piątek, 31 stycznia 2020

lody Ben & Jerry's Peanut Butter & Cookies Non-Dairy

Jednymi z moich ulubionych lodów są Haagen-Dazs Limited Edition Peanut Butter Pie, które były limitką w USA i które jako smak według mnie biją na głowę wszystkie "cookies & cream" czy "pb &..." . Kakaowe ciastka i masło orzechowe to mój ideał, bo uwielbiam masło orzechowe (a w lodach niestety ciężko o dobre), a nie ma lepszego dodatku do lodów niż zawilgocone kawały, które mogą kojarzyć się z brownie. Widziałam kiedyś Lody Jan masło orzechowe z sosem czekoladowym - no właśnie sos nie wydaje się fajny. Ciastka ("błagam, niech przypominają brownie!") jak najbardziej. Początkowo byłam sceptyczna do wegańskości tego smaku, ale że Chunky Monkey Non-Dairy wyszły zacnie, nie miałam powodów, by w nie wątpić. W kwestii składu / bazy lodowej, pozwoliłam sobie napisać co nieco na końcu (pod składem).

Ben & Jerry's Peanut Butter & Cookies Non-Dairy to lody waniliowe z 12 % ciastkami (markizami) czekoladowymi z kremem i 12 % masłem orzechowym z kawałkami fistaszków ("swirls"; w tłumaczeniu na pl: "sosem orzechowym"); produkt wegański, a więc bez nabiału, zrobiony na mleku migdałowym. Masa lodów to 500ml / 406g.

Po otwarciu poczułam bardzo delikatny zapach o niewątpliwie słodkim wydźwięku. Z niejednoznacznej, orzechowej mieszaniny z czasem wyłapałam masło orzechowe (bez dwóch zdań z orzeszków ziemnych).

Masa lodowa rozpuszczała się powoli z racji tego, jak twarda była. Nie wydawała się zbyt rozwodniona, a gęsta, tylko z lekkim efektem rozrzedzenia. Za jej konsystencję pewnie odpowiedzialne są dodatki, bowiem masło orzechowe to zakrętasy-zawijasy z kawałkami orzeszków, miejscami bardzo rozmieszane, że aż wmieszane w lody. Część ciastek też musiała się rozmieszać po tym, jak rozpadła się na drobinki-okruszki.
Oprócz części "wmieszanych" oczywiście dodatki wystąpiły też "samodzielnie". Były to grudki-skupiska masła orzechowego o wielkości raczej średniej, co wyszło pozytywnie, bo satysfakcjonowały, ale nie było problemu ze zrobieniem podkopu łyżką. Miałam dwie grudy ledwo mieszczące się na łyżeczce.
Początkowo ciastka kakaowe wydawały się krucho-ciastkowe, ale gdy lody się topiły, na szczęście szybko nasiąkały, mięknąc. Kawałki tych były naprawdę rozmaitej wielkości: duże (w tym cztery połówki markiz, nie mówiąc już o ćwiartkach) i małe. Dodano ciastka wraz z białym kremem. Zarówno to, jak i połówki uważam za kiepską opcję, bo coś takiego w lodach się nie sprawdza. Zwłaszcza krem... który okazał się opornie rozpływającym się na wodę kamieniem o proszkowo-śliskiej strukturze.
Podczas jedzenia lody wydały mi się nieźle gęstawe, powiedziałabym, że jak takie z mleka i śmietanki, przy czym już na tym etapie wodnistość czuć wyraźniej. Jednak nie jakoś mocno, a taką do zniesienia, ponieważ "wmieszane drobinki" naturalnie ją zagęściły. Ze względu na nie trudno mówić o wyraźniejszej kremowości czy coś. Jako że dodatki były dość konkretne, taka lżejsza masa wydała mi się w porządku.
Masło orzechowe było charakterystycznie zalepiająco gęste i tłuste. Nie do końca zmielone, z wyczuwalnymi mniejszymi i większymi kawałkami orzechów. Lekko chrupały, mimo że sprawiały wrażenie nieco rozmiękłych (to nie minus, tylko fakt).
Ciastka chwilami chrupały, rzęziły / trzeszczały (od cukru?), ale z ochotą rozpływały się w ustach, co mi odpowiadało najbardziej. Nie dało się ich jednak "otworzyć", by np. pozbyć się białego kremu ze środka, bo były zbyt sprasowane i zmrożone. Szkoda. Wydawało mi się, że markiz dodano więcej, niż masła orzechowego, ale to pewnie przez wielkie kawały pierwszych i rozmieszanie drugiego.

W smaku same lody zwróciły moją uwagę głównie... cukrowością. Wydały mi się lekko migdałowe i przesiąknięte ciastkami (taką pszenicznością?). Sprawiały wrażenie dość śmietankowych (choć jak jakaś śmietanka / mleko kokosowe), przy czym czuć rozwodnienie. Waniliowymi bym ich nie nazwała.

widać ciastka z kremem
Ciastka z kolei cechowała gorzkość, ale raczej przypalenia niż kakao. Rzeczywiście były oreowate, choć w gruncie rzeczy zwyczajne, pszeniczne, chwilami wręcz kartonowe. Niestety niemiłosiernie podbijały słodycz przez swój biały krem. Był obrzydliwy, kojarzył mi się z twardym lukrem / masą z cukru pudru. Oprócz tego reprezentował raczej bezsmak, choć wydaje mi się, że wyłapałam pewną "wegańskość" albo jakby "białkowość".
Same ciemne herbatniki jeszcze można nazwać całkiem niezłymi (choć bez szału), za to krem skutecznie mi je obrzydził. Za bardzo się narzucał, zabijając smak herbatnika i dodatkowo docukrzając samą masę lodową słodyczą o paskudnym wydźwięku.

Najlepszym dodatkiem okazało się masło orzechowe, które smakowało po prostu sobą, a więc fistaszkowo. Był to specyficzny smak masła orzechowego przyjemnie słonawego. Nie było słodkie, za to część orzeszków zahaczała o minigoryczkę. Nie sprawiały wrażenia mocno uprażonych.

Całościowo wyszło to... ciasteczkowo i dość masłoorzechowo, jakby i baza miała taki smak, nakręcany przez zawijasy dodatku. Trochę kojarzyło mi się to z lodami stylizowanymi na ciastka typu Oreo z kremem o smaku masła orzechowego. Mogłoby to być genialne, gdyby nie ten niesmaczny biały krem z ciastek, który przelał czarę przesłodzenia. Oprócz niego masa i tak była bowiem bardzo słodka, choć epizodycznie przełamywana a to orzeszkami, a to goryczką ciastek, które czasem wydawały się już nieco bardziej nijako-kakaowe (lepsze to niż niekakaowe jak w przypadku kawałków z dużą ilością kremu). Szczypta soli z masła orzechowego również się sprawdziła, podkreślając smaki, a jednocześnie nie narzucając się. Wydaje mi się, że wyraziste smaki dodatków (nawet gdy mowa o niesmacznym cukrze pudrze kremu) w udany sposób zakryły nijakość / wodnistość bazy, bo sprawiała wrażenie po prostu zwyczajnej, przeciętnej.

Po lodach pozostało oczywiście zasłodzenie, ale i posmak słonawego masła orzechowego. Miałam wrażenie, jakbym zjadła lody o smaku cookies and cream, przy czym "cream" (śmietankowość) zostało naprawdę nieźle odwzorowane. Nie czułam się przesycona czy zatłuszczona. Nie mogę powiedzieć, by wyszły lekkie (czy to jeśli chodzi o smak, czy konsystencję), ale ciężkie na pewno nie były.

Gdyby nie to, że dodali markizy z kremem, ocena byłaby wyższa, jednak nie jest to tylko krytyka za to, że takowe dodali (gdy żaliłam się Mamie, usłyszałam, że np. ona właśnie woli krem od herbatnika w ciastkach typu Oreo), ale że przez taką ilość kremu z ciastek (który swoją drogą w lodach się nie sprawdza) słodycz wzrosła do poziomu grubej przesady.


ocena: 7/10
kupiłam: Carrefour
cena: 24,99 zł (za 500 ml)
kaloryczność: 282 kcal / 100 g; 229 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Składniki: woda*, cukier, oleje roślinne (kokosowy, z orzechów ziemnych, słonecznikowy), pasta i kawałki orzechów ziemnych (8%), syrop glukozowy, mąka pszenna, pasta z migdałów* (2%), kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, białka grochu, ekstrakt z wanilii, emulgatory (lecytyny słonecznikowe, lecytyny sojowe), sól, stabilizatory (guma guar, mączka chleba świętojańśkiego), substancja spulchniająca (węglany sodu), aromat naturalny

*Ponoć lody są na mleku migdałowym, a ja nie widzę powodów, by w to wątpić. Skład na Europę jest po prostu rozebrany i uporządkowany ogólnie, w USA / anglojęzycznej stronie wygląda to tak: "mleko migdałowe (woda, migdały),...". Większość sklepowych mlek / napojów roślinnych jest przecież właśnie z wody (przy czym dana roślina to jakieś od 2 do poniżej 20 % - z tego co wygooglowałam), toteż chyba nie jest aż tak tragicznie, jak można by w pierwszej chwili pomyśleć. Nie uważam, by miały szczególnie dobry skład, w smaku wyszły, jak wyszły, ale czuję potrzebę sprostowania i przyznania im swego w pewnych kwestiach).

PS Wszędzie widuję tłumaczenie na polski z różnymi poszczególnymi procentami, więc zerwałam nalepkę i przepisałam ze szwedzkiego.

czwartek, 30 stycznia 2020

Magnetic Czekolada deserowa nadziewana lubeckim marcepanem o smaku pomarańczowym

Nie lubię kandyzowanych skórek pomarańczy (ogólnie kandyzowanie to zło) i nie mogę się pogodzić z tym, że w czekoladach praktycznie nie występują skórki niekandyzowane. A szkoda, bo właśnie same gorzkie skórki bardzo lubię. Spośród pomarańczowych czekolad jakoś nie mogę sobie "tej mojej znaleźć" (co innego nuty pomarańczy w ciemnej - te w 99 % przypadkach mi smakują), zauważyłam jednak, że o wiele lepiej sprawdzają się nadzienia. Ostatnio parę właśnie takich jadłam i dzisiaj prezentowana idealnie się wpisuje w tę "serię". Niestety jednak, po kokosowej i z marcepanem nie obstawiałam, by ta mnie zachwyciła. Obie były mi zdecydowanie za cukrowe. A może pomarańcza miała to przełamać?

Magnetic Czekolada deserowa nadziewana lubeckim marcepanem o smaku pomarańczowym to "czekolada ciemna o zawartości 53 % kakao nadziewana lubeckim marcepanem o smaku pomarańczowym (53%)" z likierem pomarańczowym, wyprodukowana przez Erasmi & Castens Lubecker Marzipan dla Biedronki na zlecenie Horst Schluckwerder OHG.

Już w chwili otwierania poczułam intensywny zapach bardziej świeżych niż marcepanowych migdałów i ogrom soczystości. Należała do słodko-kwaśnej, nieco tylko goryczkowatej pomarańczy, co okazało się idealnie spójne z również soczystym marcepanem (co oczywiście nabrało mocy po przełamaniu). Lekka cierpkawość i cukrowość zaznaczyły się w tle bliżej czekolady, zwracającej uwagę na motyw likieru / galaretek.

Tablica była konkretna, trzaskała - głównie z racji grubych warstw czekolady. Marcepan, mimo że zwarty, wyglądał na nieco rwący, ponieważ tworzyły go nieidealnie zmielone grudki.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo, nie za tłusto, ale nieco maślanie. Mimo to, pozostawiała bardziej wodniste, acz lepiące, smugi.
Marcepan mimo że nie mocno gęsty, a rozrzedzono-grudkowy i bardzo wilgotny wyciskał się spod niej szybko, ale wcale się tak chyżo nie rozpuszczał / nie rozłaził. Był zwarto-mięsisty, lekko gumiasty. Odrobinę trzeszczał / skrzypiał dzięki świeżości migdałów. Wydawało się, że leje się z niego sok. Co więcej, z racji tego, jak trzeszczał (i dzięki smakowi), miałam wrażenie, że zawiera włókna pomarańczy i świeże, zmielone skórki owoców.

W smaku sama czekolada była wręcz cukrowo słodka, acz przywitała mnie palonym, trochę węgielnym smakiem. Cierpkość dała o sobie znać, by zaraz wejść wraz z cukrem w klimat likieru. Może trochę piernikowego, orzechowego...

Migdałowego. Oto smak migdałów z marcepanu szybko do niej dołączał. Goniła go pomarańcza, idealnie wpisana w klimat powyższych. Słodko-kwaśna, kojarząca się "zimowo".

Smak migdałów nie dał się zagłuszyć, mimo że wyszedł bardzo czysto-świeżo. Przez maślaność i aromat pomarańczy wydał mi się łagodny i nieco wręcz upudrowany, ale smakowity. Trochę tłumiła go słodycz, która ciągle rosła. Mieszała się ze słodyczą soczystych pomarańczy, a właściwie soku pomarańczowego. Leciutkie rozgrzanie wraz ze słodyczą aż drapało w gardle, a ja pomyślałam o pomarańczowo-migdałowym grzańcu lub... nasączonym cukrowym likierem pierniku pomarańczowym. Było to do bólu słodkie, cieplusie, a jednak nieco przełamane poprzez iluzję, że gdzieś tam wisi kwasek.

Bliżej końca wyłaniała się też lekka goryczka i cierpkość. Te pomarańczowe mieszały się z tanio-polewową cierpkością cukrowo-maślanej, przypalonej czekolady.

Po wszystkim pozostał posmak przypalonej, przesłodzonej, a i tak łagodnie maślanej czekolady ciemnej oraz soczystej, trochę zalatującej goryczkowato-likierowym aromatem, pomarańczy. Wspomnienie marcepana było odległe, całość jednak miała przyjemnie "zimowy", rozgrzewająco... piernikowy? wydźwięk.

Czekolada wyszła z jednej strony ciekawie i nieźle, ale... Sama nie wiem, coś mi nie grało. Cukrowo-polewowa czekolada mi nie odpowiadała, a marcepan... o tak, ten był smakowity, bo jak słodko-kwaśny i z lekką goryczką sok pomarańczowy z bardzo czystymi migdałami, odrobinką alkoholu, ale... Przeszkadzała mi słodycz. Mimo że nieco silniejsza, wydała mi się bardziej uzasadniona niż taka wyeksponowana w wersji z klasycznym marcepanem (tamta wydała mi się aż nudno-nijaka przez mieszankę cukru i delikatnych migdałów), a i na pewno niższa niż w kokosowym.
Mimo że obecnie marcepany mnie nie kręcą (pewnie dlatego klasyczna, pomijając słodycz, aż tak mnie nudziła), mimo przecukrzenia, trochę podjadłam z ochotą. Resztę oddałam Mamie, uwielbiającej marcepany i likiery, ale czekolada była jej za gorzka i "weź przestań, wcale nie taka słodka".)


ocena: 7/10
kupiłam: Biedronka
cena: 6,99 zł (za 140g)
kaloryczność: 498 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, mielone migdały (25%), likier pomarańczowy (4%), tłuszcz kakaowy, woda, naturalny aromat pomarańczowy, emulgator: lecytyny; regulator kwasowości: kwas cytrynowy; substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza

środa, 29 stycznia 2020

Michel Cluizel Plantation Riachuelo 70 % Bresil ciemna z Brazylii

Może wyjdę na ignorantkę, ale czekolady Cluizela trochę mi tak jakby... zwisają. Nie tęsknię za nimi, nie rozpamiętuję, mimo że przyznaję, iż są dobre. Uważam jednak, że mają za mało kakao i jest wiele ciekawszych marek. Nie zmienia to faktu, że gdy słyszę "Cluizel", myślę: "Mokaya" - o tak, ta tabliczka była pyszna. W moim sercu wywalczyła sobie miejsce, więc mój stosunek do marki to: "łeee... ale!". Mokaya reprezentuje jednak dość rzadki kraj - Meksyk, a względna nowość Cluizela zainteresowała mnie, bo właśnie była z innego nieczęsto spotykanego: Brazylii. I tym razem producent nie poskąpił kakao! Tajemnicze regiony mnie kręcą, więc musiałam ją mieć, tym bardziej, że to właśnie z Brazylii była (jedna z moich ulubionych) Akesson's 75 % Forastero Brazil Fazenda Sempre Firme. Trochę się jednak obawiałam, że dzisiaj prezentowana i tak pozostanie w cieniu dwóch podlinkowanych. Jakoś jej nie ufałam, przeczuwałam przesłodzenie i drażniło mnie pomarańczowe opakowanie (ale już połączenie pomarańczu i niebieskiego, czyli wersji mlecznej wydaje mi się całkiem pasujące).

Michel Cluizel Plantation Riachuelo 70 % Bresil to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Brazylii z plantacji Riachuelo ze stanu Bahia.

Rozerwawszy sreberko poczułam wyrazisty, prażono-pieczony zapach, którego najpierw nie umiałam nazwać (ale wiedziałam, że go znam). Pomyślałam o drzewach i migdałach, jednak po chwili ewidentnie przeważył... dobrze wypieczony wafelek z mulistym, pylistym kremem kakaowym (wersja wyidealizowana). Wydźwięk wydał mi się słodko-goryczkowaty, z czasem może trochę pyłkowo-miodowy czy jak jakieś "słodkie owocowe szuszki".

Bardzo ciemna, głęboko brązowa tabliczka trzaskała jak nie do końca suche gałęzie. Już wyglądała mi na idealnie gładką.
W ustach rzeczywiście rozpływała się idealnie gładko i kremowo; lekko miękła, lekko zalepiała. Wręcz stawała się kremem o znaczącej, śliskiej tłustości kojarzącej się z pełną śmietanką i masłem (gęstym kremem właśnie z nich zrobionym?).

W smaku w pierwszej chwili wydała mi się zaskakująco intensywnie, ale nie siekierowo mocno, gorzka. W kolejnej sekundzie gorzkość ta rozchodziła się na pieczono-prażony drzewny motyw. Pośród drzew rozsypały się migdały z goryczkowatymi skórkami i "słodowe" nibsy. Wydały mi się lekko przyprawione.

W miarę prędko rozeszła się jednak kwaśność, nie bardzo mocna, ale odciągająca uwagę. Przypisałabym ją kwaśnej śmietanie, choć i lekkiej nuty owoców się doszukałam.

Śmietana złagodziła gorzkość, zrobiło się mocno maślano. Przez chwilę wręcz mdło, ale wtedy zaczął rysować się wyraźny obraz nieco przypalonych wafli i ciężko-maślanych kremów kakaowych o cierpkawo-gorzkim, pylistym smaku, trochę wręcz truflowym. Słodycz w tym czasie zdawała się zbierać siły na tyłach. Wyłapałam coś suszonego... owocowego?

Gdy owoce wyczuły słabość tej nuty, natychmiast podłapały cierpkość i przemieniły ją w głębszy, bogatszy kwasek. Mniej więcej w połowie przybrał charakter smakowitego kwasku owoców, serwując cytrusy: najpierw cytryny, potem słodko-kwaśne pomarańcze, a dokładniej sok pomarańczowy. Owoce z czasem robiły się mniej jednoznaczne, a bardziej mieszanką... dziwną i egzotyczną. Pomyślałam o słodko-kwaśnej marakui i jakieś guaranie czy czymś. Kwaskawym i czerwonym.

Po tym maślaność już nie wróciła, choć śmietanka pobrzmiewała. Tu i owdzie wyłapałam ciemne owoce leśne - jeżyny? - w towarzystwie kakaowych nibsów. Po kwaśno-egzotycznej bombie nadeszło lekkie złagodzenie i silniejsza, prosta słodycz. Prażenie z początku wzrosło, ocieplając ją i wydobywając coś drapiącego w gardle... figi? miód? Do głowy przyszły mi migdały karmelizowane w miodzie. Słodycz gwałtownie rosła w drugiej połowie rozpływania się kawałka i tak aż do końca.

Słodycz reprezentująca wręcz zasładzające suszone owoce (figi? suszone egzotyczne bliżej nieokreślone?) z kwaśności wyłowiła sobie cierpkość. Prażono-przyprawione nuty przypomniały o migdałach, waflach i drzewach, ale... tu było też coś jeszcze ciepło-suszonego... Nie tyle ziołowego, co... Jedząc i wąchając niepewnie zapisałam "rumianek" - może jakiś taki... i żywy, i suszony? Suszkowata kwaśność na koniec rosła w towarzystwie słodyczy. Figi i inne... może jednak rodzynki? Jakby lekko... w miodzie? Karmelizowane?

Posmak pozostał na pewno cierpko-goryczkowaty... Mocno migdałowo-drzewny, a więc prażony i kwaskawo-cierpko-soczyst, owocowo-egzotyczny, złożony. Wydźwięk był zaskakująco charakterny, mimo że nad wszystkim wisiało wspomnienie tłustości (udanie jednak przełamanej).

Całość bardzo mi smakowała, bo mimo że słodka, to gorzko-kwaśna strona zwracała uwagę. Wciągnęłam się mimo całej jej tłustości zaskakująco mocno. Pozostałe nuty bowiem były tak... nieznane, intrygujące. Wszelkie migdały czy drzewa u mnie zawsze na plus, ale mieszanina egzotycznych owoców była taka... niby do nazwania, ale że wszystko można podważyć; choć na pewno smakowicie cierpko-kwaśna. Albo to obrazowe (choć lekkie) skojarzenie konkretnie z duetem jeżyna-nibsy - rewelacja!. Było tego całkiem sporo, ale owoce nie wydały mi się tu nutą wiodącą (prażoność zgarnęła ten tytuł). To łagodziła słodycz. Chwilami przesadzona, chwilami pasująca. Rumianku zupełnie się nie spodziewałam, a bardzo mi się spodobał. Do śmietanowych akcentów mam mieszane uczucia (mi tu by jakiś kefir pasował), a maślaność... za dużo mi jej, acz dzięki tym kremowo-truflowym podchodom jakoś przeszła. Muszę przyznać, że było blisko do najwyższej oceny (ale jednak tłustość i słodycz...).

Pod względem konsystencji i prażenia skojarzyła mi się z Pralus Bresil Forastero 75 %, która jednak była znacznie wytrawniejsza i kawowa. W wytrawności Pralusa doszukałam się grzybów, Cluizel zasugerował mi maślano-kakaowy krem / truflę - o, to można powiązać, biorąc pod uwagę, że dziś przedstawiana czekolada była słodsza. Akesson's 75 % Forastero Brazil Fazenda Sempre Firme odebrałam jako suszono trawiasto-fusiastą, kwiatową i soczyście, ale nie jednoznacznie owocową. Cluizelowy rumianek i owoce pasują jak nic! Cluizel wydał mi się także słodszy od JP Czekolady Brazylia 65 % o nutach kawy, grzybowo-fasolowych, ale i mnóstwa orzechów, egzotycznych owoców. Te jednak były w przytoczonych zupełnie inne. Co ciekawe, w JP też czułam sok... ale marchwiowy.
Bardzo podobne owoce odnalazłam jednak w Zotterze Labooko Brazil 72 % i również dużo orzechów.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 21,99 zł (za 70 g)
kaloryczność: 570 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia

wtorek, 28 stycznia 2020

Ambiente Truffle Chocolate Con Leche mleczna z nadzieniem truflowym

Nie lubię zostawiać zrobienia czegoś na później. Denerwuje mnie, gdy coś nade mną wisi. To sprawia, że gdy mam jakąś serię czekolad (nieważne, czy to linia smaków czy po prostu to, jak kupiłam), z kolejną nie ruszę, gdy nie skończę napoczętej. To właśnie było najsilniejszym motywatorem, by otworzyć tę tabliczkę. Oceniłam ją jako najnudniejszą i tak jakoś została na koniec truflowej linii Ambiente, a mnie już ciągnęło do innych, kupionych później (no i wyjadałam te zagrożone przed upałami).

Ambiente Truffle Chocolate Con Leche to mleczna czekolada o 32 % zawartości kakao z nadzieniem truflowym (45%), wyprodukowana w Belgii dla Aldi przez Natrajacali.
Edycja limitowana na zimę 2018.

Po otwarciu poczułam mocno mleczny, głęboki zapach o słodkim charakterze, lekko podkreślony "kakałkiem". Po chwili, a zwłaszcza przy podziale, do tego kakałka dotarła iluzja alkoholu... pewnej truflowości? Mousso-grzybowej maślaności?

Konkretna tabliczka skrywała dużą ilość nadzienia. Łamała się łatwo, ale nie miękko. Nie rwała się, mimo że nadzienie wydało mi się trochę plastyczne.
W ustach rozpływała się błogo. Kremowo-tłusto, aksamitnie gładko zalepiając niczym czekolady śmietankowe.
Okazała się idealnie spójna z odrobinę rzadszym, miękkawym nadzieniem. Mimo minimalnej wodnistości, kontynuowało do pary z nią zalepianie, acz sprawiało wrażenie bardziej tłusto-śliskiego jak śmietanka... Śmietanka z pyliście-kakaowym (pod koniec trochę suchawym) efektem rodem z trufli.

Od pierwszej chwili w ustach czuć normalnie... drogę mleczną / śmietankową. Głębia tychże splatała się z silną i rosnącą słodyczą o lekko palonym, palono-miodowym wydźwięku. Wydaje mi się, że pojawiła się w tym nawet sugestia kakao.

Nadzienie niewątpliwie nutę kakao podkreśliło, choć w jego przypadku to minimalnie cierpkawe kakałko. Łagodne, zatapiające się w maślano-cukrowej toni. Słodycz rosła do poziomu przesady, po drodze do niej ujawniając pseudoalkoholowy akcent i maślano-oleiste echo. Doszukałam się przy tym lekkiej sztuczności. Drapało tym samym w gardle, co obudziło odległe skojarzenie z miodem (alkoholowo-miodową nalewką? półtorakiem?). Wydało mi się to też trochę maślano-zakalcowe, truflowe bez dwóch zdań. Śmietanka nadała słodyczy naturalnie mlecznego smaku. Do głowy przyszedł mi śmietankowo-maślany zakalec... może trochę czekoladowo-piernikowy?

O tak, czekoladowy na pewno, bo to właśnie czekolada, jakby śmietankowa, nad wszystkim panowała. Przyzwalała słodyczy na miodowe przesłodzenie, a z nadzieniem doskonale się przemieszała.

Po wszystkim pozostało przecukrzenie, jakby miodowe, cudownie mocno śmietankowy posmak i maślano-truflowy, taki z sugestią sztucznawego alkoholu, wątek.

Tabliczka ta trochę mnie zawiodła, ale... w zasadzie niczym nie zaskoczyła. Nie była spójniejsza niż Ambiente Truffle Chocolate Negro 52 %, a po prostu bardziej śmietankowo-słodka, przy czym jej przesłodzenie i maślaność nadzienia już męczyło. Ujawniła się niestety lekka sztucznawość, przez co nadzienie w moich oczach trochę straciło. Wyszło nudnawo, bo w tej to ono dodawało namiastkę wytrawności, nie mając wsparcia ze strony (dobrej!) śmietankowo-słodkiej czekolady.

Widzi mi się jako połączenie smakowitej Kaufland Classic Edel Herbe Sahne z Lindtem Chocolate Fondant (wersją wysoką, czyli 100 g) acz bez sosu. Ogół lepszy od podlinkowanego wysokiego Lindta.
Jadłam ją dzień po kokosowo-rumowej Weinrich's Trufle i tak sobie pomyślałam, że w kwestii mlecznoczekoladowych nadzień mimo gorszego składu, w smaku i strukturze zdecydowanie Ambiente wygrywa.
Szkoda, że korzennej (Ambiente Truffle Chocolate Con Leche Speculoos) tak nie dopracowali.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 7,99 zł (za 195g)
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcze roślinne (kokosowy, z nasion palmy, masło shea), pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, olej maślany, serwatka w proszku, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat waniliowy

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Libeert Vietnam 73 % ciemna z Wietnamu

Przy Libeert Lemon & Ginger stwierdziłam, że z chęcią spróbowałabym innych czekolad tej marki, myśląc właśnie o czystych. Obecnie takie cieszą mnie najbardziej, już od dłuższego czasu. Jakiś rok przed opublikowaniem tej recenzji (albo i dawniej) rzuciłam się na Piotry i Pawły w poszukiwaniu czekolad, których zdobycie gdzie indziej byłoby mało prawdopodobne albo niemożliwe (jak w przypadku marki własnej, której wtedy już wstrzymali produkcję, a mi udało się dorwać ostatnie). Z Libeert już też wyboru nie było; znalazłam jakieś resztki. Aż dziwne, że uchowała się z Wietnamu, a więc z regionu, który zaczęłam uwielbiam dzięki jednej z ulubionych marek, Marou.

Libeert Vietnam 73 % to ciemna czekolada o zawartości 73 % kakao trinitario z Wietnamu.

Po rozerwaniu sreberka zaskoczył mnie niespotykanie wytrawny zapach reprezentujący mocne palenie, podchodzące wręcz pod przypalone danie z serem i makaronem... Było w tym coś soczystego w wędzony (niemal mięsny... ale nie że mięso jako ono samo) sposób. Po dłuższej chwili ustabilizowało się raczej jako niejednoznaczne, niewyraziste kawa i pierniczki w polewie kakaowej. W dziwna soczystości (początkowo wytrawnej i wędzonej) z czasem ujawniły się owoce. Trochę kwaśno-goryczkowatych cytrusów, ciemnych owoców leśnych, może jakiś suszonych śliwek... albo cierpkawe galaretki czy dżemy ze śliwek i leśnych, podkręconych cytrusami?

Tabliczka w dotyku wydawała się suchawa, a przy łamaniu twardo-krucha. Trzaskała donośnie i w jakby pusty sposób. Przy odgryzaniu kawałka wydawała zdrowe chrupnięcia i ogólnie właśnie chrupka się wydawała.
W ustach potrzebowała trochę czasu; rozpływała się powoli, z lekkim oporem, ale jednak. Stawała się miękkawą, dość plastyczną, mimo że jednocześnie zwartą masą. Kojarzyła się trochę z kremem, trochę z  plasteliną, sprawiając wrażenie krucho-rozpadającej się. Była kremowo-tłusta, lekko lepiąca, acz pobrzmiewało w niej lekkie rozwodnienie. Pod koniec wydała mi się bardziej sucho-ściągająca, acz wciąż tłusta.

W smaku jako pierwsza pomknęła przypalona nuta, którą szybko dogoniła kawa, rysując obraz (wyidealizowanej) zadymionej palarni kawy, palonych ziaren, na których ktoś już kawę zaparzył i...

...niemal natychmiast dosłodził. Na myśl przyszła mi łagodna kawa, może nawet z mlekiem, a więc jakieś cappuccino czy latte. I to chyba w wersji lekko waniliowej.

Zaraz jednak spod tego zaczęła się odzywać... goryczkowato-cierpka lurowatość? Nienachalny dym? Gorzkość zawalczyła o swoje, zastępując mleczną kawę słodką kawą, do której podano pierniki w polewie kakaowej / czekoladowej. Zahaczyło to o maślaność, ale zaraz pojawiło się i zakryło ją mnóstwo gorzkiego dymu i podwędzanych sugestii.

Nagle poczułam kwaskawe ukłucie. Jedno, drugie... Z tyłu kompozycję zaczęły atakować soczyste owoce. Cały czas przewijały się cytrusy, ale najpierw skupiłam się na  leśnych, z czerwonymi porzeczkami na czele, potem zaś... doszło do tego tyle cierpkości, baza zrobiła się mocno palono-wędzona, że pomyślałam o śliwkach albo raczej o... niejednoznacznych galaretkach o smaku śliwek - ciemnawych owoców leśnych (porzeczki... już nie tylko czerwone).

Gorzkawa baza mieszała się z waniliowato-pudrową słodyczą sprowadzając ją w trochę serowe klimaty (mozzarella? wędzony twaróg?). Na myśl przyszedł mi też łagodny, pszenny makaron. Słodycz w drugiej połowie udanie przełamała soczysta kwaskawość. Należała do cytrusów, w tym do kwaśno-goryczkowatej (bo ze skórką) cytryny. Jakby z... ziemiście-cytrusowej kawy.

Bliżej końca kawa wyszła na pierwszy plan, odganiając słodycz zupełnie. Jej palone ziarna zdawały się ziemiste i mocne, nie zaś przepalono-suche. Przejawiały soczystość. Wydała mi się soczystością dziwnie wytrawną, cierpką, może ściągającą. Znów pomyślałam wręcz o przypalonym makaronowo-serowym daniu w towarzystwie czarnej kawy i dymu.

Cierpkość takowej kawy pozostała w posmaku. Wraz z gorzkim dymem i mocną nutą paloną. Czułam również jakby łagodne wyciszenie i pobrzmiewającą soczystość... nie tylko owocową, ale właśnie też kawy, taką dziwną. Oprócz tego dość mocno ściągnęła.

Całość, zwłaszcza cierpko-przypalone i owocowe (głównie czerwone porzeczki, śliwki) nuty bardzo odlegle można nazwać gorszą wersją Marou Ba Ria 76 %. Śliwkowo-mleczne akcenty przy wytrawności przywiodły mi na myśl Marou Lam Dong 74%, ale też gorszą oczywiście.

Gdybym nie znała nut Wietnamu, a więc dziwnej wytrawności, dymno-przypalonych nut i niejednoznacznej, kwaśnej mieszaniny owoców pomyślałabym pewnie, że średnio im wyszła, bo konsystencję miała kiepskiej czekolady. Pachniała ryzykownie, chwilami wydawała się chamska, ale w tym wszystkim... smaczna. Porównując do innych jedzonych z regionu, bardzo złagodzona, ale wcale nie mocno słodka, wciąż gorzko-kwaśna, cierpka. Słodycz miała tu jednak chwilami nieprzyjemny wydźwięk (przez aromat waniliowy? gdyby go wywalili, na pewno byłoby lepiej, bo miałam wrażenie, że stał też za nutą galaretek.)
Mogła być lepsza, ale i tak wyszła bardzo dobrze.


ocena: 8/10
kupiłam: Piotr i Paweł
cena: 12,99 zł (za 80g)
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, naturalny aromat wanilii

niedziela, 26 stycznia 2020

Georgia Ramon 70 % Carolina Reaper Chili ciemna z Dominikany z chili

O tej marce nawet jakbym chciała zapomnieć, nie umiałabym. A wierzcie mi, chciałabym zapomnieć. By móc ją poznać jeszcze raz! Uwielbiam ciemne czekolady Georgia Ramon i paradoksalnie ich otwieranie zawsze odkładam. Bierze się to z lęku, że mi się skończą. Na szczęście to mi na razie nie groziło, a musiałam z przytupem zakończyć serię czekolad z chili, które w ostatnim czasie uzbierałam. Ta wydała mi się doskonała na to. Wyszło trochę śmiesznie, bo ostatnią jedzoną GR była Porcelana, a więc z ziaren wydających się delikatnymi, a dziś prezentuję wam... istnego diabła. I to nie tylko na opakowaniu. Do czekolady dodano bowiem Carolina Reaper, czyli najostrzejszą papryczkę chili na świecie, wpisaną do Księgi rekordów Guinessa. Przyznaję, że trochę się bałam. Doceniam bowiem pikanterię w niektórych rzeczach (np. właśnie czekoladach, daniach curry czy meksykańskich), jednak nie cierpię palącej ostrości, przez którą nie czuć smaku (nie widzę sensu robienia tak ostrych rzeczy - dla szpanu?). Kocham ciemne GR, ale ich kontrowersyjne propozycje (biała brokułowa, biała buraczana) właśnie jako takie "dla szpanu", aby szokować mi się wydają.

Georgia Ramon 70 % Carolina Reaper Chili to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Republiki Dominikany (od kooperatywy Oko Caribe) z chili Carolina Reaper.

Po otwarciu już zbliżając nos do papierka poczułam śmietankowo-prażoną woń z zaznaczoną charakterną ostrością. Po wyjęciu czekolady rozniósł się zapach lekko pudrowy, słodki i wręcz kwiatowy, ale nie taki znowu rześki. Raz i drugi wąchając poczułam się, jakbym zbliżała się do pieprzu i aż  kichnęłam. Była dość... pieprznie-soczysta.

Tabliczka, pod względem koloru przypominająca mleczną, okazała się twarda. Przy łamaniu, do którego musiałam użyć siły, trzaskała głośno niczym gałęzie czekające na ognisko. Wydawała się bardzo masywna, pełna.
W ustach rozpływała się łatwo, gładko i kremowo. Trochę zalepiała tłustymi smugami, które odebrałam jako gęstawe, ale trochę rozwodnione.

Już w trakcie robienia gryza, uderzyła mnie ostrość chili. Natychmiast rozpaliła gardło, męcząc niemiłosiernie. Nagle jednak, dosłownie w sekundę-dwie później, w ustach rozeszła się delikatna słodycz kwiatów. To przy odgryzaniu kawałka. Gdy jednak grzecznie kładłam kawałek na języku, rozchodził się najpierw ten kwiatowo-pudrowy smak, a chili zaznaczyło swoją obecność... już w następnej sekundzie.

Pikanteria chili spłynęła do gardła i drastycznie rosła. Była silna, ale wyrazista w swej sile.

Jednocześnie w ustach rozchodziła się kwiatowa słodycz. Mieszała się ze śmietankową nutą, która tworzyła harmonijne przejście do maślano-orzechowego wątku. Mniej więcej w połowie miks orzechów i kwiatowa słodycz wydały mi się motywem przewodnim wyczuwalnym w ustach. Kolejno wyłapywałam orzechy nerkowca, laskowe i arachidowe. Można by tu pomyśleć o śmietankowo-karmelowym nugacie.

Prażone fistaszki i nugat zgrały się z ostrością. Pojawiła się przy nich gorzkość popiołu. Było to ciepłe i charakterne, bogate w smak chili. Łagodniejsze nuty dodały mu tłuszczowej soczystości, choć czekolada schodziła na dalszy plan. Kompozycja wydała mi się soczysta, ale w sposób ostry. Oprócz piekła, palenia - wypalania wręcz! - w gardle, czułam smak... papryczek chili i pieprzu. Pieprzny popiół łączył chili i czekoladę. Chili samo z siebie wydało mi się lekko owocowo-kwiatowe. Niczym owoce... ale tak ostre, że... pikanteria uderzała do głowy (efekt trochę a'la wódka?).
W pewnym momencie, gdy jakoś przełknęłam więcej śliny, myślałam, że wypali mi gardło. Na smaku nie mogłam się już skupić.

Bliżej końca do oczu cisnęły mi się łzy. Miałam wrażenie, że mi zaraz gardło wypali i umrę.

A wtedy kawałek zniknął, pozostawiając w ustach wręcz karmelowo-nugatowo-słodki posmak zmieszany z intensywną i wyrazistą ostrością chili, które wciąż wypalało gardło i nawet usta.

Zjadłam trzy kosteczki, które w przypadku GR są naprawdę malutkie (tak na oko 50-gramowa tabliczka ma ich 80-90?; wielkość niecałego małego paznokcia?) i nie chciałam tej ostrości ani trochę więcej. Tak, to jedna z tych czekolad, w przypadku której wiele osób da sobie spokój po kostce... Szkoda jednak. Bo sama baza chyba była pyszna. Kwiatowo-orzechowa... nugatowa? Fistaszkowa? Ależ chciałabym to poczuć w czystej ciemnej! Za tak wypalające, sadystyczne chili jednak podziękuję. To propozycja ekstremalna, ale w swej ekstremalności niegubiąca smaku. Co z tego jednak, skoro i tak trudno się ją je? A irytacja tym większa, bo czuć, że sama czekolada dobra... Jednak coś tak ostrego, że aż walącego w łeb jak wóda? Hm... Tego akurat mogliby robić jeszcze bardziej miniaturowe wersje.
Tym razem ocenę wystawiam wyjątkowo subiektywnie. Uważam ją za pyszną, ponadprzeciętną, acz nie do zjedzenia przez poziom pikanterii. Jako że chili miało głęboki smak, wolałabym by dali tak, tę odmianę, ale znacznie mniej, by móc jeść i cieszyć się smakiem.

Swoją drogą, podobnie miałam z Luximo Premium 70 % z solą morską, która kiedyś była zacna, a potem trafiłam na tabliczkę z tak gigantycznymi kawałami soli, że nie dało się jeść...


ocena: 5/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 19,99 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sproszkowane chili Carolina Reaper 0,3%*
*Skład oryginału kończy się: "(...), Carolina Reaper chili powder 0,3%, pain.

PS A jeśli Wam niespodzianek mało, zapraszam na aktualizację recenzji draży Skawa - kakaowych i czekoladowych. Nie myślałam, że to nastąpi, ale jednak. I w ogóle to wcześniej zapomniałam dać znać, że coś tam dopisałam o nich.

sobota, 25 stycznia 2020

Weinrich Trufle Czekolada mleczna z nadzieniem o smaku kokosowo-rumowym

Nie bez powodu tę tabliczkę zostawiłam na koniec trzech alkoholowych nadziewańców zakupionych w Lidlu. Obstawiałam, że będzie najlepsza i łudziłam się, że posmakuje mi na tyle, że nie oddam Mamie. Nikt na nią więc nie czekał, mogła poleżeć. Kokos i alkohol? Mniam, ale! Pojąć nie mogę, dlaczego jak je łączą, to przeważnie jako pina colada, która do mnie nie przemawia (lubię kokosa z owocami, ale z czymś innym chyba jeszcze bardziej). Wprawdzie taki wariant smakowy uważam za w porządku, jednak kokos z rumem wydaje mi się o wiele atrakcyjniejszy (piracki hue hue).
A i sięgnęłam po nią szybciej, niż się spodziewałam, bo niedługo po niesmacznej Roshen Coconut Nougat, ponieważ to ona mi o niej przypomniała. Narobiła mi ochotę na dobre kokosowe nadzienie - kokosowe za sprawą aromatu. Zdecydowanie wolę naturalnego kokosa, ale do aromatu też nic nie mam (o ile występuje w czymś "z głową").

Weinrich's Finest Chocolate Trufle Czekolada mleczna z nadzieniem o smaku kokosowo-rumowym to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z 40 % nadzieniem kokosowym z rumem.

Po otwarciu uderzył mnie mocny aromat kokosa w wydaniu niemal cukrowo-słodko, na szczęście jednak charakternie... likierowym. Alkohol czuć wyraźnie, lecz mimo że nuta rumu ujawniła się dopiero z czasem, to nie spirytus. Do tego wyraźnie mleczna, choć nie jakaś głęboka, czekolada i mamy kompozycję bardzo apetyczną.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się w miarę konkretna, mimo że krucha. Nadzienie cechowała gęstość, choć od czekolady było minimalnie rzadsze.
Czekolada rozpływała się w gęsty, kremowy, ale proszkowy sposób z wodnistym efektem. Mimo to, całkiem mocno zalepiała.
Nadzienie zlewało się z nią, lecz było bardziej plastyczne i nie tyle wodniste, co mokre. Tłuste jak śmietanka, a więc lekko śliskawe. Rozchodziło się w nieco gumiasty sposób, ale też zalepiając. Skojarzyło mi się z częściowo stopioną czekoladą, a chwilami wydawało się lekko pyliste.

Sama czekolada uderzała cukrem, do którego dopiero po chwili dochodził nieco mleczny wątek i sugestia kakao. Na znaczeniu traciły jednak tak szybko, jak się pojawiały.

Nadzienie przebijało się nutą sztucznawego kokosa, ewidentnie zespojonego z alkoholem. Ten sam w sobie był niemal cukrowy, więc drastycznie wzrastała słodycz. Nadzienie smakowało słodko, ale już po chwili, gdy alkohol zaczął rozgrzewać, ujawniło smak mlecznej czekolady. Zaraz jednak wyszło, że niestety, tak jak wierzch to czekolada mleczna głównie z cukru z nutą polewowego kakao. Na myśl przyszedł mi kokosowo-mlecznoczekoladowy likier.

Cukier gonił cukier, razem z alkoholem drapał, a kokos beztrosko rozbrzmiewał jako słodki likier / aromat. Lekką goryczkę początkowo przypisałam aromatowi, lecz jakoś w połowie uderzył rum. Podkreślił odrobinkę cierpkości kakao, po czym ulotnił się. Przesadzona słodycz jednak pozostała. Na miejsce rumu weszła nienapastliwa, ale też nie przyjemna sztuczność. Trzymała się kokosa i słodyczy. Bliżej końca znów wyraźnie czułam jakby likier kokosowy, a mimo powalającej cukrowości, wreszcie wyłoniła się także mleczność.

W posmaku pozostał cukrowy likier kokosowy, słodki kokos z aromatu, sztucznawość ogólna i poczucie kakałkowo-mleczne (nie mlecznej czekolady). Wszystko to przełożyło się na przecukrzenie nie do przebrnięcia po dwóch kostkach.

O ile przy pierwszej kostce uznałam, iż choćbym miała umrzeć z przesłodzenia, tę czekoladę zjem (a nie oddam Mamie), tak przy drugiej ilość cukru i jednak sztucznawość mnie zmogły. Szkoda, naprawdę szkoda, bo to czekolada genialna... tylko że zepsuta cukrem (i syropem glukozowym? mam wrażenie, że to jego motyw "słodka sztuczność" mi tam pobrzmiewała). Ocenę naciągam, by wyróżnić ją na tle serii, ponieważ gdyby nie tyle cukru, mogłaby mieć i 10.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: 3,49 zł (Mama zapłaciła)
kaloryczność: 496 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, serwatka, miazga z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii), 40 % nadzienie (cukier, czekolada mleczna: cukier, miazga kakaowa, mleko w proszku pełne, tłuszcz kakaowy, serwatka) 12 % rum o smaku kokosowym 60%vol, bezwodny tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, kakao w proszku, aromat kokosowy, substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza

piątek, 24 stycznia 2020

Lindt Creation Macaron Vanille / Vanilla Macaron mleczna z nadzieniem waniliowym i mlecznym kremem z bezą, migdałami i ciastkami

Mleczne nadziewane Lindty jakie jadłam ostatnimi czasy mocno mnie zawiodły. Niektóre trochę z mojej winy. Makaronikowe smaki były bowiem... makaronikowe, wow. A to już mój problem, że nie cierpię makaroników. Tę kupiłyśmy z Mamą wychodząc z założenia, że pewnie to, czego nie zjem, trafi do niej. Tak jednak sobie myślałam po niesmacznych Macarons Pistazie i Macarons Zitrone, że one w sumie to trochę inna linia niż płaskie Creation, a tak się składało że z tej linii Les Macarons Fraise mimo że nie w moim typie, smakowała mi. Inna sprawa, że zrobiłam się sceptyczna do mlecznych smaków z tej linii (po mdłej i przesłodzonej Creation Schwarzwalder-Kirsch). Na domiar złego byłam parę dni po paskudnych czekoladach Roshen Nougat z pudrowo-gumiastymi nadzieniami, które okazały się tworami skrajnie nie dla mnie i bałam się, że ta może okazać się podobna.

Lindt Creation Macaron Vanille / Vanilla Macaron to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z nadzieniem waniliowym (typu "ganache") i mlecznym kremem z kawałkami migdałów, ciastek i bezy.

Już w trakcie rozrywania sreberka uderzył intensywny zapach przesłodzonego, naturalnego mleka. Zaprawiony był wanilią, która niezwykle nasiliła się przy łamaniu. Wtedy okazało się, iż to mieszanka wanilii i sztucznawo-waniliowatej nuty. Miałam wrażenie, że w mleczności pobrzmiewa mleko w proszku, a to z kolei uwypukliło pudrowy charakter i przywiodło na myśl budyń.

Konkretna tablica przy łamaniu lekko pykała z racji tego, jak gruba była warstwa czekolady.
Obu nadzień też było sporo, proporcje mniej więcej równe, acz wierzchnie umiejscowiono tak raczej na środku, dolne zaś rozchodziło się na brzegi.
Na górze znajdował się rzadszy, trochę ciągnąco-lepiący, rzadki żel z drobinkami wanilii.
Dół to mleczny krem: zwarto-tłusty i z dużą ilością różnej wielkości kawałków.
W ustach czekolada rozpływała się na zalepiająco-gęstą masę, i leniwie odsłaniając nadzienia. W swej tłustej kremowości była spójne z wnętrzem. Ono rozpuszczało się mniej więcej równocześnie, z czego żel wyciskał się szybciej, ale potem gdzieś tam w całym tym czekoladowym bagienku zalegał i rozpuszczał się wraz z resztą. Żel próbował udawać gładkość, ale daleko mu do niej. Śliski, owszem, jak najbardziej, ale czułam w nim proszek. Przy niektórych kęsach wydawało mi się, że kryła się w nim odrobina trzeszczących, zmielonych migdałów, acz możliwe, że przylepiały się od drugiego nadzienia.
Krem na dole był niczym zagęszczone mleko, tłusto-śmietankowy. Rozpuszczał się szybko, choć nie znikał natychmiastowo przez dodatki, które skrywał. Zespoił rzadki żel i gęstą czekoladę.
Dodatki obniżyły tłustość, ale zwracały uwagę na proszkowość. Ciastka bowiem były takie mączno-pszeniczne, twardo-chrupiące. Pod tym względem to wyśrodkowanie między miękko-trzeszczącymi, minimalnie chrupiącymi, ale chyba świeżymi migdałami (których było tak mało, że w sumie trudno coś o nich powiedzieć), a bezą. Jej drobinki rozpuszczały się bardzo powoli na dziwny cukrowy pyłek. Nim też stawały się, przy chrupaniu ich.
Całość była strasznie zalepiająco-miękka, rzadko-tłusta w mleczny sposób i kremowo-proszkowa. Niespotykanie harmonijna. Niestety jednak to męcząca harmonia.

W ustach najpierw rozszedł się intensywny smak błogo mlecznej i za słodkiej, ale smakowitej czekolady. Słodycz rosła do przesady dość szybko, ponieważ podbijały ją bardziej waniliowo-waniliowate nuty, ujawniające posmak mleka w proszku.

Mleko w proszku zagrzmiało, gdy odsłaniały się nadzienia. Mieszały się ze sobą, więc całość można określić jako przesłodzono-mleczną na różne sposoby, a jednocześnie bez wyrazu. Uważniejszy konsument jednak nawet przegryzając się przez całość wychwyci różnice, tym bardziej, że żel dominował w pierwszej połowie, a potem szala trochę się przechylała.

Żel to zabójcza fuzja okropnego mleka w proszku i sztucznej słodyczy. Była dziwnie mdła i irytująca. Znalazła w niej miejsce sztuczna wanilina, ale ogólnie to bardziej... "waniliowate" mleko w proszku. Chwilami widziało mi się jako "waniliowaty" budyń (na sucho?!).

Nadzienie mleczne (dolne) podkręcało wyrazistszą słodycz i mleczność właśnie. Wydawało się zrobione ze skondensowanego, zacukrzonego mleka z tubki. Echo mleka w proszku wciąż pobrzmiewało, ale ten skondensowany smak w drugiej połowie zaczął dominować i trochę podratował sytuację.

Gdy językiem zaczęłam trafiać na dodatki, a także wtedy, gdy gryzłam je "obok czekolady" lub na koniec, odebrałam je jako nijakie. Coś tam czuć, ale nie przebiły ogólnego zawanilinowacenia (przesłodzenia) i mleka.

Migdałowy posmak mieszał się z pszeniczną goryczką mocno wypieczonych (przypalonych) ciastek, które jednocześnie były bez wyrazu, mało ciastkowe i... słodkie.
Bezy z kolei, mimo że było ich najmniej, nie miały oporów. Każda z nich to kopniak cukru.

Końcówka była więc "streszczeniem dodatków" zatopionych w zacukrzonej mleczności. Nawet czekolada zeszła na daleki plan.

Po wszystkim pozostał nieprzyjemny posmak mleka w proszku i waniliny, a do tego straszliwe przesłodzenie. Wanilia i zwykłe mleko jakoś uległy tym nieprzyjemnym smakom, dodatki odeszły w niepamięć, a mleczna czekolada... wpisała się w kiepskość.

Lindt pojechał po składnikach. Czuć, że postarał się, by wybrać jak najtaniej. Mleko w proszku, wanilina, proszkowe budynie, cukier - brawo po prostu. Daleko temu do smacznej (i w sumie podobnej, tylko że lepszej) Creation Caramel Vanille mit Mandelstuckchen. Poskąpił wanilii. Czy nie mógł zrobić np. nadzienia ze skondensowanego mleka słodzonego wanilią albo / i warstwy budyniowej? Budyń sam w sobie mógłby być fajnym smakiem, ale ten był sztucznie-prochowy. Sztuczny żel to dziwne rozwiązanie. Po co wanilina? Po co aż tyle mleka w proszku?

Skojarzyła mi się trochę z Weinrich Trufle Marc de Champagne, ale w sumie tylko pod względem przesłodzenia i mleka / śmietanki. Gdyby tak nadzienie Weinrich zestwić z lindtowską czekoladą, ocena byłaby naprawdę wysoka! Nadzienia Lindta mogłyby być smaczne... gdyby tylko poprawić ich jakość.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 12,48 zł (za 150g)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, stabilizator (sorbitole), pokruszone gorzkie herbatniki (cukier, skrobia pszenna, mąka pszenna, pestki moreli, barwnik: karmel siarczynowy; białka mleka, proszek do pieczenia: węglany amonu), 1%, beza mleczna (cukier, skrobia pszenna, białka mleka) 1%, cukier inwertowany, syrop glukozowy, mleko skondensowane słodzone, migdały 0,7%, lecytyna sojowa, ekstrakt słodowy jęczmienny, sproszkowana wanilia, wanilina, naturalny aromat waniliowy, naturalny aromat

czwartek, 23 stycznia 2020

Pacari Orange / Naranja ciemna 60 % z Ekwadoru z pomarańczą

W dniu po zjedzeniu deseru z owocem yuzu w Sakana Sushi pomyślałam sobie, że rzeczywiście, najważniejsze jest wykonanie. Dobrze, z głową - wszystko może smakować albo wyjść tak, że człowiek doceni. Przez ten zacny azjatycki cytrus naszło mnie na jakąś cytrusową czekoladę. I to porządnie cytrusową, soczystą. W kwestii soczystości bowiem czułam lekki niedosyt. I moje myśli sobie popłynęły, że szkoda, że na rynku jest tak mało dobrych np. pomarańczowych czekolad. I tu prosto z nieba Ekwadoru spadło mi takie cudeńko: uwielbiane Pacari właśnie z pomarańczą. Parę miesięcy wcześniej zaopatrzyłam się w nowe, bardzo rześkie smaki i liczyłam, że ta właśnie chociaż zbliży się do obłędnej soczystości marakujowej Pacari 60 %.  A i nieźle już za tą marką ogółem zatęskniłam.

Pacari Orange / Naranja to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru z ekstraktem z pomarańczy.

Gdy tylko rozcięłam papierek poczułam intensywną różaną woń zmieszaną z czarną, wilgotną ziemią. Róże przedstawiły się jako ciężkie perfumy, ale i zawilgocone z kwiaciarni... Wilgoć ziemi podkreślał soczyście-słodki, początkowo jedynie motyw cytrusów (o wiele mniej cytrynowy niż w innych Pacari). Z kolei on, jego słodycz, była podkreślona znaczącą nutą karmelu. Karmel niósł ciepło i prażoność. Z połączenia cytrusów i karmelu wychylały się delikatne pomarańcze. One rozchodziły się z ociąganiem, a gdy już to zrobiły, prezentowały owoce do granic możliwości słodkie i lekko aromatowo-galaretkowate (z taką "niby goryczką"). Zapach pomarańczy nasilał się w trakcie degustacji.

Ciemna tabliczka była wręcz kamiennie twarda, trzaskała głośno w sposób pełny, sugerując tłustość. Przekrój wydał mi się zbito-ziarnisty.
W ustach najpierw rozpływała się z lekkim oporem, ale gładko, wręcz ślisko; potem coraz łatwiej. Opływała wodnisto-soczystymi falami. Wyszła więc jak zbito-tłusta grudka, po której spływał sok / woda... Średnio to przyjemne, ale można się przyzwyczaić. Tempo miała umiarkowane, acz znikanie szło jej sprawnie.

Robiąc kęs, uderzona zostałam... delikatniusiowością. Dosłownie. Poczułam najdelikatniejszą maślaność kojarzącą się z miękkimi słodkimi bułkami i nadzieniami / mousse'ami kakaowymi na bazie masła. W takich nadzieniach zazwyczaj pojawia się grzybowa nuta - tu było coś delikatnie ziemistego. Ziemistość niosła ogrom wilgoci wręcz kwaskawo-cytrusowej. Lekki kwasek szybko ustąpił miejsca słodyczy i wtedy pojawiła się odległa pomarańcza.

Ten motyw pojawił się w zasadzie dość szybko, ale dopiero po chwili wyszło, że to ewidentnie bardzo słodka pomarańcza. Taka... nadzieniowata. O tak, croissanty czy bułeczki z nadzieniami pomarańczowymi. Słodkie dżemy i konfitury pomarańczowe...

Cała cytrusowa soczystość jednak i ziemi nie darowała. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ziemista baza zdominowała maślaność, zostawiając sobie pomarańcze tylko jako ozdobę. Wszelkie słodkości zakryła mnóstwem gorzkawego dymu. Pojawiła się czarna kawa. Jakby ktoś te wypieki nią przepił. Przez pewien czas to właśnie soczyście-ziemista kawa dominowała (lekko muskana pomarańczą). Na wierzch wyszły ziarna kawy. Soczyste... może nie tylko ziarna kawy, ale i nibsy, może nawet słód. Jak słód, to palony, a więc... jeszcze więcej dymu.

Na tyłach przewijały się konfiturowato-dżemowe pomarańcze. Głównie słodkie, ale i z nutką goryczkowatości  aromatu. Palona konfitura niosła ciepło, ciepło zaś... karmel. Mimo że na przodzie działała gorzkość powyższych, tu kłębiła się słodycz. Na myśl przyszły mi marmoladkowe nadzienia różane, pachnące różanymi perfumami... Róże przy pomarańczach zyskały bardziej owocowy wydźwięk, ale i goryczka się wśród nich pałętała.

Mieszanina dymu, paloności, słodu oraz karmelu ze słodyczą pomarańczy nie surowo-świeżej, wyszła przyjemnie goryczkowata, i soczyście zasładzająca, raczej niekwaśna, co pod koniec stało się słodkim, lemoniadowym piwem. Ogólnie cytrusowym, choć może rzeczywiście ze sporym udziałem pomarańczy. Zasładzające, ale "na lato".

W posmaku pozostała cytrusowość zmieszana z nieco charakterniejszym motywem ziemi i słodu. Wróciły ziarna kawy, jakby ktoś zakończył ucztę właśnie nią i zgryzł sobie jedno czy dwa z dna kubka. Czułam soczystość, ale i maślaną tłustawość, z tym, że soczystość z czasem jakby nieco wzrosła (albo ta druga zniknęła).

Całość zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ponieważ była niezwykle jednoznaczna. Czułam się, jakby czekolada po prostu pokazywała mi kolejne konkretne sceny. W dodatku te smaki były takie... może nie do końca moje, ale cudownie spójne. Maślane wypieki z nadzieniami pomarańczowymi i różanymi... a jednak też ziemia, czarna kawa... Wydawać by się mogło, że kontrastowo, ale nie. Piwo... słodziutko-owocowe jakoś to połączyło. Pomarańcza nieźle wyczuwalna, w sposób nienachalny - tak, że to czekolada rządziła, nie została zagłuszona. Wysoka słodycz i dość znacząca tłustość powinny być niższe, ale i na brak gorzkości nie mogę narzekać. Soczystość była, ale trochę skąpa. Kwasku w zasadzie brak... Na szczęście charakteru nie brak. Może nie do powtórki, ale intrygująca ciekawostka.

O wiele lepsza niż Hoja Verde Orange, która wydawała się spłycona olejkiem (acz wciąż smaczna). Pacari wyszła o wiele bardziej... ekwadorsko, mniej pomarańczowo.
Muszę też przyznać, że tak czy inaczej o wiele bardziej podoba mi się czysta tabliczka z olejkiem, niż np. Pacari z dodatkami-kawałkami.


ocena: 9/10
cena: £4.29
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt z pomarańczy (0,15%)

środa, 22 stycznia 2020

Roshen Coconut Nougat mleczna z nugatem kokosowym

Na koniec przygody z nugatową serią Roshen, zostawiłam sobie wariant, który obstawiałam, że będzie najlepszy. Akurat kokosowi wybaczam, gdy wychodzi bardziej cukrowo; uważam nawet, że czasem przesłodzenie mu pasuje. Niestety, Magnetic Czekolada deserowa z nadzieniem kokosowym poziomem słodyczy mnie wykończyła. Pomyślałam przy niej jednak, że to kontrast - cukrowość przy ciemnej bardziej mi doskwiera. W mlecznych / białych jest bardziej zrozumiała. A na kokosowe nadzienia patrzę z optymizmem - mniejszy z nimi problem, niż z wiórkami, które bardzo lubię, ale... przeważnie albo narzekam, że mi ich za dużo (efekt zlepka), albo za mało ("to tam są wiórki?").


Roshen Coconut Nougat Milk Chocolate to mleczna czekolada o zawartości 34 % kakao nadziewana nugatem kokosowym z wiórkami.

Po otwarciu poczułam przyjemny zapach aromatu kokosowego, któremu do apetyczności było dość daleko (miałam kiedyś szampon tak pachnący - zapach cudny, tylko że... dla szamponu; perspektywa, że mam to zjeść była średnia). Na szczęście jednak wkomponował się w mocno mleczną i cukrową toń. Kokos podkreślił w czekoladzie także lekką kakałkowość. Dopiero gdy to wszystko po czasie jakoś tam się przemieszało, można mówić o jakiejś apetyczności.

Lepko-tłusta, nieulepkowata tabliczka przy łamaniu nawet lekko pyknęła. Grube warstwy czekolady stały za konkretnością, nadzienie zaś... jakby starało się im dorównać. Częściowo zwarte, i tak wyszło raczej miękkawo-rwąco.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, zalepiając kremową mazią na dłużej i odsłaniając kulkująco-grudkujący się nugat. Robił to w oparciu o kokosowe drobinki i wiórki, których było bardzo mało, ale też samoistnie. Zalegał znacznie dłużej niż czekolada. Wydał mi się piankowo-ciągnący oraz gumiasto-ciężki jak środek utwardzonego Milky Waya.
Wiórki to pojedyncze elementy do chrupnięcia - bardzo mocno uprażone na twardo-chrupko. Dzięki tym chrupiąco-trzeszczącym elementom, środek nie kojarzył się aż tak bardzo z gumą do żucia, co dwa pozostałe smaki.

W smaku czekolada uderzyła mieszaniną mleka i cukru, w której szybko zaznaczył się bardziej kakałkowy motyw, zakreślony przez aromat kokosowy.

Sztuczność odezwała się szybko, ale raczej pobrzmiewała, nie atakowała. Kokos popłynął na mleczno-czekoladowej fali. Cukier wtórował temu wszystkiemu, tworząc pudrowo-piankowy klimat. Sztuczna słodycz była jakby smakiem (bezsmakiem?) wiodącym. Mleko znów nie wydało mi się przez to zbyt głębokie, ale wyraźne. Smak kokosa był nie do pomylenia, ale nie przewodził. Raczej z aromatu, znalazł się na granicy "spożywczości". Przy wiórkach wzrastał, ale z chęcią odbiegał też w mydlaną stronę. Chwilami pojawiały się zapowiedzi kwasku, lecz nie przebiły się.
Ogólnie pudrowo-mleczny, piankowy wręcz, kokos wraz z cukrowo-mleczną, dziecięco kakałkową czekoladą zabiegały o swoje względy bardziej widowiskowo. Obudziły skojarzenie z Bountym... a dokładniej jego mdłej hybrydy z Milky Wayem.

W posmaku pozostała dziwna, mdła słodycz, pudrowo-mydlana mleczność i sztuczny kokos zestawiony ze smakiem mlecznej czekolady.

Bounty'owaty Milky Way w formie tabliczki - tak to widzę. Do bólu słodki, do bólu piankowo-zalepiający i... taki, którego pewnie można pokochać... a od którego mnie odrzucało. Poziom cukrowości zdecydowanie za wysoki, a Milky Waya od zawsze po prostu nienawidziłam. W dodatku mało to realnie kokosowe. Dobrze jednak, że czekoladę też czuć, a nadzienie mimo iż sztuczne, to nie wściekle wgryzające się w jęzor. W łaski niestety też nie.
Niesmaczna według mnie, ale najlepsza w mych oczach z trójki próbowanych nugatowych Roshen. Mdła, gdy chodzi o kokosa, dość sztuczna i cukierkowa, kiepska, ale na szczęście nie jak nadziana gumą do żucia.
Drugi kęs zrobiłam z trudem... Reszta trafiła tradycyjnie do Mamy i... najpierw smakowała jej mniej niż jagodowa. A byłam ciekawa, która u niej wygra, bo Mama uwielbia wszystko, co jagodowe i kokosowe. Tu jednak usłyszałam, że mimo że słodka i w ogóle, to niestety według niej za mało kokosowa i "tak tę czekoladę już bardziej czuć". Zaznaczę, że u Mamy coś kokosowego = wypchanego wiórkami po brzegi. Raz, drugi podjadła (dostała wszystkie trzy hurtowo) i uznała, że jednak "taka słodka, najmniej sztuczna... najlepsza jednak". Ha!

PS Przy Ehrmann High Protein Caramel Pudding pisałam o wizji z dzieciństwa - karmelowy Milky Way? Teraz wiem, że to by i tak nie przeszło, acz w tę serię by się wpasowało i dziwię się, że takiego smaku nie ma. A co z pomarańczową i miętową tabliczką? Mnie nie kręcą, ale po tych trzech obstawiam, że poziom całej serii jest wyrównany - jak ktoś lubi takie rzeczy...


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 2,99 zł (za 90 g)
kaloryczność: 480 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: nugat kokosowy (syrop, cukier, olej palmowy, serwatka w proszku, prażone wiórki kokosowe 4,5%, białka jaj w proszku, substancja utrzymująca wilgoć: syrop sorbitolowy; mleko odtłuszczone w proszku, aromat, lecytyna sojowa), cukier, tłuszcz kakaowe, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; aromat waniliowy.