Kiedy mijałam podczas zakupów z ojcem i miałam trochę czasu, gdy on szukał miejsca parkingowego, nowo otwarty sklep firmowy Lindta, z ciekawości zaszłam. Miałam się tylko rozejrzeć, bo dobrze wiedziałam, że ceny Lindta w firmowym sklepie i na ich stronie są absurdalnie wysokie, wyższe niż w większości sklepów. Bezsens. Zobaczyłam jedną potencjalnie interesującą i gdy do niej szłam, zobaczyłam dziś prezentowaną. Pomyślałam, że w górach mogłaby jakoś przejść. Ostatnimi czasy Lindt mocno mi podpadł i nie wierzyłam w kolejne nowości. Z drugiej jednak strony... Lindt czy nie Lindt... I tak w góry nie raz zabierałam wątpliwe czekolady. Ze sklepu jednak wyszłam z pustymi rękami. Cena jednak mnie zniechęciła. Podczas zakupów zagadnęłam ojca o te czekolady i powiedział, że mi je kupi. To przesadziło. To i promocja, bo jednak w regularnej cenie 30 zł... Szkoda by mi było nawet niemoich pieniędzy.
Jak zaplanowałam, wzięłam ją oczywiście w góry. Jako że wciągnęłam się w chodzenie także zimą i miałam parę wysokich tatrzańskich szczytów zimą na swoim koncie, przyszła pora na Kozi Wierch. Akurat miała być luka pogodowa z wyższą temperaturą, słońcem i znikomym wiatrem. Ruszyłam rano z Palenicy Białczańskiej do Doliny Pięciu Stawów przez szlak przy Siklawicy. Niespodzianka! Niemiła niestety. W postaci padającego śniegu. Padał coraz konkretniej, a gdy wyszłam na wypłaszczenie terenu zaczęło okrutnie wiać. Widoczność się psuła, ale szłam dalej, łudząc się, że może na podejściu będzie lepiej. Minęłam punkt Pod Kozim Wierchem i spróbowałam wchodzić, ale niestety. Nie było widać, gdzie szlak, nie było żadnej drogi. Tylko śnieg, w którym się zapadałam. Parę metrów przede mną szedł jakiś człowiek, ale tak padało i wiało, że natychmiast zawiewało ślady. A ja ledwo mogłam iść i oddychać. Z bólem zadecydowałam, że wracam. Znalazłam jednak jakieś miejsce, gdzie wiało nieco mniej, i szybko porobiłam zdjęcia czekoladzie. Myślałam, że przez wiatr zamarzną mi ręce, ale czego się nie robi dla czekolady?
Lindt Excellence 70% Cacao Framboise Noisettes Noir to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z kawałkami karmelizowanych orzechów laskowych i kawałkami malinowymi.
Po otwarciu poczułam intensywny, słodki zapach cukierkowych malin z akcentem bardziej naturalnej maliny suszono-liofilizowanej. Palona, trochę kawowa czekolada znajdowała się dopiero za nimi. Gorzkość w ogóle była niska. Słodycz natomiast średnio wysoka, głównie malinowa, choć też trochę waniliowa i karmelowa. Lekko palony karmel czuć zwłaszcza wąchając spód.
Na spodzie tabliczki znalazło się sporo malutkich kawałków orzechów laskowych o kolorze, sugerującym prażenie i karmelizowanie oraz malin. Nie były po prostu naklejone, a porządnie wtopione, jakby wciśnięte w czekoladę, co się chwali.
W dotyku dodatki na spodzie tabliczki były suche, więc można by się nabrać, że to wśród nich są liofilizowane maliny, a nie cząstki malinowe.
Przy łamaniu tabliczka trzaskała średnio głośno, chrupko, a dodatki trzymały się porządnie. Dodatki zatopiono umiejętnie, bo tylko parę kawałków orzechów odpadła.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, racząc mnie gładką kremowością i wysoką tłustością. Zmieniała się w maślano tłusty krem, który opływał "lekkim" olejem, jednak zachowując zbitość i kształt. Dodatki bardzo długo trzymały się gęstej masy.
Malinowe kawałki, w pierwszej chwili suche i wręcz twarde, też się w dużej mierze rozpuszczały, całkiem nieźle udając naturalne maliny liofilizowane. Trzeszczały i zmieniały się w sok. Od orzechów rozchodziła się wodnistość - to karmelowa otoczka się rozpuszczała.
Czekolada w tym czasie cały czas się grzecznie rozpływała. W końcu uwalniała kawałki malinowe i orzechy. Gdy na próbę pogryzłam je obok czekolady, wcześniej nie wyszło to najlepiej, bo czekolada szła w ulepkowatą stronę. Maliny były ok, chrupkawe i zmieniające się w proszek, z drobną soczystością, zaś orzechy... dziwne. Krucho-chrupiące w sposób cukrowy. Jakby utwardzone cukrem? I mało orzechowe. Orzechowa chrupkość schodziła na daleki plan. Zdecydowanie wolałam zostawiać je na koniec.
Orzechy ogólnie, mimo początkowej twardości, były delikatne. Nawet na koniec na części zostawało trochę karmelowej warstwy, dodającej dziwnego motywu jakby zawilgocenia na twardo i krucho. Pod tym laskowe okazały się raczej miękkie. Pochrupywało to trochę, ale przynajmniej było bardziej orzechowe.
Malinowe kawałki, końcowo zmalały i były trochę soczyste, ale też w porywach trzeszczące, a do tego sporo w nich pestek malin. Całkiem nieźle im szło udawanie malin liofilizowanych.
W smaku palony wątek rozbrzmiał jako pierwszy, choć niemal w tej samej chwili odezwała się też cukierkowa malina. Dopiero rozkręcała słodycz, a i tak prędko stopowała gorzkość.
Oczywiście gdy kawałek legł dodatkami na języku, te szybciej się odzywały, ale ogólnie nie jakoś szczególnie mocno... A przynajmniej nie jawnie od nich.
Palony wątek był gorzki, ale delikatnie (od razu przypomniała mi się Lindt Excellence Mild Dark 70 % Cocoa). Zerkał tęsknie ku kawie, ale ta zaczęła się wycofywać. Jej miejsce prawie zupełnie przejęła maślaność.
Gorzkość jakby wystraszyła się nasilającego się smaku malin. Ten był w dużej mierze cukierkowy, choć przy ogólnym wzroście i naturalniejsze maliny się do niego dokładały. Coraz odważniej. Ogólnie maliny - z lekką dominacją cukierkowo słodkich - zdominowały kompozycję. Nawet w kęsach bez malin. Acz oczywiście słabiej. Wtedy też wyraźnie czułam wanilię.
W kęsach z orzechami, a bez malin, wanilię dodatkowo wspierał leciutko karmelowy akcent.
Słodycz rosła wraz z malinowością, ale z czasem zdradzała się też niemalinowa. Przewijała się tam waniliowa nutka, ale chwilami to cukrowość trochę nadto dawała mi się we znaki. Pokazywała się zwłaszcza w kęsach z orzechami. Przy nich czuć bowiem naprawdę ostrożnie palony, bardziej "cukrowawy" karmel.
Gdy z ciekawości gryzłam dodatki wcześniej, obok czekolady, maliny prezentowały się średnio wyraźnie. Trochę nijakie kawałki jakby tonęły w cukierkowości. Malinowe pestki jako takie wyraźnie za to czuć. Orzechy laskowe smakowały trochę palono cukrowo, orzechowo w stopniu znikomym. To, że to orzechy laskowe uciekało. W dodatku w zestawieniu z kawałkami malinowymi, czasem też przybierały dziwnie landrynkowy wydźwięk.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pojawiła się jakby "smakowa tłustość", która dołączyła do maślaności. Rosła, jeszcze bardziej osłabiając gorzkość, pobrzmiewającą już tylko w tle. Chociaż... jakby było w niej coś orzechowego? Jak np. zbyt oleisty krem z orzechów makadamia smakowy malinowy?
Jednocześnie w malinach obudziła się kwaśność malin liofilizowanych. Przebiła wszystko inne, osłabiając i słodycz, i zwalczając cukierkowo-landrynkowy klimat. Mimo wszystko słodycz nie odpuszczała, ale z tymi naturalniejszymi malinami jakby trochę... Robiła aluzje do likieru / nalewki malinowej? Czasem, gdy kawałki malinowe już znacząco się rozpuszczały, odnotowywałam w tym jakby trochę sztucznie podkręconą, tanią konfiturę.
Za to nawet gdy cukro-karmel z orzechów się rozpuścił, te prawie się nie odzywały.
Z czasem, dosłownie pod sam koniec, baza zdobyła się jeszcze na trochę cierpkości... palonej kawy? Jakby tak kwasek ją podkręcił?
Gdy gryzłam dodatki na koniec, kiedy się mieszały, zlewały się ze sobą. Nie przeszkadzało to, bo to, co zostało z malin to znikome, kwaskawe zbitki proszku szybko zmieniającego się w sok i pestki niezbyt atrakcyjne smakowo. Orzechów laskowych wciąż trzymał się motyw palonego cukru, ale wreszcie czuć też sam smak orzechów laskowych. Bardzo słaby, chwilami przesadnie prażony, ale jednak. Czasem, gdy ostało się trochę karmelu, potrafił zrobić drobną aluzję do karmelowej kawy.
Po zjedzeniu został kwaśno malinowy posmak oraz delikatniejsza, ale jednak obecna malinowa sztuczność. Maślano-oleista, znikomo gorzka czekolada stała za nimi. W niektórych kęsach wraz z palonymi, palono cukrowymi orzechami. Acz niekoniecznie laskowymi.
Nie spodziewałam się niczego porywającego po tej tabliczce, więc się nie rozczarowałam, ale myślę, że można ją jak najbardziej rozczarowującą nazwać. Baza nie przypominała dobrej Lindt Excellence Dark 70 % Cocoa, a tłusto-mdławą Lindt Excellence Mild Dark 70 % Cocoa. Tak więc słodka, choć przynajmniej nie przesłodzona, ale też mało gorzka, a tłusta czekolada bez charakteru uległa dodatkowi malin. Maliny w postaci rozpuszczających się kawałków, które nieźle udawały liofilizowane kawałki, niestety smak miały głównie cukierkowy, dopiero potem naturalnie kwaśny. Nie była to co prawda powalająca sztuczność, ale też niezachwycająca. Malinowy motyw przeniknął też do czekoladowej bazy i bardzo się rządził. Orzechy laskowe dodane tu to jakaś cukrowa porażka, w której orzechów trzeba się doszukiwać. Ogół był do zjedzenia od niechcenia, zwłaszcza w górach jakoś szło, ale to można było zrobić o wiele lepiej.
Lindt Excellence Raspberry Intense Dark oceniłam lepiej i choć była o wiele słodsza, a co za tym idzie przesłodzona, mało gorzka, to jednak wydaje się bardziej przemyślana i myślę, że jak najbardziej do polecenia osobom, lubiącym "deserówki". Dzisiaj prezentowana aspiruje do czegoś premium, a efekt jest mocno średni. Gdyby kosztowała te jakieś 10 zł, jak inne czekolady, to miałaby 6, ale nie przy takiej cenie.
ocena: 5/10
kupiłam: firmowy sklep Lindt
cena: 25,33 zł (w promocji)
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, orzechy laskowe karmelizowane 3% (orzechy laskowe 70%, cukier), kawałki malinowe 1,5% (syrop glukozowy, tłuszcz kakaowy, maliny 27%), aromat, wanilia









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.