Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vosges. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vosges. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 listopada 2022

Vosges Lab VHC Walnut and Chanterelle 80% Cacao ciemna orzechowa z orzechami włoskimi, kurkami (grzybami) i solą

Na koniec poznawania nowej linii Vosges zostawiłam czekoladę, po której nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Grzybową propozycję tej marki już próbowałam jako Vosges Reishi Walnut 72 % Cacao, ale obstawiałam, że ta będzie zupełnie inna. Nie dość, że dodano zupełnie inne grzyby, to jeszcze cała formuła diametralnie różna. Muszę jednak przyznać, że ciekawiła mnie o wiele bardziej, zanim dokładnie wczytałam się w skład, a więc w to, czym jest. Czekolada chyba tylko pozornie o wysokiej zawartości kakao z kurkami? To jednak nieszczególnie do mnie przemawiało. Kurkowa Georgia Ramon 70 % Pfifferlinge / Chanterelles mnie nie chwyciła, a tu dodatkowo smucił fakt, że uwielbiana marka tak oszukała z kakao i podliczyła także tłuszcz, na którym się ta kompozycja oparła.

Vosges Lab VHC Walnut and Chanterelle 80% Cacao to czekolada o zawartości 80 % kakao (tłuszczu, miazgi, pulpy, białka i mąki / proszku) orzechowa z orzechami włoskimi (w postaci mąki / proszku), grzybami (kurkami) i solą; słodzona cukrem kokosowym i wanilią.

Po otwarciu poczułam ziemię oraz mocno palony zapach orzechów włoskich i kawy, przy czym orzechy włoskie z czasem przybrały jeszcze na wyrazistości. Do tego doszła wysoka słodycz wanilii i rześka, która aż zahaczała o słodzik. Daleko w tle wyłapałam niejednoznaczne, suszone grzyby wchodzące nieco w klimat mousse'u kakaowego o takowym akcencie, a trochę osadzone w ziemistości.

Ciemna tabliczka w dotyku była minimalnie tłustawa, raczej sucho ulepkowata, sugerowała pylistość. Przy łamaniu okazała się krucho-twarda. Trzaskała bardzo głośno. W przekroju widać mnóstwo kryształków i drobinek koloru żółtego. W zasadzie, przebijające kropeczki widać już gołym okiem na spodzie.
Odgryzanie kawałka było jak wgryzanie się w utwardzony krem na bazie chłodnego masła z mocno trzeszcząco-pylistym, chwilami kryształkowym motywem.
W ustach rozpływała się dość szybko. Była jedynie odrobinkę tłustawa, trochę jak suchawa pasta z orzechów; na pewno nie gładka. Wyraźnie natomiast sucho-mączna, proszkowa. Brak jej kremowości, znikała trochę wodniście z węgielnym efektem bliżej końca, pozostawiając drobniutkie grudki pyłku, trzeszczące jak drobinki marcepanu drobineczki i kawałki beżowobiałe oraz miękkie drobinki żółte, które aż trudno trafić zębem i resztki kryształków. Te w dużej mierze rozpływały się wraz z resztą, acz i na koniec zostawały. W zależności od kęsa zostawały różne dodatki. Niestety parę razy był to większy kryształek soli. Do tego po wszystkim utrzymywała się pylistość, suchość. Trafiłam na może z 5 miękkawych "cosiów", które z czystym sumieniem mogę określić mianem kawałków, nie drobinek (okazały się orzechami).

W smaku pierwsza uderzyła palona kawa. Bardzo mocno palona i gorzka oraz... z nutą ziemi? Ziemia zaraz pojawiła się w pełnej okazałości i również zagrała na gorzki wątek. Bardziej jednak wilgotny, aż rześki. Równie szybko, co uderzyła, złagodniała.

W ciągu kolejnych chwil zrobiło się bardzo rześko. Odpowiadała za to słodycz. Wzrosła prędko. Wydała mi się w dużej mierze aż słodzikowa, dziwnie chłodząco-przenikliwa. A także soczysta? Zaraz przemieszała się z wanilią, co nadało jej nieco szlachetniejszego wyrazu, acz cały czas odbierałam ją jako dziwną.

Wanilią właśnie musiano posłodzić kawę... Kawę czekoladową albo już raczej gorące kakao. Gorzkość została udelikatniona słodyczą, a ja mniej więcej w połowie rozpływani się kęsa wyobraziłam sobie kakao zrobione na orzechowej wegańskiej alternatywie mleka. Odnotowałam orzechy włoskie. Cechowała je delikatność, lekka gorzkawość.

Gorzkość ogólna stała na całkiem niezłym poziomie, emanując od kakao, które było wyraźnie wyczuwalne w swej proszkowej, jak i "zaparzonej" formie, jednak... to gorzkość, czy nawet gorzkawość, bardzo wygładzona. W końcu do głowy przyszedł mi mousse kakaowy o mocno grzybowej nucie. Suszone grzyby przewinęły się wśród tego wszystkiego, acz nie był to smak ani mocny, ani w zasadzie jednoznaczny.

Epizodycznie podskakiwać (za sprawą niektórych rozpuszczających się kryształków) zaczynała słodycz. Sprawiała wrażenie nieco chłodnej, niby w pewien sposób zgaszonej, a jednocześnie dziwnie "czystej", przez co mocno przykuwała uwagę.

Z czasem dość często, ale nie przy każdym kęsie przebijała się sól. Również w niej było coś rześkiego, lecz - wiadomo - podyktowała kompozycji słonawy wątek. Na przemian a to przełamywała słodycz, a to podkręcała ją na zasadzie kontrastu. Z czasem tło oklapło i wydało mi się łagodne, aż orzechowo-mączne.

Orzechowo-kawowa nuta zeszła właśnie w motyw orzechowej mąki. Zrobiło się aż mdło-delikatnie, gorzkość niemal odeszła w niepamięć. Słodycz wyszła dziwnie chłodno-rześko, słodzikowo-lukrecjowo (obstawiam, że to wina maltodekstryny?), co przełożyło się na ogólnie wodnisty efekt pod koniec.

Wyłaniające się drobinki podnosiły rześkość, mdłą słodycz jakby niczego (myślałam o nich jako o  "słodkiej wodzie"). Gdy zaś zniknęła już czekolada, kryształki były po prostu słone lub nieco słodzikowe, a jasne drobinki dziwnie "żadno-suszono-słodkawe" (żółte) lub po prostu nijakie (bardziej białe?). Pojedyncze małe kawałki orzechów włoskich smakowały nimi autentycznie: delikatnymi, surowymi.

Po zjedzeniu został posmak słonawy i cierpkawo-kakaowy, ale nie gorzki. Wróciły natomiast ewidentnie orzechy włoskie, podkreślone ziemią. Czułam też rześko-waniliową słodycz. Nie była wysoka, ale znacząca.

Całość niezbyt mi podeszła. Nie była zła, ale jakoś niczego w niej przyjemnego nie znalazłam; na pewno nie zgadłabym tych 80% (btw, "ładnie" to wszystko zliczyli, bo tłuszcz kakaowy na pierwszym miejscu). Sól, mimo że ogólnie nie było jej dużo, mi przeszkadzała (wolałabym, by nie było jej ani trochę). Palona kawa i ziemia zaczęły dobrze, ale potem orzechy włoskie niknące w mączności jakoś niestety nie sprostały oczekiwaniom. Prosty smak kakao wyszedł na plus wbrew pozorom, bo ciekawie się kojarzył. Nienachalna grzybowość była, a i właśnie wyszła też w miarę w porządku. Kurek bym nie zgadła, ale one nie mają zbyt charakterystycznego smaku, a tu w dodatku tyle soli... Coś mi jednak też nie grało w rześkiej słodyczy i końcowej mączno-wodnistości. Konsystencja proszkowo-wodnista, z drobinkami też zupełnie nie moja. A jednak nie jest to czekolada zła; jak na to, czym miała być chyba w miarę spoko wyszła. Nie rozumiem tylko dodatku soli i maltodekstryny, bo nie dość, że w smaku niczego pozytywnego nie wniosły, to jeszcze uczyniły strukturę nieprzyjemną.


ocena: 7/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 6 $
kaloryczność: 643 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, cukier kokosowy, odtłuszczona mąka z orzechów włoskich, owoc kakao (białko z ziarna kakaowego*, proszek / mąka z kakao), wanilia (maltodekstryna, wanilia), puree z pulpy kakaowej, sproszkowane grzyby kurki (pieprznik jadalny), sól Baja Gold (z Zatoki Kalifornijskiej)

*to zamiennik kakao w proszku

wtorek, 1 listopada 2022

Vosges Raw Almond Butter 80 % Cacao with Lucuma ciemna z miazgą z surowych migdałów i lucumą z solą

Długo zastanawiałam się nad tym, po którą z dwóch pozostałych tabliczek Vosges sięgnąć w następnej kolejności, a którą zostawić na koniec. Najpierw myślałam, że to tę zostawię na koniec, ale po kilku tabliczkach słodzonych cukrem kokosowym doszłam do wniosku, że tak słodzona, w dodatku z lucumą (czyli owocem zielonego drzewa, porastającego głównie górzystą Amerykę Łacińską; nazywana jest również „złotem Inków”. Jej cenne właściwości od wieków doceniane są przez rdzenną ludność, która stosuje ten owoc także w celach leczniczych. Miąższ tego owocu opisują jako kremowy i jednocześnie suchy, kruszący się, a smak jako bardzo słodki, podobny do syropu klonowego, toffi i batatów. Do nabycia, jak widzę, głównie sproszkowana - wszystko to wygooglałam dopiero na potrzebę recenzji) może być gorsza (obstawiałam, że druga będzie bardziej ziemista, czyli bardziej moja). Słodsza? Mdława? 

Vosges Lab VHC Raw Almond Butter 80% Cacao with Lucuma to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao (miazgi, tłuszczu, pulpy, białka i mąki / proszku) z miazgą z surowych migdałów i lucumą z solą; słodzona cukrem kokosowym i wanilią.

Po otwarciu rozszedł się zapach ziemi i węgla odpowiadających za gorzkość, a także lekko prażonych migdałów. Całość jednak cechowała wysoka słodycz. Wyczuwalne wanilia, miód, toffi i syrop klonowy nie przytłoczyły jednak. Wydawało się, iż unoszą je jakieś kwiatowo-egzotyczne skrzydła z paroma lukrecjowymi piórkami, trzepoczące na wietrze; nie było to ciężkie... acz dosadne owszem. Po chwili pomyślałam też o orzechach i migdałach w syropie klonowym lub palonym toffi. Kwiaty zebrały się przy miodzie i wanilii, a z owoców egzotycznych pomyślałam o jakiś pomarańczowego koloru, np. niemal muląco słodkim kaki. Od niego odeszło skojarzenie ze zdrowym, migdałowo-batatowym / dyniowym brownie. Migdały bardzo wyraźnie, niemal wiodąco, przedstawiły się dopiero z czasem. Na pewno umocniły się po przełamaniu i już w trakcie degustacji. W ich mocy rozgościły się fistaszki i węgiel - też jakby rześki, odpowiadający za roślinną wilgoć.

Tabliczka w dotyku wydała mi się trochę ulepkowata - dziwnie, bo ani tłusto, ani sucho. Przy łamaniu nie za twarda, dość krucha. Lekko pykała. Sprawiała wrażenie pylistej i zwartej, a przekrój ujawnił jasne drobinki; połyskiwał od kryształków.
Odgryzając kawałek czułam się, jakbym wbijała zęby w utwardzony i sprasowany krem, w którym słychać kryształkowe trzeszczenie.
W ustach sekundę / dwie czekała, by zaraz zacząć się rozpuszczać w tempie umiarkowanym. Wtedy już szło jej łatwiej. Była średnio tłusta jakby była masłem wymieszanym z pyłkiem z orzechów, a przez to "podsuszonym". Ujawniała drobinki, mikroskopijne kryształki i proszkowość. Z czasem zmieniała się w rzadko-wodniście rozpuszczającą się taflę nugato-masła, wraz z którą rozpuszczają się kryształki. Okazało się, iż to głównie cukier kokosowy - sól się wśród niego ukryła. Były też drobinki, a raczej miękki, pyłek nie do określenia. Mimo pewnej wodnistości, czekolada wydawała się masywna i ciężka. Pod koniec zostawiała pylistość, ale nie kryształki.

W smaku od razu czuć karmelową słodycz i gorzkość... Czy raczej gorzkawość. Stworzyły tło, na którym pokazały się migdały.

Migdały jako czysta pasta 100% zaprezentowały się na pierwszym planie. Wyszły delikatnie, niemal surowo i naturalnie słodkawo-maślanie. Po mocnym debiucie, trochę się wycofały, upuszczając goryczkę skórek. Te zaprosiły węgiel i kakao w proszku. Węgiel, mający lekko roślinny charakter, pod gorzkość podłożył słodycz. I jakby rozmył co poniektóre smaki, wprowadzając wodnistość. Jak węgiel rozrabiany w wodzie? Smak wyszedł specyficznie... trochę chłodno?

Maślano-karmelowa słodycz bardzo zwracała na siebie uwagę, rozpędzała się. Wanilia i klon też ruszyły w wyścigu. Były wyraziste i dynamiczne. Zaraz pomyślałam także o miodzie i kwiatach (miodzie kwiatowym?). Zrobiło się trochę drapiąco, ale nie ciężko. Syrop klonowy wiązał się z goryczkowato-paloną nutą. Jakby go trochę skarmelizować?
Do głowy przyszło mi zdrowe migdałowe ciasto zrobione z batatów i / lub dyni oraz mąki migdałowej... i kokosowej?

Migdały w tym ciastowym wydaniu mieszały się też z innymi orzechami: laskowymi, arachidowymi, które prażenia nie uświadczyły. Były surowe, trochę... podkreślające kakao? Zwykłe, w proszku i... Kokosa? Oraz jakby zbożową nutę? Pomyślałam o kakaowych płatkach-kulkach (typu Nesquik) do mleka, tylko że takich chrupanych na sucho. W zbożowości zaplątała się sól.

W połowie rozpływania się kęsa słodycz wyraźnie trafiła na rześkość egzotycznych owoców. Także były bardzo, bardzo słodkie i... koloru pomarańczowego, acz niezbyt jednoznaczne. Jakieś bardziej słodko-wodniste... Przewinęło mi się słodkie, dojrzałe do miękkości kaki. Zadbało o rześkość, mimo naprawdę wysokiej, wszechobecnej słodyczy.

Później (im więcej drobinek i kryształków wylegało na język) słodkawy węgiel zaczął podchodzić trochę pod słodzikowy ton. Odnotowałam cierpkość, goryczkę. Oczami wyobraźni jakby za mgłą zobaczyłam lek Smecta i jakieś gorzkawe, białe leki. Zaraz jednak przykryła je wilgotna ziemia. Węgiel jej w tym pomógł i przytoczył odlegle mdławo-orzechowawo-kokosowy wątek. Poczułam niemal pikantną ziemię, też jakby z ostro słodzikowym echem, ale... którą porastają lekko pikantnawe kwiaty-zioła? Jakieś dzikie krzewy, wśród których hula wiatr...

I znów migdały także trochę pomogły. Swoją słodkawą maślanością naturalnego kremu 100% z migdałów wygładziły całość, po czym pokazały się bardziej z prażonej strony. Mignęły migdały i orzechy jakby w karmelu z syropu klonowego, potem migdały na wierzchu ciasta, a więc też sowicie przypieczone. Te podkreśliła epizodycznie pojawiająca się sól. Ogólnie nie było jej bardzo dużo, acz wyraźnie ją czuć. Chwilami mocniej, acz raczej nienachalnie; chwilami jawiła się jako jakby rześka. Mieszała się z rześkością słodyczy, co zaobfitowało w iluzoryczną zapowiedź kwasku (który nie nadszedł). Znów na znaczeniu przybrała pasta i mąka orzechowa / migdałowa, o którą zabiegało cierpkawo-pyliste kakao.

Pod koniec migdały przemieszały się z węglem, dały się dosłodzić rześkim, nieuchwytnym motywem kwiatowo-waniliowo-słodzikowym. 

Posmak należał do prażonych migdałów, podkreślonych solą i ciasta z mąki migdałowej i słodkich warzyw, a także ziemiście-słodzikowej ostrości. Słodycz ogółu lekko drapała. Czułam cukrowy karmel, ale też też wanilię, jakby klonowo-ciastowo-przypieczony motyw i sporo kakao w proszku

W całości nie brak aspektów specyficznie, naturalnie mdławych, jak i wyrazistych nut. Dziwny, ale współgrający kontrast... To w sumie wyszło smacznie, ale jako ciekawostka. Ziemia i węgiel, nawet nutka leków, a jednak ciastowy wydźwięk... bez ciastowej ciężkości, a wręcz niewiarygodnie lekki. Ta czekolada była niczym wietrzyk - nieuchwytna. Egzotyka kaki, ogrom słodzideł... mogłyby przytłoczyć, a jednak nie. A tytułowe migdały? Jakże wyraźnie wyczuwalne, i to na wiele sposobów. Cały czas były a to na pierwszym planie, a to jedynie coś podkreślając. Sól wyczuwalna (dla mnie ryzykownie), a jednak i dla niej znalazło się miejsce. Nic tu się niczemu nie narzucało, ale też chwilami od esencjonalnej czekoladowości chyba trochę odlatywało (kompozycja jawiła się bardziej jako "kakaowa"). Z racji jej delikatności, nie zgadłabym tych 80%.


ocena: 8/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 6 $
kaloryczność: 679 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, kakao w proszku alkalizowane, cukier kokosowy, surowe masło migdałowe (nie jestem pewna, czy chodzi o pastę-miazgę jak np. "peanut butter" czy tłuszcz migdałowy, bo na opakowaniu jest "almond butter"), ziarna wanilii, sproszkowana lucuma, sól Baja Gold, produkty z kakao (białko z ziarna kakaowego*, mąka / proszek z ziarna kakaowego), puree z miąższu kakao

*to zamiennik kakao w proszku

PS Jak komuś mało "strachów" po wczorajszym Halloween, zapraszam na krótką aktualizację-ostrzeżenie związane z Eti Adicto a Browni.

piątek, 21 października 2022

Vosges Chinese 5 Spice 90 % Cacao with Licorice Root ciemna z lukrecją, cynamonem, anyżem, nasionami kopru, pieprzem syczuańskim, goździkami i solą morską; słodzona surowym miodem

Kuchnia chińska mnie nie ciekawi, jednak akurat to, że mnie odpycha, zwalam, na to, że nie zagłębiam się w jej tajniki i kojarzy mi się głównie ze smażonymi daniami. Do tego koszyka skojarzeń wylądowały też wszelkie "danie 5 smaków", "przyprawa chińska miks 5..." itd. Gdy chodzi o tę czekoladę, oczywistym było, że nie muszę się żadnej smażeniny brać, a że Vosges lubię, interesowało mnie, jakie 5 przypraw / smaków, w jaki sposób wkomponują w czekoladę. 
Przepisując skład pomyślałam, że to w sumie przyprawiona jakby Whole Cacao Fruit 86% Whole Cacao Raw Honey. Ciekawe, czy zgadłam. Z opakowania dzisiaj prezentowanej producentka zachwalała, że dodana mieszanka obejmuje wszystkie pięć smaków, jakie wyczuwamy: od słodkiego, przez kwaśny, gorzki, słony i umami. Przypomniała, że przyprawy, wchodzące w jej skład, podobnie jak kakao, są pełne przeciwutleniaczy i minerałów. Ja - już sama - znalazłam ciekawostkę, że pieprz syczuański (jedna z dodanych przypraw) nazywany jest też pieprzem japońskim - no, no, mały zgrzyt kulturowy, co? (żart).

Vosges Lab VHC Chinese 5-Spice 90% Cacao with Licorice Root to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao (miazgi, tłuszczu, pulpy, białka i mąki / proszku), z korzeniem lukrecji, cynamonem cejlońskim, chińskim anyżem, nasionami kopru, pieprzem syczuańskim, goździkami, solą morską; słodzona surowym miodem wielokwiatowym.

Po otwarciu uderzył przede wszystkim słodziutki cynamon. Prawie niepikantny, a mimo to pierwszoplanowy. Miał łagodny charakter, odlegle kojarzący się z kwiatami. Zadbał o obraz słodkiego piernika, a dopiero później dopuścił do siebie wytrawniejsze przyprawy i wyraźnie wyczuwalną czekoladową bazę o mocno ziemistym charakterze. Była palona, gorzka, jednak jakby przykryta dymem. Przy niej raz po raz przebijały się soczyste, acz bliżej nieokreślone owoce. Śliwki? Mignęło skojarzenie z pierniczkami w czekoladzie i nadzieniem owocowym (wieloowocowym?). W pierniku namalowanym przez cynamon znalazły się także goździki i anyż, lukrecja... stanęły tuż obok przypraw wytrawniejszych, które mnie skojarzyły się trochę kminowato (a to pewnie mieszanka pieprzu, nasion kopru etc.). Połączyła je nuta... ciemnego chleba. Takiego z przypaloną skórką, zrobionego na miodzie (i zakwasie?).

Tabliczka o niemal czarnym kolorze wyglądała na bardzo masywną i konkretną, a jej spód sugerował mnóstwo wielkich kawałów dodatków. W dotyku była niby kremowa, ale też zdradzająca pewną pyłkowość (jakby pyłek miał zostać na dłoniach... ale nie zostawał). Dalej zaskoczyła bardzo.
Przy łamaniu była twarda, ale nie aż tak, jak można by się spodziewać. Ujawniła jakby nabąbelkowany, trochę proszkowy przekrój bez widocznych przypraw. Gdy robiłam kęsa, to było jak wgryzanie się w nie do końca utwardzoną, bo wciąż miękkawą (jakby miękko-zawilgoconą) taflę pyłku i masła, trzeszczącą od kryształków. Choć osobliwe, nie było to nieprzyjemne.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, jak na ciemną czekoladę dość szybko. Twardość szybko odrzuciła zupełnie, acz zwartość sobie zachowała. Początkowo, bo zaczynała jako zbitka proszku i masła, przybierająca na miękkości i zmieniająca się w pyłkową, gęstą zawiesinę. Była jakby masą z zawilgoconego, lepkiego pyłu, im bliżej końca, tym bardziej zawiesinowo-wodnistą. Czuć ziarnistość, chwilami proszkowość, pylistość, przemielone przyprawy. Niektóre nawet do chrupnięcia. Była też znikoma ilość drobnych kryształków soli, rozpuszczających się razem z czekoladą. 

W smaku pierwsze rozeszły się delikatne, niemal mgliste kwiaty, tworzące klimat rześkiego poranka. Błyskawicznie dołączył do nich cynamon - słodki, delikatny, szlachetny (ewidentnie cejloński). Zmieszał się z nimi. Razem odpowiadały za niską słodycz, która z czasem ruszyła, trochę rosnąć. Miała jednak wydźwięk ulotny, lekki. Wyobraziłam sobie wielokwiatowy jasny miód z cynamonem. Rześkość czasem trochę chyliła się ku słodzikowi (ale tylko trochę). 

A jednak zza cynamonu wychynęła też gorzkość. Podkręciła także tę cynamonową, wraz z jej pikanterią. Pojawiło się sporo różnych, korzennych przypraw. Pomyślałam o miodowym pierniku z gorzkimi przyprawami. Zgłosił się anyż i korzeń lukrecji, z dziwnie soczystym echem.

Słodsze nuty nagle jakby rozmyła lukrecja. We mgle ukryła miód, zmieniła rześki poranek na mglisty, chłodny poranek, a sama zaprezentowała się ewidentnie jako korzeń lukrecji o słodkim, a jednocześnie dziwnie "korzeniowo" gorzko-goryczkowatym smaku. Wprowadziła chłód, lekko szczypiąc w język. W pewnym momencie wyszła na przód.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa korzeniowa gorzkość lukrecji przywołała czarną ziemię. Ciemną, wilgotną, zimną. Ta nieco lukrecję poskromiła. Mgłę przemodelowała na dym. Zrobiło się gorzko w o wiele bardziej czekoladowym sensie. Ziemię nasączyła odrobinka soku cytryny. Przybyła kwaśność. Do głowy przyszedł mi jakby kwaskawo-cierpki dym. Zdarzyło się, że wyłapałam lekko słonawe echo, podsycające to. Sól była subtelna, szlachetna. 

A potem dym odsłonił piernik. Również czekoladowy, oblany czekoladą. Mocno przypieczony, pełen przypraw piernik o dość ciężkim wydźwięku. Czułam pieprz, coś goryczkowato-ostrego i wciąż cynamon. Odnotowałam kakao w proszku, po czym piernik zmienił się bardziej w pierniczki w czekoladzie. Takie delikatniejsze, bardziej cynamonowo-goździkowe, a więc korzennie słodkie. Czyżby kryło się w nich nadzienie owocowe? Czułam drobny kwasek... Jakby wieloowocowego (na bazie jabłek?) "pierniczkowego", może trochę z dominacją śliwek?

Ta myśl przekierowała przypieczony piernik na chleb... Ciemny chleb z mocno przypieczoną skórką... może chleb ze śliwką... Na pewno bardzo wilgotny, kwaskawy od zakwasu i... chleb zrobiony na miodzie! Jakby z kwaskawym miodem? Delikatna słodycz, która jedynie pobrzmiewała na tyłach pod koniec odważyła się znów zagrać wyraźniej.

Wielokwiatowy miód był rześki, nienachalny i wzbogacony o słodycz przypraw. Te jednak charakteru pod koniec się nie wyzbyły. Chleb podkreślił w nich wytrawniejszy aspekt, a więc też i cierpkość. Znowu do głowy przyszło mi coś kminowego, ale trzymało się to czekoladowych realiów za sprawą nutki pylistego kakao. Raz po raz, w zależności od kęsa, pod koniec podskakiwał smak którejś konkretnej: pieprzu, anyżu, lukrecji, goździków. Zdarzyło się, że nagle miód błysnął mocniej albo np. nagle w chlebie wyłapałam echo soli. Nadało to degustacji dynamiki. Wszystko czuć bardzo wyraźnie, z pobrzmiewającą ziemistą, czekoladową bazą w tle. Acz im więcej mocnych przypraw, tym czekolada bardziej odlatywała ku zwiewnym kwiatom i... Węglowi. Nagle pojawił się węgiel rozrabiany w wodzie. 

Przyprawy jednocześnie grzały i chłodziły język. Na koniec czułam zimne odrętwienie wywołane lukrecją - taką, która nie zapomniała o swym smaku, natomiast w gardle ogrzewanie chili. Sporadycznie pojawiał się kryształek soli, wyraźnie wprowadzając słoność, podjudzającą kwasek. Gdy została drobinka jakiejś przyprawy, czuć ją wyraźnie, ale nie nachalnie. Raz był to anyż, raz goździki, raz pewnie jeszcze co innego. 

Po zjedzeniu został posmak zarówno przypraw, jak i czekolady, w zasadzie na równych prawach. Z przypraw dowodził delikatny, słodki cynamon i chili (także jako ciepło w gardle), ale czułam też pieprz, lukrecję. Lukrecja starała się zdominować wszystko swym słodko-ostrym, chłodnym smakiem. Przez odrętwianie języka prawie osiągnęła swój cel, jednak cała mieszanka piernikowa, z nieco wytrawniejszym echem oraz ziemią, dymem i cierpkością kakao w proszku dała radę. Wyszła na jaw też dość mocna paloność i węgielność. 

Muszę przyznać, że całość mnie trochę zaskoczyła. To, jak połączyła łagodność (kwiaty, mglisty poranek, miód) z charakterem przypraw (pieprz, goździki, anyż) i mocnymi, niemal setkowymi nutami ziemi, dymu było niewiarygodne. Osiągnęła to dzięki lukrecji i miodowi. Pierwsza zapewniała przejścia od zwiewności do ostrości, miód natomiast połączył słodycz z wytrawnością - jakby za sprawą chleba. Cynamon cejloński wydawał się odpowiadać za słodycz i był tak wyczuwalny, że to też dziwne (skoro jest znacznie łagodniejszą odmianą), świetnie się wpasował. Tabliczka mimo mocniejszych nut, i tak wyszła zaskakująco... Słodko i łagodnie. 
Charakterne przyprawy nie zagłuszyły czekolady, a świetnie do niej pasowały. Zestawienie ostrości, gorzkości, słodyczy i sugestii kwasku, szczypta soli udane - kuchnia chińska lubi takie połączenia, a jednak wcale mi się z żadną chińską mieszanką to nie kojarzyło. Za nic bym jednak nie zgadła % kakao. 
Kompleksowa, ciekawa i po prostu smaczna. Choć konsystencja dziwna i nie moja, raczej ciekawostkowa, też nie wyszła źle. Co więcej zaskoczyła mnie, że przyprawy były prawie na gładko - to jednak dobrze, bo lepiej się wszystko przemieszało (nie chciałabym, by zostawały do chrupania).
Po zjedzeniu zostałam nie tylko z ciekawym posmakiem, ale też z zagwozdką, jak smakują nasiona kopru. Google przyszedł mi z pomocą, że: "jak słodka lukrecja".


ocena: 9/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 6 $
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, surowy miód, korzeń lukrecji, cynamon cejloński, sól Baja Gold (z Zatoki Kalifornijskiej), anyż gwiazdkowy, nasiona kopru, pieprz seczuański, goździki, owoc kakao (białko kakao, mąka z kakao*), puree z pulpy kakaowej

*to zamiennik kakao w proszku

PS A spragnionych czekolady czystej, zapraszam do aktualizacji recenzji Beskid Cuba 70 %, bo dodałam tam recenzję miniaturki.

czwartek, 22 września 2022

Vosges Whole Cacao Fruit 86% Whole Cacao Raw Honey ciemna z różnych części kakao z surowym miodem kwiatowym

Kiedyś prawie kupiłam z Sekretów Czekolady Pacha de Cacao, czyli sok z pulpy kakao. W kakao jest coś jakby mleczko-woda, trochę jak w kokosie. Ma ponoć słodziuteńki smak (a z odcinka Cejrowskiego wiem, że uwielbiają to chłeptać kury). Koniec końców Piotr mi tego nie odłożył, a ja specjalnie się nie upominałam, bo nie jestem fanką smakowego picia. Tym bardziej picie czegoś słodkiego do mnie nie przemawia. Gdy jednak trafiłam na tabliczkę czekolady zrobioną z całego kakao, właśnie też z pulpy, z której jest ten sok... O, to już mnie bardzo zaintrygowało. W pulpie poszczególne drobne ziarna są "zawieszone" - ma to nawet swoją nazwę: Baba de Cacao (jakoś nie dziwi mnie brak polskiego odpowiednika). W dodatku mowa o tym w wykonaniu bardzo lubianej marki, Vosges. Mało tego! Z ich nowej linii, zupełnie mi jeszcze nieznanej.
Konkretnie o niej wyczytałam, że została stworzona we współpracy z naukowcem i fizykiem, dr Williamem Li, aby ukazać "czystą roślinę", czerpać z jej wszystkich walorów. Co ciekawe, w dodatku coś związanego z procesem krystalizacji miało częstotliwość 528 HZ, co jest opisane jako "dźwięk miłości" w skali Solfeggio. 
Żeby tego było mało... czekoladę posłodzono surowym miodem z dzikich kwiatów (wcześniej nawet nie myślałam, że jest taka kategoria miodów). Do tego mam wprawdzie małe obawy, bo miód jest bardzo intensywny, a tu jednak do słodzenia chyba lepiej sprawdziłoby się coś bazowego, by lepiej wczuć się w niuanse "innego" kakao. Chodzi dokładniej o miód z Georgii, gdzie rosną białe ostrokrzewy, szkarłatki, palmy sabałowe i tulipany.
Właścicielka marki, Katrina - jak napisała - chciała po prostu maksymalnie wykorzystać to, co daje nam natura, a więc wypełniając tabliczkę wszystkimi wartościami, jakie ma kakao, ale także wykorzystać coś, co normalnie się wyrzuca (a więc np. błonnik kakao), a też coś zawiera. Cała linia ma być właśnie po brzegi wypełniona tym, co daje nam natura.
Intrygująca czekolada mnie czekała.

Vosges Lab VHC Whole Cacao Fruit 86% Cacao Raw Honey blended with Whole Cacao to ciemna czekolada o zawartości 86 % kakao: miazgi, tłuszczu, pulpy, białka i mąki / proszku, słodzona surowym miodem wielokwiatowym.

Po otwarciu poczułam rześki zapach wilgotnej ziemi, przywodzący na myśl spacer w odległym od cywilizacji miejscu po deszczu, wśród skał, po których spływa woda. Niemal na równi z ziemią prezentowały się fistaszki, okryte swymi skórkami. Ziemia, zwłaszcza w trakcie degustacji, wplotła lekką nutkę kawy, sugerującą palone echo... Może jakby należące do fistaszkowo-kawowego ciasta? Do tego czułam słodycz chyba miodu i bezkresną rześkość owoców w tle. Nie był to jednak zapach ani mocno miodowy, ani owocowy. Spośród tych wymieniłabym egzotyczne, wodniste i słodko-rześkie, np. pitaję, melony, lychee.

Tabliczka wyglądała na prawie zupełnie normalną, acz trochę kryształkowo lśniła (od miodu?). Przy łamaniu mimo że była przeciętnie twarda, to wydawała jakby trzasko-pyknięcia o kruchym zacięciu. Udawała nieco zawilgoconą, a jej spód wydał mi się nie gładki, a jakby była nieco "podbąbelkowana".
Przy robieniu kęsa zęby trafiły na "twardawą miękkawość", jakby była to tablica z twardego kremu.
W ustach rozpływała się dość szybko, szybko-średnio. Była średnio tłusta, w dziwnie nieoczywisty sposób. Szybko dała się poznać jako ziarnista i jakby scukrzona (jak miód, nie kryształkowa). Miała też nieco węgielny charakter. Miękła i rzedła w soczyście-wodnisty sposób. Choć zachowała trochę masywność, to była delikatna - czasem bardziej, to znów mniej. Węgielność utrzymywała się cały czas, a z czasem doszło nieco więcej pylistości. Jakby utrzymywało to ziarnistą mieszaninę, a także nieco hamowało wodnistość. Znikała rzadko-lepkawo (miodowo?). Orzeźwiała w niewiarygodny sposób. Zdarzyło jej się zostawić drobinkę kakao (przełożyło się to na "pożądaną niechlujność / surowość").

W smaku pierwsza ruszyła bezkresna rześkość słodkich owoców. Natychmiast przyszło mi do głowy słodkie, egzotyczne lychee i melon miodowy. Słodki, słodziuteńki i wsparty miodem.

Miód okazał się z kolei (jak na miód) subtelny i bardzo kwiatowy. Kwiaty kontynuowały rześkość. Było w nich coś zwiewnego, wilgotnego. Pomyślałam o mięciutkich płatkach białych kwiatów, pokrytych rosą. Jaśmin, konwalie... ukryte wśród innych, także rześkich i wilgotnych roślin. Wszystko to orzeźwiało, wręcz chłodziło, kojarząc się trochę ze świeżą, słodką, zieloną (delikatną) miętą.

Z czasem pojawiła się delikatna ziemia. Także ona była wilgotna. Wyobraziłam sobie skały i ziemię po deszczu. Dziką, niezanieczyszczoną przez człowieka scenerię, pełną żywych roślin. Rozeszła się lekka gorzkawość - zaskakująco łagodna. Pomyślałam o kawie... też jednak dziwnie świeżej (wyobrażenie), zawilgoconej. Już mi w głowie były kawowce i kakaowce, zielone liście...

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa potoczyły się fistaszki. Naturalnie słodkawe, delikatne. Surowe? Z delikatnymi skórkami, przypominającymi o drobnej goryczce. Mieszały się już ze wspomnianymi w jakieś fistaszkowe, zdrowe ciasto kawowe, posłodzone miodem. Przez pewien czas wizja kawowo-orzechowego ciasta, wzbogaconego o węgielny akcent (płynący z roślinności?) przyćmiła na parę sekund wszystko inne.
A potem przypomniała o sobie słodycz roślin, odrobinka mięty - jakby tak chodziło o brownie kawowo-miodowe z np. miętowym kremem-zawijasem (wygooglałam coś takiego - pasuje do wyobrażenia).

Miód natarł z nową siłą, jednak był rozbity rześkością owoców. Mimo to, już przy drugiej kostce mniej więcej w tym momencie zaczynał trochę denerwująco drapać w gardle. Mowa o owocach niewątpliwie egzotycznych, niedoprecyzowanych, ale bardzo soczystych. Czułam pitaję o białym miąższu, może różowe winogrona, lychee... Melony! Sporo tych najsłodszych, miodowych.

Bliżej końca w słodyczy, mieszającej się z ziemią, odnotowałam węgiel. Też jakby lekko słodkawy, kontynuujący roślinność, ale sprowadzający ją na bardziej gorzkawy tor. Wciąż czułam jednak też aż lekkie drapanie miodu.

Po zjedzeniu został cierpkawy, właśnie nieco gorzkawo węgielny, skaliście-roślinny posmak. Było rześko, wilgotno, aż chłodno. Do tego czułam słodycz, słodziuteńkość egzotycznych owoców (melony, lychee, pitaja), miód z kwiatami / kwiato-miód, jakby rozrzedzony owocami (wiec nie aż tak słodki).

Całość zszokowała mnie. Była specyficzna. Nie zgadłabym, że tak wyjdzie. Zupełnie niekwaśna, mało gorzka, a słodka, słodziuteńka. Słodycz należała głównie do delikatnych, aż wodnistych owoców egzotycznych i rześkiego miodu, kwiatów. Całe jej zawilgocenie było intrygujące, tak samo jak chłodne, miętowawe orzeźwienie. Ziemię, węgielność i fistaszki cechowała przejrzystość, wyrazistość, choć nie były to siekiery.
Czekolada była bardzo smaczna. Może nie do końca smakująca tak, jak bym liczyła w przypadku tej zawartości kakao, ale rozumiem, że ta specyfika wynika z tego, czym była. Zwłaszcza pod koniec słodycz mnie trochę irytowała, ale nie mogę powiedzieć, by całość jakoś specjalnie zasładzała (acz trochę owszem).
Konsystencja mi się nie podobała. Rzadkość, znikanie, niedookreślenie - dziwne to, ale też wydaje mi się, że to przez pulpowość, miód etc.
Bardzo cieszę się z jej poznania, a ocenę wystawiam biorąc namiar, cóż to za niezwykłość, bo nie była to 9 typowa dla samego zachwycającego efektu. Poniekąd wynika z niezwykłości. Sama jednak nie jestem przekonana, czy chcąc pokazać specyfikę czegoś w zakresie kakao (np. niezwykle słodkiej pulpy, soku z niej), jest dobrym pomysłem dodawanie jeszcze miodu. Myślę, że w takim przypadku "słodzidło" powinno być jak najbardziej bazowe, typowe dla czekolady (cukier trzcinowy).


ocena: 9/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 6 $
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy miód z dzikich kwiatów, tłuszcz kakaowy, puree z miąższu kakao, produkty z kakao (białko z ziarna kakaowego, mąka / proszek z ziarna kakaowego)

sobota, 24 kwietnia 2021

Vosges Reishi Walnut 72 % Cacao ciemna z grzybami reishi, orzechami włoskimi i solą morską

Dziwne czekolady mnie interesują, jednak obecnie musi to być "dziwność uzasadniona", czyli taka, która może wyjść smacznie. Nie lubię dziwności przesadzonej dla samego szokowania. Kiedyś, gdy  odkryłam, że wśród czekolad można znaleźć takie dziwa, co się filozofom nie śniły, ciekawiło mnie więcej i to właśnie znacznie ryzykowniejszych. Zrobiłam się bardziej sceptyczna i po prostu bardziej cenię głębię smaku kakao. Odkąd tylko poznałam Vosges, zakochałam się. Oni łączą szokującą dziwność i smakowitość - to lubię niezmiennie od lat! Dzisiaj opisywana tabliczka właściwie była jedną z pierwszych, jakie mi w oczy wpadły, ale nie widziałam jej w USA stacjonarnie, a akurat gdy organizowałam zamówienie w sklepie online (dwa razy!), była niedostępna. W końcu jednak udało mi się ją zdobyć. Kiedyś... intrygowały mnie grzyby w czekoladzie. Teraz? Liczyłam na harmonijne, pyszne i dziwne połączenie, bo i już jadłam parę tabliczek z grzybami, ich nuty w sumie lubię. Nie zmieniło się tylko to, że wielce się cieszyłam, że dodano akurat orzechy włoskie - kochane przeze mnie odkąd pamiętam.

Vosges Reishi Walnut 72 % Cacao Reishi mushrooms + walnuts + sea salt to ciemna czekolada ciemna o zawartości 72 % kakao ze sproszkowanymi grzybami reishi, prażonymi orzechami włoskimi i solą morską.

Po otwarciu wyraźnie poczułam gorzkawe orzechy włoskie, w których asyście uderzył mnie mocno palony, gorzkawy zapach przywodzący na myśl kawę i muliste, kakaowe ciasto z orzechami. Było w tym coś ziemiście-grzybowego, ziołowego, a także lekko truflowego i kakaowo-grzybowego. Mimo wytrawności, nie brakowało słodyczy, która wydawała się należeć do wręcz przypalonego karmelu. Z wytrawnością i grzybowo-mulistą nutą łączyła to szczypta soli. Mimo wszystko w ciemno nie powiedziałabym, że to czekolada z grzybami (obstawiałabym jedynie takie nuty).

Tabliczka łamała się z chrupkim trzaskiem, była bowiem dość twarda. Miała w sobie jednak także pewną kruchość, którą podkręcały też dodatki. Nie pożałowano ich!
W ustach czekolada rozpływała się powoli i maziście-gęsto. Wydała mi się lepka i dość tłusta, ale nie męcząco. Z czasem okazała się znacząco proszkowo-ziarnista, z pylistym elementem, co... jakoś pasowało. Kojarzyła mi się trochę z mokrym, bardzo drobnym piachem lub zawilgoconym cukrem muscadavo (znam go tylko ze słodyczy).
Nie była przesadnie najeżona dodatkami, choć trudno o kęs bez choćby drobinki orzecha. Wielkość miały różną: drobnica, parę większych. Orzechy okazały się krucho-chrupiące, twardawe i przyjemnie w tym świeże; chwilami lekko tłusto-soczyste. Plątało się przy nich też trochę rozpuszczających się drobinek soli. Miałam wrażenie, że sproszkowane grzyby chwilami to proszek... nie tak bardzo sproszkowany. Kilka razy trafiłam na dość spore, twarde grudki rozpadające się na malutkie grudki. Proszek i orzechy zostawały mi na koniec, po czekoladzie, więc chrupiąc orzechy czułam też trzeszczenie / skrzypienie proszku. Skojarzyło mi się to z lepką kawą rozpuszczalną (robi się taka, gdy zostawi się w pobliżu pary lub ostatnio taką cechę wykazuje pogorszona Bellarom).

W smaku czekolada od początku rozniosła po ustach spokojną gorzkość. Miała palony, węgielny i zarazem zawilgocony klimat. Niczym mokre ziarna kawy na dnie filiżanki i ziemia, korzenie porastające muł i kawowe bagno. Oprócz sporej ilości czarnej kawy, czułam lekko drzewno-orzechowy motyw i gorzkość trudną do nazwania. Obracała się w ziołowych klimatach, jednak nie były to "zioła po prostu".

Gorzkość ta wydała mi się ciepła i częściowo mieszająca się ze słodyczą. Ta zaś miała wydźwięk szlachetnego, mocno palonego karmelu. Może trochę miodowego? Jak miód pitny pikantnawą? Ciemnego, palonego i... spływającego jak lepka żywica po korzenio-orzechach? I... coś lepkawego było jeszcze w tych mocniejszych tonach. Po pewnym czasie karmelowa słodycz została podkreślona subtelną, ale wyraźnie wyczuwalną solą. Razem grzecznie podążały za niesiekierową, a spokojną gorzkością. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa splot ten skojarzył mi się z kakao na mleku lub mleku "zakakaowionym" od jakiś kakaowych płatków zbożowych. Może ze słonawą nutą? Mignęło mi jakieś wytrawniejsze i bardziej słonawe wydanie czegoś nesquikowo-chocapicowego.

W drugiej połowie w kakaowo-ziemistych, mulistych nutach odnotowałam bardziej zbożowo-ziołową nutę. Pomyślałam o węglu, jakiś suszonych roślinach, a po chwili już wiedziałam. To grzyby. Wzrosła też gorzkość orzechów i gorzkość... zwęglonego zboża? Trochę przypalonego ciasta z orzechami? Trafiłam na epizodycznie pojawiającą się sól, która sprawiła, że kompozycja poszła w bardziej wytrawnym kierunku. Wtedy wyraźnie mogłam stwierdzić, że to orzechy włoskie i "jakby grzyby". Podłapałam aluzję nawet do czegoś zawilgocono-pieczarkowego, ale mogła to być autosugestia. Miało to bardzo leśno-zawilgocony klimat. Taki też jak... zwęglone i zawilgocone drewno i... coś lekko goryczkowato-podpleśniałego. Potem jednak znów zalewała to kawa (rozpuszczalna? może zabarwiona na czekoladową nutę?).

Niska słodycz bliżej końca troszeczkę wzrosła, trafiła na kawę, która bez dwóch zdań była łagodną kawą czarną. Całość złagodniała i zaczęła znów przejawiać mleczne skłonności. Sól nie wystąpiła odrębnie, a jedynie przewijała się wraz z otoczeniem, lekko je podkreślając. Na przód wyszła też przyjemna cierpkawość (w dużej mierze kakao).

jest i grzyb
Dodatki gryzione pod koniec i na koniec smakowały w pełni sobą. Smakowite, świeżawe orzechy włoskie zachwyciły i wpisały się w ogólnie gorzkawy klimat. Jeśli były podprażone, to minimalnie.
Wspomniałam, że trafiłam na parę grzybowych grudek (koloru beżowego), które w smaku wydały mi się gorzko-ostre jak grzyb / pleśń (to jest mi znane z serów pleśniowych).

Razem zostały w posmaku wraz z kakaowo-grzybowym (jak czasem potrafią smakować kremy / mousse'y kakaowe), muliście-ziołowym i palono-węgielnym echem dość gorzkim, trochę cierpko ściągającym. Mimo to, ważną rolę odegrał karmel, ale i słodkawo-kakaowy motyw. Czułam orzechy włoskie bardzo wyraźnie, a także poczucie słonawości (bez smaku soli). Było też wrażenie, jakby zapić coś kawą rozpuszczalną... nie do końca rozpuszczoną?

Całość wyszła interesująco i smacznie. Nuta grzybowa wpisała się w palono-kawowy klimat, przez co była bardzo sugestywna (można to uznać za plus, jak i minus; czytałam, że reishi są po prostu bardzo gorzkie, więc może stąd nie było mocno grzybowego smaku, a nieźle gorzko już owszem?). Wydobyła z tego bardziej węgielno-muliste tony. Sól popodkreślała co nieco i połączyła pewne nuty, np. dodając palono karmelowej słodyczy w sposób zgrany. Orzechy włoskie to najlepszy możliwy wybór dzięki ich smakowitej gorzkości. Wydaje mi się, że samo kakao bardzo podkreśliły. Może to też sprawka grzybów? Te zbożowo-kakaowe nuty.
Dodatki dodano w dobrej formie (orzechy wprawdzie podrobiono jak nie lubię, ale nie odebrało im to smaku, a sprawiło, że cała czekolada nimi nasiąkła) i ilości. Po wielu nieudanych, wreszcie trafiłam na czekoladę, gdzie doskonale rozwiązali kwestię soli - czuć ile trzeba, ale nie zostawała i nie zasalała. Proszkowość nie męczyła, a nie wiem, jak wyszłyby kawałki grzybów. Struktura to może niezbyt moja bajka, ale nie była zła.
Dosłownie 1/4 kostki dałam Mamie, by jej to dziwo po prostu pokazać i trochę się pośmiać. Opinia, jaką usłyszałam: "Jak w ogóle można coś tak okropnego zrobić? Niesmaczna, nic w niej nie czułam, żadnych grzybów, a gorzkość tylko. I jakaś struktura proszkowa, dziwna taka". Nie rozumiała, jak mi to mogło smakować, a ja... uznałam, że gorzkość musiała być wcale nie taka spokojna jak ją odebrałam, że aż tak na nią podziałała.
Trochę dziwnie czuję się ją oceniając, bo nie znam smaku grzybów reishi (na podstawie paru grudek wywnioskowałam, że... smakują mało grzybowo, a ostro-gorzko). Czuję, że zaniżyłam jej ocenę, bo smakowo to na pewno 9, ale jednak ta struktura... Wiem, może nie dało się inaczej, ale sproszkowane reishi wyszły osobliwie (a np. grzybowa Naive Porcini była idealnie gładka).
Całościowo jednak wyszła na pewno smaczniej od GR 70 % Pfifferlinge / Chanterelles.


ocena: 8/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 8 $
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, naturalny aromat waniliowy), tłuszcz kakaowy, sproszkowane grzyby reishi, orzechy włoskie, sól morska

sobota, 19 grudnia 2020

Vosges Raw Honey Cacao 100 % ciemna z surowym miodem

Ta czekolada, mimo całego mojego doświadczenia, wydała mi się bardzo dziwna. Tak bardzo, a przy tym uwielbianej przeze mnie marki, której wszelkie dziwactwa wychodzą obłędnie, że po prostu musiałam ją zdobyć. W zasadzie 100 % kakao, tylko że z miodem, i to w dodatku surowym. I bez żadnego oszustwa, tylko wszystko tak opisane... Najpierw więc byłam pewna, że to zwykła czekolada, którą posłodzono miodem, no ale skoro miała być setką... To może jednak dali miód-posypkę? To było bardziej prawdopodobne, niż tabliczka nadziana miodem, choć czysty miód wewnątrz byłby bardzo atrakcyjny... Byłby, gdyby się nie scukrzył, a czy by tego w czekoladzie nie zrobił? I tak też pojęcia nie miałam, co twórczyni Vosges, Katrina, wykombinowała, ani też co ujrzę po otwarciu, bo czekolady Vosges przyleciały do mnie ze Stanów, czego np. Vosges Pink Salt Caramel nie zniosła najlepiej.

Vosges Raw Honey Cacao 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao (miazga i tłuszcz) z surowym miodem z dzikich kwiatów.

Czekolada miała mocno palony charakter; pachniała niczym chrupko-kruche, suche z wierzchu brownie o tłusto-wilgotnym, lepkim środku. Silne palenie kojarzyło mi się też z kawą. Całość nie była bardzo gorzka, a zaskakująco słodka, przy czym miód... pozostawał odległą sugestią. Do głowy przyszedł mi raczej jakiś waniliowy karmel. Co ciekawe, słodyczą pachniał bardziej wierzch. Oczywiście nasiliła się po przełamaniu.

Czekolada łamała się łatwo. A po tym... odkryłam dziwną formę. Albo raczej utwierdziłam się, że taka miała być, a nie że z moją tabliczką stało się coś dziwnego. Otóż miód dodano pod postacią kropelko-kulek blisko wierzchu, w efekcie czego aż trochę wydzielił się na zewnątrz. Przez to góra trochę się lepiła (w momencie gdy spód cechowała idealna gładkość).
Tabliczka lekko trzaskała. Przekrój ujawniał lśniące, miękkie kulki. Wydała mi się nieco krucha przez dodatek, zaś gdy robiłam kęsa - miękkawa. Miodowe kulko-kropelki raczej nie przylepiały się do zębów, zostawały w czekoladzie. Potem odkryłam, że wierzch rzeczywiście był dość miękkawy, ale już reszta zacnie zbita.
Od momentu robienia kęsa zaczynała się rozpływać.
Robiła to powoli, ale z ochotą, do złudzenia przypominając środek tłusto-mokrego, zbitego, a jednocześnie lekko mazistego brownie. Stawała się bardzo gęstą i wilgotną, zwartą, nieco tylko miękkawą masą. Okazała się dość tłusta, ale nie ciężka. Poczucie to osłabiało wiele elementów. Początkowo miód wywoływał skojarzenie z drobinkami cukru bez smaku, nadawał ziarnistość, a potem (rozpuszczający się już) rzadkawość. Dołożyła się również wysoka pylistość. Wilgoć napędzały kulki miodu, które rozpływały się spójnie z resztą, przybierając postać gęstych, lepkich kropelek. Wyskubane, zaraz płynęły. Nie gryzę czekolad, ale na podstawie odgryzania kęsa stwierdziłam, że niektóre wtedy lekko skrzypiały, a potem... były już miodem. Wprowadziło to lekką wodnistość, ale ogółem struktura wydała mi się dobrze wyważona.W formie gęstych, prawie stałych, ale miękkich kulek parę czasem zostawało jeszcze chwilę po czekoladzie. Z mięciutkich kulek robiły się... kropelkami. Dziwne uczucie.

Wgryzając się, poczułam wysoką słodycz. Wydźwięk przybrała słodziutko-słodziuteńki, sugerując jakiś wanilio-miód, wanilio-karmel. Początkowo słodycz wydała mi się zaskakująco waniliowa. Szybko zaskoczyła na nią paloność, toteż wydała mi się podkarmelizowana i na pewno szlachetna.

Poprzez szlachetność weszła delikatna gorzkawość. Zaczęła... robić zadymę. Otóż dym otulił kompozycję, chwilami sugerował lekkie wędzenie, ale zaraz podkreślił gorzkość, kojarzącą się z mocno kakaowym brownie i kawą. Dym nakreślił mocno palony charakter, przywołał też lekki kwasek spalenizny. Oczami wyobraźni ujrzałam przypalone z wierzchu i po bokach brownie, mazisto-mokre, maślane wewnątrz. Także bowiem lekka maślaność zaznaczyła się w pewnym momencie.

Maślaność, drobna tłuszczowość czy raczej... neutralnawość? Miejsce styku słodyczy i gorzkości, żadnej z nich nazbyt mocnej. Z czasem słodycz nieco wzrosła, na języku czułam zmianę struktury na lepko-mokrzejszą (rozpływały się kropelki miodu?). Albo gdy kawałek umieściłam wierzchem na języku... Wzrosła wtedy jakby wanilio-karmelowa, rześka i nie do końca wyraziście miodowa słodycz. Owszem, czułam miód, ale delikatny, chwilami aż sugestywny. Obstawiałabym raczej wanilię. Obok trwał leciutki kwasek, co wyszło rześko, trochę owocowo... Jak "miodowe" figi? Dym podyktował jakiś konkretniejszy, ciemniejszy owoc... daktyle? Takie jakby dymno-karmelowe?

Bliżej końca dym znów odegrał solówkę, zabawiając się kawą, maślaną ciastowością i stonował słodycz. Słodkie elementy zrobiły się bardziej słodko-cierpkie, a zasadnicza słodycz miodu... niemalże uleciała - dosłownie! Zrobiła się leciuteńka i jakby odpłynęła (pozostawiając smakową lukę na chwilę). Wkradła się tu odrobinka pikanterii.

Gorzkawość dymu, palona gorzkość oraz snujący się przy nich wędzony motyw,  a także cierpko-kwaskawy, rześki motyw (ni słodyczy, ni owoców) zostały w posmaku. Oprócz tego na ustach czułam lepkość miodu i drobną tłustość. Nic mnie jednak nie przytłoczyło.

Całość była dziwna. Nie mogę powiedzieć, by mi nie smakowała, ale... to taka dziwność, którą można spróbować i raz zjeść z przyjemnością, ale do której nie chce się wracać, bez której można się obejść. Ogólna gorzkość nie była wysoka, lecz smak to głównie dym, paloność-wędzoność, brownie; wymieszane to zostało z pewną tłuszczowością, neutralnością, w co z kolei weszła słodycz. Lekka, nieuchwytna i prezentująca wanilio-miodo-karmel; znalazła się też owocowa sugestia. Obok konkretu pojawiła się więc rześkość. Było jednocześnie i przyciężko, i zbyt ulotnie, ale również... ani za ciężko, ani nijako. Wyważenie... chyba idealne przy tym zestawieniu. Struktura bardzo mnie zaskoczyła. Takie dziwo, jakich mało.
Nigdy-przenigdy nie powiedziałabym, że to setka z miodowym kropelkami. Udawała... 70%tkę.

Poczytałam o tym, jak smakuje surowy miód, bo tabliczka była mało miodowa. Otóż ponoć jest o wiele delikatniejszy i wodnisty w smaku od zwykłego - to by wiele wyjaśniało.
Nie jestem więc przekonana do samego zamysłu. Łączenie samego kakao z takim miodem? Chyba wolałabym zwyklejszą czekoladę z dodatkiem wyrazistego, np. gryczanego, by było go czuć. Do setki też by pasował na smak, ale nie wiem, jak rozwiązać sprawę struktury. Dlaczego by po prostu nie posłodzić czekolady miodem?


ocena: 8/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 8 $
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy miód, tłuszcz kakaowy

piątek, 20 listopada 2020

Vosges Mo's Milk 45 % mleczna z wędzonym bekonem i wędzoną solą

Wiele osób nie wyobraża sobie połączenia czekolady z mięsem, to pewne. Ja natomiast za wiele już zjadłam, by wielkie wrażenie na mnie robiło. Mam jednak zdanie takie, że też nie ma co szpanować, przeginać czy szokować tylko, by się wyróżnić. Jak już ktoś robi czekoladę właśnie z mięsem, powinien dołożyć wszelkich starań, by wyszło przede wszystkim smacznie. A właśnie czekolady Vosges w swych niezwykłych połączeniach pochwalić się mogą niezwykłą starannością wykonania. Zupełnie przypadkiem trafiła do mnie w zasadzie już mi znana Vosges Mo's Milk Bar (recenzja z 2016 r.). Trochę zmieniło się jednak opakowanie i minimalnie skład. Tym razem do czekolady dodano bekon zrobiony na dwa sposoby chyba, a przynajmniej lepiej to opisano. Ucieszyłam się więc z niej, bo w tej samej przesyłce znajdowała się Mo's Dark 62 %.
Tym razem dowiedziałam się z opakowania, że bekon dodawany do czekolad Vosges wędzony jest w New Hampshire przez rodzinną kompanię, która w biznesie tym ma ponad 100 letnie doświadczenie. Pokoleniami wędzili boczek - pozazdrościć. W każdym razie, już nasi czekoladnicy, w tym założycielka Katrina, pieką to mięso, a dopiero potem dodają do czekolady.

Vosges Uncured Bacon 45 % Mo's Milk Bar to mleczna czekolada o zawartości 45 % kakao z wędzonym bekonem oraz wędzonym bekonem z syropem klonowym (na drewnie owocowym, nieprzetworzonym) z solą wędzoną na drewnie olchowym.

Po otwarciu poczułam... mięcho. Mocno wędzone, ale też osnuty dymem skwarko-bekon soczysty, tłusty i słony. Wędzenie całościowo odegrało ogromną rolę, splatając to z... lekko odymiono-prażoną nutą orzechów, naturalnego, orzechowo-siankowego mleka i słodyczą. Również była palona, karmelowa. Po przełamaniu i w trakcie jedzenia odnotowałam jeszcze nutkę syropu klonowego. Głęboko mleczna, szlachetna i słodka czekolada stanowiła tło dziwnie spójne z niemal ordynarną mięsnością.

Rudawa, dość tłusta w dotyku tabliczka zachęcająco lekko trzaskała, pokazując przekrój ze sporą ilością dodatków: średnich i mniejszych kawałków bekonu. Sól przebijała się z wierzchu - miała ciekawy, ciemny kolor, a wielkość jej kryształków określiłabym jako odpowiednią, bo raczej drobną.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, ale z ochotą. Za sprawą kremowej tłustości miękła i zalepiała usta zupełnie, tworząc błogą gęstwinę, z której wyłaniały się kawałki dodatku.
Bekon był... różny. Okazało się, że trudno o kęs bez niego, bo wystąpił także pod postacią drobniuteńkich kawałeczków. Te były chrupiąco-twarde, a z czasem bardziej miękkawe. Trudno powiedzieć o nich coś więcej. Te większe... Niektóre to najprawdziwsze, jakby tylko co usmażono-ugotowane dość tłuste skwarki. Inne - z warstewką karmelu, a więc karmelizowane i mocno chrupiące; średnio chrupiące - wszystkie one po wstępnym pochrupaniu okazywały się twardawo-jędrne i soczyste. Robiły się... tłusto-soczyste i miękko-żujne. Były tam wręcz krucho-twarde płatki (jak suszone?) oraz trzeszczące kawałki, i skórki, i bardziej włókniste fragmenty. Przy niektórych znalazło się trochę soli. Sól wystąpiła też luzem, między tymi kawałkami.

W smaku czekolada zaczęła od uderzenia mocno palonym karmelem oraz mlekiem. Wydało mi się słodko-słonawe w naturalny, wiejski sposób. Z nim łączyła się orzechowość i siankowość, a także coraz bardziej znacząca nuta wędzenia i mięsistość. Już w tym momencie swoją obecność zdradził bekon.

Wędzenie i słodycz nasiliły się przy odsłaniających się dodatkach. Wędzony smak wydał mi się w pewnej chwili niemal wiodący (ale czekolady nie zabił - wciągnął ją w siebie).
Mocny karmel spotkał intensywny syrop klonowy; coś mi się tu z drapiącym w gardle miodem skojarzyło... A zaraz nadeszła kontrastowa do tego sól. Przecięła słodycz, wprowadziła mięcho. Przede wszystkim mięso wędzone. Bekon łączył się z dymnymi nutami i był po prostu sobą. Soczystym, wyrazistym i bardzo słonym. Raz po raz po prostu poczułam taki... tłuszcz skwarek, skórek wieprzowych. Przeważnie występował w parze z syropem klonowym / karmelem i solą, które splatały się z jego soczystością.
Sól rozchodziła się nie tylko od mięsa. Była oczywiście słona, ale też na stałe związana z wędzeniem.

Wieprzowina tonęła w palono-orzechowej, mlecznej toni, sowicie doprawionej solą, ale także... kontrastowo głęboko czekoladowej. Sama czekolada wyszła wędzono-dymna, mocno palona, a jednocześnie... wciąż właśnie intensywna i słodko-mleczna.

Po wszystkim został posmak słonych skwarek, bekonu, wędzenia, ale też słodkiej i mlecznej czekolady, o porządnie zaznaczonym kakao. Czułam tłuszczowość, wędzenie i słodycz, co wyszło dziwnie harmonijnie za sprawą tłusto-mlecznego, wiejskiego klimatu.

To pyszna, acz oczywiście dziwna czekolada. Jestem pewna, że poprawili dawną wersję. Chyba bardziej skupili się na dodatku, bo jego smak wyszedł wielopłaszczyznowo. Ta była też zdecydowanie bardziej, szlachetnie wędzona. Właśnie wędzenie i syrop klonowy genialnie osadziły wysoką słoność w tych czekoladowych realiach.
Nie ukrywam jednak, że tak bardzo subiektywnie, wolałabym odrobinę mniej soli, ale to pewnie dlatego, że w ogóle nic nie solę.
Dosłownie 1/4 kostki dałam Mamie, by pokazać jej "co to za dziwo". Zdziwiła się: "Wow, ona była... słodka! I to tak dobrze, dobra... tylko to co na koniec zostało mi nie pasowało. Mięso, tak?". Ech... I zdziwiła się, jak jej powiedziałam, że to mleczna...


ocena: 9/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem (wpadła do zamówienia przypadkiem - nie planowałam)
cena: 8 $
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, suszone pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii), kawałki niepeklowanego* bekonu (wędzona wieprzowina, woda, sól morska, surowy brązowy cukier turbinado, sproszkowany sok z selera, syrop klonowy), kawałki ugotowanego bekonu (wieprzowina, sól morska, surowy cukier, przyprawy), cukier, sól wędzona na drewnie olchowym

*"uncured fully cooked bacon" - nieprzetworzony? że bez azotanów? tak to rozumiem

piątek, 9 października 2020

Vosges Cheddar and Apple 45 % Milk mleczna z jabłkami, cynamonem i serem cheddar

Po obłędnej Vosges 67 % Parmesan Walnut and Fig pozostałe smaki już na oko robiły na mnie mniejsze wrażenie, postanowiłam więc schodzić z zawartością kakao (kolejno: mleczna, biała), by potem skoczyć do ciemnych innych. Dzisiaj opisywana to ser, tym razem brytyjski, który bardzo lubię, acz w okolicach degustacji mocno przypominał mi o daniu, które na moją prośbę, pod moje dyktando robił mi ojciec - paszteciki dyniowe a'la z Pottera, ale na wytrawnie, bo właśnie z dynią i długodojrzewającym cheddarem.
W dzisiejszej tabliczce znalazł się ser z mleczarni Cabot Clothbound. Obstawiam, że nie przypadkowo, bo Katrina, czyli właścicielka Voesges otwarcie przyznaje, że uwielbia małe degustacje i poczęstunki różnościami. Czy to czekolady, sery, likiery, krakersy czy trufle (także jej wyrobu). Według niej czekolada i ser to dwa fermentowane produkty, które świetnie do siebie pasują. Nie jestem pewna, czy podzielam to zdanie, ale na razie jeszcze nie trafiłam na złą czekoladę z serem (tanie walące sztucznym serem się nie liczą).

Vosges Cheddar and Apple 45 % Cacao Milk to mleczna czekolada o zawartości 45 % kakao z jabłkami, cynamonem i dojrzewającym 12 miesięcy serem Cheddar z Vermontu.

Już otwierając poczułam intensywną i smakowitą woń cynamonu w słodkim otoczeniu, w którym odnotowałam słodkie jabłka (trochę konfiturowo-szarlotkowe). Dzięki palono-pieczonej nucie pomyślałam o ciasteczkach cynamonowo-jabłkowych (z dżemikiem!), słodzonych jakimś... miodo-karmelem. Zahaczyło to o skojarzenie z tworem typu batony Fig Bar (jadłam figowy).
Jednocześnie równie wyraźnie czułam poważniejsze nuty dymu i wędzenia. Tu znalazło ujście mleko oraz wędzono-soczysta serowość. Była to wytrawna mleczność, odwołująca się jednak w pewien sposób do słodyczy. Zaskoczyła mnie harmonia tego.

Tabliczka już na dotyk zdradziła swą tłustość. Łamała się jedynie z pyknięciem, nie była zbyt twarda sama w sobie (a jedynie przez grubość). To pewnie dodatki stały za efektem dźwiękowym. Tych nie pożałowano. Już w przekroju widać ich mnóstwo: kawałków ogromnych i mniejszych. Szczególną uwagę zwróciłam na okropnie wyglądające słupki sera cheddar.
Nie da się w zasadzie zrobić gryza, by na nic nie trafić (a tym samym poczuć samą bazę).
W ustach czekolada rozpływała się przyjemnie łatwo, w umiarkowanym tempie i gęstawo. Zmieniała się w zalepiający krem, wykazując przy tym lekką proszkowość. Odsłaniała tak mnóstwo dodatków. Mimo to nie wyszła jak bezsensowny zlepek-ulepek.
Sera dodano najwięcej. Jego słupki początkowo były dość twardawe, potem jednak nieco nasiąkały. Ciamkając i gryząc bliżej końca / na koniec odkryłam, że to zacnie świeżawe kawałki o strukturze twardawej, lekko sprężystej i specyficznie serowo-kruchej. Był suchawy w sposób charakterystyczny i pożądany (nietłusty). Niektóre niestety miejscami wyszły jak ser, który wysechł i tyle, ale w większości czuć charakterystyczną strukturę cheddarów.
Jabłka wystąpiły w różnej wielkości i formie. Niektóre były trzeszczące jak wiórki kokosowe, inne jednocześnie chrupiąco-soczyste i miękkawe jak świeże lub też chrupiąco-twardawe, mięknące jak suszone, a jeszcze inne tak małe i farfoclowate... że w sumie trochę nijakie. Taka mieszanina jednak przełożyła się na skojarzenie z jabłkami z jakiejś masy... prażono-konfiturowej, czy to jak z ciasta / ciastek.

W smaku już wgryzając się poczułam słodycz palonego karmelu. Była znacząca, ale nie przesadzona. Natychmiast zalało ją pełne, naturalne mleko. Miało to wydźwięk ciepły i milusi, więc zaraz pomyślałam o mleku z miodem.

Za tym ciepłem niewątpliwie stała nutka cynamonu. Ujawniła się także w słodko-soczystym motywie jabłek, nieśmiało wołającym z tła. Poczułam prażone z cynamonem jabłka, takie szarlotkowe, w wydaniu "na ciepło", słodziutkie, a jednak soczyste i rześkie. Obudowała je pieczono-palona nuta.

Samą bazę właśnie mocno paloność cechowała. Oprócz słodyczy palonego karmelu czuć w niej leciutką goryczkę "orzechowego" kakao, gorzkawość dymu. Mniej więcej w połowie wydała mi się niemal wędzona, mocno palona i soczysta w kontekście... wytrawniejszym. Mleko zrobiło trochę miejsca serowym nutom.

Kawałki dodatków zaczęły wylegać na język. Nie musiałam ich gryźć, by poczuć a to mocniejszy smak słodkich, minimalnie kwaskawych jabłek, a to jakby podwędzany, słodko-słonawy ser żółty - ewidentnie cheddar. Podkreśliła go sól, która też się pojawiła w ilości nieprzesadzonej. Wyraźniej zabrzmiał lekko ostry cynamon, który podsycił serową pikanterię. Nie było to bardzo ostre, ale przyjemnie przypiekające język.

Mieszając się z karmelowo-korzenną słodyczą, ułożyło się to w szarlotkowy smak, ciasteczkowo-korzenny (myślę o jakiś ciastkach / Fig Barach z nadzieniem jabłko&cynamon). Mignął mi jakiś lekko orzechowy motyw. Ciepło i cynamon w asyście lekkiej goryczki kakao, genialnie łączyły się ze słodyczą czekolady. Zaznaczyła swoją obecność także w gardle, co skojarzyło mi się z miodem.

Była to jednak kumulacja rozgrzania cynamonem i słodyczy karmelo-miodu, ale także tej naturalnej cynamonu. Wszystkie te nuty zdawały się podłapywać jakieś wątki cheddara. Wciąż epizodycznie czułam też odrobinkę soli - od sera właśnie. Ten z kolei nie wybiegał przed naturalne mleko, które wydało mi się zawierać swoistą słodycz.

Dodatki gryzione prawie pod koniec i na koniec oczywiście zrównywały się z bazą, a nawet chwilami wychodziły przed nią. Ser jednak dziwnie podkreślił orzechowość i mleczność samej czekolady. Cheddar to czysty cheddar, jabłka z kolei... to cała paleta. Głównie kojarzyły mi się z prażoną konfiturą, taką masą do ciasta / ciastek (zacną, z kawałkami, które nadto nie rozmiękły), ale raz i drugi padła sugestia świeżych. Suszone jabłka jakoś najmniej czułam (nie powiedziałabym, że takie dodali - obstawiałabym raczej wmieszanie prażonych czy konfitury). Czasem przecięły resztę drobnym kwaskiem.

W posmaku pozostał właśnie soczyście wytrawny ser żółty, jego lekka pikanteria i cynamon oraz palona, karmelowa czekolada. Paloność / prażenio-pieczenie też czułam, z leciutką gorzkością. Jabłka po zjedzeniu wydawały się już bardziej słodko-kwaskawe i nieco surowsze.

Całość była genialna! Niezwykle spójna i wyrazista. Wszelkie nuty stanowiły jedność. Słodycz wchodziła w wytrawność, wytrawność w przyprawy, dodatki itd. Spora ilość pikantnie-słodkiego cynamonu nie zagłuszyła tegoż samego w serze, a właśnie ser... też aż tak się nie narzucał, trzymając się mleka. Palono-gorzkawa nutka kakao zdawała się czuwać nad wszystkim i dodawać szlachetności. A tej nie brakowało, bo i słodycz taka była - głęboka, miodowo-karmelowa.
Pyszna czekolada. Znacząco słodka, trochę drapiąca, ale... charakterna i pyszna. W dziwny sposób przypomniała mi Pralusa Costa Rica Trinitario 75 % (jakby jego nuty podrabiała dodatkami).
Bardzo przypadły mi do gustu jabłka, bo nie lubię gąbczastych suszonych, a te... z takimi nic wspólnego nie miały.


ocena: 9/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 8 $ (za 85g)
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym

Skład: mleczna czekolada (cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, ziarna wanilii), ser cheddar Cabot Clothbound (pasteryzowane mleko, kultury serowe, sól, enzymy, barwnik: annatto), suszone jabłka (jabłka, dwutlenek siarki). cynamon