Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lody: mięta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lody: mięta. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 września 2024

Astronaut Foods Mint Chocolate Chip Ice Cream Sandwich Freeze-Dried Ready-to-eat Space Food

Filmy science-fiction lubię, a i o pomysłach na przyszłość w kwestii jedzenia w kosmosie swego czasu coś tam czytałam, ale gdy zobaczyłam obiekt dzisiejszej recenzji, zatrzymałam się na chwilę. Przewijałam stronkę amerykańskiego sklepu z rzeczami w góry, bo ktoś z rodziny miał mi zrobić paczkę i niewiele mogłam tam znaleźć produktów naprawdę funkcjonalnych dla mnie, ale to coś wydało mi się tak dziwne, że aż zechciało mi się tego spróbować. Suche lody dla astronautów? Ale jak to tak? Nie umiałam sobie tego wyobrazić. A że akurat duet mięty i czekolady w lodach wspominam z sentymentem (ulubiony wariant w dzieciństwie), to dodatkowo kusząco zadziałało. Poprosiłam więc o to przy okazji. Nie zabrałam jednak tego w góry, bo zwyczajnie nie wiedziałam, czego się spodziewać - dziwaczne niespodzianki wolałam mieć w domu i nie lubię nadto się w górach zasładzać (od tego mam czekolady). Kompletnie nie wiedziałam, co zastanę w opakowaniu po otwarciu. Wiedziałam tylko, że to coś jest... lekkie. I na opakowaniu przeczytałam, że Astronaut Ice Cream zostało wymyślona dla misji Merkury NASA. Przez formę aż miałam problem, do jakiej to w zasadzie kategorii dać.

Astronaut Foods Mint Chocolate Chip Ice Cream Sandwich Freeze-Dried Ready-to-eat Space Food to liofilizowana kanapka lodowa w wariancie "mięta & kawałki czekolady" z ciastkami ("waflami") czekoladowymi; sztuka waży 31g.

Po otwarciu poczułam średnio mocny, ale dosadny zapach mleka w proszku. Poczułam się, jakbym wąchała tylko co otwartą paczkę takiego, które wystąpiło w towarzystwie słodyczy. Ta stanęła na średnio wysokim poziomie. Za jej sprawą odezwała się mięta, która jednak nie pchała się na pierwszy plan. Spokojnie łączyła się z mlekiem, co ogólnie dominowało. Musiałam bardzo się skupić, by zarejestrować, że ciemne warstwy oddają ciastka o palono-gorzkawym, kakaowym echu. 

Już kiedy tylko otworzyłam paczkę, a lodowy baton siedział jeszcze w papierku, wszystko to wydało mi się bardzo pyliście-lepkie. Papierek był dziwnie zawinięto-niedowinięty, więc trochę pyłku z batona się już posypało. Gdy go wydobyłam, trafiłam na spodziewaną już suchość i pylistość. 
Kanapka lodowa wyglądała na konkretną, była wysoka, ale niewiarygodnie lekka.
Brązowy wierzch był zwyczajnie suchy jak sucho-kruche herbatniki, natomiast miętowe wnętrze sucho-lepkawe. Nie wyglądało to na masywne, a takie, co to się zaraz rozwali. 
Przy łamaniu trafiłam na przepotężną twardość. Z kolei przy przekrajaniu baton rozwalił się, a część brązowa odskoczyła. W miętowej widać kilka małych kulek-łezek czekolady. Baton łamał się na kostko-kawałki. Bardzo dziwne doświadczenie, a to wszystko, nim spróbowałam!
W trakcie gryzienia całość krucho chrupała i trzeszczała. Wciąż była bardzo twarda. Zdecydowanie za twarda jak na tę wysokość, że jedzenie, gryzienie było problematyczne. Ja w zasadzie nadgryzałam i odłamywałam zębami kawałek po kawałku. Czasem zęby ześlizgiwały się z twardej miętowej części. Część brązowa podczas gryzienia przypominała suche i twardo-masywne ciastka, jednak miętową trudno mi do czegoś porównać... Skojarzyło mi się z trochę bezowatym pumeksem o zerowej wadze, skorym do wilgotnienia.
Kanapka gryziona była sucho-chrupka (czym przyprawiła mnie aż o ciarki) i nieprzyjemnie zaklejała zęby, więc wolałam pozwolić kęsom rozpływać się. Ciemne części oklejały zęby jak herbatniki, natomiast jasny środek jak wilgotniejące mleko w proszku.
W ustach kanapka lodowa bardzo szybko nasiąkała, miękła i rozpuszczała się. Częściom brązowym zajmowało to więcej czasu. Trochę trwało, nim nasiąkły i zmiękły, stając się gęstawą papką. Przypominały twardsze i suchsze herbatniki i takie ciastkowe warstwy z kanapek lodowych, a więc wykazywały zawilgocenie i były jakby stwardniałe. Wyszły znacznie masywniej niż jasny środek, który zamieniał się w pylistą zawiesinę dosłownie w sekundę, trochę oklejał zęby, przedstawiając się jako miękki pumeks i zaraz znikał. Czuć w nim dziwną, lekką gumiastą kleistość pełnego mleka w proszku.
W jasnej części zatopiono kilka kulek czekolady. Te potrzebowały chwili by... rozpuścić się ulepkowato-gumiaście. Wydały mi się proszkowo-tłuste, jak wiele kawałków niby czekolady w lodach itp., ale z tych bardziej przystępnych.
Kawałki czekolady rozmieszczone zostały bardzo nierówno. W 1/3 batona w ogóle nie wystąpiły, w jednym fragmencie był dosłownie kawałek na kawałku.
Łamliwe to i krucho rozlatujące się, nieprzyjemnie twarde, trudne w jedzeniu.

Popróbowałam oczywiście i całość, i rozdzielając na poszczególne części i odkryłam, że przy próbowaniu poszczególnych elementów łatwiej wyłaniają się wady. Jednak przez to, jak się to rozwalało, trudno cały czas jeść normalnie przegryzając się.

Brązowe części, nazwane przez producenta waflami, przedstawiły się jako zachowawczo słodkie, pszenne ciastka trochę kakaowe. Za nic nie nazwałabym ich waflami. Słodycz prędko rosła, wzbogacając się o palony motyw. Pojawiła się delikatna gorzkość i cierpkość kakao w proszku, acz wydawała się nie mieć siły przebicia zza słodyczy, którą nasilił środek. Części ciemne smakowały w zasadzie jak średnio wypieczone, lekko kakaowe herbatniki.

Część jasna uderzyła wysoką słodyczą i pełnym mlekiem w proszku. Śmietanką wręcz. Słodycz rosła bez trudu. Wyłoniła się z niej olejkowa mięta. Mieszała się z mlekiem tak, że łatwo o myśl o zwykłych lodach miętowych, lecz czuć było specyficzny motyw... liofilizacji? Chyba można to tak ująć. Słodycz z czasem trochę męczyła, a oprócz cukru czułam w niej lekką sztucznawość. Śmietanka jednak robiła, co mogła, by to ukryć. Mięta nasilała się z czasem do tego stopnia, że na końcówce weszła na pierwszy plan (i chyba część drugiego), acz nie zdominowała go.

Kawałki czekolady na słodkim tle miętowej części wyłoniły się poprzez swoją gorzkość i cierpkość, jednak z czasem okazało się, że i one fundują cukrowość. To czekolada ciemna, acz bardzo cukrowa. Czekoladowe dropsy raz po raz próbowały się wybić zza mięty.

Mniej więcej w połowie każdego kęsa, słodycz przeginała. Im więcej jadłam, tym bardziej się w tym utwierdzałam.

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie łączące cukier i miętę o sztucznie-cukierkowym charakterze. Ogólne przerysowanie, sztuczność aż zaznaczyły się na języku. Oprócz tego pobrzmiewało delikatne kakao, płynące i z ciastek, i z niby czekolady. Czułam się też trochę, jakbym najadła się mleka w proszku.

Całość w zasadzie uzupełniała się i nieźle współgrała. Ciastka próbowały trochę tonować słodycz miętowego środka, ale kiepsko im szło ze względu na ich własną słodycz i delikatność kakaowego motywu. Przydałby się o wiele wyrazistszy! Jako że były dość bazowe w smaku, śmietanka i mięta miały okazję się popisać, to na plus, ale szkoda, że pobrzmiewała lekka sztuczność, a śmietanka zdradzała swoją proszkową naturę. Mięta nie szarżowała, a przyjemnie wmieszała się w otoczenie. Przegięła dopiero w posmaku, psując dobre pierwsze wrażenie. Czekolada raz po raz wyróżniała się trochę, ale stanowiła znikomy dodatek. Powinno być jej dużo w całym batonie, a nie tak punktowo i nierówno.

Za dużo było tu cukru, a za mało ciemnej czekolady i czekoladowości, kakaowości ogółem - uważam, że części waflowo-ciastkowe powinny być kakaowe do potęgi. Wtedy mogłoby być smacznie, bo tak, gdy zaznajomiłam się już z  tym, uciekła ciekawostkowość, produkt wydał mi się nie warty uwagi. Nie wydaje się, by był to produkt funkcjonalny, bo był zwyczajnie niewygodny w jedzeniu. W górach czy na kempingu by się przez to nie sprawdził i... nie widzę sensu robienia namiastek kanapki lodowej na takie wyprawy. Jak naprawdę pomyślę o podróży w kosmos na np. długie lata czy miesiące, uwierzę, że taka przekąska mogłaby zaspokoić ochotę na to, czego tam nie da się mieć, ale... nie czarujmy się, że to produkt naprawdę dla astronautów, tylko masówka. Niewątpliwie jednak pomysłowe coś.

Batonów dostałam 5, więc obdzieliłam parę osób. Jeden przypadł Mamie. Opisała: "Jako ciekawostka na raz w sumie to i ciekawe, fajne. No, liofilizowane, suche lody? Kto by coś takiego wymyślił? Ale sama bym nie kupiła i nie wróciła do tego. Ten środek pozytywnie miętowy, nienachalnie tak, żadnych skojarzeń z pastą, te kawałki czekolady dobre o dziwo, tylko mi to ciastko nie pasowało. Za ciężkie. Ciastka jak takie zwykłe herbatniki kakaowe, a ten środek dziwny. Szybko znikał, a i tak zęby na długo wszystko pozalepiało. On smakował tak... tak trochę z piankami mi się skojarzył, ale mleczno-miętowymi. A całość zdecydowanie za twarda, że aż trudno i niewygodnie to jeść. Funkcjonalne zbyt to nie jest". 
Ojciec zaś stwierdził: "Taki tam ten niby lód, nic specjalnego. Mało miętowy, ciasteczka ok. Środek bardziej przypominał bezę niż lody. Ale jako ciekawostka może być.".
Jedną wysłałam przyjaciółce. Jej opinia: "zapachniała mi trochę jak Bake Rolls. Ale mi smakowała. Ciastko takie mega czekoladowe - szok. Całość tak trochę się rozpuszcza, a to ciastko czekoladowe to jakby czekoladę się jadło trochę. W środku nawet czuć miętę, ale mogło być mocniej. Dla mnie słodkie. Konsystencja bezy, ale 100 razy lepsza".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: jak wyżej
kaloryczność: 452 kcal / 100 g; sztuka (31g) - 140kcal
czy kupię znów: nie

Skład: lody (mleko, śmietana, cukier, mleko odtłuszczone, syrop kukurydziany, kawałki czekolady: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, kakao, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy; serwatka, 2% lub mniej naturalnego aromatu miętowego, mono- i diglicerydy, guma guar, guma karobowa, polisorbat 80, karagen, tartazyna / yellow 5, błękit brylantowy FCF / blue 1)
wafle: mąka pszenna, barwnik karmelowy, dekstroza, olej palmowy, mniej niż 2%: mąka kukurydziana, syrop kukurydziany o wysokiej zawartości fruktozy, modyfikowana skrobia kukurydziana, kakao alkalizowane, sól, syrop kukurydziany, proszek do pieczenia, mono- i diglicerydy, lecytyna sojowa

poniedziałek, 25 września 2023

lody Koral Vibes Czekolada & Mięta

Obecnie lody kompletnie mnie nie kręcą. Wszystkie są mi za słodkie, a w dodatku nabrałam dziwnej awersji do chłodnego jedzenia (zimnego nigdy nie jadłam). Na lodowe nowości patrzę więc niewidząc. A jednak te jakoś wyhaczyłam. I zainteresowałam się, mimo że ogólnie lodów Koral nigdy nie lubiłam. Ten jednak wariant był moim niespełnionym dotąd marzeniem z dzieciństwa: lody miętowo-czekoladowe, ale nie na zasadzie "zielone lody z blaszkami czekolady bez smaku", a właśnie wymieszana masa miętowa z czekoladową. Nie mogłam pojąć, dlaczego cały świat uparł się w lodach łączyć miętę i czekoladę w znienawidzonej przeze mnie stracciatellowatej formie. Jako dzieciak przeważnie wybierałam właśnie lody miętowe, bo od dziecka duet mięty i czekolady lubię. Obok jednak musiała iść druga gałka: czekoladowa. Gdy skończyłam z lodami na gałki (w późnej podstawówce?), tęskniłam za miętą i czekoladą w lodach, bo z pudełkowych niestety były tylko te "z blaszkami". Grycan mięta z czekoladą (recenzja z 2016) na pewno bowiem nie były tym, czego pragnęłam. Aż tu proszę, tyle lat trzeba było, by ktoś wreszcie ruszył głową! Jako że skład był w porządku - upewniłam się, dzwoniąc do producenta, czy olej kokosowy to na pewno olej kokosowy, a nie palmowy (Koral, jak się dowiedziałam, tylko do rożków dodaje palmowy) - kupiłam. Choć na lody jako produkt nie miałam wielkiej ochoty, chciałam zrealizować to marzenie z lat młodości. Dopiero po zakupie odkryłam, że i te zawierają blaszki, ale na szczęście na tym się ich czekoladowość nie kończyła.


Koral Vibes Czekolada & Mięta to lody czekoladowe oraz miętowe z kawałkami czekolady ciemnej o zawartości 50 % kakao (3,4%); opakowanie zawiera 475g/1l.

Już po otwarciu poczułam intensywny i sztuczny, dość nachalny zapach mięty. Dominowała, kojarząc się z cukrowo-miętowymi cukierkami białego koloru (wszelkie Tic Taki, Mentosy itd.) oraz sztucznie-cukrowymi białymi miętowymi nadzieniami z czekolad. Czekolada, a dokładniej odrobinka kakao o słodkim charakterze majaczyło nieśmiało w tle. W trakcie jedzenia odważyło się trochę, ale w zasadzie nieznacznie. Subtelna mleczna baza także zgłosiła swoją obecność.

Zawartość pudła to masa w dwóch kolorach - na szczęście nie były "jak pod linijkę", a jedna z drugą poprzekładane. Na mój gust trochę za bardzo, przez co gdy się zaczynały topić, łatwo mieszały się zupełnie. Było ich mniej więcej po równo. Zielona była nieco rzadsza, jednak żadna nie była rzadka. Gęsta też nie; jedynie prawie gęstawa. Całość wydała mi się jakby spulchniona, lekka i bardzo miękka. W dodatku miałam wrażenie, że próbowano ją zagęścić.
Większość tzw. kawałków czekolady znalazłam w zielonej  części, ale wydaje mi się, że dodano je do obu kolorów. Średniej wielkości cienkich czekoladowych "blaszek" w ilości średniej oraz sporo drobinek.
W trakcie jedzenia potwierdziła się jakby spulchniona, roztrzepana lekkość. Jednocześnie lody wydawały się jakby zagęszczono-ciągnące, trochę "potencjalnie gumiaste", acz jeszcze nie po prostu gumowe. Masa rozpływała się raczej szybko, ale jakby próbowała się trochę hamować (z racji "usiłowanego zagęszczenia"?), znacząco mięknąc. Była średnio tłusta, chwilami rzedła mocniej, acz potem jakoś wracała na bardziej kremowy tor.
W zielonej, nieco rzadszej części wyraźniej czuć lekką oleistość. Na szczęście nie wyszła ani ciężko, ani wodniście.
Czekoladowa część rozpuszczała się nieco wolniej (prawie niezauważalnie).
Czekoladowe blaszki były raczej cienkie. W większości trochę plastikowe, ale rozpływały się... Jakoś. Wprawdzie trzeba było trochę na to poczekać (ja w ogóle wybierałam je na talerzyk, by trochę doszły do temperatury pokojowej), ale potem już to im w miarę wychodziło. Były maziste, śliskawe - niespecjalnie czekoladowe, ale znośne. Skore do mięknięcia, czasem pałętające się po ustach i łatwo znikające (zwłaszcza w przypadku tych mniejszych).

Test zaczęłam od części brązowej. Od początku wykazywała wysoką, jednak przystępną słodycz. Miała charakter słodkiego kakao, kojarzyła się z cukrowym napojem kakaowym. Gorzkości czy cierpkości w niej brak. Pojawiała się za to sugestia niedookreślonej czekolady, jednak cały czas masa lodowa brązowa jawiła się jako mało wyrazista. Czuć w niej też akcent mleka, lecz trzymało się na uboczu i nie pchało do czekoladowości. Nie powiedziałabym jednak, że baza miała smak czekolady, tylko że to typowe, łagodne i bardzo słodkie lody kakaowe nie najwyższych lotów.
Po zagarnianiu innych części lodów, czekoladowa część wydawała się jeszcze łagodniejsza, acz w zestawieniu z miętową, nieco mniej słodka.
Czekoladowe kawałki "blaszek" lekko podkreślały kakaowość lodów (nie tak jednak, by zrównała się z miętowością).

W zasadzie, chwilami wydawało mi się, że czekoladowa część przesiąkła dominującą w kompozycji miętą. Na pewno mięta dominowała, gdy lody mieszały się bardziej się topiąc lub gdy zagarnęłam łyżeczką oba kolory.

Część zielona od początku do końca wyraźnie smakowała słodką miętą rodem z cukierków typu Tic Taki i sztucznych, cukrowych nadzień z czekoladek. Miała chłodno-rześki charakter, a jej słodycz to prawie sama cukrowość, mimo że... masa nie była specjalnie zasładzająca. Chodzi bardziej o jej charakter. Miętowość nie stała koło naturalnej mięty - to mieszanina aromatów, rysująca się na całkiem wyraźnym, choć delikatnym, mlecznym tle.
Mięta była imperatywna i w zasadzie czuć ją w każdym elemencie pudła.

Czekoladowe blaszki w zestawieniu z miętowymi lodami wydawały się plastikiem bez wyraźniejszego smaku, a i niczego nie zmieniały w zielonej bazie. Gubiły się w napastliwej miętowości.

Kawałki czekolady jedzone osobno, gdy trochę doszły do przystępnej temperatury zaskoczyły całkiem wyraźnie czekoladowym smakiem. Były gorzkie, nieco cierpkie i choć cukrowo słodkie, to ewidentnie ciemnoczekoladowe. Kojarzyły się z "deserówkami", ale nie były najgorsze.

Po zjedzeniu czułam się przesłodzona i przytłoczona chłodno-cukrową, imperatywną i sztuczną miętą. Doskwierało mi też poczucie tłustości, mimo że lody nie były tłuste. Pozostał posmak cierpkiego olejku, aromatu miętowego, stonowanego cierpkością prostego, gorzko-cierpkiego kakao w proszku. Daleko w tle wisiało echo czekolady ciemnej i bazowa mleczność lodów.

Lody wydały mi się po prostu przeciętne do bólu. To taka nisko-średnia półka. Słodko kakałkowe, nieambitne lody czekoladowe w zasadzie wyszły nieokreślone, bardzo wyjściowe. Choć nie cukrowe, to bez charakteru. Miętowa część była przesadnie miętowa. Sztuczna i napastliwa, ale w zasadzie nie jakoś szczególnie rażąca. Była po prostu... spodziewanie kiepsko miętowa. Rządziła się w całości za bardzo, czekolada i kakao nie radziły z nią sobie. W miarę miłym zaskoczeniem okazały się kawałki czekolady, które zaskakująco nieźle się sprawdziły - i jakoś się rozpływały, i miały smak czekolady. Mimo to, nie uratowały całości. Całość słodka, acz nie niemożliwie. Brakowało jej pazura, charakteru.
Tak mieszająca się kompozycja po prostu potrzebuje porządnej, wyrazistej w gorzkość kakao masy lodowej czekoladowej. 
Zjadłam z 70g - to moje maksimum. Choć nie wywołały w sumie żadnych skrajnych emocji, nie doszukałam się w nich elementów wartych pochwały. Zjadłam, ot, bo były, bo już nałożyłam.

Reszta leżała smutna w zamrażarce, że pewnego dnia Mama postanowiła spróbować, mimo że nie lubi lodów czekoladowych, a od wariantu "mięta z kawałkami czekolady" zawsze trzymała się z daleka. Z zaskoczeniem powiedziała: "a ty wiesz, że one mi nawet smakowały? Nie żebym miała kupić, ale skoro już były to takie zaskakująco dobre. Czekoladowych czuć o wiele mniej, prawie wcale. Bardziej, jakby to były kakaowe, jak już. Mięta to wszystko zdominowała, że powiedziałabym raczej, że to po prostu lody miętowe. Napastliwe właśnie, ale nawet nie jakoś szczególnie sztuczne. Te kawałki czekolady mi nie przeszkadzały, czasem do przeoczenia, te większe chwilami trochę dziwne. Ogólnie chyba na tle tych innych lodów to w porządku, skład niezły, więc ja bym wystawiła więcej niż 4". Zgodziła się jednak, gdy powiedziałam, że jako właśnie po prostu lody miętowe, mogłyby mieć 5, ale miętowo-czekoladowe - czym się przecież chyba miały wyróżniać! - za nic, bo czekoladowa część niedomagała, nie satysfakcjonowała. Przyznała, że "jak ktoś liczył na czekoladowo-miętowe lody, to rzeczywiście mógłby się rozczarować".


ocena: 5/10
kupiłam: Kaufland (Mama kupiła)
cena: jak wyżej, więc dokładnej nie znam, ale chyba 16 zł za 1000ml (475g)
kaloryczność: 189 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: odtworzone mleko odtłuszczone 66%, cukier, olej kokosowy, czekolada 3,2% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), glukoza, odtłuszczone mleko w proszku, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 11%, serwatka w proszku, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma guar; czekolada 0,2%, barwniki: karmel amoniakalny, kompleksy miedziowe chlorofil i chlorofilin, kurkumina; aromaty, sól

niedziela, 20 sierpnia 2017

lody na patyku Magnum Mint

Nienawidzę lodów kiepskiej jakości, nienawidzę lodów na patyku, rożków (i wszelkich "na raz", do lizania, a nie do jedzenia łyżeczką o kiepskim składzie), nienawidzę Magnumów. Żeby było śmiesznie, kiedyś Magnumy były jednymi z moich ulubionych lodów, więc dzisiejszy obiekt recenzji to niemal obiekt muzealny zalegający mi w zamrażarce ze dwa lata (spokojnie, jeszcze parę miesięcy ważności miał). Chciałam go oddać Mamie, ale z racji, że chyba go wycofano (?), stwierdziłyśmy, że chociaż troszeczkę sobie "wydziabię" łyżeczką, jak to Mama powiedziała "żebym wiedziała co tracę".


Magnum Mint to "lody miętowe w polewie z mlecznej czekolady (25%) z kawałkami karmelizowanego cukru (2,5%)" ważące 88 g (110 ml).

Po otwarciu poczułam zapach słodkiej mlecznej czekolady i sztucznawej mięty. 

Odłupawszy nożem trochę czekolady, najpierw to ją spróbowałam. Wydaje mi się, że smakowała tak samo, jak w dawnym klasyku (przypominam, że to "staroć" i nie wiem, czy nie było zmian składu itp.), a więc wyraziście mlecznie, bardzo słodko i, bez dwóch zdań, była to czekolada - w dodatku rozpływająca się kremowo i tłusto. Obecnie coś takiego nie jest w moim stylu, ale muszę przyznać, że to gruba warstwa porządnej jak na taki produkt czekolady, a nie polewy. Niestety, zatopiono w niej mnóstwo kawałków przypominających twardy i przyklejający się do zębów cukier. Według producenta to karmel, według mnie i Mamy strasznie słodkie coś o lekko miętowym posmaku. Mimo tego, że był to posmak, odebrałam go jako natarczywy, sztuczny (jak cukierki miętówki).
Te kawałki to może i ciekawy pomysł, ale mi nie pasowały.

Ku mojemu zaskoczeniu, lód okazał się biały. Był zbity, gęsty i mniej tłusty od Magnumów, które zapamiętałam. W smaku poraził mnie słodyczą i miętowym smakiem, który z naturalną, smakowitą miętą nie miał nic wspólnego. Dawno nie trafiłam na coś tak sztucznego. Zupełnie nie kojarzyło mi się z jedzeniem, nie pasowało do czekolady (a uwielbiam połączenie mięty i czekolady), ale w sumie z pastą do zębów też nie. Przypominało mi to coś okropnego, coś, czego smaku nienawidzę i dopiero po rozmowie z Mamą udało mi się to zidentyfikować. To smakowało jak Tik Taci (albo raczej moje wyobrażenie o nich, wspomnienie tego okropnego smaku sprzed wielu, wielu lat). 

Zjadłam dosłownie odrobinkę, skończyła Mama i żadnej z nas to nie smakowało. Według niej zjadliwe, według mnie za natarczywe i za sztuczne, żeby jeść. Miętowość tego loda była tak sztuczna i wyolbrzymiona, że chyba nigdy jeszcze na coś takiego nie trafiłam... Wierzch z kolei też nie był w moim guście, ale jakościowo był ok - Mamie smakował. Ogólnie loda na pewno da się zjeść bez traumy, zakładam, że nawet ja bym mogła go zjeść do końca i nie umrzeć, ale czegoś tak mocno sztucznego po prostu nie chce się jeść. 

Oceniam w miarę obiektywnie (na tyle, na ile jakakolwiek recenzja może być obiektywna), biorąc pod uwagę to, jak odebrałam Magnum Double Caramel latem 2016 oraz co mówiła Mama, bo... ekhem... O taak, utwierdziłam się w przekonaniu, jak bardzo nienawidzę patykowców i Magnumów. Ale przynajmniej uwolniłam zamrażarkę od tego czortostwa (a jak już spróbowałam, to nie wypada recenzji nie wystukać na klawiaturze).


ocena: 5/10
kupiłam: Tesco (?)
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 240 kcal / 100 ml; 264 kcal / lód
czy kupię znów: nie

Skład:  odtworzone odtłuszczone mleko, cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, olej kokosowy, syrop glukozowy, syrop glukozowo-fruktozowy, mleko pełne w proszku, koncentrat mleka odtłuszczonego, tłuszcz mleczny, emulgatory (E471, lecytyny sojowe, E476), preparat serwatkowy (mleko), stabilizatory (E410, E412, E407), aromaty (w tym mleko)

piątek, 19 sierpnia 2016

lody Grycan mięta z czekoladą

Tak ostatnio sobie pomyślałam o smakach lodów mojego dzieciństwa... jako dzieciak właściwie nigdy nie brałam lodów na gałki w smakach innych niż czekoladowe albo miętowe z płatkami czekolady. O tyle, o ile dobre czekoladowe wciąż są jednymi z moich ulubionych, tak miętowe...? Nie pamiętam, kiedy ostatnio jakiekolwiek jadłam. W tym roku, sama nawet nie wiem dlaczego, na jakieś mnie wzięło, mimo że to więcej niż oczywiste, że w tych sklepowych prawdziwej mięty nie uświadczymy.

Grycan lody o smaku Mięta z Czekoladą to lody zrobione na bazie śmietanki z dodatkiem płatków ciemnej czekolady (300g/500ml).

Po otwarciu pudełka zobaczyłam bladozieloną, taką miętową, upstrzoną kawałkami czekolady masę o zapachu... miętowych słodyczy. Nie była to oczywiście naturalna mięta, ale i jakiś paskudny odświeżacz też nie.

Wbiłam łyżkę w masę, która okazała się dość zbita, ale na tyle miękka, by nie sprawiała problemów przy nakładaniu.

Spróbowałam. Poczułam bardzo słodki smak. Najpierw była to właśnie głównie słodycz, łatwo było zorientować się, że lody są zrobione na kremówce i mleku, a potem w ustach rozszedł się nieco orzeźwiający miętowy smak. Bardzo delikatny, ulotny, ale jednoznaczny. Nie była to oczywiście smakowita, charakterna świeża, naturalna mięta, ale z pastą do zębów czy coś też nie miało nic wspólnego. Właściwie smak ten był na tyle delikatny, że... nawet nie czuło się, że to tylko aromat miętowy. Wiecie, to coś w stylu "noo, czuć, że jest miętowe" - i tyle. Z jednej strony trochę za mdłe, ale z drugiej... wolę taką delikatną niby-miętę, niż by mi miało walić aromatem czy czymś.

Spodziewałam się kilograma cukru, ale... o dziwo nie. Pewnie, są słodkie, ale jak na lody Grycana, to jeszcze nie ma tragedii.

W gęstych, przyjemnie tłustawych lodach jest pełno kawałków ciemnej czekolady. Większe i mniejsze, dobrze wpasowują się w mało wyraziste lody. Te są ewidentnie ciemne, czuć przede wszystkim gorzkość, chociaż i leciutkiej słodyczy nie brak. Większe kawałki rozpuszczają się jak czekolada, nie przypominają kawałków plastiku bez smaku. Dodatek jak najbardziej na plus, tym bardziej, że przy nim lody wydają się bardziej miętowe.

Przyznam, że zaspokoiły moją ochotę na słodkie miętowe lody. Nie oczekiwałam zbyt wiele, chciałam coś zjadliwego, słodkiego i miętowego. Dostałam to, w dodatku z czekoladą, a nie kawałkami bez smaku. Normalnie (gdyby nie ten pęd na cokolwiek miętowego) można by je odebrać gorzej, ale z drugiej strony... są wykonane dość neutralnie, nie odstraszają i... nie spotkałam się z innymi miętowymi lodami (w sensie innych firm) w pudełkach z chociaż w miarę znośnym składem. Ten też najlepszy nie jest, ale widziało się gorsze.
Są ok, bezpieczne - ani pyszne, ani paskudne. W momencie chcicy na cokolwiek miętowego - można zjeść. Oceniam w stosunku do tego, co jest w sklepach, bo np. w stosunku do rzemieślniczych miętowych lodów z Cupcake Corner Bakery, które jadłam już po napisaniu recenzji, wypadają słabo (nie beznadziejnie, ale dość słabo, bo w oczy strasznie rzuca się różnica w sile słodyczy - z tej cukierni nie są przesłodzone, a to wiele zmienia).


ocena: 7/10
kupiłam: Tesco
cena: 7.49 zł (promocja)
kaloryczność: 279,4 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wiem

Skład: śmietana kremówka, woda, cukier, odtłuszczone mleko w proszku, ziemniaczany syrop glukozowy, czekolada w płatkach 6% [cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromat], masło (z mleka), tłuszcz kokosowy, jaja, barwniki (chlorofile), emulgator (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar), aromat