Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: słodzik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: słodzik. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 maja 2026

Benjamissimo 70 % Dark No Added Sugar ciemna z Peru

Kupując tę czekoladę razem z Benjamissimo Mint Maca 70 % Dark  jakoś nie do końca zarejestrowałam świadomie fakt, że dziś prezentowana zawiera słodzik zamiast cukru. Tak, widziałam skład, ale jakoś nie przełożyło się to na pomyślenie, czy aby NA PEWNO chcę ją zjeść. Trochę ciekawiła, ale czy aż żeby kupić? Do marki miałam mieszane uczucia. Wiedziałam, że potrafią zrobić smaczne tabliczki, ale przecież wiele mieli takich bardzo nie w moim typie, których nie znałam. Szkoda, że dopiero po zakupie sobie przypomniałam, że Benjamissimo Dark 80 % No Added Sugar przecież nie wróżyła niczego dobrego. Jeszcze więcej słodzika? To mogło się bardzo nie udać.

Benjamissimo 70 % Dark No Added Sugar to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Peru, bez cukru, słodzona słodzikiem (erytrytolem).

Po otwarciu poczułam chłodno-słodzikowy, słodki zapach, mieszający się z orzeźwiającym, schłodzonym napojem w wariancie wiśnia&mięta. W rześkości odnalazło się też trochę kwiatów i eukaliptus. Narzucił ją ewidentnie słodzik, choć wanilia i korzenne echo starały się go trochę ukryć. Wanilia naprowadziła słodycz na niewyraźną wizję kremu orzechowego, cienko rozsmarowanego na kromce ciemnego chleba. Wraz z nim nieśmiała korzenna sugestia wspomniała też coś o pierniku. Do chłodu dołożyła się też gorzkawa nuta ziemi i dymu.

Tabliczka wydawała mi się wręcz kamienie twarda. Trzaskała głośno niczym mieszanka skały i szkła.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Tam, gdzie kawałek był grubszy wolniej, gdzie cieńszy szybciej. Z czasem miękła i oleiście-maziście pokrywała podniebienie. Choć zachowywała kształt niemal do końca, nie wydawała się zbita. Na pewno za to tłusta i wodnista. Przewinęła się w niej soczystość, acz jakby stapiała się z narastającą wodnistością, co przez denerwujący aspekt, bardziej się rzucało w oczy (w język?).

W smaku przywitała mnie chłodna, bardzo słodka wiśnia... w zasadzie napój wiśniowo-miętowy. Połączenie wiśni i mięty od razu orzeźwiało, ale też fundowało sporo słodyczy; nie kwaśność.

Słodzik szybko zdradził swoją obecność, ale nie od początku pchał się na pierwszy plan w kwestii słodyczy. Zaznaczył jednak, że także w goryczkowato-cierpkim wątku ma coś do powiedzenia. Słodzikowość zrobiła miejsce pod zioła, które pojawiły się po chwili.

Do gorzkości próbował dołączyć dym, acz nie znalazł sobie za dużego pola do popisu, pobrzmiewał więc delikatnie. Ziemia... też spróbowała swoich sił, ale nie udało jej się utrzymać. A po niej przemknął... chleb pumpernikiel?

Trochę gryzący w język efekt słodziku wydobył z ziemi namiastkę korzenności. Mieszanki na bazie cynamonu i anyżu?

Wiśniowo-miętowy motyw nasilił się i wzbogacił o niejednoznaczną mieszankę czerwonych owoców. Owoce głównie trzymały się napojowego wydźwięku, tylko raz po raz trochę się z niego wychylając.  Wszystkie łączyła przeważająca słodycz. Kwasek odnotowałam tam tylko i wyłączeni na zasadzie sugestii. Jakby chciał się pokazać, a nie mógł. Rześko-soczyste owoce wsparło trochę kwiatów.

Kwiaty zaś podszepnęły pewną pikanterię, przyprawy. Mieszanka ta zahaczała trochę o... pierniki z czerwonym, marmoladowym nadzieniem? Ogrom rześkości zasugerował nawet podkręcenie czerwonych owoców limonką, ale... ten wątek jakoś uciekał. Pumpernikiel starał się tę wizję utrzymać, lecz jednak umknęła.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do ziół i słodziku dołączyło jeszcze więcej chłodnej rześkości w wydaniu eukaliptusa i mięty pieprzowej. Mimo że nuty te starały się trochę ukryć słodzik, ten uparcie wychodził na przód.

Czyżby ziemia znów spróbowała się pokazać? Chłodna i mokra...? I nagle jednak znów zniknęła. Dym starał się umocnić gorzkość i choć ogólnie ją nieco wzmocnił, to jednak go z kolei dopadła wodnistość i złagodziła. Pikanteria za to się utrzymała, jako że uchwyciła się gryzącego elementu słodziku

Nagle wyobraziłam sobie kromkę ciemnego chleba-pumpernikla skąpo posmarowaną bardzo słodkim, oleistym kremem orzechowym... może orzechowo-kokosowym? Zrobionym z miazgą kokosową. Słodki krem zasugerowała wanilia, która przybyła nie wiadomo skąd na odsiecz słodzikowi. Mieszała się trochę z odrobinką różnych ostro-słodkich przypraw korzennych. Trochę im się to udało, bo słodzik nie był już taki jawny. W dodatku chlebowy akcent zaaprobował korzenność i piernik z owocową nutą (wiśni z odrobiną limonki?).

Tłuszczowo-wodnisty motyw jednak nie dał się łatwo odpędzić. Po kremie orzechowo-kokosowym skierował moje myśli ku korzennemu "cappuccino mocy", czyli kawie z olejem kokosowym. Kawie... leciutko korzennej... korzenno-miętowej? Łagodnej, niezbyt gorzkiej. Zarówno ona, jak i krem, przybrały wydźwięk "zdrowych słodyczy", bez chamskiej słodzikowości, ale z wyczuwalną nutą słodziku.
Słodycz jednak, lekko ostro-mrożąca, aż zaznaczała się w gardle.

Po zjedzeniu został posmak oleistego, słodkiego od wanilii i słodziku kremu orzechowo-kokosowego, do którego zakradł się cierpki dym i łagodna kawa. Cierpkość połączyła lekką gorzkość z denerwująco chłodno-cierpkim słodzikiem. Ten mieszał się z motywem mięty i kwiatów. Rześkość i chłód wydawały się aż namacalne. Choć smak słodziku jako tako starał się ukryć, wydawał się aż gryźć w język. Tu z pomocą przyszła odrobina korzenności i cierpkość soczysta (limonki?), ale czuć, że to nie korzenna ostrość, a słodzik gryzie.

Czekolada nie przemówiła do mnie, ale ku mojemu zaskoczeniu nie mogę stwierdzić, że była niesmaczna. Wodniście-tłusta struktura (za którą odjęłam cały punkt) i nuty wody i oleju bardzo mi przeszkadzały, słodzik denerwująco powracał przy każdej okazji, ale uświadczyłam tam i parę przyjemnych wątków. Napój wiśniowo-miętowy na plus, w zasadzie nawet mięta i eukaliptus, mimo że to słodzik je napędzał, miały i lepsze momenty. Wanilia, maskująca nachalność słodziku, trochę kwiatów i korzenności też wiele dobrego zdziałały. Żal mi jednak było dymu i ziemi, że nie dały rady porządnie rozbrzmieć. Gdyby nie struktura, smakowo mogłaby nawet zdobyć 7,5.

Ziemię i piernik czułam wyraźnie w Benjamissimo Mint Maca 70 % Dark i w tej nuty bazy cudownie rozwinęły się wraz z dodatkiem mięty i macy. Słodzik w dziś przedstawianej za to za bardzo w nie ingerował. Szkoda, że dziś przedstawianej nie posłodzili cukrem trzcinowym. Smakowo wydała mi się lepiej zrobiona od Benjamissimo Dark 80 % No Added Sugar, mimo że przy 70% kakao to było trudniejsze zadanie. Marka przeszła od tamtej pory jednak wiele zmian. Uwierzę więc, że teraz działają na lepszym kakao albo i się wiele nauczyli, jak umocnić jego kakao, by nie przegrywało aż tak bardzo ze słodzikiem.


ocena: 6,5/10
kupiłam: Allegro
cena: 16,08 zł (za 60g)
kaloryczność: 533 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, substancja słodząca: erytrytol; tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyny ze słonecznika; wanilia Bourbon, sól himalajska

czwartek, 3 lipca 2025

Birkengold Edelbitter ciemna 85 % z Ekwadoru lub Wybrzeża Kości Słoniowej

Zamawiając tę czekoladę pomyślałam, że może być dobra, bo cena i skromne opakowanie sugerowały... właśnie dobrą czekoladę. Marka była mi zupełnie obca. Krótko przed degustacją trochę "internetów" przejrzałam i dowiedziałam się, że zajmuje się bio, zdrowymi słodkościami. Czekolada nie wydawała się ich przewodnim produktem. Gdy wyjęłam tabliczkę do zdjęć, doznałam szoku. Jak mogłam nie zwrócić uwagę na wielki napis "ohne Zucker" i samą nazwę "Birkengold"?! Przerażona zerknęłam na skład... No przecież! To czekolada bez cukru, a ze słodzikiem z brzozy... Od razu negatywnie się nakręciłam. Chyba musiałam podczas zakupów mieć jakieś umysłowe zaćmienie... Producent z kolei miał chyba zaćmienie przy kupowaniu kakao albo przynajmniej przy tworzeniu opisu - śmiech przez łzy przy określeniu, skąd pochodzi kakao, z którego tę czekoladę zrobiono. LUB - nie ma to jak precyzja! Może chodziło o "i"? I wtedy byłby po prostu blend?

Birkengold Edelbitter to ciemna czekolada o zawartości 85% kakao "z Ekwadoru lub Wybrzeża Kości Słoniowej", słodzona ksylitolem (bez cukru).

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach słodko-dusznawych wiśni w wydaniu wina wiśniowego lub nawet nieprzesłodzonego, ale słodkiego wyraźnie, likieru. Do głowy przyszły mi też anyżówka w wydaniu słodszym niż normalnie i mięta zielona. Wszystko to łączył pewien chłód, splatający się ze świeżością drzew. Iglastych i liściastych, mokrych od deszczu. Obok tego znalazła się nuta prażona - dość silna, ale raczej daleka, jakby odcinająca się od wcześniej wymienionych.

Tabliczka nie była tak twarda, jak na to wyglądała, ale masywności jej nie brak. Trzaskała średnio głośno w nieco chrupko-głuchy sposób.
W ustach sprawiała wrażenie już twardszej, wciąż masywnej. Rozpływała się w tempie umiarkowanym, początkowo niezbyt chętnie i długo zachowując kształt. Była zbita, lecz nie wydawała się gęsta, a wręcz wodnista. Wodniście-oleista, biorąc pod uwagę narastającą tłustość. Wyszła maziście i gładko, choć końcowo z pyłkową sugestią. Zostawiała wrażenie suchości w ustach.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz. Wydała mi się trochę, ale niezupełnie cukrowa, jakaś niedookreślona, dosadna i "czysta". Chłodna. Przyszedł mi do głowy cukier miętowy, a potem i sama zielona mięta. Ksylitol czuć ze względu na specyficzne ochłodzenia, ale starał się udawać konwencjonalną cukrowość. Tak też sięgnął poziomu średnio-wysokiego.

Jego chłód wprowadził rześkość drzew - zarówno iglastych, jak i liściastych, choć z przewagą tych pierwszych. Podkreślił je kwasek. Delikatny, niesprecyzowany, ale niewątpliwie obecny. Pomyślałam o młodym lesie podczas deszczu.

Rześkość podszepnęła kwaskowi orientalny splot mięty z trawą cytrusową oraz... cukier cytrynowy? Akcenty te jednak tylko pobrzmiewały.

Prażenie zaznaczyło się, ale nie spieszyło z rozwojem. Gorzkość wchodziła tuż po nim, jednak i ona była nie za wysoka i leniwa. Trzymała się poziomu nisko-średniego, w dodatku pilnowana przez ambitniejsze masło. Ono jakoś lepiej się tu odnalazło, a mi do głowy przyszło masło konkretniej chłodne... Z czasem mieszające się z kremem 100% z fistaszków, choć niestety jakoś wyjątkowo oleistym.

Gorzkość prażona i motywu drzewnego przez pewien czas starały się niby trochę wykazać, ale jakoś... przegrywały z chłodną słodyczą i maślanością (w tej kolejności). Silnej gorzkości nie uświadczyłam ani przez chwilę.

Wysoka słodycz mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, wciąż raczej tylko sporadycznie zdradzając się ze swoim słodzikowym pochodzeniem (nie była jawnie słodzikowa), trafiła na odrobinkę przebijającego się kwasku i już wyraźnie podyktowała mu owoce.

Pomyślałam o musie dla dzieci: owocowym, ale na bazie jabłek. Niby w jakimś wariancie, ale z tych, co to niezależnie od wariantu smakują podobnie. Wariancie... teoretycznie z czerwonymi owocami?

Pojawiła się do tego wizja schłodzonego, słodkiego wina czerwonego, ale zwietrzałego z alkoholu. Dołączyły do tego wiśnie w likierze w mdławej, nawet nie gorzkiej, polewie kakaowej i przesłodzone wisienki koktajlowe o głównie dekoracyjnym zadaniu. O leciuteńkim kwasku przypomniał im tylko subtelny, cytrynowy akcent, który zaplątał się pośród nich.

Końcowo słodycz, mimo prażonej gorzkości i drzewom, wydawała mi się wręcz chłodno-przenikliwa. Do głowy przyszła mi anyżówka, ale bez alkoholu (abstrakcyjne wyobrażenie).

Po zjedzeniu został posmak miętowo-słodzikowy, mieszający się ze specyficznym, chłodem; wręcz chłodną ostrością. Do tego zaznaczyło się prażenie jako kakaowa cierpkość, trochę drzew i echo przygaszonych słodyczą, ale jednak kwaskawych, wiśni.

Czekolada mi nie odpowiadała w dużej mierze ze względu na słodzik, jednak jako że to ja się władowałam w taki zakup, nie mogę jej winić. Przynajmniej nie całkiem. Wydaje mi się, że miała za łagodne nuty, by sobie z przenikliwie chłodnym, chwilami udającym cukier miętowy ksylitolem, poradzić. Prażenie i odrobinka drzew zostały złagodzone maślanością i oleistością. Owoce - skąpa cytryna, jabłka i wiśnie - wydawały się jakieś takie ugodowe. A ksylitol szedł a to w miętowym, a to w deszczowym, a to w anyżówkowym kierunku. Mimo że kakao to 85%, to on jakoś się tu rządził (nie zgadłabym zawartości - obstawiałabym niższą). W strukturze też - odebrał czekoladzie gęstość, a wprowadził wodnistość, która mieszała się z jej oleistością nieprzyjemnie.
A jednak... jak na czekoladę ze słodzikiem, nie było tak źle.


ocena: 7/10
kupiłam: Piccantino
cena: 13,99 zł
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, słodzik: ksylitol, tłuszcz kakaowy, rmulgator: lecytyna słonecznikowa

poniedziałek, 16 grudnia 2024

Torras 0% Sugar Added / Bez dodatku cukru Dark & Banana Czekolada gorzka z bananami ciemna 52 % z kawałkami bananów liofilizowanych

Nie wiem, co mnie podkusiło tę czekoladę kupić (a właściwie naciągnąć ojca na nią). Pamiętam, że lata temu zainteresowała mnie Torras z bananem, ale szybko od niej uciekłam, gdy zobaczyłam skład: nie dość, że banan był tylko jako aromat, to jeszcze bazowała na słodziku (była z linii tabliczek bez cukru). Gdy jednak do składu zawitały kawałki bananów, postanowiłam dać jej szansę. Jakoś jednak tego nie przemyślałam, bo w końcu... słodzik i aromat wciąż tam są. W dodatku, ta tabliczka miała u mnie pecha. Powlokłam ją na Szpiglasowy Wierch, na który w końcu nie weszłam i trasę skróciłam, a potem... wzięłam w Pieniny, ale bez przekonania. Z Radziejowej wróciłam na Litawcową i skierowałam się przez Obidzę do Wysokich Skałek. Tam też, dokładnie na Wysokiej, wzięłam się za tę czekoladę. Wątpiłam, by Wysoka podciągnęła jakość tabliczki do wysokiej, ale co tam.

Torras 0% Sugar Added / Bez dodatku cukru Dark & Banana Czekolada gorzka z bananami to ciemna czekolada o zawartości 52 % kakao z bananami (kawałkami liofilizowanych i aromatem bananowym); słodzona słodzikami (maltitolem i inuliną); bez cukru; wyprodukowana przez Chocolates Torras.

Po otwarciu rozszedł się zapach bananów wymieszanych po równo: sztucznawo-cukierkowych i liofilizowanych, przy czym te pierwsze nie wydały mi się zbyt napastliwe. Dołączyła do nich słodycz wanilii, lekki, słodki chłód trochę sugerujący słodzik i delikatna, palona gorzkawość.

Tabliczka niby była gładka, ale jednocześnie w dotyku sugerowała pylistość. Przy łamaniu wydawała średnio głośne trzasko-chrupnięcia. 
W ustach rozpuszczała się dość szybko i wodniście. Była mazista i zachowywała kształt jakby dość luźno. Robiła się zawiesinowo-rzadkawa. Czułam nieco oleistą tłustość, a także pylistość. Przemywały ją kawałki bananów, wyłaniające się lekko po dłuższym czasie. Czekolada znikała łatwo. 
Do czekolady dodano mało-średnią ilość kawałków średnich i malutkich. Wypadały z niej po dłuższym czasie. Gryzione obok wychodziły tak sobie, więc ja zostawiałam je na koniec. 
Niektóre średnie kawałki-kostki bananów były początkowo dość twarde, ale nie mocno. Gryzione wykazywały specyficzne liofilizowane miękniecie. Inne szły, nasiąkając, w glutowatą farfoclowość. 

W smaku pierwsza odezwała się wysoka, specyficznie chłodna słodycz, do której szybko dołączyło echo cukierkowego banana. Pomyślałam też o rzeczach o zapachu banana (świeczkach, kremach, pachnących długopisach - czymkolwiek takim).

Słodycz przez moment próbowała udawać konwencjonalnie cukrową, ale z czasem wyłonił się słodzik.

Do niej jednak doleciał mocniejszy aromat bananowy. Sztucznego banana wzmocnił słodki liofilizowany, jakby nieco słodko pudrowy. Próbował odwrócić uwagę od sztuczności - to, na ile mu się to udawało lub nie, bardzo zależało od tego, na jaki kęs się trafiło. Jak bez kawałka banana lub z bardzo malutkim, przeważał sztuczny. Jak akurat trafił się pokaźniejszy, banan pudrowy liofilizowany całkiem nieźle sobie radził (ale i tak nie wyprzedzał tego z aromatu).

Gorzkość zaznaczyła się bardzo niepewnie. Cierpkość stanęła posłusznie za słodzikiem, pozwalając słodyczy dominować. Na moment mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa podkradła się do sztucznego banana, podkreślając go. Gorzkość wystraszyła się i zmieniła się w speszoną gorzkawość. 

Wtedy jednak z czekolady wyłaniały się pojedyncze kawałki bananów. Umacniały naturalniejszego banana liofilizowanego. Rzadko kiedy przeważał nad sztucznym ze względu na niewielką ilość kawałków i często po prostu mini rozmiar. 

Słodycz mimo chłodnego wydźwięku aż trochę zaznaczała się w gardle, jakby chcąc tam zadrapać (acz jeszcze nie drapała) i denerwująco mieszała się z aromatem bananowym. Ten końcowo wydał mi się lekko cierpki. Słodzikowość wyszła wyraźnie, acz jakby chwilami próbowała robić drobne aluzje do cukru, więc aż tak napastliwie nie wyszła. W tym pomogło echo wanilii - kierowało słodycz w kierunku "zwyczajnie deserówkowej".

Bliżej końca cierpkawość kakao przez słodzikowo-sztucznie bananowy splot wyszła jakoś dziwnie, też jakby nienaturalnie, acz nie mocno.

Kawałki bananów gryzione obok czekolady smakowały delikatniej, trochę kryjąc się za aromatem i słodzikiem. Dlatego gryzłam je dopiero, gdy czekolada zniknęła. 
Kawałki bananów gryzione na koniec smakowały wyraźnie sobą. Były to słodkie, liofilizowane banany. Nieco twardsze (ale nie mocno twarde) z mocniejszą specyficzną, jakby pudrową nutką, a te bardziej glutkowate raz po raz zdobyły się na lekką soczystość. 

Po zjedzeniu został nieprzyjemnie niesmako-posmak słodziku i aromatu bananowego, zmieszane w jedno oraz dziwna cierpkość też właśnie aromatu, ale z kolei z namiastką kakao. Czasem, raz mocniej, raz słabiej, czułam też słodkie, liofilizowane banany. 

Czekolada wyszła kiepsko, bo sztucznie. Aromat bananowy nieprzyjemnie odciągał uwagę od banana liofilizowanego, że ten musiał się przez niego przedzierać, co przy tej skąpej ilości kiepsko mu szło. Gorzkości nie uświadczyłam - jedynie leciutka gorzkawość. Schowała się za bananowo-słodkim splotem. Sama słodycz słodziku o dziwo nie była strasznie napastliwa, ale... spłycała inne smaki? Chwilami próbowała udawać cukrowość, ale czuć jej chłód. Nakręcała się niestety ze sztuczniejszym bananem. Niby nic nie było tu szczególnie mocno napastliwe, ale zwyczajnie brakowało tu czegoś pozytywnego. Biorąc pod uwagę, że marka się ceni - no, ocena to oddaje. Ja miałam dość po kęsie-dwóch, a suma summarum zjadłam niecałe dwie kostki (w górach i trochę w domu, by zweryfikować odczucia). Kompletnie nie moja bajka - nie mój typ słodyczy (nienawidzę słodzików) plus sztuczny aromat.
Znajomy poczęstowany na szlaku nie narzekał, stwierdził: "Mi tam smakuje. Nic nie przeszkadza w niej".
Większość trafiła do Mamy, ale i ona jej nie podołała: "Niesmaczna, że aż nie wiem, co o niej mówić. Banana w kawałkach tak mało, jakby jakieś 0,0001% dali. Czuć za to aromat, sztuczność. Do sztuczności słodzik się dołożył, bo go głównie czuć i przez niego jest niesmacznie. Po kumulacji tego w ustach aż okropny niesmak zostaje. Nawet gdybym miała cukrzycę, nie chciałabym takiej czekolady - już lepiej w ogóle słodyczy nie jeść". Reszta powędrowała więc do ojca.


ocena: 3/10
kupiłam: VITAL - strefa zdrowego życia
cena: 11,99 zł (za 75g; ojciec płacił)
kaloryczność: 453 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: substancja słodząca: maltitol; miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, inulina, odtłuszczone kakao w proszku, liofilizowany banan (2%), emulgator: lecytyny; aromaty: bananowy i naturalny waniliowy

poniedziałek, 22 lipca 2024

Casa Kakau Natural & Pure Vegan Dark & Stevia ciemna 92 % z Ekwadoru ze stewią (słodzikiem)

Na markę Casa Kakau Craft Chocolate trafiłam zupełnie przypadkiem w internecie, co mi się czasem zdarza. Sklep miał w ofercie też mnóstwo różanych rzeczy jako ponoć to, co najlepsze z Bułgtarii. Pomyślałam, że z tego kraju jeszcze tabliczki żadnej nie miałam, więc postanowiłam, że dam tej szansę, mimo że była ze słodzikiem, a więc czymś, czego nie cierpię. Jak doczytałam na potrzeby recenzji: "stewia jest sto razy słodsza od cukru i ma pozytywne skutki dla zdrowia, dla którego jest znana i stosowana od wieków jako naturalny słodzik". Co by nie napisać o jej zdrowotnych zaletach, smak mnie nie przekonywał. Tu przy zakupie kierowałam się, że w sumie te 8% to niewiele, ale potem te "sto razy słodsza" już mnie trochę przeraziło. Było jednak za późno. Starałam się nie nakręcać negatywnie i nawet dobrze mi szło, aż do momentu przepisywani składu do wpisu. Gdy zobaczyłam, że wymieszali dwa słodziki, w ogóle ręce mi opadły. Takich praktyk, jak mieszanie słodzideł, za nic nie mogę pojąć. Długo ją w czasie odkładałam, ale w końcu po okropnej Sobieraj Chocolate Czekolada Deserowa uznałam, że trzeba oczyścić szafkę z czekoladami z potencjalnych paskud słodzikowych.

Casa Kakau Natural & Pure Vegan Dark & Stevia to ciemna czekolada o zawartości 92% kakao z Ekwadoru, słodzona słodzikami: stewią i erytrytolem; bez cukru.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach kwiatów i słodko-chłodnej mięty, przeplecionych niedookreśloną owocową nutą. Ta była soczysta, rześka. Z czasem pomyślałam o wodnistych, mniej słodkich melonach, przy których wychynęła cierpkawa, dzika róża. Do głowy przyszedł mi też mdławy deser na odtłuszczonym, nijakim mleku. Może w wariancie orzechowo-miętowym? W oddali w dodatku przewinęły się drzewne akcenty.

Tabliczka wyglądała na polewowo twardą. Przy łamaniu trzaskała jednak raczej cicho i krucho. Wydała mi się trochę krucha, mimo że się nie kruszyła, a do tego dziwnie zawilgocona. W przekroju dostrzegłam połyskujące kryształki.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, maziście i lepkawo. Była zbita, ale nie gęsta. Czuć w niej wodnistość, ale nie bardzo silną. Wydała mi się oleiście tłusta i ciężkawa. Choć początkowo zawisła nad nią sugestia pylistości, okazała się gładka i nawet jakby z ukrytą kremowością.

W smaku pierwsza przemknęła soczysta wiśnia... Wiśnia niepewna swojej wiśniowości? Jakby nieco zmrożona...? Poczułam słodycz wiśni i innych czerwonych owoców, splatającą się z ich soczystym kwaskiem. Wiśnia zmieniła się w czereśnię.

Do słodyczy owoców szybko doleciała słodzikowość. Wyraźnie dała o sobie znać, acz jeszcze nie pchała się na pierwszy plan.

W tle rozwinęły się po chwili drobne, wiosenne kwiaty. Nieśmiało zapuszczały się na przód kompozycji. Pomyślałam o przebiśniegach i krokusach, które odważnie wyłaniają się z trawy, mimo że czuć jeszcze chłód i gdzieniegdzie zalega śnieg.

Z tła na przód doszła lekowa goryczka. Początkowo bardzo delikatna, lecz rosła znacząco.

Owocowy wątek rozwijał się w tym czasie. Czerwone owoce... te wiśnio-czereśnie... zmieniły się w dżem i/lub syrop z dodatkiem owoców dzikiej róży. Ta nakręciła cierpkość. Kwasek a to rósł, a to trochę słabnął.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszła mi mięta. Podchwyciła chłód, a także zaprosiła zioła. Chwilowo to one zajęły się goryczką. Przyszła mi do głowy szałwia zaparzona o wiele za mocna, by wypić ze smakiem.

Gorycz z czasem jednak jakby przerosła chłodno-słodkawe zioła i odbiła w innym kierunku: wyraźnie lekowym. Lekowa goryczka zetknęła się z orzechami i lekką maślanością. Pomyślałam o włoskich, arachidowych i migdałach, do których z czasem dołączyła ziemia. Gorycz białych leków nie dała im się jednak zagłuszyć.

Gorycz leków dotarła też do owoców, zmieniając je w słodzikowe leki o smakach owocowych: dzikiej róży, wiśni. Przy goryczy leków jakby integralnie wpisaną w słodzikową słodycz, wychwyciłam iluzoryczną nutkę słodyczy białego cukru. Za jej sprawą wróciła myśl o dżemie i syropie z wiśni, czereśni i dzikiej róży. Nawet z kwiatową nutą.

Końcowo owoce przycichły, ale już i słodzik się zawahał. Słodzikowy chłód walczył ze słabnącą rześkością kwiatów. Kwiaty końcowo jeszcze nieźle się wykazały. Za nimi stanęła niedookreślona owocowość - rześko mdławe, cierpko-niedojrzałe melony?

Po zjedzeniu został jednak okrutnie słodzikowy motyw przede wszystkim i nieprzyjemny posmak goryczowatych leków, wiśniowo-różana nutka czegoś owocowego, a także motyw kwiatów. Czułam lekką ziemistość, ale podporządkowaną lekom. Zioła niby też były, ale słodzik panoszył się, odbierając im przyjemny charakter, a dodając denerwującą, chłodną słodycz. Jej słodzikowość po oderwaniu się na nieco dłuższą chwilę aż gryzła w język.

Czekolada wyszła niezbyt smacznie, ale też nie wyjątkowo okropnie. Cierpkość i gorycz miały lekowo-słodzikowy charakter, wyszły mało kakaowo, ale kakao o siebie walczyło. Nuty ziemi, orzechów, ziół jakby niedomagały przy słodziku. Owoce też zmieniły się w owocowe leki, ale na szczęście wyszły z tego, więc był to tylko epizod. Wiśnio-czereśnie i dzika róża, trochę melonów, a do tego sporo kwiatów mogłyby wyjść smakowicie, gdyby właśnie nie słodzikowo-lekowy charakter tego. Tabliczka wydała mi się jednak lepsza od Sobieraj Chocolate Czekolada Deserowa 60 %. Wciąż jako czekolada ogólnie nie warta polecenia, ale smakująca tak, że jak się kupiło, można zjeść. Jak się już przejdzie nad nutami napędzonymi przez słodzik do porządku dziennego. Myślałam, że dam radę całą, ale odpadłam przy ostatnim kawałku, trochę większym niż kostka, do którego już za nic nie umiałam się zmusić.


ocena: 5/10
kupiłam: Allegro
cena: 25 zł (za 70g)
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, erytrytol, stewia

niedziela, 30 czerwca 2024

Sobieraj Chocolate Czekolada Deserowa ciemna 60 % z Wybrzeża Kości Słoniowej

Smutne, że po dwóch małych czekoladkach, które wpadły mi dodatkowo do czekolad, o które poprosiłam w ramach współpracy z producentem Sobieraj, w zasadzie miałam już dość. Zrobiłam przerwę, by jakoś uszły złe wspomnienia i postanowiłam przysiąść do jednej z dwóch otrzymanych tabliczek z czystą głową. Nie było to jednak łatwe - a szkoda, bo marka nie wygląda tak źle na pierwszy rzut oka.

Sobieraj Chocolate Czekolada Deserowa to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej, słodzona słodzikiem ksylitolem fińskim (bez cukru).

Po otwarciu poczułam wyrazisty, gorzki zapach dymu na równi zmieszany ze słodką, chłodną miętą. Wyobraziłam sobie jej świeże, zielone listki, a także chyba trochę innych roślin, ziół w porannej, chłodnej scenerii. Czułam też sporo maślaności, sugerującej raczej jasny biszkopt. "Raczej", bo i nutka kawy się przy nim zaznaczyła. Nie jednak samej kawy, a czegoś kawowego. To jednak chyba nie biszkopt był kawowy... A jakiś jogurt lub serek?
Tabliczka wyglądała na polewową, a w dłoniach zaskoczyła ciężarem. Przy łamaniu trzaskała średnio głośno, ale dosadnie, jakby była wyjątkowo gęsta, wręcz skondensowana.
W ustach mimo że najpierw czekolada jakby chwilę się wahała, ogólnie rozpływała się łatwo, w tempie umiarkowanie-wolnym. Acz w zasadzie jakby tylko z wierzchu. Niemal do końca zachowywała kształt i pewną twardawość. Nie była jednak oporna. Szybko dała się poznać jako wodnista i szorstka, ziarnista, a bliżej końca ziarnistość zmieniła się w pylistość. Choć zbita i syta, nie była czekoladowo gęsta.

W smaku pierwsza przywitała mnie średnia, ale jakby odosobniona słodycz o niesprecyzowanym charakterze. Zaraz dołączyła do niej roślinna świeżość, rześkość. Wyobraziłam sobie chłodny poranek i zielone listki pokryte rosą. Listki mięty!

Słodycz podłapała miętowy klimat, dzięki czemu ta wyszła na pierwszy plan. Wydała mi się chłodząca i coraz odważniej słodka. W tle przewinęło się trochę kwiatów.

Z lekkim opóźnieniem odezwała się też gorzkość. Od razu startowała z w miarę wysokiego poziomu. Zaserwowała dym, cały czas spokojnie rosnąc. Zajęła pierwszy plan, a słodycz nieco przed nią pierzchła. 

Poczułam paloną nutę, a także przebłysk jakiś... kawowych słodkości? I gorzkawe orzechy... Włoskie? Zaraz mieszały się jednak z łagodniejszymi - laskowymi. Te zaś ułożyły się w krem orzechowo-kakaowy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszły mi miętowo-orzechowe czekoladki w ciemnej polewie. Mimo miętowej słodyczy, w której zdradziło się już ewidentnie słodzikowe pochodzenie, doszukałam się akcentu konwencjonalnie cukrowej słodyczy. Ta ogólnie wzrosła i otarła się o przesadę. Słodycz zrobiła się wręcz ostra. Mrożąca? Mięta na pewien czas się schowała, pozwalając działać słodzikowi i jakby cukrowi.

Orzechowe, w porywach tylko miętowe słodkości mieszały się z kawowymi, które jeszcze kontynuowały gorzkość, ale też traciły na znaczeniu.

Gorzkość zatonęła w chłodnej, słodzikowej słodyczy, która do ogółu dodała trochę wodnistości, rozrzedzając smak i spłycając go, a także tchnęła maślaność. Ta nagle się pokazała i szybko wzrosła. Przy tych łagodniejszych wątkach, mięta zdecydowała się na powrót.

Do głowy przyszedł mi bardzo maślany biszkopt. Jasny, lekko wypieczony, ale z kawowym echem. To jednak znowu nie była kawa, a słodki, kawowy nabiał, np. jogurt lub serek? Wyjęty prosto z lodówki, a więc chłodny, o spłyconym smaku.

Końcowo mięta na słodzikowo-cukrowej, chłodnej fali znów weszła na pierwszy plan, zostawiając goryczkę w oddali. Ziołowość nie miała siły przebicia, ale gdzieś się kryła. Raz po raz na język wtrącała jakby mrożącą pikanterię. Mieszała się z cierpkawą, ciemną niby czekoladową polewą, która przewinęła się wśród motywu słodkości.

Po zjedzeniu został posmak jakby miętowego, białego cukru oraz dymu. Ten był gorzki, cierpkawy, ale mocno złagodzony maślanym biszkoptem i akcentem cierpkawej polewy kakaowej. Na języku zaznaczyło się dziwne, cierpkie szczypanie - jakby przemrożenie, pikanteria.

Całość choć zaskoczyła przyjemnie wysoką, znaczącą gorzkością, to i tak nie wyszła dobrze. Mimo dymu i miętowej nuty, była denerwująco słodzikowa. Słodzik w smaku nie tylko mocno to osłodził, ale dodał też chłodno-wodnistego elementu, który spłycał kompozycję. Bardzo dużo tu słodyczy o takim... dotkliwym charakterze. Jasny biszkopt i słodkości kawowe, orzechowo-miętowe nie były złe, ale sprawiły, że całość wyszła słodko-łagodna, a gorzkość się w nich za bardzo zatracała. Nie podobała mi się dziwna, mrożąca pikanteria. Na plus jednak, że smakowo, choć dosadnie słodka, wydawała się mieć więcej niż 60%.
Strukturę uważam za to za jednoznacznie okropną. Wodniście-ziarnista, potem pylista i cały czas z wodnistym elementem za nic mi nie odpowiadała. Była bardzo nieczekoladowa.
Uwierzę jednak, że dla osób przyzwyczajonych do słodzików, nie wyda się tak zła. Rozumiem w końcu, że niektórzy zwyczajnie cukru jeść nie mogą. 
Mimo szczerych chęci, bo wiedziałam, że Mamie za nic nie podejdzie, nie zmogłam całej. To mrożące gryzienie, struktura i słodzikowość za bardzo mnie zmęczyły, że już 30 g nie zjadłam.

Resztę oddałam Mamie, ale i ona nie zmogła. Podsumowała: "Okropna ta czekolada, nie da się w niej niczego dobrego znaleźć. Dziwnie gorzka nie jak czekolada, a jakieś lekarstwo okropne, struktura też beznadziejna. Jakbym nie mogła jeść cukru i miała taką czekoladę jeść albo nic, to już wolałabym głodna siedzieć". Resztę oddałyśmy ojcu.


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam od sobierajchocolate.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 23 zł za tabliczkę 70g
kaloryczność: nie znam
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa min. 60%, tłuszcz kakaowy, ksylitol

wtorek, 9 kwietnia 2024

Sobieraj Chocolate Czekolada Ciemna Mleczna 45 % kokosowa wegańska

Jak wspomniałam przy Sobieraj Chocolate Czekolada z Miętą drugim otrzymanych serduszkiem była propozycja znacznie mniej w moim typie, bo "mleczna" wegańska. Uwielbiam pasty 100% kokosowe, mleczko kokosowe gości w mojej kuchni, a dania indyjskie z nim bardzo lubię, jednak w czekoladach kokos jakoś według mnie zwyczajnie nie wychodzi. A do słodzików jestem bardzo sceptyczna, więc nie spodziewałam się zachwytów. Acz tak siląc się na obiektywność, propozycja może i ciekawa, pod warunkiem, że miałaby wyjść.

Sobieraj Chocolate Czekolada Ciemna Mleczna to ciemna wegańska "mleczna" kokosowa czekolada o zawartości 45 % kakao z miazgą / pastą 100% z kokosa; słodzona słodzikiem ksylitolem, u mnie jako miniaturka, czyli czekoladka "serduszko", ważące 6g.

Zapach od razu jednoznacznie skojarzył mi się z masą, blokiem czekoladowym ze zmielonymi herbatnikami i wiórkami kokosowymi. Miał nieco tani, domowy charakter. Jego słodycz była średnio wysoka, ale jej wydźwięk był specyficznie wyrazisty w chłodny, rześki sposób. Nie wyszła jednak jawnie słoldzikowo. Wiórki i bardziej ogólna, mleczna kokosowość starały się to zdominować, ale był wyczuwalny i kokos, i to wszystko inne prawie na równych prawach, acz chwilami rzeczywiście z dominacją mleczka kokosowego. Gorzkość wydała mi się również średnio mocna, ale intensywna. Oddawała ziemię i zawarła w sobie paloną nutę. Zaznaczyła się w niej cierpkość, mieszająca się z olejem kokosowym.

Serduszko w dotyku wydało mi się trochę plastikowe, a także twarde i masywne. Doznałam jednak szoku przy odgryzaniu kawałka, bo zęby dosłownie zjechały mi po zbitej, nie miękkiej, ale i nie twardej masie (bliżej jej jednak do miękkości). Raz po raz zatrzeszczała w kryształkowy sposób. Wydała mi się strasznie tłusta i polewowo-wodnista.
W ustach ta czekolada za nic nie kojarzyła się z czekoladą, a z masą czekoladową. Było to bardzo ciężkie i tłuste, niczym masa z tłuszczu i proszku. Nie do końca miękkie, ale i nietwarde. To było jak jakiś konkretny, minimalnie lepkawy, ziarnisty zlepek z twardą wodą. Czuć proszek, drobinki i kawałki wiórków kokosa, a także wręcz śliskość tłustości. Osobliwe i odpychające.
Na koniec w ustach zostawały kawałki przemielonych wiórków kokosowych. Gryzione trzeszczały i skrzypiały dość soczyście. Niektóre były masywniejsze, prawie chrupkie i ewidentnie twardsze. Nie memłały się, a znikały dość szybko.

W smaku przywitała mnie kokosowa słodycz, która po chwili została wzmocniona inną, niedookreśloną. Wzrosła, wykazując rześkość i drobną jakby kokosową soczystość.

W słodyczy zaplątał się chłód, acz doleciała do niego także gorzkość, kierująca myśli ku zimnej, zbitej i czarnej ziemi. Musiała być to ziemia wilgotna, może przemarznięta po zimie. Gorzkość zaszarżowała, acz nie była siekierą, zaraz się opamiętała. Kakaową rozbijała i łagodziła drobna goryczka oleju kokosowego.

Gorzkość kakao walczyło jednak o siebie, zaraz przytaczając wizję przypalonej, domowo-taniej polewy czekoladowo-kakaowej. W nucie spalenizny odnotowałam jakby metaliczną nutę przypalonej blachy, a potem też maślaność takowej masy.

Kokos po chwili płynął już na wielu płaszczyznach, a maślaność mu pomogła. Łączył słodycz z cierpką goryczką. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przedstawił się jako wyraźnie śmietanka i mleczko kokosowe, z zawartą w nich lekką jakby mdławą tłustością smakową. Kokos był słodki w łagodny sposób, jednak obok niego słodycz rosła znacząco.

I oddzieliła się od niego - poczułam wyraźnie słodzik. W nim ulokowała się rześkość, do której dołączyła jakby słodko-ziołowa cierpkość. Pomyślałam o mięcie, eukaliptusie itp. Także ona wydawała się spłycać smak kakao, a dziwnie podkreślać olej kokosowy. 

Bliżej końca kompozycja przedstawiła się jako zdrowa wersja budżetowego, domowego bloku, masy czekoladowej z przemielonymi maślanymi herbatnikami i wiórkami. I tu pojawiła się przypalona polewa kakaowo-czekoladowa. Smak słodkich wiórków kokosowych i miazgi kokosowej 100% próbował się przebić, ale tonął w reszcie. Nieco nakręcał się od kawałków kokosa.

Tło jednak... Było tłuste, goryczkowate i słodkie... Chwilami słodzik próbował udawać słodycz konwencjonalną, ale rześkość i chłód stały mu na drodze. Mimo wyrazistości poszczególnych nut, wydawało się to kryć lekką wodnistość.

Kawałki kokosa, wiórków na koniec wyszły wyraźnie kokosowo - słodkawo, świeżo.

Po zjedzeniu został posmak goryczkowatego oleju kokosowego, mieszającego się z palono-ziemistą gorzkością kakao oraz kokosa bardziej mleczkowo-wiórkowego. Ten wyszedł słodko, choć słodycz należała głównie do zimnego, jakby wodnistego, a strasznie słodkiego, słodzika. 

Czekoladkę uważam za złą. Tragiczna, nieczekoladowa struktura tłustego zlepa z proszku była obrzydliwa, a smak kojarzący się z tanim, ale zdrowym blokiem czekoladowym i przypaloną polewą czekoladową nie uratował sytuacji. Gorzkość kakao podbita olejem kokosowym oraz zimny słodzik zdominowały kompozycję. Kakao miało niewiele do powiedzenia, a mleczko, śmietanka i wiórki kokosowe nie znalazły przyjemnej płaszczyzny do popisu. Myślę, że jak na "mleczną" czekoladę wegańską, smakowo jeszcze nie było tak zupełnie najstraszliwiej - w strukturze jednak nie umiem się nawet na siłę niczego pozytywnego doszukać.
Mimo że to takie maleństwo, dosłownie gryza zostawiłam Mamie, chcąc jej pokazać paskudę. Mama podzieliła moje zdanie: "Jakie to było okropne, takie małe, a tak odpychające. W ogóle z czekoladą się nie kojarzyło. Tłusty zlep, w smaku jakby udawał ciemną czekoladę, a gorzki był jakoś dziwne. Ziołowa, lekowa gorycz i jakby z chwastami, co to ktoś przy drodze nazbierał. Słodzikowe to... I okropne. Nie wiem, po co to jeść. Jakby ktoś nie mógł cukru i mleka, to już lepiej nic niż to coś. A konsystencja oblech". Mama jak ja nie cierpi słodzików, ale ona i mleczka kokosowego nie lubi (w przeciwieństwie do mnie).
Nie jesteśmy docelowymi odbiorczyniami, ale żadna z nas nie umie powiedzieć, kto niby miałby celem tego czegoś być.


ocena: 2/10
kupiłam: dostałam od sobierajchocolate.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 23 zł za tabliczkę 70g
kaloryczność: nie znam
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa 45%, pasta kokosowa / miąższ z kokosa 28,5%, tłuszcz kakaowy, ksylitol
fiński

środa, 27 marca 2024

Sobieraj Chocolate Czekolada z Miętą ciemna 60 % z miętą

Czasem zupełnie przypadkiem trafiam w internecie na małe czekoladziarnie, małych producentów lub sklepy, a czasem sama losowi trochę pomagam i przeglądam zakątki internetu, w których takowe można znaleźć. Szczerze mówiąc, już nie pamiętam, jak to było z Sobieraj Chocolate. To producent czekolady z Wrocławia. Pamiętam dobrze, że do pana Pawła Sobieraja, którego to właśnie są autorskie, ręcznie robione tabliczki, napisałam na Instagramie, pytając, czy zgodzi się wysłać wskazane przeze mnie tabliczki do testów. Odpowiedź była pozytywna, a to, co znalazłam w paczce nawet bardzo. Pan Paweł dołożył bowiem jeszcze dwie miniaturki w formie serduszek. Testy postanowiłam zacząć, sama nie wiem dlaczego, akurat od dziś przedstawianej.

Sobieraj Chocolate Czekolada z Miętą to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z miętą liofilizowaną oraz bio olejkiem miętowym; słodzona słodzikiem ksylitolem, u mnie jako miniaturka, czyli czekoladka "serduszko", ważące 6g.

Po otwarciu uderzył mnie intensywny, chłodny czy wręcz zimny zapach mięty o olejkowym charakterze. Kojarzyła się trochę z cukrowymi, miętowymi laskami na Gwiazdkę oraz cukrowymi, białymi nadzieniami o smaku miętowym z czekoladek. Sama czekolada zaznaczyła się lekko w tle jako akcent syropu kakaowego. Chyba czułam też jakby orzechową łagodność, nieco paloną nutkę. Całość była rześko-chłodząco słodka, mimo złudnej cukrowości.

Czekoladka w dotyku wydała mi się tłustawa, potencjalnie bardzo kremowa. Mięta na niej to suchymi, spore kawałki listków. Część odpadała, ale i tak dużo zostało na spodzie.
Przy odgryzaniu kęsa trzeszczała i skrzypiała w kryształkowy sposób.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, trochę maziście. Od razu dała się poznać jako zbita i wodnista. Rozpuszczała się właśnie na wodnistą zawiesinę. Dała się przy tym poznać jako proszkowo-ziarnista, z wyczuwalną kryształkowością, kojarzącą się z cukrem.
Posiekane kawałki mięty początkowe były suche, z czasem nasiąkały i miękły - kojarzyły się trochę z naciągającymi listkami-fusami herbat ziołowych.

W smaku pierwsza po ustach przemknęła gorycz. Pomyślałam o mocnych, suszonych ziołach, które zaraz zaczęło otaczać kakao. Złagodziło je, gorycz zmieniając w gorzkość.

Odnotowałam paloną nutkę, choć kakao cały czas wydawało się jedynie dopowiadać coś gorzkości ziół. Te poszły w chłodnym, wręcz zimnym kierunku. Mięta bardzo szybko dała o sobie znać jako olejek miętowy. Zahaczyła o mentol, ale zaraz wróciła na bardziej spożywczy tor.

Słodycz bowiem rosła błyskawiczne. Pokierowała miętę w kierunku gwiazdkowych cukrowych lasek w wariancie miętowym. Pomyślałam też o białych nadzieniach miętowych, które opierają się na cukrze, różnych czekoladek i czekolad. Słodycz przez większość czasu udawała taką najzwyklejszą, biało cukrową.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mięta wydała mi się niemal lodowo zimna. Całość była rześka i rześkość w pewien sposób aż zagłuszyła czekoladowość. Odnotowałam nieco słodzikowy chłód. Wydał mi się nieco... roślinny? Zgrał się z ziołową goryczą.

Ziołowa gorycz, gorzkość była wyczuwalna cały czas, acz z czasem już nie sprawiała wrażenia tak wysokiej. Pod wpływem słodyczy, kakaowa nutka poszła w stronę syropu kakaowego. Czułam też maślano-orzechowy, łagodniejszy motyw. On pozwolił szaleć olejkowej mięcie. Przemknęła też myśl o aromatyzowanej, miętowej kawie.

Odpadające od czekolady kawałki mięty nieco podkręcały jej smak, ale w obliczu tej imperatywnej mięty olejkowej, wyszły nieco mdło. Gdy trochę nasiąkły, nieudolnie walczyły o bardziej ziołowo-naturalny wydźwięk. Mięta mimo ogólnego przesłodzenia, kryła w sobie też leciuteńką goryczkę.

Kawałki mięty gryzione na koniec wciąż wydawały się średnio intensywne, acz ewidentnie czuć, że to mięta. Powiedziałabym, że pieprzowa, taka gorzkawo-charakterniejsza. W obliczu zimnej słodyczy jednak jakoś niewiele miała do powiedzenia.

Po zjedzeniu czułam odświeżenie ust od chłodnej mięty. Do tego stopnia mocne, że aż nie kojarzyło się z czekoladą z miętą. Mięta olejkowa, bardzo słodka i goryczkowata, rządziła. Przełożyła się na wręcz olejkowy niesmak. Słodycz była denerwująca, rześko-chłodna, ale i tak drapiąca. Kojarzyła się z tą białego cukru. Czekolada jako kakaowo-syropowa nutka jedynie pobrzmiewała.

Całość bardzo mi nie odpowiadała. Od okropnej, wodniście-proszkowej, nieco ulepkowatej konsystencji po smak, który olejkową miętą dosłownie atakował. Czekolada wydawała się jedynie nośnikiem, nie miała za wiele do powiedzenia. Poziom słodyczy za wysoki, acz wyszła zwyczajnie jakby cukrowo, nie była chamsko słodzikowa. A jednak to pewnie m.in. słodzik nadał aż tak zimny charakter. Całość wyszła właśnie nazbyt chłodząco-odświeżająco, jak na czekoladę. Liofilizowana mięta w obliczu tego też się nie sprawdziła.


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od sobierajchocolate.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 23 zł za tabliczkę 70g
kaloryczność: nie znam
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa 60%, tłuszcz kakaowy, ksylitol fiński, mięta liofilizowana w zmiennych proporcjach, olejek miętowy 0,2%

poniedziałek, 26 lutego 2024

(SuroVital) CoCoa KETO Focus Chocolate Lion's Mane + Guarana + Matcha ciemna wegańska 42 % z olejem MTC z kokosa, miąższem kokosowym, soplówką jeżowatą, guaraną i matchą, ze słodzikami

Po CoCoa KETO Raw Dark Keto Chocolate uznałam, że "wydziwiane", prozdrowotne tabliczki Surovital chcę jak najszybciej mieć z głowy i z szacunku do marki zapomnieć o nich (co w moim przypadku jest prawie niemożliwe, bo mam zbyt dobrą pamięć do takich rzeczy). Do zakupu skusiła mnie zielona herbata i sproszkowany miąższ kokosa, a na erytrytol postanowiłam przymknąć oko... nie wiedziałam jednak, czym są produkty keto ani czego się spodziewać po sproszkowanym oleju MTC. Jakoś nie zastanowiłam się dłużej nad tym. Czekolada ta jest z serii tabliczek "na coś" - celowanych? Prozdrowotnych, znaczy się. Ta np. na koncentrację (są jeszcze np. "na włosy", "na uspokojenie" itd.).  Czekolada na koncentrację to ponoć pierwsza na rynku funkcjonalna czekolada, która zawiera: guaranę, matchę i "lwią grzywę", czyli soplówkę jeżowatą, które wpływają na pracę mózgu. Producent zachwala, że jest w wersji keto, czyli jest również przyjazna dla osób będących na diecie ketogenicznej lub na diecie low carb. Osobiście jestem sceptyczna do łączenia różnych inności, bo np. to, że ktoś chce jakąś zdrowszą czekoladę, nie znaczy, że od razu jest na diecie keto itp.


(SuroVital) CoCoa KETO Focus Chocolate Lion's Mane + Guarana + Matcha to wegańska czekolada o zawartości 42% surowego kakao z Peru ze sproszkowanym olejem MTC z kokosa, sproszkowanym miąższem kokosowym, mieloną soplówką jeżowatą, guaraną i zieloną herbatą matcha, słodzona słodzikami: erytrytolem i inuliną (bez cukru); "funkcjonalna na koncentrację".

Po otwarciu poczułam zapach dymu i roślin, jakby pokrytych rosą, a do tego wysoką słodycz. W pierwszej chwili skojarzyła mi się z dziwnym, soczystym karmelem i kwiatami, lecz już po chwili ujawnił się soczysty kokos, właśnie mieszający się z karmelem, odpowiadającym za palony ton. Kwiaty łączyły się z wilgotnymi, rześkimi roślinami, a całość wydała mi się nieco chłodna - do głowy przyszedł mi aloes. W tle ujawniła się jeszcze nieco algowa matcha i niedookreślona gorzkość. Jakby przypraw? Leków? W oddali mignął mi specyficzny wątek "zdrowych słodyczy" z polewą czekoladopodobną.

Tabliczka w dotyku była trochę ulepkowata, nieco sucha. Łamała się z kruchym pyknięciem-chrupnięciem. Była twarda, ale krucha. Kruszyła się w kryształkowy sposób, a odgryzając kawałek miałam wrażenie, że jest grudkowato-kryształkowa. Już wtedy zaanonsowała swoją tłustość.
W ustach rozpływała się średnio szybko i wodniście. Początkowo przedstawiała się w ogóle jako chropowata, ziarnista, potem to się jednak rozchodziło. Była tłusta w oleisty sposób, a to tego z wyczuwalną proszkowością, kredową pylistością. Bazowo zachowywała zbity, acz nietwardy kształt do końca. Czuć w niej kryształki.

W smaku pierwsza zagrzmiała słodka melasa. Tak wysoce słodka, że aż jej paloność jakby nieco nie nadążała. Po chwili zmieniła się w karmel... acz dziwnie soczysty. Przemieszał się z kwiatami, z których wyrwał się słodki, soczysty kokos. Pomyślałam o wodzie kokosowej.

W oddali przemknął kwasek... czy raczej jego sugestia, bez wyraźniejszej realnej kwaśności.

Paloność, która wymknęła się z melasy i karmelu wprowadziła gorzkość. Ta goniła słodycz, acz cały czas pozostawała za nią. Oddawała gorzki dym. Dużo dymu, coraz więcej kłębów szarego dymu. Dym jednak zaraz jakby zagłuszył palony motyw.

Gorzkość zrobiła się niedookreślona, do tej kakaowej dołączyło całe mnóstwo goryczek i gorzkości... dziwnych, aż trudnych do nazwania.

Złagodził je tłuszczowy wątek, łączący olej i jakby wodniste masło, z czasem robiące aluzję do mleczka kokosowego.

W tym wszystkim mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam matchę. To była zielona herbata o algowej nucie, ale zmieszana z jakimś roślinnym wątkiem... Jakby dziwnie zielono-roślinnej kawy w proszku? Zielonej kawy (kiedyś taką próbowałam, była okropna i niepodobna do zwykłej)? To chyba guarana. Do głowy zaczęły mi przychodzić jakieś aloesy, akacje, eukaliptusy - "chłodne rośliny". To było gorzkie i zahaczające o cierpkość.

Mimo to, słodycz też rosła i cały czas pozostawała wysoka. Odstawała jednak dziwacznie od tej gorzkości, że było i słodko, i gorzko, ale jakoś zupełnie bez zgrania.

Mimo intensywności, w kompozycji odnotowałam też jakby pyliście-mączny, nijaki smak. Z czasem mieszał się z kokosem, którego charakter został spłycony. Kokos po prostu zamienił się w goryczkowaty olej kokosowy. Do głowy przyszły mi zimne ognie i białe, goryczowate leki. Za nimi jakiś motyw grzybów? Matcha kontrastowo zaprezentowała swoją naturalną, lekką słodycz.

Dym i olej kokosowy przybrały chłodny wydźwięk. Nie było to już specjalnie rześkie, acz jakby zawilgocone i... brudno ziemiste? Czekoladowość przy tym wyszła tandetnie i czekoladopodobnie.

Słodycz końcowo wydała mi się mordercza. Czysta, przenikliwa i nawet jakby trochę konwencjonalnie cukrowa. Jakbym miała do czynienia ze skondensowanym roztworem cukru w odrobinie wody. Właśnie też samą wodnistość czuć. To mieszało się z motywem goryczowatych leków.

Po zjedzeniu został posmak właśnie głównie goryczowatych, białych leków, ale też silna, jakby czysta słodycz. Wydała mi się wręcz dojmująca. Mieszała się z algami, nieco wygładzającymi słodycz z goryczką, oraz chłodno-wilgotnym motywem roślin. Czułam też olej kokosowy i kwaskawą goryczkę chyba z nim związaną.

Ta czekolada była... podła. I mało czekoladowa. Wyszło to płasko w smaku. Niby intensywnie, ale nie w to, co by się chciało. Czysta, przenikliwa słodycz, melasa i dym zmieniający się w olej kokosowy i goryczowate leki czy dziwacznie roślinne nuty wyszły okropnie. Kokos, karmel - odstawały i przy tym też przyjemnie się nie zaprezentowały. Kakao czułam niedosyt. Gorzkości było sporo, ale niewiele w niej przyjemnych nut. Konsystencja okropna, bo oleiście-wodnista i z kryształkowymi zapędami. Ogół bardzo, bardzo mało czekoladowy, że jedząc aż ucieka poczucie, że je się właśnie czekoladę. To taka... tabliczka czegoś.

Resztę oddałam Mamie, ale ona dała radę tylko kawałek jednej kostki. Podsumowała: "To coś miało tylko jedną zaletę: dobrze, bo łatwo się rozpuszczało. A tak, na smak, okropne. Z jakimś czekoladowym mydłem mi się skojarzyło. Dość gorzkie, dałabym z 60% kakao, tak strzelam, ale to nie była przyjemna, kakaowa gorzkość, a jakaś dziwna.".
Końcowo trafiła do ojca. Mu też nie smakowała, opisał to tak: "Tragedia. Kokosa nie czuć, za to herbata w niej smakuje jak siano. Czekolada w ogóle nie słodka". Przy czym w rozumieniu ojca "słodka = dobra" (i im mniej słodka, tym mniej smaczna).


ocena: 2/10
kupiłam: octochocolate.pl
cena: 12,60 zł (za 40g)
kaloryczność: 460 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: nieprażone ziarno kakao, inulina, substancja słodząca: erytrytol, tłuszcz kakaowy, sproszkowana guarana, sproszkowany olej MCT z kokosa (olej MCT z kokosa 70%, błonnik z akacji 30%),  sproszkowany miąższ kokosowy, herbata zielona w proszku matcha, soplówka jeżowata - grzyb mielony, wanilia Bourbon

sobota, 27 stycznia 2024

(SuroVital) CoCoa KETO Raw Dark Keto Chocolate ciemna 60 % z Peru z olejem kokosowym

Gdy przyszło mi sięgnąć po dzisiaj prezentowaną czekoladę... już - stety-niestety - wiedziałam, czym jest dieta keto. W moim odczuciu? Czymś okropnym. Dieta tłuszczowa bez węglowodanów? Podziękuję. Kupując tę czekoladę pomyślałam, że po prostu z ciekawości zobaczę, czym jest czekolada keto jako że na pierwszy rzut oka nie wyglądała podejrzanie. Co prawda posłodzono ją erytrytolem, którego nie lubię, ale zamawiając uznałam, że dam szansę. Po (Surovital) CoCoa Keto Krem Kakaowy, który otrzymała gratis, dotarło do mnie, jak wielki błąd zrobiłam.


(SuroVital) CoCoa KETO Raw Dark Keto Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 60% surowego kakao z Peru ze sproszkowanym olejem MTC z kokosa, słodzona erytrytolem (bez cukru).

Po otwarciu poczułam mocno kokosowy zapach. To świeże, wręcz rześkie wiórki kokosowe i słodkawa w naturalny sposób miazga kokosowa, ale też przemykający olej kokosowy. Do głowy przyszło mi kokosowe cappuccino. Słodycz kokosa wzmocnił karmel, przechodzący w melasę. W oddali zaznaczyła się soczysta ziemia i odrobina dymu, wywołanego palono-melasową słodyczą. I jakby... karmelizowanym kokosem? Do tego odnotowałam kwaśność soku czy raczej napoju pomarańczowego.

Matowa tabliczka była twarda, ale wcale tak głośno nie trzaskała przy łamaniu. Wydawała raczej masywne chrupnięcia, a jej przekrój sugerował ziarnistość i proszkowość.
W ustach, po tym jak przez dwie-trzy sekundy nie działo się z nią nic, rozpływała się raczej w tempie umiarkowanym. Okazała się gładka, niemal śliskawa i bardzo oleista. Przypominała taflę zrobioną z oleju. Pokrywała podniebienie oleiście-wodnistą smugą i znikała jak woda; przyspieszała rozpuszczanie się dopiero pod koniec. Pozostawiała usta otłuszczone.

W smaku pierwsza rozbłysła słodycz. Wydała mi się wręcz dojmująca. Należała do karmelu i kokosa. Kokos tchnął rześkość, soczystość i po chwili pomyślałam o jakby karmelowym, karmelizowanym kokosie?

Słodycz zarysowała się... na początkowo mdłym tle. W końcu pojawił się tam... jakby piasek rozgrzany słońcem, który nieco rozgrzewa gardło i język oraz... zimne ognie? Olej kokosowy zaznaczył swoją obecność.

Przemknął kwasek. Najpierw wydał mi się cytrynowy, potem też lekko kokosowy, a następnie przez moment niedookreślony. Z czasem jednak wyklarowała się jakby siarka, coś niespożywczego... Co jednak z czasem utonęło w cytrynie. Cytrynie i soku pomarańczowym?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o nasączonej cytryną ziemi. Wyobraziłam sobie czarną, mulistą ziemię. Rozgościła się w niej lekka goryczka oleju kokosowego. Za sprawą ziemi gorzkość nagle rozkręciła się, dominując kompozycję. Wyszła ciężko - nie była to tylko gorzkość kakao. Ono jednak miało całkiem sporo do powiedzenia, wtłaczając jeszcze kwasek i cierpkość kakao surowego... Uładzonego smakiem wiórków kokosowych i... przechodzącego w jakby kokosowe cappuccino - nieco lurowate i... posłodzone wanilią?

Co jednak potem zeszło się z jakby wodnistą słodyczą. Mimo echa wody, była bardzo wysoka i aż przenikliwa. Do głowy przyszedł mi aloes. Po dłuższym czasie wyklarował się jej słodzikowy wydźwięk, wgryzający się też w goryczkę. Pomyślałam o okropnie i nijako słodkiej wodzie, przemieszanej z karmelem i syropem kokosowym. Może... miodem, ale... jakimś dziwnym, kokosowym? Roślinnie-rześkim?

Sucha, rozgrzana ziemia wróciła... nie była jednak już zbyt jednoznaczna, a z lekką naleciałością... korzenną? Sugestia ostrości połączyła ziemię czarną, mulistą z tą suchą jakby nieco cynamonową mgiełką. Znów trochę to przypiekło, wraz z przesadzoną, irytującą słodyczą, w język.

Po zjedzeniu został posmak oleju kokosowego, mdłych wiórków kokosowych i ziemi. Do tego czułam słodycz o niedookreślonym charakterze. Była wysoka, męcząca, ale jakaś wodnista z charakteru. Cierpkość i goryczka wydawały się przy niej bardzo dosadne.

Czekolada nie posmakowała mi, a konsystencja wydała mi się obrzydliwa. Śliska tabliczka z oleju była okropna. Smak... Miał i lepsze nuty, np. ziemię, ogólną kokosowość, ale też odpychające elementy takie jak za duża ilość oleju kokosowego i wodnista, a silna i irytująca, nijaka słodycz. I tak jednak smak był lepszy niż struktura.
Zjadłam 3 kostki - gdyby nie tłustość, oleistość może mogłabym więcej, ale i tak... poznałam, czym jest czekolada keto i wolałabym żyć w niewiedzy. Zdaję więc sobie sprawę, że jako produkt keto to pewnie jest względnie przeciętne, ale czekolada jak dla mnie - keto czy nie - ma przede wszystkim smakować.
Mama spróbowała tylko trochę i oddałyśmy ojcu. Podsumowała: "O smaku tej czekolady w zasadzie nawet nie ma co mówić. Taka po prostu zwyczajnie niesmaczna, nie budząca skrajnych emocji. Konsystencja za to okropna, wcale nie czekoladowa, a jakby tabliczka z oleju, aż dziwne, jak to zrobili. Ale jak to ma być keto - dieta tłuszczowa, tak? - , to może i zrozumiałe".


ocena: 5/10
kupiłam: octochocolate.pl
cena: 11,60 zł (za 40g)
kaloryczność: 521 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: nieprażone ziarno kakao, substancja słodząca: erytrytol, tłuszcz kakaowy, sproszkowany olej MCT z kokosa (olej MCT z kokosa 70%, błonnik z akacji 30%), sproszkowany miąższ kokosowy, wanilia Bourbon