Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zoto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zoto. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 marca 2026

Zoto Betulia Ocho Hacienda Betulia Antioquia Colombia 70 % Single Variety Chocolate ciemna z Kolumbii

To nie była jedna z wielu kolumbijskich tabliczek! Zaintrygowała mnie bardzo, mimo że zawierała jedynie 70% (co w połączeniu z białym cukrem, używanym przez producenta, sugerowało za wysoką dla mnie słodycz). Zrobiono ją z mało znanego kakao, zwanego B8. Wybrano je ze względu na wyjątkowy smak. Dość enigmatyczna nazwa...
Jak we wszystkich czekoladach Zoto, protokół fermentacji dla tego kakao opracowali sami. W tym przypadku zostali zaproszeni przez właścicieli plantacji Betulia, by wspólnie obmyślić proces fermentacji optymalny dla tego konkretnego kakao. Z opisu producenta dowiedziałam się jeszcze, że to prawie zupełnie białe kakao. Don Pablo Velez, głowa plantacji Betulia, dba o to, by jak najlepiej zachowywać dziki charakter odmian - właśnie lokalnych i dzikich - uprawianych u niego. Analiza genetyczna wykazała, że są tam 3 różne odmiany, wszystkie 3 białe: B6, B8 i B9. Co ciekawe, to miała być pierwsza tabliczka Zoto z kolumbijskiego kakao, jak na razie w bardzo limitowanej ilości. Stąd to, że ją zdobyłam cieszyło jeszcze bardziej.

Zoto Betulia Ocho Hacienda Betulia Antioquia Colombia 70 % Single Variety Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao  (65% miazga + 5% tłuszcz) z Kolumbii, z departamentu Antioquia.

Po otwarciu poczułam zapach fistaszków i prażonego sezamu oraz łagodniejszej, naturalnie słodkawej pasty tahini, przechodzącej w niesłodką chałwę. Obok stanęły też nie za słodkie kwiaty oraz nieoczywiste zioła, przyprawy. W większości świeże, bo mieszające się ze świeżym motywem roślin. Mimo to, słodycz czuć wyraźnie. Nie wysoką, ale jednak. Podobnie jak owocowość: niby była wycofana, ale bez wątpienia czułam melony o trochę kwiatowym charakterze. Może też arbuzy? Akurat mniej słodkie, ale słodkie na pewno. I, choć tych to już prawie na siłę się doszukiwałam (smak mógł mi je zasugerować) ociupińkę ciemno-czerwonych owoców.

Mimo że czytałam opis, po wyjęciu czekolady z opakowania, zaskoczył mnie jej kolor jasnej mlecznej.
Tabliczka, choć dość tłusto-kremowa w dotyku, przy łamaniu trzaskała chrupko i masywnie, szczycąc się twardością. Jak to często w Zoto bywa, na spodzie była jakby cieniutka doklejona warstewka - nieustannie mnie dziwi.
W ustach rozpływała się powoli, z ochotą mięknąc na zbito-gęstą, kremową grudkę. Tłustość początkowo wydała mi się niska, ale potem rosła, a czekolada chwilami wręcz lekko ziarniście-proszkowa. Jednocześnie nie brakowało jej soczystości. Z czasem soczystość i proszkowość próbowały się trochę ukryć - z czasem kawałek wygładzał się. Końcowo zaś znikał wodniście i znów proszkowo oraz zostawiał cierpkawy, cierpkawo-taninowy efekt.

W smaku przywitała mnie delikatna, a jednocześnie wyrazista, słodycz. Słodycz, mająca w sobie coś mlecznego, po chwili bardziej maślanego, a obok słodycz kwiatów. Ta druga na moment się oddaliła, a słodycz mleczno-maślana powoli zaczęła układać się w naturalnie słodkie tahini (pastę z sezamu 100%). Słodycz cały czas rosła, więc zaraz naturalna pasta sezamowa zasugerowała chałwę. Chałwę nieprzesłodzoną, ale słodką niewątpliwie.

W tle przemknął mi kwaskawy owoc. Jakiś ciemnoczerwony... pomyślałam o suszonej żurawinie i miękkim, świeżym fioletowym agreście. Zmieniły się w sorbet z ciemnych owoców. W nim przewinęły się też czarne porzeczki. Ogólnie jednak wydawał się wycofany, a owoce nie grały zbyt ważnej roli w kompozycji.

Tahini i chałwa prawie zupełnie zmieniły się w prażony sezam. Chałwa leciuteńko tylko pobrzmiewała w tle. Słodycz chwilowo trochę się zawahała i zatrzymała. Osiągnęła średni poziom i przez pewien czas nie rosła. Sezam przywołał fistaszki - kontrastowo do niego niemal surowe.

Ta surowość arachidów wniosła niemal... wytrawną fasolkowość? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się dość roślinnie.

Owocowe akcenty sorbetu ukryły się wówczas w kwiatach. Kwiaty wahały się: iść w neutralniejszym czy słodszym kierunku? Nagle uderzyły słodyczą.

Acz rozeszły się jakby na dwa wątki. Z jednej strony czułam dużo słodkich kwiatów, których jako tako trzymało się owocowe echo, a z drugiej... kwiaty bardziej ziołowe, wręcz cierpkie. Aż w końcu zupełnie zmieniły się w zioła. Zioła podchwyciły wytrawność roślin. Zaplątała się tam też lekka gorzkość, ale ogólnie niewiele miała do powiedzenia. Pomyślałam o przyprawach... m.in. tymianku?

Wytrawność, charakterek przypraw tonowały trochę nuty fistaszkowo-tahiniowo-maślane. W zestawieniu ze słodyczą, trochę się rozmywające i mieszające w jedno.

Za sprawą kwiatów ciemne owoce zmieniły się zupełnie w słodkie, soczyste melony. Melony, do których raz po raz zakradał się arbuz i... guma melonowo-arbuzowa? Choć w słodkiej strefie kwiaty dowodziły, owoce, które czułam, chyliły się w nieco cukierkowo-gumowym kierunku.

Od cukierkowości jednak końcowo spróbowała odwrócić uwagę chałwa - jednak znów bardziej przejrzysta chałwa sezamowa, ale z fistaszkami.

Po zjedzeniu został posmak melonowy, trochę w cukierkowo-gumowej konwencji, oraz niejednoznacznego owocowego sorbetu. Z owoców ciemnych...? A do tego wróciły wyraziste, choć surowo-roślinne fistaszki i łagodne tahini. Na zasadzie kontrastu lekko zaznaczyły się też cierpkie zioła.

Czekolada mi smakowała, jednak wolałabym, by była o wiele mniej słodka. Jej słodycz przez długi czas trzymała się średniego poziomu, ale w końcu się wyłamała i poszła w melonowo-arbuzowym zbyt cukierkowym kierunku. Dopóki była kwiatowo-chałwowa, naturalnie sezamowa podobała mi się. Jednocześnie brakowało mi gorzkości - ta prawie nie wystąpiła. Była za to pewna wytrawność fistaszków surowych, sezamu, ziół i przypraw, w tym tymianku, ale to trochę za mało. Fistaszki, tahini łączyły wytrawność z neutralnością, ogół bardzo łagodząc. Ciekawe nuty, ale właśnie.. .za słodkie. Chałwa z fistaszkami i zioła... ach, szkoda, że pewne elementy je zaburzały. Choć muszę przyznać, że był w tym pewien urok... Kto wie, czy chałwa by nie uciekła przy niższej słodyczy lub przy cukrze trzcinowym.


ocena: 9/10
cena: €6,95 (za 45g; około 30 zł)
kaloryczność: 602 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier

sobota, 24 stycznia 2026

Zoto Kilimamwenza Ituri Province D.R. Congo 75 % Regional Blend Chocolate ciemna z Kongo

Ta czekolada, zgodnie z opisem producenta, wyróżniała się z oferty, bo po raz pierwszy, Zoto zaangażowało hodowców kakao do procesu obróbki kakao po zebraniu ziaren. Już po zakupie pierwszej partii ponoć uznali, że to kakao może konkurować z najlepszymi na świecie. Dodali "mimo że mówimy o ziarnach forastero", co mi się trochę niezbyt spodobało, bo uważam, że czasem sukces tkwi w prostocie, nie uważam, że któreś kakao jest smaczniejsze, inne mniej z zasady. W każdym razie, producent tym samym przyłożył się do stworzenia w regionie spółdzielni rolników, którzy odtąd mieli źródło dochodu, które odmieni ich życie na lepsze. Szukałam co oznacza nazwa kakao / tabliczki, Kilimamenza. Nie znalazłam nic. Ok, to nazwa własna, ale myślałam, że może coś znaczy w jakimś języku. Na opakowaniu przeczytałam tylko, że tabliczkę zrobiono w małej ilości, z lokalnego blendu. Kakao to fermentowało 7 dni w skrzyniach po 100kg, było obracane 4-krotnie. Suszenie trwało 6 dni na słońcu, w otwartej przestrzeni, a prażenie 19 minut w 120 stopniach C. Producent opisał smak tej tabliczki jako "bardziej dostępną dla osób, które nie są ekspertami", wyjaśniając że jest "doskonała na rozpoczęcie przygody z wykwintną czekoladą". Ciekawe.

Zoto Kilimamwenza Ituri Province D.R. Congo 75 % Regional Blend Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao  (68% miazga + 7% tłuszcz) z Kongo, z prowincji Ituri.

Po otwarciu poczułam rześki, niemal wodnisty, ale też wyraźnie słodko-soczysty zapach brzoskwiń UFO / ciasteczkowych o delikatnym charakterze. Mieszały się z kwiatowymi ziołami albo mieszanką kwiatów i ziół, z których na pewno wyraźnie wyłaniał się rumianek, łącząc słodycz z lekką cierpkością. Za kwiatami i brzoskwiniami pojawiła się jeszcze bardziej słodko-esencjonalna soczystość chyba świeżych, wielkich moreli i arbuza. Obok tego pojawiły się łagodne, niemal neutralnie-maślane pekany i spokojne, stare jasne drewno.

Twarda czekolada... przybyła do mnie w zasadzie zupełnie połamana, więc nie bardzo miałam, jak ją połamać, jak należy. Gdy jednak przełamywałam jakieś większe kawałki, wydały mi się twardawe i pochrupujące w pełno-masywny sposób. Jak jak zawsze w przypadku Zoto, widać było cienką warstwę, jakby doklejoną na spodzie, ale tym razem - ku mojemu zaskoczeniu - nie odskakiwała.
W ustach rozpływała się wolno, zmieniając się w gęsty, miękki i gładki krem. Była tłusta i zarazem lekko soczysta. Trochę lepka, a końcowo cierpko-suchawa, wręcz taninowa. Zostawiała lekko suchawe wrażenie, które próbowało odciągać uwagę od tłustości.

W smaku najpierw pojawiła się słodycz palonego, chrupko-szklistego karmelu. Goniły go słodko-cierpkawe i rześkie - bo bardzo świeże - kwiaty.

Kwiaty dogoniły karmel, a jego paloność podkreśliła ich cierpkość. Naprzód wyskoczył rumianek i zaczął wśród nich bardzo wyraźnie dominować. Pomyślałam dokładniej o mocnym naparze z koszyczku rumianku.

W tle pojawiły się wodniste owoce... Po chwili rozpoznałam w nich delikatne, słodkawe brzoskwinie ufo / ciasteczkowe. Dołączyły do nich owoce słodsze, wyrazistsze, ale jakby bardzo uważające, by pomóc, a nie przygłuszyć brzoskwinie. Przyszły mi do głowy banany przemieszane z morelami, może jako smoothie. Przemknęła mi w nich jeszcze delikatna, ciężkawo-soczysta cierpkość... Acz owoce ogólnie trzymały się raczej tyłem.

Rumianek trochę się wycofał, wszedł w szeregi całego bukietu ziół i kwiatów. Temu daleko było do jednoznaczności, ale i słodycz, i cierpkawość ewidentnie cały czas czuć. Lekka gorzkość zaczęła rosnąć właśnie poprzez ziołowe napary. Karmel przepychał się trochę z kwiatami - ich przepychanki przełożyły się na ogólny wzrost słodyczy.

Gorzkość nie była jednak tylko ziołowa. Ogólna, lekko palona weszła niezależnie od innych nut. Przechwyciła paloność od karmelu, który zdążył się już całkiem zgubić. Chyba? Nie była jednak wysoka, bo obok znalazły się łagodzące ją orzechy pekan i maslaność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do pekanów dołączyło jasne, stare drewno o bardzo spokojnym charakterze. Wraz z orzechami budowało pewną neutralność w kompozycji. Przy pekanach na chwilę znów zaplątał się karmel jako motyw karmelizowania, jednak zaraz jakoś zniknął.

Słodycz utraciła większość paloności, a ja wyobraziłam sobie ziołowy napar posłodzony miodem. Rumianek z miodem? Rumianek ogólnie przypomniał o sobie i zaczął wracać do gry, sugerując lekką... ostrawość?

Owoce trochę zmieniły swój wydźwięk, jednak dalej nie pchały się na przód. Wciąż czułam w nich wodę i do głowy przyszły mi różne melony i jasny arbuz. Arbuz wręcz trochę kwaskawy...? Do tego brzoskwinie i banany starały się utrzymać. Ogółem jednak owoce przemknęły i znów wycofały się jeszcze bardziej.

Rumianek znowu zaczął przewodzić wśród ziół i za ciosem poszedł dalej: objął władzę nad całą kompozycją. Słodycz przybrała mocno kwiatowo-ziołowy klimat.

Pekany i drewno zrobiły się niemal neutralne, orzechy te zapomniały bowiem zupełnie o karmelu. Doleciała do nich lekka maślaność i razem starały się łagodził cierpką gorzkość o ziołowym charakterze.

Cierpkość jednak zgłosiła sprzeciw, końcowo wychodząc dość mocno. Drewno, nagle bardziej drzewa, jednak wsparły zioła. Te wytoczyły swą cierpkość, pod którą nieoczekiwanie podczepiła się cierpkawość lekko owocowo kwaskawa, jak jasnego arbuza z czymś niejednoznacznym.

Po zjedzeniu został posmak orzechów pekan i rumianku, zestawionych z jasnym arbuzem i wodnistą brzoskwinią ufo, trochę osłodzonych karmelem - znowu palonym. Pozwolił sobie na paloność ze względu na charakterniejsze, wręcz pikantne nuty ziołowo-drzewne.

Czekolada była bardzo ciekawa, jednak dla mnie trochę za mało gorzka, a zbyt spokojnie-neutralna chwilami. Zioła pod przewodnictwem rumianku i drewniano-pekanowe nuty jednak zachwycały i tak. Akcenty owocowe były delikatne - i dobrze, bo akurat brzoskwinie ufo, melonowo-morelowo-arbuzowe nuty mnie nie przekonały. Zwłaszcza, że mowa o owocach wodnistych, arbuzach jasnych. Słodycz ogólnie miała sporo do powiedzenia, mimo że nie była silna. Próbowała ugrać coś a to z palonym karmelem, a to kwiatami, a to bardziej z miodem, ale cały czas się zmieniała. Słodycz i niska gorzkość sprawiły, że obstawiałabym raczej 70% niż 75% kakao. Acz możliwe, że to przez cukier - biały, nie trzcinowy.


ocena: 8/10
cena: €6,95 (za 45g; około 30 zł)
kaloryczność: 621 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier

środa, 16 lipca 2025

Zoto Rugoso Nicaragua 75 % Single Variety Chocolate ciemna z Nikaragui

Choć przy planowaniu degustacji naszło mnie na inną Zoto z tego zamówienia, przy sprawdzaniu recenzji Zoto El Castillero Nicaragua El Castillo, Rio San Juan 70 % Trinitario Blend Chocolate tknęło mnie, że nie mogę przegapić okazji na takie porównanie! Ten sam kraj, ale inny region. Także tym razem firma podała mnóstwo szczegółów. To ich pierwsza ciemna czekolada "single variety" - czyli nawet nie "single origin", chodzi o użycie tylko jednego konkretnego rodzaju kakao. Kakao Rugoso pochodzące z Bocay w Nikaragui fermentowało w skrzyniach przez 5 dni, było 2 razy mieszane. Suszenie trwało 7 dni na otwartym powietrzu na słońcu - ziarna leżały wtedy na drewnianych platformach. Prażenie odbyło się w 130 stopniach C i trwało 18 minut, a mielenie aż 48 godzin. Przepisując to, bardzo obrazowo sobie to wyobraziłam. Pytanie, co ze smakiem?

Zoto Rugoso Nicaragua 75 % Single Variety Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao Rugoso (70% miazga + 5% tłuszcz) z Nikaragui, z regionu Bocay (gór na północy kraju).

Po otwarciu poczułam intensywny zapach śliwek i czerwonych porzeczek, może z odrobiną truskawek, w wydaniu owocowej, duszonej masy o wysokiej słodyczy. Wyobraziłam ją sobie jeszcze gorącą i bulgocącą na ogniu. W tle przewinęły się też świeże owoce - bardzo ciemne jagody, cierpką aronię czułam na pewno, ale chyba i truskawki tam mignęły. W gorąc duszonej masy wpisała się też gorąca, palona melasa. Obok jednak łagodziły ją krówki - niby też trochę melasowe, ale bardziej urocze, a także orzechowo-pralinowy krem. Jego słodycz mieszała się ze słodyczą niemal lukrową, przekładając się na ogólnie dość wysoki poziom słodyczy całości. Wyobraziłam sobie mleczny lukier czy też raczej krem z cukru pudru i serka śmietankowego o nieco... chałwowym zabarwieniu? Mleczną chałwę, acz bez goryczki?

Czekolada była twarda w chrupki sposób. Nawet bardzo. Trzaskała adekwatnie głośno. Jak pozostałe Zoto, trochę się rozwarstwiała przy dzieleniu - na spodzie była jakby "doklejona" cieniutka warstwa.
W ustach rozpływała się gęsto i powoli. Zmieniała się w luźną, miękką, kremową masę. Zaserwowała tłustość i lepkawość. Z czasem zdobyła się na skąpą soczystość, którą wieńczyło cierpko-taninowe ściągnięcie jak po zjedzeniu cierpkich owoców.

W smaku najpierw poczułam słodkie owoce surowo-świeże z nieco kwaskawym echem - przewodziły słodkie truskawki, choć nie były to tylko one... Reszty nie mogłam uchwycić od razu, bo zaczął się prędko zmieniać cały wydźwięk owoców i nasilały się te kwaskawe. Jak się okazało, były to duszone czerwone porzeczki i śliwki. W tym owocowym wątku element duszenia robił się coraz istotniejszy.

Dalej, niezwiązana z nimi pojawiła się soczysta cierpkość aronii i jakiś bardzo ciemnych leśnych czy jagódkowatych w podobnym, a jednocześnie słodszym, tonie.

Po paru chwilach polała się też słodycz zgoła inna, łagodniejsza: krówkowa. Słodkie ciągutki wykazywały mleczność, a z czasem też pewną... paloność? Wyobraziłam sobie krówki melasowe, które powoli zmieniały się po prostu w melasę. Melasę z lekką goryczką.

Gorzkość zawitała do kompozycji poprzez paloność. Była łagodna, ale zdecydowana. Zaserwowała rozgrzaną ziemię i trochę drewna. Suchego drewna z kominka? Rosła spokojnie, ale było w niej coś... władczego.

Owoce spokojnie pobrzmiewały sobie obok. Cierpkość aronii zatonęła, zaniknęła w duszonej strefie. Przemykały, wyłaniały się za to słodsze truskawki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ciepło to zaczęło robić drobne aluzje do ostrości.

Melasa odcięła się od łagodnej słodyczy. Ten wątek miał się nieźle, mimo że krówki się zgubiły. Oto poczułam lukier... jakby chałwowy? Nie taki czysty lukier, a twór... bardziej mleczny... Krem mleczno-chałwowy na bazie cukru pudru? Myślałam o chałwie bez cienka goryczki, mimo że ogólnie gorzkość kompozycji stała na średnio wysoki poziomie. Przez chwilę myślałam, że słodycz zrobi się drapiąca.

Sezam jednak zmieszał się z nutką... zboża? Chmielu? A melasa w tym czasie przemieszała się z duszonymi, ciemno-czerwonymi owocami.

Łagodna słodycz znów wysunęła na przód krem... ale tym razem z kolei wyraźniej pralinowy. Pomyślałam o słodkiej, trochę mlecznej masie na bazie... orzechów laskowych? Kryły lekką goryczkę, którą zaraz podchwycił także sezam. Wreszcie i on dołączył się do gorzkości ogółu.

Owoce mieszając się z melasą zyskały...pikanterię? Zupełnie, jakby duszoną masę ze śliwek i porzeczek, może z odrobiną truskawek, doprawić ostrymi, korzennymi przyprawami z goździkami i anyżem na czele. Ich ciepło, rozgrzewanie zgrało się z gorącą ziemią, która nagle okazała się królować nad wszystkim, i drewnem.

Po zjedzeniu został posmak owoców: czerwonych porzeczek, śliwek, truskawek  duszonych z przyprawami korzennymi - wyraźnie wręcz piekąco-gryzącymi goździkami i anyżem, które spójnie mieszały się z gorącą melasą. Ze względu na łagodność słodyczy, którą zapewnił krem orzechowo-sezamowy, wróciły też melasowe krówki. Charakterniejsza rozgrzana ziemia osiadła z goryczką w tle. Odnotowałam też coś a'la aroniowego, niby cierpkawego, ale nie do końca aronię.

Czekolada była intrygująca i bardzo smaczna. To, jak najpierw pokazały się świeże truskawki, a potem nadciągnęły owoce duszone (czerwone porzeczki, śliwki), końcowo w ogóle wzbogacone o korzenną pikanterię przełożyło się na dynamikę kompozycji. Podobnie słodycz, mimo cały czas łagodnego, podobnego charakteru, ciągle się zmieniała - od krówek przez lukier i krem chałwowy po krem orzechowo-pralinowy. Obok czuwała melasa, by nie zrobiło się za łagodniusio. Kwasek był znikomy, gorzkość średnio-niska, ale zapewniająca powagę i wytrawność. Ziemia i trochę drzew, zbożowość z mlecznymi akcentami wystąpiły w harmonii.

Złożona słodycz, która w Zoto El Castillero Nicaragua El Castillo, Rio San Juan 70 % Trinitario Blend Chocolate przytłaczała, w dzisiaj przedstawianej była nieco inna. Wspomniana to miód, chałwa, banany, winogronowa melasa, a więc nuty, które samo w sobie miały wiele dopowiedzenia. Dzisiejszej się tak nie rządziły. Goryczkowaty sezam, ziemia i orzechy włoskie wspomnianej jako tako przypominały nuty dzisiaj przedstawianej, tak jak pieczone winogrona kojarzyły się z duszonymi śliwkami i porzeczkami dzisiejszej. Słodkie gruszki, banany i kwiaty wspomnianej umocniły jej słodycz. W dzisiaj przedstawianej było mniej słodkich elementów, więc te charakterniejsze miały większe pole manewru.


ocena: 9/10
cena: €6,95 (za 45g; około 30 zł)
kaloryczność: 616 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier

czwartek, 19 czerwca 2025

Zoto El Castillero Nicaragua El Castillo, Rio San Juan 70 % Trinitario Blend Chocolate ciemna z Nikaragui

Belgijska, rodzinna firma Zoto z każdą kolejną tabliczką coraz bardziej urządzała się w moim sercu do tego stopnia, że jedno z moich zamówień z Chocoladeverkopers zawierało czekolady prawie tylko tego producenta. Wybrane wydawały się bardzo, bardzo obiecujące, że gdy już je miałam, nie wiedziałam, od której zacząć i w końcu pomogłam sobie datami. Padło na tę z kakao z Nikaragui. Przy niej sobie pomyślałam, że to moja pierwsza ciemna Zoto o tak niskiej - zarazem typowej - zawartości kakao. Ach, marka przyzwyczaiła mnie już do moich ulubionych, wyższych zawartości! Z opisu producenta dowiedziałam się, że to blend różnych ziaren trinitario z Nikaragui. Wszystkie one fermentowały w skrzyniach typu kaskadowego po 650kg przez 6 dni, w ciągu których obracano je 3 razy. Pierwsze suszenie trwało 48 godzin w 10 centymetrowym "tunelu słonecznym" ("solar tunnel" - zgooglałam, ciekawie to wygląda), a właściwe 7 dni też w tunelu, ale... na drewnie? Drewnianym?  Przy tej czekoladzie aż mnie tknęło, że to aż dziwne, że w zasadzie podają tak sporą część receptury. Ale co tam - ja i tak nie mam zamiaru powtórzyć tego, a zjeść, rozkoszując się.

Zoto El Castillero Nicaragua El Castillo, Rio San Juan 70 % Trinitario Blend Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao trinitario (68% miazga + 2% tłuszcz) z Nikaragui, z departamentu Rio San Juan, z wioski El Castillo.

Po otwarciu poczułam nie za mocno paloną melasę i bardzo słodkie gruszki. Do głowy przyszły mi charakterniejsze odmiany: rześka nashi i soczyście-kwaskowata deserowa. Mieszały się z suszono-soczystymi daktylami, które zapewniły soczystszym owocom spójność z melasą. W niej ukryło się coś chłodnego (anyżo-lukrecja?). Jakby jeszcze słodyczy było mało, przemknęła mi chałwa z orzechami i białe kwiaty. Soczystość gruszek wiązała się w dodatku z echem bananów i czegoś niejasnego, czerwonego... Poziomek? Ogół był bardzo słodki i soczysty, ale jednocześnie trochę ciężkawy.

Tabliczka w dotyku wydawała mi się wręcz lepko-tłusta. Obiecywała kremowość i właśnie tłustość, a mimo to była przepotężnie twarda. Trzaskała głośno.
Jak każda Zoto, dziwnie się rozwarstwiała - na spodzie była cieniutka warstwa, którą spokojnie da się oddzielić. W tej szczególnie dawało się to we znaki - odpryskiwała przy łamaniu.
W ustach rozpływała się powoli, bardzo gęsto. Miękła, gięła się, luźno zachowując kształt i roztaczała wszędzie lepko-kremowe smugi. Była maślano tłusta i leciutko soczysta.

W smaku najpierw poczułam wysoką, ale łagodną na wydźwięk, słodycz miodu. Trwał tak ze dwie-trzy sekundy, po czym nie było to już takie oczywiste, czy to aby na pewno miód. Już raczej płynny karmel...? Zdawał się gęstnieć i palić coraz mocniej... stając się melasą. Dość ciężko-słodką.

Kontrastowo w oddali przemknęła soczystość. Konkretów jednak nie mogłam uchwycić, ale od razu czuć, że miała tendencję wzrostową. Zawisła nawet pewna obietnica kwasku.

Wkroczyła subtelna, szlachetna gorzkość. Zarysowała wizję mocno orzechowej - z orzechami włoskimi? - chałwy. Miód, nie chcąc odpuścić, nakierował ją na chałwę miodową. Zaznaczyła się też goryczka prażonego sezamu, oleju sezamowego, po czym zaczęła ją łagodzić mleczność. Chałwa została wkomponowana w mocno mleczne lody; jakiś lodowy chałwowy deser.

Słodycz rosła, mając w sobie coś piekącego. Przemknęło mi przez myśl, że może to jakiś ostrzejszy miód, ale po chwili soczystość się nasiliła i przedstawiły się daktyle. Suszone, ale bardzo wilgotne i soczyste, którym blisko do świeżych.

Do mlecznego łagodzenia mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołożyły się też białe, delikatne kwiaty. W soczystości zawalczyły owoce niemal kwiatowo-słodkie... Poziomki? I jasnofioletowo-czerwone winogrona? Zdobyły się na odrobinkę kwasku, po czym zaczęły zmieniać się w bardziej słodko-egzotyczne... Brzoskwinie UFO / ciasteczkowe? O lekko rześkim, choć jakby kwiatowo-rozwodnionym charakterze. Mleczność zasugerowała jakiś mleczno-owocowy koktajl z nimi, ale na bazie... bananów?

Daktyle podszepnęły melasie winogronowe pochodzenie. Przypomniała mi się pasta pekmez (np. Koska Findik Pureli Tahin Pekmez Tahini & Grape Molasses with Hazelnut Puree), a więc winogronowa melasa z pastą z sezamu i miazgą z orzechów. Zasładzająca, ale w porywach możliwe, że i skrycie soczysta.

Kiedy słodycz podłapała bardziej soczystość, niemal kwiatowe owoce przedstawiły się jako gruszki. Słodkie, ale z leciuteńkim kwaskiem, np. nashi, deserowe. Obok zjawiły się soczyste, choć też bardzo słodkie dojrzałe banany (już jako owoce, nie składnik koktajlu). Ich słodycz mknęła przed siebie. Acz nagle... poczułam się, jakbym jedząc brzoskwinię UFO zahaczyła zębami o pestkę.

Gorzkość przypomniała o sobie. Melasa zaczęła się przypalać i... nagle gorzkość aż uderzyła. Dym poganiał się nawzajem ze spalenizną. 

Soczystość nie wystraszyła się, a ukazała mi... pieczone winogrona czerwone? Przyprawione czymś ciężkim (pieprzem?) i tak, że z odrobiną ostrości obok? To zaś wydobyło kwaśność owoców. Niską, bo niską, ale jednak.

Nagle tę paloność i gorycz osłodziła, ochłodziła lukrecja. Przejęła wszelkie pieczenia, drapania i dopuściła do siebie ziemisty akord. 

Po zjedzeniu został posmak przypalono-melasowy, mieszający się zarówno z wysoką słodyczą, jak i goryczką. Czułam więc karmel, banany, brzoskwinie UFO i lody mleczne, może i chałwowe, ale też sezam, orzechy włoskie z lekką goryczką. Niby wpisane w słodycz, ale wzbogacające ją o głębię. Słodka soczystość nieokreślonych już owoców czerwonych mieszała się z soczystością ciężką, trochę daktylową. Było w tym coś pikantnie-drapiącego, nawet lekko cierpkiego - jakby... miód z lukrecją?

Czekolada smakowała mi, mimo że trochę przytłaczała mnie jej złożona słodycz. Na szczęście gorzkości przypalenia, dymu też nie brakowało. Przeplatała się też goryczka sezamu, charakterniejsze orzechy włoskie, a na końcu ziemia. Słodycz w dużej mierze była melasowa, potem bardziej winogronowo-melasowa, ale choć było mi jej trochę za dużo, nie wyszła tak strasznie ciężko. Dobrą robotę zrobiły owocowe akcenty gruszek, bananów oraz odrobina poziomek i pieczonych winogron. Nie było bardzo owocowo czy kwaśno, ale rześkawo. Chałwowe lody i kwiaty mnie zachwyciły i trochę żałuję, że to one, a nie melasa nie grały pierwszych skrzypiec.

Winogrona (ale inne) i daktyle, coś czerwonego (bardziej wiśnie), karmel, lody i chałwę czułam też w Kaitxo Speciality Chocolate Nicaragua El Castillero, Rio San Juan 75%, jednak ona przekonała mnie bardziej ze względu na porządną nutę czarnej herbaty, idealnie pasującą do tej słodyczy.
Kwiaty wodne, lukrecja, syrop daktylowy Puchero Chocolate Nicaragua 70 % El Castillero Single Origin w połączeniu z jej ziemistością w ogóle były obłędne.
Zoto niestety jakby zrezygnowała z części charakterności na rzecz mieszaniny słodyczy. Tyle cukru białego na 70% kakao jednak sprawiło, że uznałam ją po prostu za bardzo dobrą, nie zachwycającą etc.


ocena: 8/10
cena: €6,95 (za 45g; około 30 zł)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier

środa, 2 kwietnia 2025

Zoto Peru Ganzo Qori Warmi Cusco 75 % Dark Chocolate ciemna

Belgijską markę Zarkę Zoto zdążyłam pokochać już na dobre, więc myśląc o kolejnych większych czekoladowych zakupach robiłam rozeznanie, gdzie jakie niepróbowane dotąd ich tabliczki mogę zdobyć. Jedna amerykańska stronka, na której zakup zleciłam komuś z rodziny, miała w ofercie nieznaną mi czekoladę. Była jednym z głównych motywatorów, by sprawę ruszyć w ruch. Z tego, co już po degustacji poczytałam na stronie producenta, dowiedziałam się, że za pośrednictwem organizacji  Lutheran World Relief Zoto pomaga farmerom kakao z Qori Warmi w ramach projektu MOCCA, czyli aby usprawnić agrokulturę w regionie. Chyba że powinnam napisać "farmerkom", bo kooperatywa Qori Warmi zrzesza właśnie je - wszak "Qori Warmi" znaczy "kobiety są warte złota w języku keczua.

Zoto Peru Ganzo Qori Warmi Cusco 75 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao Yunga (68% miazga + 7% tłuszcz) z Peru, z regionu Cusco.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach ziemi, mieszającej się z kwaśną lemoniadą marakujowo-cytrynową. Czułam też słodycz kwiatów, w dużej mierze różanych, ale niekoniecznie samych róż, a także karmelu. W oddali doszukałam się jeszcze kwaskawych truskawek liofilizowanych, a całą tą soczystość kwaśnych owoców łagodziła nuta... delikatnego, słodkiego mleka bananowego? Za motywem banana pojawiło się jeszcze... trochę pleśni? Do głowy przyszło mi orzechowawe, zapleśniałe awokado hass i ziemia.

Mała tabliczka wykazywała twardość i masywność. Przy łamaniu sprawiała wrażenie nieco kruchej.
W ustach rozpływała się powoli i kremowo. Długo zachowywała zbity kształt, choć miękła. Gęstość stała na średnim poziomie, podobnie zresztą jak jej tłustość. Początkowo skąpa soczystość z czasem znacząco się rozkręciła. Zmieszała się jednak z pylistym efektem. Końcowo lekko ściągała.

W smaku najpierw poczułam bardzo słodkie banany... Banany liofilizowane? Z pewną suchością smakową. Zaraz jednak zmieniły się w słodkie mleko bananowe, za którego sprawą wydały mi się nieco rozmyte.

Gorzkość wkroczyła powoli, dając znać, że ma wiele do powiedzenia.

W tym czasie jednak mleko wprowadziło jeszcze więcej słodyczy... I mleka karmelowego? Kajmaku?

Słodyczy dołożyły też kwiaty. Jakieś... róże-nieróże. Niby róże, ale nie tylko i niezupełnie. Na pewno też jakieś inne, ale podobnie słodko-ciężkawe, a zarazem... chowające w sobie kwasek? Delikatna goryczka zasugerowała szlachetne, mocno kwiatowe kadzidełka. Mimo wszystko, ich charakter był głównie słodki. I trochę wręcz... waniliowy?

W tle zaznaczyła się obietnica egzotycznego kwasku. Wpisanego jednak w słodycz... Może... dojrzałego do miękkości kiwi golden?

Gorzkość wzrosła, pokazując się jako bardzo pewna siebie, ale nie jakoś szczególnie siekierowa. Podkreśliła ją czarna ziemia. Ziemia, kojarząca się z mglistą, jesienną scenerią. Kwiaty z ochotą podchwyciły ten klimat.

Karmel zrobił się wyraźnie palony, a jego słodycz bardziej zgaszona. Zagłuszył słodkie banany prawie zupełnie. Odnotowałam za to... przebłyski mango? Słodycz lekko wzrosła w karmelowym kontekście, po czym trochę się wycofała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa porządnie umocniła się za to ziemistość, ale nadal nie była to siekiera. Doleciała do niej łagodząca ją nieco nutka orzechowa.

Nagle wyobraziłam sobie krem orzechowy - z niejednoznacznej, ale na pewno łagodnej mieszanki orzechów - ze sproszkowanymi bananami. O, te walczyły o siebie głównie słodyczą.

Owoce wreszcie zdecydowały się spełnić obietnicę kwasku i na zasadzie kontrastu, przybyła marakuja. Pokazała się z soczyście-egzotycznej strony, po czym wpisała się w lemoniadę cytrynowo-marakujową. Naturalną, ale znacząco słodką. Cytrynę niby więc czuć, ale w bardzo słodkim wydaniu.
Za nimi zaś... chyba przemknęła mi raz po raz nutka liofilizowanych truskawek i... niezbyt podobnego do swoich zielonych braci, kiwi czerwonego i/lub golden? Przy nich ostała się też odrobinka bananów i chyba mango. Owoce jak już się pokazały, wyraźnie pobrzmiewały do końca.

Po owocowym debiucie gorzkość też wydała mi się mocarniejsza. Do ziemi dołączył dym, ale jako taki nie utrzymał się za długo, oddając kwiatowe kadzidełka, "dymne kwiaty".

Banany zgubiły się zupełnie w orzechowej toni, a mleczny akcent należał już nie do mleka bananowego, a czekoladowo-orzechowego. Z orzechów wyklarowała się końcowo mieszanka łagodnych, maślanych nerkowców i makadamia. Może jako lekko cierpkawy od dodatku kakao, ale też słodki - od wanilii? - krem orzechowo-czekoladowy?

Po zjedzeniu został posmak marakui, zmieszanej z silną słodyczą karmelu, charakterną ziemią i kwiatami w nieco dymnym wydaniu. Czułam też trochę cytryny i motyw liofilizowanych owoców - powiedziałabym, że kwaskawych, egzotycznych, ale w sumie niedookreślonych. Zaznaczyła się też cierpkość marakui i kiwi.

Czekolada była pyszna i ciekawa. Początkowo nic nie zapowiadało tak bogatej, soczystej kwaśności jaką z czasem zapewniła marakuja i lemoniada cytrynowo-marakujowa. Ziemistość, kwiaty, przechodzące w dym z kwiatowych kadzidełek, delikatne akcenty bananów, mleka bananowego i kremu orzechowo-bananowego, z czasem po prostu orzechów nerkowca i makadamia zapewniły zarówno nuty dosadne, jak i łagodniejsze - zacnie się wyważyły. A jednak słodycz chwilami za bardzo mi doskwierała, pchała się na pierwszy plan.

Trochę skojarzyła mi się z nieco okrojoną z innych owoców, ale na pewno z marakują i cytryną Maychoco 70 % Cacao de Cusco - Peru, w której obok soczystości pojawił się nabiał, karmel i dym.


ocena: 8/10
cena: €6,95 (za 45g; około 30 zł)
kaloryczność: 317 kcal / 100g (tak jest napisane na opakowaniu, ale obstawiam, że może to być błąd i 317kcal jest w opakowaniu, czyli 45g)
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier

niedziela, 20 października 2024

Zoto Duo Fermentation Box Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72 % ciemna z Ugandy fermentowana w drewnianych skrzyniach

Niektórzy producenci na opakowaniach podają sporo szczegółów odnośnie swoich czekolad. Czasem pojawia się informacja o tym, jak fermentowały ziarna. Na podstawie tych opisów wysnułam, że gdy kakao fermentowało w drewnianych skrzyniach, jest to coś, czym warto się pochwalić. Gdy trochę nad tym pomyślałam, mając w komodzie dwie tabliczki do porównania z różnym sposeb fermentacji, doszłam do wniosku, że prawdopodobnie mogłoby to... wydobyć z czekolady bardziej drzewne nuty? A jako że takie lubię, stworzoną z kakao fermentowanego w drewnianych skrzyniach, zostawiłam na kolejny dzień.

Zoto Duo Fermentation Box Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72% to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao Mwena (67% miazga + 5% tłuszcz) fermentującego w drewnianych skrzyniach z Ugandy, z regionu Bundibugyo.

Po otwarciu poczułam słodkie, bardzo leciutkie czerwone wino, przechodzące w jeszcze słodszy, w dodatku dziwnie delikatnie alkoholowy, miód pitny. A także wino o nutach... truskawek? Truskawkowego Wina? Pojawiła się w nich szczypta korzennych, raczej ciepłych niż ostrych przypraw. Wśród nich wystąpiła wanilia i trochę ziół. Słodycz ogólnie w dużej mierze przybrała miodowy profil, a mi do głowy przyszedł miód z miętą. Mowa o miodzie kwiatowym, jako że i same kwiaty się zaznaczyły. Zarysowały się też łagodne, lekko prażone orzechy, a hen, w oddali soczystość truskawek i uroczo słodkich... poziomek?

Tabliczka była masywna i twarda. Przy łamaniu trzaskała głośno i krucho.
W ustach rozpływała się ochoczo, ale bardzo powoli. Była kremowa i miękko-zbita. Mimo to, nie wyszła specjalnie gęsto, a gęsto przeciętnie. Jej tłustość wyszła maślano, ciężkawo, ale z czasem pojawiała się soczystość i ciężkość znikała. Czułam za to lekko ziarnisty element, który ze względu na nuty smakowe, kojarzył się trochę ze skrystalizowaniem się miodu. Pod koniec robiło się za to trochę suchawo.

W smaku przywitała mnie słodycz miodu. Miodu wielokwiatowego, wzmocnionego słodkimi, jasnymi kwiatami. Mimo że słodycz miała zapędy imperatywne i ciężkawe, wręcz dotkliwe, kwiaty zadbały o pewną lekkość... "żywość". 

Zaraz do kwiatów podkradło się trochę świeżych ziół, a za miodem wychwyciłam owocowe przebłyski bardzo słodkich, suszonych owoców. Mimo wręcz esencjonalnej słodyczy, było w nich coś z soczystości. Przez myśl przemknęły mi truskawki - liofilizowane?

M.in. poprzez ziołowość, ale nie tylko, wkroczyła gorzkość. Niby przedstawiła się jako łagodna, ale swoje pokazała. Obok niej płynęła orzechowa nuta. Ta już była znacznie łagodniejsza. Pomyślałam o lekko podprażonych orzechach pekan. Przewijały się też inne, ale pekany dominowały swym naturalnie maślanym smakiem. Zioła przy tej orzechowości poszły w trochę drzewnym kierunku.

Zioła także przemyciły do słodyczy odrobinę przypraw, w tym cynamonu. Zrobiło się ciepło. Także do orzechów podkradło się więcej raczej ciepłej słodyczy i przełożyło się to na myśl o karmelizowanych pekanach.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przyprawy pokazały mi się jako korzenne, ale jedynie ciepłe, nie ostre. Zaraz zniknęły, pozwalając, by ciepły wątek pociągnęło... bardzo słodkie wino czerwone? Takie, co to niby zrobiło chwilową aluzję do kwasku owoców, ale na kwaśność sobie nie pozwoliło. Jego słodycz uwypukliła wanilia. Przypomniała o kwiatach. To było jakbym wypiła wino truskawkowe lub o nutach truskawek, które pod natłokiem waniliowych i kwiatowych akcentów na moment aż zapomniało o alkoholowości...

O tym jednak przypomniał miód pitny. Też z odrobinką ciepłych przypraw, które z czasem prawie zupełnie wyeliminowały alkoholowość. Ogólnie wróciła wyrazista miodowość miodu wielokwiatowego.

Kwiaty czmychnęły przed rosnącym ziołowym bukietem. Wymknął się spośród drzew. W ziołach czułam sporo goryczki, ale też rześkość, niemal chłód. Pomyślałam o mięcie pieprzowej. Na chwilę pokazała pazurki, po czym trochę się uspokoiła, mieszając się z miodem. A ten wlał się się w inne zioła, wśród których przemknął lekki kwasek. Słodko-kwasek.

W oddali odnotowałam jeszcze lekką soczystość dojrzałych truskawek i... wina poziomkowego? Zaraz jednak zniknęło w słodszym splocie ciepłego cynamonu i wanilii, do których dołączyły orzechy pekan. Tych trzymały się drzewa i lekkie napary, drobna gorzkawość. Napary z miodem? Echo mięty pieprzowej i ziół ułożyły się w specyficzną goryczkowatą świeżość, a coś zahaczało o sugestię kwasku.

Po zjedzeniu został posmak wanilii, a w zasadzie mocno waniliowo-kwiatowego, słodkiego wina i miodu z kwiatami; miodu wielokwiatowego. Ostało się także echo truskawek. Pojawiła się cierpkość ziół z naciskiem na miętę pieprzową, ziołowa świeżość, rześkość i echo łagodnych orzechów.

Całość wyszła interesująco i smacznie, choć ryzykownie słodko. To, jak cały czas przeplatał się miód z kwiatami, miód kwiatowy, a potem dołączyła do tego wanilia było zacne, szlachetne, ale wolałabym, by obok stanęła o wiele mocniejsza gorzkość. Ta ogólnie wyszła łagodnie. Trochę drzew, orzechy pekan i sporo ziół stanowiły kontrapunkt do cały czas narastającej słodyczy. Nawet przebłyski soczystości wyszły słodko jako słodkie, przyprawione na słodko (głównie cynamonem), wino i poziomki, trochę truskawek. Przyprawy uderzyły w słodycz i korzenne ciepło. Mimo to, rześkość kwiatów i ziół, zwłaszcza mięty, też miały sporo do powiedzenia. A jednak koniec końców czułam trochę przesyt miodowymi nutami.

W zasadzie Zoto Duo Fermentation Heap Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72 % była podobna, ale o wiele w niej więcej kwasku. Wyszła... dosadniej? Miała ostrzejsze pazurki, że tak powiem. To przyprawy, goryczka przypraw i koniak, wiśniowy alkohol, suszone figi jakoś bardziej mnie chwyciły. Dzisiaj przedstawiana wydała mi się nieco za mało gorzka do takiej słodyczy. Potwierdziło by się więc, że fermentacja na stercie pozostawia pewną dzikość, bliżej takiemu kakao do surowości, a ze skrzynek było ugłaskane (a nie drzewne jak obstawiałam). Obie jednak były pyszne i interesujące, a takie porównanie to w ogóle coś wspaniałego.


ocena: 9/10
cena: €13,95 (około 60 zł za zestaw 2 tabliczek po 45g)
kaloryczność: 309 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao 67%, tłuszcz kakaowy 5%, cukier

sobota, 19 października 2024

Zoto Duo Fermentation Heap Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72 % ciemna z Ugandy fermentowana na starcie

Kocham różnego rodzaju porównania, więc gdy dostrzegłam na stronie sklepu duet tabliczek marki Zoto, która już porządnie zapisała się w moim sercu i pamięci, musiałam kupić. Zaintrygowały mnie nieziemsko, bo jeszcze takiego porównania nie miałam okazji zrobić. Regiony to najoczywistsze porównywanie, temperatura prażenia czy sposób konszowania to kolejne możliwe opcje, ale... sposób fermentowania ziaren? A przecież to właśnie fermentacja ma kolosalny wpływ na końcowy efekt. Poprzez ten proces można wydobyć pewne nuty, inne zaś wyciszyć - jak zamarzy się czekoladnikowi! Właśnie tym pobawiła się marka Zoto, obrabiając ugandyjskie kakao na 2 sposoby. Jej twórcy postanowili pokazać różnicę, jak smakuje czekolada z kakao, które fermentowało w skrzyniach (w sumie 350 kg), a jak luzem bez skrzyń, na dużej stercie (ważącej 120 kg). Użyli kakao producenta Chocolatoa. I jedne ziarna, i drugie fermentowały przez 7 dni i były 3 razy przewracane / mieszane. Suszenie wstępne trwało 24 godziny, suszenie na słońcu 6 dni pod filtrem przeciwsłonecznym, a pieczenie 25 minut w 120 stopniach. Jako że nigdy nie spotkałam się z opisami, że kakao fermentowało na wielkiej stercie bez pudeł, uznałam, że może być mniej cenione. A jednocześnie... ingerencja człowieka była mniejsza, więc może zachowało więcej nut i klimatu regionu? Idąc tym tropem, uznałam, że to właśnie czekolada z kakao fermentowanego na wielkiej stercie bez pudełek, pójdzie jako pierwsza. Z tego, co poczytałam, Mwena to chyba nazwa własna tego konkretnego kakao od eksportera Semcu

Zoto Duo Fermentation Heap Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72% to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao Mwena (67% miazga + 5% tłuszcz) fermentującego na dużej stercie z Ugandy, z regionu Bundibugyo.

Po otwarciu poczułam zapach kwaśno-słodkich, bardzo ciemnych wiśni, zestawionych ze słodkimi kwiatami i suszonymi figami. Złociste figi także wiśniom podszepnęły lekką suszoność. Część słodyczy odleciała w karmelowym, ale dziwnie ciężkim, wręcz alkoholowym kierunku. Obok pojawiła się wyrazista skoszona trawa, wprowadzająca rześkość i wręcz wilgoć. Pewien chłód? W tle pojawiły się spokojne orzechy, które wszystko to zgrały. Czułam brazylijskie i fistaszki - raczej prażone - oraz młodziutkie, świeże włoskie.

Twarda tabliczki podczas łamania wydawała głośne, jakby nieco kruche trzaski. Przekrój sugerował ziarnistość.
W ustach rozpływała się średnio i średnio powoli. Utrzymywała zbitość niemal do końca, ale dała się poznać jako miękka. Usta oblepiała w stopniu minimalnym, choć pokrywała podniebienie lekką, soczystą mazią. Była maślano-kremowa i aksamitna, a także coraz bardziej soczysta. Pod koniec zrobiła się lekko pylista i znikała bardzo rzadko, zostawiając lekką suchość.

W smaku pierwsze wystrzeliły słodkie, suszone, miękkie figi o złotym kolorze oraz kwiaty. Pomyślałam o delikatnych, białych i... przechodzących bardziej w ziołowe klimaty? Figi miały wręcz miodowy charakter, acz i przebłysku marginalnej soczystości się w nich doszukałam.

Przy słodkich, delikatnych kwiatach pojawił się rumianek, który wprowadził lekką goryczkę (mimo że sam też był trochę słodki), a część słodyczy przejął nieśmiały karmel.

Figi w tym czasie... zrobiły się jeszcze esencjonalniej słodkie. Suszone i... duszone w miodzie? Miodzie pitnym z odrobiną korzenności? W słodycz wkradła się ciężko słodka alkoholowość. Początkowo jeszcze niedookreślona, ale coraz wyraźniejsza i niewątpliwie trochę rozgrzewająca. Pomogła jej odrobina przypraw korzennych.

Na zasadzie kontrastu, do kompozycji dołączyła skoszona trawa i młode, zielone listeczki na drzewach wiosną. Rośliny naniosły jakby wilgoć - rosę? Wiosenną mżawkę? W motywie trawy przemknął delikatny kwasek, który zapowiedział soczystość czerwonych owoców.

Goryczka przybrała na sile. Po ustach rozeszła się gorzkość jakby trochę hamowana prażeniem. Poprzez nie, a także poprzez duszono-alkoholowe ciepło wkroczyły orzechy. Pomyślałam o pieczono-prażonych orzechach brazylijskich i arachidowych. Za nimi narosła gorzkość, prezentując się z dość mocnej (ale nie dominującej), zdecydowanej strony. Pojawiło się też trochę orzechów włoskich, ale z kolei kontrastowo świeżych surowych i młodziutkich, a więc słodkich. Choć w charakterniejszy sposób.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwasek nasilił się, idąc w zdecydowanie soczystym kierunku. Błysnęły poziomki, a tuż za nimi czereśnie. Czereśnie utrzymały się nieco dłużej. Pomyślałam o charakternej, niemal winnej odmianie kordia, po czym zmieniły się w wiśnie. Wiśnie... słodkie i miejscami podsuszone?

Słodycz w tym czasie niby próbowała uderzać na karmelową nutę, acz ciepło sugerowało jej raczej przyprawy. Czułam rozgrzewanie - kontrastowo do rześkości i świeżości coraz mocniejsze. Przewinął się niemal karmelowo słodki, ciężki alkohol - koniak? Whisky?

Owoce doleciały do alkoholu i to było to - wiśniowy koniak! Po chwili zaczął zmieniać się w lekko bądź w ogóle złudnie alkoholowy syrop wiśniowy z kwiatami. Najpierw piekł nieco alkohol, potem taka wręcz skondensowana słodycz, ale była zrozumiała, a nie męcząca.

Z orzechów ostały się świeże włoskie. Stanęły na czele wątku właśnie świeżego. Wyobraziłam sobie kwitnące drzewka wiśniowe i czereśniowe, a także wczesnowiosenny wietrzyk. Wręcz chłód? Drzewka jakby wystraszyły się lekkich przymrozków, które wprowadziły eukaliptusową nutę.

Po zjedzeniu został posmak wiśniowego... mało alkoholowego koniaku? Syropu o alkoholowym charakterze, ale bez alkoholu? I suszonych fig o niemal miodowym charakterze. O kwasek zawalczyły nie tylko wiśnie, ale też wielkie, bardzo ciemne czereśnie. Pomógł im chłodno-słodki eukaliptus i mnóstwo kwiatów. Wyszły ciężkawo-słodko, jak by chodziło o syrop z nich, jednak ogół nie był taki jednoznacznie ciężki. Tu pomogła roślinna wilgoć, kwitnące drzewka i neutralniejszy rumianek.

Całość była bardzo intrygująca i smaczna. Połączenie ciężko-rozgrzewających, słodkich nut z rześkimi i jakby wręcz wilgotnymi wyszło genialnie. Słodkie figi, niemal miód i kwiaty, trochę ich cierpkości, goryczki dopuściły do głosu kwasek czerwonych owoców, ale i on wpisał się w słodycz. Alkoholu - koniaku? miodu pitnego? - i syropu. Czułam głównie wiśnie, ale też poziomki i czereśnie. Orzechy prażone, potem świeższe włoskie, dobiegający karmel i eukaliptus ze skoszoną trawą i młodymi drzewkami, wczesna wiosna - ach, jaki to miało cudowny klimat! Urzekający w sposób poważniejszy, uwodzicielski, ale z dozą figlarności. Gdyby nie przytłoczyła mnie trochę słodyczą, bez trudu zdobyłaby maksymalną ocenę.

Sok wiśniowy i suszone wiśnie, poziomki, figi, końcowe rozgrzewanie, ogólna rześkość Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao w zasadzie były podobne. 
Pikantny miód, trochę drzew, rześkość, lekki kwasek wiśni, ale przede wszystkim lukrecjowość / anyżowość Prime chocolate bean-to-bar Uganda Semuliki Forest 70 % zgrywały się z nutami Zoto - ta alkoholowość i rozgrzewanie, a potem chłód eukaliptusa dały w sumie podobny klimat.


ocena: 9,5/10
cena: €13,95 (około 60 zł za zestaw 2 tabliczek po 45g)
kaloryczność: 309 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarna kakao 67%, tłuszcz kakaowy 5%, cukier

sobota, 6 lipca 2024

Zoto Ecuador Yunga Fortaleza del Valle EET103 Manabi 80% Dark Chocolate ciemna z Ekwadoru

Po dwóch zjedzonych, przepysznych czekoladach tej marki, zacierałam ręce na ostatnią. Wyższa zawartość kakao obiecywała przeogromny zachwyt. Tę wykonano z kakao Yunga z Ekwadoru. Gdy tylko zobaczyłam ją na stronie sklepu z czekoladami i przeczytałam opis o tym, jak mocna i bardzo czekoladowa jest, poczułam, że to tabliczka dla mnie. Zaciekawiło mnie, do czego odnosi się nazwa "Yunga". Na stronie było, pod tą nazwą, że "wyprodukowane zgodnie z protokołem Zoto", czyli to chyba jakby nazwa własna kakao wyhodowanego z wytycznymi marki Zoto. Region był określony dokładniej. To Manabi, z którego jadłam parę pysznych czekolad, ale jeszcze nigdy o tak wysokiej zawartości kakao, a raczej 60-75%. W opisie tabliczki doprecyzowano, że kakao o nazwie Yunga kupiono od producenta Fortaleza del Valle, a przy regionie po przecinku znalazło się jeszcze: "EET103". Pojęcia jednak nie mam, co to oznaczenie oznacza.

Zoto Ecuador Yunga Fortaleza del Valle EET103 Manabi 80% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao Yunga (73% miazga + 7% tłuszcz) z Ekwadoru, z regionu Manabi.

Po otwarciu poczułam słodką, soczystą nektarynkę z lekkim kwaskiem, a także trochę słodkawo-kwaskawej śmietanki. Obok stała słodycz kwiatów, która raz wydawała się wychylać bardziej, raz słabiej. Poczułam trochę ziemi... jakby orzechowy torf? Konkretnych orzechów uchwycić nie mogłam. W tle za to rozeszło się jednoznaczne, ale łagodne stare drewno, nasuwające na myśl skansen z drewnianymi chatami. Do tego trochę popiołu i chowające się w oddali rodzynki, cytrusy (raz czy drugi do głowy przyszła mi "goryczkowata grejpfrutowa cytryna", ale nie cytryna czy grejpfrut po prostu) - dosłownie jako leciuteńkie wtrącenia.

Tabliczka, choć wyglądała na pylistą, w dotyku zdradzała kremowość i twardość. Przy łamaniu trzaskała głośno i konkretnie. Była twarda, ale i nieco krucha. 
W ustach rozpływała się wolno. Była bardzo gęsta i kremowa. Miękła i zalepiała usta, dając się poznać jako maślana, ale nie przesadnie tłusta. Mimo że dość ciężka, okazała się soczysta. 
 
W smaku pierwsza rozeszła się słodycz, jak się okazało już po chwili, lekko palonego karmelu. Zaraz dołączyła do niego soczystość, więc zaczął przechodzić w rodzynki. Mocno słodkie, ale i z lekkim kwaskiem. 

Błysnęła maślaność - jakby jakieś maślane orzechy, orzechowa maślaność, która nawet nie myślała zbliżyć się do karmelu. Już, już zaczęło to iść w stronę śmietanki... Gdy nagle przycichło i prawie się ukryło. Podobnie potem karmel sam w sobie schował się na dłuższy czas.

Przemknął za to popiół. Wprowadził gorzkość, a także drewnianą nutkę. Drewno nasiliło się, pokazując mi stare, drewniane chaty; skansen. Chaty stały na ziemi, której to nuta też zaczęła przybierać na sile.

Część słodyczy przechwyciły kwiaty. Rześkie, ale intensywne i bardzo słodkie. Nieco przykryły mocniejsze drewno, przy którym wychyliło się trochę orzechów. Znowu pomyślałam o orzechowej ziemi przez moment, ale potem orzechy wprowadziły trochę łagodności. Na pewno były to jakieś łagodne, ale trudne do określenia (producent pisze o makadamia - możliwe, choć nie powiedziałabym, by były to jednoznacznie one).

Soczystość za to rosła odważnie i jednoznacznie. Przemknęła soczysta goryczka czegoś niby cytrusowego, ale niekoniecznie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam słodkie nektarynki. Bardzo, bardzo soczyste, acz nie dominujące. Podkradło się do nich chyba... średnio dojrzałe mango? Kwiaty jakby pilnowały, by owocowe nuty nie zdobyły pierwszego planu, gdzie panował łagodny splot drewna, kwiatów i ziemi.

Coś z oddali zaczęło upraszać się o kwasek... Może trochę cytryny? I... żółte śliwki? Soczyste owoce zmotywowały do działania ziemię. Przy niej owoce nabrały nieco powagi - pomyślałam o słodkiej cytrynie i cytrynie grejpfrutowej (abstrakcyjne myśli). Może w sumie nawet o samym grejpfrucie? Ziemia w pewnej chwili wydała mi się wyraźnie dominująca, gorzkość wspięła się na wyżyny... By nagle osłabnąć.

Orzechy miały wręcz śmietankowe zapędy, z racji których pomyślałam o orzechowej śmietance (jest taka?)... i zmieniły się w drożdżowy ciasto-chlebek orzechowy. Śmietanka optowała za łagodnością, a wypiek zmienił się w chyba drożdżową babkę z rodzynkami. Może też trochę śmietankową? Rodzynki były słodkie, ale i kwasku im nie brakowało. Nie był jednak wysoki, czego cały czas pilnowały słodkawo-rześkie kwiaty.

Końcowo ich kwasek jednak przeszedł w ciężkawe wino o cytrusowym charakterze, zostawiając na chwilę odosobnioną słodycz... która przypomniała sobie o karmelu. Też nieco cięższym. Nagle podskoczył, ale to z kolei wywołało tupnięcie gorzkości i cierpkości, które zwieńczyły kompozycję. 

Po zjedzeniu został posmak kwiatów oraz motywy gorzko-ziemisty i starego drewna, jakby nasączonych soczystymi nektarynkami i grejpfrutem oraz bardziej ciastowo-śmietankowy, z kolei jakby nasączony rodzynkami. Czułam lekką cierpkość i dość wysoką słodycz kwiatów, w której ukrył się lekko palony karmel.

Czekolada bardzo mi smakowała. Wyszła porządnie gorzko, ale nie siekierowo, a tak... spokojnie. Miała klimat skansenu, nuty starego drewna mieszały się w niej z ziemią, złagodzoną orzechami. Nie brakowało kwasku, acz nie była kwaśna. Bardziej soczysta za sprawą nektarynek (i mango?), rodzynek i odrobiny jakby niecytrynowej cytryny (z grejpfrutem?). Słodycz kwiatów pilnowała, by owoce nie pozwalały sobie na za wiele. Karmel i wypiek pojawiały się epizodycznie, osładzając całość znacząco. Wszystko to było... ciekawe, acz pozornie proste.

Daktylowy karmel i żółte owoce (głównie brzoskwinie) oraz kwiaty Pacari Manabi Ecuador 65 % można by porównać do karmelu zmieniającego się w rodzynki, nektarynek i kwiatów dzisiaj opisywanej.


ocena: 10/10
cena: €6,95 (około 32 zł za 45g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie, ale chciałabym

Skład: miazga kakaowa 73%, cukier, tłuszcz kakaowy 7%