poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Ombar 90 % Cacao ciemna surowa 90 % z Ekwadoru

Kiedyś ta brytyjska marka rzuciłam mi się w oczy na eBayu, ale ze względu na wysokie koszty przesyłki, nie zamówiłam. Na dodaniu do ulubionych się skończyło. Cukier, którego fanką nie jestem oraz tylko dwa warianty, a mianowicie dziś przedstawiany i 100% kakao, czyli też nie do końca mój typ odwodziły mnie od zakupu. Gdy jednak dostrzegłam ją stacjonarnie, uznałam, że takiej okazji przegapić nie można. Jak poczytałam już na potrzeby przygotowania wstępu, Ombar, brytyjska marka mająca fabrykę w Cambridge, pozyskuje kakao bezpośrednio od rolników z Ekwadoru, płacąc ceny powyżej Fair Trade i używając wyłącznie certyfikowanych składników organicznych i Fair for Life. Ziarna przetwarzane są w jak najniższej temperaturze, by zachować naturalne polifenole i składniki odżywcze. Ładnie. Miałam więc nadzieję, że smak będzie równie ładny, co podejście twórców. A że dawno nie jadłam surowej czekolady... naszło mnie na nią.

Ombar 90 % Cacao Bean to Bar Super Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 90% surowego kakao Arriba Nacional z Ekwadoru.

Po rozchyleniu papierka poczułam intensywny zapach drzew iglastych, związanych z jakby kwaskawą rześkością takowego oraz orzeszków piniowych o nieco kwaskawo-ostrym charakterze. Za nimi rozchodził się wątek wręcz ciężki, palono-podwędzany i dosadnie tytoniowy. Z palonością wiązała się słodycz melasy, choć nie aż tak jednoznacznej, bo częściowo skrytej w także słodko-rześkich, świeżych kwiatach. Za tym wszystkim przewijały się kwaśne i jakby podkarmelizowane (posypane cukrem i zapieczone?) owoce: brzoskwinie, mango i pomarańcze.

Tabliczka w dotyku wydała mi się tłusta, a choć gruba, nie była twarda. Podczas łamania trzaskała średnio głośno, jawiąc się jako konkretna i masywna, ale nie twarda właśnie. Gdy zaś robiłam kęsa, miałam wrażenie, że wgryzam się w utwardzoną, konkretną, ale jednak miękkawą, tłustą masę. 
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Robiła to bardzo maziście, trochę oleiście. Tłustość ogólnie bardzo się rozkręciła i wyszła wręcz ciężko. Na pewno konkretnie. Mimo mięknięcia niczym masło, zbity kształt zachowywała bardzo długo, jawiąc się jako niby idealnie gładka, wręcz śliskawa, ale z jakby ukrytym echem pylistości.

W smaku pierwsza przybyła wysoka słodycz karmelu, za którym podążały rześkie, świeże kwiaty.

Karmel dał się poznać jako palony, co podchwyciła gorzkość. Jego palenie rosło, a że rosła też gorzkość, w dużej mierze pochłonęła go i wpisała w motyw palonego drewna. Po chwili dołączył do nich tytoń i echo dymu papierosowego.

Przez moment miejsce karmelu próbowała zająć... Melasa? Niby cięższa od niego, a jednak... zarazem rześka? Do głowy przyszedł mi syrop z agawy, a melasa ulotniła się.

Słodycz utrzymała się jako kwiaty, które rozkręciły rześki wydźwięk. Pomyślałam też o roślinach: aloesie, może mięcie... Przez ułamek sekundy może nawet o glonach, np. spirulinie? Wszystko to pod pieczą kwiatów.

Za słodyczą, ale właśnie jakby w tym rześkim wątku, pojawił się kwasek. Najpierw wycofany i łagodny, potem, choć w sumie też dość ugodowy, przemykający przez całą kompozycję. A jednak jakby cały czas wisiała nad nim słodycz... palono-agawowa (jakby karmelo-melasy z syropu z agawy? - wyobrażenie). Zjawiły się niedojrzałe brzoskwinie i ogólnie egzotyczny, niejednoznaczny wątek. Kwiaty zasugerowały mu z czasem sporo słodyczy i zrobiło się słodko, a z kwaskawym echem. Brzoskwinie dojrzały i wyłoniło się przy nich mango. Mango przejrzałe?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa papierosowo-tytoniowy motyw zmienił się trochę w drewno i drzewa. Palone drewno i iglasty motyw kojarzyły się z ogniskiem w lesie, gdzie czuć woń ziemi. Iglastość podchwyciła świeżo-rześki wydźwięk.

Owoce w tym czasie, trochę skokowo znacząco się osłodziły, a kwaśność stała z resztą nut w harmonii. Do egzotycznych owoców, brzoskwiń i mango dołączyła słodko-kwaśna pomarańcza. Paloność pokierowała je w pieczono-grillowane klimaty. Wyobraziłam sobie właśnie grillowane brzoskwinie, trochę poprzypalane. Takie, które puszczają sok.

Z owoców wychyliła się goryczka skórki cytryny. Też jakby palono-karmelizowanej. Owoce zaczęły trochę słabnąć.

Z leśno-iglastej toni zaś wymknęły się orzeszki piniowe. Przygotowały grunt pod bardziej ogólnie orzechową nutę, która jednak nie utrzymała się długo, a dopuściła do kompozycji maślaność. Ta przysłoniła częściowo owoce, złagodziła gorzkość. Ta raz po raz jeszcze jakby... próbowała dołożyć trochę ziemi?

Nie udało jej się jednak utrzymać słodyczy. Ta znów wzrosła skokowo, co z kolei na zasadzie kontrastu podkręciło też kwasek. Tym razem jakby... skórki cytryny i spalenizny? Wydawało się, że słodycz przez moment waha się, czy nie ulec spaleniźnie - już otarła się o melasę, po czym... Jednak wróciły kwiaty.

Kwiaty wzmocnione niemal wodnistą rześkością... wody kokosowej? I kwiatów mokrych od wiosennej mżawki. Błyskawicznie przybierały niemal na korzennej pikanterii, ale... która nie była ani pikanterią, ani korzennością (dziwne wrażenie).

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych owoców egzotycznych, w tym brzoskwiń oraz jakby grillowanych i aż karmelizujących się owoców słodszych: pomarańczy i chyba też brzoskwiń. Do tego czułam rześkość roślin, jakby wody kokosowej, trochę aloesu oraz sporo maślaności, w której pobrzmiewała subtelna orzechowość. W oddali majaczył jakby kwasek spalenizny, a na języku zaznaczyła się ni cierpkość, ni pikanteria.

Czekolada była smaczna i ciekawa, ale wolałabym, by posłodzono ją innych cukrem. Do surowego smaku to chyba właśnie cukier kokosowy podopowiadał trochę spalenizny, co poniekąd wyszło interesująco z tymi owocami, ale jakoś mi nie pasowało do tej rześkości kwiatowo-wodnistej. Kwasowość zaskoczyła mnie tym, że wyszła nisko-średnia - cukier kokosowy stanął na drodze jej rozwojowi tak, że aż łatwo zapomnieć, że to czekolada surowa 90%. Gorzkość na odpowiednim poziomie, słodycz średnio wysoka, więc teoretycznie to z kolei jak trzeba, a jednak jakby coś nie grało. Drewno i drzewa, las iglasty i orzeszki piniowe, tytoń stały obok mocno owocowego smaku brzoskwiń, mango, cytrusów. Kwiaty, rześkie rośliny i woda kokosowa wiązały się z rześkością też chyba nakręconą cukrem kokosowym. Dziwnie podkręcił... wodnistość? I tłustość tłuszczu kakaowego, którego ogólnie dodano tam dużo. Tak, bardzo ingerował w nuty samej czekolady. Za bardzo. Nie zgadłabym tej zawartości kakao, dałabym jakieś góra 80%. Mogłabym wystawić jej 8, gdyby tylko struktura była mniej miękko-tłusta. Ta miękkawość spleciona z konkretem wyszła trochę osobliwie.


ocena: 7/10
kupiłam: Kuchnie Świata
cena: 22 zł (za 70g)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: nieprażone kakao, cukier kokosowy, tłuszcz kakaowy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.