ciasta. Niby puszyste, a tłuste i ciężkie. Waniliowa nuta była właśnie ciastowa, jak z aromatu.

Smak miał mocno maślany, ciastowy klimat co po paru sekundach zaobfitowało w zakalca... Czy nawet konkretnie masę cookie dough? Pomyślałam o kawałkach cookie dough do np. lodów nibywaniliowych, w których przeważnie występują jeszcze drobinki czekolady. Choć mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ciężka słodycz cukru i lukru męczyła, to jednak ta ciastowo-zakalcowa, maślana starała się ją tonować.

I z czasem nawet bardziej zaczęła zwracać na siebie uwagę cierpkawość. Właśnie jakby z tych kawałków czekoladowych, a więc z zasady tanio polewowa. Też była cukrowa. Pojawiły się w tym polewowym wątku taniawe trufle kakaowo-czekoladowe z alkoholem. Polewa zrównała się z ciastowością.

Do opisywanych już ciast bab, wieńców i babeczko-muffinek z lukrem dołączyły warianty w polewach kakaowych. Niektóre mogły zdobić kawałki orzechów... albo to te ciasta zawarły jakiś aromat orzechowy. Słodka ciężkość kumulowała się, a te twory musiały zajeżdżać też lekko alkoholową nutą. 

Z czasem nasilił się palony aspekt. Nieco tłumił słodycz, a podkreślał cierpkość. Może nawet leciusią, nieśmiałą gorzkawość. Pod koniec jednak słodycz aż gryzła w język. Tu cierpkość wplotła skojarzenie z kakaowym / ciemnoczekoladowym alkoholem, likierem... Może czekoladowo-orzechowym? Mocnym, grzejącym w gardle, na co przekładał się też cukier w niemożliwej ilości.

Po zjedzeniu został posmak zaskakująco cierpkawy i mocno alkoholowy jak po likierze kakaowym. To trochę goryczki, ale i cukrowość ciężka, męcząca. Podkreślał ją jeszcze aromat waniliowy. Cierpkość natomiast kojarzyła się z pyłkiem kakao i "taniawą", zbyt mocno paloną kawą (jednak nie był to posmak kawy).

Całość mi nie odpowiadała. Jedynie nuta zakalcowa miała potencjał, ale brak gorzkości i natłok polewowości zawaliły sprawę. I w zasadzie nawet nie była to mocna taniość czy tandeta, które by odpychały, ale to jedna z wielu wad (dałoby się ją znieść, gdyby była jedyną). Tak wysoka słodycz była nie dość, że męcząca przez siłę, to jeszcze wydźwięk miała ciężki. Gdyby tak jednak dodać mu o wiele więcej kakao, gorzkości, mogłoby jeszcze coś z tego wyjść. A tak... tak skąpa ilość kakao w obliczu ogromu cukru wychodzi po prostu tanio, niesatysfakcjonująco. To było takie... tłusto kakałkowo-polewowe.
Choć do degustacji wzięłam pasek, przy drugiej kostce tak wiele jej aspektów mnie drażniło, że resztę olałam i prawie całość oddałam ojcu.


ocena: 5/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 540 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat

wtorek, 20 września 2022

Halba Praline Orange Noir ciemna 60 % z nadzieniem pomarańczowym

O tę czekoladę Halby nie prosiłam (w sumie poprosiłam o dosłownie kilka; otrzymałam zaś mnóstwo, za co jestem wdzięczna - choćby z racji, że mogłam wieloma uszczęśliwić Mamę). Nawet o niej nie wiedziałam. A jednak gdy tylko dostrzegłam, ucieszyłam się. Wprawdzie skład nie mój, bo tyle masła sugerowało, że nadzienie będzie mi właśnie za maślane, ale tabliczka budziła pozytywne skojarzenia. Przypomniała mi się Ambiente (Natrajacali) Truffle Chocolate Negro Sabor Naranja, która podobała mi się bardzo, ponieważ czekolady pomarańczowe uważam za zacny wariant, ale nie cierpię kandyzowanej skórki pomarańczowej. A właśnie na niej zazwyczaj swą pomarańczowość opierają. Truflowo-czekoladowe, pomarańczowe nadzienie - to już zawsze wydawało mi się miłym tworem. Choć obecnie czekolady nadziewane nie są w moim typie, to jednak ta wydaje się na tyle niespotykana, że liczyłam na ciekawą, miłą degustację. Wydała mi się odpowiednia na późne popołudnie po zajęciach, jako coś niewymagającego, gdy już nie miałam mnóstwa godzin czasu do siedzenia nad czekoladą, jak lubię (i te "kilka godzin" u mnie nie jest nadużyciem).


Halba Praline Orange Noir to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewana kremem / praliną czekoladowo-pomarańczową na bazie masła z olejkiem pomarańczowym.

Rozrywając sreberko poczułam zapach olejku pomarańczowego, przywodzący na myśl wysoce słodki likier pomarańczowo-kakaowy. Goryczka i cierpkawość tych elementów zaznaczyły się bardzo subtelnie. Prawie zupełnie dominująca pomarańcza podrzuciła też sporo słodkiej soczystości. Po przełamaniu jednak wydało mi się to wygładzone i bardziej stonowane za sprawą istotnego udziału masła. Maślana słodycz wyszła nieco nugatowo-pomarańczowo. 

W dłoniach tabliczka wydawała się nieco tłusto-woskowa, a także dość twardawa. Przy łamaniu jednak twardą bym jej nie nazwała... Nie trzaskała, a wnętrze nieco się rwało, mimo że całość zachowała konkret, masywność. Nadziano ją konkretnym, zbito-maślanym kremem po całości.
Na oko był twardawo-zbity, ale tłusty. Przy odgryzaniu kawałka, wierzch masywnie się nieco w niego wciskał.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie raczej umiarkowanym. Cechowała ją tłustość i mazistość. Z czasem okazała się bardzo kremowa, gładka i gęstawa.
Nadzienie rozpływało się z nią w miarę integralnie. Dało się poznać właśnie jako bardzo maziste, kremowo-tłuste i dość masywne. Miało maślany, trochę śmietankowo-oleisty charakter. Wykazało się zwartą gibkością. Nie było jednak mocno zbite. Wyszło idealnie gładko, aż śliskawo. Znikało wodniście i oleiście, nieco szybciej od lepkawej czekolady.
Całościowo aż trochę otłuszczało to usta, a jednak na koniec zostawał też lekko pyliście-kakaowy efekt (czy nawet tylko efekcik), który starał się to tonować.

W smaku sama czekolada przywitała się całkiem wyrazistą gorzkawością, po czym nasunęła na nią słodycz. Rosła w kontekście cukrowym, wzmocniona słodką pomarańczą, którą znacząco przesiąkła. Wydała mi się z tego powodu cukrowo-likierowa. Z racji palono-cierpkawego echa, pomyślałam o smakowej kawie pomarańczowej, z echem procentów w tle. 

Z czasem całość jednak łagodniała. Czekolada przybrała na maślaności, ostała się już tylko gorzkawość drobniusieńka. Mimo to, subtelna cierpkość kakao pobrzmiewała w tle cały czas. Odnotowałam lekko orzechowy wątek, śmietankę, a wizja cukrowej kawy ze śmietanką w wariancie pomarańczowym nasilała się.

Pomarańczowa nuta wnętrza zaserwowała owoc soczyście-cukrowo słodki, a jednocześnie nieco goryczkowaty w olejkowym sensie. Znalazła się na pierwszym planie wraz z łagodną czekoladą. Niemal ją w pewnym momencie zagłuszyła. Szalała jako goryczkowato-słodki olejek i pomarańczowe twory, np. syrop / likier pomarańczowy na maślanym tle. Wyobraziłam sobie maślaną babeczkę z nadzieniem pomarańczowym, a w gardle poczułam lekkie drapanie. Wróciła myśl o śmietankowej kawie pomarańczowej, podanej do niej lub ewentualnie do... pomarańczowego nugatu.

Wraz z rozpływaniem się, maślaność nadzienia wyraźniej nieco wygłaskała słodycz. Ubrała ją w mocno maślano-nugatową otoczkę. W pewnym momencie, jakoś mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, słodka maślaność znalazła się na pierwszym planie. Maślano-słodka nuta cały czas tonowała też pomarańczę, tak że ta nie dominowała. Wątki te wydały mi się równie. Słodycz nie była już taka rażąca, nieco się rozmyła, ale wciąż całość i tak wydawała mi się nieco za słodka. Nadzienie, choć nie mocno cukrowe, było znacząco słodkie. Słodko-maślane. Doszukałam się jednak w nim też oleistego wątku.

Czekolada po tym wszystkim wydała mi się nieco spłycona, maślano-ulepkowa, a jednocześnie cierpkawa. Jej słodycz zaś cukrowa. Trochę drapała końcowo w gardle.

Po zjedzeniu został posmak soczyście cierpkiej pomarańczy. Wydawała się częściowo naturalnie słodko-goryczkowata, trochę soczysta, ale też olejkowa w nienapastliwy sposób. Lekka cierpkość kakao kryła się za nią. Słodycz jako cukrowość pobrzmiewała i trochę zdradziła swoją obecność także w gardle.

Całość to zgrana, delikatna, przystępna, a jednak wyrazista kompozycja. Mocna pomarańcza wyszła dość naturalnie, choć też pomarańczowo jak słodkości w tym wariancie; na szczęście nie zabiła czekolady. Z czasem bowiem łagodniała, mieszając się z maślanością - trochę jak pomarańczowy nugat. Czekolada sama w sobie była lekko przesłodzona, ale w porządku. Tabliczka, choć nieco za słodka, wyszła dobrze jakościowo. Bardzo maślanie, a jednak wciąż nie tak tłusto-tłusto smakowo. Konsystencja jak dla mnie zbyt maślana, specyficzna, a jednak też nie taka mocno negatywnie. Specyficzna przystępnie. Nad oceną się wahałam. Bardziej subiektywnie przyznałabym 8, ale biorąc pod uwagę, co z czekolad pomarańczowych jest na rynku, patrząc na wspomnianą już Ambiente (Natrajacali) Truffle Chocolate Negro Sabor Naranja oraz np. Lindta Lindor Orange, zasłużyła - tak obiektywniej - na więcej.
Całościowo zaskakująco wciągająca. Choć już 2 kostki mnie zatłuściły i było mi za słodko, zjadłam pół tabliczki. Wtedy już zrobiła się dla mnie problematyczna, już miałam dość, a na pomarańczowe nadzienie ochota została zaspokojona - by zostać z pozytywnym wspomnieniem, resztę oddałam Mamie (bo znam siebie i wiem, że to nie czekolada, do której chciałabym wrócić w ciągu najbliższych miesięcy od nasycenia się nią, a jedzenie na siłę czy zbyt długie trzymanie nie ma sensu). Opisała: "bardzo smaczna, czuć jakość. W ogóle ciekawa, dobra czekolada i pomarańczę wyraźnie czuć, ale jakoś to tak wyszło, że na za dużo nie miałam ochoty". Wypytywałam, dlaczego - bez przekonania (po mojej sugestii) winą obarczyła "chyba konsystencję, bo jakaś taka...". Potem co prawda rozwinęła, że ogólnie chyba robi się zupełnie "nieczekoladowa". Zgodziłyśmy się jednak, że to świetnie zrobiona tabliczka - w tej kategorii, jaką reprezentuje (a że nasze osobiste preferencje się z tym nie pokryły to inna sprawa).


ocena: 9/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, olej kokosowy, lecytyna sojowa, olejek pomarańczowy 0,1%, aromat naturalny 

piątek, 16 września 2022

(Halba) Coop NaturaPlan Chocolat Noir aux Pistaches 60 % Cacao bio ciemna z Peru z karmelizowanymi i solonymi pistacjami

O tej tabliczce wspomniałam już przy Pistaches Noir. W chwili otwarcia przesyłki obstawiłam, że właśnie ta bardziej mi posmakuje, jednak po zapoznaniu się z kilkoma, straciłam pewność. Otóż orzechowy duet mnie zaskoczył. Halba Noisettes Milch Lait wyszła jakoś ciekawiej niż (Halba) Coop NaturaPlan Chocolat Milch-Nuss / Lait-noisettes bio. Byłam bardzo ciekawa, jak to będzie z pistacjowymi aż do momentu, w którym dowiedziałam się, że obie są z solą. Tym bardziej dziwi mnie, że tak rzadko spotykany wariant (ciemna czekolada z pistacjami) występuje w ofercie Halby w dwóch wariantach, które w zasadzie są wręcz łudząco podobne, specyficzne (w końcu z solą). Ja, już jakby co, zrobiłabym podział, że jedna z czystymi pistacjami, druga z solonymi. I to by się nawet wpisało w konwencję (czy raczej czasem stereotyp), że produkty organiczne są zdrowe (uprawa eko przekłada się na jakość, ale przecież do czekolady eko można też śmieciowe składniki napchać). Bio idealnie pasowałaby na taką z czystymi pistacjami!

(Halba) Coop Naturaplan Chocolat Noir aux Pistaches 60 % Cacao bio to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Peru z karmelizowanymi, solonymi pistacjami (które stanowią 20% całości); zrobiona w 75,7% ze składników z certyfikatem Fairtrade.

Po otwarciu poczułam wyraźny zapach pistacjowo-orzechowy i karmelowo-maślany, lekko tylko cukrowy. Kompozycji nie brak palono-gorzkawej nuty. Do tego doszukałam się szlachetniejszego wątku wanilii. Po przełamaniu nasiliła się naturalna orzechowość pistacji. Nie wydawały się mocno prażone. 

W dotyku tablica sprawiała wrażenie masywnej i nieco ulepkowo-suchawej. Łamana wykazywała twardość, trzaskając i chrupiąc tam, gdzie zatopiono pistacje. Dodano ich mnóstwo w postaci całych, dużych sztuk i kawałków. Nie przełożyły się na kruchość ogółu. 
Otaczała je cieniuteńka, w zasadzie znikoma warstewka cukru, acz trzeba przyznać, że nie wszystkie. Przy niektórych pojawiał się tylko kryształkowy błysk. Sporo pistacji było jej pozbawionych.
W ustach czekolada rozpływała się gęsto i tłusto, trochę gibko-ulepkowato. Była kremowa i gładka. Z wolna, leniwie i niezbyt chętnie (co przełożyło się na spójność całości) odsłaniała pistacje. Oblekała i obklejała je długo. Nie miały swoich brązowych skórek.
Pokrywała je cieniuteńka warstwa cukru, która w dużej mierze też się rozpuszczała, przyspieszając całość, rozrzedzając ją. Sporo wystąpiło na pistacjach soli, zupełnie jednak niewyczuwalnej strukturalnie - rozpuszczała się, chowając w reszcie (było jej więcej niż w wersji zwykłej).
Pistacje tradycyjnie zostawiałam na koniec, gryząc je, gdy czekolada już zniknęła. Wtedy nieliczne pokrywała jeszcze cześć warstewki. To rzężąco-skrzypiący, ale szybko znikający cukier. Trafiały się też, małe, bo małe, ale jednak, kryształki soli (tylko przy gryzieniu to jakoś tak "chowało się"). Pistacje same w sobie zaś okazały się lekko prażone i chrupiąco-twardawe, trochę tylko miękkawe, nieprzesuszone i zacne. Podprażono-świeżawe.

W smaku najpierw po ustach rozchodziła się palono-karmelowa słodycz i palony motyw kawowo-orzechowy, który przybrał ciężkawy wydźwięk. Skojarzył mi się z pistacjowo-orzechowymi piernikami w ciemnej czekoladzie, może z nutką alkoholu. Albo... piernikową kawą? Osnuł to lekko cierpkawy dym.

Prażona nutka, ogólna orzechowość i pistacje pobrzmiewały zaraz od początku. Słodycz rosła, ale nie była chamska. Doszukałam się wanilii, przełamanej przyjemną, soczystą cierpkością kakao. Pomyślałam o słodkim cieście, wilgotnym wewnątrz od np.... warstwy marcepanowej?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, gdy pistacje zaczęły wyłaniać się spod czekolady, słodycz podskakiwała epizodycznie. W większości należała do karmelu, ale zdarzyło się jej zahaczyć o cukier. To i tak było jednak nieodzownie zmieszane z lekko prażonymi pistacjami. Uwypukliły orzechowy wątek w całości, a i sobą, słodkawo-słonawymi naturalnie, pobrzmiewały. Raz po raz zaczęła pojawiać się przy nich sól, nieznacznie podkreślając prażony aspekt. Choć wyraźnie wyczuwalna, nie było jej dużo i nie narzucała się (powiedzmy - mnie obecnie przeszkadzają choćby śladowe ilości soli).

Czekolada po tym wszystkim wydała mi się bardziej cukrowa, orzechowa, ale... z nieco cytrusową soczystością. Pomyślałam też o skórce cytryny i może a'la wiśniowej soczystości (lub sugestii wina?). Całość wydała mi się specyficznie soczysta, co dziwnie mieszało się też z leciuteńką słonawością. Jakby ona sama w sobie chwilami chciała zrobić się kwaskawa.

Pistacje na samym końcu wciąż zachowały przy sobie palono-cukrową nutę skorupki, a niektóre z nich trochę soli. Nie dużo jednak.
Same pistacje po tym wszystkim, zwłaszcza te ciamkane, gryzione bardzo długo, smakowały mocno samymi sobą. Wyraziste, czasem naturalnie słodkawe, czasem jakby naturalnie słonawe, pokazywały się od znikomo prażonej strony. Wyszły naturalnie "orzechowawo maślanie". Zaserwowały mi tyle smaku, ile tylko można, co aż mnie trochę zaskoczyło - otoczenie nie odebrało im ani krzty pistacjowości. Wprawdzie na końcu także czasami pojawiał się smak soli, ale nie przeszkadzał im. Niby nie czułam jej kryształków, ale gryząc pistacje, zdarzyło się, że zaplątała się przy nich.

W posmaku zostały głównie prażone, lekko słonawe pistacje, a także sporo cukru. Lekka gorzkawość orzechowo-palono-kawowa odegrała rolę znikomą, ale nie dała o sobie zapomnieć.

Całość była w zasadzie niezła, bo nie aż tak cukrowa (różnica to nie tylko "w tym cukry 2g", ale też rodzaj cukru - trzcinowy jest mniej słodki i nie chamski), a jednak przyjemnie całościowo pistacjowo-orzechowa, ale... to karmelizowanie i posolenie pistacji wyszło jej na złe. Ten aspekt zwracał na siebie uwagę, mimo że nie był napastliwy. Po prostu mi nie pasował do wszystkiego innego. To "wszystko inne" było naprawdę dobrą tabliczką - obyło by się bez "ulepszania".
Wyszła zdecydowanie lepiej, mniej słodko i bardziej ambitnie od zwykłej. Podobała mi się soczystość dzisiaj przedstawianej. Zachwyciły mnie bardziej świeżawe pistacje, stąd jeszcze bardziej boli fakt, co im uczyniono cukrem i solą. W dzisiejszej dodano lepsze jakościowo, nieprzeprażone (to widać nawet po kolorze - w dzisiejszej zieloniutkie, a w zwykłej okropnie żółte, ciemne). Dzisiaj przedstawiana zawierała niestety więcej soli (co czuć wyraźnie w smaku), ale ta się lepiej zgrała z bazą (sól morska ogólnie jest lepsza od kuchennej w moim odczuciu). Wolałabym kompozycję bez cukru i soli na pistacjach, a właśnie do granic możliwości pistacjową. A jednak to wciąż w porządku czekoladzisko, które można zjeść. Myślałam, że zjem na uczelni, ale jakoś po kostce już mnie ta sól (w cukrowej otoczce) zaczynała obrzydzać (dwa razy, bo zrobiłam dwa podejścia, zjadając łącznie dwie kostki; "można...", ale jak widać akurat nie ja).
Oddałam Mamie, acz i ona nie była przekonana do tego jako całości (nie smakowała jej jak i mnie przez sól i cukier na dobrych pistacjach, acz jej też sama czekolada nie, bo ciemna), więc oddałyśmy ojcu.


ocena: 8/10
kupiłam: halba.ch (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy surowy z Paragwaju, karmelizowane i solone pistacje 20% (pistacje z Turcji, cukier trzcinowy surowy z Paragwaju, woda, guma arabska E414, sól morska), tłuszcz kakaowy z Dominikany, pasta migdałowa z Hiszpanii, laska wanilii