Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: syrop klonowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: syrop klonowy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 września 2026

Chuao Chocolatier Signature Collection Milk Chocolate Bar Baconluxious with plant-based bacon mleczna 41 % z roślinnym bekonem, syropem klonowym i wędzoną solą morską

Ostatnimi czasy zauważyłam, że już kilka razy zdarzyło mi się przeczytać to, co przeczytać chciałam, a nie to, co realnie było napisane. Tak właśnie stało się z tą czekoladą. Zdecydowałam się ją zamówić, bo naprawdę uważam, że Amerykanie umieją łączyć czekoladę z mięsem. Tu też zarówno mleczne, jak i ciemne się sprawdzają, gdy się umiejętnie je zrobi. Marka Chuao ma zwariowane smaki, wiele z nich jest nie po mojemu z dodatkami poprzylepianymi do tabliczki, ale... pomyślałam, że mięso może w takiej formie się odnaleźć. Niestety, po otwarciu przesyłki zobaczyłam kompletnie zmiażdżone tabliczki. Ech. Było tak źle, że aż zwrócili pieniądze. Postanowiłam więc przez jakiś czas po prostu o niej nie myśleć. Postanowiłam, że wezmę ją w góry, jak już zrobi się cieplej, by nie odmrozić sobie rąk podczas układania czekolady do zdjęć. Wreszcie więc nadeszły cieplejsze dni, a ja zaczęłam planować wyprawę na Babią Górę od strony słowackiej. I wtedy czekała mnie wielka niespodzianka: to tabliczka z roślinnym "bekonem"! Od jakiegoś czasu od znajomego słyszałam pozytywne opinie, że właśnie różne wege zamienniki, które próbował, całkiem nieźle udawały mięso, więc zamiast wściekać się na siebie za zamówienie czegoś takiego, podeszłam raczej zaintrygowana. Fakt, jestem mięsożerna, ale cenię też po prostu smaczne różności i lubię ciekawostki.
Czekoladę wzięłam na niewymagającą trasę w Beskid Sądecki, bo wyżej akurat strach było jechać przez roztopy i lawiny. Akurat w towarzystwie kolegi, optymistycznie wyrażającego się o wege nibymięsach. Otworzyłam ją jakoś nietypowo, bo już prawie na zejściu, w okolicach Szałasów Jarzębackich, gdzie dotarłam z Hali Pisanej, na którą weszłam od strony Hali Łabowskiej. Potem już tylko przez błoto i wieś do Piwnicznej-Zdrój, skąd wystartowałam.

Chuao Chocolatier Signature Collection Milk Chocolate Bar Baconluxious with plant-based bacon to mleczna czekolada o zawartości 41% kakao z Wenezueli z wegańskim / roślinnym "bekonem", syropem klonowym i wędzoną solą morską.

Po otwarciu rozszedł się intensywnie wędzony zapach, poniekąd po prostu dymny, poniekąd należący do wędzonej papryki, ale też kojarzący się z bekonem albo jerky (amerykańskie suszone mięso) nią przyprawionymi. Czuć sól, ale też trochę karmelowej słodyczy wszystko to na tle czekolady raczej delikatnej, lecz wyraźnie mlecznej. Dałabym się nabrać, że to tabliczka z prawdziwym bekonem, ale mocno przyprawionym. Gdybym nie wiedziała, co wącham, powiedziałabym, że dodatek do mlecznej czekolady to wędzona papryka i sól.

Połamana czekolada wydawała się konkretna i tłusta. Na spodzie widać było też trochę zatopionego dodatku, ale przebijającego spod czekolady (a nie jak się spodziewałam w formie doklejonej "posypki").
Tam gdzie przyszło mi ją łamać, była dość twarda, ale nie trzaskała. Przekrój ujawnił średnią ilość raczej małych kawałków nibybekonu. Jak się jednak okazało, trudno zrobić kęsa, by nie trafić na dodatki.
Kawałków roślinnego bekonu dodano do niej średnio dużo, acz bardzo często na niego trafiałam, bo wystąpił pod postacią głównie bardzo małych kawałków i płatków. Tylko jeden czy dwa trafił się większy. Kęsy bez niego jednak też się zdarzały, choć niewiele. W nich jednak dodatkowo, odnotowywałam kryształki. Nie udało mi się więc zrobić kęsa samej czystej czekolady.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo i tłusto. Była maślana i gęsta, wysoce mazista. Miękła i rozpływała się w średnim tempie, końcowo jednak łatwo, rzadko znikając jak tłuste mleko. Dość szybko jej bazową gładkość zaburzały kryształki, cukrowo-piaszczyste drobinki oraz kawałki "bekonu", jako że wyłaniały się z niej. Przyspieszały jej rozpuszczanie się, a same potrafiły cukrowo zastukać o zęby. Wolałam zostawiać je na koniec. Dodawały czekoladzie lekkiej wodnistości, jako że miały otoczkę, trochę szklista warstwę cukro-karmelu i soli. Sól płatki karmelizowanego syropu klinowego wystąpiły też osobno.
Na próbę jednak pogryzłam dodatki też wcześniej. Wtedy były twarde, mocno chrupiąco-trzeszczące w cukrowy sposób. Wtedy to cukrowa otoczka, nie suche wnętrze dodatku, skupiała na sobie uwagę.
Na koniec, po czekoladzie, zostawały dodatki, a więc głównie roślinny bekon, ale sporadycznie też kryształki soli i cukru.
Kawałki roślinnego bekonu gryzione na koniec wciąż były trochę twarde, w porywach cukrowe, ale bardziej chrupiące jak suche, twarde i kruche kawałki ni ciastek, ni chrupek zbożowych. W nielicznych odnotowałam jakby włóknistą miękkawość, mogącą kojarzyć się z delikatnym suszonym mięsem (jerky). Na niektórych cukrowa otoczka zostawała i dalej przypominała cukier, acz bardziej ciasteczko-cukier.

W smaku czekolada przywitała mnie splotem mleka i wysokiej słodyczy. Choć najpierw wydała mi się cukrowa, po chwili zaczęła przechodzić w troszeczkę karmelową.

Nie w każdym kęsie tak samo szybko i wyraźnie wchodziła wędzona nuta. Często jednak zaznaczała się zaraz po słodyczy i spokojnie pobrzmiewała sobie w tle. Czasem dłużej trwało jej wkroczenie, czasem dość mocno przecinała słodycz nutą dymu wędzarniczego, a czasem wędzonej papryki.

Raz po raz po paru chwilach odzywała się sól. Wystarczyło, że na chwilę się wychyliła i już podkreślała trochę zarówno wędzenie, jak i mleko. Pomyślałam o wiejskim mleku, wspartym masłem. Te zgrały się z solą bardzo harmonijnie, nakręcając się. Przez pewien czas czekolada była więc naprawdę mocno mleczna. Maślaność też miała spory udział, ale trzymała się z boku.
Nawet w kęsach bez kawałków "bekonu" czuć wędzenie.

Z czasem cukrowość została zabarwiona oraz odrobinką wanilii oraz nutką syropu klonowego i karmelu. Czuć je w całej tabliczce, acz to od kawałków "bekonu" i kryształków rozchodziło się najwięcej szlachetniejszego wątku syropu klonowego. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kawałki roślinnego bekonu przyciągały uwagę motywem delikatnego karmelizowania w syropie klonowym, co szło w trochę cukrową stronę, solą oraz kolejną falą wędzenia. Dym wędzarniczy czasem wychodził niemal na przód i przynosił skojarzenie ze skwarkami. Wędzona papryka też się przewijała, acz z różnym nasileniem.

Gdy z ciekawości gryzłam dodatek wcześniej, słodycz i słoność uderzała, a drobinki pod jakby wręcz cukrem, autentycznie kojarzyły się trochę z przesadnie wędzonym i posłodzonym bekonem jerky. Sama czekolada jawiła się wtedy jako mocno mleczna, ale też przesłodzona do przesady i drapiąca w gardle.

Wraz z otoczką dodatku czasem w pewnym momencie bliżej końca dość często na chwilę robiło się bardzo słono. A mieszanka soli i cukru / syropu potrafiła sporadycznie za drapać w gardle. Nie zawsze, bo i nie zawsze było mocno słono; czasem po prostu słono. W dodatku nie była to po prostu słoność, a słoność wędzona, a dzięki temu nie aż tak strasznie jawna, chamska, a tylko trochę przesadzona. Ciekawa.

W tle czekolada na pewien nie za długi czas debiutu "bekonu" jakby odpadła. Potem jednak, gdy otoczka z nibybekonu się w dużej mierze rozpuściła, wracała poprzez słodycz.

Słodycz po natarciu dodatku utrzymała charakter syropu klonowego, ale i cukrowość się w niej objawiała. Nie była mocno przesadzona, ale po prostu słodycz robiła się prostsza i trochę zbliżała się do poziomu przesady, drapiąc w gardle. Mleko zaś wyszło bardzo osłabione, acz maślaność się utrzymała na niezmienionym poziomie.

Gryzione na koniec kawałki dodatku przeważnie były już pozbawione cukrowo-słonej otoczki. Wtedy smakowały mieszanką kartonu, ciasteczek karmelowych i chrupek zbożowych z suchymi skwarkami tak wysmażonymi / wypieczonymi, że aż zapominającymi o mięsnym smaku. Nie udało im się udawać bekonu, czuć, że to nie bekon czy suszona wieprzowina (pork jerky).
Kilka razy została też jakby sama cukrowo-klonowa skorupka bez "bekonu"; jawiące się jako klonowo słodkie płatki. Parę razy z kolei został kryształek soli, oczywiście słony, ale wciąż w wędzonej otoczce. 

Po zjedzeniu został posmak wędzono-słony, z wędzoną papryką w to wpisaną. Czułam też wysoką słodycz cukru i klonową. Wszystko wpisane w znów znaczącą mleczność, maślaność. Ostał się motyw ciasteczkowo-zbożowo-kartonowy.

Czekolada mnie nie chwyciła, ale nie mogę powiedzieć, by była niesmaczna. Na pewno interesująca. Dobra, mocno mleczna baza dobrze wyszła z tymi dymno-wędzonkowymi nutami i solą. Choć wolałabym, by soli było mniej. Rozumiem jednak, że coś musiało napędzać skojarzenie z bekonem. Choć za słodka, nie chamsko cukrowa, a uszlachetniona syropem klonowym. Nutka wędzonej papryki była dziwna, ale też się wpasowała. Acz nie wiem, skąd się wzięła. A jednak nie podobał mi się tak wędzony smak przy w sumie nijakiej niebekonowej drobnicy. Początkowo nieźle udawała bekon, ale na koniec wychodziło na jaw, że nie ma z nim wiele wspólnego. To wszystko świetnie by pasowało z mięsnym dodatkiem, ale z czymś a'la chrupki zbożowe niekoniecznie. Mnie w dodatku nie pasowała jej konsystencja: wyszła według mnie za bardzo tym wszystkim najeżona, za dużo było w niej kryształków, a sam tak twardy, niebekonowy nibybekon po prostu mi się nie podobał. Wątpię, że posmakowałaby fanom bekonu, jednak tym, którzy lubią słone i ciekawe dodatki w czekoladach oraz lubią, jak im ciągle coś chrupie, jak najbardziej.

Muszę przyznać, że na tyle dziwna, że ciekawostkowo można się wciągnąć, ale nie w większej ilości. Przynajmniej nie w moim przypadku. Trochę w górach - spoko, część co została w domu do zweryfikowania, spoko, ale i tu, i tu po paru kostkach czułam się już przesłodzona i przesolona, więc jakieś 34 g oddałam, nie zmogłam.

Poczęstowany w górach kolega powiedział, że czuje "mleczną czekoladę z wędzoną papryką". Zdziwił się, gdy mu powiedziałam, że jest z roślinnym bekonem.

Mama, której przypadła moja resztka powiedziała zaś: "ja nie rozumiem, po co i dla kogo takie czekolady robić. Według mnie to by była dobra mleczna, gdyby nie ta wędzona sól i bekon. Wtedy byłaby zjadliwa. Spoza tego wydzierała bardzo przyzwoita czekolada. Te dodatki jednak ją zepsuły, w ogóle mi się nie podobały. Ale trzeba jej przyznać, że bekon, boczek, wędzonkę było czuć, to mnie zdziwiło. W sensie, że jakby to naprawdę był boczek w smaku. Ale to w trakcie jedzenia, nie gdy gryzłam te... chrupki. Spróbowałam trochę i mi wystarczy, reszty nie chcę".


ocena: 6/10
kupiłam: iHerb
cena: 20,66 zł (za 80g; promocja)
kaloryczność: 525 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko, kakao, lecytyna słonecznikowa, naturalna wanilia), cukier klonowy, roślinny bekon (teksturowane białko roślinne: mąka sojowa, barwnik karmelowy; olej sojowy, sól, naturalny aromat), wędzona sól morska, naturalny aromat klonowy (klon, olej rzepakowy)

niedziela, 9 marca 2025

Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka Mix Orzechowy ciemna 72 % z pistacjami, orzechami nerkowca i migdałami

Kocham Beskid. Obecnie to jedna z moich ulubionych marek czekolad, ale nie jestem bezkrytyczna. Zdarzały się tabliczki, które chwytały mnie mniej. Rozumiem jednak, że mogłam nie być docelowym odbiorcą. I jest to przyczynek do większego tematu czekolad z dodatkami. W góry zawsze takie biorę, z półki niższej niż jem na co dzień. Nie przypadkiem. Po prostu nie widzę sensu w kupowaniu drogich czekolad z dodatkami. Wydając na czekolady, płacę za dobre kakao i jego nuty. W czekoladach z dodatkami zaś to one ściągają najwięcej uwagi. I choć wiem, że dobór odpowiedniego ziarna do danego dodatku też wymaga umiejętności, to tak czy inaczej zawsze chciałabym i tak jak najbardziej wczuć się w bazę, by nic nie zakłócało mi jej odbioru. Stąd do plantacyjnych, z najwyższych półek z dodatkami, jestem sceptyczna. Nie są dla mnie. Beskid jednak pod dodatki ma nieco zwyklejsze bazy. To według mnie bardzo rozsądne posunięcie. Żałuję co prawda, że w przypadku dziś przedstawianej uzwyczajnieniu uległo też doslodzenie, bo cukier trzcinowy zastąpiono białym, ale no trudno. Chociaż... Może niezupełnie? Dalej w składzie tego, czym karmelizowano orzechy, znalazł się bowiem syrop klonowy. Dobrze, że nie dodano go do czekolady, bo obstawiałam, że jak i miód, mnie by w sobie nie rozkochał. A tak nie wiedziałam, czego się spodziewać. Jednak jako że to Beskid - i tak czegoś dobrego, stąd wybrałam tę tabliczkę na zwieńczenie trasy.
Najważniejszym punktem wycieczki była Mała Wysoka, na którą weszłam żółtym szlakiem z Polskiego Grzebienia. Ależ podobała mi się ta wspinaczka z całkiem niezłą ekspozycją! Weszłam prawie błyskawicznie, a choć nadciągały chmury, gdy znalazłam się na szczycie, trafiłam na lukę i zacne widoki. Nic, tylko obfotografować czekoladę! Potem czekało mnie już tylko zejście do Łysej Polany tą samą drogą.


Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka Mix Orzechowy to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z karmelizowanymi w syropie klonowym orzechami: pistacjami, orzechami nerkowca i migdałami.

Po otwarciu poczułam intensywny, soczysty zapach łączący wino i wiśnie. Charakteru nadała im odrobinka ziemi i palone echo. Słodycz stojąca za tym wszystkim wydała mi się prosta, nienachalna. Dodatki ujawniły się tylko, gdy wąchałam spod. Orzechy czuć bardzo delikatnie, lecz naturalnie słodkawe nerkowce, a po nich pistacje były do nazwania. Migdałów trzeba się doszukiwać, ale i one się zaznaczały. Gdy weryfikowałam odczucia w domu, wydaje mi się, że faktycznie gdzieś i namiastka syropu klonowego mogła przemknąć.

Tabliczka wyglądała tak sobie - pojedyncze, przylepione orzechy nie robiły wrażenia. Była twarda i przy łamaniu trzaskała głośno, a ja bałam się, że dodatki zaraz odskoczą. Duże migdały i nerkowce trzymały  się jednak nieźle, bo były mocno wlepione w czekoladę. Pistacje zaś z łatwością odskakiwały. Dodatki a to się łamały wraz z czekoladą, a to zostawały w którejś z części. Niektóre nerkowce lekko lśniły, ale ogólnie orzechy nie wyglądały na karmelizowane.
W ustach czekolada rozpływała się wolno i maziście. Była tłusta w maślany sposób, zbita i z czasem soczysta. Dość szybko w przypadku niektórych orzechów rozpuszczała się od nich cieniuteńka, niemal nie do zauważenia warstewka. Miałam wrażenie, jakby odrobinką wodnistego czegoś napędzelkowano dodatki. Nie była to skorupka ani nic z tych rzeczy.
Orzechy raz szybciej, raz wolniej z łatwością odpadały, a ja zostawiałam je - turlające się po ustach - na koniec.
Gryzione po zniknięciu czekolady dodatki zaskoczyły mnie miękkością zupełnie niepodobna do struktury typowo karmelizowanych orzechów. Nawet migdały chyliły się ku miękkości, choć wciąż były najtwardsze. Nerkowce i pistacje zaś bardzo miękkie. Gryząc, nie czuć, by pokrywał je karmel.

W smaku przywitała mnie średnio mocno palona nuta, roznosząca gorzkość. Tuż za nią pojawiła się słodycz.

Niemal natychmiast zabarwił ją delikatny motyw czerwonego wina, wprowadzający soczystość. Zza niego do gorzkości dołączyła odrobinka ziemi.

Słodycz rosła odważnie. Ogólnie przez kontrast do soczystości wydała mi się jaskrawo prosta, wręcz duszna.

W przypadku kęsów z orzechami w pewnej chwili pojawiał się mglisty, dziwny akcent. Raz czy drugi wydał mi się przypalono goryczkowaty, ale jednocześnie słodki. Dosłownie ze dwa razy przy nerkowcach wychyliło się słonawe echo.
Oprócz tego, od niegryzionych orzechów rozchodził się subtelny ich posmak. Najwyraźniej dawały o sobie znać nerkowce, potem pistacje, a na końcu migdały. Ogólnie jednak nie był to silny motyw.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poprzez gorzkość - czasem chyba też ten dziwny posmak się do tego dołożył - wkroczył dym. Paloność jednak trzymała się średniego poziomu.

Soczystość przybrała postać wiśni i czerwonych porzeczek. Chyba tylko czerwonych? Echo wina jakby wsiąkło w ziemię, a i ona złagodniała. Do czerwonych owoców podkradły się jakieś czerwone cytrusy. Mało grejpfrutowy grejpfrut? Albo czerwona pomarańcza?
W kęsach z orzechami nuta cytrusów schodziła na o wiele dalszy plan.

Słodycz za to uparcie trwała przy dusznym wydźwięku, końcowo przygłuszając cytrusowy akord.

Orzechy gryzione obok czekolady nie robiły wrażenia, bo czekolada miała sporo do powiedzenia. Jednak ona przy nich wydawała się trochę uproszczona (by nie powiedzieć: spłycona). W niektórych orzechach zaś umacniał się dziwny posmak.

Orzechy gryzione na koniec smakowały wyraźniej. Najbardziej intensywnie, najbardziej sobą migdały. Miały neutralny charakter. Założyłabym się, że ich nie karmelizowano ani nie prażono.
Nerkowce też wyszły charakterystycznie słodkawo-maślano, ale przy nich czuć już pewien słodkawo-jakiś posmak - na końcu prawie nie, ale zdarzyło się, że coś mignęło.
Pistacji, acz tylko niektórych, zaś najbardziej trzymało się niedookreślone, trochę odpychające echo. I jakoś soczystość przy nich wyraźniej pobrzmiewała? Czuć ich słodycz, ale też lekką wytrawność nakręconą skorkami.
Orzechy jakoś nieszczególnie łączyły mi się z bazą.

Po zjedzeniu został posmak przede wszystkim danego orzecha, czyli np. nerkowca, migdała czy pistacji, a także soczystej za sprawą czerwonych owoców czekolady. Jej gorzkość przycichła, słodycz tylko trochę osłabła, ale końcowo już dopasowała do kompozycji.

Czekolada podpadła mi tymi orzechami. Niezbyt pasowały; ta otoczka, której prawie nie było niczego dobrego nie wniosła. Było jej za mało, by czuć syrop klonowy czy w ogóle karmelizowanie, a jednocześnie na tyle sporo, by wniosła dziwny posmak. Orzechy niezbyt pasowały do bazy - bardziej smakowała mi bez nich. Zestawienie orzechów zacne, ale co z tego, jak nawet gdyby były dobre, to z nimi wiąże się kolejna wada: znikoma ilość i forma (niektóre za łatwo odpadały). Nie była to integralna kompozycja, a smaczna czekolada z dodatkami jakby dodanymi od niechcenia, bez zgrania.


ocena: 7/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 22 zł (za 80 g; ja dostałam)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier, karmelizowane orzechy 10% (pistacje, orzechy nerkowca, migdały, syrop klonowy: naturalny syrop klonowy, cukier trzcinowy; sól), tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

piątek, 9 lutego 2024

Zotter Whisky + Caramel + Pecan ciemna 70 % z karmelowym kremem z whisky oraz nugatem z orzechów pekan z pekanami karmelizowanymi w syropie klonowym

Po dwóch ryzykownych tabliczkach postanowiłam sięgnąć po nadziewanego Zottera, który autentycznie miał duże szanse mi posmakować. Dla nieciastowej mnie, inspiracja amerykańskim ciastem pekanowym "pekan pie" (którego nigdy nie jadłam), brzmiała całkiem nieźle. Z tego, co wyczytałam, dodano do niej whisky od David Gölles, zajmującego się głównie winem austriackiego producenta alkoholu. Dopiero w dniu degustacji przypomniało mi się, że jadłam dość podobną czekoladę Zottera, acz z dodatkiem bardziej kontrowersyjnym niż karmelizowane pekany: Zotter Whisky & Bacon. Bo to, że Scotch Whisky "Highland Harvest" po prostu zwyczajnie mi smakowała, pamiętałam. Obstawiałam, że z tą może być podobnie.


Zotter Whisky + Caramel + Pecan to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana (30%) karmelowym kremem (na bazie czekolady białej karmelowej) ze styryjską whisky od David Gölles oraz (30%) praliną / nugatem z orzechów pekan z pekanami karmelizowanymi w syropie klonowym.

Po otwarciu poczułam mocny, acz szlachetny alkohol, a dopiero za nim palono-gorzką i karmelowo słodką ciemną czekoladę o nieco piernikowych zapędach. Zwłaszcza gdy wąchałam wierzch, słodycz karmelu zdawała się bardzo istotna. Alkohol sugerował obecność warstwy "cukrowego szkiełka", sprawiał wrażenie niemal czystego... Ogół wydawał się też ciepły od sporej ilości dobrego, acz niedookreślonego alkoholu. Spód wydawał się raczej bardziej ogólnie orzechowy i rozmyty także w kwestii słodyczy. Po przełamaniu za to wyklarowała się karmelowo słodka whisky i nasiliła karmelowa słodycz ogólna. Pojawiła się też maślaność. W orzechowości pekanów może i można się doszukać, ale mogła to być jedynie autosugestia.

Tabliczka wydawała się twarda i masywna już w dotyku. Łamanie tylko to potwierdziło. Bardzo gruba czekolada cicho trzasnęła. Także nugat - wyglądający na suchy - popisał się konkretnością. Jedynie karmelowy krem jawił się jako bardziej plastyczny i mazisty (lecz nie do tego stopnia, by czekolada się w niego wgniatała).
W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo. Była maślano-tłusta, nieco mazista i w harmonii mieszająca się z nadzieniami.
Szybciej wyciskało się spod niej karmelowe, by rozpuszczać się już równo z nugatem i zostawać dłużej od niego. Krem karmelowy był miękki i tłusty w mleczno-maślany sposób. Miał w sobie nieco kremowo czekoladowy element, acz chwilami wydawał się lekko gumiasty. Mimo że gładki, końcowo zdradzał lekką pylistość.
Pekanowy nugat okazał się pudrowo-pylisty i tłusty w maślany, trochę jakby gumkowo-zbity sposób. Był konkretny, ale rozpływał się łatwo i dość szybko, pod koniec wodniście.
Z nugatu wyłaniało się sporo różnej wielkości kawałków orzechów. Na język wylegały w większości jakby pokryte cukrem kawałki, kawałeczki i dosłownie drobinki (tych chyba było najwięcej) oraz parę sporych kawałków.
Orzechy okazały się miękkie i delikatne. Gryzione dłużej niektóre zdradzały tłustość, trzeszcząc wręcz wiórkowo.

W smaku czekolada była gorzko-palona i subtelnie słodka w palono-karmelowy sposób, a do tego jakby wzmocniona słodkim, mocnym alkoholem (musiała przesiąknąć wnętrzem). Sama w sobie wydała mi się nieco orzechowa, a jej gorzkość w obliczu słodkich nadzień z czasem zahaczała lekko o dym i kawę.

Delikatna orzechowość, najpierw jednak niedookreślona, szybko zapowiedziała swoją obecność, jakby podpinając się smakiem pod czekoladę, lecz nagle szybko to alkohol przyciągnął uwagę. Nadzienia jednak smakowo rozchodziły się mniej więcej równo.

Nadzienie karmelowo-alkoholowe okazało się dynamiczniejsze. Uderzyło słodkim, mocnym alkoholem, który po chwili przedstawił się jako whisky o nieco karmelowym charakterze. Wtapiał się w maślaność i śmietankę, jakie roztaczała ta część, dopowiadając toffi i karmel maślany. Za jego sprawą bardzo rosła też słodycz, chwilami zahaczająca o krówkową. Czekolada z wierzchu próbowała ją nieco poskromić. W pewnej chwili jednak to i tak whisky zdominowała wszystko. Rozgrzała język i usta, sama zaś zdradziła jakby lekką cukrowość. Potem trochę się uspokoiła i... podkreśliła charakter oraz szlachetność nugatu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do słodyczy sporo dołożył jeszcze nugat. Przedzierał sobie drogę jakby czystą, acz rześką słodyczą.
Zwłaszcza spróbowany osobno wydał mi się przesłodzony i wręcz pudrowo-cukierkowy, choć z czasem rzeczywiście i syrop klonowy się w nim ujawnił. Wydawał się płynąć z całej warstwy, a nie tylko od kawałków orzechów. Co ciekawe, to właśnie chyba whisky z drugiej warstwy nieco podkreśliła sam smak syropu.
Orzechy mieszały się z maślaną nutą bardzo spójnie, ale też czuć, że to pekany. Same w sobie były jakby maślane, jak słodko-tłustsza i znacznie łagodniejsza mieszanka orzechów włoskich i laskowych. Może subtelnie podkreślone cynamonem? Zapewnił ciepło, podkręcając się wzajemnie z rozgrzewającym aspektem whisky.

Z czasem słodycz wzrosła ryzykownie, alkoholowość nieco osłabła i rozmyła się jej jednoznaczność (szlachetność na szczęście pozostała), a nugat mieszając się z karmelową warstwą, wydobył z kompozycji biało czekoladową nutę. Wtedy z nugatu wylegać na język zaczęło sporo kawałków orzechów. Zapewniały słodkie pstryczki. Niektóre ewidentnie syropu klonowego, innej bardziej po prostu słodkie, może z echem karmelizowania. Czekolada z czasem kontrastowo wyszła jeszcze bardziej palono-gorzka, ale mocny alkohol akurat jej odebrał głębię.

Orzechy gryzłam głównie na koniec, w trakcie rozpływania się kęsa zdarzało mi się je jedynie lekko raz po raz podgryzać. Niektóre do końca okrywała nuta syropu klonowego, który czasem jawił się po prostu czysto słodko, a czasem wyraźnie jako on sam. Pod nim orzechy zachowały swój własny, delikatnie słodkawo-maślany smak. Nie były jednak jakoś szczególnie intensywne, jako że cały czas pobrzmiewało echo alkoholowości.

Po zjedzeniu został posmak słodkiej, mocnej whisky (znów jednoznacznej), cierpkawo gorzkiej, dymnej czekolady oraz przesłodzenie od kumulacji maślanego karmelu, syropu klonowego i echa białej czekolady. Czułam też specyficzny efekt jakby takiej śliskości syropu klonowego na języku. Mieszało się to z mocnym, acz także bardzo słodkim alkoholem, ewidentnie whisky. Orzechowość czuć bardzo dobrze, alkohol jej nie zagłuszył. W posmaku okazała się niewiarygodnie jednoznacznie pekanowa.

Czekolada była smaczna, ale bez szału. Ciemna czekolada nie poradziła sobie z przesadzoną słodyczą. Maślany karmel, wręcz toffi, whisky o karmelowych nutach, biała czekolada i syrop klonowy - po prostu za dużo tu tego wszystkiego. Alkoholowo-karmelowy krem nie był mocno karmelowy, raczej maślano-krówkowy i trochę jak wyidealizowane nadzienie Pawełka, słodki, ale bardzo dobry. Nugat jednak nazbyt łagodny, a mocny od alkoholu, co już nie chwyciło. Pekanowy krem był za delikatny, nieco stłamszony. Syrop klonowy chwilami też się zatracał, a słodyczy dokładał cały czas. Wydaje mi się, że aby pokazać charakter pekanów i syropu klonowego przydałoby się pozwolić działać im, bez tak złożonej otoczki. Kompozycja to więc w porządku, niby przejrzysta, ale i tak z czasem nieco męcząca przeładowaniem. Niby z pomysłem i potencjałem, ale coś jakby nie do końca wyszło... Co oczywiście nie sprawia, że to zła czekolada! Zjadłam nawet ze smakiem, ale wiem, że bym nie kupiła (a już na pewno nie kupiłabym, gdybym znała efekt).


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, orzechy pekan 14%, tłuszcz kakaowy, karmelizowane mleko w proszku 5% (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), whisky, masło, mleko, syrop skrobiowy, syrop cukru inwertowanego, pełne mleko w proszku, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), pełny cukier trzcinowy, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, sól, słodka serwatka w proszku, sproszkowana wanilia, cynamon, chili "Bird's eye"

środa, 21 grudnia 2022

(Słodki Przystanek) Beskid Funky Fluid Darkmilk Chocolate 60 % Indonesia Sumba Maple Syrup Vanilla Coconut ciemna mleczna z Sumby (Indonezji) z syropem klonowym, kokosem i wanilią

Choć obecnie ani mleczne, ani nawet ciemne z dodatkami, czekolady mnie nie interesują... Indonezja jako region kakao w połączeniu z twórczością marki Beskid, potrafi sprawić, że jednak uwagę na tę tabliczkę zwróciłam. To owoc współpracy z browarem Funky Fluid, na którego to trzecie urodziny czekoladnicy przygotowali tabliczkę z dodatkami, które były dodane do piwa, do którego z kolei ona była dodawana jako urodzinowy dodatek.
Poza tym, naszła mnie ochota na czekoladę z kokosem. Aczkolwiek, to kolejna wyspa (były Jawa i Bali), z której Beskid zrobił czekoladę i... cóż, przede wszystkim marzyła mi się ciemna z tej właśnie (wyspy Sumba), ale trudno. Ta musiała wystarczyć.

Beskid Chocolate Funky Fluid Darkmilk Chocolate 60% Indonesia Sumba Maple Syrup Vanilla Coconut to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao z wyspy Sumba (Indonezja) z syropem klonowym, wanilią i prażonym kokosem, inspirowana piwem Funky Fluid.
Czas konszowania to 72 godziny.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim naturalne, pełne mleko i ogrom słodyczy, na którą złożył się palony karmel, syrop klonowy, wanilia i miód. Nadały mleku charakteru niemal słodziusiego, kojarzącego się z mleczkiem z tubki, skondensowanym etc. Może karmelowo-kajmakowym i otulającym orzechy? Orzechowość również czułam, kokosa niespecjalnie.

Tabliczka była masywna, acz już w dotyku kremowa. W dodatku jakby sugerowała, że w ustach może być lepka od wszystkich tych słodzideł. Choć twarda, nie trzaskała za głośno. Okazała się krucha. To pewnie za sprawą dodatku zmielonych wiórków kokosowych, które przebijały się na spodzie.
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, trochę podtrzymując masywność. Kojarzyła mi się z pełnym, zagęszczonym mlekiem, mlekiem skondensowanym. Wyszła kremowo i niemal śliskawo-tłusto, gładko. Mimo tłustości, nie była zbyt gęsta, bo istotny okazał się w niej wodnisty element. Rozrzedzał ją od wewnątrz. To pewnie syrop klonowy, bo odebrałam to jako "dodatek lepkawej wody". Wypełniał ją dodatek chrupkawo-skrzypiącego kokosa w postaci przemielonych wiórków. Odciągał uwagę od tłustości, a na koniec zostawał jako dodatek do przegryzienia, który nie memłał się. Dodano go średnią ilość, nie za dużo. Szybko znikał.

W smaku pierwsza ruszyła słodycz syropu klonowego i wanilii. Zapowiedziały szlachetną kompozycję, a także wysoką słodycz.

Błyskawicznie podpłynęło pod nie naturalne, jakby prosto ze wsi, mleko.

W ciągu kolejnych sekund rozeszła się także gorzkość. Subtelna i również szlachetna, ale wyraźna. Pomyślałam o pieczonych orzechach i niemal "orzechowawym" kokosie; orzechu kokosowym.

Wtedy usta już zupełnie zalało mi mleko. Mleko naturalne i wyraziste, jakby prosto od krowy. Tłuste, naturalnie słodkawe i ocierające się o śmietankę. Wymieszało się na dobre z wanilią i syropem klonowym. 

Pomyślałam o skondensowanym mleku waniliowym, kajmaku... Palono-pieczona nutka i klon zaobfitowały w mnóstwo karmelu, jakby... karmelu zrobionego z miodu? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz skumulowała się tak, że mnie wydała się za wysoka i aż zadrapała w gardle.

Palone nutki ze słodyczy nieco się wymknęły. Mleko zaś wymieszało się z kokosem i miodem. Kompozycja zrobiła się częściowo kokosowo-mleczna jak mleczko kokosowe, a częściowo trzymała się konwencjonalnego, naturalnego mleka, posłodzonego miodem. Przeniosło mnie w wyobraźni na wieś. To też śmietanka oraz mleczność otulająca bardziej orzechowe nuty. Raz po raz, pod wpływem cierpkawego kakao, schyliło się w kierunku jakiegoś "innego mleka" (właśnie lekko cierpkawego koziego?). 

Kokos w samej czekoladzie podkreślał palono-gorzkawy, orzechowy motyw. Wyłaniający się podkreślił prażony aspekt i nieco przełamywał słodycz. Ujawnił się też lekko złudnie przypalony wątek syropu klonowego. Zaplątała się tam odrobinka drewna (wyobraziłam sobie złotą żywicę spływającą po drewnie jak miód, syrop klonowy etc.) i drewno owocowe (gdzieś w tle pojawiła się niemal nieuchwytna soczystość). Pod koniec zrobiło się poważniej.

Do tego wiórki pozostałe na koniec nieco złamały słodycz. Choć były delikatne, to ewidentnie je czuć. Podkreśliły prażono-palone nuty.

Posmak jednak i tak należał do "zasładzaczy", a więc głównie drapiącego miodu, palonego syropu klonowego, podrasowanego karmelem i wanilią. Wyszło to aż ciężko, ale... wszystko to było skąpane w mleku. Naturalnym, wiejskim, świeżutkim. I z nutką podprażonych wiórków kokosowych, które wpisały się w otoczenie. Czułam też lekko cierpkawe ciepło... jakby cynamonu cejlońskiego i kakao? 

Całość wyszła zacnie i ciekawie, bo to niecodziennie szlachetny mleczno-kokosowy zasładzacz. Jednocześnie... tyle tu było tej słodyczy i mleka, że efekt nie w moim stylu. Rozumiem jednak, że osoby lubiące wysoką słodycz, ale nie czysty cukier mogą być zachwycone. Mnie za mało tu gorzkości i charakteru w sensie kakao. Wydaje mi się jednak, że wszelkie te słodzidła akurat indonezyjską nutę miodu może i podkreśliły. Kokos stanowił tu rzeczywiście dodatek, bo nie było go za wiele, choć nie zagubił się.

Aż przypomniała mi się miodowo-śmietankowa, z lekko przypalonym wątkiem (acz w przypadku podlinkowanej był to "przypalony mak") Ruket Chocolate Indonesia Sumba 77 %. Wydaje mi się, że czuć nuty regionu, że poniekąd słodkie dodatki je podkreśliły, ale z drugiej strony... były tak intensywne, że w moim odczuciu kompozycja wyszła o wiele za słodko. Już przy drugiej kostce zaczęła mnie tym trochę męczyć, a po 1/3 tabliczki podziękowałam, bo było mi tak słodko i drapało w gardle, że dalej przyjemności już bym z jedzenia nie czuła.


ocena: 7/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 19,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao 60%, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, cukier trzcinowy nierafinowany, kokos, syrop klonowy, wanilia

poniedziałek, 27 grudnia 2021

Zotter Squaring the Circle Cashew with Maple Sugar "mleczna" wegańska 50 % nerkowcowa z cukrem klonowym

Zottery jakoś coraz częściej mnie rozczarowują, a szkoda. Nowa linia, Kwadratura Koła, utwierdziła mnie w przekonaniu, że "inne cukry" jakoś mi do kakao nie pasują. Jestem trzcinowocukrową konserwą - ten cukier sprawdza się najlepiej. A jak producent nie przesadzi, to i biały dopuszczam. Zamienniki zbytnio się narzucają. Squaring the Circle 70% Dark Choc with Maple Sugar była dla mnie zdecydowanie za słodka, więc po tę bym nie sięgnęła, gdyby nie... nerkowce. I tak najpierw myślałam o niej jak o Menakao Cashew & Sea Salt 63% - że z nerkowcami, ale jak? Nie, nie wiem, co sobie myślałam. Myślałam o "ciemnej nerkowcowej", ale dopiero klikając "nowy post" tknęło mnie, że to pewnie będzie raczej alternatywa dla mlecznych. Że wegańska? Orzechowa "mleczna"? I aż się zaśmiałam, że bez tej wiedzy zaplanowałam ją w tym samym tygodniu co Menakao Coconut Milk & Vanilla Milk Chocolate.

Zotter Squaring the Circle / Quadratur des Kreises Cashew with Maple Sugar Vegan to wegańska "mleczna" nerkowcowa czekolada o zawartości 50 % kakao, słodzona cukrem klonowym (stanowi on 20 % tabliczki; jest bez cukru białego); mleko zastąpiono w niej miazgą z orzechów nerkowca.

Po otwarciu poczułam zapach poprzypalanych, karmelizowanych orzechów (pierwszą myślą były pekany) i ciastek (również wypieczonych ryzykownie mocno). Po chwili przypalenie podkradło się pod nutę smażenia, ciastka zaś zdecydowały się na ciepło-goryczkowatą słodycz ciastek melasowych. Od melasy zaś rozeszły się drzewa, a po nich dosłownie runął na mnie słodki syrop klonowy. Miało to lekko roślinny aspekt, który skojarzył mi się z chłodem ziemi. Następnie zaprosił maślaność. Zwłaszcza w trakcie degustacji czułam maślany nugat z orzechów nerkowca, które wyłoniły się dopiero z czasem. Chwilami może bardziej jako krem ze zmielonych orzechów po prostu?

Przy łamaniu tabliczka chrupko trzaskała, sprawiała wrażenie gładko porcelanowej, mimo że też krucha. Na dotyk niby pylista, na pewno nie tłusta, specyficzna. Gdy odgryzałam kawałek, wydała mi się krucho-miękka. 
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, nawet dość wolno, acz z ochotą. Trochę miękła, przypominając w tym kawałek gładkiego masła... które z czasem ocieplało się, nieco rzednąc i mięknąc, a w końcu upuszczała wodnistość. Była więc zbito-tłusta początkowo, lekko śliskawa i znikająca dość wodniście. Miała miękkawe, tłusto-miękkawe wykończenie. Wydała mi się ciężka (maślano-nugatowo ciężka?), sugestywnie "sprężysta" i całościowo niezbyt przyjemna.

W smaku jako pierwsza zaskoczyła mnie bardzo niska słodycz szlachetnego, maślanego nugatu. Prędko zaznaczyły się w nim nerkowce. Pozornie słaba słodycz zaczęła rosnąć, wyprowadzając mnie z błędu.

Już po chwili poczułam gorzkość. Gorzkość orzechów niejednoznacznych. Pomyślałam o miksie z dużym udziałem orzechów pekan, ale na pewno też z nerkowcami, które okrył goryczkowaty dym. Uciekały od niego między drzewa. Zrobiło się roślinnie, a palono-prażone nuty, jakie wiązały się z dymem dopadły je. Mieszanka orzechów wydała mi się mocno podprażona i rozgoniona między wyraziste, masywne drzewa, las.

Słodycz robiła jakby intensywne wyskoki, małe przesmyki... Te wydawały się zacukrzać. Chwilami migająca jak błędne ogniki słodycz przypominała tę białego cukru, drapiąc w gardle. Ogólna słodycz mocno wzrosła, a drzewa podszepnęły jej słodzikowy ton, jednak prędko wróciła na normalny tor(cukrowy... ale może trochę przypalony?). Wyszła chłodno, jak i ten las... Pomyślałam o ziemi. W smaku słodyczy zaplątała się jakby woda, przez co był to las po deszczu. 

Myśli odleciały też ku chłodnemu, maślanemu nugatowi. Chłodnemu masłu? Nerkowce zmobilizowały się i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyszły na pierwszy plan. Były to orzechy świeże surowe, choć... część z nich uległa prażeniu. Większość jednak była... czysto nerkowcowa. Trochę chyliła się ku nugatowi poprzez słodycz, która ani myślała się zatrzymać w nasilaniu się. Po debiucie, nerkowce wciąż miały się nieźle, jednak część maślaności od nich ruszyła ku drzewom.

Oto roślinność i maślaność przeobraziły się w porządnie wypieczone melasowo-maślane ciastka. Syrop klonowy wyniósł się ponad to, wychodząc prawie na pierwszy plan. Czułam klon jak nic! Zarówno jako zasładzający, słodki syrop, który kojarzy mi się z mocno karmelizowanym miodem, jak i drzewa. Drzew tu było dość sporo - cierpkość podporządkowała się syropowi klonowego. Słodycz była drapiąca, przesadzona, a jednocześnie jakby z nutą wody (a może ona potęgowała jej odbiór?). Syrop zasładzał, a jednocześnie muskał goryczką. Jego palona... chwilami aż przypalona nuta przypominała raz po raz o ciastkach. W pewnym momencie pomyślałam o smażonych w maśle pączkach... A zaraz zrobiło się bardziej ciastkowo-mącznie. Do głowy przyszły mi twarde, karmelowo-melasowe ciastka z niemal krakersowo-wypieczonym wykończeniem i nutką soli. Delikatność nerkowców po pewnym czasie jednak znów przemodelowała je na jasne mleczne ciastkach (wyobrażeniem o takowych; co było jedynym skojarzeniem z mlekiem jakimkolwiek w tej tabliczce). Słodycz brylowała jako jakiś wegański sernik - nernik (jadłam taki w krakowskim Legal Cakes), albo właśnie maślano-melasowy nugat z nich.

Podsmażenie i niejednoznaczne orzechy chyba podkreśliła odrobinka soli (uwierzyłabym, że tylko jej iluzja). Z czasem ten duet odciągała uwagę od nerkowców, acz na szczęście zaskoczył bardziej na paloność... Drzewa i las wróciły. Lekka goryczka zasnuła, co delikatniejsze dymem. Tu pomyślałam o goryczkowatych ziarnach kawy z pewną... oleistością.

Bliżej końca, gdy słodycz splotu syropu klonowego i jakby czystego cukru z akcentem olejo-wody aż drapała w gardle, dziwaczne ziarna kawy mieszały się z tłuszczowością i lasem, ziemią. Nieśmiałe kakao spróbowało swych sił, ale tonęło w słodyczy. Ochłodziło się, acz w bardzo, bardzo słodki, wręcz przenikliwy sposób.

Po zjedzeniu czułam straszne przesłodzenie, motyw masła jako mocno maślanych ciastek / wypieków i podsmażoną nutę, ale na szczęście też (jakby niezależnie od pierwszych) nerkowcowy posmak. Nie utrzymywał się zbyt długo. Natomiast - to dziwne! - zostawało także specyficzne "gładko-ślisko-gumiaste wykończenie" (tak nazywam efekt, jaki pozostawia syrop klonowy). Ono było już dość długotrwałe.

W zasadzie już pierwsza kostka (acz przy drugim kęsie, bo nie biorę całej kostki do ust) mnie zasłodziła... choć nie w sposób uniemożliwiający dalsze jedzenie. Jednak i tak nie umiałam się z niej w pełni cieszyć. Mówiłam sobie, że ciekawa, że nerkowce... mimo szczerych chęci ostatnich 4 kostek po prostu nie zmogłam przez słodycz (i strukturę?). Oddałam Mamie (a nie chciałam tego robić, bo jednak 50 % dla niej to za dużo). Zjadła, bo zjadła stwierdzając: "no, dla mnie może być. Słodka była faktycznie. Przyjemnie w niej tak wyraźnie czułam maślany karmel, aż toffi jakby... A ona czym słodzona, syropem klonowym? No... Tam w smaku tej słodyczy za dużo było różnych wątków, by to wszystko połapać. Gorzka raczej nie była, nerkowców nie czułam - rzeczywiście przede wszystkim słodycz i jej smak czuć. Ale to mi nie przeszkadzało jak tobie. Przeszkadzał mi ten jej maślany poślizg."

Dziwna to czekolada. Chwila, w której tak wyraźnie czułam nerkowce na pierwszym planie była cudowna. Epizody, gdy czuć smak syropu klonowego też były... częściowo miłe. Coś chwilami jednak było nie tak - jakby dodano kiepski syrop klonowy czy coś, bo podchodził pod smażenie itd. Palono-przypalone nuty też za bardzo przez to odbiły w ciastkowym kierunku. Dziwne wrażenie przenikliwości chłodu i słodyczy, cała ta maślaność i maślano-wodnista struktura (chociaż... smak też miał coś z wody) przeszkadzały mi, że aż nie umiałam się cieszyć z tego, co dobre. Wydaje mi się, że kakao miało marginalny wkład w kompozycję, a szkoda. Słodycz... była okrutnie wysoka, aczkolwiek to cecha charakterystyczna dla syropu klonowego... I wyszła wyjątkowo dziwnie. To nie było zwykłe zasłodzenie (np. bez przyspieszonego bicia serca, gęstnienia śliny), ale... takie dziwne, dojmujące. Poniekąd typowe dla syropu klonowego. Z tym, że ja mam wątpliwości, po co aż tyle go do łagodnej czekolady dawać?

To coś zupełnie innego od słodko-nugatowej, nerkowcowej i harmonijnej w swej uroczej słodyczy Zotter Cashew Nougat with Flowers. To chyba po prostu wege "mleczna" wersja Squaring the Circle 70% Dark Choc with Maple Sugar. Czuć nerkowce, ale mimo wszystko to nie one są gwiazdą wieczoru. Tu jest nią syrop klonowy, zbyt nachalnie się im narzucający. Jednocześnie, gorzkawość, cierpkość sprawiają, że nie było tragedii. Smak ciekawy, mimo że przez nuty smażenia, masła i wodę nie mój. Problem mam jednak z wysokością słodyczy - porażała mnie chwilami. A mimo to nie była chamska, ordynarna. Miła jednak też nie. Strukturą tabliczka też mnie nie przekonała - wydaje mi się, że syrop klonowy staje na drodze dobremu, gęsto-kremowemu rozpływaniu się, chyląc się ku wodzie, co w połączeniu z nerkowcową sprężystością było dziwne. Jednak jak na wege rozpuszczała się bardzo łatwo-miękko, kremowo. Dla mnie jednak zbyt maślanie. Z łączeniem tak wielu elementów ryzykownych byłabym więc ostrożna i mam mieszane uczucia, czy nie lepiej by pozmieniać proporcje. I choć ze składu wynika, że jest w niej mniej syropu niż w ciemnej 70 %, to jednak... tu był bardziej nachalny, bo miał delikatniejsze tło: miazgę, tłuszcz kakaowy i właśnie delikatne nerkowce, a nie samo kakao. Gdyby wyraźniej było czuć nerkowce, dałabym 7.


ocena: 6/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 602 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: syrop klonowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy nerkowca 22%, sól

czwartek, 19 sierpnia 2021

Zotter Granola + Fruit ciemna 70 % z kokosowym ryżowym nugatem z owocami: rodzynkami, berberysem, marakują oraz płatkami ryżowymi i nerkowcami

Nigdy nie lubiłam crunchy czy granoli. Pewnie znaku "=" między nimi postawić nie można, a i rodzaje na pewno są różne, ale to i tak nie moja bajka. Kiedyś nawet próbowałam (jeszcze w gimnazjum, z Kauflandu), ale no nie. Płatki tego typu czy Choco Flakes (dawniej FlicFloc) Zottera też zupełnie mnie nie interesują. Czekolady z takowymi też mnie nie ciekawią. Nadziewane Zottery jednak są na tyle dziwne, że czasem działa element "ciekawostkowy", że się skuszę. A czasami sam fakt, że czekoladę dostanę za darmo. W tym przypadku - ot, wpadła mi i niczego od niej nie oczekiwałam. Nawet to, że granola Zottera została posłodzona tylko cukrem klonowym nie zrobiło na mnie wrażenia.
Swoją drogą obstawiam, że do czekolady dodali te płatki: Zotter Choco Flakes. To produkt z pomysłu Julii Zotter, tak jak chyba i cała ta czekolada.


Zotter Granola + Fruit to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana (40%) kokosowym nugatem / praliną (na bazie napoju ryżowego, orzechów nerkowca, kokosa i jego wiórków oraz cukru kokosowego) i (5%) owocami: rodzynkami, berberysem, marakują oraz płatkami ryżowymi w czekoladzie-polewie (białej kokosowej, leśnoowocowej); słodzona tylko cukrem klonowym, daktylowym, miodem i wanilią; przy czym nadzienie stanowi 60 % całości; wegańska.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam mocno palony, gorzki zapach drzew, drewna, ewidentnie związany ze słodyczą syropu klonowego. Uderzyło skojarzenie z melasowymi ciastkami z nieco orzechowo-wegańskim, roślinnym podszyciem. Czekolada wydała mi się wysoce gorzka w zapachu i naturalnie orzechowa, z wyraźnymi przebłyskami oleju kokosowego. Po przełamaniu z kolei wydała mi  się nieco roślinnie mdława, wciąż gorzkawo-melasowa, palona i klonowa, ale już słodsza w sposób czysto słodki (a jednak miodowo-waniliowy? tylko tak przemieszany, że aż mdły). Owoce itp. kryły się umiejętnie.

Tabliczka łamała się z trzaskiem i wydawała się dość konkretna, twarda i niemal krucha, tak całościowo. Zarówno gruba warstwa czekolady, jak i zbite nadzienie, które wypełnione było małymi i średnimi kawałkami rozmaitych dodatków i sporą ilością kuleczek chia. Trafiłam tylko na dwie rodzynki, a sporo kiepskiego berberysu i drobnych płatków wyglądających jak białe, cienka że aż przezroczyste corn flaksy w cieniutkiej polewie pudroworóżowej. Z tego, co od Mamy wyciągnęłam, proporcje dodatków jakoś tak wyglądały i u niej. Mnie trafiły się ponadto spore kawałki orzechów.

W ustach czekolada rozpływała się bardzo powoli i gładko-kremowo. Była dość tłusta i bardzo gęsta, aż oporna. Chwilami udawała jakby lepko-zawilgoconą masę.
Nadzienie okazało się niemal równie gęste, zwarte. Odznaczało się zbitością, ale mimo że kruchość sugerowała suchość, daleko mu do niej. Było twarde, ale jak zimne margaryno-masło i właśnie jak coś takiego się rozpływało. Wydawało się też dodatkowo nasączone olejem i w porywach gumkowe. Mimo znaczącego pylistego efektu, nie było oporne, a wręcz ślisko-sprężyste, co potęgowały glutkowate chia i sprężyste drobinki orzechów. Z czasem rozpuszczało się już jakby z pyłu i tłuszczu wypływała olejo-woda.
Leniwie wyłaniały się z niego dodatki. Najszybciej odnotowałam "drobnicę wszelaką" (mikroskopijne kawałeczki orzechów, chia), dopiero potem pojawiały się większe.
Płatki pokryto polewą czekoladową, która rozpływała się integralnie z otoczeniem. Nie podobała mi się, ale dzięki niej (chyba) zachowały maksimum delikatnej chrupkości. Płatki chrupały do samego końca - były jak znacznie cieńsza wersja corn flaksów. 
Rodzynki wyszły twardawo-jędrnie. Chwilami trochę bardziej scukrzone i wysuszone, chwilami bardziej soczyście zwarte. 
Berberys za to, co na niego nie trafiłam, był twardo-suchym, głównie skórkowym czymś. Nieliczne kawałki były w środku trochę soczyste.
Marakuja okazała się głównie cząstkami jakby liofilizowanymi, bo chwilowo takimi aż napowietrzonymi, jednak szybko nasączającymi, mięknącymi. Wtedy to przypominały twarde kandyzowane skórki pomarańczy ze strzelającymi pesteczkami i mnóstwem soku, który  dosłownie eksplodował z nich. Było też trochę kawałków chrupkich, acz błyskawicznie mięknących i lepkich. Te straszliwie obklejały, udając miękko przyklejający się do zębów karmel.
Trafiłam na zaskakująco sporo kawałków i nawet dwie połówki sprężystych orzechów nerkowca. 
Wśród większych kawałków plątała się drobnica: przemielone orzechy, chyba wiórki i strzelające kuleczki chia z nieco glutkowym zacięciem. Te ostatnie zbędne zupełnie, bo podkreślały obrzydliwą, oleistą śliskość wnętrza.
Bardzo się jednak zdziwiłam, że mimo ogromu tego wszystkiego, tabliczka nie wydawała się przeładowana czy zbyt najeżona. Po prostu wszystkiego dodano po trochu i jedno do drugiego pasowało. Ciągle było co chrupać. Tak, to zdecydowanie tabliczka do tego przeznaczona, acz ja i tak wolałam najpierw pozwolić się temu rozpływać, a pogryźć dodatki po zniknięciu otoczenia (lub gdy już blisko). Forma zupełnie nie dla mnie.

W smaku czekolada od początku zaskoczyła paloną gorzkością, do której dodała również wyraźnie paloną słodycz karmelu i syropu klonowego. Niestety, obok gorzkości słodycz prędko nasiliła się tak, że wydała mi się zdecydowanie za wysoka. I nie pomógł jej osnuwający ją gorzki, ciężki dym. Odnotowałam też nutę słodką jakby żywicznie-roślinnie oleistą; pomyślałam o czymś melasowym (czyżby przesiąkła nieco nadzieniem? było to wyczuwalne bliżej niego).

Z czasem roślinność i słodycz umacniały się. Poczułam specyficzny, "wegański" smak takowych deserów, zamienników... to było jednocześnie maślane, ale tak... niby maślane? Z czasem poczułam trochę kartonowo-mydlanego kokosa i kokosa... jako orzecha. Ten niósł gorzkawość oleju (olejów?). Czasami pojawiał się kwasek trudny do określenia... wydawał mi się "kokosowo-podkręcony". Tchnął trochę soczystej rześkości. Maślany akcent chwilami klasyfikowałam jako bardziej maślano-orzechowy motyw... może nerkowce? Stało się jasne, że miałam do czynienia z nugatem, acz niejednoznacznym i takim, którego słodycz mniej więcej w połowie kęsa błyskawicznie przyspiesza, chwilami kojarząc się z czystym, najzwyklejszym cukrem.

Chwilami nagle dosadniej uderzała gorycz oleju kokosowego i wprowadzała prawie pikanterię (na parę sekund) oraz jakby ostro-słodzikową słodycz. Ta aż nieco... chłodziła?

Wszelkie wyrazistsze nutki zagłuszyła słodycz, sama wychodząc na pierwszy plan. Była dość... soczysta, a chwilami czysta i jakby słodzikowo-gryząca? Osobliwa. Skojarzyło mi się to ze zdrowymi, acz przesłodzonymi ciastkami... melasowymi? Po paru chwilach od włożenia kawałka do ust, zaczynała drapać. Może jak melasa sama w sobie (moje wyobrażenie)? 

Dodatki skutecznie przebijały się, odciągając smak od bazy (acz nie całkowicie). Niektóre przebijały się kwaskawo-owocowym smakiem leśnej mieszanki (chyba głównie malin) zespojonym z roślinnością. To były płatki ryżowe, które smakowały "chrupkowym kartonem", niczym.

Owoce od razu przebijały się swoim smakiem. Przeważnie był kwaśny. Nie musiałam gryźć, by je poczuć i mimo mnogości wyszły zaskakująco jednoznacznie, nie mieszały się ze sobą na zasadzie śmietnika. Jak już trafiły się obok siebie, i tak pasowały. Ja zajmowałam się nimi dopiero na koniec.

Nadzienie po dodatkach wydało mi się jeszcze bardziej słodko-oleiste, takie... przygłuszone i kwaskawo-wegańskie, nijakie. Chwilami wyraźnie za to czułam w tym glutkowo-roślinny smak chia, które podkreślały ogólną roślinność. W jednym gryzie natomiast nie trafiłam na żaden większy dodatek i poczułam... sól.

W zależności od tego, na jaki dodatek trafiłam, taki smak wchodził. I były to albo smaczne, słodko-kwaskawe rodzynki (niektóre wydawały mi się naturalnie scukrzone) przecinające kompozycję, albo coś kwaśno-żurawinowego jak kiepska żurawina (berberys? kawałki koloru niemal czarno-czerwonego), albo soczyście-egzotyczna, kwaśna marakuja. Ta dominowała najumiejętniej, łącząc kwaśność i słodycz, ale też genialnie wpisując się w rześkość.

Dziwna goryczka nadzienia na koniec splotła się z czekoladą, która na szczęście dymną cierpkością zakończyła to wszystko. Po zjedzeniu został posmak roślinności, ryżowej kartonowości i gryząco-chłodnego motywu oleju kokosowego, wzmocnionego "innymi olejami". To łączyło się z irytującą, nijaką, ale silną słodyczą. Trochę jak... po melasie? Melasowych ciastkach z bakaliami? I posmak należał głównie przeważnie do dodatku, który akurat został.

Całość okazała się "nawet smaczna jak na coś takiego", a obiektywnie nudna i kiepska, struktura zaś męczyła. Sporo w niej wszelakich drobinek, których nie widać gołym okiem, a które irytują. Z drugiej strony nadzienie samo w sobie wydawało się tak "obrzydliwawe", że możliwe, iż ratują je od bycia po prostu "obrzydliwym". Strasznie dużo w niej wszystkiego. Mało dobrych rodzynek, troszkę świetnych nerkowców, mnóstwo kiepskiego, skórowo-suchego berberysu i całkiem sporo dziwnej marakui. Może jednak obiektywnie stały na jednym poziomie? W sumie na co by nie trafić, było przynajmniej ok. Osobiście preferowałam rodzynki i nerkowce, potem marakuję (w większości wyszła mało przystępnie, ale smacznie), a bez berberysu bym się obeszła. O ile płatki bym wywaliła, ale nie przeszkadzały, tak chia owszem - przeszkadzały (i nie krytykuję ich za fakt bycia chia, a za uwypuklenie dziwnych cech nadzienia). Dodatki wrzucono tak, że... wyszła taka Studentska dla bogaczy albo rzeczywiście "instagramowo bogata w składniki" granola w formie tabliczki. Mało za to czekolady. 
Wydaje mi się, że jak i dodatków, nastąpiła taka kumulacja słodzideł, że utraciły wyrazistość i było po prostu słodko-mdło w smaku, mimo że ogólna słodycz nie należała do najwyższych.
Tak samo w kwestii tłuszczu... miałam wrażenie, że namieszali tam całą plejadę olejów, maseł i nie wiadomo czego, co wyszło źle.
Lubię konkretne nadzienia, ale nie konkretne w ten sposób, że jak zbity tłuszcz. O ile jeszcze mogłoby to przejść w orzechowych tabliczkach (np. całkiem ok Walnut Nougat), tak z owocami... wyszedł dziwny kontrast. Wprawdzie mogła wyjść tragedia, a wyszło... To jedna z czekolad, która nie jest zła, ale dobrą za nic szczerze nazwać jej nie można.
Nie było w tym prawie nic, dla czego miałabym chcieć to jeść. Szukać nerkowców i rodzynek, męcząc się? Podziękuję. Ponad połowę (jakieś 43 z 70 g) oddałam Mamie, bez emocji.

Mama miała podobne zdanie; zjadła bez emocji i podsumowała, że "typowe można zjeść, można nie zjeść", rozwijając: "samemu nadzieniu trudno coś zarzucić dzięki tym fajnym, kwaśnym dodatkom, choć nie wiem, co tam było: rodzynki, jakieś inne; coś bez smaku sobie pochrupało fajnie. I zza tego wszystkiego nie bardzo czuć nadzienie. Ot, jakieś słodkie, tłuste... nie powiedziałabym, że kokosowe ani w ogóle, że jakieś. Takie bez wyrazu, przynajmniej szybko się rozpuszczało." Stwierdziła, że bardzo przeszkadzała jej czekolada ("bo gorzka i za dużo jej"), odwracając od niego uwagę i nawet miała ją skroić, ale nie chciało jej się iść po nóż. Potem przyznała mi rację, że w sumie nie wie, czy chciałaby się lepiej w nadzienie czuć. 


ocena: 6/10
kupiłam: FoodieShop24
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), cukier klonowy, cukier z palmy kokosowej, olej migdałowy, płatki kokosowe, rodzynki, orzechy nerkowca, berberys, nasiona chia, płatki ryżowe (ryż, sól), cukier daktylowy, suszona marakuja, sproszkowany kokos (pasta kokosowa, mleczko kokosowe, mąka kokosowa), suszone maliny, sproszkowana wanilia, suszone jagody, lecytyna sojowa, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)

sobota, 5 czerwca 2021

Zotter Fig & Port / Portwein & Feige ciemna 70 % z czekoladowym kremem z suszonych fig i czerwonym winem; słodzona "alternatywnie"

Po kontrowersyjnym Zotter Cola & Popcorn, którego zniosłam zadziwiająco dobrze (bo nie był aż tak colowo-popcornowy?), postanowiłam sięgnąć po na pewno smaczną (a przynajmniej moją) nowość Zottera. Padło na nadzienie, z jakim nigdy się jeszcze nie spotkałam. Figowe? Brzmiało jak spełnienie marzeń! Gdy zerknęłam na czysty skład, w ogóle poczułam, że to dosłownie miód na moje serce! Mało tego! Akurat co zakończyłam serię "czekolad z syropem klonowym"... Jak widać, jednak nie, więc może raczej "syrop na moje serce"? Nie wiedziałam tylko, co myśleć o paście z tamaryndowca - na szybko wygooglałam. "Miąższ owocu tamaryndowca ma lekko pikantny, słodko-kwaśny smak, jest powszechnie wykorzystywany do produkcji napojów, soków i dżemów. W kuchni indyjskiej pulpa z owoców tamaryndowca jest szeroko stosowana jako składnik nadający potrawom kwaśny smak." - brzmiało wybornie i przypomniałam sobie, że w curry się już z tym spotkałam, ale... w czekoladzie?
A wino porto - cóż to? Czerwone, może być i słodkie, i wytrawne, ale ważne jest, że to wzmacniane wino portugalskie, wytwarzane z winogron zbieranych w dolinie rzeki Douro (hiszp. Duero) na północy kraju. Do tej dodano konkretnie dojrzewające w dębowych beczkach portugalskie Reserve Ruby Port od Romariz.


Zotter Fig & Port / Portwein & Feige to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana figowym kremem z winem porto i figami marynowanymi w winie porto; słodzona tylko cukrem klonowym, daktylowym, miodem i wanilią; przy czym nadzienie stanowi 60 % całości.

Już rozchylając papierek poczułam intensywną woń czerwonego, wytrawnego wina i mocno palony, gorzkawy zapach czekolady o chlebowo-dymnym, trochę kawowym wydźwięku. Mieszał się z lekkim, soczystym kwaskiem, przywodzącym na myśl mieszankę cytrusów i fig. Kompozycja wyszła wytrawnie; skąpo słodko. Figi, mimo że delikatne, czuć wyraźnie - zwłaszcza po przełamaniu. Wtedy nasilił się też alkohol - wciąż w winnym kontekście. A i pojawiła się wyraźniejsza słodycz - przybrała postać "roślinnie palonokarmelowej", co przypisałabym splotowi klonowo-miodowemu. Kompozycja wyszła dość ciężko i wytrawnie. Bardzo apetycznie dla mnie.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała dość głośno. Wydała mi się konkretna ze względu na grubą warstwę czekolady.
Kryło się pod nią wilgotne, maziste, acz dość gęste nadzienie. Zrobiło mi się smutno, gdy nie dostrzegłam ani drobinki pestki, ale po prostu dobrze się kamuflują.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo gęsto, pozostawiając gładkie smugi. Mam wrażenie, że nieco stawiała opór (najpierw trochę kontrastowa do nadzienia; wydaje się taka sama co w Squaring the Circle 70% Dark Choc with Maple Sugar). Wydała mi się dość tłusta, a poprzez to nabierająca spójności z gęstawym, ale miękkim nadzieniem. Było maziste i plastyczne. Odznaczało się tłustością śmietanki i masła, jednak nie było nazbyt ciężkie. Kojarzyło się z wilgotnie-zakalcowym wnętrzem jakiegoś brownie (w formie kremu?). Niemal mokrym, nasączonym czy wręcz zalanym (winem). Okazało się zaskakująco winnie-soczyste i... całkiem zadowalająco wypełnione pesteczkami, jak i małymi kawałkami oraz drobinkami skórek, mikro farfoclami. Bardzo odlegle, do pewnego stopnia oddawało środek suszonej figi.

W smaku czekolada przywitała się gorzkością dymu oraz pieczono-palonymi akcentami orzechów i chleba. Niemal równocześnie zaznaczyła, że słodyczy też jej nie brak. Znalazła się pomiędzy taką syropu klonowego, a palono-karmelową.

Nadzienie szybko dochodziło do głosu poprzez zdecydowaną nutę alkoholu, podkreślającego czekoladę. Wyraźnie poczułam czerwone wino wytrawne, a zaraz za nim soczystą kwaśność. Pomyślałam o cytrusach w orientalnym wydaniu, jednak była to też pozytywna kwasowość czerwonego wina i "podkwaszonych" suszonych fig. Mimo to, to wino było smakiem numer jeden malującym się na bezkresnej czekoladowości. Aż, za sprawą alkoholu, rozgrzewało i drapało gardło swą mocą (robiąc aluzję do imbiru?).

(Nadzienie spróbowane osobno uderzyło mnie alkoholem jak obuchem, po czym mocno zapiekło w gardło, a w ustach zaserwowało ogrom charakternego czerwonego wina, czemu potem z pomocą przyszła słodycz fig i miodowo-klonowa, podkreślająca ją wraz z silną maślanością.)

Normalnie, gdy przegryzałam się przez całość do alkoholowości kolejno dołączały inne smaki. Po paru chwilach wzrosła słodycz. Wyraźnie czułam figi i miód (też jakby naturalnie jedno z drugiego wynikające). Kontynuowały drapanie w gardle (albo wydawało się, że to robią), choć były zaskakująco stonowane. Zaraz za nimi płynął splot syropu klonowego i palonego karmelu uroślinnionego jakby. Rozkręcił maksymalnie figi same w sobie. Wszystkie te słodzidła przyodziały suszone, wciąż soczyste figi. Te czuć zarówno jako one same, jak i trochę "ogólnie skojarzeniowo". Wyłapałam chyba także daktyle.

Wszystko to na czekoladowej bazie, bo krem także czekoladzie nie darował. Wplótł w nią nieco mleka i masła, sugerując lekką grzybowość ("w czekoladowym kontekście"). Przypomniała także o wytrawności i winie. Alkohol sam w sobie był uderzający, a wszystko przypominało zdrowe brownie z figami zalane winem.

Bliżej końca dosłownie czułam muląco słodkie wnętrze suszonych owoców, naturalnie przełamane soczystością i kwaśnością. Przy kawałkach owoców nasilał się smak... najpierw wina czerwonego, a potem w pełni wyrazistych, naturalnych suszonych fig.

Pod koniec rozpływania się kawałka czułam już zasłodzenie, acz na szczęście figowe, i wciąż, nawet nieco silniejszą, nutkę czerwonego wina, trochę kwaskawość i cierpkość w mocno czekoladowej, głębokiej otoczce.
Gdy wszystko się już porozpływało, zajęłam się gryzieniem figowych kawałków, farfocli i pesteczek. Wtedy smakowały w pełni sobą: skórkami, wnętrzami suszonych fig i... odrobinkę winem.

Po zjedzeniu został posmak fig - zupełnie jakbym jadła te owoce, a więc już i poczucie, że najadłam się czegoś słodkiego, dziwnie przejawiające się jako "słodycz na języku" - taka od fig (choć jeszcze nie przesłodzenie). I jakbym nie żałowała sobie wina, co przełożyło się razem na ciepełko, drapanie w gardle. Lekka alkoholowość i czekolada z cierpko kakaowym cieniem to "podsuszyły".

Całość uważam nie tylko za udaną, bo pyszną kompozycję, ale również intrygującą czekoladę, która odlegle kojarzy się z suszoną figą. Osobiście mam jednak problem z tym, że to wino dominowało w kompozycji, w której nastawiłam się głównie na figi. Niby oryginalny tytuł (niemiecki) rzeczywiście przyznaje mu pierwszeństwo, ale już z opakowania to figi aż biją w oczy. I jednak... Zotter ma i miał kilka winnych czekolad, nic nie stało na przeszkodzie, by ta skupiła się bardziej na figach (mógł np. w kwestii słodzideł skupić się tylko albo prawie tylko na nich). Pozytywnie mnie jednak zaskoczyła w kwestii konsystencji: krem niby miękki, ale zarazem gęsty i esencjonalny; niby tłusty, ale też soczysty i z pesteczkami, więc wyszedł bardzo po mojemu, mimo że w pierwszej chwili się wystraszyłam, że nie. Tak samo ostatnio nie po drodze mi z mocno alkoholowymi czekoladami - ta była mocno alkoholowa, ale pozytywnie.
Dobrze, że dodano ciekawe alternatywy cukru. Z drugiej jednak strony, mimo że w smaku słodycz nie była pierwszoplanowa, a realnie zasładzająca, to swoim bogactwem, wyrazistością i mnogością z czasem aż zaczęła przytłaczać. Jednak przy całej mojej miłości do czerwonego wytrawnego wina i suszonych fig, jestem zakochana.


ocena: 9,5/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 471 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, wino porto, tłuszcz kakaowy, syrop klonowy, cukier daktylowy, suszone figi, pełne mleko w proszku, miód, pasta z tamaryndowca (tamaryndowiec, woda), odtłuszczone mleko w proszku, sól, sproszkowana wanilia