Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: 90% - 100%. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: 90% - 100%. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 października 2026

Chocolates Sole Chocolate Puro 94 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic ciemna z Dominikany

Jestem sceptyczna do czekolad niedegustacyjnych o zawartości kakao wyższej niż 85%, ale co do dzisiaj przedstawianej miałam dobre przeczucia jeszcze zanim zjadłam którąkolwiek z zakupionych tabliczek tej marki. Potem moje zaintrygowanie nią rosło aż w końcu nadszedł tydzień, a którym wszystko wydawało mi się potencjalnie za słodkie. Liczyłam, że kakao w tej pokaże, co potrafi. 
 
Chocolates Solé Chocolate Puro 94 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic to ciemna czekolada o zawartości 94% kakao z Republiki Dominikany.

Po rozchyleniu papierka poczułam delikatny zapach, opierający się na kwiatach w wazonach, być może trochę już przykurzonych, mimo że świeżych. Wiązały się z klimatem ciepłego, wiosennego dnia i akcentem skoszonej trawy (nie właśnie koszonej, a takiej już skoszonej). Obok, nieco kontrastowo, zaznaczyły się stare książki i jeszcze starsze drewniane meble. Przewijała się w nich niedookreślona nutka orzechów, może też sezamu.
Całość wydawała się ostrożnie słodka i niegorzka, a zaskakująco łagodna jak na tę zawartość kakao.

Tabliczka podczas łamania okazała się twarda jak skala. Trzaskała głośno i konkretnie.
W ustach czekolada rozpływała się z małym oporem, bardzo powoli i gęsto. Tłustość zaraz znalazła się na średnim poziomie, łącząc maślaność z oleistością. Osłabiało ją poczucie pylistej wręcz suchości, jakie czuć obok. Całość wyszła wręcz ciężko, lepko-maziście, smoliście pokrywała podniebienie i wręcz trochę przytykała. Czuć wtedy lekką pylistość, która hamowała tłustość, a końcowo zmieniała się w silną proszkowość.

W smaku pierwsza przemknęła konkretna, ciężka nuta niemal smolista, po chwili wchodząca w bardziej paloną sferę; bardziej... ogólniejszą, nie tak jednoznaczną.

Słodycz ruszyła po chwili, z kolei prezentując kwiaty. Dla odmiany rześkie i lekkie. Pomyślałam o kwiatach poustawianych w wazonie oraz o pokoju z otwartym oknem, zza którego widać kwitnące krzewy i zza którego - bo musiało być otwarte - kwiaty wkradają się wraz z ciepłym wiosennym wietrzykiem. Nagle... przemknęły mi stare książki, próbujące części kwiatom zasugerować właśnie suszony charakter.

Słodycz rosła leciutko i ostrożnie, jako że do kwiatów dołączyły pojedyncze, nienachalne brytyjskie kruche krówki "fudge". Tuż za nimi pojawiła się maślaność.

Smoliście-palony motyw w tym czasie nie zwlekał. Rozwijając się roztaczał coraz cieplejszy wydźwięk. Znacząca paloność podkreśliła... węgiel? Żar. A ja pomyślałam o gorącym, rozgrzanym asfalcie.

Za asfaltem przemknął drobny kwasek, by po chwili pokazać się nieco wyraźniej jako ananas. Kwiaty jednak prędko go dopadły i zaczęły kwaskawość wygładzać, jak tylko mogły. Po chwili zostało już tylko echo, wspomnienie kwasku. Kwiaty z czasem też zaczęły się nieco... rozbiegać? Jakby za ich sprawą ananas stał się kandyzowaną kostką ananasa, która trochę podeschła.

Robiło się coraz łagodniej, gdy nagle w połowie rozpływania się kęsa zza słodyczy, zza maślaności wylała się czarna kawa zaparzona na palonych ziarnach. Dość mocna, ale nie siekiera czy espresso. Chyba trochę wzmocniona kakao w proszku. Kawy trzymał się ten smoliście-asfaltowy wątek, ale uległ... rozproszeniu?

Łagodnienie jednak nadeszło, ale i w nim był charakterek. Stanęły za nim orzechy, początkowo niezbyt jednoznaczne, i stare książki; cała stara, niemal antyczna biblioteka. Z nią nadeszło trochę starego drewna. Do głowy przyszedł mi kurz... acz nagle odciągnęły od tego uwagę orzechy - wyraźniej laskowe, choć chyba nie tylko. Chyba też z dodatkiem sezamu. Znów wtrąciła się też maślaność.

Akcent asfaltu w tle się poruszył... zmienił się w żwir. Też ciepły, ale już nie tak gorący... A żwir pokierował moje myśli na powietrze, gdzieś, gdzie biegnie jakaś rzadko uczęszczana droga, ale jednak gdzie ktoś parę godzin wcześniej kosił trawę. Akcenty kwiatów wzmocniły jej świeży wydźwięk, same trochę się zatracając na pewien czas...

Kwasek wyłonił się jeszcze na chwilę. Jakby... ananas skwaśniał? Acz kwasek był leciutki i końcowo zrobił się bardziej soczysty (niż ten kandyzowany) jak... czerwone porzeczki i niedojrzałe brzoskwinie? I znów kwiaty zareagowały na owocowość i wyskoczyły na dosłownie samej końcówce, stając owocom na drodze. Acz już tylko jako suszone. W towarzystwie odrobinki kakao w proszku.

Po zjedzeniu został jednak posmak właśnie kwaskawych owoców: mieszanki porzeczek i ananasa, acz nie bardzo jednoznaczny, a także żwiru i asfaltu jako z kolei coś cięższego. Osłodziło je trochę kwiatów i brytyjskie kruche krówki. Obok pojawiły się stare książki i orzechy, kierując kompozycję w neutralniejszą stronę, sprawiając, że posmak był bardzo łagodny. Wszystko to w dodatku wydawało się oprószone kakao w proszku.

Czekolada była smaczna, acz zaskakująco łagodna na tę zawartość kakao. Lekka słodycz kwiatów, kruchych brytyjskich krówek oraz znikome owocowe przebłyski ananasa, porzeczek czerwonych mieszały się z charakternymi nutami smoliście-asfaltowo-żwirowymi, gorzką kawą, ale też złagodzeniem, jakie niosła maślaność, stare książki i stare drewno, rześkość wiosny i skoszonej trawy oraz orzechy z sezamem.
Ciężka, smolista konsystencja może nie była spełnieniem marzeń, ale pasowała do klimatu.

Nie przypominała (Chocolates Sole) Naturitas Chocolate Negro 85 % cacao gdy chodzi o smak, ale wydźwięk w pewnym sensie miały podobny: taki ciężkawo-wytrawny, a jednocześnie nie bardzo gorzki. Ziemiście-przypalone akcenty i maślaność, sezam, drewno można z nich obu skojarzyć, ale wspomniana była intensywniejsza za sprawą ananasa, alkoholu, a więc słodyczy i kwasku.


ocena: 8/10
kupiłam: naturitas.pl
cena: 16,28 zł
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie

Skład: kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Ombar 90 % Cacao ciemna surowa 90 % z Ekwadoru

Kiedyś ta brytyjska marka rzuciłam mi się w oczy na eBayu, ale ze względu na wysokie koszty przesyłki, nie zamówiłam. Na dodaniu do ulubionych się skończyło. Cukier, którego fanką nie jestem oraz tylko dwa warianty, a mianowicie dziś przedstawiany i 100% kakao, czyli też nie do końca mój typ odwodziły mnie od zakupu. Gdy jednak dostrzegłam ją stacjonarnie, uznałam, że takiej okazji przegapić nie można. Jak poczytałam już na potrzeby przygotowania wstępu, Ombar, brytyjska marka mająca fabrykę w Cambridge, pozyskuje kakao bezpośrednio od rolników z Ekwadoru, płacąc ceny powyżej Fair Trade i używając wyłącznie certyfikowanych składników organicznych i Fair for Life. Ziarna przetwarzane są w jak najniższej temperaturze, by zachować naturalne polifenole i składniki odżywcze. Ładnie. Miałam więc nadzieję, że smak będzie równie ładny, co podejście twórców. A że dawno nie jadłam surowej czekolady... naszło mnie na nią.

Ombar 90 % Cacao Bean to Bar Super Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 90% surowego kakao Arriba Nacional z Ekwadoru.

Po rozchyleniu papierka poczułam intensywny zapach drzew iglastych, związanych z jakby kwaskawą rześkością takowego oraz orzeszków piniowych o nieco kwaskawo-ostrym charakterze. Za nimi rozchodził się wątek wręcz ciężki, palono-podwędzany i dosadnie tytoniowy. Z palonością wiązała się słodycz melasy, choć nie aż tak jednoznacznej, bo częściowo skrytej w także słodko-rześkich, świeżych kwiatach. Za tym wszystkim przewijały się kwaśne i jakby podkarmelizowane (posypane cukrem i zapieczone?) owoce: brzoskwinie, mango i pomarańcze.

Tabliczka w dotyku wydała mi się tłusta, a choć gruba, nie była twarda. Podczas łamania trzaskała średnio głośno, jawiąc się jako konkretna i masywna, ale nie twarda właśnie. Gdy zaś robiłam kęsa, miałam wrażenie, że wgryzam się w utwardzoną, konkretną, ale jednak miękkawą, tłustą masę. 
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Robiła to bardzo maziście, trochę oleiście. Tłustość ogólnie bardzo się rozkręciła i wyszła wręcz ciężko. Na pewno konkretnie. Mimo mięknięcia niczym masło, zbity kształt zachowywała bardzo długo, jawiąc się jako niby idealnie gładka, wręcz śliskawa, ale z jakby ukrytym echem pylistości.

W smaku pierwsza przybyła wysoka słodycz karmelu, za którym podążały rześkie, świeże kwiaty.

Karmel dał się poznać jako palony, co podchwyciła gorzkość. Jego palenie rosło, a że rosła też gorzkość, w dużej mierze pochłonęła go i wpisała w motyw palonego drewna. Po chwili dołączył do nich tytoń i echo dymu papierosowego.

Przez moment miejsce karmelu próbowała zająć... Melasa? Niby cięższa od niego, a jednak... zarazem rześka? Do głowy przyszedł mi syrop z agawy, a melasa ulotniła się.

Słodycz utrzymała się jako kwiaty, które rozkręciły rześki wydźwięk. Pomyślałam też o roślinach: aloesie, może mięcie... Przez ułamek sekundy może nawet o glonach, np. spirulinie? Wszystko to pod pieczą kwiatów.

Za słodyczą, ale właśnie jakby w tym rześkim wątku, pojawił się kwasek. Najpierw wycofany i łagodny, potem, choć w sumie też dość ugodowy, przemykający przez całą kompozycję. A jednak jakby cały czas wisiała nad nim słodycz... palono-agawowa (jakby karmelo-melasy z syropu z agawy? - wyobrażenie). Zjawiły się niedojrzałe brzoskwinie i ogólnie egzotyczny, niejednoznaczny wątek. Kwiaty zasugerowały mu z czasem sporo słodyczy i zrobiło się słodko, a z kwaskawym echem. Brzoskwinie dojrzały i wyłoniło się przy nich mango. Mango przejrzałe?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa papierosowo-tytoniowy motyw zmienił się trochę w drewno i drzewa. Palone drewno i iglasty motyw kojarzyły się z ogniskiem w lesie, gdzie czuć woń ziemi. Iglastość podchwyciła świeżo-rześki wydźwięk.

Owoce w tym czasie, trochę skokowo znacząco się osłodziły, a kwaśność stała z resztą nut w harmonii. Do egzotycznych owoców, brzoskwiń i mango dołączyła słodko-kwaśna pomarańcza. Paloność pokierowała je w pieczono-grillowane klimaty. Wyobraziłam sobie właśnie grillowane brzoskwinie, trochę poprzypalane. Takie, które puszczają sok.

Z owoców wychyliła się goryczka skórki cytryny. Też jakby palono-karmelizowanej. Owoce zaczęły trochę słabnąć.

Z leśno-iglastej toni zaś wymknęły się orzeszki piniowe. Przygotowały grunt pod bardziej ogólnie orzechową nutę, która jednak nie utrzymała się długo, a dopuściła do kompozycji maślaność. Ta przysłoniła częściowo owoce, złagodziła gorzkość. Ta raz po raz jeszcze jakby... próbowała dołożyć trochę ziemi?

Nie udało jej się jednak utrzymać słodyczy. Ta znów wzrosła skokowo, co z kolei na zasadzie kontrastu podkręciło też kwasek. Tym razem jakby... skórki cytryny i spalenizny? Wydawało się, że słodycz przez moment waha się, czy nie ulec spaleniźnie - już otarła się o melasę, po czym... Jednak wróciły kwiaty.

Kwiaty wzmocnione niemal wodnistą rześkością... wody kokosowej? I kwiatów mokrych od wiosennej mżawki. Błyskawicznie przybierały niemal na korzennej pikanterii, ale... która nie była ani pikanterią, ani korzennością (dziwne wrażenie).

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych owoców egzotycznych, w tym brzoskwiń oraz jakby grillowanych i aż karmelizujących się owoców słodszych: pomarańczy i chyba też brzoskwiń. Do tego czułam rześkość roślin, jakby wody kokosowej, trochę aloesu oraz sporo maślaności, w której pobrzmiewała subtelna orzechowość. W oddali majaczył jakby kwasek spalenizny, a na języku zaznaczyła się ni cierpkość, ni pikanteria.

Czekolada była smaczna i ciekawa, ale wolałabym, by posłodzono ją innych cukrem. Do surowego smaku to chyba właśnie cukier kokosowy podopowiadał trochę spalenizny, co poniekąd wyszło interesująco z tymi owocami, ale jakoś mi nie pasowało do tej rześkości kwiatowo-wodnistej. Kwasowość zaskoczyła mnie tym, że wyszła nisko-średnia - cukier kokosowy stanął na drodze jej rozwojowi tak, że aż łatwo zapomnieć, że to czekolada surowa 90%. Gorzkość na odpowiednim poziomie, słodycz średnio wysoka, więc teoretycznie to z kolei jak trzeba, a jednak jakby coś nie grało. Drewno i drzewa, las iglasty i orzeszki piniowe, tytoń stały obok mocno owocowego smaku brzoskwiń, mango, cytrusów. Kwiaty, rześkie rośliny i woda kokosowa wiązały się z rześkością też chyba nakręconą cukrem kokosowym. Dziwnie podkręcił... wodnistość? I tłustość tłuszczu kakaowego, którego ogólnie dodano tam dużo. Tak, bardzo ingerował w nuty samej czekolady. Za bardzo. Nie zgadłabym tej zawartości kakao, dałabym jakieś góra 80%. Mogłabym wystawić jej 8, gdyby tylko struktura była mniej miękko-tłusta. Ta miękkawość spleciona z konkretem wyszła trochę osobliwie.


ocena: 7/10
kupiłam: Kuchnie Świata
cena: 22 zł (za 70g)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: nieprażone kakao, cukier kokosowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Beskid Chocolate Tanzania Kokoa Kamili Bio Dark 90 % Kakao ciemna z Tanzanii

Sięgając po tę czekoladę czułam smutek, bo oto kończyłam beskidowy zapas. Jednocześnie cieszyłam się, bo czułam, że choć czekolada miała poważną konkurencję, zachwyci mnie. Zarówno Beskid Tanzania Kokoa Kamili Bio Dark 70 % z 2021, jak i Beskid Chocolate RAW Tanzania Kokoa Kamili 97 % z 2022 bardzo mi smakowały, więc cieszyłam się, że w moje ręce wpadła kolejna tanzańska propozycja Beskid do porównania. Byłam ciekawa, z którą dziś przedstawiana będzie miała więcej wspólnego. Obstawiałam, że jednak mimo wszystko, mimo surowego kakao, z Beskid Tanzania Raw Tanzania Kokoa Kamili 97 %. Tabliczkę, tak jak i wspomniane, zrobiono z kakao od przedsiębiorstwa Kokoa Kamili, które gwarantuje najwyższą jakość. Z opisu dowiedziałam się jeszcze, że ziarna fermentowały w drewnianych skrzyniach, po czym były suszone na słońcu przez 5-7 dni.


Beskid Chocolate Tanzania Kokoa Kamili Bio Dark 90 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao z Tanzanii, z Doliny Kilombero, od kooperatywy Kokoa Kamili.
Rafinowana i konszowana 72 godziny.

Po otwarciu poczułam kwaśny splot wiśni, śliwek przechodzących trochę w powidła i kwaśnych, duszonych jabłek. Jabłek z nutą cydru, tuż obok nich? Wtórowały im owoce leśne: mniej jednoznaczne, ale na pewno jakieś ciemne i... poziomki? Ostatnie wchodziły w nieco pudrowe klimaty. Do tego poczułam duet ananasa i śmietanki, jakby prosto z anansowego ciasta z mnóstwem śmietany, śmietanową warstwą. Odnotowałam też suszone banany, ale mimo tych wielu słodkich nut, nie było tak mocno słodko, jako że wśród owoców zaplątało się niemal kwasowe, dosadnie alkoholowe wino. Przy nim wychyliła się odrobina ziemi. Alkohol kręcący się w pobliżu nut bananów i śmietanki czasem lekko zahaczał o ajerkoniak - to jednak wątła nuta, niemal nieuchwytna.

Tabliczka wydawała się masywna, co podkreślały głośne trzaski, słyszalne podczas łamania. 
W ustach czekolada rozpływała się wolno, zachowując swój kształt tak długo, jak się tylko dało. Nie szczędziła przy tym kremowości, obok której zaznaczyła się drobna oleista lepkość. Z czasem tłustość rosła, ale w parze z soczystością, więc ciężko nie było.

W smaku przywitał mnie karmel. Karmel lekko palony, ale szlachetny i nie za słodki. Ogólna słodycz stanęła na nisko-średnim poziomie i popłynęła dalej leniwie, nie rosnąc specjalnie.

Do karmelu dołączyła śmietanka, przekierowując go na łagodniejszy, właśnie śmietankowy tor i nagle, w tym momencie odezwała się cierpkość oraz gorzkość.

Cierpkość pokazała się jako kwaśno-cierpki splot trochę już skwaśniałego wytrawnego, a zarazem słodkawego wina, natomiast gorzkość dołączyła do słodyczy, dorównując jej leniwym, spokojnym charakterem. Przytoczyła motyw palony i tartę brownie na jasnym, kruchym spodzie.

Taninowa kwasowość wina prawie zupełnie zmieniła się w bogaty owocowy splot. Czułam owoce egzotyczne trudne do ponazywania, chyba m.in. ananasa i marakuję, ale też wiśnie i śliwki. Śliwki na jakiś czas podchwyciły skwaśniały motyw i zaserwowały mi lekko skwaśniałe powidła śliwkowe.

Do akcji wkroczyły cytrusy. Wślizgnęły się pomiędzy różne owoce egzotyczne, owoce czerwone i...  leśne (?), i przerobiły kwasotę na silną, ale w pełni owocową kwaśność. Właśnie głównie cytryn. Ale... niekoniecznie? Obok pojawiło się kwaśne jabłko i pigwa.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa maślano-śmietankowy karmel zmienił siew jogurt i maślankę. One też jakby uprawomocniły kwaśność i wręcz... nadały jej łagodniejszego charakteru/.
W łagodności tej doszukałam się jeszcze orzechowego akcentu, który jakby przeniknął do gorzkości i jeszcze ją zaczął łagodzić wraz z jasnym spodem tarty.

Kwaśność nagle drastycznie osłabła, a jej miejsce zajęła słodycz. Słodkie owoce egzotyczne jakby wypchnęły na przód ananasa. Ananas trochę wspierał się z jogurtowo-śmietankowym, śmietanowym wręcz motywem i przemknęła mi przez głowę myśl o śmietanowo-ananasowym cieście, jednak gdy tak cały czas słodycz rosła, zmienił się w banany. Lekka taninowa cierpkość pobrzmiewała w tle i czasem trochę sugerowała bananom niedojrzałość.

Wygrały jednak te słodkie banany suszone i... pieczone? Banany z karmelem? Pieczono-palona nuta odważyła się i wrócił karmel. Wyraźnie palony tym razem.

Śliwki jakby ususzyły się, serwując niemal mulistą słodycz. Obok znalazły się poziomko-truskawki o niemal pudrowych zapędach. Część owoców czerwonych, leśnych weszło w skład ciasta czekoladowego. Ciasta z kremem śmietanowym.

Raz po raz przypominały jeszcze o sobie jabłka - kwaśne i duszone? Może też jako element ciasta czekoladowego, np. ucieranego?

W ciastowym motywie krył się dym i jakby kwaskawa ziemia. Może ciasto trochę podkręcono kwaskawym winem / cydrem? Na pewno było lekko gorzkie, lekko cierpkie, ale... spokojne. Pilnujące, by słodycz za bardzo nie wzrosła.

Po zjedzeniu został posmak karmelu oraz bananowo-ananasowego ciasta, może raczej deseru ze śmietaną. Do tego wróciła cierpkość i kwasek czerwonego wina... czy raczej winnych owoców, bo posmak nie wydawał się ani trochę alkoholowy. Towarzyszyło temu wszystkiemu czekoladowe ciasto o niemal ziemistych zapędach i porządnie przypieczonych brzegach i wierchu.

Czekolada bardzo mi smakowała. Wyszła podobnie do Beskid Tanzania Raw Tanzania Kokoa Kamili 97 %, ale więcej w niej słodyczy. Jakby dodała do nut podlinkowanej więcej karmelu, a tym samym przekierowała nuty na bardziej ciastowo-deserowo-duszone tory. Nie znaczy to, że Beskid Tanzania Raw Tanzania Kokoa Kamili 97 % była bardziej kwaśna! Ani też, że dziś przedstawiana była jakoś mocno kwaśna. Kwaśność choć ciągle się pojawiała, nie wydawała się nadrzędna. Odebrałam ją jednak jako mniej ziemistą, a bardziej.... wypiekową?


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

niedziela, 14 czerwca 2026

Chapon Cacao Rare Venezuela 90 % ciemna z Wenezueli, po zmianach 2025

Chapon Cacao Rare Venezuela 90 % z 2023 była przepyszna. Wraz z tym, jak marka jakiś czas temu marka Chapon zmieniła swoje opakowania, zmieniły się też ceny, a w nowym opisie wyraźnie stanęło: "cukier". Nie "cukier trzcinowy" jak na początku mojej przygody z ich tabliczkami. Byłam bardzo negatywnie nastawiona do tych zmian, mimo że musiałam z grymasem stwierdzić, że nowe opakowania naprawdę zachwycały. Ze zdziwieniem odkryłam jednak, że czekolady nadal są pyszne. Mało tego! Nie czułam w nim chamskości białego cukru, co zdarza się naprawdę bardzo, bardzo rzadko. Normalnie jestem na niego wyczulona. Aż zaczęłam wątpić. A jeśli coś pokręciłam? Jeśli od zawsze mają taki sam cukier? Na przestrzeni miesięcy jednak, gdy wracałam do kolejnych lekko zmienionych tabliczek, odkrywałam drobne zmiany w smaku. Sięgając po dziś przedstawiana, czuła różne emocje. Z jednej strony strach, bo bałam się, że nie będzie to już 10/10, z drugiej radość do jednak prawie na pewno i tak pyszne czekolady. Nie dopuszczałam do siebie nadziei, że nie poczuję zmian. Niby przy tak małej ilości cukru można by pomyśleć, że jego zmianę można przeoczyć, ale z drugiej... W czymś tak dosadnie kakaowym, bardzo dobrze czuć obróbkę tego kakao i to, co mu towarzyszy. W dodatku, to na tej nowszej tabliczce napisali więcej o kakao: pochodzi z ponad 100-letniej plantacji Daniela Gonzalesa, La Sabaneta, która przypomina dziki las deszczowy i gdzie zachowały się stare rośliny. Właściciel plantacji płaci swoim pracownikom powyżej wenezuelskiej normy, a w dodatku zapewnia im 3 posiłki dziennie. Ciekawe, czy zawsze działali właśnie z nim? Dobrze też, że ten dziki kot z opakowania cicho wzywał mnie wzrokiem. Bo bym dalej że strachu odkładała.

Chapon Cacao Rare Venezuela 90 % to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao z 
90% gorzkiej czekolady, czystego kakao z Wenezueli, z regionu Choroni, z plantacji La Sabaneta; wersja od 2025.

Po otwarciu rozeszła się intensywna woń kwiatów i miodowej bitej śmietanki. Zaznaczył się za nią nieśmiały... karmel? Z pewną kwaskawą soczystością jednak, że może raczej... rodzynki? Takie mocno żywicznie-kadzidlane. W owocowej strefie doszukałam się też odrobinki cytrusów, ale równie dobrze można by je przeoczyć. Trafiłam za to na... akcent jagodowy? Jagodowo-bananowy? Kompozycja jawiła się jako bardzo słodka, jedynie z domieszką poważniejszych nut. Na te złożyło się coś palono-chlebowego, przypalony ciemny chleba i jakby pikantne... chlebowe paluchy, krakersy czy coś.
Dawna była wyraźnie mniej słodka, a jednocześnie bardziej jednoznaczna w kwestii chleba i krakersów.

Twarda tabliczka, która w dotyku była nieco pylista, a także tłustawa, przy łamaniu trzaskała głośno niczym skała.
W ustach długo zachowywała kształt, rozpływając się maziście i powoli. Połączyła zbitą maślaność z drobną oleistością, mimo że jej tłustość nie wydawała się wysoka, a właśnie nieco stonowana lekko pylistym wrażeniem. Odnotowałam też nienachalną soczystość, a na koniec uświadczyłam ściągnięcie.

W smaku tym razem przywitała mnie słodycz. Słodycz od razu rozchodząca się na dwa kierunki: z jednej strony wydała mi się niemal mleczna, z drugiej... zaznaczył się w niej nieśmiały kwasek?

Ta druga skojarzyła mi się z rodzynkami, które... spróbowały podkręcić cytrusy? Ledwo pomyślałam o nich, a już się wycofały i po kwaśności zostało jedynie echo.

Obecność odważnie zaanonsowała za to ziemia. Ustanowiła gorzkość dość wyraźną, a także przybrała ciepły charakter, jakby była rozgrzana, może wulkaniczna, a mnie przez głowę przemknęła smoła.

Słodycz, którą początkowo określiłam jako wręcz mleczną, przeszła w motyw białych kwiatów. Kwiatów stojących w wazonie z wodą. Były delikatne, niosły świeżość, ale nie szczędziły też słodyczy. Po chwili jednak... znów odnotowałam mleczność. Tym razem jako kwiatową, kwiatowo-miodową bitą śmietankę. Słodycz cały czas miarowo rosła i miała naprawdę sporo do powiedzenia.

Przy wzroście słodyczy kwasek znów spróbował coś ugrać: w tle cytryna próbowała zawiązać sojusz z rodzynkami. Wyszło to niezbyt jednoznacznie, ale na pewno kwaśno cytrynowo. "Cytrynowo z czymś" - przy czym trudno było uchwycić to "coś" zmieszanego z cytryną. W pewnej chwili pomyślałam o kwaskawym nabiale, ale nie mogłam tego uchwycić (w dawnej wyraźniej czułam kefir).

Chyba na zasadzie kontrastu ze słodyczą umacniała się także gorzkość. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do ziemi dołączył chleb. Smoliste nuty przeszły w pieczono-palony motyw, który skojarzył mi się trochę z ciemnym, czerstwym chlebem, a po chwili z ciemnych chlebem wilgotniejszym i kwaśnym. Nagle to on przejął sporą część kwasku.

Owoce jakby tylko na to czekały. Raz, drugi przebiło się coś kwaskawo-soczystego... cytrusowego. Acz zaraz część owoców uległa kwiatom i do głowy przyszły mi borówki amerykańskie, coś jagódkowego, właśnie pochowanego w kwiatach. Albo... jako owocowo-kwiatowe dżemy?

Jako że słodycz rosła, pomyślałam o jakiś wypiekach - rogalikiem? Podanych z nabiałem, kefirem lub kleksem kwaśnej śmietany. Może z dżemem / nadzieniem / smarowidłem... pomarańczowym? Takim z wyraźnie słodko-kwaśnych pomarańczy. Słodycz niby uczepiła się także owoców, ale te wywalczały też całkiem sporo kwaśności. Kwaśności... cierpkiej? Jakby w cytrusach ukryło się... np. kiwi?

Gorzkość wycofała się, przeplatając ziemię ziołami. Wyobraziłam sobie rześką szałwię, złagodzoną kwiatami. Chleb znów zastąpiła ziemia. Ziemia gorąca, wulkaniczna, wręcz dymna. Zioła - głównie jakby wręcz kwaskawa szałwia - współpracowały z nią.

Słodycz dziwnie wyszła na spotkanie z gorzkością, jakby próbowała ją załagodzić jakimś... słodkim, cytrusowym, znowu bardziej cytrynowym, kremem maślanym do tortu-ciasta, w którym przyprawy (?) i zioła idą w aż kwaśno-wytrawniejszą stronę.

Po zjedzeniu został posmak kwaśno cytrusowo-ziołowy i mocno kwiatowy. Możliwe, że w kwiatach kryło się też coś jagódkowego. Czułam też kwaskawy chleb i sporo ziemi.

Czekolada wyszła jednocześnie bardziej słodko i bardziej gorzko; kontrastowo. W Chapon Cacao Rare Venezuela 90 % z 2023 owoce zmierzały w nieco cierpko-niedojrzałym kierunku, a słodycz poprzez krakersowość wydawała się idealnie harmonizować słodycz i poważniejsze, gorzkie nuty. W dziś przedstawianej brakowało mi karmelowo-krakersowych motywów, a także integralnej kwaśności. W dziś przedstawianej jakby trochę tłamsiła słodycz, a ta - kwaśność - musiała o siebie walczyć. Brakowało mi tu... zgrania. Choć smak, nuty w zasadzie były te same, przybrały inny wydźwięk, bardziej kontrastowy, w którym co bardziej subtelne, zniknęło. Wciąż była pyszna, ale chwilami trochę zbyt kontrastowa, jakby przerysowana. Acz, co ciekawe, nie czuć tak jednoznacznie, że zmieniono cukier - można się domyślić, ale nabrałabym się, że za zmianami stoją inne kwestie (prażenie czy nawet zbiór kakao).


ocena: 9/10
kupiłam: chapon.com
cena: € 10,50 (za 75g; około 45 zł)
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

środa, 8 kwietnia 2026

Zdrowa Sowa Czekolada z Nibsami Kakao 90 % Boliwia ciemna z kawałkami kakao

Bardzo chciałam spróbować czekolady tej marki o tak wysokiej zawartości kakao, w dodatku nie byle jakiego, a z Boliwii, która byłaby czysta, niezaburzona nibsami, no, ale trudno. Taką bazę mają w ofercie tylko i wyłącznie z tym dodatkiem. Szkoda. Niepocieszona zamówiłam, stwierdzając, że po prostu wezmę ją w góry. Tu jednak robiło się ciekawie, bo... do boliwijskiej czekolady dodano kolumbijskie nibsy. Ciekawiło mnie, dlaczego i liczyłam, że może spróbowanie sytuację rozjaśni.
Tabliczkę zabrałam ze sobą na Rysy, na polski wierzchołek, na który weszłam właśnie od polskiej strony z Palenicy Białczańskiej, przez Morskie Oko. Na szczęście okrutnie wielkiego tłumu nie było, wspinaczka po łańcuchach poszła łatwo, a widoki dopisały. Nic, tylko radować się czekoladą!

Zdrowa Sowa Czekolada z Nibsami Kakao 90 % Boliwia to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao z Boliwii z 10% nibsami, czyli kawałkami kruszonego kakao z Kolumbii, z regionu miasta Tumaco.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach ziemistych nibsów w towarzystwie czerwonego wina, acz jakby przynajmniej częściowo okrojonego z alkoholu. Nibsy dominowały gdy wąchałam spód, lecz czuć je dobrze cały czas. Sama czekolada mieszała się z nimi wilgotną, czarną ziemią i dodała do kompozycji motyw soczystych, cierpkawych grejpfrutów oraz śliwek, ale właśnie z kolei lekko alkoholowych, likierowych (stały jakby w zupełnie innej sferze zapachu niż wino), nieco paloną słodycz i nieśmiałą sugestie orzechów bardzo, bardzo w oddali.

Nibsów trochę poskąpiono, a ich kawałki umieszczono głównie na środku tabliczki. Dotykając je, trafiłam na ostre krawędzie. Większość była średniego rozmiaru, ale trafiały się też małe. 
Twarda tabliczka trzaskała donośnie i głucho podczas łamania. Nibsy trzymały się jej porządnie - odpadło dosłownie kilka. Sama czekolada wydala mi się ziarnista w przekroju.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. W pierwszej chwili wydawało się, że będzie stawiać opór, ale zaraz zaskoczyła na mazisty tor. Była tłusta w średnio zbity, chłodno maślany sposób, z czasem trochę rzednąc w luźnym kontekście. Do tego doszła kremowość i delikatna, trochę ściągająca soczystość. Gładkości nie mogę jej odmówić, acz i lekko pylisty efekt uświadczyłam. Nibsy długo się jej trzymały i nie kaleczyły języka czy podniebienia. 
Nibsy zarówno gryzione wcześniej, jak i na koniec, były twardo chrupiące i jakby zawilgocono-soczyste wewnątrz.

W smaku pierwsza pokazała się delikatna kwaśność jakby... ziemistego pochodzenia? Kwasek zdobył się na skąpą soczystość nieco taninowego wina. Wina czerwonego, to pewne, ale jakby bez alkoholu. W oddali za to przemknął palony, niemal dymny akcent.

Po chwili wyłoniła się subtelna słodycz. Do głowy przyszedł mi cierpko-słodki grejpfrut o dość suchej strukturze, którego soczystość jawiła się jako skąpa.

Gorzkość wyraźniej zaznaczyła swoją obecność, gładko podpinając się pod ziemię. Jej nieco palony akcent trzymał się trochę na boku. Wyszła znacząco, ale trochę leniwie, jakby nawet nie próbując dorównać kwaśności.

Słodycz też trzymała się tyłów, nie ścigała się z innymi smakami i lekko pobrzmiewała palonym karmelem. Trochę pomogła tym samym palonej gorzkości.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność ograniczyła się do cytrusów - i nie był to już tylko grejpfrut. Nie mogłam jednak połapać reszty, ale soczysta kwaśność zdawała się lać hektolitrami.

Słodycz nieco się nasiliła, lekko wygładzając kwaśność. Grejpfrut przeplotła znacznie słodsza mandarynka. Wpisywały się w ogólnie cytrusowy wątek. Wydaje mi się, że sporadycznie przemykała tam też nutka śliwek.

Kiedy jadłam kęsy pozbawione nibsów, potwierdziło się, że baza nie przesiąkła kawałkami kakao.

Niegryzione nibsy nie smakowały jakoś szczególnie wyraźnie. Czasem chyba dokładały lekko gorzko palonej nutki, ale ogólnie raczej głosu nie zabierały.

Kiedy na próbę z ciekawości ze dwa razy pogryzłam dodatek obok czekolady, nie zmienił jej bardzo. Tylko trochę uprościł i podkreślał a to nuty palone, a to kwaśno-winne. Chrupane kawałki za to wydawały się bardziej palono gorzkie, a dopiero potem winnie soczyste. Wolałam je zostawiać na koniec.

Kwaśność miała się całkiem nieźle, acz końcowo była o wiele bardziej łagodna i ugodowa. Gorzkość utrzymała ziemisty charakter i dodała do niego jakby nutę wilgotnych skał, kamieni.

Słodycz wtedy postarała się jeszcze nieco nasilić. Czułam więc palony karmel i z czasem słodsze czerwone wino. Za nimi zaś, niejednoznaczne, ukryte orzechy. Cechowała je naturalna słodycz.

Nibsy gryzione na koniec smakowały różnie, wiele zależało od poszczególnego kęsa. Niby były wyraźnie gorzko palone, ale też soczyste jak.... domowy syrop malinowy? Słodki i trochę cierpki. Do tego czasem do głowy przychodziły mi pestki malin. Nibsy w dużej mierze przygłuszały smak bazy.

Po zjedzeniu został posmak cytrusowo-nibsowy, trochę palony. Czuć kwaskawość i taninę. Wrócił grejpfrut i kwaskawa ziemia, mieszająca się z mokrymi skałami.

Mimo że baza i dodatek smakowały bardzo różnie, tworzyły harmonię. Kwaśno cytrusowa, ziemista baza, łagodniejąca w karmelowym kontekście oraz przełamania gorzko-soczystymi nibsami świetnie współgrały. Nibsow może trochę pożałowano, ale dzięki temu można się było wczuć w dobrą, wyrazista czekoladę. Ta była bardzo kwaśna, więc też nie każdemu i nie zawsze może posmakować. Ja czuję, że nie każdego dnia miałabym na taką ochotę. Gorzkość wyszła w niej wyraźnie, ale nie jakoś szczególnie mocno. Słodycz zaś długo pozostawała delikatna, a dopiero z czasem trochę rosła. I tak jednak żadna nie dorównała kwaśności.
Przypomniała mi o dymnej i kwaśno owocowej (ale od innych owoców: kiwi, cytrusów, marakui i ananana) Pol Contreras Vilaprino Bolivia 80 % Cosecha 2021 Chocolate negro / Dark Chocolate. Dziś przedstawiana poszła jakby jeszcze dalej.


ocena: 9/10
kupiłam: zdrowasowa.pl
cena: 30,90 zł (za 60g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (ziarna kakaowca z Boliwii, cukier trzcinowy nierafinowany), nibsy kakao (z Kolumbii) 10%

środa, 25 marca 2026

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 90 % / Fondente 90 % ciemna surowa z Peru

Po zjedzeniu wszystkich Cacao Crudo z dodatkami, jakie kupiłam, przyszła wreszcie pora czyste ciemne. Uznałam, że zacznę z przytupem, od najwyższej zawartości kakao. Nie byle jakiego, a surowego Criollo, które nigdy nie są przetwarzane w temperaturze powyżej 42°C. Do tego klasyczny proces prażenia ziaren kakaowych w ich przypadku zastępuje się powolnym suszeniem w atmosferze ochronnej.
Trochę tylko żałowałam, że posłodzono ją czymś tak bardzo intensywnym jak cukier kokosowy. O ile w wersjach z dodatkami to pracowało, w przypadku czystych mogło za bardzo zagłuszać nuty. Acz może akurat niekoniecznie w dziś przedstawianej - wszak tak niewiele... No, trzeba było sprawdzić.

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 90 % / Fondente 90 % to ciemna czekolada o zawartości 90 % surowego kakao Criollo z Peru, z Amazonii.

Po otwarciu uderzył mnie intensywny zapach ziemi i nibsów kakaowych nasączonych czy choćby macerowanych w czerwonym, wytrawnym winie. Ziemia przechodziła w błoto i zbutwiałe drewno, obiecujące ciężkość i powagę. Obok stanęła dość wysoka, wręcz ciężka słodycz melasy, której towarzyszyło zaskakująco dużo rześkości. Ta ostatnia połączyła w sobie kwiaty i wodę, letni deszczyk. W rześkości pojawiły się też owoce soczyście-kwaskawe, a jednocześnie słodkie w sposób kojarzący się z owocowymi lodami wodnymi dla dzieci. Pomyślałam o czarnej porzeczce, odrobinie malin i jakiś leśnych owocach - nic jednoznacznego, raczej cały miks. Owoce te zupełnie odcięły się od czerwonego wina, będąc dla odmiany bardzo lekkimi. 

Twarda tabliczka w dotyku zdawała się łączyć tłustość i lekką pylistość. Trzaskała średnio głośno i głucho. Przy łamaniu wydawała się trochę krucha, ale też kryła w sobie obietnicę zmięknięcia.
W ustach długo starała się zachować kształt, ale twardość szybko porzucała. Była dość ciężka i maziście tłusta, trochę oleista. Upuściła delikatną, nieco ściągającą soczystość. Przewinęła się w niej też marginalna pylistość, ale z czasem zniknęła w tłustej i coraz bardziej wodnistej toni. Czekolada pozostawiała po sobie trochę taninowe ściągnięcie oraz jakby rześko-soczystą suchość (?). Na całą tabliczkę trafiły mi się jakieś trzy-cztery drobinki niedomielonego kakao.

W smaku przywitała mnie delikatna, łagodnie palona słodycz karmelu. Po chwili jakby podpłynęła pod  nią woda. Trochę ją jakby jeszcze złagodziła, trochę rozrzedziła, rozmyła - nie tylko nasilenie, ale też smak, wydźwięk.

W oddali subtelnie zaznaczyły się ziemiste, soczyste nibsy (kruszone kakao). 

Z drugiej jednak strony słodycz zaraz na tę wodnistość zareagowała oporem. Mignęła mi wręcz melasa, ale równie szybko stanęła pod znakiem zapytania, mimo że słodycz ewidentnie zbuntowała się i zaczęła rosnąć. Nie jednak przez palony motyw - ten trochę się oddalał. Był, ale nie na pierwszym planie. Na ten wkroczyła słodycz o charakterze wodniście-kwiatowym - tak sobie z wodą poradziła! Pomyślałam o mokrych - może zroszonych, albo zmoczonych mżawką - białych kwiatach.

Karmelowo-melasowa nutka podpowiedziała paloność gorzkości. Gorzkość wkroczyła powoli i choć przez chwilę też wydała mi się lekko palona, nie zdecydowała się na palony wydźwięk. Na przód wysunęła charakterne zbutwiałe drewno. Ono przez moment miało w sobie coś ciepłego, może wręcz dusznego, ale po chwili i tu na znaczeniu wzrosła wilgotna, jakby zawilgocona nuta.

Oczami wyobraźni zobaczyłam ziemię i bagno. Właśnie tam zalegało to drewno. Ziemia, bagno wyszły na prowadzenie. Lekko palony akcent, który odłączył się od słodyczy mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przez moment dopowiedział tu palenisko-ognisko tylko co zagaszone wiadrem wody.

Pokazał się dym, ale jakby właśnie związany przez to z wodą. Dym cierpki i... cierpkość obudził zgoła inną.

Poczułam subtelne cierpko-taninowe ciężkie wytrawne wino czerwone.

Wino zaczęło mieszać się z rześkością kwiatów. Robiły, co mogły, by nadać mu lekkości i może nawet słodyczy? Nie do końca mu się to udało, bo wino po prostu cofnęło się... Acz tu wkroczyły kwaskawo-słodkie owocowo-wodne lody porzeczkowe (pomyślałam dokładniej o Kolorkach Algidy sprzed lat). Owoce ogólnie wielkiej roli nie odegrały, ale były wyraźne. Porzeczkowo-jakieś, bo za czarnymi porzeczkami stanęła mieszanka owoców leśnych, możliwe że w tym trochę malin. Ich kwasek mógł być podkręcony lekko cytryną, jednak ogólnie nie był wysoki, bo jak na takowe lody przystało, były jednocześnie słodkie.

Owoce jednak długo się nie utrzymały. Słodycz wróciła do palonego charakteru karmelu i... po tej owocowej części poszła jeszcze dalej, stając się melasą, a gorzkość... Jakby te bardziej rześkie tony zasnuła dymem.

To wykorzystała bagnista ziemia i zaczęła współpracować z czerwonym winem. Końcowo zeszły się w jedno, serwując mi wyraziste nibsy kakaowe nasączone czerwonym, taninowym winem. Sobą zagłuszyły nawet ziemię.

Po zjedzeniu został posmak nibsów kakaowych w czerwonym, wytrawnym winie oraz kontrastowe niesamowicie rześkie poczucie. Wiązało się z białymi kwiatami, które wprowadziły słodycz. Pod tą podpiął się melasowy, już nie taki lekki, karmel. Czułam też cierpko-kwaskawe owoce, głównie czarne porzeczki, bagnistą ziemię oraz echo dymu.

Czekolada była smaczna, choć w moim odczuciu zbyt kontrastowa. Ciężkie taniny, czerwone wytrawne wino, bagno, ziemia i nibsy byłyby cudowne, jednak ta cała rześkość i dużo wody obok mi nie leżały. Kwiaty, słodko-kwaśne lody owocowo-wodne mogłyby jakoś inaczej zagrać. Bez tego dziwnego wodnistego orzeźwienia - tu obwiniam cukier kokosowy, obstawiam, że z trzcinowym byłoby lepiej. Nuty czarnych porzeczek, owoców leśnych i chyba cytryny, ani nawet wino, o dziwo nie przełożyły się jednak na wysoką kwasowość. Było słodko, było gorzko, ale choć intensywnie, to jeszcze nie aż tak siekierowo jak można by się spodziewać po surowej 90tce. Słodycz z kolei choć teoretycznie niska, wiele miała do powiedzenia.


ocena: 8/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 13,80 zł (za 50g)
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa z nieprażonych ziaren kakao, zagęszczony sok z kwiatów kokosa

środa, 25 lutego 2026

Chapon Cacao Rare Ouganda Semuliki 90 % ciemna z Ugandy

Chapon ma niewiele czekolad z zawartością wyższą niż 75%. A ja dobrze pamiętałam, jak obłędna była Chapon Cacao Rare Venezuela 90 %, więc i ta wydała mi się obiecująca. Ekscytację wzmacniał fakt, że z Ugandy miałam jeszcze inne czekolady Chapon, o innych zawartościach kakao. Ach, jak ja uwielbiam takie porównania! A zacząć postanowiłam od potencjalnie najlepszej. I najbardziej dla marki nietypowej, bo, jak wspomniałam, niewiele mają czekolad o tak wysokiej zawartości kakao. Ciekawe, co przesądziło o tym, że akurat Ugandę zrobili też w takim wydaniu. Z tego, co poczytałam, także obróbka nie była zbyt typowa, bo kakao fermentowało w skrzyniach z drewna eukaliptusowego (nigdy nie słyszałam, by jakiś producent właśnie w takich to robił!), a potem suszone. Zakupione zostało od małych rolników, zrzeszonych w ramach Latitude, którzy pracują w strefie tropikalnej Rwenzururu.
Na marginesie: czekolada nie tylko smakuje, ale też uczy! Spodobały mi się ptaki na opakowaniu i zainteresowałam się, nimi. Znalazłam, że to koronnik szary, który ten widnieje na fladze i w godle Ugandy.

Chapon Cacao Rare Ouganda Semuliki 90 % to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao z Ugandy, z regionu lasu Semuliki.

Po otwarciu poczułam wyraźny zapach suszonych fig, daktyli i trochę śliwek. Mieszały się z rześkim pieprzem, który zdawał się wpisywać w całą jakąś pieprzną mieszankę, kompozycję przyprawową z ziołami. I podrzucił myśl o pieprznym drewnie. Obok prezentowała się dość wysoka - jak na 90% - słodycz jasnego miodu z echem maślanego toffi.

Tabliczka była bardzo twarda, więc podczas łamania trzaskała głośno i, zwłaszcza tam, gdzie tabliczka była grubsza, kojarzyła się ze skałą. Tam, gdzie cieńsza, brzmiała bardziej skaliście-chrupko. A bo właśnie... z jednej strony tabliczka była gruba, z drugiej cienka (co dla Chapon się zdarza).
Choć dotyk sugerował pylistość, w ustach okazała się kremowa i gładka. Rozpływała się powoli, pokazując się z gęsto-mazistej strony. Tłustość stała na średnim poziomie. Połączyła maślaność z drobną oleistością, ale obie wpisała w kremowość. Końcowo oleistość trochę rosła, ale i skąpa soczystość do niej dołączyła. Ta jednak zostawiała cierpkawo-ściągające wrażenie. Końcowo w ustach ostała się też pewna suchość.

W smaku pierwszą poczułam łagodną, średnio wysoką słodycz maślanego toffi. Trwała przez moment, spoglądając ku pierwszemu planowi i leciutko wzrosła.

Nagle, zmotywowana słodyczą, przemknęła nutka jakiś słodkich, ale jednocześnie kwaskawych czerwonych owoców. Były trudne do uchwycenia i zaraz mi umknęły. Zagłuszył je miód, zmieniający wydźwięk słodyczy. Okazał się bardziej zdecydowany od toffi, przerabiając je najpierw na toffi miodowe, a potem skupił na sobie większość uwagi. Kryło się w nim jednak coś kwaskawego, niemiodowego.

Pod słodycz- jeszcze tę przejściową toffi-miodową- podkradł się pieprz. Delikatny, ale ze specyficzną ciężkawością, która... zaczęła się rozmywać w jakby pieprznej mieszance przypraw i ziół. Toffi zrobiło się poważniejsze, bardziej palone i nagle... do siebie niepodobne, a bardziej... daktylowe?

Gorzkość powoli wkroczyła i rosła, nie zważając na nic innego. Ze spokojem objęła prowadzenie, jakby była to najnaturalniejsza rzecz na świecie. Wydała mi się lekko palona, pieprzna, ale nie w taki czysty, oczywisty sposób. Połączyła pieprz z drewnem.

Miód trochę się wycofał, a ja nagle poczułam suszone owoce. Niezwykle jednoznaczne suszone figi wśród nich dominowały. Miały nieco zasładzające zapędy, ale ogólna słodycz nie była zbyt wysoka. Dołączyło do nich trochę śliwek suszonych i... znów zaczął przemykać motyw czerwonych owoców. Teraz wyraźniejszy, ewidentnie owoców suszonych, ale wciąż nieoczywisty. Chodziła mi po głowie kwaskawa żurawina, ale to nie była zupełnie ona. Na samym końcu czułam też bardzo słodkie, twarde suszone daktyle.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drewno zaczęło odgrywać coraz ważniejszą rolę. Wciąż miało pieprzne echo, ale pieprz trochę odpuścił. Wyobraziłam sobie drewno, a ze względu na paloność, kominek. Dokładniej drewniany, elegancki salon z trzaskającym w nim ogniem oraz... kwaskawym drzewkiem iglastym, choinką. Stworzyło to przytulnie zimowy klimat.

Część słodyczy też podchwyciła ten zimowo-ciepły wydźwięk. Przez myśl przemknęły mi ciastka korzenne z miodem o bardzo pieprznym charakterze. Za ich sprawą pieprz wszedł też w słodką strefę, wyciszając miód.

Miód pobrzmiewał już tylko w oddali, a do słodkich suszonych owoców dołączył silniejszy kwasek. Pomyślałam o suszonych plastrach pomarańczy, być może wiszących w formie ozdób, na drzewku. Pomarańcze sprawiły, że figi i śliwki jeszcze się umocniły.

Gorzkość zaczęła serwować mi więcej nut palonych: dymu, sadzy, popiołu, po czym... nagle doleciała do niej maślaność.

Maślaność lekko załagodziła gorzkość, co wykorzystał miód i wrócił wyraźniej. Wyobraziłam sobie jakiś keks z miodem, możliwe, że nie tylko na maśle, ale mieszance masła z olejem, na pewno z bakaliami. Głównie figami i śliwkami. Wokół musiał rozchodzić się aromat pomarańczy (z choinki?), jakby trochę obok nich. Ciasto to przybrało zimowy wydźwięk: chyba i ono leciutko doprawiono pieprzem, ale jakimś świeższym, lżejszym.

Po zjedzeniu został posmak suszonej pomarańczy i suszonych, słodkich fig, mieszających się z drewnem i pieprzem. O ile drewno wyszło tu ciężkawo i poważnie, tak pieprz wykazywał rześkość, przechodził nawet w ziołowość. W głowie miałam też wizję choinki przy kominku.

Czekolada była nie dość, że pyszna, to jeszcze intrygująca. Ta jednoznaczna wizja drewnianych mebli, kominka i choinki oraz wyraziste suszone figi i śliwki, mieszały się z subtelniejszymi akcentami suszonych pomarańczy, jakiś czerwonych owoców oraz dość wysoką jak na 90% słodyczą. Ta połączyła toffi z miodem, czasem bardziej wpisywała się w owoce. Pieprz w tej kompozycji wyszedł bardzo ciekawie, bo nie był to zwykły, dosadny pieprz. Ten jakby ukrywał się w ziołowej mieszance i drewnie. W pierwszej chwili pomyślałam, że wystawię jej 9, ale potem zaczęłam się wahać, czy nie zasłużyła na 10. Była blisko, ale jednak silna słodycz jak na 90% mogłaby być trochę niższa, bardziej wycofana. Obwiniam o to cukier biały (ach, jakbym chciała, by Chapon wróciło do trzcinowego!).


ocena: 9,5/10
cena: € 11 (za 75g; około 46 zł)
kaloryczność: 592 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier

czwartek, 5 lutego 2026

Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao ciemna

Nie jestem wielką fanką setek, więc może nie powinno mnie dziwić, że nie mam wszystkich regionów sprawdzonych właśnie w takiej zawartości kakao. Acz mnie trochę dziwiło, że chyba nieczęsto spotyka się setki z kakao z Belize. Po tych z zawartością znacznie wyższą niż 70%, myślę, że na setkę by się nadawało na siekierę, a po delikatniejszych 70%, to właśnie i na łagodną, mniej szatańską setkę np. na początek przygody z takimi. Ja jadłam blend Zotter Labooko Maya Cacao 100 % Dark Chocolate i właśnie była dość niesetkowa... Ciekawiło mnie więc, w jakim kierunku pójdzie dziś przedstawiana. Znałam bowiem Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao, ale nie umiałam sobie wyobrazić, jaki kierunek obejmą te nuty pozbawione cukru. 


Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 100% kakao trinitario (mające domieszkę criollo) z Belize, z regionu Punta Gorda.

Po otwarciu uderzył mnie zapach wanilii z kokosem, który przechodził w orzecha kokosowego, mieszającego się z kolei z ogólną orzechowością i ziemią. Obok zaznaczyła się cierpkość czerwonych owoców i nuta banana... acz jakby nieco wytrawniejszego - przejrzałego plantana? Wydało mi się to dziwnie słodkie jak na setkę. Czułam też jakby wycofaną kwasowość. Podkradała się i pod ziemię, i pod owoce, a do tego dodała... niedookreśloną nutę czegoś nabiałowo-owocowego. Pomyślałam o wymyślnym, tłusto-śmietanowym bezalkoholowo pinacoladowym lassi... ni z mango, ni z ananasem. Na pewno jednak z kokosem. Może też z echem cytrusów?

Twarda tabliczka była masywna, a w dotyku sugerowała i tłustość, i pylistość. Przy łamaniu wydawała średnio głośne trzaski, łączące kruchość z dźwiękiem łamanych suchych gałązek.
W ustach czekolada rozpływała się wolno i bardzo gęsto, trochę zalepiając. Była kremowa, trochę kojarzyła się z chłodnym masłem, ale wykazywała bardziej typowo czekoladową lepkość. Z czasem wykazywała też soczystość, a na koniec lekko ściągała.

W smaku najpierw przemknęło mi coś kwaśno cytrusowego, jakby cytryna z czymś... Acz bardzo niejasna. Kwasowaty owoc osiadł zaraz w egzotyce. Kwaśno-soczystej egzotyce, która po chwili wykazała się też lekką słodyczą.

Polała się nuta orzechowa, zdecydowanie trochę łagodząca kwaśność. Wpierw przyszły mi do głowy jakby lekko kwaskawe orzeszki piniowe, potem jednak orzechów zebrało się więcej - i ta większość właśnie nie godziła się na kwasek. Pomyślałam o duecie włoskich i laskowych, acz wspartych też orzechowością ogólną.

Do głowy zakradła mi się myśl o orzechu kokosowym oraz nieśmiały akcent... oleju kokosowego? W oddali chęć udziału w kompozycji zgłosiła jeszcze ziemia, jednak inne nuty jej nie zaprosiły.

Cytrusowo-egzotyczna kwaśność przeszła w jakiś nabiałowo-owocowy, ciężkawo tłusty koktajl. Pomyślałam o śmietanowo-pełnojogurtowym ananasowo-mango lassi, do którego podkradło się kokosowe echo. Coś jakby... niealkoholowa pina colada, bardziej owocowo mieszana?

Słodycz rosła - zawitała do owocowej strefy jako banan. Chyba banan...? Jakby wytrawniejszy banan? Przyszedł mi do głowy plantan, kojarzący się z bananem, ale bananem nie będący.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam czerwone owoce. Jakby wiśnie, ale bez cienia słodyczy? Kwasowate wiśnie, mieszające się z.... niedojrzałym granatem i rabarbarem?

Orzechy nagle wydały mi się znów jakieś... zachodzące kwaskiem? Wyobraziłam sobie ciasto z orzechami... ciasto tłuste i soczyste zarazem. Ciasto z ananasem? Ciasto marchewkowe kwaskawe za jego sprawą, z wiórkami dodanymi dla chrzęstu, ale za to bez przypraw korzennych.

Kokos nasilił się i trochę podniósł słodycz. To odważyło wanilię i nagle kompozycja wydała mi się zaskakująco waniliowa. Acz słodka ostrożnie.

Wanilii z kokosem nie odstępował kwasek, który przełożył się na wizję wegańskiej alternatywy jogurtu - właśnie kokosowej, z wanilią. Kokosowy kwasek zahaczał tu o nabiał, o coś wręcz śmietanowego i tłustego, ale... chwilami i jakby kwaskawe wiórki mi przemykały.

Kwasek w końcu trochę jakby wręcz przygłuszył kokosa i wrócił do owoców. Ananas przemieszał się z czerwonymi, co przełożyło się na kumulację kwaśności i końcowo raczej cytrusowość. Pomyślałam o cytrynie z dodatkiem... kwaśnych mandarynek? Kumkwatu?

Ziemia z oddali wreszcie przemknęła trochę do tej kwaśności, przekładając się na lekką cierpkość. Albo to owoce zrobiły się takie cierpkie?

Po zjedzeniu został posmak kwaśno kokosowy, jakby niemal śmietanowego jogurtu kokosowego i kwaśnych owoców. Te wydawały się próbować przygłuszyć orzechy, z którymi wystąpiły w jakimś mało słodkim cieście z dodatkiem wiórków kokosowych.

Czekolada była bardzo ciekawa. Niektóre nuty wydawały się trudne do określenia, ale ogólny klimat łatwo uchwycić. Kwaśne owocowo-nabiałowe koktajle i kwaśne ciasto z owocami, orzechami i kokosem miały wydźwięk egzotyczny, soczysty, a zarazem tłustawo-ciężki. Pełny jogurt, śmietana kokosowe, ananasowo-mango-cytrusowe tony przeplatały się z orzechami oraz słodyczą kokosa i wanilii. Szkoda, że ziemia nie zagrała mocniej. Niska słodycz, prawie nieobecna gorzkość i znacząca kwaśność nie uczyniły jednak kompozycji kwachowatą, o nie. To była... łagodna kwaśność.

Sporo nut Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao pojawiło się w dziś przedstawianej, ale przybrały inny wydźwięk ze względu na wyższą kwaśność i brak słodyczy karmelu. Umknęła mi też nuta kawy, co mnie zaskoczyło.


 ocena: 9/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 27 zł (za 70 g)
kaloryczność: 464 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca

środa, 31 grudnia 2025

Alter Eco 90 % Peru Chocolate Negro ciemna

Przyszła pora na czekoladę amerykańskiej marki Alter Eco, co do której byłam najbardziej sceptyczna i odkładałam ją w czasie, trochę nietypowo dla mnie. Przeważnie potencjalnie mniej smaczne wolę zjeść najpierw. Tu trochę obawiałam się, że przy tak wysokiej zawartości kakao wyjdą na jaw niedociągnięcia lub wady. Acz mimo to, udało mi się podejść do niej bez większych wyobrażeń, nadziei czy obaw. Z tego, co dowiedziałam się ze środka kartonika, czekoladę zrobiono z kakao kupionego od kooperatywy Acopagro, z którą współpracują od 2008 roku. Mali farmerzy, zrzeszeni w jej ramach, pracują w Parku Narodowym Rio Abiseo, dbając, by zachować bioróżnorodność. Kupno kakao odbywa się w ramach sprawiedliwego handlu i dzięki uczciwym cenom za kakao, wielu producentów uwolniło się od uprawy koki w latach 2000. i odzyskali w ten sposób swoją godność.

Alter Eco 90 % Peru Chocolate Negro to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao z Peru, z amazońskiego lasu deszczowego.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach dominujących kwaśno-cierpkich wiśni, osłodzonych... syropem klonowym? Wyobraziłam sobie wiśnie w palonym, słodkim i jakby lekko drzewnym syropie. Mieszał się z gorzkimi, spalonymi drzewami oraz drewnianymi meblami. Ze względu na ciepło kompozycji, do głowy przyszedł mi jeszcze ciepło-przytulny zamsz. W harmonii splatał się ze znaczącą, niemal duszną, słodką nutą wanilii. Ta wydobyła z kompozycji maślaność, acz nie udało jej się całości załagodzić. Sprzeciw na to zgłosiła też nutka grejpfruta i cytryny, kryjących się za wiśniami.

Tabliczka wydała mi się sucha i krucha w dotyku. Przy łamaniu potwierdziła się jej kruchość. Acz była to kruchość skalista. Twarda czekolada wydawała z siebie głośne trzaski.
W ustach rozpływała się powoli. Początkowo trochę niechętnie, później już łatwiej. Miękła, eksponując gęstość oraz pewną suchawość, mieszającą się z coraz silniejszą tłustością. Ta wyszła masywnie, zbito-maślano, jednak ze względu na pobrzmiewającą suchawość, pylistość czekolada nie wyszła za tłusto. Okazała się za to dość kremowa i mazista. W porywach zdobywała się na soczystość, a na koniec trochę taninowo ściągała.

W smaku pierwszą poczułam subtelną, trochę paloną słodycz, którą szybko przeciął cierpki kwasek. Oczami wyobraźni patrzyłam na kwasową smołę.

Słodycz trochę rosła, a że paloność ogółu szybko zajęła znaczącą pozycję, słodycz też przystała na właśnie palony wydźwięk. Sporo paloności okazało się budować gorzkość albo w zasadzie bazę, grunt pod nią.

Smoła otworzyła drogę gorzkim, poważnym i ciężkim nutom, lecz w jej kwaśności nagle rozbłysła kwaśność lżejsza, soczysta. Należała do wiśni. Wiśnie przecięły smołę, nadały całości trochę lżejszego tonu, acz same nie były takie znowu lekkie. Wszak to owoce kwaśno-cierpkie. Gorzkość i tak była wszechobecna i silna... Próbowała dominować, ale to wiśnie rządziły kompozycją. Wiśnie, których trzymało się echo wytrawnego, ciężkawego wina?

Wiśnie dojrzałe, acz kwaśne. A tylko trochę dosłodzone... syropem klonowym? Słodycz jawiła się jako trochę przypalona, a mi do głowy po pewnym czasie przyszły wiśnie duszone w syropie klonowym. Wino... zrobiło się półwytrawne, lekko słodkawe i... zniknęło? Słodycz trochę wzrosła, acz cały czas była raczej niska.

Wiśnia raz po raz wychodziła na przód ze swoimi bardziej kwaśno-cierpkimi nutami. Choć częściowo wiązała się ze słodyczą, nie była to jedyna płaszczyzna, na jakiej działała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa smoła już w ogóle zaczęła się rozmywać i zmieniać w spalone drewno. Drewno to przyniosło trochę ciepła. Ciepła milutkiego w dotyku zamszu? Zamsz osadził te poważniejsze nuty w realiach bardziej udomowionych: wyobraziłam sobie drewniane meble i zamszowe obicia, odzież. Ogólna gorzkość była wysoka, jednak pokazała się jako bardziej ugodowa.

W tle, w kwaśności odnotowałam jeszcze cytrusy. Przypieczętowujące koniec ze smolistymi wątkami. Wiśnie i cytryny, trochę grejpfruta przejęły niemal całą kwaśność kompozycji.

Słodycz trochę złagodniała, wyłoniła się z niej wanilia, syrop klonowy zaś uciekł. Wanilia mieszała się z cytrusami, osadzając je w delikatniejszy wątek tortu cytrusowo-waniliowego. Z trochę nadto przypieczonymi biszkoptowymi warstwami.

Syrop klonowy ukrył się w motywie drzew. Drzewa stanęły po poważniejszej, gorzkawej stronie. Było ich coraz więcej. Czasem wydawało się, że podłączają się pod nie prażone migdały ze skórkami.

Trudno było to z całą pewnością stwierdzić, bo na końcówce wiśnie zaczęły przeżywać renesans - jakby tak w torcie między maślano-biszkoptowymi warstwami, w waniliowo-cytrynowym kremie raz po raz trafiać na kwaśne bomby: całe, jędrne wiśnie. Wiśnie... nasączone winem?

W tle pobrzmiewała subtelna maślaność, jednak nie pchała się zbytnio na przód, nie łągodziła tego wszystkiego za bardzo; po prostu sobie pobrzmiewała.

Po zjedzeniu został posmak wiśni, do których dołączyła smoła i trochę wina, oraz cytryny z syropem klonowym. Ten już nie był tak wyrazisty, przechodził w motyw spalonego drewna i mebli drewnianych. Wyłoniła się wanilia - na koniec wydawała się być tu jedynym słodzidłem.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie. Bałam się, że tak wysoka zawartość kakao okaże się podbita sztucznie tłuszczem czy coś i będzie mdło, ale nie. To pełna smaku tabliczka, serwująca smołę, zmieniającą się w spalone drewno i meble drewniane z zamszem oraz wiśnie, wiśnie duszone w syropie klonowym, cytrusy i cytrynowo-waniliowy tort. Gorzkość pokaźna, palonych nut sporo, ale nie wyszły zagłuszająco głębi, kwaśność przyjemna. Niby wszystko to było ciężkawe, ale w pozytywnym sensie. Na plus także wyraźna, ale niska słodycz o niebanalnym charakterze.

Była podobna do Alter Eco 85 % Peru Chocolate Negro, ale wydała mi się lepiej wykonana. Na pewno konsystencja wydała mi się lepiej wyważona. Przy 90% kwaśność miała możliwość w pełni się rozwinąć: serwując kwaśne, acz pyszne, pełne smaku wiśnie i nie niedojrzałe pomarańcze jak podlinkowana, a cytryny. Kwaśność dziś przedstawianej wyszła tak, jak powinna. Niektóre nuty gleby pouciekały, ale wszelkie drzewno-migdałowe znajome. Lekka słodycz podchwyciła paloność jako syrop klonowy.


ocena: 9/10
kupiłam: naturitas.pl
cena: 18,38 zł
kaloryczność: 656 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, laska wanilii