Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hershey's. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hershey's. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 października 2023

syrop Hershey's Syrup Genuine Chocolate Flavor

Przy 6Pak Zero Syrup Chocolate Mama przypomniała sobie o syropie Hershey's. Stwierdziła, że kiedyś, on był bardziej w moim typie, niż jej, bo jej był "za wytrawny, za ciemnoczekoladowy", a teraz uznała, że chyba właśnie obecnie to jej mógłby smakować i zapragnęła go sobie przypomnieć. Mnie, przyznaję, też zaczęło to kusić, bo jak już miałam podlinkowany, nakręciłam się na jogurt i jakiś jeszcze deser właśnie z syropem czekoladowym. A tamten był tak podły, że po prostu... koło syropu to nie stał. I tak też uznałyśmy, że możemy "wielkiego, sławnego Hersheya" zamówić. Ja co prawda lekko sceptycznie na niego łypałam, ale nie mówiłam "nie". Nie nastawiłam się na niego ani szczególnie pozytywnie (bo nie lubię tej marki), ani negatywnie. Ciekawiło, jak go odbiorę. 

Hershey's Syrup Genuine Chocolate Flavor to syrop o smaku czekoladowym, produkowany przez The Hershey Company.

Po otwarciu zapach wydał mi się bardzo intensywny, aż napastliwy i znacząco sztuczny. Był duszny, przypominał ciemno czekoladowy likier, ale z wyciętą alkoholowością. Kojarzył się z cierpkimi i raczej tanimi czekoladami o "deserówkowym" charakterze, które mimo wysokiej słodyczy, wciąż są trochę cierpko-gorzkie. Syrop wylany na łyżeczkę, miał bardziej przystępny zapach, jednoznacznie wskazujący na syrop, sos ciemno czekoladowy. Ta likierowość, truflowość była wyczuwalna cały czas, a ja w trakcie jedzenia go pomyślałam też o gorącej czekoladzie zrobionej na mleku, właśnie z sosem. Wyraźnie czułam sztuczną wanilinę - wydaje mi się, że to ona wplotła "mleczny" akcent w sam syrop.

Syrop był gęsty, a z łyżeczki ściekał powoli.
Spróbowany osobno, już w ustach potwierdził swoją gęstość. W pierwszej chwili wydał mi się idealnie gładki, wręcz śliskawy, ale prędko poczułam pylistość. Wydawał się tłustawy, mimo że realnie taki nie był (nawet nie zawiera tłuszczu).

W smaku w pierwszej chwili poczułam głównie słodycz, która jednak zaskoczyła mnie tym, że wydała się względnie stonowana jak na taki produkt. Towarzyszyła jej lekka cierpkość.

Nie zdążyłam jej jednak porządnie poczuć, a słodycz dosłownie zaszarżowała. Wypełniła usta, przez chwilę będąc motywem wiodącym. Wydała mi się mocarną, niemal czystą i sztuczną słodyczą, jednak po chwili przypomniała sobie o cierpkości. Wzrosła i ona, wzbogacając się o gorzkość. Smak ułożył się w typowy sos, syrop czekoladowy. Miało to charakter tanich czekolad "deserowych", które mimo gorzkości, zasładzają.

Słodycz w połowie rozpływania się sosu w ustach zadrapała w gardle. Nie był to jednak czysty cukier. To słodycz duszna i sztuczna - wyraźnie czułam wanilinę. Pomyślałam o likierze czekoladowym z wyciętym alkoholem i jakiś ciemnoczekoladowo-kakaowych polewach. W przypadku syropu próbowanego osobno, trafiłam na sztuczny kwasek czy nawet swego rodzaju ostrość (bardziej "gryzienie" w język?).

Gorzkość z czasem, oprócz cierpkiej nuty, zagrała bardziej palonym motywem, nieśmiało sugerując kawę. Do głowy przyszedł mi duet ciemnoczekoladowych trufli i kawy, w wydaniu trochę budżetowym. Duszna, ciężka sztuczność wisiała nad tym, niczym ciężkie powietrze przed burzą.

Po przełknięciu został posmak taniej ciemnej czekolady o truflowo-cierpkim charakterze oraz ewidentnie wanilinowej słodyczy. Było bardzo, bardzo słodko, a chemia aż nieco gryzła w język.

Syrop wydał mi się przeciętny. Jego smak nie zaskoczył, bo był zasładzający, mimo że ewidentnie wpisywał się w ciemnoczekoladowo-kakaową gorzkość. Jej truflowo-likierowo-syropowy wydźwięk byłby w porządku, gdyby nie był aż tak sztuczny. Zwłaszcza wanilina mi przeszkadzała. Słodycz i tak była przesadzona, więc jej dodatek uważam za zupełnie zbędny. Sama słodycz właśnie - za silna, ale też bym tego aż tak nie krytykowała, bo... wydawała się w miarę adekwatna do produktu. Mam bowiem na uwadze, że nie jest to produkt do jedzenia osobno. Próbowany osobno już po malutkiej ilości odpychał. Jakbym miała go oceniać osobno, na więcej niż 3/10 by nie wyciągnął.

Najpierw postanowiłam spróbować, jak ten syrop sprawdza się w jogurcie. Nauczona doświadczeniem po 6Pak Zero Syrup Chocolate uznałam, że od razu sprawdzę dwie opcje, połowę jogurtu mieszając z łyżką surowego kakao.

Zapach z czystym jogurtem był o wiele bardziej zachowawczy, sztuczność, duszność i ciężkość ukryły się zupełnie, bo jej miejsce zajął kwasek jogurtu. Czułam za to wyrazisty, bardzo słodki... syrop, sos, polewę ciemnoczekoladową. Mleczna baza jogurtu tego wydźwięku nie naruszyła.
Syrop gęsto rozlewał się na powierzchni kremowego jogurtu typu greckiego (u mnie Piątnicy), ale nie wsiąkał w niego. Ja wolałam właśnie tę opcję, by po prostu łyżeczką zagarniać i jogurtową bazę, i sos. Wymieszanie do jednolitości nie sprawiało jednak żadnych problemów, deser nie robił się rzadszy (zrobiłam tak z małą częścią deseru). 
Z czystym jogurtem syrop wciąż był bardzo słodki, lecz jego słodycz nieco się rozeszła i była w miarę przystępna. Wciąż deserówkowo-wanilinowa, ale w sumie jedynie sztucznawa, a nie sztuczna, bo właśnie większość chemii jogurt dobrze ukrył (w deserze zniknęły te kwaśno-gryzące elementy). Pobrzmiewała minimalnie. Kwaśność jogurtu wydobyła gorzko-cierpką czekoladę i czekoladowość likierowo-truflową. Muszę przyznać, że z czystym jogurtem, syrop zaprezentował się ze swojej lepszej strony - jako całkiem w porządku syrop ciemnoczekoladowy. Właśnie tym był, bez przegięć w jakąkolwiek stronę. Z wyczuwalnymi wadami, tak jednak ogranymi przez nabiał, że do zaakceptowania. Tak, że taki deser uznałam za ok - taki, co to można zjeść, skoro syrop już się kupiło, ale można też nie kupić i nie zjeść (i tak by było nawet lepiej). Ot, takie 5/10.

Kiedy wąchałam jogurt kakaowy polany syropem, zapach syropu kontrastowo do naturalnego i charakternego kakao wydawał mi się jeszcze bardziej duszny niczym cierpko-słodki, sztuczny alkoholowy likier pozbawiony alkoholu.
Jeśli chodzi o konsystencję, ten deser oczywiście wyszedł bardziej pyliście i gęsto, w tej wersji aż nieco kleiście, acz to dodane kakao tak to podkręciło.
W obliczu gorzkiego kakao, które wyeliminowało jogurtową kwaśność, wydawał się jeszcze słodszy, przesłodzony bezsprzecznie. Jednocześnie nie utracił ciemnoczekoladowego i likierowego charakteru. Mało tego! Likierowość i truflowość nasiliły się. Ten deser chwilami przejawiał niemal ziemiste, palono kawowe zapędy. Wyszedł lekko cierpko i ciężko. Był słodko-ciężki i duszny, lecz niezaprzeczalnie kakaowo-ciemnoczekoladowy w syropowym sensie. Charakterne kakao niestety podkreśliło taniość i sztuczność sosu. Ta jednak i tak utraciła ogrom napastliwości. Stała na dopuszczalnym poziomie. Gdy zagarnęłam akurat dużo jogurtu i malutko sosu, jego smak trochę zbytnio uciekał pod naporem kakao, a słodycz i sztuczność zostawały. Z kolei gdy zagarniałam dużo sosu, łatwo o to, by zrobiło się za słodko.
Po zjedzeniu okazało się, iż kakao dodane do jogurtu świetnie zagłuszyło sztuczny posmak syropu, zostawiając jednak drapanie w gardle i motyw likierowo-sosowej czekolady. 
Taki deser był jak najbardziej do zjedzenia. Pod tym względem w zasadzie wyszedł porównywalnie do wersji z jogurtem czystym, więc zależy, na jaką bazę akurat ma się ochotę. Choć taki deser był mi za słodki, muszę przyznać, że jakiś tam swój urok miał. I znów, zwykłe 5/10.

Podobne odczucia miałam do jogurtu kokosowego z syropem (to też było takie 5/10). Wymieszałam jogurt typu greckiego Piątnicy z 2 łyżkami wiórków kokosowych (w tym trochę posypanych na wierzch), a potem dodałam syrop Hershey's - ogółem jakieś 2-3 łyżki. Zjadłam, bo zjadłam - bez emocji. Myślałam, że jakoś to lepiej zagra, a wyszło po prostu poprawnie. Było w tym połączeniu coś, co odlegle kojarzyło mi się z drażami Skawy Korsarz, jedzonymi sto lat temu. W tym zestawieniu zwróciłam uwagę na ciekawą rzecz - z tym intensywnym syropem łatwo przesadzić, ale z kolei, gdy da się go za mało i ledwo go czuć, też wychodzi osobliwy efekt.

Raz poszłam nawet dalej i maksymalnie podkręciłam czekoladowość deseru, inspirując się różnymi podwójnie i potrójnie czekoladowymi lodami i wymieszałam twarożek (jogurt typu greckiego Piątnicy i pół kostki twarogu Pilos) z ok. 2 łyżkami surowego kakao, dodałam pokruszone 6 herbatników Oreo* (wcześniej wygrzebując i wyrzucając krem z trzech markiz), a całość polałam syropem. Dodałam jakieś 1,5 łyżki, czyli ok. 20g.

Twarożek bardzo umiejętnie zaabsorbował słodycz, osłabił ją i przeplótł swoim kwaskiem. Wraz z gorzkim surowym kakao ukrył też większość chemii. W zasadzie w deserze jedynie pobrzmiewała i została trochę w posmaku, ale nie jakoś porażająco. Przy kakao i herbatnikach o gorzkawym smaku spalenizny i kakao, syrop jawił się jako nieco czekoladowo szlachetniejszy. Z ciastkami mocno osłodził deser, jednak nie przesłodził go. Było słodko, ale nie za słodko. Z proporcjami świetnie trafiłam, choć gdybym miała to robić znowu, dodałabym więcej kakao i chociaż odrobinę mniej syropu Hershey's.
Deser usatysfakcjonował i zaspokoił moją zachciankę, lecz nie mogę powiedzieć, by jakoś szczególnie mnie w sobie rozkochał.

*Na pomysł takiego deseru wpadłam już dość dawno i pierwotnie byłam pewna, że dodam krem Fudge Filosophy Oreo Cookie Spread, ale okazał się na tyle odpychający, iż uznałam, że może on tylko sprawę popsuć.
Ogólnie to takie 5/10.

Spróbowałam też z jogurtem wymieszanym z czekoladą w proszku Starbucks (ok. łyżką, czyli 16g) oraz chili (połową łyżeczki). Do takiego deseru polałam łyżkę (ok. 12g) syropu Hershey's. Baza wyszła mi ryzykownie ostra, ale właśnie tu świetnie sprawdził się Hershey's, nieco tę pikanterię poskramiając swoją słodyczą i wytrawnością, alkoholowymi zapędami. Jednocześnie chili przygłuszyło jego sztuczność i napastliwy aspekt słodyczy. Wyszło to bardzo czekoladowo i wyraźnie chili. Bez syropu czekoladowość takiego połączenia była trochę niesatysfakcjonująca.
Podczas jedzenia najpierw przy każdej łyżeczce czułam wysoką słodycz, potem rozchodzącą się po ustach wyrazistą czekoladowość, lekką cierpkość wskazującą na truflowo-charakterniejszy charakter, a potem wchodziło chili. Rosło wraz ze słodyczą i rozgrzewało, przypiekało w język razem z czekoladowością syropową. Dzięki chili i posmak po syropie nie był taki zły.
Czemuś takiemu należy się 5/10.

Mimo awersji do gotowych ryży na mleku pomyślałam, że właśnie ryż na mleku z takim sosem może się sprawdzić. W moim przypadku oczywiście mowa tu o ryżu (jaśminowym) ugotowanym na mleku, jedzonym na ciepło. I od razu muszę nadmienić, że cała konwencja dania jednak do mnie nie przemawia (charakter jaśminowego jakoś utonął w mleku). Najpierw w ogóle wyszedł mi za gęsty, to dogotowałam jeszcze trochę mleka i gorące mleko dodałam już do miski, przez co część syropu wymieszała się z mlekiem zupełnie.
Danie polałam jakoś 1,5 łyżki, noo... nie całymi 2, co było grubą przesadą (moja łyżka syropu waży około 12g, czyli dodałam jakieś 20g syropu). Niestety jednak, gdy polałam pierwszą, wyglądało to jakoś skąpo. Jak się okazało, syrop przepłynął na dół.
Jeśli chodzi o strukturę - częściowo wsiąknął w ryż / danie, łatwo się przemieszał, a częściowo pozostał sosem. Nie rozrzedził nadto ryżu, więc na konsystencję jak najbardziej pasował. Sam syrop nie zmienił się pod wpływem temperatury.
Zapach zdominował syrop Hershey's, ale... idąc w kierunku mleka kakaowego / czekoladowego, kakaowego napoju instant w wersji nieco likierowej.
W smaku podtrzymał wydźwięk kakao instant na mleku czy mleka kakaowego / czekoladowego. Przygłuszał smak ryżu na mleku. Gdy zagarniałam części, które tylko trochę przemieszały się z syropem, smakowało to delikatnie słodko i "kakałkowo", nijako jak przeciętne kakao na mleku. Ryż wydawał się przygłuszony. Z kolei gdy zagarniałam części, gdzie syrop nie przemieszał się zupełnie, a robił za sos-polewę, dominował zupełnie zagłuszając i mleko, i ryż. Wtedy to serwował pełnię swego przesłodzonego, sztucznie likierowego smaku. Całościowo jednak nie zasładzało to tak bardzo, bo jednak baza słodycz trochę poskramiała, ale i tak słodycz wyszła wysoka. Po zjedzeniu czułam sztucznie słodko-cierpki, kakaowo likierowy posmak. A w zasadzie niesmak.
Ryż na mleku i syrop Hershey's niezbyt mi do siebie pasowały. Do tego stopnia, iż chyba wolałabym jeść sam ryż na mleku. Żałowałam, że polałam aż tyle syropu. W takim daniu czuć wszystkie jego wady, a on zabija raczej delikatne danie. A jednak, jak już to zrobiłam, było do zjedzenia. I syrop na pewno z ryżem na mleku nieco zyskał, ale łatwo o to, by produkt nie do jedzenia samodzielnie, zyskiwał z czymkolwiek. Ogólnie to-to... no, niech te 4/10 ma.

Raz Mama jakoś nakręciła się na gofry (raz na dwa-trzy lata nachodzi ją na przebieżkę po tym "co to się kiedyś jadło", która obecnie często kończy się rozczarowaniem), a ja... pomyślałam, że do nich syrop Hershey's może świetnie pasować.
Zjadłam na ciepło - zrobione jak lubię, czyli miękkie pośrodku a przypieczone na chrupko po brzegach - i w tej wersji syrop wydawał się jeszcze słodszy. Niby czuć jego ciemnoczekoladowy charakter, ale jakoś... bez wyrazu. Wciąż miał w sobie coś nieco jakby alkoholowego, co niespecjalnie pasowało do gofra. Kończyłam już z jednym zimnym gofrem i o dziwo to było bardziej zgrane. Syrop wciąż był słodki, ale nic tej słodyczy nie podbijało, a z taką neutralną bazą, to i jego ciemnoczekoladowy charakter się utrzymał (bo temperatura go nie zmieniła). Może wady nieco się z gofrem więc rozeszły, ale po prostu jakoś mi syrop Hershey's smakowo do gofrów jednak nie przypasował. Bo zbyt zasładzający, a jednocześnie zbyt wytrawny? Dziwnie wyszedł po prostu. Było to zjadliwe, nie że niesmaczne, ale nie porwało. Może ja jestem już bardzo niegofrowa? Albo mi do gofrów czekoladowość nie pasuje - to najprędzej. Tego połączenia więc ani nie polecam, ani nie odradzam - tylko warto zauważyć, że ciepło podwyższa słodycz. Takiemu czemuś ogólnie mogłabym dać 4/10.

Mama też sporo pojadła tego syropu. Jak spróbowała samego, stwierdziła, że niesmaczny. Jako że najpierw wylała sobie kapkę na talerzyk i akurat miała przygotowane truskawki na podwieczorek, jedną w tym zanurzyła i stwierdziła, że "syrop w ten sposób smakował już lepiej".
Ostrożnie raz polała nim kawałek upieczonego przez siebie brownie i stwierdziła: "z ciastem takim jak brownie to ten Hershey's dopiero zyskuje! To połączenie było bardzo dobre, zwłaszcza, jak człowiekowi chce się zastrzyku słodyczy, a brownie akurat zrobiło się mniej słodkie". 
Jadła go też z lodami śmietankowymi Grycan i opisała to: "Same lody nudne, sam syrop niewarty uwagi, ale w połączeniu on bardzo zyskał. I konsystencja pasowała, i smak taki lepszy się wydawał. Bardzo dobre to było".

Syrop nie zaskoczył mnie tym, że nie sprawdził się do jedzenia osobno - myśl o takim go spożyciu przeraża. Z czymś za to jawi się jako... ot, przeciętny syrop, który można zjeść.


ocena: 4/10 (wyciągnęłam średnią i tak ogólnie, wzięłam różne kwestie pod uwagę)
kupiłam: Allegro
cena: 25 zł (za 680g; Mama płaciła)
kaloryczność: 237 kcal / 100 g; łyżka wg producenta ok. 19g - 45 kcal (moja standardowa łyżka stołowa syropu waży 12g)
czy znów kupię: nie (sama sobie bym nie kupiła)

Skład: wysokofruktozowy syrop kukurydziany, syrop kukurydziany, woda, kakao, cukier, 2% lub mniej sorbinianu potasu (dla zachowania świeżości), guma ksantanowa, sól, mono- i diglicerydy, polisorbat 60, wanilina, sztuczny aromat

czwartek, 21 grudnia 2017

Hershey's Cookies 'n' Creme biała z kakaowymi ciasteczkami

Obiecałam Cookies and Cream przy okazji Hershey's Cookies 'n' Chocolate i Dove Cookies&Cream? Obiecałam! A ja słowa dotrzymuję.
Najpierw jednak, parę słów wyjaśnienia "co i jak". Kiedy zimą 2014 udało mi się kupić tę czekoladę w Warszawie, byłam nią zachwycona. Potem w Stanach (latem 2015) znów miałam okazję ją spróbować na szlaku i też nie narzekałam, ale pierwsze zauroczenie już opadło. Z tą recenzją zwlekałam, bo... straszliwie mi się ta czekolada podoba (toż ona jest urocza! czekoladowy dalmatyńczyk normalnie <3) i nie chciałam psuć sobie wspomnień z nią związanych, ale cóż... Hershey's i odkrycie prawdy czekało, a ja miałam w szufladzie jeszcze jedną "dalmatyńczykową tabliczkę".


Hershey's Cookies 'n' Creme to biała czekolada z kakaowymi ciasteczkami.

Kiedy otworzyłam opakowanie i zbliżyłam czekoladę do nosa poczułam słodki wanilinowo-śmietankowy zapach. Prawie czysty cukier wanilinowy.
Wygląd... na dole widać pełno malutkich ciasteczek: wszystkie w kształcie kulek, przebijające się lekko także z wierzchu. 
Podział na prostokątne kostki, bez niepotrzebnych udziwnień, jak to było w przypadku Dove. 
Zakochałam się w tym wyglądzie, naprawdę... Uważam ją za przeuroczą i słodką i najchętniej bym ją tylko podziwiała, nie jedząc.

Prawie topi się w rękach, więc już czuć, jak tłusta jest.
Pierwsza kostka wylądowała w ustach i potwierdziła dwie rzeczy: jest tłusto i słodko, przy czym zwłaszcza to drugie określenie nie jest już zaletą, jak w akapicie wyżej.
Czekolada jest bowiem straszliwie słodka. Przy drugiej kostce już mi ta słodycz zaczęła przeszkadzać (a zwróćcie uwagę, jakie są cienkie i ile gramów ma cała tabliczka).

Gdyby to była czysta biała czekolada... miałabym chyba odruchy wymiotne przy pierwszej kostce.
Gdzieś pod tą słodyczą czułam smak mleka, jednak bez szału, bo bardzo mdłego mleka. Mocniejszy był raczej smak lekko maślany, w którym nie odnotowałam posmaku obrzydliwych tłuszczy. 
Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło i spojrzałam na skład: typowy dla Amerykanów zapis "oleje roślinne" i wymienione od tego, którego jest najwięcej. Owszem, jest tam też olej palmowy, ale jestem skłonna uwierzyć, że aż tak dużo go tam nie ma, albo cukier go tłumił.

Cukier z kolei został przełamany przez gorzkość i lekko słonawy smak ciasteczek kakaowych. Czekolada bardzo szybko się rozpuszcza, dzięki czemu ciasteczka dochodzą do głosu zaraz po tych pierwszych niuansach. Jest ona bardzo miękka - jak ciepła plastelina, tłusta i proszkowa, ale trafiając na ciasteczka, to na nich się skupiałam.

To jest element, który sprawił, że w gruncie rzeczy... to było zjadliwe. Jest ich bardzo dużo; więcej niż w Dove i smakują jak herbatniki typu Oreo (bez kremu), tylko może są jeszcze bardziej słonawe. Zupełnie nie wydają się słodkie.
Rozpuszczają się znacznie wolniej od czekolady, ale jak się je zębem potraktuje, to i przyjemnie chrupać potrafią. To rewelacyjny dodatek. Kiedy prawie od razu zaczyna się gryźć kostkę, prawie tłumią smak czekolady.

Tutaj pozwolę sobie podsumować to tak: jest to chyba jedyna czekolada, którą wolałam gryźć jak ciastka, a nie rozpuszczać. Kiepska czekolada... pełniła wtedy funkcję słodkiej polewy / kremu do ciastek (znikając naprawdę bardzo szybko). Wtedy było w sumie zjadliwie, chociaż wymęczyła mnie totalnie (a całej nie dałam rady i tak, mimo że to jakieś 43g).

Oceniam biorąc pod uwagę jej cenę (nie "sprowadzaną cenę", a "miejscową"), bo dolar za czekoladę (nawet małą) to w USA tyle, co nic. Leżała przy kasie obok gum do żucia w mniej więcej tej samej cenie. Przynajmniej ciasteczka mi tu smakowały. Wygląd... kocham! Jednak oczami się czekolady nie je... A to białe coś ciężko nawet czekoladą nazwać - to biała polewa z najtańszych batonów i cukierków, które samo w sobie wyciągnęłoby jedynie na 2/10.


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam
cena: dostałam, ale w USA ona nie kosztuje nawet 1 $
kaloryczność: 512 kcal / 100 g, 43 g - 220 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, oleje roślinne (tłuszcz kakaowy, olej palmowy, Shea, olej słonecznikowy i/lub szafranowy), odtłuszczone mleko, syrop kukurydziany, wzbogacona mąka pszenna (mąka, niacyna, siarczan żelaza II, monoazotan tiaminy, witamina B2, kwas foliowy), tłuszcz mleczny, częściowo utwardzony olej roślinny (sojowy i/lub bawełniany), 2% lub mniej: kakao przetworzone z alkali, serwatka, czekolada, lecytyna sojowa, wysoko fruktozowy syrop kukurydziany, wodorowęglan sodu, sól, naturalne i sztuczne aromaty, witamina E, polirycynooleinian poliglicerolu, karmel

niedziela, 1 maja 2016

Reese's Milk Chocolate filled with Reese's Peanut Butter mleczna z masłem orzechowym

Co można kupić w prezencie pt. american dream lepszego, niż gigantyczną czekoladę Reese's osobie ubóstwiającej czekoladę i masło orzechowe?
...
Wszystko.
Podziękowałam, do Polski zabrałam, ale przed otwarciem jej drżałam.
A naprawdę, kiedyś kochałam Reese's - nie wypieram się. Rok temu ich babeczki pozgarniały u mnie dziesiątki, ale... wierzcie mi, przez rok gust może zmienić się o 180 stopni, pozostając niezmiennym, bo w sumie... dalej kocham czekoladę i masło orzechowe...*


Reese's Chocolate to mająca całe 192 g czekolada mleczna z masłem orzechowym produkowana przez Hershey's. 

Otworzyłam pomarańczowe opakowanie i od razu poczułam zapach masła orzechowego i świątecznych czekoladopodobnych figurek. 

Połamałam grube kostki, które zaczęły się trochę rozpuszczać i brudzić palce. Czekolada była za miękka; jeszcze trochę a mogłabym ją rwać, a nie łamać. A była trzymana w chłodnej szufladzie!

Kiedy włożyłam kostkę do ust, zszokowała mnie jej oleista proszkowość. Dosłownie jakbym jadła jakieś mleko w proszku z cukrem i paskudnym tłuszczem, a nie czekoladę. Cukier rozszedł się po ustach i przez moment myślałam, że nic innego nie wyczuję. Nadeszła jednak chwila, w której i mleczność poczułam. Nijaki smak odtłuszczonego mleka. Wierzchnia warstwa kostki rozchodziła się błyskawicznie, ale miałam wrażenie, że trwało to w nieskończoność.
Tłuszcz oblepił mi usta, czułam go na wargach i rękach. W smaku się to nie ujawniło gorzej, niż w przeciętnej taniej czekoladzie za jakieś 2-3 zł, ale sam fakt tłustości był po prostu nadzwyczajnie obrzydliwy.
W pewnym momencie słodycz zaczynała drapać w gardle - przy pierwszej kostce!

Warstwa cukrowo-tłustej brązowej masy czekolady była straszliwie gruba, masła orzechowego było o wiele mniej, lecz w końcu i ono zaczęło się przebijać. Najpierw ujawniło się jako fistaszkowa nutka, później doszła do tego odrobina soli.
Kostka w pełni odsłoniła wreszcie miękką grudkę, jeszcze bardziej tłustą i zaklejającą od czekolady, masła orzechowego. To był po prostu olej z masłem orzechowym i cukrem.
Prawda, wyraziście orzechowe z przyjemnym wybawieniem, jakim była sól. Natknęłam się na malutkie kawałki orzechów, które tylko tyle, że były. Masło to wydało mi się wilgotne, w przeciwieństwie do tego z babeczek Reese's.

W końcu drapanie w gardle było już nie do zniesienia. Gorzej, niż bym jadła sam cukier, bo tu cukier złączył się z najgorszą paletą tłuszczy. Wydawało mi się, że przez kilka kolejnych dni nie wymyję ust z warstwy tłuszczu.

Nie potrafię za bardzo odnieść się do chociażby Wawela z masłem orzechowym, ale... poziom smaku jest chyba wyrównany. Nadzienie Reese's jest chyba mimo wszystko bardziej takim słonym masłem orzechowym, niż nie wiadomo jakim kremem. W przypadku Reese's nie znam ceny itp., a teraz pewnie i Wawelowi inną ocenę bym wystawiła.

*...kocham dobrą czekoladę i dobre masło orzechowe, a to idealne antonimy do tej czekolady.


ocena: 2/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

sobota, 26 marca 2016

Hershey's Nuggets Milk Chocolate with Toffee & Almonds mleczna z toffi i migdałami

W mojej szufladzie ze słodyczami dalej zalega parę rzeczy z USA. Niektóre kupiłam sama, niektóre dostałam jako "słodka wizytówka Ameryki". Cieszę się z jednych i drugich (mimo że te drugie są kiepskiej jakości - chcę jednak mieć dokładny przekrój "słodyczy Ameryki"). O tyle, o ile np. wciśnięte mi dwa pozostałe Clif Bar'y oddałam mamie po tym paskudztwie, draże i batony Reese's po  jednym gryzie / drażu wywaliłam do kosza, tak wszystkie przywiezione czekolady na blogu się pojawią.


Dzisiaj o czekoladkach, które jadłam ostatnio około 5 lat temu (podczas poprzedniego pobytu w USA) i w których wtedy się zakochałam. Co ciekawe, mleczne i ciemne "czyste" wydawały mi się wtedy okropieństwem nad okropieństwami. Tę pakę kupiłam na prośbę Mamy "tylko pamiętaj o tych pysznych czekoladkach!", licząc się z tym, że większość powędruje właśnie do niej, ale... byłam za bardzo ciekawa jak je teraz odbiorę, a mniejszych niestety nie było.

Hershey's Nuggets Milk Chocolate with Toffee & Almonds to mleczna czekolada (w formie czekoladek) z toffi i migdałami, a dokładniej z siekanymi smażonymi migdałami.

Skład przeczytałam dopiero w domu, więc nie dość, że zniechęciło mnie samo słowo "smażone" (tam jest "roasted in", czyli tyle co "prażony w", a moje doświadczenie mi mówi, że "prażone w..." to to samo co "smażone"; dodatkowo wstęp piszę po spróbowaniu, a i dalszy mnie w tym utwierdza... - "i / lub", ah ta precyzja).

Po otwarciu torby okazało się, że czekoladki nie przetrwały podróży. To chyba jeden jedyny produkt, który tak wygląda - czekoladom nic nie jest, a tu... sami widzicie.

Kiedy rozwinęłam złoty papierek, poczułam zapach mleczny z pewną dziwną nutą. Nie były to czyste rzygi, jakie czułam w przypadku czystej mlecznej Hershey's (jestem już "po" chociaż recenzja jeszcze przed Wami), ale taka nuta... mało czekoladowa i podjeżdżająca pod plastelinowe wymiociny.

Pierwszy gryz. 

Czekolada okazała się twarda, a także dość powoli rozpuszczająca się. W konsystencji bardzo przeciętna, zwyczajna: tłustawa w maślany sposób, lekko proszkowa.
Jest jej dużo, więc trochę mija, nim odsłania dodatki. Jak smakuje? Słodko. Nie tam zaraz cukrowo, ale jest bardzo słodko. Oprócz tego jest znacząco mleczna i maślana. Nie jest to wyrazista czy głęboka mleczność, a taka właśnie najzwyklejsza, przeciętna i bardzo proszkowa.

"Chrupaczy" na szczęście jest dużo, bo takie zwykłe kiepskiej jakości czekolady od dawna już mnie za bardzo męczą. Są to kawałki migdałów (duże, średnie i malutkie) oraz kawałki dość twardego toffi. Jednymi i drugimi czekolada trochę przesiąkła, dzięki czemu nieco przełamywały jej słodycz.

Migdały miały w sobie taki trochę smażono-tłusty element, co mi jakoś tak średnio pasowało, ale nie zabrakło im też wyrazistości smaku migdałów samych w sobie. Przyzwoicie chrupały.
Tak samo z resztą toffi, które nie było ani tak twarde jak w Daim'ie, ani tak włażące w zęby jak w Toblerone. Konsystencję miało zbliżoną do migdałów, a smak... też był taki lekko tłusto-"smażony", może minimalnie jakby słonawy, ale w gruncie rzeczy te kawałki były po prostu karmelowe. Niestety, tak, jakby do karmelu tego dodano stary tłuszcz w ilości znikomej, ale jednak.

Przez te tłusto-smażone nuty i kiepską czekoladę, czar wspomnień prysnął. Nie były obrzydliwe w stylu "zabierzcie je ode mnie!"; jako coś słodkiego do pochrupania bez rozmyślania nad tym pewnie by zdały egzamin, ale ja takich bezsensownych chrupaczy nie szukam. Na pewno jest to jednak jeden z lepszych wariantów Hershey's.
I tak, po chyba trzech sztukach resztę oddałam mamie - była zachwycona. ;)


ocena: 6/10
kupiłam: Welgreens
cena: 3.50 $
kaloryczność: 526 kcal / 100 g; 4 szt (38 g) - 200 kcal
czy kupię znów: nie

poniedziałek, 29 lutego 2016

Hershey's Cookies 'n' Chocolate mleczna z kakaowymi ciasteczkami

Czeka Was parę recenzji czekolad z USA - lepszych i tych, powiedzmy sobie, "pospolitych", z którymi, przyznaję się, dość długo zwlekałam. Mam w niektórych już pewne rozeznanie i średni mi się do nich spieszy.
O czystej czekoladzie mlecznej Hershey's nie mogę powiedzieć, że jest bardzo niesmaczna (o tym może kiedy indziej, bo teraz to już słabo pamiętam), ale jej zapach... powala i to w najgorszym możliwym tego słowa znaczeniu.

Zastanawiałam się, czy z czekoladą mleczną, ale dodatkowo z kakaowymi ciasteczkami, Hershey's Cookies 'n' Chocolate, będzie to samo. Czekolada ta wydaje się być bardzo podobna do Bellarom z ciasteczkami, która straszliwie mi smakowała, więc dochodzi kwestia tego, czy amerykański twór podoła wyzwaniu. 


Kiedy otwierałam opakowanie, bałam się najgorszego. Rozerwałam je, wyjęłam tabliczkę i... pierwsze pociągnięcie nosem było niemal neutralne. Zapach skojarzył mi się z mlekiem w proszku, czymś odrobinę stęchłym, ale po chwili przeszło to w zwyczajny zapach mleka i rozpuszczalnego kakao, średniej jakości. Smrodu, który odnotował się w mojej pamięci przy mlecznej Hershey's, tu nie wyczułam, chyba, że to na początku, to było właśnie to, tysiące razy osłabione. 

Mile zaskoczona, połamałam prostokątne kostki, których spód był bogato udekorowany wypustkami, sugerującymi, że ciasteczek w środku jest całkiem sporo, i pierwsze z nich powędrowały do ust. 
Nie musiałam zbyt wiele czekać, by czekolada zaczęła się rozpuszczać. Była maślano-tłustawa, toteż przyszło jej to z łatwością. W tym, całkiem przyjemnym tłuszczyku, znalazło się także miejsce dla odrobiny proszkowatości, która na szczęście, po chwili się jakoś ulotniła. 
Jeśli chodzi o smak to... czekolada jest bardzo słodka. Przy drugiej kostce miałam wrażenie, że za słodka, ale nie wydała mi się tylko z cukru zrobiona. Czułam mleko i to bardzo wyraźnie, ale... zabrakło mi tu pewnej świeżości, albo po prostu większej intensywności. 
Całość skojarzyła mi się z trochę lepszą niemiecką Milką - czuć, że to czekolada (mimo że z niższej półki), ale żadnej goryczki, czy kakaowej wytrawności, chociaż wiadomo - tego się nie szuka w czekoladach z tej kategorii.

Silna słodycz byłaby minusem, gdyby nie fakt ją neutralizujący.
Kakaowych ciasteczek, w formie małych kulek, znalazło się w czekoladzie całkiem sporo. Rozpływały się zdecydowanie wolniej niż czekolada; gdy im się na to pozwoliło - rozmiękały i przypominały wręcz kawałki ciasta, a gdy zęby szły w ruch - należycie chrupały. Osiągnięto złoty środek, czyli: konsument może jeść na różne sposoby i każdy powinien być zadowolony.
Ze smaku również, ponieważ nie były słodkie, a zdecydowanie bardziej minimalnie gorzkawe, przypieczone i... ze słonawą nutką, pojawiającą się na samym końcu.

Kakaowe ciasteczka, jako równoważnik do słodkiej czekolady, wyszły bardzo dobrze. Cała Cookies 'n' Chocolate wyszła bardzo dobrze, zwłaszcza, jak na mleczną Hershey's. Nie było straszliwie słodko, chociaż wiem, że większej ilości nie chciałabym zjeść. W kwestii samej czekolady fajerwerków nie ma (niby nie jest źle, ale najlepiej też nie), ale ciasteczka przyjemnie ją urozmaiciły. Do Bellarom nie ma nawet porównania, aczkolwiek tabliczka jest łatwa i przyjemna, chociaż dla mnie mimo wszystko nieco za słodka.


ocena: 8/10
kupiłam: USA, nie kojarzę gdzie dokładniej
cena: nie pamiętam, coś koło 1 $
kaloryczność: 477 kcal / 100 g, 43 g - 205 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada mleczna 84 % (cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, masa kakaowa, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), ciasteczka 16 % (mąka pszenna, cukier, częściowo utwardzony olej roślinny (z soi i/lub nasion bawełny), kakao przetworzone z alkali ?, serwatka w proszku, masa kakaowa, wysoko fruktozowy syrop kukurydziany, środek spulchniający, E500, sól, lecytyna sojowa, E476, naturalny i przetworzony aromat waniliowy, karmel (E150d)

poniedziałek, 9 marca 2015

Hershey's Candy Cane Mint Candy with Candy Bits biała z miętowymi cukierkami

Wszyscy czekają już na święta wielkanocne, na sklepowych półkach pojawiają się czekoladowe zające, jesteśmy zasypywani słodkimi jajkami o różnych wariacjach, a ja wreszcie wyciągnęłam ze swojej słodkiej szuflady Hershey's Candy Cane Mint Candy with Candy Bits, czyli świąteczną edycję białej czekolady z miętowymi cukierkami. Świąteczna? Świąteczna! To nic, że trochę nie te święta, ale w końcu trzeba zjeść, no nie? 


Do białej czekolady mam mieszane uczucia. Albo bardzo mi ona smakuje i jestem w białym niebie (white power xD), albo próbuję jak najszybciej pozbyć się z ust okropnego, przesłodzonego smaku. Wszystko oczywiście zależy od składu, firmy, no wiadomo. Na skład białych czekolad, w tym tej, narzekać nie będę, bo... widziały gały co brały i tyle. A jakby się zastanowić to z tą nie jest jeszcze tak źle. 

Po otwarciu, moim oczom ukazała się cienka, z minimalnym żółtawym zabarwieniem, czekolada, podzielona na 4 paski, po 4 kostki każdy. Od razu rzuca się w oczy, że czerwonych cukierków nie poskąpili. Tutaj zrobiłam się podejrzliwa i jeszcze raz zerknęłam na opakowanie. Miętowa. To dobrze, bo kolor tych malutkich kropek jakoś mi się z truskawkami skojarzył i już do produktu nastawiłam się raczej sceptycznie. Zapach ma zwyczajny, jak każda inna biała czekolada, którą zaliczam do tej jadalnej grupy. Powoli dochodzimy (hehe, humor rodem z gimbazy) do smaku, czyli do sedna.
Pierwsze, co uderza w kubki smakowe, to intensywny smak mięty. Nie jest on zbyt mocny, ale nie ma najmniejszego problemu z wyczuciem go. Mini kuleczki przyjemnie chrupały pod naciskiem zębów, a wraz z rozpływaniem się samej czekolady zaczęłam skupiać się na innych smakowych nutach. Czuć śmietankę, słodycz oczywiście, może nawet jakby wanilię i raz jeszcze słodycz, co nie powinno być zaskoczeniem... To w końcu biała czekolada.
Wracając jeszcze do samych cukierków, są one tak malutkie, że gdy próbowałam je jakoś oddzielić, to nie wyczuwałam żadnego konkretnego smaku, więc o nich samych w sobie nie jestem w stanie nic powiedzieć. Ogólnie wszystko to jakoś ciekawie się łączy. Smak jest kompletnie nowy, w porównaniu do połączenia zwykłej czekolady z miętą, który to występuje już od dawna. Mimo mojego początkowego uprzedzenia do czerwonych kulek (co czerwone to złe! xD), muszę stwierdzić, że ogólnie smakowała mi. Dodatkowy punkt czekolada otrzymuje za to, że ten smak jest po prostu nietypowy, a na polskim rynku w ogóle niespotykany. 


ocena: 8/10
kupiłam: cosslodkiego
cena: 6.99 zł
kaloryczność: 220 kcal / 43 g czyli 512 kcal / 100 g 
czy znów kupię: nie, nawet gdybym miała okazję (smaczne, ale jako ciekawostka)