Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: grzyby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: grzyby. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 listopada 2022

Vosges Lab VHC Walnut and Chanterelle 80% Cacao ciemna orzechowa z orzechami włoskimi, kurkami (grzybami) i solą

Na koniec poznawania nowej linii Vosges zostawiłam czekoladę, po której nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Grzybową propozycję tej marki już próbowałam jako Vosges Reishi Walnut 72 % Cacao, ale obstawiałam, że ta będzie zupełnie inna. Nie dość, że dodano zupełnie inne grzyby, to jeszcze cała formuła diametralnie różna. Muszę jednak przyznać, że ciekawiła mnie o wiele bardziej, zanim dokładnie wczytałam się w skład, a więc w to, czym jest. Czekolada chyba tylko pozornie o wysokiej zawartości kakao z kurkami? To jednak nieszczególnie do mnie przemawiało. Kurkowa Georgia Ramon 70 % Pfifferlinge / Chanterelles mnie nie chwyciła, a tu dodatkowo smucił fakt, że uwielbiana marka tak oszukała z kakao i podliczyła także tłuszcz, na którym się ta kompozycja oparła.

Vosges Lab VHC Walnut and Chanterelle 80% Cacao to czekolada o zawartości 80 % kakao (tłuszczu, miazgi, pulpy, białka i mąki / proszku) orzechowa z orzechami włoskimi (w postaci mąki / proszku), grzybami (kurkami) i solą; słodzona cukrem kokosowym i wanilią.

Po otwarciu poczułam ziemię oraz mocno palony zapach orzechów włoskich i kawy, przy czym orzechy włoskie z czasem przybrały jeszcze na wyrazistości. Do tego doszła wysoka słodycz wanilii i rześka, która aż zahaczała o słodzik. Daleko w tle wyłapałam niejednoznaczne, suszone grzyby wchodzące nieco w klimat mousse'u kakaowego o takowym akcencie, a trochę osadzone w ziemistości.

Ciemna tabliczka w dotyku była minimalnie tłustawa, raczej sucho ulepkowata, sugerowała pylistość. Przy łamaniu okazała się krucho-twarda. Trzaskała bardzo głośno. W przekroju widać mnóstwo kryształków i drobinek koloru żółtego. W zasadzie, przebijające kropeczki widać już gołym okiem na spodzie.
Odgryzanie kawałka było jak wgryzanie się w utwardzony krem na bazie chłodnego masła z mocno trzeszcząco-pylistym, chwilami kryształkowym motywem.
W ustach rozpływała się dość szybko. Była jedynie odrobinkę tłustawa, trochę jak suchawa pasta z orzechów; na pewno nie gładka. Wyraźnie natomiast sucho-mączna, proszkowa. Brak jej kremowości, znikała trochę wodniście z węgielnym efektem bliżej końca, pozostawiając drobniutkie grudki pyłku, trzeszczące jak drobinki marcepanu drobineczki i kawałki beżowobiałe oraz miękkie drobinki żółte, które aż trudno trafić zębem i resztki kryształków. Te w dużej mierze rozpływały się wraz z resztą, acz i na koniec zostawały. W zależności od kęsa zostawały różne dodatki. Niestety parę razy był to większy kryształek soli. Do tego po wszystkim utrzymywała się pylistość, suchość. Trafiłam na może z 5 miękkawych "cosiów", które z czystym sumieniem mogę określić mianem kawałków, nie drobinek (okazały się orzechami).

W smaku pierwsza uderzyła palona kawa. Bardzo mocno palona i gorzka oraz... z nutą ziemi? Ziemia zaraz pojawiła się w pełnej okazałości i również zagrała na gorzki wątek. Bardziej jednak wilgotny, aż rześki. Równie szybko, co uderzyła, złagodniała.

W ciągu kolejnych chwil zrobiło się bardzo rześko. Odpowiadała za to słodycz. Wzrosła prędko. Wydała mi się w dużej mierze aż słodzikowa, dziwnie chłodząco-przenikliwa. A także soczysta? Zaraz przemieszała się z wanilią, co nadało jej nieco szlachetniejszego wyrazu, acz cały czas odbierałam ją jako dziwną.

Wanilią właśnie musiano posłodzić kawę... Kawę czekoladową albo już raczej gorące kakao. Gorzkość została udelikatniona słodyczą, a ja mniej więcej w połowie rozpływani się kęsa wyobraziłam sobie kakao zrobione na orzechowej wegańskiej alternatywie mleka. Odnotowałam orzechy włoskie. Cechowała je delikatność, lekka gorzkawość.

Gorzkość ogólna stała na całkiem niezłym poziomie, emanując od kakao, które było wyraźnie wyczuwalne w swej proszkowej, jak i "zaparzonej" formie, jednak... to gorzkość, czy nawet gorzkawość, bardzo wygładzona. W końcu do głowy przyszedł mi mousse kakaowy o mocno grzybowej nucie. Suszone grzyby przewinęły się wśród tego wszystkiego, acz nie był to smak ani mocny, ani w zasadzie jednoznaczny.

Epizodycznie podskakiwać (za sprawą niektórych rozpuszczających się kryształków) zaczynała słodycz. Sprawiała wrażenie nieco chłodnej, niby w pewien sposób zgaszonej, a jednocześnie dziwnie "czystej", przez co mocno przykuwała uwagę.

Z czasem dość często, ale nie przy każdym kęsie przebijała się sól. Również w niej było coś rześkiego, lecz - wiadomo - podyktowała kompozycji słonawy wątek. Na przemian a to przełamywała słodycz, a to podkręcała ją na zasadzie kontrastu. Z czasem tło oklapło i wydało mi się łagodne, aż orzechowo-mączne.

Orzechowo-kawowa nuta zeszła właśnie w motyw orzechowej mąki. Zrobiło się aż mdło-delikatnie, gorzkość niemal odeszła w niepamięć. Słodycz wyszła dziwnie chłodno-rześko, słodzikowo-lukrecjowo (obstawiam, że to wina maltodekstryny?), co przełożyło się na ogólnie wodnisty efekt pod koniec.

Wyłaniające się drobinki podnosiły rześkość, mdłą słodycz jakby niczego (myślałam o nich jako o  "słodkiej wodzie"). Gdy zaś zniknęła już czekolada, kryształki były po prostu słone lub nieco słodzikowe, a jasne drobinki dziwnie "żadno-suszono-słodkawe" (żółte) lub po prostu nijakie (bardziej białe?). Pojedyncze małe kawałki orzechów włoskich smakowały nimi autentycznie: delikatnymi, surowymi.

Po zjedzeniu został posmak słonawy i cierpkawo-kakaowy, ale nie gorzki. Wróciły natomiast ewidentnie orzechy włoskie, podkreślone ziemią. Czułam też rześko-waniliową słodycz. Nie była wysoka, ale znacząca.

Całość niezbyt mi podeszła. Nie była zła, ale jakoś niczego w niej przyjemnego nie znalazłam; na pewno nie zgadłabym tych 80% (btw, "ładnie" to wszystko zliczyli, bo tłuszcz kakaowy na pierwszym miejscu). Sól, mimo że ogólnie nie było jej dużo, mi przeszkadzała (wolałabym, by nie było jej ani trochę). Palona kawa i ziemia zaczęły dobrze, ale potem orzechy włoskie niknące w mączności jakoś niestety nie sprostały oczekiwaniom. Prosty smak kakao wyszedł na plus wbrew pozorom, bo ciekawie się kojarzył. Nienachalna grzybowość była, a i właśnie wyszła też w miarę w porządku. Kurek bym nie zgadła, ale one nie mają zbyt charakterystycznego smaku, a tu w dodatku tyle soli... Coś mi jednak też nie grało w rześkiej słodyczy i końcowej mączno-wodnistości. Konsystencja proszkowo-wodnista, z drobinkami też zupełnie nie moja. A jednak nie jest to czekolada zła; jak na to, czym miała być chyba w miarę spoko wyszła. Nie rozumiem tylko dodatku soli i maltodekstryny, bo nie dość, że w smaku niczego pozytywnego nie wniosły, to jeszcze uczyniły strukturę nieprzyjemną.


ocena: 7/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 6 $
kaloryczność: 643 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, cukier kokosowy, odtłuszczona mąka z orzechów włoskich, owoc kakao (białko z ziarna kakaowego*, proszek / mąka z kakao), wanilia (maltodekstryna, wanilia), puree z pulpy kakaowej, sproszkowane grzyby kurki (pieprznik jadalny), sól Baja Gold (z Zatoki Kalifornijskiej)

*to zamiennik kakao w proszku

sobota, 24 kwietnia 2021

Vosges Reishi Walnut 72 % Cacao ciemna z grzybami reishi, orzechami włoskimi i solą morską

Dziwne czekolady mnie interesują, jednak obecnie musi to być "dziwność uzasadniona", czyli taka, która może wyjść smacznie. Nie lubię dziwności przesadzonej dla samego szokowania. Kiedyś, gdy  odkryłam, że wśród czekolad można znaleźć takie dziwa, co się filozofom nie śniły, ciekawiło mnie więcej i to właśnie znacznie ryzykowniejszych. Zrobiłam się bardziej sceptyczna i po prostu bardziej cenię głębię smaku kakao. Odkąd tylko poznałam Vosges, zakochałam się. Oni łączą szokującą dziwność i smakowitość - to lubię niezmiennie od lat! Dzisiaj opisywana tabliczka właściwie była jedną z pierwszych, jakie mi w oczy wpadły, ale nie widziałam jej w USA stacjonarnie, a akurat gdy organizowałam zamówienie w sklepie online (dwa razy!), była niedostępna. W końcu jednak udało mi się ją zdobyć. Kiedyś... intrygowały mnie grzyby w czekoladzie. Teraz? Liczyłam na harmonijne, pyszne i dziwne połączenie, bo i już jadłam parę tabliczek z grzybami, ich nuty w sumie lubię. Nie zmieniło się tylko to, że wielce się cieszyłam, że dodano akurat orzechy włoskie - kochane przeze mnie odkąd pamiętam.

Vosges Reishi Walnut 72 % Cacao Reishi mushrooms + walnuts + sea salt to ciemna czekolada ciemna o zawartości 72 % kakao ze sproszkowanymi grzybami reishi, prażonymi orzechami włoskimi i solą morską.

Po otwarciu wyraźnie poczułam gorzkawe orzechy włoskie, w których asyście uderzył mnie mocno palony, gorzkawy zapach przywodzący na myśl kawę i muliste, kakaowe ciasto z orzechami. Było w tym coś ziemiście-grzybowego, ziołowego, a także lekko truflowego i kakaowo-grzybowego. Mimo wytrawności, nie brakowało słodyczy, która wydawała się należeć do wręcz przypalonego karmelu. Z wytrawnością i grzybowo-mulistą nutą łączyła to szczypta soli. Mimo wszystko w ciemno nie powiedziałabym, że to czekolada z grzybami (obstawiałabym jedynie takie nuty).

Tabliczka łamała się z chrupkim trzaskiem, była bowiem dość twarda. Miała w sobie jednak także pewną kruchość, którą podkręcały też dodatki. Nie pożałowano ich!
W ustach czekolada rozpływała się powoli i maziście-gęsto. Wydała mi się lepka i dość tłusta, ale nie męcząco. Z czasem okazała się znacząco proszkowo-ziarnista, z pylistym elementem, co... jakoś pasowało. Kojarzyła mi się trochę z mokrym, bardzo drobnym piachem lub zawilgoconym cukrem muscadavo (znam go tylko ze słodyczy).
Nie była przesadnie najeżona dodatkami, choć trudno o kęs bez choćby drobinki orzecha. Wielkość miały różną: drobnica, parę większych. Orzechy okazały się krucho-chrupiące, twardawe i przyjemnie w tym świeże; chwilami lekko tłusto-soczyste. Plątało się przy nich też trochę rozpuszczających się drobinek soli. Miałam wrażenie, że sproszkowane grzyby chwilami to proszek... nie tak bardzo sproszkowany. Kilka razy trafiłam na dość spore, twarde grudki rozpadające się na malutkie grudki. Proszek i orzechy zostawały mi na koniec, po czekoladzie, więc chrupiąc orzechy czułam też trzeszczenie / skrzypienie proszku. Skojarzyło mi się to z lepką kawą rozpuszczalną (robi się taka, gdy zostawi się w pobliżu pary lub ostatnio taką cechę wykazuje pogorszona Bellarom).

W smaku czekolada od początku rozniosła po ustach spokojną gorzkość. Miała palony, węgielny i zarazem zawilgocony klimat. Niczym mokre ziarna kawy na dnie filiżanki i ziemia, korzenie porastające muł i kawowe bagno. Oprócz sporej ilości czarnej kawy, czułam lekko drzewno-orzechowy motyw i gorzkość trudną do nazwania. Obracała się w ziołowych klimatach, jednak nie były to "zioła po prostu".

Gorzkość ta wydała mi się ciepła i częściowo mieszająca się ze słodyczą. Ta zaś miała wydźwięk szlachetnego, mocno palonego karmelu. Może trochę miodowego? Jak miód pitny pikantnawą? Ciemnego, palonego i... spływającego jak lepka żywica po korzenio-orzechach? I... coś lepkawego było jeszcze w tych mocniejszych tonach. Po pewnym czasie karmelowa słodycz została podkreślona subtelną, ale wyraźnie wyczuwalną solą. Razem grzecznie podążały za niesiekierową, a spokojną gorzkością. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa splot ten skojarzył mi się z kakao na mleku lub mleku "zakakaowionym" od jakiś kakaowych płatków zbożowych. Może ze słonawą nutą? Mignęło mi jakieś wytrawniejsze i bardziej słonawe wydanie czegoś nesquikowo-chocapicowego.

W drugiej połowie w kakaowo-ziemistych, mulistych nutach odnotowałam bardziej zbożowo-ziołową nutę. Pomyślałam o węglu, jakiś suszonych roślinach, a po chwili już wiedziałam. To grzyby. Wzrosła też gorzkość orzechów i gorzkość... zwęglonego zboża? Trochę przypalonego ciasta z orzechami? Trafiłam na epizodycznie pojawiającą się sól, która sprawiła, że kompozycja poszła w bardziej wytrawnym kierunku. Wtedy wyraźnie mogłam stwierdzić, że to orzechy włoskie i "jakby grzyby". Podłapałam aluzję nawet do czegoś zawilgocono-pieczarkowego, ale mogła to być autosugestia. Miało to bardzo leśno-zawilgocony klimat. Taki też jak... zwęglone i zawilgocone drewno i... coś lekko goryczkowato-podpleśniałego. Potem jednak znów zalewała to kawa (rozpuszczalna? może zabarwiona na czekoladową nutę?).

Niska słodycz bliżej końca troszeczkę wzrosła, trafiła na kawę, która bez dwóch zdań była łagodną kawą czarną. Całość złagodniała i zaczęła znów przejawiać mleczne skłonności. Sól nie wystąpiła odrębnie, a jedynie przewijała się wraz z otoczeniem, lekko je podkreślając. Na przód wyszła też przyjemna cierpkawość (w dużej mierze kakao).

jest i grzyb
Dodatki gryzione pod koniec i na koniec smakowały w pełni sobą. Smakowite, świeżawe orzechy włoskie zachwyciły i wpisały się w ogólnie gorzkawy klimat. Jeśli były podprażone, to minimalnie.
Wspomniałam, że trafiłam na parę grzybowych grudek (koloru beżowego), które w smaku wydały mi się gorzko-ostre jak grzyb / pleśń (to jest mi znane z serów pleśniowych).

Razem zostały w posmaku wraz z kakaowo-grzybowym (jak czasem potrafią smakować kremy / mousse'y kakaowe), muliście-ziołowym i palono-węgielnym echem dość gorzkim, trochę cierpko ściągającym. Mimo to, ważną rolę odegrał karmel, ale i słodkawo-kakaowy motyw. Czułam orzechy włoskie bardzo wyraźnie, a także poczucie słonawości (bez smaku soli). Było też wrażenie, jakby zapić coś kawą rozpuszczalną... nie do końca rozpuszczoną?

Całość wyszła interesująco i smacznie. Nuta grzybowa wpisała się w palono-kawowy klimat, przez co była bardzo sugestywna (można to uznać za plus, jak i minus; czytałam, że reishi są po prostu bardzo gorzkie, więc może stąd nie było mocno grzybowego smaku, a nieźle gorzko już owszem?). Wydobyła z tego bardziej węgielno-muliste tony. Sól popodkreślała co nieco i połączyła pewne nuty, np. dodając palono karmelowej słodyczy w sposób zgrany. Orzechy włoskie to najlepszy możliwy wybór dzięki ich smakowitej gorzkości. Wydaje mi się, że samo kakao bardzo podkreśliły. Może to też sprawka grzybów? Te zbożowo-kakaowe nuty.
Dodatki dodano w dobrej formie (orzechy wprawdzie podrobiono jak nie lubię, ale nie odebrało im to smaku, a sprawiło, że cała czekolada nimi nasiąkła) i ilości. Po wielu nieudanych, wreszcie trafiłam na czekoladę, gdzie doskonale rozwiązali kwestię soli - czuć ile trzeba, ale nie zostawała i nie zasalała. Proszkowość nie męczyła, a nie wiem, jak wyszłyby kawałki grzybów. Struktura to może niezbyt moja bajka, ale nie była zła.
Dosłownie 1/4 kostki dałam Mamie, by jej to dziwo po prostu pokazać i trochę się pośmiać. Opinia, jaką usłyszałam: "Jak w ogóle można coś tak okropnego zrobić? Niesmaczna, nic w niej nie czułam, żadnych grzybów, a gorzkość tylko. I jakaś struktura proszkowa, dziwna taka". Nie rozumiała, jak mi to mogło smakować, a ja... uznałam, że gorzkość musiała być wcale nie taka spokojna jak ją odebrałam, że aż tak na nią podziałała.
Trochę dziwnie czuję się ją oceniając, bo nie znam smaku grzybów reishi (na podstawie paru grudek wywnioskowałam, że... smakują mało grzybowo, a ostro-gorzko). Czuję, że zaniżyłam jej ocenę, bo smakowo to na pewno 9, ale jednak ta struktura... Wiem, może nie dało się inaczej, ale sproszkowane reishi wyszły osobliwie (a np. grzybowa Naive Porcini była idealnie gładka).
Całościowo jednak wyszła na pewno smaczniej od GR 70 % Pfifferlinge / Chanterelles.


ocena: 8/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 8 $
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, naturalny aromat waniliowy), tłuszcz kakaowy, sproszkowane grzyby reishi, orzechy włoskie, sól morska

niedziela, 14 czerwca 2020

Georgia Ramon 70 % Pfifferlinge / Chanterelles ciemna z Dominikany z kurkami (grzybami)

Po paskudnych brokułowej Broccoli & Salted Almonds i buraczanej Beetroot & Coconut (z czego sama kupiłam tylko pierwszą) uznałam, że nie mam zamiaru kupować żadnych dziwnych, kontrowersyjnych czekolad Georgia Ramon. Uwielbiam tę markę, ale dzięki czystym ciemnym. Białych po prostu nie lubię, białe wytrawne mnie odrzucają. Wiele miesięcy temu jednak jakoś chociaż jednej dziwnej oprzeć się nie mogłam. Ostatecznie na kupno zdecydowałam się tylko dlatego, że to nie biała. Zanim jednak zabrałam się za jej zjedzenie, minął bardzo długi okres i już nie byłam pewna, jaka to czekolada. Zaczęłam więc się jej bać (zamiast sprawdzić) i uznałam: dobra, tego a tego dnia otwieram. Dopiero siadając do napisania wstępu przypomniała mi się Naive Porcini - przecież ta mogła wyjść podobnie! Grzyby i czekolada to dziwny duet, acz taki, który czasem wychodzi fajnie. Borowiki i ciemna mleczna? Mniam. A kurki? Smaczne, delikatne grzyby... nie spodziewałam się więc ohydnej siekiery. Jak tak pomyślałam... jednak była nadzieja.

Georgia Ramon 70 % Pfifferlinge / Chanterelles to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Republiki Dominikany z grzybami: kurkami.

Zaraz po otwarciu poczułam harmonijny, dualistyczny zapach orzechowo-palonego kakao i suszonych, łagodnych kurek albo raczej leciutko grzybowo-kurkowej suszoności. Właśnie ta suszoność wydała mi się wyjątkowo istotna. Zawarła w sobie suszone owoce, rozchodzące się z kolei na soczyście słodko-kwaśne rodzynki i bardziej podsuszono-pudrowe czerwone (mniej jednoznaczne). Suszona nuta, mieszająca się z palonym wątkiem kojarzyła mi się trochę z ziołami i makaronem, a z czasem to, jak i nuta kurek (im bardziej się z kompozycją oswajałam, tym ta wydawała mi się bardziej określona, a nie "grzybowa") sugerowały odrobinkę soli.

Tabliczka okazała się przyjemnie twarda, z czego wynikały głośne trzaski. Mimo iż normalna, sprawiała wrażenie lekko suchawej.
W ustach rozpływała się bardzo powoli, długo zachowując zwartą formę, jakby niechętnie, acz w sumie realnego oporu bardzo nie stawiała. Poniekąd była maślano-kremowa, ale niegładka, a szorstko-proszkowa (mączna?), lekko suchawa. Bardziej opływała wodnisto-tłustymi smugami, niż zalepiała, acz jej tłustości wcale nie odebrałam jako zbyt silnej. Nie wydała się też sucha, a jedynie z suchawą sugestią; chwilami w ogóle kierowała się ku lekkiej soczystości. Dziwna to struktura, niezbyt w moim guście, ale w miarę przystępna. Wszystko to pewnie wynika stąd, że dodatek dodali pod postacią suszonych sproszkowanych kurek.

W smaku od pierwszej chwili czułam pudrowo-suszony klimat.

Przywitała mnie subtelna, ale pewna siebie słodycz. Lekko palono-karmelowa, trochę owocowa i właśnie pudrowa - rozeszła się na wiele wątków, mieszając się z bardziej wytrawnymi nutami. Poczułam soczyste owoce: odległe lekko pudrowe czerwone i o wiele więcej soczystych. Były to soczyste suszone... może lekko kwaskawe (?) rodzynki. Przed oczami miałam złote suszki...

...których smak za sprawą pudrowo-suszonego motywu zaraz uplasował się w klimacie bardziej wytrawnym, acz wciąż łagodnym. O ile początkowo pobrzmiewało to jako "kurzowa nuta czegoś suszonego", tak mniej więcej w połowie wyraźnie poczułam delikatne grzyby kurki. Wydały mi się wręcz słodkawe. Doszedł do nich maślano-śmietankowy wątek. Kakao nie szarżowało, a dołączało do reszty poprzez takie właśnie delikatne akcenty.

Zaraz zrobiło się bardziej orzechowo-palono, ja zaś pomyślałam o pszenicznym makaronie i grzybach... A dokładniej o kurkach na maśle. A także maślano-mousse'owatym motywie grzybowo-kakałkowym. Odpowiadał za powrót do słodyczy, tworząc zamknięty krąg.

Pod koniec suszkowatość zrobiła się lekko gorzkawa, a wśród palonych orzechów i makaronowo-kurkowych nut doszukałam się soli. Jak w lekko słonawym maślanym karmelu i... maślano-kurkowym omlecie posolonym jedynie do smaku. Końcówka zrobiła się wyraźnie kurkowa, przy czym wyłapałam też zioła i przyprawy. Natrafiłam też na odległe echo czerwonoowocowego wina, również o "podprawionym" charakterze.
Wszystko to było jak jakieś delikatnie przyprawione danie (omlet / makaron) z kurkami na maśle, a jednak wciąż niekontrastowo czekoladowe. 

Gdy kawałek już znikał, nagle robiło się aż zaskakująco czysto kurkowo.
W posmaku pozostała delikatna, maślano-karmelowa słodycz i suszkowaty motyw kwaskawych rodzynek, wymieszany poprzez maślaność i suszkowatość z grzybowymi kurkami i kakao o głównie orzechowym wydźwięku. Wszystko to wyszło niemal pikantnie przyprawione, co zupełnie mnie zaskoczyło.

Całość, mimo iż w zasadzie wyrazista w smaki, była bardzo, bardzo łagodna niczym takie właśnie danie (nie że mdło). Subtelnie orzechowo-maślane, czekoladowe tło z nutami soczystych rodzynek, słodkiego karmelu i pudrowych owoców czerwonych świetnie współgrało z nienachalnymi suszkowatymi kurkami. Smak grzybów nie próbował przejąć pierwszego planu, ale był tam - razem z wieloma innymi nutami, że można by się nawet nabrać, iż płynął z czekolady.
Coś nie grało mi w strukturze (lubię szorstkie czekolady, ale w tej było coś "nie po mojemu"; tak samo jak lubię gdy rozpływają się powoli - ale nie tak powoli, jak by nie miały na to ochoty jak ta). Podobnie nuta pudrowa cały czas mi przeszkadzała, a i maślaność wolałabym niższą, choć na szczęście były na tyle niskie, że nie wyprzedziły pozytywów.
Tak coś czuję, że część miazgi zastąpili tłuszczem kakaowym i tu zrobiła się luka dla grzybów (bo zastanawiałam się, czy np. zrezygnują z części cukru czy jak). Całość dobra, ale nie porwała mnie.
Z ciekawości, dwie mikrokosteczki dałam Mamie, zobaczyć, jak ona te grzyby odbierze. I... nie czuła kurek (jakichkolwiek grzybów), a chciała wypluć bo "paskudna, straszna, jakaś... ziemia, zioła, gorycz, ohydna".

Bliżej niż do dziwnej GR Elderberry & Yogurt o paskudnej strukturze i dziwnym efekcie smakowym, tej tabliczce jest do zgranej Naive Incan Berry. Naive to jednak ogólna eksplozja smaków, kurkowa GR to raczej uładzona ciemna, wzbogacona o ciekawy dodatek. Jak Elderberry & Yogurt wyszła zaskakująco mało słodko, tak ta - jak na 70 % z grzybami - wydała mi się zaskakująco słodka (co uważam za plus, bo w końcu to czekolada, a nie obiad).
Spodobało mi się też, że wyłapałam nutę czerwonych owoców, które prawie zawsze czuję obok orzechów w dominikańskich tabliczkach (przeważnie jako wiśnie / wino / porzeczkowe wino).


ocena: 7/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25,99 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 518 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone kurki (pieprznik jadalny) 11%

środa, 23 maja 2018

Zotter Labooko Medium Raw 75 % ciemna surowa z Peru z acai, chorellą zieloną herbatą, grzybami reishi i korzeniem maca

Z czystymi ciemnymi czekoladami Zottera mam jeden problem: w momencie, gdy otwieram nadziewaną po nadziewańcu (mają stosunkowo krótkie daty), dla urozmaicenia sięgam wtedy po plantacyjne innych marek - żeby nie zrobiło się za zotterowo, a Labooko... leżą i leżą, czekając. A przecież ciemne nie zawodzą. Ostatnio, mimo kolejnego zamówienia nadziewanych (ale tym razem tylko paru), postanowiłam wreszcie i z Labooko ruszyć (tym bardziej, że weszło wiele nowości - mam wszystkie). Zdecydowałam się na czekoladę, która ciekawiła mnie... właściwie odkąd poznałam tę markę. To idealne przejście z nadziewanych, do ciemnych, bo... to czekolada z dodatkami, ale w wersji "gładkiej".
Modę na zdrowe odżywianie i surową żywność Zotter troche tu wyśmiał, gdyż w istocie nieprzekraczanie pewnej granicy temperatury podczas prażenia kakao to jedno, ale pozostaje przecież jeszcze fermentacja, mielenie itd. ziaren. A co czekolada straci przez to wszystko?! Oj, to już Zotter sam doda. Wyszło więc średnio surowe "cuś" (wszakże z autentycznie surowym ziarnem - suszonym).

Zotter Labooko Medium Raw 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % surowego kakao trinitario (miazga + tłuszcz) z Peru z regionu Alto Huallaga (nad rzeką Huallaga), której czas konszowania wynosi 12 godzin z acai, chlorellą, zieloną herbatą, grzybami reishi i korzeniem maca.

Po otwarciu poczułam zaskakująco jednoznaczny zapach palonej, wręcz odymionej, kawy z herbaciano-ziołowym i orzechowym tłem. Miało to jednak w sobie coś bardziej soczyście-wilgotnego, przywodzącego na myśl czarną ziemię i cytrusy (surowość). Od ziemi odchodziła też nutka słodkich owoców leśnych - jagód i malin?

Ciemna tabliczka, o jakby czarno soczystym ("jagódkowym") kolorze, przy łamaniu pięknie trzaskała, a w ustach rozpływała się gładko kremowo, w umiarkowanym tempie, niemal oleiście zalepiając usta. Przy tym jednak także wysuszała.

Od pierwszego kęsa wydała mi się głównie gorzka w kontekście przede wszystkim dymnym. Dym, całe mnóstwo dymu. Suszone (odymione) zioła, dym unoszący się... wraz z jakimiś siarkowymi oparami. Suszone zioła jakoś nie mogły się z tym zgrać... nagle wydały mi się bardziej rozmokłe... wodorostowe (algowe)?

Dość szybko pojawiała się jednak i słodycz. Nie była zbyt silna, wydała mi się wręcz orzeźwiająca, choć początkowo po prostu karmelowa (również odymiona).
Wprowadziła też pewną "neutralnawość", niepewnie błądzącą między gorzkawością masła / oleju (jak olej kokosowy?), a orzechami (wyrazistymi - prażonymi brazylijskimi, gorzkimi włoskimi).

Po tym znów przybrała na sile nuta siarki, wnosząc lekki kwasek. Tutaj pojawiła się i odrobinę cytrynowa nutka, ale... przyjemnie rozpłynęła się w ziemistych, wilgotnych nutach (też trochę kawowych?). Raz i drugi wyłapywałam jakieś goryczkowate, cierpkie owoce - na pewno bardzo ciemnego koloru. Wiśnie? Czarne porzeczki? Coś aroniowo-jagódkowego?

Wspomniana ziemistość miała w sobie coś niemal fermentowanego... jak suszone, podfermentowane (kwaskowate) figi... Słodycz z karmelowej zaczęła zmieniać się w... słodycz masy makowej. Jakby lekko stęchły mak, wysypany na czarną, mokrą ziemię i taka... "jagódkowa" makowość w towarzystwie gorzkawych, korzennych przypraw (kardamon? gałka muszkatołowa?) były tym, co przyszło mi na myśl.

Na końcówce robiło się bardziej... Lekowo-ziołowo gorzkawo i przyjemnie słodko. Skojarzyło mi się to z kwaskowatą kawą i naturalnie gorzko-słodką herbatą zieloną, choć obie zostawały w posmaku bardziej jakby płynąc z kakao o znów mocno dymnym charakterze (kawa to ewidentnie nuta kakao, ale herbata jest jako dodatek).

Całość bardzo mi smakowała, bo wyszła właśnie "gorzkoczekoladowo" przede wszystkim. Jej charakter określiłabym jako mocny i bezkompromisowy. Czułam w niej i surowość, i nuty znane ze zrobionej z kakao z tego samego regionu Labooko Peru "Huallaga Nativo" 75 % (wilgoć, orzechy, ciemne owoce), a dodatki nie wyszły zbyt nachalne, raczej wkomponowały się w czekoladę. Miała nutki podchodzące pod coś "obrzydliwszego", ale to takie "tak obrzydliwawo-dziwne, że aż pyszne". Może nie jest to nic rewolucyjnego, ale na pewno porządny kopniak wyrazistych smaków!


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 601 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: miazga kakaowa, cukier kokosowy, tłuszcz kakaowy, acai 1%, chlorella 01,%, zielona herbata 0,1%, sól, grzyby reishi (lakownica żółtawa) 0,03%, korzeń maca 0,03%.

niedziela, 16 kwietnia 2017

(Mulate) Naive Porcini ciemna mleczna 62 % z Tanzanii z borowikami

Naive to linia organicznych ubrań... Albo nie. Od początku. Kiedy stanęłam przed możliwością zakupu dziś opisywanej czekolady, nie zastanawiałam się nawet sekundy ze względu na oryginalny dodatek. Nie wiem, czy kojarzycie borowikowego Zottera Candied Cranberries; wiem, że ja go pamiętam bardzo dobrze, i to w każdym możliwym tego słowa znaczeniu. To czekolada, której nie da się zapomnieć, która mi bardzo smakowała. Wiem jednak, że wielu osobom wydała się okropna, nie do przejścia, więc myślę, że podobnie może być z dzisiejszą.

Tym razem jednak to nie pomysłowy Zotter, a czekolada marki Chocolate Naive. Szukając o niej informacji znalazłam House of Naive, czyli litewską linię ubrań i, prawdę mówiąc, zaczęłam mieć pewne obawy. Potem jednak okazało się, że producentem jest litewski Mulate nie raz nagradzany za swoje tabliczki, więc... Jak to się mówi: "na dwoje babka grzybiarz wróżył".

Naive Porcini to ciemna mleczna czekolada o zawartości 62 % kakao pochodzącego z Tanzanii z liofilizowanymi borowikami, które stanowią 4 % tabliczki.

Po otwarciu trochę się zdziwiłam czując przede wszystkim suszone grzyby, które bez problemu mogłam nazwać borowikami, mimo że znawcą grzybów nie jestem. Nie byłabym pewnie tak skołowana, gdyby nie czekoladowa otoczka, która była ewidentnie słodka, nieco prażona, lekko mleczna i nawet trochę pod owocową podchodząca. Było dziwnie i zarazem pociągająco.

Tym bardziej, że tabliczka miała ciemny kolor sugerujący raczej ciemną, niż mleczną. Lekki trzask - to samo. W ustach jednak robiła się idealnie kremowo-tłustawa, "gęsta", nieco zalepiająca. Dodatek został idealnie zmielony (obawiałam się grzybowych drobinek, a nie ma tu najmniejszej grudki).

W smaku grzybowa nuta wydała mi się jeszcze intensywniejsza, niż w zapachu. Już od pierwszej chwili dominowała, a potem tylko natężała się. Wyraźny smak borowików sprawił, że początkowo nie byłam pewna, czy nie zaplącze się tu potem jakaś nutka obrzydliwości.

W tle pojawiała się wyrazista czekolada, jednak przy pierwszych kęsach miałam problemy ze skupieniem się na niej, bo po prostu borowiki za bardzo przyciągały uwagę.

Czekolada okazała się jednak mocno kakaowa. Nie była za mocno prażona, za to pieściła kubki smakowe niezwykle intensywnym smakiem orzechów laskowych. Mleko pozostawało w tle, łączyło się ze słodyczą, która wraz z rozpuszczaniem się kawałka, coraz bardziej wychodziła na przód (pozostawiając mleko nieco w tyle).

W pewnym momencie robiło się bardzo słodko i bardzo orzechowo. Pojawiały się drzewne nuty, przyjemnie podkreślone soczystością. Ona była tu nieco... suszono-kwaskowata... żurawinowa! O tak, może nie był to jedna z mocniejszych nut, ale wyrazistości nie można jej odmówić. Rewelacyjnie to wszystko wpasowało się w grzybowe klimaty, które (jak się człowiek przyzwyczaił) przestawały wydawać się aż tak dominujące.

Końcówka i posmak należały już tylko do słodkiej czekolady. Czułam wtedy na maksa podkręcone orzechy laskowe, w kakaowym wydaniu oczywiście, lekką drzewność. Potem do posmaku tego wszystkiego dołączało subtelne mleko.

Przyznam, że czekolada może wydawać się kontrowersyjna. Smakowała wyraźnie borowikowo, ale smakowitość czekolady się w tym nie zagubiła. Mało tego! Jej orzechowe nuty i akcent żurawiny genialnie wpisały się w całość. Może było trochę za słodko, ale w sumie... gdyby dać mniej cukru mogłoby już nie być tak smakowicie czekoladowo (a np. grzybowość mogłaby wydać się już nieco obrzydliwa).
Właściwie byłam zszokowana tym, jak bardzo czysta czekolada z borowikami, może przypominać złożonego nadziewańca borowikowo-żurawinowego właśnie. Mało tego, nuty laskowców i żurawiny bardzo podchodziły pod to, co zaserwowała mi neapolitanka Pralusa Tanzanie 75 %.
Intrygująca i smaczna, czekoladowa ciekawostka.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 19,99 zł (za 55 g)
kaloryczność:  nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, czysty tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, liofilizowane borowiki (4%), lecytyna słonecznikowa

wtorek, 1 marca 2016

Zotter Kandierte Preiselbeeren / Candied Cranberries mleczna kasztanowa 40% nadziewana kremem z borowików z rumem, soją, jabłkowym octem balsamicznym, rozmarynem oraz suszoną żurawiną

Kiedy chciałam zamówić Basmati Rice with Saffron, (której dokładny opis znajdziecie na blogu Sex Coffee & Chocolate) usłyszałam, że niestety, ale tej nie zamawiają, bo musieli by zamówić całe pudełko, a ta czekolada... nikomu nie smakuje. Wtedy padło też, że tak samo jest z "dziwną" Kandierte Preiselbeeren, którą już wtedy na szczęście miałam w moich zbiorach. Takie określenia tylko jeszcze bardziej rozbudziły moją ciekawość.


Zotter Kandierte Preiselbeeren lub Candied Cranberries to mleczna czekolada kasztanowa, o zawartości 40 % kakao, nadziewana kremem (55%) z borowików z rumem, soją, jabłkowym octem balsamicznym, rozmarynem, solą oraz kandyzowaną żurawiną (6%).

Rozwinęłam złoty papierek i zobaczyłam jasną, lekko rdzawą, tabliczkę o niezbyt ambitnym wyglądzie oraz intrygującym zapachu. Od razu poczułam tu kakao, borowiki i rum. W momencie kiedy zbliżyłam tabliczkę do nosa, zaczęłam wyławiać także pewną orzechowość, pochodzącą z kasztanowej czekolady, znaną mi z A Piece of Forest i Chestnut in & out. Wszystko to, zamknięte było w wyraziście słodko-mlecznej otoczce.

Przełamałam. Czekolada nie była zbyt twarda, chociaż jej wierzchnia warstwa jest naprawdę solidna. Nasilił się wtedy zapach i doszedł do niego pewien element bardziej owocowy.

Spróbowałam samej czekolady i powiem Wam, że jest to ta sama słodka i smaczna kompozycja kojarząca się z orzechowym-ziemniakiem (czyt. kasztanami), co w dwóch wyżej podlinkowanych kasztanowych tabliczkach, z tym że... ta tutaj była lekko nasiąknięta rumem i o wiele bardziej grzybowym posmakiem.

Nadzienie... trochę rozczarowało mnie pod względem konsystencji. Był to miękki i zbity, lekko proszkowy i bardzo tłusty na sposób maślany, prawie-ulepek. Rozpuszczało się dość szybko, ujawniając małe kawałeczki suszonej żurawiny.

Jeśli zaś chodzi o smak... Wydało mi się bardzo słodkie, ale na pewno nie ulepkowate. W tej słodyczy było coś bardziej ordynarnego niż w większości czekolad Zotter, a zarazem jakby mniej słodkiego. Tutaj wpychał się rum, pozbawiony takiej bezpośredniego alkoholowego smaku. Przyjemnie rozgrzewał i wydobywał akcent jabłkowego octu balsamicznego oraz nutki wanilii. Przy nim także pojawiała się pewna pikanteria, lekko rozchodząca się w ustach, i nasilająca się w gardle.

To wszystko było jednak jedynie koroną na głowie głównego smaku. Przy tym wszystkim stał niepodważalnie grzybowy smak. Bez czytania składu i opisu poznałabym tu borowiki w towarzystwie przypraw. Myślę, że dość dobrze czuć rozmaryn i może odrobinkę cynamonu, chili.
Pewien ziemniaczano-orzechowy motyw czekolady jak gdyby jeszcze bardziej uwidaczniał ten właśnie kontrowersyjny smak. Mało tego, samo nadzienie też miało w sobie coś z orzechowej nuty, ale ona była bardziej pod soję podchodząca. Było odrobinę słonawe, co wgryzało się w ocet i resztę przypraw, ale było nie do pominięcia.

Co jakiś czas napotkana sucha i twarda, a zarazem soczysta, żurawina dodawała kwasku, który przebijał to wszystko, a potem... czułam borowiki jakby spotęgowane.
Cały czas w tej rumowo-słodkiej otoczce, która za sprawą grzybów przestała wydawać mi się słodka.

Ta czekolada to nie gra na skojarzeniach. Ona jest po prostu... wytrawnym daniem zamkniętym w tabliczce. Obniżam punkt za konsystencję oraz mimo wszystko za silną słodycz.
Gdyby tu była ciemna, albo ciemna mleczna czekolada kasztanowa... mogłabym się zakochać.
To zdecydowanie niezwykła, mało czekoladowa, czekolada, którą osobiście traktuję jako "czekoladową ciekawostkę", która większość osób na pewno obrzydzi. Ja jednak lubię wyszukane, dziwne i kompletnie pokręcone smaki.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 490 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, żurawina, pełne mleko, masa kakaowa, cukier puder, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, kasztany w proszku, borowiki w proszku, rum, orzechy włoskie, odtłuszczone mleko w proszku, masło, jabłkowy ocet balsamiczny, proszek sojowy (soja, maltodekstryna, syrop kukurydziany), lecytyna sojowa, sól, wanilia, rozmaryn, cynamon, chili Bird's eye, anyż