Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: kokos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: kokos. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2026

Sante Krem orzechowo kakaowy z daktylami

Gdy zobaczyłam w gazetce Lidla nową serię kremów Sante, ostrożnie się zainteresowałam. Choć zachowałam trochę podejrzliwość, serce zabiło mi szybciej. Słoiczki wyglądały jakoś... bardzo obiecująco. Obawiałam się, że mogą być przesłodzone, bo przy daktylach o to nie trudno, ale... Może nie? Zleciłam je ojcu i do dnia otrzymania w sumie nie wiedziałam, który otworzę jako pierwszy. Po paru dniach jednak po prostu spłynęła na mnie pewność, że to musi być krem czekoladowy. Dawno bowiem nie jadłam kupnego kremu czekoladowego. 

Sante Krem orzechowo kakaowy z daktylami 65 % orzechów to krem z prażonych orzechów laskowych i płatków kokosa z kakao, słodzony daktylami w proszku.

Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach prażonych orzechów laskowych o nieco słodkich skłonnościach, w których jednak wyraźnie czuć też orzechowe skórki. Ich lekką goryczkę podkręcało kakao w ilości sowitej. Przywodziło na myśl ciemne czekoladki, może też czekoladę z nadzieniem czekoladowo-orzechowym. Pomyślałam o Michałkach albo coś w tym stylu... Chyba raczej michałkowym brownie. Z kakaem wiązała się słodycz. Nie wysoka, ale jakby konwencjonalna, niejednoznaczna - daktyli bym nie zgadła! Do tego odnotowałam maślany akcent kokosa, łączący naturalną słodycz z drobną cierpkością oleju kokosowego oraz ogólną maślaność.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju, w zasadzie wyglądało to bardziej na jakby mieszankę wody i oleju. Zlałam 4 łyżeczki, wymieszałam prawie 1 łyżeczkę. Podczas mieszania wyglądało na to, że chyba będę musiała dolać znacznie więcej, ale uznałam, że jakby co, zrobię to już w trakcie jedzenia. I słusznie, bo wtedy krem okazał się jednak wystarczająco tłusty.
Krem choć miejscami wyglądał na suchawy, już w trakcie mieszania jakby nieco... wilgotniał? Ze zbito-gęstego i niemal sztywnego przechodził do oleiście tłustej struktury. Pod koniec jedzenia, gdy kremu zostało niewiele, a słoiczek ogrzał się od ręki, krem wykazywał skłonności do przechodzenia w stan bliski prawie płynnego, jak tłuszcz kokosowy.
Widać w nim trochę drobinek, na oko nie nazwałabym go kremowym.
W trakcie jedzenia krem przedstawiał się jako gęsty i masywny, po czym rozpływał się. Najpierw wolniej, potem coraz szybciej i łatwiej, że ogólnie tempo rozpuszczania się można określić jako średnie. Mimo masywności, z czasem zmieniał się w lepko-luźną i wręcz żujną masę. Trochę zalepiał, trochę przytykał, ale rzedł w nieco oleisty sposób. Kremowość pojawiła się, acz mieszając się z nieco papkowatym efektem oraz subtelnym akcentem miazgowym. Krem jednak nie miał nic wspólnego z gładkością. Choć miazgowość była subtelna, uraczył mnie niemal ziarnistą, drobinkowo-proszkową strukturą. Całość miała w sobie też coś z miazgi i oleju kokosowych, jej specyficzną cierpkość, a do tego chwilami wydawała się nieco pyliście trzeszcząca. Z czasem okazało się, że liczne drobinki to trochę jakby zawilgoconych kryształków i sporo mocno przemielonych, czasem wręcz drobinkowych wiórków kokosowych. Te dodały masie chrzęstu. Bardziej kryształkowe drobinki, przypominające rozpuszczający się cukier i dodały trochę wodnistości.
Kryształki istotnie rozpuszczały się wraz z masą. Po jej zniknięciu w ustach zostawała drobnica kokosowa. Nie wymagała porządnego gryzienia, wystarczyło leniwe ciamkanie. Wtedy ujawniała się trzeszcząco-skrzypiąca cecha wiórków kokosowych.
Całość pozostawiała lekko suchawe wrażenie w ustach i drobne otłuszczenie na ustach.

W smaku pierwsze pokazały się orzechy laskowe. Wyraźnie prażone, lekko słodkie. Orzechowa słodycz zdradzała gotowość do wzrostu.

Orzechom wtórowało kakao. W pierwszej chwili trochę onieśmielone prażonością, lecz zaraz zobaczyło, że orzechy są do nich jak najbardziej przyjaźnie nastawione. Połączyły się poprzez gorzkość. Kakaowa była oczywiście silniejsza, ale i orzechy za sprawą skórek jej nie żałowały. Ogólnie orzechy laskowe wyraźnie w kompozycji rządziły - za sprawą prażenia oraz wyważonego splotu słodyczy i skórek.

Cierpkie kakao po podkreśleniu skórek laskowców wskazało jeszcze lekko cierpkawy motyw oleju kokosowego.
W tym czasie, bardzo daleko w tle, dała o sobie znać też nienachalna słodycz.

Po oleju kokosowym zaznaczyła się też ogólnie kokosowa nuta. Weszła poprzez olej, ale mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach kokos zaskoczył na niemal maślany i naturalnie słodki tor. Kokos, wciąż pobrzmiewający olejem, na pewien czas zrównał się z orzechami laskowymi.

Ogólna słodycz rosła. Rosła ta kokosowa, ale też szlachetnie-palona, która starała się trzymać blisko kakao. Na tym etapie powiedziałabym, że to słodycz ciemnoczekoladowo-kakaowych cukierków z nadzieniem kakaowo-orzechowym. Może z nieco truflowym echem? Albo... brownie o truflowych zapędach? Za nic nie zgadłabym, że pochodzi z daktyli.

Wraz z tym, jak na języku zaznaczały się drobinki i kryształki, falowo rosła słodycz. Czasem wydawała się nieco karmelowa, czasem sporadycznie zdradzały się daktyle. Orzechy laskowe jednak ani na moment nie słabły. Po tym jednak, jak zostały osłodzone, ułożyły się w wizję czekoladowo-orzechowych cukierków typu Michałki albo raczej michałkowe brownie. Słodycz czasem zaskakująco udanie udawała konwencjonalną.

Kokosowa nuta z czasem trochę się wycofała. Olej kokosowy ukrył się w wyrazistej gorzkości kakao i brownie-czekoladowej toni. Kokos utrzymywał jednak pewną łagodność, maślaność. Ta zaś jeszcze podsycała myśl o nadzieniu wspomnianych cukierków. Nagle zrobiło się zaskakująco słodko, jednak cały czas nie za słodko. Czasem zdradzały się tu jakby karmelowe daktyle, kojarząc się daktyloczekoladą, masą daktylowo-czekoladową. Słodycz w punkcie kulminacyjnym nie wychodziła ponad średni poziom. Niby czuć lekko piekący efekt daktyli, ale nie było to pieczenie za wysokiej słodyczy. Skórki orzechów, cierpkie kakao i olej kokosowy stały na jej straży.

Raz po raz w tle zaznaczała swoją obecność sól. Podkreślała niemal ziemiste, kokosowo-michałkowe brownie oraz dosadną, karmelowo-daktylową słodycz.

Z czasem wracał właśnie olej kokosowy i orzechy laskowe ze skórkami.

Drobinki kokosa gryzione kontynuowały smak właśnie kokosowy, choć kierowały go w bardziej wiórkowym kierunku. Gdy za gryzienie brałam się nieco szybciej, plątało się tam jeszcze trochę słodyczy, jakby lekko karmelowej, czasem wydawało mi się, że też echo laskowców, ale może tylko życzeniowe.

Po zjedzeniu został posmak orzechów laskowych, w których prażenie i goryczkowate skórki odgrywały bardzo ważną rolę, ale którym jednocześnie nie brakowało naturalnej słodyczy. Mieszały się z kokosem słodkim i oleiście cierpkim, a także cierpkim kakao. Dało się doszukać echa daktyli.
 Mimo że nie było za słodko, pod koniec jedzenia daktyle i olej kokosowy zaznaczyły się jako lekkie pieczenie w gardle.

Krem wyszedł smacznie i niezaprzeczalnie ciekawie. Czekoladowo-kakaowo, wyraziście orzechowo laskowo, ale też zaskakująco kokosowo. Kojarzył się z tego powodu z cukierkami orzechowo-czekoladowymi, głównie Michałkami, ale wkomponował je w brownie i otulił kokosem. Ten łączył słodko-łagodną kokosowość z olejem kokosowym. Wszystko to przełożyło się na słodycz wyraźną, ale nie za silną. Daktyle wcale nie starały się jakoś szczególnie mocno tu zaprezentować. Przez większość czasu ich charakter raczej się chował. Porządnie gęsta, chwilami wręcz sztywna struktura kremu z lekkim miazgowym elementem w porządku. W niej już mocniej czuć daktyle. Podobałaby mi się bardziej bez lekko kryształkowego efektu, ziarnistości oraz tego, że miała w sobie coś z oleju kokosowego.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 180 g; sprawdziłam)
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym znów dostać

Skład: prażone orzechy laskowe 65%, proszek daktylowy 22%, płatki kokosa, kakao 6,5%, sól morska

piątek, 19 czerwca 2026

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym

Nie wiem dlaczego skoro odkryłam, że własny krem chałwowy, robiony z tahini Ekogram i odrobiny cukru trzcinowego, jest po prostu wybitny i wychodzi poza skale wszelakie, wciąż zwracam uwagę na kremy chałwowe... gdy się już jakiś napatoczy. Mimo że żaden kupny dotąd, po wycofaniu Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym nie satysfakcjonował. Dziś przedstawiany, czyli firmy zajmującej się zdrową żywnością Coco Farm nie zachwycał, gdy chodzi o ilość sezamu w składzie, jednak nie skreśliłam go, bo reszta to nie tylko słodzidło, a kokos. Pomyślałam, że chałwa z nutą kokosa może być ok, a przynajmniej warta spróbowania.

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym to krem sezamowo-kokosowy o smaku chałwy / "w naturalnym stylu chałwy sezamowej", wegański, słodzony cukrem kokosowym.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu słoika rozbrzmiała kokosowa symfonia, złożona przede wszystkim z oleju kokosowego oraz mleczka kokosowego, wiórków oraz wielkich płatko-chipsów kokosowych i miazgi kokosowej. Osłodził je motyw jakby kokosowego palonego karmelu, bardzo palonego, a jednocześnie rześkawego. To jednak, że krem zawiera cukier kokosowy akurat nie było aż tak oczywiste. Jego dosadna słodycz tu nieco wtopiła się w otoczenie. A na kokosie się nie kończyło. Za mleczkiem pobrzmiewał roślinny motyw, kojarzący się z wegańskimi deserami, budyniami, słodkościami i krył się nawet nieoczywisty prawie kwasek. Z roślinną wegańskością mieszał się ni fasolkowy, ni orzeszkowy motyw i sezam. Ten wydawał się dość neutralny, znikomo goryczkowaty i dość wycofany. Trochę wyraźniej raz po raz wychylał się podczas mieszania i jedzenia.
Złożony, ale raczej dziwnie namieszany niż głęboki, zapach nie był zbyt kuszący.

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju, z czego zlałam większość, czyli niecałe 3 łyżeczki.
Wymieszałam mniej niż 0,5 łyżeczki, ale dlatego, że to już trochę mieszało się z wierzchem półpłynnej, rzadkawej pasty. Ta ani trochę nie potrzebowała tego wydzielonego tłuszczu, bo była wręcz lejąca i bardzo tłusta. Bardzo łatwo go się mieszało.
W trakcie jedzenia krem wciąż wykazywał wysoką, nieco oleistą tłustość i jakby chciał choć na sekundę zgęstnieć, ale jednak tego nie czynił. Nie był kremowy, a przypominał oleistą maź z mnóstwem kryształków. Był rzadki i rozpuszczał się dość szybko. Kryształki przełożyły się na wręcz ziarnisty, mocno proszkowy efekt. Kryształki cukru, rozpuszczając się, jeszcze bardziej go rozrzedzały, dodając wodnisty efekt. W porywach zdobywał się na lepkawość, acz ogólnie bardziej przypominał olej i miazgę kokosową 100% z dodanym cukrem i trochę rozrzedzoną.
Masa gryziona raczej kryształkowo chrupała od cukru niż trzeszczała jak chałwa. Tego efektu trzeba było się bardzo, bardzo doszukiwać, by go jako tako wychwycić.
Co ciekawe, po spędzeniu dwóch dni w lodówce, krem zrobił się twardawy i wyglądał na bardzo suchy. Wystawiony do temperatury pokojowej powoli wracał do swej płynnej formy.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz karmelowo-kokosowa. Palony karmel mieszał się z naturalnie słodkimi wiórkami i miazgą kokosową, a po chwili ich drogi się rozeszły. Każdy bowiem się intensyfikował.

Palony wątek podkreślała lekka goryczka oleju kokosowego. Nie cały czas był tak samo wyraźny, ale co i raz przypominał o sobie jako niby łagodne, ale denerwujące echo. Sporadycznie przebijał się przy nim sezam.

Karmel przybrał na paloności i robił się dosadniejszy, niemal melasowy. Słodycz zajęła wysoki poziom i jeszcze epizodycznie podskakiwała. Cukier kokosowy bardzo łatwo było w tym rozpoznać, acz... jego rześkość jakby przeszła na stronę wyraźniej kokosową. Nie każde zagarnięcie było tak samo słodkie, ale przy niektórych słodycz już po paru chwilach trochę piekła w gardle.

Kokos miazgowo-oleisty, wiórkowe echo wydawały się w porywach niemal soczyste. Zaraz dołączyło do nich pełne mleczko kokosowe i stanęło z nimi na równi. Mimo że słodycz miała imperatywne zapędy, kokosowość rządziła kompozycją. W zasadzie jakby koleżeńsko ścigały się ze sobą, nawzajem się motywując.

W oddali za to czaiła się sól, jakby dopingując piekącą słodycz.

Przy niej odnotowałam jeszcze roślinność. Pod mleczko kokosowe podkradła się nuta wegańskich słodkości, budyniu czy czegoś takiego.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach poprzez wegańskość, roślinność wkroczył sezam. Nie wziął udziału w wyścigu słodyczy i kokosa. Sezam... dał się poznać jako neutralny, lekko wręcz goryczkowaty. Jego goryczkę wzmacniał olej kokosowy. Raz czy drugi zrobił aluzje do kawy. Przełamał nieco słodycz, a z chałwą... w porywach trochę się kojarzył... Acz nie była to wyrazista nuta. Bardziej jakby to była "udawana sezamowość".

Sezam bowiem mieszał się nie tylko z roślinnością, ale też z ogólnie orzechowym wątkiem. W pewnym momencie roślinny motyw mignął mi strączkami i... fasolkowymi fistaszkami? Przemknęła jeszcze coś jakby... mąka? Wszystko to podkreślała epizodycznie przypominająca o sobie sól. Nawet nie śmiała wyjść na przód, ale snuła się na tyłach. Trudno jednak było uchwycić te wszystkie wątki opisane w tym akapicie, jako że kokos starał się skupić na sobie uwagę, a słodycz podskoczyła do nieco przesadzonego poziomu. Wszystko to jednak przełożyło się na dość silne skojarzenie z batonem Legal Cakes Chiacho w wersji z 2020.

W tle przewijał się jeszcze pewien... "jakby kwasek". Niewyraźny, ale wpisujący się w olej kokosowy. Słodycz robiła się zdecydowanie zbyt ciężka, dosadnie karmelowo-melasowa i złudnie daktylowa. Miałam wrażenie, że czuję w gardle daktylowe pieczenie. Kokos jednak się jej nie wystraszył i jako ogrom wiórków z mleczkiem kokosowym zakończył występ.

Po zjedzeniu został posmak melasowo-rześkiego cukru kokosowego, wiórków i miazgi kokosowej. Za nimi starał się też pokazać nieco orzechowo-sezamowy motyw. Bardziej wegańsko-nugatowy niż chałwowy.

Choć moja norma jedzenia na raz w przypadku kremów to 130-200g, tu dałam radę ledwie 66g i to się już pod koniec męcząc. Ani smak, ani konsystencja mi się nie podobały.

Krem ten w smaku był za bardzo namieszany, a za mało chałowy. Nie rozumiem, po co producent obiecywał chałwę... równie dobrze mógł zrobić po prostu krem kokosowy i wtedy byłby niezły, bo realnie mocno kokosowy. Olej, miazga, mleczko kokosowe i nuta wiórków w asyście wyrazistej, palono karmelowej, złudnie daktylowej słodyczy w zasadzie wyszłyby smacznie, gdyby nie wszelkie dziwnie wegańsko-roślinnego, niedookreślone sezamowo-orzechowe akcenty. Pierwsze w ogóle mi się nie podobały (błonniki? mąka?), orzechowość była dziwnie nieokreślona, bo jej za mało, a sezam w ogóle... trochę się pojawił i nie ugrał za wiele, nawet nieszczególnie pasował. Myślę jednak, że krem może smakować miłośnikom Legal Cakes Chiacho (które swoją drogą pogorszyli w 2024).
Konsystencja zaś bardzo nie po mojemu, bo ogrom kryształków cukru w rzadko-lejącej, oleistej mazi to fuzja tego, czego w kremach nie lubię.

Krem powędrował do Mamy. Opisała go tak: "Pachnie to mocno kokosem, ale tym olejem, co nie lubię, a nie wiórkami. Smak trochę mnie zaskoczył. Bo choć najpierw buchnęła mi taka goryczka nieprzyjemna, to potem zaczął się rozpuszczać, zrobiło się słodko i było smacznie. Tylko jak zniknął z ust, ta gorycz nieprzyjemna wróciła. Taki ten... olej kokosowy? Tak to ogólnie nie wiem, co ja tam dokładnie czuję, ale byłby ogólnie w porządku, gdyby nie ta goryczka. Niestety, ona przy zjedzeniu większej ilości tak dawała się we znaki, że trudno myśleć o pozytywach. Pomyślałam, że na ciastkach czy na czymś, co ją trochę zagłuszy, może się sprawdzić. Na tostach z dżemem i serem za bardzo się przebijała. ". Mama zrobiła jeszcze jedno podejście do kremu w bardziej stałej wersji, uprzednio na krótko przed jedzeniem wystawiając z lodówki. Nałożyła sobie na bułeczkę mleczną Carrefour Classic z Kawałkami Czekolady po czym stwierdziła: "Bułeczki też mu nie pomogły. Nadal niesmaczny przez wszystko psujący goryczkowaty olej kokosowy".


ocena: 4/10
kupiłam: Rossmann
cena: 19,99 zł (za 280g; promocja)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: sezam 37%, cukier kokosowy 20%, miąższ kokosa 18%, mleko kokosowe w proszku 12%, błonnik pokarmowy, mąka z orzechów ziemnych, lecytyna słonecznikowa, sól himalajska różowa

piątek, 27 marca 2026

Econoce 100 % Orzechy Nerkowca i Kokos Krem

Marka Econoce ma idealną gramaturę, więc po tym jak na dobre zakochałam się w Econoce 100 % Migdały i Pistacje Krem, widząc wariant podobny do Orzechownia Miazga orzechowa o smaku Kokosowej Praliny, z nadzieją pomyślałam, że może znajdzie się wygodny zamiennik (bo wspomniany jest mi dosłownie o jakieś 20 gramów za duży, więc na dwa nie podzielę, a się przejadam).

Econoce 100 % Orzechy Nerkowca i Kokos Krem to krem orzechowy 100% z prażonych orzechów nerkowca i kokosa.

Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach średnio mocno prażonych orzechów nerkowca. Wiórki kokosowe starały się je dogonić i całkiem nieźle im to szło. W prażeniu rozgościł się motyw wręcz lekko smażono-tłustych, słodkich naleśników. Rzecz jasna nerkowcowo-kokosowych. Ogół był bardzo słodki. Po zlaniu oleju całość nieco złagodniała, zwłaszcza w kwestii prażenia, a mi do głowy przyszły wafelkowo-kokosowe pralinki może i a'la Rafaello, ale w wersji wyidealizowanej i nerkowcowej.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju. Zlałam, ile się dało, czyli 3,5 łyżeczki. Krem ogólnie nie potrzebował tego tłuszczu, bo i tak był lepki i tłusto-ciągnący, nie suchy.
Mieszając, zetknęłam się z gęstością i miękkością. Krem zawierał sporo małych kawałków i drobinek, a także czarnych punkciko-kawałeczków.
W ustach krem chwilowo jakby nieco gęstniał w konkretny, masywny sposób. Był miękki i kremowy, ale niewątpliwie syty i tłusty. Jego tłustość kojarzyła mi się z puszystymi, tłustymi naleśnikami, polanymi gęstym, lepkim sosem. Rozpływał się powoli, właśnie jakby przechodząc od tej masywności, konkretu, w niemal sosowatość. Miał w sobie coś śmietankowego, śmietankowo-twarożkowego. To skojarzenie podkreślały liczne kawałki - niczym grudkowaty twarożek z wiórkami. Gryziony, okazał się subtelnie chrupkawo-trzeszczący. To był w zasadzie gładkawy krem z kawałeczkami i wiórkami, nie odebrałam go jako twór miazgowy. Jakbym miała klasyfikować, to takie "subtelne crunchy". Czasem te kawałki aż prosiły się, by zacząć je podgryzać wcześniej, nim jeszcze baza zupełnie się rozpłynie. Czasem im ulegałam - wtedy masa dawała się poznać jako chrupko-trzeszcząco-skrzypiąca.
Kawałeczki i drobinki gryzłam, gdy pasta się już rozpłynęła. Znalazły się tam podrobione, posiekane wiórki i drobinki wiórków, które mocno trzeszczały oraz kawałki kokosa. Małe, średnie i - jak na kokosa - całkiem spore. Te miały chrupiącą strukturę. Część była krucha i średnio twarda, część twarda, a parę kamiennie twarda.

W smaku pierwsza uderzyła naturalna słodycz nerkowców. Dały się poznać jako łagodne z charakteru, ale wyraziste, gdy chodzi o wyczuwalność. Początkowo na prażenie w zasadzie nie zwracało się uwagi.

Nerkowce gonił bowiem kokos. Równie bardzo słodki w naturalny sposób kokos przedstawił się jako wiórki kokosowe i... kokosowy twarożek? Twarożek z wiórkami, za sprawą którego pojawiła się niemal mleczny akcent.
Delikatnie prażona nuta w tym czasie zasugerowała mieszankę nerkowców i arachidów, ale ta iluzoryczna arachidowość zaraz znikała.

Słodycz wzrosła do wysokiego poziomu bez najmniejszych trudności i nagle wyraźniej zaznaczyło się prażenie. Orzechy nerkowca zaserwowały mi cienkie naleśniki, wysmażone na brzegach na chrupko. Naleśniki tłuste i słodkie, nerkowcowe, z mąki nerkowcowej, ale... skrywające słodkie, kokosowe nadzienie twarożkowe. Prażone nerkowce przy tym wysoce słodkim kokosie czasem próbowały jawić się jako te bardziej zachowawcze w kwestii słodyczy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach średnio mocne prażenie znów zaczęło się jakby nieco chować w słodyczy, i jakby od środka ją podkreślać, a ja pomyślałam o nerkowcowej pralinie. To nerkowce cały czas dominowały. Odtąd słodkie, pralinowo mleczno-maślane realia wydawały się im właśnie zawdzięczać swoje istnienie. Kokos był jedynie dodatkiem, który pralinowe skojarzenie pielęgnował.

Czasem dodatkiem bardzo znaczącym. Od drobinek i kawałków nakręcał się smak wiórków kokosowych, ale... ku mojemu zaskoczeniu, także prażenia. Nie musiałam ich nawet gryźć, ale gryzienie oczywiście te nuty potęgowało. Czasem w oddali przemknęło przy nich liche skojarzenie z kokosowym wafelkiem.

Gryzione kawałki faktycznie były w większości kokosem. Co drobniejsze i trzeszczące smakowało wyraźnie wiórkowo, natomiast twardo-chrupkie kawałki zaskakiwały słodyczą. Wręcz słodziuteńkością, podkreśloną prażeniem. Wśród kawałków zaplątało się chyba tylko kilka drobinek nerkowców, więc końcówka należała do kokosa.

Po zjedzeniu został posmak prażonych, naturalnie słodkich orzechów nerkowca i echo słodkich wiórków kokosowych. Jedne i drugie były naturalnie słodkie, a do tego... chyba napędzały się wzajemnie.

Krem był bardzo smaczny. Jednak przy całej mojej miłości do nerkowców, w tego typu kremie bardziej odpowiada mi bardziej zrównany, wyważony smak nerkowców i kokosa. Nerkowce z dodatkiem kokosa były boskie, ale nie aż tak jak boski jest ich duet w Orzechownia Miazga orzechowa o smaku Kokosowej Praliny. Kremy ogólnie były trochę podobne. Wizja nerkowcowych naleśników z kokosowym twarożkiem i tu się pojawiła, acz z nieco innym towarzystwem. Kokos w dziś przedstawianym wyszedł bardziej wiórkowo i prażono niż miazgowo jak w podlinkowanym.


ocena: 9/10
kupiłam: Rossmann
cena: 19,99 zł (za 175g)
kaloryczność: 623 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 80% orzech nerkowca, 20% kokos

czwartek, 29 stycznia 2026

krem NaMa Crema di Cocco & Mandorla

Lubię połączenie migdałów i kokosa, więc jako że nie lubię białej czekolady, ubolewam, że przeważnie kremy w tym wariancie robią z nią. A jednak nawet one potrafią smakować! Dosłodzenie tym składnikom nie przeszkadza. Stąd dziś przedstawiany krem sycylijskiej marki NaMa wydał mi się obiecujący. Acz sama marka bardzo enigmatyczna: trudno znaleźć coś o niej. Ponoć pełna nazwa to Natura & Mandorle. Chociaż... w dniu degustacji zaczął mnie martwić inny element składu. O ile w pierwszej chwili zawahałam się, czy miód aby nie przesłodzi, tak później zaczęła mnie zastanawiać ta "mąka kokosowa". Najpierw założyłam, że chodzi o miazgę / pastę kokosową, ale w końcu zgłupiałam. A może miał to być twór nie wiadomo jaki jak "manna kokosowa" wymyślona przez Basię Basię na potrzeby Basia Basia Manna kokosowa Kokos + nic więcej? No nic, pozostało sprawdzenie.

NaMa Crema di Cocco & Mandorla to krem migdałowo-kokosowy z miodem.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam silny zapach słodko-neutralnych migdałów blanszowanych i płatków migdałowych oraz mąki kokosowej. Acz... w zasadzie nie tylko kokosowej, bo w zapachu było coś ogólnie mącznego. Do głowy przyszła mi też kasza manna zrobiona na mleku kokosowym lub z dodatkiem pasty kokosowej. Słodycz trzymała się średnio-niskiego poziomu i choć sugerowała trochę ciasteczka czy raczej surowawą masę na nie, kokosowe cookie dough z białą czekoladą, to wydawała się w pełni naturalnie migdałowo-kokosowa. Miód ukrył się w naturalnej słodyczy tych elementów. A do tego... odnotowałam dziwny, niejasny kwasek. Po zlaniu oleju i w trakcie jedzenia kompozycję wyraźnie przeplatał delikatny kwasek kokosa.

Na wierzchu wydzieliło się dużo oleju, który wyglądał jakoś tłusto-wodniście. Aż ostrożnie sprawdziłam, czy nie był to miód... Nie był. Zlałam 5 łyżeczek, a odrobinę, acz nawet nie połowę łyżeczki (jakąś 1/3?) już wymieszałam. Wyglądało na to, że krem podeschnął i może tego oleju potrzebować więcej, jednak jak mieszałam dłużej, pasta przybierała bardziej kremową strukturę, jakby nasiąkając od wierzchu i wilgotniejszych części. Jadłam, cały czas mieszając, i nie miałam wrażenia, że krem był wyschnięty. Z zaskoczeniem odnotowałam, że nie był jakoś szczególnie lepki (a tego spodziewałam się po dodatku miodu).
Ogólnie cechowała go gęstość i pewien konkret, jednak nie był to wyjątkowo syty krem. Tłusty na poziomie średnio-wysokim, okazał się bardzo zwarty, acz w miękki, wręcz mięciutki sposób i trochę ciągnący.
W ustach rozpływał się w tempie wolno-średnim, pokazując się z kremowej, plastycznie-zawiesinowej strony. Choć wyglądał na gładki, okazał się pyliście-proszkowy. Gdy na próbę trochę pogryzłam masę, wiórkowo trzeszczała i skrzypiała leciutko. Oprócz proszkowości czuć w nim znikomy motyw jakby... niezbyt gładkiego sernika z mocno zmielonymi wiórkami. Był trochę lepki, ale nie od miodu, a w sposób typowy dla kremów orzechowych, a do tego miękki. Końcowo na język wylegały drobinki i małe kawałki wiórków, w których raz po raz zaplątał się jakiś średni kawałek. Trochę to urozmaicało konsystencję, ale nie było zbyt wymagające, gdy o gryzienie chodzi. Ot, raz po raz można na tym było zawiesić ząb. Zmielone wiórki delikatnie skrzypiały, trzeszczały. Przy niektórych zagarnięciach były pojedyncze drobinki, przy paru nieco więcej.

W smaku najpierw przemknął mi motyw dość mdławy, przywodzący na myśl mąkę... Acz żadną konkretnie. Dopiero po sekundzie czy dwóch do głowy przyszła mi mąka kokosowa. Swą obecność zgłosiła też leciutka słodycz.

W tle przemknął niby kwasek. Niemal iluzoryczny, trudny do uchwycenia, a po chwili prawie zupełnie kryjący się.

Zaraz odezwały się też migdały. Pomyślałam o delikatnych, surowych migdałach blanszowanych o słodko-neutralnawym charakterze. Migdały te mknęły przed siebie, szczycąc się właśnie łagodnością. Po chwili wydały mi się bardzo wyraziste w tę swoją delikatność.

Czasem, gdzieś hen, w oddali doszukałam się miodu - tak delikatnego, że dałabym się nabrać, iż to tylko złudzenie. Takiego, którego jest za mało, by poczuć, że to miód, ale na tyle, by wplótł dziwne echo. Echo, które związało się z niby nieobecnym kwaskiem? Ale coś mi tam w tle wadziło.

Początkowy mączny akcent i migdałom zasugerował trochę mączne echo. Wyobraziłam sobie zblendowane płatki migdałowe, właśnie mąkę migdałową... Acz dzielnie zawróciła ona zaraz na tor płatków i w końcu samych migdałów. Wciąż pozbawionych skórek i surowych. Migdały wyraźnie stanowiły bazę i dominowały w pierwszej połowie rozpływania się porcji.

Słodycz poniekąd wiązała się z migdałami, jednak z czasem okazało się, że płynie też z kokosa. Za jej sprawą kokos i migdały połączyły się w harmonii. Kokos stał tuż za migdałami. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach do głowy przyszło mi słodkie kokosowe cookie dough. Wciąż wiele do powiedzenia miała mąka kokosowa, ale... wyobraziłam sobie masę na ciasteczka nie tylko z mąką kokosową, ale też podmielonymi wiórkami. Pewnie z kawałkami blanszowanych migdałów. Na pewien czas kokos prawie zrównał się z migdałami.

Słodycz rosła, umacniając wizję masy ciasteczkowej kokosowo-migdałowej, a także dopowiadając jej nutkę białej czekolady. Powiedziałabym, że cała słodycz płynie tylko z migdałów i kokosa. Miód skutecznie się ukrywał w zasadzie cały czas. Nie było czuć nuty miodu, ale dziwny, niedookreślony akcent. Delikatnie pobrzmiewał mi też kwasek - właśnie związany z tych echem miodu. Nawet nie mogłam dookreślić, czy to miód wyszedł kwaskawo, czy miód podkreślał kwasek (kokosa).

Wydawało mi się, że parę razy w tle wychwyciłam mglisty kwasek wyraźniej kokosa, ale potem kokos wracał do wizji kokosowego cookie dough, robiło się drapiąco słodko i... przechodził w mleczko kokosowe? Wyobraziłam sobie kaszę mannę na mleczku kokosowym, posypaną sporą ilością blanszowanych migdałów i trochę przesłodzoną. Końcowo migdały znów postarały się trochę wyprzedzić kokosa. Albo raczej na nowo przyciągnąć do siebie uwagę. W gardle zaś trochę drapało od słodyczy, jednak jakby w oderwaniu od smaku.

Po zjedzeniu został posmak migdałowo-kokosowy, słodki w naturalny sposób, jakby tylko za sprawą migdałów i kokosa. Myślę tu o migdałach łagodnych, pozbawionych skórek oraz mące kokosowej. Ta próbowała zdobyć się na pewną neutralność, jakby wbrew swojemu naturalnie słodkiemu charakterowi. Do głowy przyszła mi masa ciasteczkowa cookie dough kokosowa z migdałami. Do głowy przyszła mi raz czy drugi biała czekolada, ale i jakiś kwasek miodowo-kokosowy pobrzmiewał. Słodycz stała na średnim, ale niewiarygodnie naturalnie kokosowo-migdałowym tonie. Miód zupełnie się ukrył, wpisując się w kokosa i migdały, ale dodając też dziwnego kwasku albo podkreślając go.
Struktura, gęsta i nie za tłusta, a jednocześnie nie sucha, podobała mi się.

Ogólnie krem wyszedł mocno średnio (w nie średniej, a wysokiej cenie), bo sporo drobiazgów mi w nim nie grało, co jak się pozbierało, to razem przełożyło się na negatywny odbiór. Nie podobało mi się, że kokos tak ewidentnie smakował mąką kokosową, a miód wiązał się z kwaskiem, który był nie na miejscu. Miodu dodano za mało, by czuć wyraźnie, że tam jest, ale na tyle sporo, by wplótł czy podkreślił nieprzyjemne akcenty i drapał. Jak układał się w wizję kokosowego cookie dough, to ok, ale wolałabym, by był to bardziej kokos pastowy albo wiórkowy. Próbowałam się wkręcić, się wczuć, ale po jakiś 25 gramach sobie darowałam. Słodko i z dziwnymi posmakami, że zwyczajnie nie miałam z niego przyjemności. Nie lubię niedookreślonych kwasków i mącznego efektu. W dodatku nie widziało mi się próbowanie tego z czymś (np. w twarożku czy z jogurtem), bo po prostu brak w tym potencjału.

Dałam Mamie, ale nie chciała, bo po spróbowaniu powiedziała: "Okropny. Nawet nie umiem nic więcej o nim powiedzieć. Migdałów jak zwykle nie umiałam uchwycić, no, kokosa może czułam... Tak, kokosa to jeszcze...".


ocena: 4/10
kupiłam: guiltfree.pl
cena: 32,49 zł (za 200g)
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały 75%, mąka kokosowa, miód

niedziela, 17 sierpnia 2025

Dobry Orzech Pasta z Migdałów z Kokosem i Białą czekoladą

Choć nie lubię białej czekolady i nie przemawia do mnie większość kremów orzechowych, do których jest dodawana, akurat zestawienie migdałów i kokosa właśnie z nią, uznaję. Oczywiście, w granicach rozsądku, by nie było za słodko. Grizly Krem migdałowy z białą czekoladą i kokosem odebrałam bardzo pozytywnie, jednak ze względu na wielkość opakowania wiedziałam, że do niego nie wrócę. Stąd myśl, że warto dać szansę dzisiaj przedstawianemu. Zamawiając, kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. A po zjedzeniu paru kremów Dobrego Orzecha... też nie ułożyłam sobie w głowie żadnego wyobrażenia.

Dobry Orzech Pasta z Migdałów z Kokosem i Białą czekoladą to czekoladowo-migdałowy krem z prażonych, blanszowanych migdałów z pastą kokosową i białą czekoladą.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam zapach bardzo słodkiego kokosa. Do głowy przyszła mi biała czekolada z wiórkami oraz tłusty krem z pralinek typu Raffaello. Biała czekolada była istotnym elementem, niewątpliwie dosładzającym i napędzającym mleczność. Zalatywała trochę tanio. Raz po raz przemknęło mi echo kwasku kokosowo-śmietankowego. Obok wyraźnie pokazały się migdały - choć one nasiliły się dopiero, gdy uporałam się z olejem i już w trakcie jedzenia. Wtedy rozbrzmiewały na równi z kokosem. Tchnęły w kompozycję szlachetną wytrawność, mimo że i one zawierały słodycz.

Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju. Zlałam, ile się dało, czyli jakieś 4 łyżeczki. Odrobina oleju mieszała się już niestety za bardzo z ruchomo-lejącym, rzadkim wierzchem kremu. 
Podczas mieszania okazało się, że na dnie krem nieco podsechł, ale biorąc pod uwagę, jak lejąco-tłusta była większość słoika, wyrównało się... Trochę trwało, nim rozmieszałam grudki, w jakie krem się pozbijał, do jednolitej konsystencji, ale w końcu osiągnęłam jednolicie-kremowy efekt. Wtedy krem wciąż był raczej rzadki i półpłynny, ale jednocześnie trochę kleisty. Wyglądał na bardzo oleisty. Widać w nim do tego pojedyncze drobinki wiórków i czarne kropeczki.
W ustach rozpływał się w tempie średnio-szybkim, bardzo łatwo rzednąc. Na chwilę trochę zalepiał, ale prędko odpuszczał. Był rzadkawo-miękki. Czuć w nim proszkowość i pylistość, napędzane głównie mocno zmielonym kokosem, nie migdałami. Tłustość była wysoka. Połączyła w sobie kremową, tłusto-mleczną czekoladę z oleistością.
Gdy z ciekawości pogryzłam pastę, trzeszczała jak delikatne wiórki kokosowe wymieszane z jakimś pyłkiem.
Gdy masa rzadko zniknęła z ust, zostawały w nich pojedyncze drobinki kokosa, wręcz proszek kokosowy. Nie wymagały gryzienia, ale urozmaicały strukturę. Ja je jako tako czasem ciamkałam - wyszły subtelnie krucho-chrupko.

W smaku krem przywitał mnie wysoką słodyczą. Wyszła trochę rozpoznawalnie, ale nie chamsko cukrowo, na co przełożyła się biała czekolada. Pokazała się, mignęła taniością, po czym minimalnie wycofała słodycz. Tak, że stanęła na poziomie bardzo wysokim, nie straszliwie wysokim.

Czekolada pozostawiła za to wyrazistą mleczność. Przemknęło mi nawet mleko w proszku, ale zaraz mleczność zaczęła się zmieniać. Poczułam wręcz śmietankowość, co po chwili spójnie wprowadziło kokosa. Wykazywał też wysoką, w pełni naturalną słodycz i pewien mleczny ton, więc zgrał się z czekoladą w jedno. Tak, że biało czekoladowość przestała być taka oczywista.

Migdały pojawiły się za nimi, dość szybko. Wplotły ledwo uchwytną prażoną nutkę oraz ogrom słodyczy. Słodycz kremu pod ich wpływem zdecydowała się na bardziej kokosowo-migdałowy, niecukrowy wydźwięk, a jednak... pralinki typu Raffaello zagościły w mych myślach. Czułam się, jakbym jadła krem z pralinek, niekoniecznie w wersji wyidealizowanej. Wegańskie Raffaello? Migdały kryły jakby roślinnie wegańską nutkę.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji migdały dosłownie przez ułamek sekundy obiecały pewną wytrawność, ale... jednak nie nadeszła. Zatraciły się w swej słodyczy. W dodatku wróciła wyższa, białoczekoladowa słodycz. Okazała się trochę przesadzona, mimo że częściowo podporządkowana migdałom. Kokos również się w niej odnalazł, na dobre sprawiając, że czułam się, jakbym jadła wspomniane pralinki w wersji pozbawionej migdała ze środka. 

Słodycz kremu kokosowo-migdałowego zmierzała w drapiącym kierunku. Nie pomogły akcenty kokosa bardziej wiórkowego, który wyłonił się wraz z wyłaniającymi się drobinkami. Zwieńczył wizję pralinek kokosowych i białej czekolady o nazbyt słodkim, trochę tanim smaku.

Po zjedzeniu został posmak średniej białej czekolady, słodkiego kremu i miazgi kokosowych. Biała czekolada zbytnio się rządziła - pomogła w tym sobie drapaniem w gardle. W oddali zaznaczyły się słodko-kremowe migdały. 

Krem mi nie podszedł. Już po paru łyżeczkach wiedziałam, że nie dam rady za dużo go zjeść osobno (kremy orzechowe przeważnie, dość często jem po prostu łyżeczką). Wyszedł za słodko i za rzadko, jak sos. Nie rozumiem, po co tyle białej czekolady do tak słodkiego duetu jakim jest miazga kokosowa i blanszowane migdały. One przecież same w sobie potrafią wręcz zasładzać. Do kremu kokowo-migdałowgo z białą czekoladą widziałabym właśnie nieblanszowane migdały dla przełamania. Ten smakował... niczym krem z pralinek typu Raffaello, ale bez migdała w środku. A to przecież on był zawsze główną atrakcją. Biała czekolada w sumie wpasowała się, ale niczego dobrego nie wrosła... po prostu była.

Jako że kojarzyło mi się to bardziej z sosem niż kremem, postanowiłam tak to wykorzystać. Jako że do głowy przyszły mi pralinki typu Raffaello pozbawione migdałów, czułam, że tam aż się prosi całe migdały dodać. Stąd i pomysł na twarożek z tym kremem i migdałami.
W zestawieniu z naturalnymi, wyrazistymi migdałami krem... wyszedł blado migdałowo. Kokosa jako tako czuć, ale niestety na przód wybiła słodka biała czekolada. Wyszedł jak bardzo słodki, sosowaty dodatek, który niby wyszedł nieźle z twarożkiem, ale nie tak, bym miała to połączenie szczególnie chwalić.

Uznałam, że można by to też podrasować w kokosowym stylu i zrobiłam jaglankę (bo od dawna za mną chodziło). Inaczej jednak niż zwykle, bo ugotowałam ją na odrobinie wody i mleczku kokosowym light, a już w misce posypałam jeszcze wiórkami. Dodałam do tego łychę kremu (jakieś góra 25g?).
Ku mojemu zaskoczeniu, krem nie popłynął od ciepła kaszy, a wręcz chwilami wydawał się ciutkę gęstnieć. Wyszedł bardzo lepiszczo, a tłustość dawała się we znaki.
W smaku na pierwszy i chyba drugi plan wybiła słodycz białej czekolady. Pod wpływem ciepła zasładzała i drapała w gardle po sekundzie czy dwóch. Za słodyczą znalazł się kokos. Nie wydawało mi się, że to mleczko kokosowe i wiórki go podkręcały. Po prostu w cieple kokos jakoś bardziej niż migdały uczepił się słodyczy. Migdały... odeszły na bardzo daleki plan. Kasza zdawała się je trochę wydobywać, ale dałoby się zapomnieć, że to krem migdałowy. Wyszło to raczej jak zacukrzający, białoczekoladowy kremo-sos. Na ciepło to najgorsza opcja.

Jak widać, nie wyszedł najlepiej ani sam w sobie, ani do czegoś. Ani sam, ani z czymś mi ten krem nie pasował, więc oddałam Mamie. Jej słowa: "W pierwszej chwili, gdy samego kremu spróbowałam łyżeczką, wydał mi się niedobry, jak tania biała czekolada. Gdy go próbowałam jeść z ciastkami pełnoziarnistymi, to czułam w nim wyraźnie mleko w proszku i głównie białą czekoladę. Kokosa potem. Całość mi nie smakowała i w dodatku zbyt lejąca była". Mama nie skończyła kremu, więc resztę oddałyśmy ojcu.


ocena: 5/10
kupiłam: dobry-orzech.pl
cena: 28 zł za 180g
kaloryczność: 609,2 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone blanszowane migdały 70%, pasta kokosowa 15%, biała czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii)

sobota, 28 września 2024

krem Vilgain Sweet Nuts Coconut Almond

Po kremie Vilgain Sprouted Cashew Butter 100 % raw activated organic cashews jakoś przychylniejszym okiem spojrzałam na Vilgain i weszłam na ich stronę by sprawdzić, czy nie mają innych kremów 100%, których jeszcze nie jadłam. Znalazłam migdałowy, a żeby nie zamawiać tylko jednego słoiczka, sprawdziłam, co jeszcze się pojawiło. Ostrożnie wybrałam ten, patrząc na jeszcze przystępną jak dla mnie zawartość cukru i ze trzy razy sprawdzając, czy na pewno zamawiam właśnie wariant Coconut Almond, a nie Almond White Chocolate Coconut. Trochę mnie zdziwiło, że to właśnie mój dali do linii Sweet Nuts, bo "w tym cukru" zawirał tylko 12g, podczas gdy Almond White Chocolate Ccoconut z linii proteinowej Cheat Nuts miał 17g.

Vilgain Sweet Nuts Coconut Almond to migdałowo-kokosowy krem z prażonych blanszowanych migdałów i rozdrobnionego kokosa z dodatkiem orzechów nerkowca i mleka kokosowego.

Po otwarciu poczułam bardzo, bardzo słodki zapach kokosa. Czy może raczej: kokosika. Dominował nad słodkimi, maślanymi nerkowcami oraz nutą biszkoptów i wafelków migdałowych. Akcent migdałów wpisał się w wysoką słodycz. Przywodziło to na myśl pralinki typu Raffaello (recenzja z 2020), może nawet z nutą białej czekolady, ale w wersji bardzo naturalnej, nie ciężkiej. 

Po odkręceniu trochę się zdziwiłam, jako że trafiłam na złudnie podeschnięty wierzch i zero oleju. Wystarczyło jednak lekkie dotknięcie łyżeczką, by okazało się, że na wierzchu utworzyła się bardziej stała, cieniuteńka i delikatna warstewka "kożuch", z łatwością mieszająca się z resztą. Ogół był wręcz lejący, rzadki. Widać w nim sporo małych kawałków wiórków.
W trakcie jedzenia potwierdziła się rzadkość kremu. Chwilowo jakby próbował minimalnie zgęstnieć, ale wciąż był rzadki. Brakowało mu... kremowości. Mimo to, trochę zalepiał. Choć nie był syty, sprawiał wrażenie lepko-przytykającego. Nie trwało to jednak długo, bo rozpływał się dość szybko. Raczył wtedy tłustością mleczka kokosowego i oleju. W dodatku wydał mi się końcowo wodnisty. 
Konsystencję urozmaiciła średnia ilość podrobionych wiórków kokosowych. Nie były zbyt wymagające. Zostawiałam je zawsze już na koniec. Gryzione okazały się krucho-chrupiące i twardawe.

W smaku od początku czułam wysoką słodycz mlecznego kremu. Wiórki kokosowe zaznaczyły swoją obecność, ale przodem puściły mleczność. Pomyślałam o mleku z tubki, mleku słodzonym skondensowanym i do potęgi mlecznym, kokosowym toffi. Słodycz rosła szybko i bez żadnych oporów.

Mleczność nie pozostała w tyle, acz nieco zmieniła wydźwięk, łącząc jakby konwencjonalną z kokosową. Wyraźnie poczułam mleczko kokosowe, które wprowadziło wyraźniejszą kokosowość. Ta zaczęła dominować. Kokos wraz ze słodyczą ułożył się w wizję kremu z pralinek typu Raffaello.

Dobiegła maślana nuta, która umocniła myśl o kremie prosto z takich słodkości. Należała do nerkowców i migdałów, które mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach na pewien czas stały się bazą. Wyszły nawet przed kokosa, jednak po chwili trochę się cofnęły i stanęły obok niego.

Maślane nerkowce nakręcały się nawzajem z jeszcze słodszymi migdałami blanszowanymi. One wtłoczyły wafelkowe echo, pieczoną mgiełkę. To już w ogóle przypieczętowało wizję waflowych kulek wypełnionych kremem i obsypanych wiórkami. Wiórki bowiem też się zaznaczyły. Te nuty próbowały trochę łagodzić słodycz, acz szło im kiepsko.

Słodycz bowiem nie przestawała rosnąć, z czasem aż chwilami trochę drapiąc. Do głowy przyszły mi kokosowo-migdałowe biszkopty, ale pralinki typu Raffaello zajmowały jednak pozycję nadrzędną. Do tego, oprócz całej tej wszechmocnej słodyczy, jakby obok poczułam specyficzną mdławość mleczka kokosowego.

Gryzione wiórki pochwaliły się wyrazistym smakiem. Były naturalnie słodkie i jakby leciutko podprażone. Idealnie zwieńczyły wizję pralinek kokosowych, kryjąc ten bardziej mdławy element.

Po zjedzeniu został posmak mleczka kokosowego, wraz z jego specyficzną tłustością oraz złudny motyw zwykłego mleka. Za tym stanęły naturalnie słodkie, delikatne migdały i nerkowce o maślanym charakterze, podtrzymujące wizję kremu z kokosowych pralinek. 

Na pewno nie podobała mi się taka rzadkość kremu i lejąca konsystencja. Dobrze, że choć kawałki wiórków się pojawiły. Mimo że krem miał tylko 12g "w tym cukry", wyszedł zdecydowanie za słodko, aż drapiąco. Przy tym połączeniu naturalnie słodkich składników, nie musieli tego aż tak słodzić... Kokos, blanszowane migdały i nerkowce same z siebie szły w kierunku pralinek kokosowych typu Raffaello. Leciutko prażona nutka przełożyła się na wafelkowo-biszkoptowy akcent i przebłysk kokosowego toffi. Mleczność wydawała się w dużej mierze konwencjonalna, przypominała mleko z tubki, ale i tę kokosową wyraźnie czuć. Niestety wraz z jego specyficzną tłustością. To bardzo mleczny, i bardzo kokosowy krem. Czuć w nim wszystkie składniki, nic niczego nie zagłuszyło, a to się chwali, jednak brakowało mu tego czegoś. Tym bardziej boli więc tak zmarnowany potencjał.


ocena: 6/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 34,90 zł (za 200 g)
kaloryczność: 648 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tarty kokos 36%, blanszowane prażone migdały 35%, mleko kokosowe w proszku, prażone orzechy nerkowca 10%, cukier trzcinowy

czwartek, 2 maja 2024

Maslove Nerkowiec I Kokos 100 % Zmielone

Po kilku smakowych kremach, chciałam spróbować jakiegoś bardziej czysto orzechowego. Te, do których wracam to jedno, ale parę, których jeszcze na blogu nie ma, a w komodzie czekają, to drugie. Kiedyś zainteresowała mnie marka Maslove, lecz po kilku niezłych, ale nie szczególnie w moim typie kremach, zaciekawienie bardzo zmalało. Aż napisał do mnie przedstawiciel marki i zaproponował, że wyśle mi kremy, które mogą okazać się bardziej w moim stylu. Pomyślałam, że to cudownie i bardzo miłe z ich strony i wskazałam właśnie dzisiaj opisywany. W zasadzie to za jego sprawa zainteresowałam się marką. Był jednak w stałej ofercie, ja najpierw kupiłam limitowane, ten odsunęłam w czasie i... Myślałam, że na nie wiadomo kiedy, aż nadeszła ta zacna wiadomość. Obstawiałam, że krem może przypominać uwielbiany przeze mnie krem Orzechownia Miazga orzechowa o smaku Kokosowej Praliny.

Maslove Nerkowiec I Kokos 100 % Zmielone to naturalny krem z surowych orzechów nerkowca i surowego kokosa.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam łagodny zapach surowych orzechów nerkowca, które... jakby próbowały udawać trochę orzeszki arachidowe. Kokos początkowo jawił się jako delikatny, acz gdy uporałam się z olejem i już w trakcie jedzenia, dołączył do nerkowców i prawie się z nimi zrównał. Dodał nutę wegańskiego twarogu orzechowo-kokosowego. Nasiliła się wtedy też maślaność i niemal ciasteczkowa (jak jakiś ciasteczkowy sernik?), acz nie przesadzona słodycz. Do głowy przyszły mi nerkowcowe kokosami, acz to niewątpliwie właśnie orzechy stanowiły bazę.

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju z czego zlałam prawie 2 łyżeczki, a 0,5 łyżeczki (lub odrobinę więcej) wymieszałam.
Mieszanie było w miarę łatwe, mimo wysokiej gęstości kremu. Cechowała go zwięzłość, ale nie suchość czy twardość. Wydawał się ruchomy i miękki, acz nie mocno tłusty. W kontakcie z łyżeczką plaskał, a także lepił się i lekko ciągnął. Na oko nie był zupełnie gładki, ale miazgowy też nie.
W trakcie jedzenia potwierdziła się gęstość i lepkość pasty. Powiedziałabym: wręcz kleistość. Z łatwością zaklejała usta i wydawało się, że jeszcze gęstnieje. Wciąż była jednak miękka. Odebrałam ją jako aksamitną i niegładką, ale też nie miazgową. Tłustość trzymała się średniego poziomu, a jednak sytości temu kremowi nie brak. Kojarzył mi się z maślanym, lekko grudkowym, ale w sumie gładkim sernikiem. Chwilami pojawiał się lekko suchawy element, acz całość była tłustawo-syta na zrozumiałym, ale nie za wysokim poziomie.
Z czasem bardziej zaznaczały się kawałki i drobinki wiórków kokosowych oraz dosłownie mikroskopijne kropeczki orzechów. W zasadzie nie wymagały porządniejszego gryzienia, acz od niechcenia raz po raz było na czym zawiesić ząb. Przemielone wiórki w porywach były zaskakująco chrupiąco-kruche (nie zgadłabym, że są surowe - wydawały się podprażone), ale ogólnie raczej delikatne i skrzypiące. Szybko znikały z ust. Stanowiły subtelne urozmaicenie.

W smaku pierwsza zaznaczyła się subtelna słodycz, po której rozbrzmiała moc nerkowców w lekko słodkawym, maślanym wydaniu. Przedstawiły się jako zupełnie surowe. Już chwilę później nabrały niemal słodziuteńkiego charakteru.

Maślaność nerkowców rosła. Rozgościły się na dobre na pierwszym planie, a ja poczułam... szokującą mleczność. Oczami wyobraźni zobaczyłam mleko i twaróg... Które wraz z powoli, ale miarowo rosnącą słodyczą zmieniły się w sernik. Odezwał się kokos. 

Kokos nie tylko nadał całości mlecznego wydźwięku. Podniósł też słodycz. Pomyślałam o serniku stylizowanym na Raffaello, acz osadzonym w łagodnie nerkowcowych realiach. Te mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach zaczęły się jakby trochę zgrywać, robiąc wybiegi do fistaszkowej nuty. Sernik zrobił się wege alternatywą sernika - nernikiem? Nerkowce jakby postanowiły, że to one muszą w tej kompozycji robić za te charakterniejsze. Choć same były słodkie, stały na straży słodyczy.

Kokos pod względem słodyczy jeszcze prześcignął nerkowce, ale ogólnie słodycz wcale tak wysoka się nie wydawała. Raz po raz otarła się o lekką ciasteczkowość... Niczym nerkowcowe kokosanki? Acz bez motywu pieczenia. Albo wiórkowo-nerkowcowy spód omawianego już sernika. W pewnym momencie słodycz podskoczyła aż zaskakująco, a kokos na chwilę zrównał się z nerkowcami. Orzechowa sernikowość utemperowała jednak zapędy słodyczy, decydując się na przede wszystkim łagodność. Kokosowa mgiełka z czasem znów stanowiła tylko zwieńczenie orzechowego kremu.

Smak wiórków kokosowych nieco nasilał się wraz z wyłanianiem się drobinek. Niektóre raz po raz gryzłam, acz ogólnie nie wymagały za wiele zachodu. Swój smak zachowały, mimo niepozorności. Wyszły świeżo-surowo, acz wyraźna surowość nerkowcowej bazy i struktura sprawiły, że po głowie krążył mi kokos prażony.

Po zjedzeniu został posmak wyrazistych, surowych orzechów nerkowca w nerkowcowo-sernikowej, bardzo mlecznej konwencji. Zwieńczył je kokos wciąż słodki, ale bardziej wiórkowo-ciasteczkowy z lekkim echem oleju kokosowego. 

Pasta mnie zachwyciła. Choć może nie tak jak wspomniana Orzechownia Miazga orzechowa o smaku Kokosowej Praliny, której urzekł mnie duet nerkowców i kokosa na niemal równych prawach, ale jednak też bardzo. W Maslove wyraziste orzechy nerkowca okazały się cudownie surowe, co pozwoliło kokosowi nadać kompozycji mleczno-twarogowego, sernikowego klimatu. Kokos jednak jako on sam wcale się tak na pierwszy plan nie pchał. Stanowił element... acz jakże istotny! Zgrany, wpisany. Kojarzył mi się z KruKam Pasta orzechowa z kokosem - tylko że właśnie z nerkowców, nie fistaszków jak podlinkowany.
Jako ciekawostkę dodam, że zabierając się za ten krem, nie byłam pewna, z jakich jest orzechów, więc aż zapytałam producenta, czy z prażonych, czy z jakich, stwierdzając, że wydają się surowe - dobrze wyczułam, że z surowych! Ma się te kubki wyćwiczone, hyhy. 


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od maslove.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 23 zł za 200g
kaloryczność: 614 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym wrócić, więc kupna nie wykluczam

Skład: orzechy nerkowca 90%, kokos 10%