Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amano. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amano. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 października 2023

Amano Guayas River Basin Ecuador 70 % Dark Chocolate zmieniona 2023 ciemna z Ekwadoru z kryształkami cukru

Tego posta nie miało być... A stworzony został z ogromnym żalem i smutkiem.
Każdą Amano traktuję jako swoistą zdobycz. Polowanie na nie sprawia, że czuję się normalnie jak jakiś łowca, myśliwy. Co jednak zrobię, skoro tak mnie zachwycają? Prawdą jest jednak też, że jako realistka, niektóre z nich pokochałam, acz czułam, że do nich nie wrócę. Tak było np. z Guayas River Basin Ecuador 70 %, którą jadłam w 2022. Gdy po jakimś roku czy dwóch wróciła do Sekretów Czekolady, miała inne opakowanie, być może i samą czekoladę zmienili. Kto to wie? A no, ja musiałam wiedzieć, stąd zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek pomyśleć, kupiłam. Przysłano mi jednak w opakowaniu starym, niezmienionym i z krótką datą ważności. Czyli do sklepu te nowsze jeszcze nie zawitały. Myślałam, że czeka mnie w takim razie miła degustacja tego, co już znam. Nie planowałam żadnych aktualizacji czy coś, jednak... robiąc pierwszego kęsa przeżyłam szok. Jednak po kolei...

Amano Guayas River Basin Ecuador 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Ekwadoru, z basenu rzeki Guayas, z okolic miasta Guayaquil (prowincji Guayas); zmieniona dostępna w 2023.

Po otwarciu poczułam znajomy zapach ziemi, drzew, jeżyn i cytryn, za którymi przewinął się też agrest i kwiaty. Ich słodycz wieńczyła wanilia, a drzewa przyozdobiła paloność, dym i kawa. Wszystko jak w tej z 2022.

Wygląd i ogólna konsystencja pozornie bez zmian... Z "małą" jednak różnicą. W pierwszej chwili nie zwróciłam uwagi, że przekrój pełen był gigantycznych brył cukru. To już nawet nie kryształki, a dosłownie kolosalne kawałki cukru. Odgryzając kawałek głośno chrzęszczał. Podczas łamania, czy odgryzania kawałka, czekolada kruszyła się za sprawą tego potwornego dodatku.

W smaku ponownie przywitały mnie soczyście kwaśne cytryny i jeżyny. Te drugie już zapowiedziały słodycz, którą zaraz podchwyciła wanilia.

Jeżyny i agrest (jasny? jasny i ciemny?) ustanowiły słodko-kwaśny, cierpkawy splot, po chwili nagle podbity cukrem. Słodycz emanująca od kryształka, który szybko wyłonił się z czekoladowej masy, na moment odwróciła uwagę od samej czekolady. Zaraz słodkich fal zaczęło przybywać - razem z kolejnymi wyłaniającymi się kryształkami. 

Wraz z tym, jak cukier o nieco karmelowym echu się rozpuszczał, po ustach rozchodził się motyw ziemi, torfu, od razu jednak łagodzony przez słodycz. Pomyślałam o wilgotnej, czarnej i lekko ostrawej. Ta jej ostrość mieszała się nieco z korzennym wątkiem, jednak znów i tu chamsko wkroczył cukier. Oczami wyobraźni zobaczyłam ciastka korzenne z wielkimi kryształkami cukru. 

Delikatnie palony karmel wyczuwalny w czekoladowej bazie został maksymalnie podkręcony i wanilią, i smakiem cukru trzcinowego, który wydawał się być zupełnie jakby obok czekolady. Nie był z nią spójny, a tylko irytował. Słodycz szybko zaczęła drapać w gardle. 

Lekka kwiatowość, słodkie, korzenne przyprawy podporządkowały się wyrazistemu cukrowi trzcinowemu. Spłycił wydźwięk palonego karmelu, który czułam w tabliczce z 2022.

Soczyste owoce, głównie jeżyny, walczyły, lecz i one w końcu wpisały się w cukrową konwencję. Agrest też przybrał na słodyczy, więc tym razem na pewno mowa o agreście ciemnym. Wyobraziłam sobie kruche ciastka z kwaśnym, ciemnym dżemem i mnóstwem kryształków cukru na wierzchu.

Gorzkość nieśmiało trzymała się tyłu. Trochę dymu czy orzechów wyszło o wiele mniej charakternie niż w przypadku tabliczki bez kryształków. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam kawę, jakby z soczyście jeżynową nutą, ale... zasłodzoną do bólu. 

Ciastkowość i cukier wciąż odciągały uwagę od smaku czekolady, jakby rozbijały ją od środka. Daleko w tle wyłapałam też banany, ale jakieś twarde i mdłe.

Na sam koniec cukrowi sprzeciwiła się wyraźniejsza orzechowa nuta. Wyłoniły się arachidy w skórkach, same w sobie maślano słodkie. Niestety nie dały rady poskromić cukru i ciastek z cukrem.

W posmaku owoce wyszły cierpko, zagłuszyła je jakby zgaszona (a i tak irytująca) słodycz cukru trzcinowego, karmel i wanilia. Kumulacja słodyczy wystraszyła gorzkość. Ta wyszła na koniec jako lekko bagnisty akcent, któremu wtórowały fistaszki.

nic tego cukru nie bierze
Zmęczyłam 4 kostki. Ogrom wielkich brył cukru odciągał moją uwagę od czekolady tak, że jedzenie jej nie było przyjemne. Przy tym czymś typ Modica z drobniejszymi, jakoś lepiej rozpływającymi się kryształkami to pół biedy. To coś to porażka na całego. Bazowo sama czekolada mimo wysokiej słodyczy to mocne 9, jednak kryształki cukru przeważyły już szalę na stronę przecukrzenia; a cukier rozbijał jej smak topornie tak, że uczynił ją tabliczką, z którą człowiek nie chce mieć do czynienia. Coś tam miłego wciąż czuć, jednak w czekoladach do degustacji, no przepraszam bardzo, ale nie o to chodzi, by się spod cukru tak czegoś doszukiwać. Jeszcze gdyby producent napisał o tej formie w opisie, gdyby miał oddzielną linię, może byłabym łaskawsza, ale tak? Nawet to 4 wydaje mi się łaską z mojej strony.
Większość oddałam Mamie z myślą: "A było przy Orfeve Brut de Noir myśleć, że durniejszej rzeczy czekoladzie nie da się zrobić?". Mamie nie smakowała: "za mało mi w niej kwaśności, którą ostatnio tak lubię było, a tak to taka jakaś bez wyrazu, nie czułam w niej niczego szczególnego. Ten tutaj cukier też jakoś tak gorzej niż w tamtej (Orfeve) wyszedł". Była gotowa oddać ją ojcu, ale pożałowałam i zaproponowałam, by dodać ją do brownie. I tu też mnie zaskoczyła, bo rozpuszczałyśmy ją z masłem w garnku i... kryształki cukru i tak wszystkie się nie rozpuściły. Gdy przyszło do wylizania miski z masy na ciasto... cóż, kryształki wciąż się tam plątały. Nie rozumiem tego zjawiska.
Jestem w szoku, że tak skończyła Amano... W  ogóle, jakakolwiek czekolada z tej półki.


ocena: 4/10
cena: 64 zł (za 85g; cena półkowa)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, czysty cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne ziarna wanilii

sobota, 22 lipca 2023

Amano Ocumare Village Venezuela 70 % Dark Chocolate ciemna z Wenezueli

Kocham czekolady Amano i żałuję, że w sumie w ofercie mają tak niewiele. A w Polsce jeszcze z dostępnością problem! Stąd, gdy tylko dostrzegłam nieznaną mi Amano na The High Five Company, byłam na nią zdecydowana. Właściwie, m.in. ona była moją motywacją, by skontaktować się ze sklepem, czy możliwe jest zamówienie pojedynczych tabliczek z kategorii "dla sklepów".

Amano Ocumare Village Venezuela 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Wenezueli, z okolic wioski Ocumare.

Po otwarciu poczułam wyrazisty duet kawy i drzew, związany ziemistym "sznurem", a także jakby motyw... gorzkiego chodnika? Poprzez niego wemknęły się gorzkie przyprawy, w tym kardamon i coś nieco wytrawniejszego, ale zarazem słodko-korzennego... kolendra-przyprawa? Soczystości nie brakowało. Choć płynęła też od przypraw, należała głównie do jeżyn i suszonej, ale bardzo soczystej żurawiny. W tle zawinął się jakiś cytrus... Chyba pomarańcza. I wędzona śliwka, ewidentnie z nutką dymu. Owoce stworzyły w mojej głowie obraz kaszy manny z owocami; czegoś owocowego, ale na ciepło. Było to też wyraźnie słodkie słodyczą miodu, acz też jakby "ciepłego".

Bardzo twarda tabliczka podczas łamania trzaskała głośno w nieco kruchym tonie, choć nie kruszyła się. Była masywna jak zbita skała, esencjonalna, ale zdradzała, że w ustach może się to zmienić.
W nich rozpływała się bardzo wolno i błogo leniwie. Zmieniała się w coraz bardziej mięknący, śmietankowo-pełny i gęsty, zbity krem; jakby grudkę kremu. Zawarł w sobie lekką suchość i kropelkę soczystości.

W smaku pierwsza przywitała się bardzo słodka pomarańcza, po czym część słodyczy nieco od niej odpłynęła. Czułam też... słodycz inną, bardziej dymno-paloną, trochę nasuwającą na myśl przyprawy.

Pozostała część słodyczy została przy owocach, zatapiając pomarańcze w miodzie. Rosła ogólnie, więc pomyślałam o jasnym miodzie też czystym, samym. Acz jakimś bardziej rześkim, np. akacjowym.

W tym czasie w tej rześkości pojawił się anyż i lukrecja. Podkreśliły przyprawy i gorzkość. Gorzkość prędko się umocniła, acz wydała mi się nieco leniwa. Do głowy przyszedł mi chodnik i ziemia... po których powoli przesuwał się dym? Mimo to, całość nie wydawała się bardzo palona, bardziej jakby nasączona i przesiąknięta dymem. Była rześka - przyprawy to zapieczętowały, bo oto jakby soczyście-korzenne kuleczki kolendry posypały się po wilgotnym podłożu.

Pomarańczowa nuta wcisnęła się w dżem z jakiś ciemnych owoców. Był bardzo słodki, doszukałam się w nim nuty palonego, karmelowego cukru (wciąż szlachetnego), po czym owoce ruszyły zdecydowanie, acz też w słodkim kontekście. Czułam przede wszystkim powidlano-wędzone śliwki. Otaczał je dym, krył kwasek. Tego znalazło się tam niewiele.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przyprawy skupiły się na gorzkości, lecz i ostrość fundowały. Kardamon, goździki, lukrecja - wszystkie one były tak wyraźne, że myślałam, iż zaraz przełożą się na odrętwienie języka. Ze spokojem połączyły niemal chłodną rześkość i prawie pikantne ciepło.

Nagle jednak pojawił się łagodniejszy wątek. Przy owocach zasugerował delikatną kaszę mannę. Wyobraziłam sobie miskę z nią i owocami, wszystko może lekko posłodzone miodem.

Śliwki zaprosiły żurawinę. Pomyślałam o suszonej, ale soczystej, typu miękkiego (np. Helio So Soft, o których pisałam na Instagramie). Czyżby zaplątały się tam jakieś pojedyncze jeżyny? Śliwka z żurawiną zdecydowały się na tylko sugestię kwasku.

Łagodniejsza mgiełka dotarła też do ziemiście-gorzkich stref. Dodała im trochę maślaności, kojarząc się z delikatnymi, naturalnie słodko-maślanymi nerkowcami. Kasza manna zmieniła się właśnie w nie. Przyprawy wsypały się... do gorzkiej, czarnej kawy. Była mocna. Podkreśliły ją drzewa i lekka orzechowość. Pomyślałam o drewnie palonym, nasiąkniętym palonością i dymem, ale już dawno zagaszonym. Wróciła myśl o gorzkim, mokrym od deszczu chodniku i ziemi.

Słodycz w deszczową rześkość też próbowała się wpasować, gdy tak gnała przed siebie. Połączyła miód o ostrawym charakterze z echem palonego, zadymionego cukru oraz lukrecją, anyżem.

Po zjedzeniu został posmak kawy - tu już zadeklarowała się wyraźniej - osnutej nutami dymu, węgla, popiołu... Mieszały się z przyprawami: lukrecją i kolendrą, a także słodką soczystością. Ta należała do ciemnoczerwonych, niejednoznacznych, jakby podkręconych pomarańczą. Do tego czułam echo maślanych orzechów nerkowca i zaskakująco w tym momencie niską słodycz.

Całość bardzo, bardzo mi smakowała, a moim jedynym zarzutem jest tak silna i znacząca słodycz. Może też nieco nazbyt spokojny charakter... Miód, palony cukier, słodycz owoców i przypraw - słodycz była wszędzie. Kwasku niewiele, mimo nut soczystej żurawiny, śliwek i pomarańczy. Wszystkie wyszły jakoś głównie... słodko. Podobała mi się esencjonalna gorzkość kawy, chodnikowo-ziemiste skojarzenia. To, że tonowały je akurat nerkowce też w sumie na plus (dobrze, że one, a nie coś innego). I wreszcie przyprawy! Jakże wyraziste i jednoznaczne. Lukrecja, anyż, kardamon - ich goryczka, rześkość, ostrość ciekawie wszystko przeszywały. A jednocześnie... to chyba też umacniało słodycz (choćby i kontrastowo?).


ocena: 10/10
cena: €8,45 (za 85g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, czysty cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, całe ziarna wanilii

poniedziałek, 14 listopada 2022

Amano Macoris Dominican Republic 70 % Dark Chocolate ciemna z z Dominikany

Zakochałam się w czekoladach Amano do tego stopnia, że jak tylko pojawiła się możliwość zakupienia nieznanej, zrobiłam to, by potem odnosić się do niej niemal jak do świętości. Bardzo, bardzo mnie ciekawiła, bo  przecież jadłam już Amano Dos Rios Dominican Republic 70 %, czyli z tego samego kraju, tylko innego regionu. Trochę poczekałam, aż uznałam, że nadszedł wystarczająco godny dzień, i zabrałam się za nią. Jeszcze tak odbiegając od samej czekolady: z opisu dowiedziałam się, że twórca marki trafił na wyjątkowo piękną plantację kakao akurat dość pochmurnego dnia, kiedy to jednak kakao dosłownie mieniło się kilkoma kolorami tęczy (kakaowce jak dojrzewają zmieniają barwę od zielonej przez żółtą po czerwoną) dzięki temu, że pojedyncze smugi słońca raz po raz przebijały się przez chmury i liście. Ponoć słychać było tylko świergot ptaków, a on pomyślał, że gdyby rajski ogród Eden istniał, wyglądał by właśnie tak i że po prostu musi zrobić czekoladę z tego kakao. Zanim udało mu się to, jak i osiągnięcie satysfakcjonującego efektu, minęło 7 lat, ale jak to skomentował: "jak ktoś umie czekać, dobre rzeczy w końcu przyjdą". Od siebie dodam jeszcze, że na niektóre faktycznie czekać warto. Miałam nadzieję, że w tym na tę tabliczkę.

Amano Macoris Dominican Republic 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Republiki Dominikany, z okolic miasta San Francisco de Macorís.

Powąchawszy czekoladę po otwarciu, poczułam się, jakbym nachylała się nad wykwintnym czekoladowym deserem z bitą śmietanką. Niemal widziałam jej kształtną koronę, a po chwili dotarło do mnie trochę gorzkości kawy, ziemi, mocnej herbaty. Dużo ciemnych naparów, przygłuszających ledwie uchwytne orzechy. Zebrało się też sporo ziół z rozmarynem na czele (i jałowcem wśród zbieraniny?) - wszystkie choć wytrawne, to słodkie. Nieco podkarmelizowane? Kompozycja także słodyczy niemało zawierała. Była ona jednak naturalnie przełamana - tu do głowy przyszedł mi palono-przypalony ciemny cukier. Z racji śmietankowości może creme brulee? A przez to wszystko przewinęło się trochę słodkiego kwasku owoców. Najpierw pomyślałam o pomarańczy, w trakcie degustacji już bardziej o duecie moreli i pomarańczy.

Konkretna, bardzo twarda tabliczka przy łamaniu wydawała głośne trzaski kruchej / krucho-porcelanowej skały. Sprawiała wrażenie suchawej, a jednocześnie kremowej; do tego nawet nieco ziarnistej.
W ustach rozpływała się bardzo powoli, niemal leniwie, ale ochoczo. Miękła, przeistaczając się w średnio tłusty, acz śmietankowy i pełny krem.. Jakby suchawy i wciąż dość zwarty bazowo. Pokrywała konsekwentnie podniebienie, z czasem wykazując przy tym soczystość bardzo miąższystych owoców. Na koniec leciutko ściągała.

W smaku pierwsza zabłysła gorzkość czarnej herbaty. Raz po raz przeszyły ją pojedyncze, bardzo delikatne, acz ostrawe, ziołowe akcenty. Wychwyciłam nawet lekką cierpkość za mocnej zielonej, a już parę chwil później doskoczyła do niej słodycz.

Słodycz startowała z wysokiego pułapu, jednak nie była nachalna, a sama w sobie jakby przełamana, "ciemna". Na moment zrobiło się dosłownie słodziuteńko, poczułam miód. Jego kolor zaraz też się przyciemnił. Pomógł mu w tym mocno palony karmel. Wyobraziłam sobie ciemny, palony, aż przypalony cukier jako wierzch bulgocącego, przypalanego palnikiem deseru creme brulee, zrobionego na śmietance.

W tle zaczęła zbierać się soczystość owoców suszonych. Zapowiadały się uprzejmie, nienachalnie.

Wszystko to z czasem, choć wyraziste, złagodniało i przemieszało się z coraz wyrazistszą gorzkością. Pojawił się wykwintny deser-budyń czekoladowy z wierzchem z bitej śmietanki. Choć śmietanka sama w sobie była słodziutka, może nawet nieco miodowa, spód roztaczał gorzkość... nie tylko esencjonalnie czekoladową.

Odważnie płynęły mocne, czarne herbaty liściaste, troszeczkę kawy i ziemi... może właśnie też jakby te kawy i herbaty same w sobie były ziemiste? Rozmaite, gorące napary zaczęły nieco rozgrzewać, a mi do głowy przyszedł karob.
Trochę korzenny i zrobiony jak kakao na mleku. A może to właśnie korzenne kakao było? Niee, jednak karob - jakby nuty te igrały ze mną. Robiły nawet aluzje do pewnej ostrości, ale kończyło się na poczuciu karobowego ciepła. Na pewno jednak, co by to nie było, na wierzch nie żałowano bitej śmietanki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w naparach ta palona, charakterniejsza słodycz w zasadzie zatonęła, a obok herbat i bitej śmietanki znalazła się słodziuteńkość. Odnotowałam wanilię, która podkreśliła w czekoladzie właśnie ją. W pewnym momencie nieźle przysłodziła cały bukiet. Myślę tu o miodzie i... aż miodowo-słodkich, soczystych owocach. Początkowo były trudne do uchwycenia, jednak wszelkie napary zasugerowały pewną suchość. Toż to delikatne, jasne morele suszone o jędrnych, miękkawych miąższach. Do tego trochę słodko-kwaskawej pomarańczy. Żółto-pomarańczowe owoce nie były jednak mocną nutą, a jedynie dbającą o soczystość.

Gdy tak gorzkie napary i czekoladowo-karobowe twory ze śmietanką konsekwentnie stanowiły bazę, słodycz okazała się bardzo dynamiczna. Po owocach, suszonościach i cieple znów nieco zmieniła wydźwięk, serwując sporo ziół. Pomyślałam o słodko-gorzkiej, nieco kwaskawej szałwii i słodkim rozmarynie, które musiały zostać porządnie skarmelizowane. Gorzkości przypomniały palony wydźwięk słodyczy.

Z czasem, bliżej końca gorzkość i śmietanka, zerknąwszy się po raz kolejny, jakby nieco... zrobiły się delikatniejsze. Pomyślałam o orzechach - może karmelizowanych? Wciąż miałam w głowie także deser (może herbaciany?) ze śmietanką, goryczka słodkich ziół mieszała się z orzechami i... na koniec poszło to w bardziej kawową nutę, gorzkość (i cierpkość?).

Po zjedzeniu został posmak gorzkawych ziół i herbato-kawy, złagodzonych waniliowo-śmietankowym, budyniowym deserem. Czułam jakby karob, ciepło, paloność i zaskakująco jednoznaczną soczystość moreli suszonych o niemal miodowym charakterze, acz z kwaskiem. Namiastka kwasku była, acz... to chyba bardziej kwasko-cierpkość, coś domniemanego. Efekt trochę jak po aż ściągająco-cierpkiej, mocnej herbacie (może kawie?).

Całość była obłędna. Niezwykle dynamiczna słodycz od palono-przypalonego karmelizowania, przez uroczy miodzik, wanilię po słodkie desery, owoce i karmelizowane słodkawe zioła była niezwykle głęboka, nie męczyła. Nie była przesadzona. Do tego w kompozycji dużo przyjemnej gorzkości: naparów, zahaczających lekko o ziemię. Bita śmietanka zdawała się zapewniać harmonię wszystkim nutom, a wątek owoców (moreli?) sprawił, że nie zrobiło się za ciężko. 
Bardzo mi to smakowało i wydało się intrygujące, np. śmietanka konkretnie bita, a nie śmietanka po prostu.
W zasadzie była trochę podobna do Dos Rios Dominican Republic 70 %, acz podlinkowana to głównie herbata earl grey z pomarańczą oraz lawenda z borówkami amerykańskimi, jakby rozgrzana słońcem. Dzisiaj opisywana to napary (w tym herbata, ale też kawa i inne) ze sporą ilością ziół (głównie rozmarynu), odrobiną owoców (moreli i jednak pomarańczy), ciepła karobowo, a wygłaskana śmietanką, która nie przycięła jej pazurków.
Tamta była nieco bardziej moja, znalazła się na liście naj-naj, a dzisiaj opisywana to... hm, równie pyszna, ale jednak... Oceny te same, ale w bardzo subiektywnym odczuciu dzisiaj opisywana jest trochę za tamtą.
Przypomniała mi się też Fruition Dominican Los Bejucos 77 %, która smakowała herbaciano-drzewnie i sernikiem na biszkoptowym spodzie, a więc w sumie też mlecznie-"słodkościowo".


ocena: 10/10
cena: 43,96 zł (za 85g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, czysty cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, całe ziarna wanilii

wtorek, 14 czerwca 2022

Amano Guayas River Basin Ecuador 70 % Dark Chocolate ciemna z Ekwadoru

Nawet się nie zorientowałam, gdy została mi już ostatnia tabliczka Amano. Po pierwszej (Madagascar Sambirano Valley 70 %) zupełnie bym nie pomyślała, że zakocham się w marce. A jednak! I... gdy miałam zjeść ostatnią, poczułam ukłucie w sercu. W opisie tej przeczytałam, że wyszła smakowo tak, że zawsze wszyscy proszą o "więcej". Hm, jeszcze nie wiedziałam, jak będzie w przypadku tej konkretnej, ale i moje serce, i umysł krzyczały: "więcej Amano!".

Amano Guayas River Basin Ecuador 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Ekwadoru, z basenu rzeki Guayas, z okolic miasta Guayaquil (prowincji Guayas).

Po otwarciu poczułam ziemię i drzewa z ciasnym splotem soczyście kwaśnych jeżyn i cytryn. Jeżyny zdawały się nasączać ziemię, co przypieczętowały akcenty kakaowe. Przewinęła się myśl o mocno kakaowym cieście. Z cytrusami zaś mieszały się poprzez lekką cierpkość. W tych był i wątek skórki cytrynowej, co próbowała wygładzić nuta ciemnego agrestu. Wprowadziła rześkość, za sprawą której pojawiły się kwiaty. Ich oraz waniliowa słodycz, choć wysoka, miała lekki wydźwięk. Wyszła kontrastowo do mocniejszych, poważniejszych nut, kumulujących się przy drzewach jako dym. Skierował on myśli na palone drewno. Może z kominka? Przy którym pito czarną kawę?

Tabliczka była bardzo twarda i masywna. Trzaskała głośno, przy łamaniu okazując się skaliście kruchą. Trochę jak porcelanowa skała. Wyglądało na to, że będzie suchawa, może ziarnista.
W ustach nieco miękła. Gdy tak rozpływała się bardzo powoli, aż leniwie, dała się poznać jako kremowo-ziarnista (jak zwarty ziarnisty krem) i średnio tłusta, a jednak z maślanym motywem. Rzeczywiście była masywna i pełna, trochę soczysta. Miałam wrażenie, że z rozchodzącego się na gęsty budyń kawałka wyciska się trochę soku jak z wyjątkowo pełnego, sytego owocu. Zdarzyło mi się raz po raz przypomnieć o porcelanowości. Chwilami pod koniec nasilał się pylisty efekt, ściągający na koniec.

Od pierwszej sekundy w ustach popłynęła soczystość cytryn i kwaśnych jeżyn. Znalazły się pod bardzo istotnym parasolem słodyczy wanilii. Wyłapałam agrest... dojrzały, słodki, raczej ciemny. Jeżyny jakby nieco dojrzały w przyspieszonym tempie. Pojawiła się w nich lekka cierpkość, uwypuklając słodko-rześki, delikatniejszy motyw rdzenia owocu. Ten i "kuleczki" jakby się rozdzieliły.

Wanilia i rześka, lżejsza słodycz szybko zaznaczyły swój rewir. Początkowo zadbały o lekkość. Pomyślałam o echu agrestu (jasnego?), czymś melonowatym...

Jeżynowe kulki, z których płynął kwaśny sok, rozpłynęły się po ziemi, trochę dając o sobie zapomnieć. Ziemia rozchodziła się powoli i konsekwentnie. Nasilała się epizodycznie, będąc jedną z przewodnich nut. Pomogła sobie lekką ostrością. Wykorzystały to przyprawy korzenne, częściowo też słodkie.

Słodycz pobrzmiewała od początku, jednak po paru chwilach bardzo się umocniła. Wanilia podprowadziła delikatny karmel aka wyraźnie (ale nie za mocno) palony cukier. Ta, wciąż trzymała z rześkim, owocowym wydźwiękiem, że sama wyszła jakoś tak... subtelnie-zwiewnie. A może to kontrast do karmelu, który nagle podskoczył, decydując się na mocniej paloną nutę? Do głowy przyszły mi też białe kwiaty o miękkich, wielkich płatkach. Te dodały rześkości odrobinę ciężkości, starając się wygładzić kontrast.

Przyprawy korzenne mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa też zagrały na paloność, ale raczej... pieczoność. Pomyślałam o kominku z płonącym drewnem w domu, wypełnionym przyprawami korzennymi. Zupełnie, jakby tak przy kominku jeść ciastka i czuć, że w kuchni dzień pieczenia słodkości trwa w najlepsze. Palone drewno z echem gorzkiego dymu mieszało się z delikatnym akcentem orzechów (ziemnych?). Te skierowały myśli na tylko-co wyciągnięte z piekarnika ciasto czekoladowe z polewą czekoladową. Mocno przypieczone, trochę cierpkie od kakao, ukryło w sobie nutkę wilgotnej ziemi. A może ktoś po prostu przepijał je czarną kawą? I choć czułam intensywną gorzkość, w tym wszystkim było też coś łagodniejszego, maślanego. Stało to na drodze do siekierowości. Ziemia wydała mi się trochę poskromiona.

Przyszła pora na kolejne wypieki (prawdopodobnie szykowano wielką ucztę), a mianowicie mocno wypieczone ciastka melasowe, melasowo-korzenne o mocno pieczonym charakterze. Z wyczuwalną, twardo-ciastkową pylistością / suchością?

A w wypiekach oczywiście znalazła się także słodycz. Karmel i wanilia trzymały się razem, ale z czasem znów odnotowałam więcej kwiatów. Wpisały się w cierpkość, przypomniały o soczystości. To już jednak nie tyle jeżyny, co słodko-kwaśny ciemny agrest i... agrest jasny i... coś jaśniejszego jak cierpki banan? Owoce niejednoznaczne, niespecjalne dojrzałe...? Lekko wodniste? Kryły się w wysokiej waniliowo-kwiatowej słodyczy. Nie zupełnie, bo wciąż je czuć, ale trudno połapać. W końcu jednak uległy, bo...

Dosłownie na sam koniec z ziemi, a także palonego drewna, ciastek wyrwały i wyklarowały się orzechy. Fistaszki uderzyły niczym grzmot, błyskawica podczas burzy. Świeże, surowe i specyficzne. Wyraziste, lekko duszne. Mieszały się z cierpkawą, kakawo-ziemistą nutką, ale to one dominowały, zagłuszając niemal zupełnie wszystko inne.

W posmaku zostały głównie fistaszki, ale też korzenne wypieki, słodycz kwiatowo-karmelowo-melasowa. Wyłamała się przy tym pewna maślaność. Czułam lekką cierpkość ziemi i owoców ogrodowych ciemnych, już niejednoznacznych, a podsyconych kwaskiem cytryny. Wszystko to splótł dym. 

Całość była pyszna, choć czasami cierpkość owoców (jeżyn, agrestu) trochę gryzła się ze słodyczą wanilii, karmelu i kwiatów. Do tego rześkość / zwiewność, która cały czas była, ale jakby z przypadku. A jednak... pozytywnego przypadku. Mocno palone, melasowo-drewniane nuty nie wydawały się pochodzić z mocnego palenia kakao, co było interesujące. Sporo ziemi, kominek i korzenność, a na koniec uderzenie fistaszków kupiło mnie. Czekolada miała wydźwięk zimowych, przedświątecznych dni, rodem z filmów familijnych. Wyrazista, ale nie siekierowa. Była przystępnie gorzka, chwilami kwaśna od owoców, ogólnie natomiast bardzo słodka. W sposób złożony, ambitny, ale jednak - wolałabym, by skupiło się to na poważniejszych nutach.
Mam też drobne zastrzeżenia co do zbyt twardo-porcelanowej, trochę leniwej struktury, ale to szczegół. 


ocena: 9/10
cena: 49 zł (za 85g; cena półkowa)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, czysty cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne ziarna wanilii

wtorek, 24 maja 2022

Amano Morobe Papua New Guinea 70 % Dark Chocolate ciemna z Papui Nowej Gwinei

Czasem mi dziwnie, gdy sięgam po jakąś tabliczkę i nie mam podstaw, by zgadywać, jak wyjdzie. Z dwóch próbowanych Amano jedna była obłędna, druga kiepskawa. Co mnie czekało tym razem? Na pewno kolejne piękne opakowanie. Przy tym dokładniej pooglądałam sobie w internecie, jak wyglądały niegdyś. Nowe zdecydowanie bardziej lubię. A co jeszcze takiego w internecie znalazłam? Ponoć jest tylko kilka bardziej dzikich miejsc od wyspy, skąd Amano zorganizowało kakao do tej tabliczki. Ziemie niedotknięte przez świat zewnętrzny... A w dodatku kakao mielono specjalnie na kamieniu, by tej dzikości nie burzyć. Od siebie dodam, że czytałam swego czasu trochę o Papui Nowej Gwinei i... naprawdę, tajemnicze i trochę przerażające miejsce (pozwolę sobie nie przytaczać różnych rytuałów, czynności i obrzędów tamtejszej ludności - jeśli ktoś byłby zainteresowany podpowiem, że ciekawie obchodzą się ze zmarłymi). Ale miejsca nieoznaczone na mapach, interesujące chaty nawet na tym przepięknym opakowaniu widoczne... ach! No, ale już dość na tematy mniej czekoladowe.

Amano Morobe Papua New Guinea 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Papui-Nowej Gwinei, z prowincji Morobe.

Choć w momencie otwierania uderzyły mnie cytrusy, a dokładniej limonka podkręcona cytryną, w zapachu ogółem, długoplanowo dominowała wyrazista skóra. Skórzane ubrania z zamszowym wnętrzem-podszewką i obicia skórzano-drewnianych mebli roznosiły gorzkość. Miały stary klimat, podtrzymywany także przez drewno, drzewa. Myślałam o antykach: kredensach, meblach... w starej chacie. Otoczonej przez złote, jesienne drzewa i stare drzewa o powykręcanych gałęziach. Dołączyła do nich rozgrzana ziemia i... właśnie pewne ciepło, niemal gorąc. Pomyślałam o tabace i dymie, takim kadzidełkowym, słodko-waniliowym. Umykała przede mną pewna... kwiatowość? Goryczka wyłuskała spośród cytrusów grejpfruta. W kwaśności cytrusów pojawił się też nabiał, ale całościowo nie odegrał ważnej roli.
Nie ukrywam, że zakochałam się w tym skórzanym aspekcie.

W dłoniach tabliczka wydawała się twarda i suchawa, choć sugerująca pewną kremowość - suchą kremowość? By ją przełamać, musiałam użyć dużo siły. Wtedy usłyszałam głośne trzaśnięcie. Miała w sobie coś z kruchości, ale nie była krucha, a masywna.
W ustach prędko porzucała twardość i pieszczotliwie, leciutko miękła. Rozpływała się przyjemnie powoli. Była kremowa, a także jedynie tłustawa. Mimo to, nie mogę nazwać jej suchą, o nie! Poczucie tłustości zupełnie neutralizował lekko pyliście-szorstkawy, przyjemnie "surowy", dziki efekt. Delikatny, bo ogólnie odebrałam ją jako dość gładką, ale nie do przeoczenia. Szybko z tej jej gęstwiny wyciskały się soki, niczym z surowych, esencjonalnych i "nabitych" owoców. Pod koniec leciutko ściągała.

W smaku jako pierwszy po ustach rozszedł się w miarę łagodny karmel. Wyraźnie jednak palony, ciepły. Może nawet z nutką dymu?

Na niej nie zdążyłam się skupić, bo smagnął kwasek. Niby delikatny, a jednak jakże wyrazisty i soczysty. Limonkę podkreślił sok ze świeżutkiej, młodziutkiej cytryny. Zmieszały się, zapraszając cały bukiet soczystych cytrusów.

A przy karmelu pojawiła się lekka mleczność. Sam karmel zrobił się bardziej waniliowy, stąd do głowy przyszedł mi jakiś kefirowo-twarogowy deser, może kwaskawy sernik waniliowy z karmelowym sosem. On, jako lwia część słodyczy, był jednak dość wycofany.

Pojawiła się gorzkość, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa serwując ogrom skóry. Pomyślałam o czarnej, skórzanej odzieży z zamszowym wnętrzem-podszewką. Była rozgrzana... I to także skórzane obicia drewnianych mebli. Wszystko lekko przesiąknięte dymem, kontynuującym ciepło karmelu. Znowu wyobraźnia przeniosła mnie do starej, drewnianej chaty ze starymi meblami, otoczonej wiekowymi drzewami. Niektóre były suche i powykręcane, inne okryte jesiennymi barwami. Skóra z kolei wydawała się tak namacalna, że zamykając oczy, dałabym się nabrać, że z jakąś mam do czynienia. Może było w niej też coś... ze starej książki?

Cytrusy nie próżnowały. Limonka była bardzo wyraźna, choć motyw marakui wciąż się jej trzymał, dodając specyficznej słodyczy i egzotycznego wydźwięku. Pod wpływem goryczki także wyraźnie wyłonił się z cytrusów soczysty, słodko-goryczkowaty grejpfrut czerwony. On przemycił nutkę czerwonych... owoców? Owocowego octu balsamicznego? Może nawet czego śmniej spożywczego? Chyba i jakaś pojedyncza porzeczka (czarna? czerwona?) się tam przetoczyła, acz prawie nieuchwytna. Następnie grejpfrut swą goryczką, cierpkością to przytemperował. Wówczas z kolei wydawało mi się, że w tej toni kryje się jeżyna.

Goryczka, z czasem wyraźniej też skórkowo-cytrusowa, splotła się z ciepłem starego drewna. Zaobfitowała w przyprawy - ciepłe, korzenne, goryczkowate. A jednak... z drobną słodyczą.

Ta przypomniała o karmelu. Waniliowym karmelu? Słodycz wiązała się także z dymem. Pomyślałam o tytoniu, tabace - ich suszonych liściach. Wystąpiły też jakby jako kadzidełka / świeczki w ich wariancie, a więc słodko-męskie i niejednoznaczne, na pewno z kręcącą się w nich limonką. I ona pod koniec nasączyły skórzane motywy. A także przypomniały o ziemi.

Nabiał w tle tlił się jako kefir, twaróg ze smakowitym kwaskiem, na który zwróciły uwagę cytrusy. Mimo ogromu soczystości, ziemia wydawała  się z kolei raczej sucha, rozgrzana słońcem. Lekko pikantnawa.

Posmak należał do głównie do skóry, ale także do cytrusów. Waniliowo-tabakowa słodycz ugłaskała ich kwaśność. Dym, ciepło i "starość" czułam też jako lekką suchość / ściągnięcie... odlegle kojarzące się z czymś mniej spożywczym... choć może jeszcze taniną?

Całość uważam za przepyszną i obłędnie pachnącą. Podobał mi się ten ogrom skóry, starych, skórzano-drewnianych motywów i szlachetny, poważny karmel z wanilią. Nie wiem, na ile na nuty ona się przełożyła. Może raz czy dwa pomyślałam, że mogłaby być mniej słodka, ale przesłodzoną za nic jej nie nazwę. To kompozycja przyjemnie gorzko-kwaśna. Kwaśne owoce i kwasek charakterniejszy cudownie nasączyły kompozycję o wydźwięku starego drewna, skóry, ciepła. Tchnęły w to życie, by nie było za sucho. Tak samo nietłusta struktura bardzo mi się podobała.

"Poprzypiekana" w smaku, bardzo owocowa (kwaśna od rabarbarowej nuty) i waniliowa była czekolada Pralusa (Papouasie 75 %), acz więcej w niej ziemi i dymu. W Pralusie pojawił się motyw a'la wino, w Amano ocet owocowy balsamiczny. W obu była pewna "czerwoność" (Amano grejpfrut i ten ocet, Pralus - rabarbar, truskawki) i dziwne nuty: w Amano mniej spożywcze, w Pralusie metaliczność. 
Ziemię, drewno i cytrynę zaserwował mi Zotter Labooko Papua New Guinea 75 %.
Amano miała cudowny klimat, pyszny i niespotykanie obrazowo-jednoznaczny smak oraz obłędny zapach, czym mnie zachwyciła, jak i zachwyciły w sumie wspomniane. Z tym, że każda choć na bazie mniej więcej podobnych nut, to jednak zupełnie inaczej. 
Mało tego, jej drzewa, skóra i może książka skojarzyła mi się z "książkową" GR Brasilien / Brazil 73 % czy tabakowo-książkową Fjak Tanzania (ale w lepszej wersji!).
Choć tylko smakowo Amano to może raczej 9, tak zrobiła sobie ogółem miejsce w moim sercu dość porządnie. 


ocena: 10/10
cena: 49 zł (za 85g; cena półkowa)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, czysty cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne ziarna wanilii

czwartek, 28 kwietnia 2022

Amano Dos Rios Dominican Republic 70 % Dark Chocolate ciemna z Dominikany

Choć pierwsza jedzona Amano (Madagascar Sambirano Valley 70 %) nie zrobiła na mnie wrażenia, do marki jeszcze nie nastawiłam się w żaden szczególny sposób. Zdarza się (choć obecnie już bardzo rzadko), że jakaś mnie onieśmiela albo po jednej tabliczce przez np. formę / strukturę (jak w przypadku Benns) wiem, że marka nie ma mi do zaoferowania tego, co kocham. Amano była mi obojętna... wciąż tylko uważałam, że mają przepiękne, malarskie opakowania jak obrazy. Choć nie przepadam za kolorem pomarańczowym, opakowanie dzisiaj przedstawianej zapierało mi dech w piersiach. Taki... cichy, spokojny wschód słońca nad jeziorem - jakoś tak to odczytałam. Przypomniały mi się chwile z dzieciństwa i... tak jakoś.

Amano Dos Rios Dominican Republic 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Republiki Dominikany, z regionów rzecznych.

Po otwarciu poczułam wyrazisty splot słodko-goryczkowatych, soczystych cytrusów pod przewodnictwem grejpfruta, zaraz za którym stała pomarańcza. Może też limonka? Prędko na myśl przyszła bergamotka, bo goryczka rozwinęła się jako gorzkość. To już nie tylko wątek skórek cytrusów, ale też herbata - ciemna, mocna... earl grey wyraźnie w otoczeniu drzew rozgrzanych słońcem. Musiała to być herbata posłodzona wanilią, bo i tej nie brakowało. Pomyślałam o kwiatach, jakby wanilia wystąpiła nie tylko jako przyprawa, ale właśnie też kwiaty, co dodatkowo zacieśniało splot bergamotka-drzewa, a cytrusom nadało nieco olejkowego echa. Wydała mi się leciuteńko męsko-perfumeryjna (w pozytywnym sensie). 

Tabliczka sprawiała wrażenie suchawej. Wpisało się to w kamienną twardość, jaką pokazała przy łamaniu i potwierdziła głośnymi trzaskami. Wydała mi się lekko krucha.
W ustach z kolei dała się poznać jako z ochotą mięknąca. Rozpływała się raczej w średnio-wolnym tempie, gładko i kremowo, acz jakby chciała pójść w nieco bardziej pylistym kierunku. Rozbiło to tłustość, bo choć aksamitnie gęsta kremowa, tłustawa to była minimalnie.
Oprócz tego, okazała się soczysta i zbita, przez co kojarzyła się z sorbetem zrobionym z mocy owoców. Ewentualnie owocowo-mlecznym shakiem (bo jednak tłustości trochę było). I tak jednak na koniec zostawiała suchy efekt jak po niektórych kawach.

W smaku po ustach jako pierwsza rozeszła się wyrazista słodycz wanilii. Sproszkowana wanilia podprowadziła kwiaty m.in. wanilii, ale nie tylko. Także białe, np. jaśmin, przejawiające pewną wilgotność.

Prędko podłapała ją leciutko owocowa nuta. Niby soczysta, ale nie taka lekka, a słodka... Czyżbym poczuła dojrzałe borówki amerykańskie? Zaczęło pojawiać się ich coraz więcej.

Zaraz uderzyła soczysta, goryczkowata bergamotka, która ani myślała odciąć się od słodyczy. W jej przypadku była jednak niska. Poganiały ją goryczkowato-słodkie grejpfruty i pomarańcza. Wyraźnie czułam goryczkowate, nawet cierpkawe skórki, echo olejku, szybko przywodzące na myśl aromatyzowaną czarną, liściastą herbatę. Mieszały się z drzewami. Były ciepłe - jakby rozgrzane słońcem. Prędko zaczęły przygotowywać sobie miejsce na pierwszym planie. Pomogły sobie orzechami, a dokładniej gorzkawymi arachidowymi. Wśród drzew też pojawiły się kwiaty, acz bardziej cierpkawe, niektóre może nawet podsuszone.

W tym czasie po cytrusach, którym i wanilia zawróciła w głowie, cała ta kwiatowość upuściła nieco bardziej wilgotny... - wodnisty! - element owoców słodziuteńkich. Wyraźnie czułam słodkie, chwilami kwaskawe borówki amerykańskie. Słodycz, oprócz waniliowej, wpisała więc też w kwiaty i mocno wgryzła w owoce. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa bergamotka i drzewa, do których dobiegały kwiaty i rześkość, stworzyły nieco perfumeryjny, kolońsko-męski klimat. Skumulowały się kwiaty i jakby ususzyły się. Pomyślałam o cierpkich ziołach, o lawendzie, o... suszonej lawendzie szykowanej na jakiś napar / herbatę. Herbata wyraźnie pojawiła się obok drzew na pierwszym planie. Nawet nie zauważyłam kiedy, a wyrównany duet ten zaczął dominować niemal zupełnie. Rozgrzane słońcem drzewa stały się centrum kompozycji, które opłynęła herbata. Niosło to ciepły, rozgrzewający klimat naparu właśnie i słońca. Herbata dodała drzewom pewnej... wilgoci? Pomyślałam o takich miejscami porośniętych mchem. Nie brakowało gorzkości.

Herbata, choć słodka, była goryczkowata, ewidentnie czarna. Znów czułam earl greya, a wiec czarną z nutą cytrusów. Cytrusy, a dokładniej grejpfrut, bergamotka, trochę pomarańczy także wpisały się w goryczkę, która skutecznie odciągała uwagę ciepłem i soczystością od wysokiej, odważnej słodyczy. Chwilami wychodziło to jako napar dość słodki, ale wciąż charakterny. Borówki amerykańskie częściowo odturlały się na tyły, częściowo utonęły w lawendzie i... mieszance kwiatów i ziół na napary.

Pod koniec poczułam odrobinkę przypraw ciepło-korzennych i gorzkość zahaczającą bardziej o kawę niż herbatę. Drzewa trochę złagodniały pod wpływem fistaszkowej nutki. Na tyłach zrobiło się też nieco mlecznie. Borówki amerykańskie wpadły w mleczną zasadzkę. Razem stworzyły mleczno-jagodowy shake, koktajl. On... jakby tak wyciszył ogólną owocowość.

Po zjedzeniu został posmak właśnie lekko śmietankowo-mleczny, może nawet trochę maślany, delikatniejszy, prawie nieowocowy, choć "herbaciane cytrusy" czułam wyraźnie. Dominowała jednak sama herbata, gorzkawa prawie jak kawa i drzewa. Dodatkowo wyraźnie czułam suchość, lekkie ściągnięcie jak po mocnej kawie / herbacie.

Czekolada mnie zaskoczyła. Wyszła jak nieco za słodki earl grey w formie tabliczki. Intensywny smak czarnej herbaty i drzew do pary z kwiatami, ziołami i ogromem goryczkowatych cytrusów, a także interesującą nutką borówki amerykańskiej mieszającej się a to z lawendą, a to z mlecznością, był należycie gorzki i soczysty, choć... to wcale nie taka soczysta, rześka kompozycja. Raczej... wilgotna jak napary, mech, rośliny. To klimat mocny, siekierowo-męski. Co prawda słodycz wydała mi się o wanilię za silna, ale i tak wszystko zacnie wyszło. Struktura też niczego sobie. Podobała mi się jej nietłustość i kremowość. Choć najpierw myślałam, że za słodycz punkt odejmę, to jednak zbudowała taki klimat, tak pazura pokazała mimo słodyczy, iż kupiła mnie zupełnie.
Widzę ją trochę jako dosadniejszą, głębszą i charakterniejszą też earl greyową i bardzo słodką (acz miodowo) Ajalę Dominikanische Republik 70 %. Z oczywistych względów skojarzyła mi się z Beskidem Earl Grey, który jednak był aromatyzowany.


ocena: 10/10
cena: 49 zł (za 85g; cena półkowa)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, czysty cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, całe ziarna wanilii

czwartek, 10 marca 2022

Amano Madagascar Sambirano Valley 70 % ciemna z Madagaskaru

Kiedy mam zacząć przygodę z nieznaną mi dotąd marką, zawsze ważnym jest dla mnie wybór, od czego zacząć. Jaki region, jaka zawartość? Nie chcę trafić ani na najlepszą, ani na najgorszą. Na... najbardziej bazową najchętniej. Stąd na pierwszy ogień od Amano wybrałam z Madagaskaru - bo bardzo dobrze znam ten region i raczej mnie nie zaskakuje (nawet wtedy, gdy wychodzi "niemadagaskarsko niecytrusowo", bo i tak potrafi). Miało to być bardziej... wsmakowanie się w markę? Amano to rzemieślnicza marka amerykańska, założona w 2006 roku. Ponoć jedna z pierwszych, która rozwinęła branżę bean-to-bar. Piszę "ponoć", bo wtedy jeszcze tego nie śledziłam. Dzień przed degustacją za to, jak pomyślałam o opakowaniu dzisiaj prezentowanej, uśmiechnęłam się, bo tak się ułożyło, że niedawno jadłam Domori Trinitario 70 % Teyuna Colombia z równie pięknymi ptakami na kartoniku. A właśnie - co jak co, ale już na starciu Amano miało u mnie plusy za opakowania.

Amano Madagascar Sambirano Valley 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Madagaskaru, z doliny rzeki Sambirano.

Zapach, który uderzył przy otwieraniu oddawał obłędnie czekoladowe brownie z malinami i wiśniami. Soczyste i owocowe, sowicie posłodzone miodem. Kwasek i lekka goryczka przeszyły je, grejpfrutem i cytryną podkręcając soczystość. Te kontrastowo wydobyły słodycz miodu, może wanilii i trochę bardziej syropową. Syropu malinowego? Takiego zrobionego z wanilią i miodem...? Albo syropu z owoców leśnych? Odnotowałam ich cierpkość, do której podkradł się cynamon i lekka gorzkawość. Brownie chyba miało kawowe zapędy, albo... kawa pojawiła się gdzieś obok. Trochę orzechów, trochę wanilii, lekko nabiałowa nutka... ta jednak też wiązała się ze szlachetną kwaśnością. Kefiru? Pod miodem doszukałam się też... soczystszej słodyczy - rodzynek? Zwłaszcza już w trakcie degustacji wydały mi się znaczące.

Tabliczka w dotyku i przy łamaniu wydała mi się dość sucha. Była mocarnie twarda jak pełna, gęsta, zastygła na kamień magma. Jej przekrój był bardzo ziarnisty.
W ustach jednak rozpływała się dość gładkawo, może tylko z domniemaniem aksamitnej chropowatości. W zasadzie brak jej tłustości, ale i suchą nie mogę jej nazwać. Miała jakby tłusty poślizg, ale to tyle. W średnim tempie zalewała usta falami niezwykle soczystymi, z czasem robiąc się nieco kremową jak rzadkawy krem mleczny. Taki, który polano sosem owocowym... A chwilami szła w stronę bardziej sorbetu owocowego.

W smaku pierwszy pojawił się cukrowy, delikatnie palony karmel, który prędko otuliła wanilia, zalał jasny miód i syrop. Pomyślałam o miodzie leśnym, z jakiejś aromatycznej polanki. Już w nim było coś soczyście owocowego. Karmel odpowiadał za pewien charakterek, choć ogół cały czas cechowała łagodność, spokój.

Wyobraziłam sobie naturalnie scukrzone rodzynki - istotny był cukier na nich (i w nich?). Rodzynki wyraźnie ususzone, ale... w czymś? Do głowy przyszedł mi duet rodzynki&cynamon. Czymś mocno kakaowym? Aż pyliście suchym i mocno przypieczonym? Takowa ciastowość na pewien czas je zagłuszyła.

Po chwili rozbrzmiało brownie. Czekoladowe, gęste, maziste ciasto z soczystymi owocami wydawało się wciągać w siebie wszystkie inne nuty jak czarna dziura. Przejęło miodowo-syropową słodycz, łącząc ją z owocami. Wyraźniej poczułam słodziutkie maliny... i wiśnie? Z czasem do głowy przyszły mi twarde, słodkie czereśnie, wśród których kryły się takie z sugestią kwasku. Wszystkie te owoce były nie tylko świeże, ale też w dużej części jako syropy i takie farfoclowe, nasączające od środka ciasto. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pojawiło się całe mnóstwo owoców leśnych, w tym jeżyn, odpowiadających za lekką cierpkość.

Brownie wydało mi się aż lekko ziemiste, choć w tle doszukałam się również czegoś mlecznego. Jakby do ciasta dodano czekoladę mleczną? Mleczność wydała mi się naturalnie słodka i słodka... waniliowo? W pewnym momencie wanilia całkiem wyraźnie się pojawiła, dosłodziła ciasto. Albo dano coś mlecznego w jego pobliże... Mleko słodzone wanilią? A jednak i ziemistosty pazurek miało. W czarnej glebie była goryczka nieco kojarząca się z przyprawami. Czyżby ciasto podkręcone było cynamonem gałką muszkatołową czy kardamonem? I... może jednak z jakąś wyrazistszą kwaskawą wisienką czereśnią na wierzchu?

W soczystości owoców, która lała się beztrosko, pojawił się trochę silniejszy kwasek. Poczułam cytrusy - pomarańczę, nieśmiałą limonko-cytrynę i grejpfruta. Przeniknęły do kompozycji za sprawą cukrowo-kwaskawych rodzynek. Grejpfrut swoją skórką wprowadził i rozkręcił gorzkość. Tę podkreśliła także ziemia. Czekoladowe ciasto zaczęło zmieniać się w ciasto czekoladowo-kawowe. Kawowo-kardamonowe? Na pewno wypieczone bardzo mocno.

Mleczność z tła też nieco skwaśniała. Pomyślałam o orzeźwiającym kefirze. Może kefirze owocowym? Z owocami leśnymi, malinami? Jeżynami? Obok tego wszystkiego z kolei pojawiło się moje wyobrażenie o jogurcie w wariancie "pieczone jabłko" z rodzynkami i cynamonem. 

Tu trochę pomogła tym leśnym, pestkowym owocom, kawa, która pod koniec przeplatała się też z orzechami. Gorzkie ciasto czekoladowe uspokoiło się pod ich wpływem i złagodniało. Pomyślałam o orzechach karmelizowanych w miodzie (i cynamonie?). Wyciszyły owoce i ich scukrzenie, czyniąc kompozycję łagodniejszą. Jakby to w nie zmieniły się rodzynki?

Po zjedzeniu została delikatna orzechowość i wyrazista mleczność: zarówno po prostu jako delikatny posmak słodkiego mleka oraz rześko-kefirowa i sparowana ze słodkimi owocami (czereśnie, leśne). Musiano to wymieszać z miodem. Z zaskoczeniem poczułam jednak też stateczną gorzkość, wszystko tonującą i wyciszającą. Z granicy... cynamonu, ziemi i "pieczoności"?

Całość smakowała mi, choć nie przekonuje mnie aż tak wysoka i nieco cukrowa słodycz. Tak samo jej smakowa ogólna delikatność. Scukrzone rodzynki, jasny miód, syropy (z malin, czereśni, owoców leśnych) mieszały się z rześkością kefiru owocowego (z owoców leśnych?) oraz gorzkością płynącą z brownie (kawowego z przyprawami?), co w sumie mogłoby się jeszcze wyważyć, gdyby do gry nie weszło mleko z wanilią i orzechy, łagodzące wszystko i uwypuklające słodycz. Podobała mi się nutka "jogurtu pieczone jabłko z cynamonem i rodzynkami" oraz czereśni, ale niestety były marginalne; a jednak intrygujące! Dużo intensywnej słodyczy, soczysty kwasek i epizodyczna gorzkość - wolałabym odwróconą kolejność, gdy o dominację chodzi. Nie mogę powiedzieć, by dzisiaj prezentowaną bardzo przesłodzono, ale wolałabym mniej ogólnej słodyczy - nie wiem, po co wcisnęli do składu wanilię. Struktura też średnio moja.

Śmietankowo-kefirowe nuty, dużo miodu i "miodowych owoców", a także owoców leśnych, wiśni, podprawionych korzennościami z kawą czułam również w Domori Trinitario 70 % Madagascar (wersja 2016; 2019). Ciepłe, jedynie z nutką cytrusów... Z tą różnicą, że Domori były bardziej drzewne, Amano ciastowo-pieczona. Domori charakterniejsze, mniej słodkie w tak "jawny" sposób i... po prostu pyszniejsze.


ocena: 7/10
cena: 49 zł (za 85g; cena półkowa)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne ziarna wanilii