Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: miechunka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: miechunka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 maja 2023

Naive Golden Berry & Banana ciemna mleczna 61 % z Ekwadoru z miechunką i bananem

Zotter PawPaw jakoś nakierował moje myśli na tę czekoladę. Producent obiecywał m.in. nutę bananów, a tam... prawie ich tyle, co nic. Pomyślałam, że to dobry moment na kolejną czekoladę, w której banan może wystąpić. Żałowałam tylko, że zestawiono go z miechunką. Lubię ją, i to bardzo, jednak niezbyt przemawia do mnie jako towarzystwo dla banana. Naive Incan Berry już jadłam i była interesująca, właśnie nienachalna w kwestii dodatku, więc mimo wszystko liczyłam na miłą degustację.
I znów samą siebie rozbawiłam, że zupełnie przypadkiem na liście planowanych recenzji ta wylądowała niedługo po Valio PROfeel Protein Pudding Banana-Toffee Flavour. Miałam nadzieję, że dla odmiany teraz to będzie "jak powinien smakować bananowy słodycz" po puddingu, który może być antyprzykładem.
Z opisu tej czekolady dowiedziałam się czegoś nowego. Miechunka to gatunkowo jagoda, podobnie jak pomidor (tu producent nawiązał, że niektórym ze smaku z pomidorem się kojarzy). To w sumie nie taka nowość, ale... ciekawostką dla mnie było, że banan to też jagoda (w sensie "berry"). A w składzie producent zapewnił, że czekoladę zrobiono z mleka od krów karmionych trawą (szkoda, że w tych czasach to nie "oczywista oczywistość").

Naive Golden Berry & Banana to ciemna mleczna czekolada o zawartości 61% kakao z Ekwadoru ze sproszkowanymi miechunkami i bananami.

Po otwarciu zaszarżował zapach jakby orzechowego karmelu i banana. Zaraz za nimi gnało mnóstwo mleka, a słodycz nakręcało maślane toffi i maślano-mleczne krówki. Mleko niewątpliwie było pełne, tłuste i wiejskie, a cała reszta bardzo słodka. Mimo to, soczystości nie brakowało, bo oprócz bananów czułam niedookreślone żółte owoce. Zawarły w sobie cierpkość, którą mieszały się z ziemią, nadającą całości trochę wytrawności. W tej doszukałam się... dziwnej, niedookreślonej nuty, którą w końcu opisałam w notatkach jako chrupki ketchupowo-pomidorowe czy po prostu ketchup. Takie słodko-kwaskawo-wytrawne. Doleciała też pewna soczysta ostrość mieszaniny kwiatów i ziół.

Tabliczka na dotyk sprawiała wrażenie sucho-pylistej, ale też potencjalnie tłustej. Była bardzo twarda i masywna, ale to poniekąd wynikało z grubości. Przy łamaniu wydawała średnio głośne trzaski, ujawniając proszkowo-ziarnisty przekrój. Dodatki ewidentnie wtopiono na gładko, zmielone. Przy robieniu kęsa dosłownie skrzypiała.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo i powoli. Natychmiast miękła i trochę zalepiała, zmieniając się w niby tłustawą, bardzo proszkową, wręcz szorstką i soczystą zawiesinę. Opływała coraz mniej gęstymi falami, jednak do końca pewnego konkretu odmówić jej nie mogę. Wydawała się jednak bardzo trzeszcząco-skrzypiąca, mimo że oczywiście nie gryzłam. Realna tłustość była znikoma. Na koniec trochę ściągała.

W smaku przywitała się soczystość jakby słodkiej cytryny, którą można by nawet nazwać "cytrusikiem" i banan. Od razu pomyślałam o bardzo, bardzo słodkich bananach, które sczerniały. Cytryno-cytrus zrobił się wręcz słodko pudrowy. Ledwo uchwytny kwasek jednak dał radę zaznaczyć swoją obecność.

Odnotowałam też jakby  roślinną świeżość, a w wyobraźni zobaczyłam zielone liście. Nagle po ustach rozlało się mnóstwo mleka. Było pełne i jakby wiejskie, wraz z motywem trawy, siana... niewiarygodnie naturalne i samo w sobie wręcz słodziutkie.

Mleko mieszało się z mnóstwem masła. Kompozycja szybko skupiła się właśnie na maślaności. Na pierwszym planie pojawiło się maślane, bardzo słodkie toffi i równie mocno maślane krówki. Do tego jakby orzechowy karmel. Lekko palony, z odrobinką gorzkości... Ale także wpisujący się w rosnącą słodycz. Krówki pozwoliły sobie na całkiem sporo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa bananowa nuta mieszała się z mlekiem, nie była już tak jednoznaczna. Do tego dołączyły białe kwiaty, słodkie i subtelne, czym właśnie też łagodziły. Cytrusy zmieniły się bardziej w cierpko-soczystą egzotykę. Wyraźnie poczułam miechunkę, ale wydawała się otoczona innymi nutami (pewnie za sprawą kakao i mleka). Kwaśność trochę wzrosła z racji obecności "cytryno-cytrusu" oraz jakby pomarańczy. Ogólna słodycz wydała mi się przesadzona, a gdy konkretnie przemieszała się z miechunką, odnotowałam dziwny, bardziej wytrawny, a wciąż słodki kwasek. Przemknął sok marchwiowo-owocowy. Do głowy przyszedł mi odważniejszy ketchup, lecz zaraz przeszyła go bardziej dymna nuta.

Zrobiło się nieco gorzko, dym przytoczył ziemię. Przy ziemistości znalazły się orzechy, a właściwie jakieś orzechowe toffi, które próbowało ją dosłodzić, jednak... nie miała zamiaru się poddać. Wsparł je akcent węgla konkretnie roślinnego. Walcząc o wytrawność, ziemia podkręciła banany, ale w jakimś cierpko-galaretkowym stylu. Wydobyła jednak też wyraźnie liofilizowaną miechunkę (na instagramie pisałam o niej, bo różni się od zwyczajnie suszonej), która zaprosiła trochę ziół i konkretniej soczyście-rześką trawę cytrusową.

Cała słodycz maślanego, trochę mlecznego toffi, krówek i karmelu też jednak nie odpuszczała i pod koniec po prostu drapała w gardle. Wydaje mi się, że kwaśno-cierpka miechunka na zasadzie kontrastu jeszcze to wrażenie podkręciła. Słodkie banany za to zapewniały spójność, bo jako one same czasem nikły.

W posmaku została wyraźnie miechunka oraz ogrom maślanego toffi i krówek, a także lekka goryczka ziemi, dymu. Paloność czuć, podobnie jak ogólną soczystość. Wyszło to trochę cierpkawo, ale daleko, daleko za przesadzoną słodyczą, która już męczyła.

Całość mnie nie chwyciła, mimo że i zła nie była. Tak mocno maślana i słodka, smakująca toffi i krówkami baza w zestawieniu z soczystą, kwaśno-cierpką miechunką i ziemistym akcentem kakao jakoś według mnie nie grała. Bananowa nuta była za słaba, by zachwycić, wydawała się zbyt niepewna. Dziwaczna myśl o ketchupie może była ulotna, ale była. Co do mleka przy takim wydźwięku też nie jestem przekonana (nawet nie chodzi o to, że obecnie nie lubię mlecznych, ale ono nie pasuje do miechunki). Dużo wątpliwości, dużo "ale", a czekolada dziwna i to taka "dziwna na granicy smaczności a niesmaczności". Niby wszystko czuć, jak trzeba, ale poczułam też wyraźnie, że to nie jest to, czego szukam, na pewno. Zjadłam jakieś 2/3, bo była, ale jakoś bez przekonania. 

Reszta powędrowała do Mamy. Jej smakowała, ale opisała jedynie tak: "smaczna, nie za słodka, nie za gorzka i z fajnym, soczystym kwaskiem. Może to ta miechunka, bo nie pamiętam jej smaku, ale banana to już nie czułam." I nie umiała wiele więcej powiedzieć, jak nawet określić, jak bardzo jej smakowała. W końcu stwierdziła: "między smakowała a bardzo smakowała" (ale nigdy w życiu by czekolady za tyle nie kupiła).


ocena: 7/10
cena: 34 zł (za 57g; cena półkowa)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, miechunka "złote jagody" (5%), banan (2%)

środa, 10 czerwca 2020

Naive Incan Berry ciemna 65 % z Ekwadoru z miechunką

Jako że po Pergale Dark Chocolate with Cape Gooseberries Pieces byłam zniesmaczona, jak można zmarnować potencjał dobrego dodatku beznadziejną czekoladą, chciałam zabić to wspomnienie czymś lepszym. O ile Pacari Goldenberries wielkiego wrażenia na mnie nie zrobiła, mimo o wiele lepszej bazy, tak po Naive spodziewałam się czegoś lepszego. Ta marka kojarzy mi się z doskonałym wkomponowaniem niecodziennych dodatków do czekolady. Ciekawiło mnie, jak zrobili miechunkę. Bo o ile Pacari zazwyczaj robią po prostu czekolady z dodatkami, tak Naive... czasem tak łączy, że aż nie wiadomo, co płynie z dodatku, a co z kakao. Przykładów jest wiele. Kefir? Grzyby? Niecodziennych pomysłów nigdy dość!

Naive Incan Berry to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z Ekwadoru z miechunką (physalis / złotymi jagodami Inków).

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam mocny zapach ziemi, dymu i goryczki przywodzącej na myśl skaliste góry / kamienie / ewentualnie chodnik; na pewno po deszczu. Niosło to rześkość i wilgoć... i soczystość charakternych cytrusów. Zaznaczyły kwaskawość, ale także owocową cierpkość i słodycz. Ostatnia miała wręcz lekko kwiatowy, wpisany w rześkość, wydźwięk. Może trochę w opozycji do tego, a może wpisane w cierpkawość, zaznaczyło się tu palenie oraz nutka popiołu i dymu.

W dotyku tabliczka wydała mi się wręcz sucho-szorstka. Przy łamaniu trzaskała bardzo głośno, gdyż była twarda jak kamień. Udało mi się jednak zobaczyć ziarnisty przekrój - jak się okazało, dodatek wtopiono zmielony.
W ustach czekolada rozpływała się raczej wolno, ale bez większego oporu. Sama w sobie, tak centralnie, pozostawała zwarta i bardzo gęsta, a jakby opływała niesamowicie soczystymi falami. Nie wydawała się przy tym zbyt tłusta, a sucha to już na pewno nie. Trochę jednak szorstkawo-pylista. W miarę kremowa i naprawdę bardzo, bardzo soczysta. Zalepiała lekko, choć raczej nie miękła.

W smaku od pierwszego kęsa eksplodowała słodko-cytrusowa soczystość. Zaraz poczułam gorzkość o palono-dymnym wydźwięku. Oczami wyobraźni zobaczyłam kamienne palenisko, popiół i... jeszcze odrobina dymu, sporo kamieni... Jakby po ognisku w nocy padał deszcz. Skaliste góry, mokre od deszczu, lekko zawilgocona ziemia - czułam to wszystko! Delikatna słodycz nieco to łagodziła, sama wpisując się w palono-rześkie klimaty.

I nagle pojawiła się nienachalna kwasowość. Mieszała się z powyższymi cierpkością i goryczką, coraz bardziej owocowymi. Wyraźnie poczułam orzeźwiający cytrusowy motyw. Określiłabym to jako egzotyczne cytryno-pomarańczo-jabłko / pomarańczowe kiwi. Kwaśność i subtelna słodycz wydały mi się związane cierpkości i pewną wytrawnością. A jednak opiewały je też lekkie kwiaty.

Mniej więcej w połowie wzrosła słodycz. Na pewno była rześka: graniczyła między kwiatową, słodkocytrusową, a odlegle-zawoalowanie karmelową. Doszukałam się tu trochę łagodniejszych, maślanych zapędów. Szybko jednak zrobiło się zbyt rześko-lekko na masło. Łagodząca nuta przeistoczyła się w jogurto-kefir.

Owoce w pewnym momencie wylały się na pierwszy plan. Poczułam mieszaninę cytryn i słodszych mandarynek, ale także samą miechunkę podkreśloną ziemią. Słodko-kwaśna miechunka wyszła bardzo wyraźnie, ale zdawała się też płynąć z czekolady.

Z czasem znów to ziemia ją przykryła, dym zasnuł, ale nie opuścił cierpkiej soczystości. Tym razem były jednak zespojone, za sprawą akcentów kwaskawego nabiału, ze słodyczą... odymionego karmelu maślanego i niemal kwaskawo... rodzynkowego karmelu (takiego "zdrowego"?).

W posmaku zostały cytryny i właśnie one: słodko-cierpkie miechunki, jakby rodzynkowy karmel i kwaskawo-cierpka takaż sama ziemia, podrasowana poważnym charakterem dymu i popiołu. Było to soczyście cytrusowe i intrygujące.

Mocny smak czekolady, idealnie dobrany do soczystego, wyrazistego dodatku, a jednocześnie... jakby nie "z dodatkiem" a idealna jedność. Nie wiem jednak, czy w ciemno powiedziałabym, że to tabliczka z dodatkiem miechunki - czuć, że kakao z Ekwadoru (acz udawała domieszkę Peru).
Przemówiła do mnie ta forma bardziej niż Pacari Goldenberries z kawałkami miechunek. Miechunkowa Naive wyszła iście czekoladowo, że aż nie wiadomo, co płynie z kakao, co z owoców, a jej cudna soczystość zbliżyła się do najbardziej soczystej czekolady jaką jadłam, czyli do Pacari Passion Fruit.
Zakochałam się w obrazie gór po deszczu, gór odymionych (wulkanicznych?) i cytrusach. Do pełni szczęścia jednak przydałoby się chyba... jeszcze więcej miechunek (i akurat w tym przypadku nie miałabym też nic przeciw kawałkom).


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 29,99 zł (za 57g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 599 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym wrócić, ale np. dostać

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, miechunka (physalis / jagody inkaskie)

środa, 20 maja 2020

Pergale Dark Chocolate with Cape Gooseberries Pieces ciemna 50 % z miechunką

Gdy postanowiłam dać szanse ciemnym czekoladom Pergale ze względu na ciekawe dodatki, także dzisiaj prezentowana zwróciła moją uwagę. W sklepie zupełnie zapomniałam o Pacari Goldenberries (na którą swoją drogą też trochę narzekałam) i o posiadanej Naive Golden Berry, toteż wydała mi się wyjątkowa. Smak miechunki poznałam stosunkowo niedawno (ze trzy lata temu?) i... bardzo polubiłam. Zarówno suszone, jak i świeże. To jednak jeden z tych owoców, które lubię, ale jem... prawie nigdy. W zasadzie jest to coś bardzo rzadko spotykanego, jednak gdybym wiedziała, co mnie czeka, czyli jak smakuje sama czekoladowa baza tej marki, nie zdecydowałam się. Sięgając po tę tabliczkę czułam, że czeka mnie kolejna zła czekolada, z dodatkiem, którego potencjał zmarnowano.

Pergale Dark Chocolate with Cape Gooseberries Pieces to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z kawałkami suszonej miechunki (physalis).

Po otwarciu poczułam tanią mieszaninę sztucznej słodyczy waniliny i jakiejś sztucznej tłustości, co kojarzyło się z wyrobami czekoladopodobnymi oraz delikatnej, owocowej nutki. Określiłabym to jako coś słodko-cytrusowego, suszonego.

Tabliczka była twarda jak kamień, lecz trzask przy łamaniu nie był bardzo głośny. W pewien sposób sprawiała wrażenie nawet dość kruchej. Dodatku nie pożałowano: już w przekroju widać spore kawałki-połówki i drobinki (też osamotnione pestki) suszonej miechunki.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i opornie, dość tłusto, cały czas zachowując zwartość. Grudka skąpo opływała jakby wodniście-tłustymi falami, kryjąc pylisty efekt (przez co miałam wrażenie, że zaraz w ogóle zacznie trzeszczeć), co ani trochę nie było przyjemne.
Odsłaniała niechętnie całkiem w porządku owoce: niektóre soczyste, dość jędrno-żujne i ze strzelającymi pesteczkami (fajnymi jak te fig, a nie np. malin) oraz zbytnio posiekane (ale wciąż całkiem ok). Podobało mi się, że oprócz drobinek i samych pestek, dali też spore kawałki. Niestety jednak pojawiał się przy nich nazbyt suchy efekt (za sprawą mąki).

W smaku przodowała słodycz - lekko zgaszona, ale wszechobecna. Miała sztuczny wydźwięk waniliny i jakiegoś tłuszczowego lukru. Cukrowo-przesadzona i tandetna, błyskawicznie by zniechęciła, gdyby nie to, że zaraz dołączyła do niej owocowa nutka.

Zanim jednak ta się rozwinęła, wyeksponowała się baza. Przypominała polewę / wyrób czekoladopodobny z silnie palonym, wręcz przypalonym motywem. Ten w mdlący sposób mieszał się z oleistą tłuszczowością, którą odebrałam jako sztuczną... Była jakby na stałe zespojona ze słodyczą, może trochę maślana... choć bardziej margarynowa... a i to... dziwna, nieokreślona. Przełożyła się na neutralność, przy której jednak trwała taniość, tandeta. Odpowiedzialna za to była cierpkawa nuta.

Cierpkie kakałko kojarzyło się z tanim czekoladowym sosem / polewą, ale to właśnie przez tę cierpkość na dobre wchodziły owoce. Nieco przemodelowały słodycz, trochę przygłuszyły co gorsze akcenty. Wniosły egzotycznie-cytrusową, dość słodką soczystość. Wyraźnie poczułam suszone miechunki, które przy ssaniu i rozgryzaniu wyskakiwały smakowo ponad czekoladę. Mimo to nie była to pełnia ich smaku, która mogłaby zachwycić. Niestety, przy pozostawionych samych sobie doszukałam się posmaku mącznego, wpisującego się w ogólną tandetę.
Zostawione na sam koniec, dopiero dały czadu. Słodka, lekko kwaskawo-cierpka miechunka niemal wyzerowała nieprzyjemną pseudoczekoladowość.

Po wszystkim jednak i tak pozostał posmak waniliny oraz tandetnie czekoladopodobny, a także oleistość i soczystość owoców. Przyjemnie zaznaczyła się miechunka, ale nie dała rady uratować sytuacji.

Mam problem z podsumowaniem tej czekolady, bo dobrze wykonali miechunki, ale... wtopili je w tak kiepską czekoladę, że nie miałam ochoty jej jeść. Męczyć się tanią, niesmaczną bazą, żeby na koniec został fajny owocek? No, lepsze to niż Pergale Dark with Raspberries, gdzie dodatek to irytujące pestki, ale to już rzecz gustu - jak ktoś woli maliny od miechunek, to wiadomo, że mu tamta będzie bardziej odpowiadać. Jakościowo poziom ten sam, choć dzisiaj opisywanej przyznałam cały dodatkowy punkt za ilość dodatku. W akcie desperacji dzięki temu można by to zjeść... Ja jednak wolałam oddać tacie, a jego naciągnąć na miechunki Bakallandu (tak, lokowanie produktu).


ocena: 4/10
kupiłam: Auchan
cena: 4,19 zł (za 93g)
kaloryczność: 487 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada ciemna (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, emulgatory: polirycynooleinian poliglicerolu, lecytyna sojowa; aromat), kawałki suszonej miechunki (miechunka, mąka ryżowa)

środa, 5 września 2018

Pacari Goldenberries ciemna 60 % z Ekwadoru z miechunką

Przy Pacari Raw 85 % wspomniałam, że kończą mi się tabliczki tej marki z dodatkami. W istocie, pomijając setkę z nibsami, umyślnie na koniec zostawiłam jedną - z miechunką. Chciałam ją sobie zjeść przed czymś, co dostałam i z czego bardzo, bardzo się ucieszyłam. Chodzi o miechunkę w czekoladzie Pacari. Nie lubię bakalii w czekoladzie, po tym jak nie podeszły mi ukochane daktyle w uwielbianej surowej czekoladzie od Surovital uznałam, że żadne twory tego typu mnie nie przekonają. Dlatego też nawet od Pacari niczego bym takiego nie kupiła, ale otrzymanie to coś innego. Tym bardziej, że do miechunki mam słabość. Świeżą jadłam tylko parę razy, bo droga, trudno dostępna itd., a suszoną raz, ale uważam, że to naprawdę ciekawy owoc, do którego z chęcią wrócę jeszcze nie raz. A czekolada z miechunką? Nie mogłam doczekać się otwarcia.

Pacari Goldenberries to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru z suszoną miechunką peruwiańską, zwaną też złotą jagodą inkaską (physalis).

Po otwarciu poczułam soczysty, słodziutko-kwaskowaty zapach, który odebrałam jako egzotycznie-cytrusowy i podbudowany ziemistymi nutami. Czułam w tym jakieś palone nuty i karmel, ale także coś, co nadawało im lekkości - ni kwiaty, ni owoce. Sugerowało to jakiś "słodki susz".

Przy łamaniu ciemna tabliczka głośno trzaskała, była twarda. Zaskoczyło mnie, że "na oko" miała sporo pęcherzyków powietrza, a mało dodatku.
W ustach rozpływała się łatwo i gładko. Sama czekolada wydała mi się nieco soczysta, ale i trochę wodnista, nie za tłusta. Miechunka nie dołożyła soczystości. Była suszona do tego stopnia, że aż trochę "wiórowata" i chrupiąco-strzelająca, bo to głównie pesteczki owocu, nie skórki.
Okazało się, że pesteczek wtopionych w czekoladę było mnóstwo, a im bliżej końca, kawałek robił się zbitką twardych kawałków zlepionych czekoladą. Mam żal do Pacari, że dodali takie posiekane owoce - pewnie dlatego wyszły tak twardo. Nie podobało mi się to. Nie to, że kaleczyły język czy coś, ale nieprzyjemnie to na nim zalegało. Myślę, że gdyby dodali całe suszone miechunki, albo np. połówki, zachowały by więcej miękkiej soczystości (a dzięki temu i smak).

Od razu po zrobieniu kęsa w ustach rozeszła się słodycz, nabierająca stopniowo coraz bardziej palonego wydźwięku. Splatała się z dymem, serwując mi poważny, charakterny karmel.

Za karmelem,  choć częściowo jakby w nim, przebudził się delikatny kwasek.

Na pierwszym planie jednak odymiona słodycz zaczęła coraz bardziej nasiąkać wodą. Oczami wyobraźni zobaczyłam ciemną kwiaciarnię z kwiatami. Zawilgocone kwiaty wybiegały ku egzotycznemu smakowi (chwilami kojarzyło mi się to trochę bananowo) i "słodkiemu kwaskowi".

Dym, a więc subtelna gorzkawość, zarysował wytrawniejszą bazę kakao. Kojarzyło mi się to z ziemią, co w połączeniu z rozgryzanymi pestkami kojarzyło się z niemal zapleśniałą ziemią.

Wspominany kwasek w drugiej połowie rozpływania się kostki, a więc gdy odsłaniała dodatek, robił się już bardzo owocowo egzotyczny. Był to taki "słodki kwasek". Kojarzył się cytrusowo, ale i nektarynkowo-bananowo z racji ogólnej słodyczy. Gdy rozgryzałam większą ilość miechunki, jej smak wyraźnie wybijał się, ale nie dominował. Pasował do nut czekolady. Swoją cierpkością podkreślał bardziej ziemiste nuty, ogólna słodycz wpisała się w jej klimat, ale to delikatnie wyczuwalny dodatek. Mi zabrakło tu charakternego, soczystego smaku - pewnie dlatego, że dodano strasznie posiekane i wysuszone owoce.

Czekolada wyszła bardzo spójne - miechunka i czekolada świetnie się uzupełniały. Wyszło słodko-kwaskowato, nie nazbyt kwaśno, a i poważniej, trochę gorzkawo. Nic nie było tu napastliwe, ale przyjemnie wyraziste. Jak na Pacari i miechunkę, wydźwięk był według mnie za słodki (nie, że czekolada przesłodzona, ale ta kompozycja widzi mi się inaczej).
Mnie nie pasowała struktura, bo nie lubię aż tak najeżonych tabliczek, a miechunki powinny być po prostu wielkimi kawałkami, ale ogół wyszedł fajnie jako ciekawostka. Przed spróbowaniem zapowiadanych miechunek w czekoladzie chciałam wystawić 8, ale po nich stwierdziłam, że naprawdę z tego duetu można wyciągnąć znacznie więcej, niż zrobiła to ta tabliczka.


 ocena: 7/10
kupiłam: pralineria Neuhaus (za czyimś pośrednictwem - dziękuję!)
cena: 20 zł
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa 50,80%, cukier trzcinowy 40%, liofilizowana miechunka 5%, tłuszcz kakaowy 4%, lecytyna słonecznikowa 0,20%