Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Millesime. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Millesime. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 listopada 2023

Millesime Chocolat Guatemala Terroir Cahabon Feves Trinitario Noir 74 % ciemna z Gwatemali

Nie myślałam, że jakoś tak się wciągnę w Millesime. Wyglądały niepozornie, a ich opakowania do mnie nie przemawiały. Wiadomo jednak, że liczy się wnętrze. A to do pospolitych na pewno nie należało. Producent zawsze opisuje kakao konkretniej, nie ogranicza się do podania kraju jego pochodzenia. Dzisiaj opisywaną np. zrobiono z kakao od rdzennych rolników Q'eqchi Maya, którzy ponoć kakao uprawiają, jak starożytni Majowie przykazali.

Millesime Chocolat Guatemala Terroir Cahabon Feves Trinitario Noir 74 % to ciemna czekolada o zawartości 74% kakao trinitario z Gwatemali, z regionów Cahabon i Lachuá.

Po otwarciu poczułam soczysty zapach soku / kompotu z kwaśnych suszonych śliwek i... jakby cały owocowy susz na coś takiego. Także odrobinkę kwiatów przekładających się na słodycz i trochę świeżości. Kompozycja ogólnie była bardzo świeża; przypominała jeszcze zielone orzechy, krążyła wokół jakiś zielonych, roślinnych nut i chwaliła się młodymi orzechami. Wyraźnie czułam zielone, słodkie winogrona. Do słodyczy tej podkradło się więcej suszonych nut jako rodzynki oraz drewno, drzewa, trochę przypraw - m.in. szczypta suszonej kozieradki? Kwaśno-słodki bukiet zwieńczyły czerwone, surowe i soczyste morele oraz białe wino.

Nielśniąca, twarda zwłaszcza w grubszych miejscach, tabliczka odznaczała się masywnością podczas łamania, acz... można domniemywać, że w ustach łatwo zmięknie. Trzask był raczej głośny.
W ustach rozpływała się średnio szybko. Miękła jakby powierzchownie. Wydawało się, iż bazowo, wewnątrz zachowuje twardość. Wydała mi się też ogólnie jakby proszkowo-ziarnista, a powierzchownie nieco aksamitnie nietłusta. Trochę tylko, w mleczny sposób. Z czasem ujawniała soczystość i chwilami jakby wygładzała nieco proszkowość, zostawiając poczucie... i pylistości, i soczystości. Sporo było w niej w dodatku chrupkiego niedomielonego kakao, które raz po raz gryzłam (gdy sama czekolada się już rozpuściła).

Już robiąc pierwszego kęsa poczułam się, jakbym ugryzła słodkie, chrupiące zielone winogrono. Polała się jego wysoka, soczysta słodycz.

Smak ogólnie wydał mi się zielony, roślinny. Pomyślałam o młodych, zielonych drzewach. Poprzez nie wemknęła się gorzkość i znacząco wzrosła. Za nią podążała ostrzejsza, świeża nuta drzew właśnie.

Do winogron z kolei dołączyły kompotowe śliwki. Słodko-kwaśne i soczyste. Specyficznie ciężko słodkie... zaprosiły cały susz owocowy, w tym wyraźnie sporo rodzynek. Lekka wytrawność z tła podszepnęła temu splotowi białe wino.

Gorzkość i drzewa z czasem przywołały orzechy. Żadne konkretne, ale delikatne i niemal maślane. Z racji całej zieloności pomyślałam też o orzechach niedojrzałych (a po zgooglaniu hasła "zielone orzechy" znalazłam jakieś zielone orzechy włoskie na nalewki" - coś takiego by pasowało do klimatu, jakim uraczyła mnie ta czekolada). Wpisywały się w słodycz, kojarząc się trochę z nugatem. Ta ogólnie wzrosła, odbijając w nieco karmelowym kierunku. Suszone owoce nie protestowały.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa suszone owoce i drzewa, rośliny zaobfitowały w kwiaty. W nich znalazła upust ostrawość. Wyobraziłam sobie kwiaty polne i kwiaty dzikie. Kwiaty... chwastowate i charakterne. Może też lekko ziołowo-przyprawowe, niczym charakterniejsze, mocno owocowe białe wino?

Z suszu owocowego wyskoczyły morele. Okazało się, iż te wcale nie są suszone, acz słodkie na pewno. Lekko kaszowate... a jednak mimo to kwaśne. Pomyślałam o soczystych morelach czerwonych. Podłapały to cytrusy, chyba głównie cytryna. Podkręciły razem kwaśność i soczystość, zmieniając suszone, kompotowe śliwki w twarde i soczyste śliwki czerwone. Ogólnie jeszcze jakieś inne czerwone owoce musiały tam przemknąć. Całość jednak mocno kwaśna nie była. Kwiaty stały na straży tego. W pewnej chwili poczułam bardzo słodkie róże, które jednak zaraz zniknęły.

Gorzkość w tym czasie już nie rosła, ale umocniła się. Zrobiła się wręcz ziemiście dosadna. Zza drzew i roślin, orzechów, posypała się sucha, rozgrzana ziemia. Podkręciły ją ciepło-goryczkowate przyprawy. Mignął mi chyba cynamon... Pomyślałam też o kardamonie... zielonym (to już była wizja wyraźniejsza). Znacznie "świeższym" od zwykłego. Pilnował, razem z innymi, chyba też suszonymi liśćmi kozieradki, by nuta zielonych liści, roślinności nie uciekła.

Kontrastowo pod koniec w owocowej strefie wyłapałam lekką pudrowość / cukierkowość. Słodko-kwaśną lemoniadę cytrynową? W nią musiało zmienić się białe wino.

Po zjedzeniu został posmak cytrynowo-śliwkowy, czego trzymały się czerwone owoce, w tym właśnie czerwone śliwki (i morele?). Czułam też zieleninę, zielone liście i jakby dopiero dojrzewające (takie jeszcze nie do jedzenia?) orzechy. Za nimi, o powadze i szlachetności, przypominała ziemia i drzewa. Drzewa lekko ukwiecone.

Czekolada smakowała mi i intrygowała. Zielone winogrona, śliwki z suszu owocowego i sam cały susz, czerwone morele i czerwone śliwki oraz podkręcenie tego cytryną i owocowym białym winem zacnie zgrały się z roślinnym, drzewnym i "zielonym" wątkiem. Zielone, niedojrzałe orzechy, trochę ziemi i liście zmieszały gorzkość ze słodyczą roślinnie-kwiatową. Stały na jednym poziomie, złączone akcentem świeżych przypraw: zielonego kardamonu i liści (głównie suszonej kozieradki). Niespotykana, choć nie przekonała mnie jej struktura, rozpływanie się i lemoniadowa końcówka.

Cukier cytrynowy po drzewnym, przyprawowym występie i splocie cytryn z wiśniami Ethicoco Craft Chocolate 75 % Guatemala Origin kojarzył mi się trochę z lemoniadą, drzewami i owocami dzisiaj opisywanej.
Śliwki, winogrona (ale ciemne), cała winorośl, rodzynki i cytryny przypomniały mi trochę French Broad Guatemala Dark Chocolate 73% o znaczącej nucie przypraw, choć podlinkowana miała nieprzyjemny wydźwięk słodyczy "scukrzenia" i po prostu białego cukru.
Millesime znalazła się - na odbiór w smaczności - pomiędzy nimi.


ocena: 8/10
cena: 26,50 zł (dostałam zniżkę, cena półkowa to 30 zł za 70 g)
kaloryczność: 562,61 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 10 sierpnia 2023

Millesime Chocolat Mexique Terroir Soconusco Chiapas Feves Criollo Chantutu Noir 80 % ciemna z Meksyku

Millesime zaczęły mi się już kojarzyć bardzo dobrze. Obstawiałam, że kolejna tabliczka nie będzie zaskoczeniem. Mimo że kakao z Meksyku potrafi nutami zaskakiwać. O tym konkretnym poczytałam, że zostało zebrane z południa kraju, gdzie od lat rośnie szlachetna odmiana. Raczyli się nią azteccy królowie i kapłani.

Millesime Chocolat Mexique Terroir Soconusco Chiapas Feves Criollo Chantutu Noir 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao criollo chantutu z Meksyku, z regionu Soconusco, ze stanu Chiapas.

Po otwarciu uderzył bardzo jednoznaczny zapach ciemnych, granatowych winogron. Były słodkie, acz z cierpkawo-winnym akcentem. Obok znalazły się również bardzo słodkie rodzynki i chyba trochę suszonych fig. Za nimi wlokły się upite, niemal zasładzające śliwki - także suszone. Oczami wyobraźni patrzyłam na wilgotne, maziste śliwki kalifornijskie. Zapachowi jednak nie brak rześkości. Mieszała owoce z odrobiną kwiatów. Sporo do powiedzenia miały w tej kwestii winogrona. Pomagały, podkręcając roślinną świeżość i soczystość. Dopłynęło do nich trochę soku / napoju z wiśni. Ten słodko-kwaskawy splot prezentował się na orzechowo-cynamonowym, znacząco prażonym tle. Tam znalazło się też sporo prażonych migdałów i... odrobina ciężkawego (dusznego?) marynowanego imbiru.

Tabliczka była twarda - zwłaszcza tam, gdzie była grubsza (bardzo, bardzo gruba). W momencie odgryzania kęsa, twardość uciekała przed taką... masywnością, poczucia konkretu, ale już jakby zapowiadającego miękkość.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie. Wydawała się mięknąca z zewnątrz, jakby w środku kryła twardy, konkretny, rdzeń. Ogółem wyszła średnio gęsto i tylko chwilami trochę aksamitnie. Dość szybko robiła się bardziej szorstkawa, proszkowa, ale też soczysta. Trafiło mi się w niej sporo wręcz drobinek niedomielonego kakao. Odznaczała się niską (w sumie początkowo jakby wręcz nieobecną) tłustością.

W smaku od początku dała się poznać jako gorzko-słodka za sprawą prażenia i karmelizowania, nawet odrobinki dymu.

Tuż za tym znalazł się kwasek. Błyskawicznie przeszył powyższe nuty wiśniami. Pomyślałam o owocach świeżych: zarówno bardziej, jak i mniej dojrzałych. Jak kwasek smagnął, tak się trochę zreflektował. Wiśnie przybrały na słodyczy i zmieniły się w sok, napój wiśniowy.

W tym czasie rozwinęło się prażenie. Poczułam karmelizowane i prażone migdały, a po chwili też migdały w cynamonie. Odnotowałam przy któryś trochę gorzkawych skórek, które sprawiły, że słodko-ostry cynamon też wydał mi się gorzkawy. Musiało go być bardzo dużo, bo aż lekko rozgrzewał.

Karmel... wprowadził maślany akcent, po czym zetknąwszy się z soczystymi owocami nieco przycichł. Dołączyły do niego suszone figi - delikatne, o złotym kolorze. Choć suszone, były soczyste i miękkie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz w dużej mierze zrobiła się suszono owocowa, mimo że karmel nie odpuścił. Pojawiły się rodzynki, także soczyste i jędrne. Od nich słodycz podłapały owoce świeże.

Obok soku / napoju z wiśni pojawiły się winogrona o granatowym, niemal czarnym kolorze. Wiśnie umknęły, mignęły maliny... acz to właśnie winogrona zaczęły dominować. Z owoców przodowały dość długo. Dołączyły do nich słodkie, suszone śliwki kalifornijskie. Takie maziście-lepkie, wnoszące wątek kompotu. Wpisał się w niego też sok i/lub napój wiśniowy. Wyłapałam tu też motyw konfiturowy, dżemowy, poprzez który wemknęła się odrobina kwiatów. Przez owoce te przewinęło się też raz po raz alkoholowe ciepło.

Kwiaty wiązały się ze świeżością, acz i swoistą słodką ostrość wplotły. Rodzynki i śliwki wydały mi się przez moment nasączone procentami. Rodzynki z racji tego miały w sobie coś z goryczki... A potem kwasek odciągnął od niej uwagę. Chyba wyłapałam w nim trochę soku z cytryny. Owoce mimo wszystko nieco się uspokoiły i roztaczały esencjonalną, ciężkawą słodycz. Część suszonych zaczęła wydawać mi się aż lekko scukrzona.

Ciężka zrobiła się też gorzkość, w której rozwinął się dym. Prażona nuta wciąż miała wiele do powiedzenia za sprawą migdałów. Myślę tu o prażonych, ale już nie tylko w cynamonie, a z różnymi przyprawami korzennymi. W zasadzie może to nie tyle migdały prażone w przyprawach, co po prostu prażone migdały w towarzystwie przypraw. Z tych wyróżniłabym jeszcze goryczkowaty kardamon. Słodycz i kwiaty podsunęły też duszno-ciężkawy marynowany imbir (oczami wyobraźni patrzyłam na żółty).

Kardamon zaprosił trochę czarnej, palonej kawy. Wydała mi się jakoś związana z dymem i... ledwo uchwytna. Przyprawom łatwiej szło w utrzymaniu się, acz nie były wyraziste tak, by je ponazywać. Z czasem do nich i migdałów dołączyły różne orzechy.

Orzechy wplotły trochę maślaności, co ze słodyczą fig końcowo wyszło już delikatniej. W dodatku słodko-ostrawy, lekko goryczkowaty cynamon połączył je z prawie gubiącą się nutką kwiatów.

Po zjedzeniu został posmak ciemnych winogron i wiśni (soku?) jako słodko-kwaskawy i cierpkawy, soczysty wątek z tłem nieco... alkoholowym? Ostrym, rozgrzewającym - czy to właśnie od alkoholu czy niedookreślonych przypraw korzennych. Czułam też trochę dymu i migdało-orzechy, bardzo rozmyte.

Całość była wprost przepyszna. Granatowe winogrona i sok z wiśni, sugestie alkoholu, acz tylko za sprawą owoców i całkiem sporo gorzkości dymu, przyprawy urzekły mnie. Wyraziste migdały podkręcone innymi orzechami wyszły cudnie. Prażenie choć znaczące, nie było nachalne. Podobnie zresztą słodycz suszonych owoców (rodzynki, figi, śliwki) z wątkami kwiatów, kompotu była istotna, lecz nie zasładzająca.
Podobało mi się, jak nietłusta, nawet charakternie szorstkawa (co zgrało się z nutami smakowymi, bo dało efekt jakby była autentycznie z przyprawami była), lecz wolałabym, by rozpływała się gęściej i wolniej. To jednak niemal niezauważalny minus, na który oko mogę przymknąć.

Prażone orzechy, przyprawy i soczystość kojarzę dobrze także z GR Almendra Blanca Mexico Agrofloresta Mesoamericana 91%, a wszystko to, ale również lekka alkoholowość przypomniała mi Cluizela Plantation Mocaya 75 % Mexique / Mexico, acz... ten z charakteru nie był zbyt podobny.


ocena: 10/10
cena: 26,50 zł (dostałam zniżkę, cena półkowa to 30 zł za 70 g)
kaloryczność: 564,76 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 20 lipca 2023

Millesime Chocolat Tanzanie Terroir Kilombero Valley Region de Morogoro Feves Trinitario Noir 76 % ciemna z Tanzanii

Millesime to moje nowe odkrycie. Może nie wielka miłość czy kolejny cud świata, jednak bardzo przyjemna marka, o której dowiedziałam się, gdy pojawiła się możliwość zakupu paru ich tabliczek. Po tej spodziewałam się zacnej degustacji. Producent w jej opisie przypomniał, co znaczy nazwa wioski, z której pochodzi kakao: "Mbingu" to w języku Swahili "raj". Kooperatywa Kokoa Kamili robi wszystko, by pomóc lokalnym farmerom hodować kakao tradycyjnie, ażeby końcowo w czekoladzie można było poczuć najprawdziwszą Tanzanię wysokiej jakości. To ogromne wsparcie finansowe lokalnym, co naprawdę cieszy. Czekolady robione na ziarnach od Kokoa Kamili zazwyczaj wychodzą pysznie, więc i tym razem czułam, że będzie zacnie.

Millesime Chocolat Tanzanie Terroir Kilombero Valley Region de Morogoro Feves Trinitario Noir 76 % to ciemna czekolada o zawartości 76 % kakao trinitario z Tanzanii, z doliny Kilombero, z okolic wioski Mbingu.

Po otwarciu poczułam kwaśność jogurtu i kefiru, sugerujących koktajle, shake'i owocowe. Te aż przepychały się! Dominowała słodka pomarańcza - zarówno świeżo wyciśnięty sok, jak i nieco gorzkawa, świeżo starta skórka. Tuż za nią pobrzmiewała marakuja i słodsze gruszki... Choć mimo słodyczy tych owoców, także kwaśność była wyrazista. Pomyślałam o kwaśnych jabłkach, brzoskwiniach - chyba w towarzystwie "cięższych" bananów - i ananasie. W oddali zaznaczyły się też delikatne orzechy, które otoczyła palona nutka. Jej i owocom spójność zapewniła słodycz karmelu, tylko że jakby trochę daktylowego.

Tabliczka była twarda i masywna, ale jakby tylko pozornie. Już w dotyku zdradzała aksamitność i tłustość. Trzaskała średnio głośno, a gdy robiłam kęsa, w ogóle sprawiała wrażenie miękkawej. Trochę się kruszyła.
Rozpływała się średnio szybko, a nawet... chwilami dość szybko. Była zbita, acz tylko średnio gęsta. Opływała jakby miękkawymi smugami naprzemiennie z soczystymi falami, które ujawniały proszkowość. Chwilami wydawała mi się nieco ziarnista z racji obecności niedomielonych drobinek kakao i kryształkowa. Efekt ten sprawił, iż odebrałam ją jako zupełnie nietłustą. Pod koniec robiła się z niej ziarnista i soczyście-wodnista zawiesina.

W smaku pierwszy uderzył słodki, wyraźnie palony karmel i owoce. One także właśnie słodycz reprezentowały.

Pierwsze wyrwały się dojrzałe, soczyste brzoskwinie, a zaraz za nimi gnały pomarańcze i mandarynki. Szybko to właśnie słodkie, soczyste mandarynki zaczęły dominować wśród owoców. Cytrusowość ogólnie umacniała się, bo oto pojawił się sok z cytryny. Nie przełożył się jednak na silną kwaśność.

Karmel nieco kontrastowo zrobił się bardziej palony. Przy nim odnotowałam echo po prostu cukru trzcinowego. Pomyślałam o trzcinie... Po niej przyszła pora na drzewa i drewno raczej palone. Gorzkość zaznaczyła swoją obecność i zaczęła leniwie rosnąć.

Owoce trochę zwolniły, a ja wyłapałam coś spokojniejszego i słodszego - chyba jakieś ciemne jagody. Poczułam suszone daktyle raczej twardego typu, dodające owocom pewnej... stateczności? Połączyły je z karmelem, tworząc ze słodyczy jeden, spójny splot.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność poszła w nieco mlecznym, a dokładniej jogurtowym kierunku. Jogurt, kefir... pojawiły się, acz nie utrzymały na przodzie zbyt długo. Ustąpiły delikatnym orzechom - pomyślałam o makadamia.

Drewno dodało orzechom pieczono-palonej nuty. Razem zmotywowały gorzkość, która nabrała mocy i zaserwowała ziemię. Czarną, nieco rozgrzaną... Mieszała się z orzechami lekko pieczonymi, acz pieczonymi wyraźnie. Orzechom makadamia towarzyszyły odtąd pekany. Przy drzewach jednak pojawiły się też kwiaty.

Kwiaty przywróciły znaczenie słodyczy. Nuta cukru trzcinowego została zaadoptowana przez jabłka, które to jawiły się jako słodko-kwaśne, po czym jeszcze podsyciła je kwaskawa cytryna.

Nastąpiła owocowo-jogurtowa eksplozja. Polały się owocowe koktajle i shake'i na bazie jogurtu i kefiru. Cytryna dbała, by były to owocowe bomby, podkreślała bowiem każdy z owoców.
Mignął mi ananas, a potem więcej cytrusów. Słodkich jednak niepodważalnie. Przede wszystkim były to mandarynki, trochę pomarańczy... A tuż obok dojrzały, słodziutki banan. Bardzo podniósł słodycz - chyba żeby przebłyski marakui miały co przełamywać raz po raz.
Wyłapałam chyba też porzeczki. Jabłka zniknęły, a w ich miejsce weszły gruszki. Myślałam o słodkich, a jednocześnie z lekkim kwaskiem gruszkach deserowych. Łączyły się z cytrusami i... duetem banan & brzoskwinia?

Palono gorzka nuta w tle nie została tym wszystkim zagłuszona. Ziemia połączyła ją ze słodyczą i owocami, zgrabnie znów napominając o daktylach.

W posmaku zostały soczyste owoce: głównie cytryna, mandarynki i ananas, a także jakby ziemiste orzechy. Wszystko związała słodycz karmelu - za sprawą całej soczystości trochę daktylowego. Połączył paloną nutę ze słodyczą i owocami.

Całość mi smakowała, acz bez "ale" się nie obyło. Chwilami nutka cukru trzcinowego, karmel jakoś za bardzo mi na przód wychodziły - gdyby nie one, ze spokojem mogłaby mieć 9. Dobrze, że daktyle wciągnęły je w palono-owocowe główne nuty czekolady. Rozgrzana ziemia, pieczone orzechy i ogrom jogurtowo-owocowych koktajli, w których dominowały mandarynki, ogólnie reprezentowały cytrusowo-egzotyczne smaki. Marakuja, trochę jabłek, gruszek i banan ciekawie a to podnosiły słodycz, a to ją przełamywały, pojawiając się epizodycznie.
Wolałabym jednak gęstszą, bardziej kremową konsystencję, acz przyznać muszę, że ze smakiem się nie gryzła. Nie podobała mi się jednak na tyle, że odjęłam za nią punkt.

Mleczno-owocowe koktajle (w przypadku podlinkowanej na bazie maślanki jednak), mandarynki, pomarańcza, marakuja od razu przypomniały mi Aruntam Sensory Chocolate 78% Tanzania Bio Dark Chocolate Kokoa Kamili. Tamta była jednak bardziej orzechowa, a bukiet owoców wydawał się jeszcze bardziej złożony.

Mimo że nie były bardzo podobne, to jednak klimat w pewnym stopniu je łączył - myślę tu o Zotterze Labooko Tanzania 75 %, który też był pomarańczowo-cytrusowy, pełen owoców, a jednak też znacząco orzechowy. 


ocena: 8/10
cena: 26,50 zł (dostałam zniżkę, cena półkowa to 30 zł za 70 g)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 30 czerwca 2023

Millesime Chocolat Inde Terroir de Kaithapara Forastero Noir 74 % ciemna z Indii

O belgijskiej marce Millesime nigdy dotąd nie słyszałam, jednak gdy pojawiła się okazja kupienia czystych ciemnych, skorzystałam, kupując wszystkie takie dostępne. Ostatnimi czasy trochę doskwiera mi wizja, że mam coraz mniej czekolad do odkrywania.
Z tego, co poczytałam o tej czekoladzie, do wioski Kaithapara kakao dotarło już w osiemnastym wieku z indonezyjskiej wioski Amboyna. Producent podkreślił, że w ciekawy sposób połączyły się charakterystyczne cechy Indonezji z tymi podyktowanymi górzystym regionem Kerali.

Millesime Chocolat Inde Terroir de Kaithapara Forastero Noir 74 % to ciemna czekolada o zawartości 74% kakao forastero z Indii, ze stanu Kerala, z dystryktu l’Idukki, z wioski Kaithapara.

Po otwarciu poczułam delikatny, maślano-śmietankowy zapach z lekko jogurtowym echem oraz całkiem sporo delikatnych orzechów. Echo po chwili rozwinęło się jako roślinna alternatywa jogurtu zrobiona jakoś z puddingiem ryżowym. Wymieszana musiała być z cynamonem, bo pewna słodka, nieostra, ale milusio ciepła korzenność też się w tym rozgościła. Wiązała się z orzechami i drzewami, a także lekką wytrawnością pieczonych batatów. Zatopione wszystko to było w słodyczy miodu i miękkich, złotych fig suszonych oraz również słodkich i miękkich suszonych śliwek kalifornijskich. Chyba też z nieco soczystszą nutką soku śliwkowego lub ciemnych winogron.

Tabliczka wydała mi się twarda jedynie ze względu na to, iż miejscami była naprawdę pokaźnie gruba. Gdy jednak odgryzałam kęsa, sprawiała wrażenie miękkawej, choć wciąż konkretnej i bardzo masywnej. Trochę się kruszyła. Trzaskała średnio głośno, w niecodziennie mocno gęsty sposób.
W ustach rozpływała się w średnim tempie i średnio gęsto. Była zbita, wydawała się miękka powierzchownie, jakby taką wilgotnie miękką aksamitnością opływała. Po chwili okazała się szorstko-proszkowa, wręcz chwilami nieco ziarnista i jakby kryształkowa. Jej smugi wykazywały gęstawą soczystość, co pasowało do niegładkiej bazy i sprawiało, że odebrałam ją jako nietłustą. Struktura wydawała się idealnie dopasowywać do smaku (jakby były w niej drobinki przypraw).

W smaku pierwsza pojawiła się wysoka słodycz czerwonych śliwek i miodu. Płynęły na jego gęstej, złocistej fali. Pomyślałam o soku ze śliwek, może z suszonych? Gdy tylko kwasek zaznaczył swoją obecność, przybyły słodkie, niemal czarne czereśnie.

Miodu płynęło coraz więcej i więcej. Pomyślałam o miodowo-maślanym kremie-puddingu, jako że całość cechowała łagodność. Może... były to maślane ciasteczka posłodzone miodem? Z kremem śmietankowym?

Odnotowałam jednak pewną rześkość, że myśli wróciły ku puddingowi, acz śmietankowo-ryżowemu. Jakby ugotowany, mleczno-śmietankowy ryż podać z... roślinną, delikatną alternatywą wegetariańską jogurtu, doprawioną cynamonem cejlońskim? Był bardzo słodki i ciepły, niespecjalnie ostry.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość owoców z początku w dużej mierze przeszła w rześkość właśnie śmietanki, puddingu. Nikła w słodyczy, choć sugestia lekkiego kwasku śliwek o różnym stopniu dojrzałości utrzymała się.

Po miodzie przyszedł czas na karmel, który wniósł palono-pieczony motyw. Przyciągnął trochę orzechów, początkowo niejednoznacznych i lekką cierpkość. Może drzewa?

Duet rześkości i słodyczy z czasem z miodu odsłonił złociste, mięciutkie suszone figi. Właśnie też niemal miodowe same w sobie. Soczystość zmotywowana cierpkością zaczęła wracać. Karmel podszepnął daktyle, ale te jednak jakoś się zgubiły. Powoli, powoli, ale w końcu poczułam znów słodziutkie śliwki. Mieszały się z figami; były suszone, a potem... może to sok śliwkowy z kwaśniejszo-podfermentowanym zarysem? Na pewno bardzo ciemne winogrona. Słodkie, lekko cierpkawe, takie... poważniejsze?

Wyobraziłam sobie zdrowy karmel zrobiony z mieszanki miodu, suszonych owoców i... fistaszków? Może też jakieś maślane ciastka z arachidami? Orzechy wzmocniły się właśnie jako fistaszki, nawet już same w sobie słodkawe i lekko podprażone. Wzrosło ogólne ciepło. Do głowy przyszły mi pieczone (bardzo słodkie jak na warzywo, ale w czekoladzie w stosunku do innych nut wytrawniejsze) bataty i... słodziutka, gotowana marchewka, w której zaznaczyła się goryczka. Drzewa i orzechy ulokowały się przy nich.

Ciepło z czasem zrobiło się nieco bardziej korzenne, choć mocniejsza ostrość nie nadeszła. Pomyślałam za to o jakimś niemal karmelowym, słodkim, a dosadnym alkoholu. Brandy? Może lekko owocowym? Z subtelnej gorzkości wydobyło to nawet pewną ziemistość.

W posmaku został sok śliwkowy, jakieś bardzo ciemne, niemal czarne owoce - chyba winogrona i czereśnie, a także sporo śmietanki, maślano-orzechowy splot, sugerujący jakiś pudding. Odważniej wyległy drzewa i ziemia.

Całość smakowała mi, acz wyszła za delikatnie śmietankowo, maślano i tak ciasteczkowo-puddingowo. Mimo że potem nadciągnęło trochę korzenności, mocniejszy alkohol. Owoców czułam sporo, ale to nie mocno owocowa kompozycja. Miały swoje momenty. Śliwki, ciemne winogrona i czereśnie dopływały do ogromu fig, które to z kolei niemal zasładzały w duecie z miodem. Intrygująco wyszło ciepło i podpieczenie, a także nie tyle pełna gorzkość, co wytrawność batatów i marchwi, które w sumie same w sobie są słodkie oraz ryżowość.
Interesująca, nie do końca moja, a aspirująca do bycia moją (gdyby tak gorzkość była wyższa kosztem maślaności, pewnie byłabym zachwycona), ale niewątpliwie dobra. Zdecydowanie jednak nie przemówiła do mnie struktura.


ocena: 8/10
cena: 26,50 zł (dostałam zniżkę, cena półkowa to 30 zł za 70 g)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy