Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2026

krem GymBeam Hazelnut Butter / Masło z Orzechów Laskowych 100 %

Wybierając, jakie kremy chcę otrzymać od lubianej przeze mnie marki GymBeam, dziś przedstawiany był oczywistym wyborem. Bardzo lubię kremy 100% z orzechów laskowych i od dłuższego czasu są stałymi bywalcami mojej komody i lodówki. To, jednak, jak interesujący jest ten konkretny krem, wyszło na jaw dopiero jakoś dzień czy dwa przed jego degustacją. Na słoiku nie znalazłam żadnej wzmianki na temat prażenia orzechów i tknęło mnie, by zapytać. Otóż okazało się, że marka robi go z orzechów nieprażonych, surowych. Wow, z takim chyba jeszcze do czynienia nie miałam! A trzeba Wam wiedzieć, że normalnie - gdy mowa o samych orzechach - zdecydowanie wolę surowe niż prażone.

GymBeam Hazelnut Butter / Masło z Orzechów Laskowych to krem 100% z surowych orzechów laskowych.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu przywitały mnie naturalnie bardzo słodkie orzechy laskowe. Bez wątpienia były to świeże orzechy. Nie tylko świeże w sensie "nie prażone", ale bardzo, bardzo świeże, jakby tylko co zerwane i wyłuskane z łupinek. Celowały w wizję orzechów w dużej mierze bez skórek, acz ich akcent zaznaczył się nienachalnie w tle. W dużej mierze jednak odciągał od nich motyw niemal roślinny: łagodny i rześki.

Na wierzchu wydzieliło się bardzo dużo oleju. Zlałam jakieś 13 łyżeczek, a od razu wymieszałam 3-4 łyżeczki. Krem pod olejem bardzo wysechł i zrobił się dość twardy, ale mieszanie o dziwo nie było bardzo wymagające. Podeschnięta masa ochoczo przyjęła olej. Krem choć gęsty i przez pewien czas grudkowaty, wydał mi się miękki i uległy, więc po paru chwilach mieszania uzyskałam jednolitość. Widać, że nie był gładki, a upstrzony kropeczkami i drobinkami, potencjalnie bardzo miazgowy i oleisty. Ciągnął się, wykazując zwięzłość.
Od pierwszej sekundy w ustach gęsty krem jakby rozkręcał się, na gęstości jeszcze przybierając. Rozpływał się powoli, chwaląc się mocno miazgową konsystencją. Tłustość rozkręcała się, serwując nieco oleisty motyw, ale w końcu zatrzymała się na średnio-wysokawym poziomie, który nie przełożył się na ciężkość. Jego tłustość szła troszeczkę w kierunku kremów z orzechów włoskich i pekanów (jakby do laskowych ich trochę dodano). Całość wydała mi się miękka i w pewnym sensie aksamitna, choć na pewno nie gładka.
Pasta gryziona całościowo skrzypiała, trzeszczała w twardawo marcepanowym stylu.
Po zniknięciu masy, w ustach za każdym razem zostawało mnóstwo drobinek i kawałeczków. Gdy gryzłam je na koniec, po kremie, również w większości były skrzypiące-trzeszczące, a zarazem chrupkawe. Odebrałam je jako niemal soczyste, ale zarazem konkretne i sporadycznie twardawe.

W smaku od razu poczułam delikatną, niską, ale nie mdłą słodycz. Należała do świeżych, niemal soczystych orzechów laskowych. Takich tylko co zebranych i rozłupanych chwilę wcześniej.

Ich delikatna słodycz... przez chwilę czy dwie to w zasadzie jedynie mgliście słodkawy motyw. Słodycz zeszła na niski poziom, dopuściła do głosu motyw jakby roślinny - świeży niczym powietrze, gdy pada, niczym zmoczona deszczem leszczyna. Cała ta roślinność wypływała z orzechów i umacniała wizję surowych. Czasem bardzo subtelnie zdradzało swoją obecność echo skórek orzechów. Ale nie gorzkość.

Nagle słodycz podskoczyła. Zajęła średni poziom, bo choć wzrosła od początku, to jednak bardzo wysoka się nie stała. Czy to delikatna, czy już ta silniejsza, świetnie czuła się na pierwszym planie i dyrygowała innymi nutami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach przywołała szlachetną, subtelną goryczką świeżych skórek surowych orzechów. Dodawała kremowi głębi, długo trzymając się z tyłu.

Jako że słodycz wzrosła znacząco, goryczka w zasadzie jawiła się jako nieistotna. Motyw skórek za to owszem. Nie była to typowa gorzkość, raczej wytrawność, przełamująca słodycz.
Skórki mieszając się ze słodyczą laskowców czasami robiła aluzje do pieczonego biszkoptu orzechowego - z tym, że osadzonego w surowych realiach (ma to sens?). Słodko-wytrawnego w taki naturalny, nienachalny sposób.

Gryzione drobinki orzechów kontynuowały naturalnie słodki, ale już zdecydowanie mniej, bo jedynie słodkawy, i świeży smak orzechów laskowych ze skórkami. Wśród drobinek skórki odegrały ważniejszą, choć nadal nie bardzo silną i nie gorzką, rolę.

Po zjedzeniu został posmak świeżych, słodkawych orzechów laskowych z leciutko zaznaczonymi skórkami. Zupełnie jakbym jadła młode, soczyste orzechy, wśród których tylko co jakiś czas zdarza się zaplątać jakiemuś w skórce. Wydawały się niespotykanie słodkie i miały w sobie coś lekko świeżo-roślinnego, co mnie kojarzyło się z mokrą od deszczu leszczyną.

Krem był nie dość, że przepyszny, to jeszcze niespotykany. Jedyny w swoim rodzaju. Jadłam wiele kremów, w których pojawiały się sugestie świeżych orzechów, tak lekko prażone były, ale to, jak jednoznacznie świeże orzechy czułam w tym, było... wow, niecodzienne. Przy okazji zaskoczyła mnie ich słodycz - rzadko trafiają mi się tak naturalnie słodkie laskowce. Wydaje mi się, że niegorzkie, ale jednak dobrze wyczuwalne skórki podkręciły słodycz na zasadzie kontrastu (i zakładam, że to, że ich nie prażono nie przyprawiło im goryczki). Akcent roślinny, aluzja do deszczu przyjemnie wieńczyły świeżość.
Konsystencja wydawała mi się też bardziej świeża, a zatem... oleiście-tłusta, jak kremy z najtłustszych orzechów. Wolałabym, by nie szła w tym kierunku, ale rozumiem, że wynika to z surowości orzechów (które zachowały cały tłuszcz).


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 28,90 zł za 340g
kaloryczność: 628 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: orzechy laskowe 100%

piątek, 10 lipca 2026

krem GymBeam Hazelnut Butter + Protein + Cocoa / Białkowa Pasta z Orzechów Laskowych

Jestem bardzo sceptyczna do produktów białkowych. W zasadzie do wszystkich zachwalanych jako 
funkcjonalne... Sama nie kupiłabym kremu czekoladowego proteinowego, który miałby w składzie podejrzane składniki, po których nie wiem, czego się spodziewać. Tak było właśnie z białkiem WPC. To kompletnie nie moja kategoria produktów. A jednak... lubię naturalne kremy orzechowe czekoladowe. Markę GymBeam bardzo polubiłam i weszłam z nimi we współpracę. Uznałam, że w jej ramach mogę dać szansę produktowi potencjalnie nie w moim typie. "Potencjalnie", bo na dobrą sprawę, wiedziałam, że GymBeam umieją zrobić naprawdę dobry krem. Założyłam więc, że może i białkowy wyda mi się udany.

GymBeam Hazelnut Butter + Protein + Cocoa  / Białkowa Pasta z Orzechów Laskowych to kakaowy krem z orzechów laskowych z białkiem GymBeam WPI, czyli izolatem białka serwatkowego.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu poczułam się, jakbym wąchała wafelki z kremem kakaowym, który miał szarawo-jasnobrązowy kolor i oddzielał od siebie blade, lekko wypieczone warstwy waflowe. Jeśli był oblany czekoladą, to tylko delikatnie po bokach. Taką słodką, niby cierpkawo kakaową, ale nie gorzką. Po chwili pomyślałam, że mógł to być wafelek z kremem kakaowo-orzechowym, bo orzechy laskowe zaprezentowały się całkiem przyzwoicie. Czuć naturalnie słodkawe prażone laskowce, ale niestety trzymało się ich metaliczne, sztuczne echo.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju. Zlałam jakieś 6,5 łyżeczki, a wymieszałam łyżeczkę.
Mieszanie nie było trudne, bo mimo wysokiej gęstości, krem cechowała miękkość. Wyglądał na zwięzły, ale nie zbity. Widać w nim też sporo drobinek i kropeczek skórek, które obiecywały miazgowy efekt.
W ustach krem od razu przedstawił się jako miękki i... aksamitny, ale tylko początkowo. Był masywny, gęsty, wręcz przytykający. Trochę oblepiał zęby, mimo że nie gryzłam. Wydawało się, że jeszcze gęstniał, po czym rozpływał się w średnim tempie. Raczył mnie wtedy efektem miazgowym, a także średnią tłustością. Szybko się jednak okazało, że to dziwna miazgowość. Nie wynikała bowiem tylko z drobinek orzechów. Krem powoli zmieniał się w zawiesinę drobinek orzechów oraz miękkich, lepkich kulek-zbitek proszku. Czuć w nim też proszkowość, która próbowała chować się w miazgowym efekcie. Miał w sobie też sporo z mleka w proszku, rozpuszczającego się w lepkim stylu oraz trochę ze trochę scukrzonego miodu.
Na koniec w ustach zostawały w dużej mierze drobinki orzechów, ale często też te drobinki zlepki proszku. Gryzione wydawały się miękko-gumiaste i wciąż lepkie.
Gryzione na koniec kawałki cechowała chrupkawość i delikatność. Były delikatne, mimo że wymagały ciamkania.
Zostawił po sobie trochę wręcz ściągające (od proszku? słodziku?) wrażenie.

W smaku od razu rozbrzmiała słodycz, kierująca moje myśli ku nieco przesłodzonemu wafelkowi. Przemknęła sztuczna... wanilina?... a potem umocniła się wizja wafelka z bladymi, słabo wypieczonymi warstwami waflowymi, poprzekładanymi jasnobrązowym, szarawym kremem kakaowym. Kremem zdecydowanie przesłodzonym i niegorzkim.

Wafelka uczepiła się sztuczność, kierująca go w tanim kierunku. Kakao zdobyło się na trochę cierpkości, sugerując, że może wafelek oblano po bokach... nie tyle czekoladą, co polewą kakaową.

Zaraz jednak do gry dołączyły orzechy. Dołożyły się do słodyczy, podrzucając jeszcze skojarzenie z niezbyt udaną podróbką Kinder Bueno. W tle zaznaczył się mleczny motyw... Niezupełnie jednak mleko. Bardziej coś z mlekiem w proszku.

Orzechy laskowe cały czas wiązały się ze słodyczą, ale po paru chwilach zmieniły jej wydźwięk za sprawą swej autentyczności. Wysoka słodycz w dużej mierze przeszła w naturalnie orzechową, acz... im więcej jadłam, tym bardziej i szybciej zaznaczał swą obecność słodzik. Prażone orzechy laskowe nie próżnowały, starały się jak mogły wyjść na prowadzenie. Acz nie udawało im się.

Niestety, dość długo i ich trzymało się sztucznawo-metaliczne echo. Cały czas czułam przesłodzonego, taniego wafelka, ale już bardziej kakaowo-orzechowego. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji słodycz przestała na trochę rosnąć rosnąć. Orzechy laskowe walczyły o dominację, ale trudno było skupiać się tylko na nich.

Słodycz na nowo zaczęła rosnąć, tym razem za sprawą słodziku.

Wafelkowy, przesłodzony motyw zaczął przejawiać coraz bardziej mleczne skłonności. Do głowy przyszły mi... kakaowo-orzechowe płatki śniadaniowe, które zdążyły zabarwiły już i zasłodziły mleko. Mleko po płatkach ze sztuczną słodyczą i niegorzkim, ale takim "komercyjnym" kakaowym smakiem przeszkadzały laskowcom.

Słodycz słodziku nagle wyrwała się na przód. Zrobiło się zdecydowanie za słodko i aż mało orzechowo. Słodycz podchwyciła metaliczność i dodała do niej chłód. Słodzikowy motyw zmieszał się z lichym kakao i orzechami, które z czasem wydały mi się zrezygnowane. Słodzikowość i jakby mdło kakaowy, słodzikowy krem z jakiś bezcukrowych wafelków zakończył kompozycję, aż wgryzając się w język.

Na koniec w ustach zostawały jeszcze dziwne kawałki i drobinki. Gryzione smakowały jak mleko w proszku ze sztucznie miodowym cukrem i orzechowo. Dominowało to pierwsze, mimo że drobinek nieorzechowych było mniej. Orzechy po prostu nie miały siły przebicia. Ich lekko prażony smak po tym wszystkim wydawał się bardzo zgaszony utrzymującym się motywem słodziku.

Po zjedzeniu został okropny posmak słodziku, który zdawał się aż wgryzać w język, sztucznego kremu kakaowo-orzechowego prosto z tanich wafelków, może też podróbek Kinder Bueno oraz motyw mleka po przesłodzonych płatkach kakaowych. Orzechy laskowe, nie za mocno prażone, znalazły się dopiero za tym wszystkim.

Krem bardzo mnie rozczarował. Liczyłam się z proszkowością i nutą tego izolatu, ale myślałam, że pójdzie bardziej w jakieś mleczno-mączne klimaty jak np. Vilgain Cheat Spread Choco Bar, a nie że to będzie białko tak mocno smakowe i słodkie od słodziku. O smaku tanich wafelków z kremem kakaowo-orzechowym, o smaku przesłodzonych kakaowo-orzechowych płatkach śniadaniowych zabarwiających mleko oraz mocno słodzikowe. Bardzo nie moje klimaty, a w dodatku jeszcze słodzik. W trakcie jedzenia jeszcze pół biedy, ale posmak był okrutnie słodzikowy. Orzechy, które stanowiły bazę kremu, się przed tym wszystkim chowały.
Mimo że za moją uwielbianą miazgowością kryła się proszkowość, konsystencja jeszcze nie była tragiczna. Myślę, że ta proszkowość jest zrozumiała.
Mimo szczerych chęci 96 gramów to moje maks, a i to się dziwię, że aż tyle zjadłam (akurat byłam trochę głodna). Resztę oddałam Mamie.

Opinia Mamy: "Okropny ten krem. Samego to na pewno nie da się jeść. Aż w nim orzechów prawie nie czuć przez ten słodzik i... yy, proteinę? Ale głównie słodzik wszystko popsuł. Bez niego chyba byłoby jeszcze w miarę, mogłoby być. A to było paskudnie słodzikowe, aż nieorzechowe. A w dodatku nie podobało mi się, jak ten krem oklejał zęby, przylepiał się do nich denerwująco, tak... proszkowo? Myślałam, na czym to by można jeść, by jakoś się dało... Na tostach z serem żółtym i dżemem był bardziej zjadliwy. Trochę wycofał się ten słodzik i... proteinowość? A sam krem na tostach poszedł w kierunku orzechowo-kakaowych, tanich wafelków. Też niesmacznych, ale nie aż tak słodzikowych przynajmniej. Ale nawet z tostami nie mam zamiaru go męczyć".
Niestety więc wyrzuciłyśmy.

Szkoda, że gdy sprawdzałam, co to za krem na stronie przed tym, jak o niego poprosiłam, nie dotarło do mnie, że w tym białku jest nie tylko białko, aromat i kakao, a właśnie też jeszcze ten słodzik. Gdyby nie on, myślę, że kremowi spokojnie dałabym 6. A kto wie, czy nie 7? Zależy, w jakim kierunku poszedł by smak.

Co do smaku... na pewno nie jest to krem, mogący przekonać do białkowych rzeczy. Jak ktoś ma do czynienia z takimi słodzikowymi białkami na co dzień, możliwe, że lepiej odbierze ten krem niż ja. Myślę jednak, że dodanie słodziku było strzałem w kolano. Samo białko mogłoby lepiej zagrać, a właśnie ten słodzik pokierował wszystko w obrzydliwym kierunku. Gdyby jeszcze dodano go znacznie mnie... a to niestety, zdominował krem. Nawet nie to, że tak go przesłodził, ale okropnie denerwował wydźwiękiem.
Poza tym... każdemu zdarzy się wpadka, więc mimo wszystko ten krem wybaczam i nie tracę wiary w kolejne (ale już na pewno nie białkowe!).


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 35,90 zł za 340g
kaloryczność: 626 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe 80%, białko GymBeam WPI 20% (izolat białka serwatkowego, odtłuszczone kakao w proszku 4%, aromat, barwnik: karmel amoniakalny; substancja słodząca: sukraloza; emulgator: lecytyna słonecznikowa)

piątek, 26 czerwca 2026

Sante Krem orzechowo kakaowy z daktylami

Gdy zobaczyłam w gazetce Lidla nową serię kremów Sante, ostrożnie się zainteresowałam. Choć zachowałam trochę podejrzliwość, serce zabiło mi szybciej. Słoiczki wyglądały jakoś... bardzo obiecująco. Obawiałam się, że mogą być przesłodzone, bo przy daktylach o to nie trudno, ale... Może nie? Zleciłam je ojcu i do dnia otrzymania w sumie nie wiedziałam, który otworzę jako pierwszy. Po paru dniach jednak po prostu spłynęła na mnie pewność, że to musi być krem czekoladowy. Dawno bowiem nie jadłam kupnego kremu czekoladowego. 

Sante Krem orzechowo kakaowy z daktylami 65 % orzechów to krem z prażonych orzechów laskowych i płatków kokosa z kakao, słodzony daktylami w proszku.

Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach prażonych orzechów laskowych o nieco słodkich skłonnościach, w których jednak wyraźnie czuć też orzechowe skórki. Ich lekką goryczkę podkręcało kakao w ilości sowitej. Przywodziło na myśl ciemne czekoladki, może też czekoladę z nadzieniem czekoladowo-orzechowym. Pomyślałam o Michałkach albo coś w tym stylu... Chyba raczej michałkowym brownie. Z kakaem wiązała się słodycz. Nie wysoka, ale jakby konwencjonalna, niejednoznaczna - daktyli bym nie zgadła! Do tego odnotowałam maślany akcent kokosa, łączący naturalną słodycz z drobną cierpkością oleju kokosowego oraz ogólną maślaność.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju, w zasadzie wyglądało to bardziej na jakby mieszankę wody i oleju. Zlałam 4 łyżeczki, wymieszałam prawie 1 łyżeczkę. Podczas mieszania wyglądało na to, że chyba będę musiała dolać znacznie więcej, ale uznałam, że jakby co, zrobię to już w trakcie jedzenia. I słusznie, bo wtedy krem okazał się jednak wystarczająco tłusty.
Krem choć miejscami wyglądał na suchawy, już w trakcie mieszania jakby nieco... wilgotniał? Ze zbito-gęstego i niemal sztywnego przechodził do oleiście tłustej struktury. Pod koniec jedzenia, gdy kremu zostało niewiele, a słoiczek ogrzał się od ręki, krem wykazywał skłonności do przechodzenia w stan bliski prawie płynnego, jak tłuszcz kokosowy.
Widać w nim trochę drobinek, na oko nie nazwałabym go kremowym.
W trakcie jedzenia krem przedstawiał się jako gęsty i masywny, po czym rozpływał się. Najpierw wolniej, potem coraz szybciej i łatwiej, że ogólnie tempo rozpuszczania się można określić jako średnie. Mimo masywności, z czasem zmieniał się w lepko-luźną i wręcz żujną masę. Trochę zalepiał, trochę przytykał, ale rzedł w nieco oleisty sposób. Kremowość pojawiła się, acz mieszając się z nieco papkowatym efektem oraz subtelnym akcentem miazgowym. Krem jednak nie miał nic wspólnego z gładkością. Choć miazgowość była subtelna, uraczył mnie niemal ziarnistą, drobinkowo-proszkową strukturą. Całość miała w sobie też coś z miazgi i oleju kokosowych, jej specyficzną cierpkość, a do tego chwilami wydawała się nieco pyliście trzeszcząca. Z czasem okazało się, że liczne drobinki to trochę jakby zawilgoconych kryształków i sporo mocno przemielonych, czasem wręcz drobinkowych wiórków kokosowych. Te dodały masie chrzęstu. Bardziej kryształkowe drobinki, przypominające rozpuszczający się cukier i dodały trochę wodnistości.
Kryształki istotnie rozpuszczały się wraz z masą. Po jej zniknięciu w ustach zostawała drobnica kokosowa. Nie wymagała porządnego gryzienia, wystarczyło leniwe ciamkanie. Wtedy ujawniała się trzeszcząco-skrzypiąca cecha wiórków kokosowych.
Całość pozostawiała lekko suchawe wrażenie w ustach i drobne otłuszczenie na ustach.

W smaku pierwsze pokazały się orzechy laskowe. Wyraźnie prażone, lekko słodkie. Orzechowa słodycz zdradzała gotowość do wzrostu.

Orzechom wtórowało kakao. W pierwszej chwili trochę onieśmielone prażonością, lecz zaraz zobaczyło, że orzechy są do nich jak najbardziej przyjaźnie nastawione. Połączyły się poprzez gorzkość. Kakaowa była oczywiście silniejsza, ale i orzechy za sprawą skórek jej nie żałowały. Ogólnie orzechy laskowe wyraźnie w kompozycji rządziły - za sprawą prażenia oraz wyważonego splotu słodyczy i skórek.

Cierpkie kakao po podkreśleniu skórek laskowców wskazało jeszcze lekko cierpkawy motyw oleju kokosowego.
W tym czasie, bardzo daleko w tle, dała o sobie znać też nienachalna słodycz.

Po oleju kokosowym zaznaczyła się też ogólnie kokosowa nuta. Weszła poprzez olej, ale mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach kokos zaskoczył na niemal maślany i naturalnie słodki tor. Kokos, wciąż pobrzmiewający olejem, na pewien czas zrównał się z orzechami laskowymi.

Ogólna słodycz rosła. Rosła ta kokosowa, ale też szlachetnie-palona, która starała się trzymać blisko kakao. Na tym etapie powiedziałabym, że to słodycz ciemnoczekoladowo-kakaowych cukierków z nadzieniem kakaowo-orzechowym. Może z nieco truflowym echem? Albo... brownie o truflowych zapędach? Za nic nie zgadłabym, że pochodzi z daktyli.

Wraz z tym, jak na języku zaznaczały się drobinki i kryształki, falowo rosła słodycz. Czasem wydawała się nieco karmelowa, czasem sporadycznie zdradzały się daktyle. Orzechy laskowe jednak ani na moment nie słabły. Po tym jednak, jak zostały osłodzone, ułożyły się w wizję czekoladowo-orzechowych cukierków typu Michałki albo raczej michałkowe brownie. Słodycz czasem zaskakująco udanie udawała konwencjonalną.

Kokosowa nuta z czasem trochę się wycofała. Olej kokosowy ukrył się w wyrazistej gorzkości kakao i brownie-czekoladowej toni. Kokos utrzymywał jednak pewną łagodność, maślaność. Ta zaś jeszcze podsycała myśl o nadzieniu wspomnianych cukierków. Nagle zrobiło się zaskakująco słodko, jednak cały czas nie za słodko. Czasem zdradzały się tu jakby karmelowe daktyle, kojarząc się daktyloczekoladą, masą daktylowo-czekoladową. Słodycz w punkcie kulminacyjnym nie wychodziła ponad średni poziom. Niby czuć lekko piekący efekt daktyli, ale nie było to pieczenie za wysokiej słodyczy. Skórki orzechów, cierpkie kakao i olej kokosowy stały na jej straży.

Raz po raz w tle zaznaczała swoją obecność sól. Podkreślała niemal ziemiste, kokosowo-michałkowe brownie oraz dosadną, karmelowo-daktylową słodycz.

Z czasem wracał właśnie olej kokosowy i orzechy laskowe ze skórkami.

Drobinki kokosa gryzione kontynuowały smak właśnie kokosowy, choć kierowały go w bardziej wiórkowym kierunku. Gdy za gryzienie brałam się nieco szybciej, plątało się tam jeszcze trochę słodyczy, jakby lekko karmelowej, czasem wydawało mi się, że też echo laskowców, ale może tylko życzeniowe.

Po zjedzeniu został posmak orzechów laskowych, w których prażenie i goryczkowate skórki odgrywały bardzo ważną rolę, ale którym jednocześnie nie brakowało naturalnej słodyczy. Mieszały się z kokosem słodkim i oleiście cierpkim, a także cierpkim kakao. Dało się doszukać echa daktyli.
 Mimo że nie było za słodko, pod koniec jedzenia daktyle i olej kokosowy zaznaczyły się jako lekkie pieczenie w gardle.

Krem wyszedł smacznie i niezaprzeczalnie ciekawie. Czekoladowo-kakaowo, wyraziście orzechowo laskowo, ale też zaskakująco kokosowo. Kojarzył się z tego powodu z cukierkami orzechowo-czekoladowymi, głównie Michałkami, ale wkomponował je w brownie i otulił kokosem. Ten łączył słodko-łagodną kokosowość z olejem kokosowym. Wszystko to przełożyło się na słodycz wyraźną, ale nie za silną. Daktyle wcale nie starały się jakoś szczególnie mocno tu zaprezentować. Przez większość czasu ich charakter raczej się chował. Porządnie gęsta, chwilami wręcz sztywna struktura kremu z lekkim miazgowym elementem w porządku. W niej już mocniej czuć daktyle. Podobałaby mi się bardziej bez lekko kryształkowego efektu, ziarnistości oraz tego, że miała w sobie coś z oleju kokosowego.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 180 g; sprawdziłam)
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym znów dostać

Skład: prażone orzechy laskowe 65%, proszek daktylowy 22%, płatki kokosa, kakao 6,5%, sól morska

piątek, 19 czerwca 2026

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym

Nie wiem dlaczego skoro odkryłam, że własny krem chałwowy, robiony z tahini Ekogram i odrobiny cukru trzcinowego, jest po prostu wybitny i wychodzi poza skale wszelakie, wciąż zwracam uwagę na kremy chałwowe... gdy się już jakiś napatoczy. Mimo że żaden kupny dotąd, po wycofaniu Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym nie satysfakcjonował. Dziś przedstawiany, czyli firmy zajmującej się zdrową żywnością Coco Farm nie zachwycał, gdy chodzi o ilość sezamu w składzie, jednak nie skreśliłam go, bo reszta to nie tylko słodzidło, a kokos. Pomyślałam, że chałwa z nutą kokosa może być ok, a przynajmniej warta spróbowania.

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym to krem sezamowo-kokosowy o smaku chałwy / "w naturalnym stylu chałwy sezamowej", wegański, słodzony cukrem kokosowym.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu słoika rozbrzmiała kokosowa symfonia, złożona przede wszystkim z oleju kokosowego oraz mleczka kokosowego, wiórków oraz wielkich płatko-chipsów kokosowych i miazgi kokosowej. Osłodził je motyw jakby kokosowego palonego karmelu, bardzo palonego, a jednocześnie rześkawego. To jednak, że krem zawiera cukier kokosowy akurat nie było aż tak oczywiste. Jego dosadna słodycz tu nieco wtopiła się w otoczenie. A na kokosie się nie kończyło. Za mleczkiem pobrzmiewał roślinny motyw, kojarzący się z wegańskimi deserami, budyniami, słodkościami i krył się nawet nieoczywisty prawie kwasek. Z roślinną wegańskością mieszał się ni fasolkowy, ni orzeszkowy motyw i sezam. Ten wydawał się dość neutralny, znikomo goryczkowaty i dość wycofany. Trochę wyraźniej raz po raz wychylał się podczas mieszania i jedzenia.
Złożony, ale raczej dziwnie namieszany niż głęboki, zapach nie był zbyt kuszący.

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju, z czego zlałam większość, czyli niecałe 3 łyżeczki.
Wymieszałam mniej niż 0,5 łyżeczki, ale dlatego, że to już trochę mieszało się z wierzchem półpłynnej, rzadkawej pasty. Ta ani trochę nie potrzebowała tego wydzielonego tłuszczu, bo była wręcz lejąca i bardzo tłusta. Bardzo łatwo go się mieszało.
W trakcie jedzenia krem wciąż wykazywał wysoką, nieco oleistą tłustość i jakby chciał choć na sekundę zgęstnieć, ale jednak tego nie czynił. Nie był kremowy, a przypominał oleistą maź z mnóstwem kryształków. Był rzadki i rozpuszczał się dość szybko. Kryształki przełożyły się na wręcz ziarnisty, mocno proszkowy efekt. Kryształki cukru, rozpuszczając się, jeszcze bardziej go rozrzedzały, dodając wodnisty efekt. W porywach zdobywał się na lepkawość, acz ogólnie bardziej przypominał olej i miazgę kokosową 100% z dodanym cukrem i trochę rozrzedzoną.
Masa gryziona raczej kryształkowo chrupała od cukru niż trzeszczała jak chałwa. Tego efektu trzeba było się bardzo, bardzo doszukiwać, by go jako tako wychwycić.
Co ciekawe, po spędzeniu dwóch dni w lodówce, krem zrobił się twardawy i wyglądał na bardzo suchy. Wystawiony do temperatury pokojowej powoli wracał do swej płynnej formy.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz karmelowo-kokosowa. Palony karmel mieszał się z naturalnie słodkimi wiórkami i miazgą kokosową, a po chwili ich drogi się rozeszły. Każdy bowiem się intensyfikował.

Palony wątek podkreślała lekka goryczka oleju kokosowego. Nie cały czas był tak samo wyraźny, ale co i raz przypominał o sobie jako niby łagodne, ale denerwujące echo. Sporadycznie przebijał się przy nim sezam.

Karmel przybrał na paloności i robił się dosadniejszy, niemal melasowy. Słodycz zajęła wysoki poziom i jeszcze epizodycznie podskakiwała. Cukier kokosowy bardzo łatwo było w tym rozpoznać, acz... jego rześkość jakby przeszła na stronę wyraźniej kokosową. Nie każde zagarnięcie było tak samo słodkie, ale przy niektórych słodycz już po paru chwilach trochę piekła w gardle.

Kokos miazgowo-oleisty, wiórkowe echo wydawały się w porywach niemal soczyste. Zaraz dołączyło do nich pełne mleczko kokosowe i stanęło z nimi na równi. Mimo że słodycz miała imperatywne zapędy, kokosowość rządziła kompozycją. W zasadzie jakby koleżeńsko ścigały się ze sobą, nawzajem się motywując.

W oddali za to czaiła się sól, jakby dopingując piekącą słodycz.

Przy niej odnotowałam jeszcze roślinność. Pod mleczko kokosowe podkradła się nuta wegańskich słodkości, budyniu czy czegoś takiego.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach poprzez wegańskość, roślinność wkroczył sezam. Nie wziął udziału w wyścigu słodyczy i kokosa. Sezam... dał się poznać jako neutralny, lekko wręcz goryczkowaty. Jego goryczkę wzmacniał olej kokosowy. Raz czy drugi zrobił aluzje do kawy. Przełamał nieco słodycz, a z chałwą... w porywach trochę się kojarzył... Acz nie była to wyrazista nuta. Bardziej jakby to była "udawana sezamowość".

Sezam bowiem mieszał się nie tylko z roślinnością, ale też z ogólnie orzechowym wątkiem. W pewnym momencie roślinny motyw mignął mi strączkami i... fasolkowymi fistaszkami? Przemknęła jeszcze coś jakby... mąka? Wszystko to podkreślała epizodycznie przypominająca o sobie sól. Nawet nie śmiała wyjść na przód, ale snuła się na tyłach. Trudno jednak było uchwycić te wszystkie wątki opisane w tym akapicie, jako że kokos starał się skupić na sobie uwagę, a słodycz podskoczyła do nieco przesadzonego poziomu. Wszystko to jednak przełożyło się na dość silne skojarzenie z batonem Legal Cakes Chiacho w wersji z 2020.

W tle przewijał się jeszcze pewien... "jakby kwasek". Niewyraźny, ale wpisujący się w olej kokosowy. Słodycz robiła się zdecydowanie zbyt ciężka, dosadnie karmelowo-melasowa i złudnie daktylowa. Miałam wrażenie, że czuję w gardle daktylowe pieczenie. Kokos jednak się jej nie wystraszył i jako ogrom wiórków z mleczkiem kokosowym zakończył występ.

Po zjedzeniu został posmak melasowo-rześkiego cukru kokosowego, wiórków i miazgi kokosowej. Za nimi starał się też pokazać nieco orzechowo-sezamowy motyw. Bardziej wegańsko-nugatowy niż chałwowy.

Choć moja norma jedzenia na raz w przypadku kremów to 130-200g, tu dałam radę ledwie 66g i to się już pod koniec męcząc. Ani smak, ani konsystencja mi się nie podobały.

Krem ten w smaku był za bardzo namieszany, a za mało chałowy. Nie rozumiem, po co producent obiecywał chałwę... równie dobrze mógł zrobić po prostu krem kokosowy i wtedy byłby niezły, bo realnie mocno kokosowy. Olej, miazga, mleczko kokosowe i nuta wiórków w asyście wyrazistej, palono karmelowej, złudnie daktylowej słodyczy w zasadzie wyszłyby smacznie, gdyby nie wszelkie dziwnie wegańsko-roślinnego, niedookreślone sezamowo-orzechowe akcenty. Pierwsze w ogóle mi się nie podobały (błonniki? mąka?), orzechowość była dziwnie nieokreślona, bo jej za mało, a sezam w ogóle... trochę się pojawił i nie ugrał za wiele, nawet nieszczególnie pasował. Myślę jednak, że krem może smakować miłośnikom Legal Cakes Chiacho (które swoją drogą pogorszyli w 2024).
Konsystencja zaś bardzo nie po mojemu, bo ogrom kryształków cukru w rzadko-lejącej, oleistej mazi to fuzja tego, czego w kremach nie lubię.

Krem powędrował do Mamy. Opisała go tak: "Pachnie to mocno kokosem, ale tym olejem, co nie lubię, a nie wiórkami. Smak trochę mnie zaskoczył. Bo choć najpierw buchnęła mi taka goryczka nieprzyjemna, to potem zaczął się rozpuszczać, zrobiło się słodko i było smacznie. Tylko jak zniknął z ust, ta gorycz nieprzyjemna wróciła. Taki ten... olej kokosowy? Tak to ogólnie nie wiem, co ja tam dokładnie czuję, ale byłby ogólnie w porządku, gdyby nie ta goryczka. Niestety, ona przy zjedzeniu większej ilości tak dawała się we znaki, że trudno myśleć o pozytywach. Pomyślałam, że na ciastkach czy na czymś, co ją trochę zagłuszy, może się sprawdzić. Na tostach z dżemem i serem za bardzo się przebijała. ". Mama zrobiła jeszcze jedno podejście do kremu w bardziej stałej wersji, uprzednio na krótko przed jedzeniem wystawiając z lodówki. Nałożyła sobie na bułeczkę mleczną Carrefour Classic z Kawałkami Czekolady po czym stwierdziła: "Bułeczki też mu nie pomogły. Nadal niesmaczny przez wszystko psujący goryczkowaty olej kokosowy".


ocena: 4/10
kupiłam: Rossmann
cena: 19,99 zł (za 280g; promocja)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: sezam 37%, cukier kokosowy 20%, miąższ kokosa 18%, mleko kokosowe w proszku 12%, błonnik pokarmowy, mąka z orzechów ziemnych, lecytyna słonecznikowa, sól himalajska różowa

sobota, 13 czerwca 2026

krem GymBeam Pecan Butter / Masło z Orzechów Pekan 100 %

Choć przejadłam w życiu naprawdę sporo kremów orzechowych, z orzechów pekan 100% jadłam tylko Maslove Pekan 100 % Zmielony Pieczony. Niestety jednak przez jego formę, konsystencję nie mogłam się wczuć w smak tak, jak bym chciała. Zlepek kawałków orzechów do gryzienia? Niee, wolę kremowe kremy. A jednak sama jakoś nie szukałam, gdzie by tu zakupić inny z pekanów, ze względu na wysoką cenę, a jednak wątpliwy efekt. Wszak to bardzo tłuste orzechy i wiedziałam, że kremy z takich niekoniecznie muszą być zachwycające, co pokazały mi kremy z orzechów włoskich (na razie w kolejce do publikacji), jednych z dwóch moich najukochańszych orzechów. Gdy jednak zaczęłam współpracę z GymBeam, dziś przedstawiany był jednym z pierwszych słoików, o jakie poprosiłam. Opis ("Pokochasz jego delikatnie słodki, maślany smak, który z pewnością przekona każdego fana masła orzechowego") zachęcał. 

GymBeam Pecan Butter / Masło z Orzechów Pekan to krem 100% z surowych orzechów pekan.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam zapach surowych orzechów pekan z wyraźnym motywem niegorzkich skórek. Wyobraziłam sobie całe orzechy o naturalnej lekkiej słodyczy i wysokiej tłustości, aż trzeszczące pod naciskiem zębów, nie chrupiące. Po zlaniu oleju do kompozycji dołączyła jeszcze subtelna goryczka, kojarząca się bardziej z orzechami włoskimi.

Na wierzchu wydzieliła się bardzo duża ilość oleju, z czego zlałam jakieś 77g, czyli 19 łyżeczek (jak zawsze do słoiczka, na wypadek, gdyby trzeba było dolać więcej), a wymieszałam niecałe dwie łyżeczki. Co ciekawe, najpierw wydzieliło się jakieś 72g, nałożyłam sobie porcję, wstawiłam do lodówki. Kiedy przyszła pora na dokończenie kremu, wtedy na wierzchu znowu wydzielił się olej - te kolejne gramy. Zaskoczyło mnie to, bo zazwyczaj kremy orzechowe raczej podsychają i wtedy dolewam ze słoiczka odpowiednią ilość.
Krem wyglądał interesująco, bo pod warstwą oleju, patrząc przez słoik, wyglądał na dwukolorowy: beżowy z ciemnobrązowymi, niemal czarnymi zawijasami. Po przemieszaniu zrobił się ciemny, w odcieniu pekanowych skórek.
Mieszając ze zdziwieniem odkryłam, że wyglądało, iż z kremu nie uciekł żaden olej, bo nadal był bardzo tłusty. Mieszał się łatwo, bo ogólnie mimo konkretu, był tłustą, lepko-plaskającą masą.  Wydawało się, że olej aż się z niego cały czas wyciskał. Krem wyglądał na trochę jakby papkowato-ciastowy, ale też miazgowy, usiany mnóstwem drobinek i malutkich kawałków, a także skórek.
Jedzony przedstawił się jako tłusty, już trochę ciężko-przytykająco tłusty, ale nie tak okrutnie tłusty, jak można by się obawiać. Choć wyraźnie czuć oleistość, nie wydawała się jego najistotniejszą cechą. Rozpływał się w tempie średnim, na pewien czas jakby gęstniejąc, po czym jednak rozchodził się na coś, przypominającego bardzo tłustą, ciastowatą papkę i tłustą zawiesinę z drobinkami. Znalazł się w nim ogrom malutkich kawałków i drobinek, a więc uwielbiany przeze mnie efekt miazgowy, a także dosłownie parę większych kawałków. Trochę odciągał uwagę od tłustości.
Gryziony krem wyszedł całościowo chrupko.
Gryzione po zniknięciu bazy drobinki i kawałeczki były całkiem angażujące. Niektóre bardziej trzeszczące, inne masywniej chrupiące.
Po zjedzeniu pasta zostawiała sucho-cierpkie wrażenie.

W smaku najpierw rozbrzmiała wysoka, intensywna słodycz, należąca do orzechów pekan o maślanym charakterze. Tłustość dała o sobie znać w smaku.

Słodycz wydała mi się bardzo dynamiczna. Czasem wyskakiwała ponad wszystko na poziom tak wysoki, jakby pasta była lekko dosłodzona. Słodycz ogólnie rosła, jakby jej się spieszyło, po czym... Zatrzymała się. Czasem w oddali zaznaczała się ledwo uchwytna goryczka. I... zaraz zniknęła?

Słodycz robiła się bardziej zachowawcza. Maślaność zaczęła ją coraz bardziej tonować, rozbijać. Sama nasilała się, utwierdzając mnie w przekonaniu, że orzechów nie prażono. W głowie siedziały mi cały surowe orzechy pekan, co jeszcze wzmacniało smakowo tłusty wydźwięk kremu. Ewidentnie wraz ze skórkami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach goryczka trochę wracała. Czasem bardziej, czasem słabiej. Miałam wrażenie, że wiąże się z wyłaniającymi się z masy kawałeczkami. Nie wydawała się należeć do skórek, które jawiły się tu bardziej jako neutralne. Goryczka zerkała raczej w stronę orzechów włoskich.

Słodycz, choć już stonowana, trochę przyciszona, wciąż była obecna. Gorzkawość nasilała się pod jej przyzwoleniem. Czasem zaskakiwała na bardziej neutralnie-skórkowy tor... A chwilami pekany ze skórkami uparcie mieszały się z jakby echem goryczkowatego oleju z orzechów włoskich.

Gryzione na koniec kawałeczki orzechów pekan chwilami wydawały się jakby lekko podprażone. W większości jednak surowe, tylko przy niektórych zagarnięciach tak się ze mnie naigrywały. Kawałeczki połączyły w sobie słodycz z neutralnymi skórkami pekanów oraz goryczkę o różnym nasileniu. I w różnych proporcjach.

Po zjedzeniu został posmak gorzko-oleisty. Powiedziałabym, że mieszanki orzechów włoskich i pekan w skórkach. Pekany na koniec wywalczyły trochę maślanej słodyczy, wpisując ją w wizję surowych orzechów. Posmak wskazywał na krem i olej z orzechów, czuć, że to nie orzechy sobie chrupałam. Nie był zbyt przyjemny.

Krem wydał mi się ciekawy i smaczny, choć też mnie w sobie nie rozkochał. Podobał mi się surowy charakter orzechów. Zaskoczyła mnie początkowa wysoka słodycz i to, że w zasadzie trwała do końca. Gorzkość okazała się niska, czasem udawała orzechy włoskie, ale w negatywnym sensie, bo wyszła orzechowo oleiście - to trochę mi nie podeszło, ale też nie było złe. Jako że mieszała się z naturalną, maślaną słodyczą, nie męczyła, a współpracowała z resztą nut. Orzechy pekan całkiem nieźle wyszły jako krem, ale wolę je jednak po prostu, jako orzechy.
Konsystencja miała wady tylko te wynikające z natury kremu z pekanów, włoskich i tego typu orzechów. Gdy chodzi o wykonanie kremu, zrobili go w najlepszej możliwej opcji, czyli kremowo-miazgowej. Z drobinkami, ale nie kawałkami jak kremy typu "crunchy".

Choć zmogła mnie papkowata, tłustość i nie podobała mi się oleista goryczka, nie sądzę, by można było lepiej zrobić krem z orzechów pekan. Jasne, sama wolę jeść łyżeczką kremy z innych orzechów, od tego w zasadzie nawet wiele kremów, którym wystawiłam np. 8, ale to wybitny krem 100% z pekanów.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 40,90 zł za 340g
kaloryczność: 732 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy pekan 100%

poniedziałek, 25 maja 2026

krem Spichlerz Zdrowia 100 % Naturalne Masło Migdałowe

Odkąd zjadłam krem Sticky Blenders Migdał Vegan, wiedziałam, że będę chciała do niego wrócić. Albo do zbliżonego. Choć gdy mam jeść migdały, zdecydowanie wolę te w skórkach od blanszowanych, odkryłam, że kremy z blanszowanymi są... Niesamowite, odbierające mowę. Gdy mijałam nowe stoisko w galerii handlowej, w której raz w miesiącu bywam w Auchan, nie mogłam przejść obojętnie. Wypatrzyłam bowiem słoiczek, który natychmiast skojarzył mi się z podlinkowanym.

Spichlerz Zdrowia 100 % Naturalne Masło Migdałowe to krem 100% z blanszowanych migdałów.

Po odkręceniu poczułam niecodziennie delikatny zapach migdałów, kojarzący się z nierealistycznym marcepanem, zrobionym tylko i wyłącznie, w 100% z nieprażonych migdałów, bez dodatku żadnego słodzidła. Mieszał się z właśnie mieloną mąką migdałową i dosadną nutą oleju roślinnego, ogólnie neutralną roślinnością, śmietankowym echem - takiej bardzo tłustej, minimum 30% śmietany, a także krył w sobie leciuteńką słodycz. Ta, jak i motyw dziwnego marcepanu, przybrały na znaczeniu po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia.

przed i po uporaniu się z olejem
Krem miał bardzo dziwną strukturę. 
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju. Zlałam jakieś 5 łyżeczek, a od razu wymieszałam 3,5 łyżeczek. Robiłam to bez przekonania, bo w zasadzie krem nie wydawał się suchy, ale... daleko mu było do formy kremu-pasty orzechowej. Niestety, ile nie lałabym oleju, nie przybierał na kremowości, więc po tej ilości sobie darowałam. I bardzo dobrze! Na spodzie zostało bowiem trochę... niezupełnie suchych, ale suchszych kawałków i te w smaku były najlepsze, najwyrazistsze.
"Krem" przybrał formę papkowatego marcepanu z oleistym motywem. Im więcej dolewałam oleju, tym bardziej rzadki, ale wciąż tłusto-papkowaty się robił. Za nic nie przybierał na kremowości, wciąż utrzymywał formę masy-zbitki grudek. W trakcie jedzenia w dodatku odnotowałam, że co i raz olej jakby z niego wypływa - no nie chciał się łączyć i już.
W ustach krem rozpływał się w średnio-szybkim tempie. Chwilowo nieco gęstniał i jakby zwiększał objętość, ale daleko mu do kremowości. To raczej papka, grudki pozlepiane olejem, oleistą zawiesiną. Zalepiało to na moment konkretnie. Po chwili szedł w kierunku rozrzedzonej olejem masy marcepanowej z kawałkami migdałów, których sporo kryło się w grudkowatej masie. Czuć wysoką oleistość, a "krem" (?) rozchodził się w ustach na marcepanową, trochę zawiesinową papkę z mnóstwa drobinek, grudek i trzeszcząco-skrzypiących marcepanowych wiórków migdałowych. Czułam się, jakbym jadła miazgę i schłodzony olej kokosowy z rozmieszanym marcepanem.
Zagarniając uważnie, da się zagarnąć trochę samego gładkawego tłustego lepiszcza, bez kawałków.
Gryzione grudki, małe kawałki i wiórki trzeszczały i skrzypiały jak marcepan. Spora ilość małych kawałków okazała się subtelnie miękka, jakby marząca o chrupkawości. Pogryzienie wszystkiego, co w ustach zostawało trochę trwało.
Całość miała tak nieprzyjemną strukturę, że te wszelkie kawałki aż się chciało gryźć szybciej, już w trakcie rozpływania się masy.

W smaku pierwszą poczułam nutę jakby roślinną, a po chwili oleistą. Do głowy przyszedł mi olej roślinny... który zaraz zaskoczył na migdałowy tor.

Ten wprowadził marcepan - podobnie jak w zapachu dziwny, bo zupełnie niesłodki. Jakby marcepan zrobiony jedynie z migdałów, czysty 100% migdałowy twór. Migdałowy smak zaczął przybierać na sile, a oleisty wątek odszedł na tyły. Jedynie lekko pobrzmiewał.

Gdy zagarniałam masę z dna, tę suchszą, z którą nie wymieszałam oleju, odkryłam, że była intensywniej migdałowa, a oleista w stopniu znikomym. Wierzch, ten najdokładniej przemieszany z olejem, pobrzmiewał olejem zbyt wyraźnie, że to aż rozbijało smak migdałowy.

W tle też zaznaczyła się nieśmiała słodycz. Jakby trochę śmietankowa? Najpierw pomyślałam o zwykłej śmietance minimum 30%, wręcz naturalnie słodkawo-mdławej, ale z czasem i ona uległa ogólnej migdałowości.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach przyszły mi do głowy domowa mąka migdałowa i płatki migdałowe. Łagodne, nieprażone i leciutko słodkie. Za ich sprawą migdałowość wzrosła znacząco i nagle zrobiła się bardzo wyrazista. Czułam neutralne, blanszowane i nieprażone migdały. Ich neutralność igrała trochę ze słodyczą. Marcepan na pewien czas zniknął.

Raz po raz przemknęła mi jakby... niemal neutralna wytrawność? Do mąki migdałowej podkradł się akcent ciecierzycy. Nie przy każdym zagarnięciu jednak.

Słodycz na pewien czas lekko wzrosła, pozwalając także śmietance skąpać się w migdałowej chwale. Wraz z wyłanianiem się kawałków trochę nasilał się smak blanszowanych surowych migdałów, też właśnie z nutą śmietankową, już trochę słodszy.

W zagarnięciach, gdzie było mniej kawałków, a więcej "tłustego lepiszcza" smak robił się bardzo oleiście mdły i aż mało migdałowy.

Blanszowane, delikatne migdały końcowo trochę złagodniały, wracając do płatków migdałowych.

Gryzione kawałki serwowały łagodny smak słodkawo-neutralnych migdałów blanszowanych. Raczej surowych i choć ogólnie bardzo delikatnych, to po tej oleistej kompozycji, całkiem wyraźnych.

Po zjedzeniu został posmak właśnie płatków migdałowych. Delikatnych, naturalnie słodkawych, ale w zasadzie bardziej neutralnych. Czułam też lekką, prawie nieistotną oleistość.

Część na dnie, ta suchsza, złożona niemal z samych kawałków, była najsmaczniejsza. Im więcej oleistej masy, tym smakowo było gorzej.

Krem... nie podszedł mi. Nie podobała mi się struktura papkowatego lepiszcza z dodatkiem marcepanu. W trakcie jedzenia dolewałam trochę olejku i na bieżąco mieszałam, ale za nic nie chciało ułożyć się to w krem, a szło po prostu w kierunku rzadszej i bardziej oleistej marcepanowej papki. Smak w porządku, ale niestety też szedł w oleistość. Gdyby nie struktura, 6 by zdobył, bo był łagodnie słodkawy, bardziej neutralny i w dużej mierze bez wielkich wad... gdyby tak nie dodać do niego tego oleju, a cały zlać. Żałuję, że nie zlałam całości, bo część suchsza była nawet smaczna. Ta rozrzedzona olejem zbyt mdła. Ogół dziwnie kojarzył się z niesłodkim marcepanem, co było dość osobliwe, ale potem płatki migdałowe i same blanszowane migdały przy wtórowaniu śmietanki wyszły smacznie. Trochę przeszkadzała mi smakowa oleistość, ale akurat to nie była wielka wada. 
Dziwny twór. Mam wrażenie, że po prostu za krótko miksowali, mielili migdały, przez co nie osiągnęli efektu kremu, zatrzymując się przy etapie mąki migdałowej (z czymś podobnym zetknęłam się w przypadku NaMa Crema di Cocco & Mandorla) i oleju. Kremy orzechowe do 200g zjadam na raz, a tego nie byłam w stanie i po 133g odpadłam. To najgorszy krem 100% jaki jadłam w ciągu ostatnich lat (gorszy był tylko Sante Go On Peanut Butter Smooth 100 % Peanuts).

Resztka przypadła Mamie, która tak to opisała: "Ależ ten krem jest... żaden, prawie bez smaku, bez charakteru. Wzięłam tylko co i już mi się odrobinka oleju wydzieliła. Nijaki. Nałożyłam go na ciasto dyniowe z cynamonem i kompletnie się nie sprawdził, bo nic nie wnosił. Już bardziej do tostów z serem i dżemem mi pasował, ale też... w sumie go nie czuć. Bez sensu to jeść według mnie, jak się zatraca we wszystkim i go nie czuć. Nie podoba mi się". 


ocena: 5/10
kupiłam: stoisko-wysepka Spichlerz Zdrowia w krakowskim centrum handlowym Bonarka
cena: 20,99 zł (za 200g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały

piątek, 8 maja 2026

krem GymBeam Almond Butter / Masło migdałowe 100 %

Od jakiegoś czasu myślałam o zamówieniu jakiś kremów GymBeam, więc nawet trudno opisać moje zdziwienie, gdy marka napisała do mnie z propozycją współpracy. Bardzo się ucieszyłam, bo kilka już jadłam i były naprawdę smaczne. Spodobało mi się podejście firmy, atmosfera. Sama wybrałam, jakie produkty i kiedy chcę otrzymać do testów, stąd liczyłam, że to będzie bardzo miła przygoda. Od którego zacząć? A tu o dziwo nie miałam najmniejszego problemu, bo po prostu chodził za mną krem 100% z migdałów. Chciałam jakiś większy słoik takowego, bo po głowie chodziło mi parę rzeczy, które chciałam z nim zrobić (co u mnie nie jest takie typowe, ponieważ przeważnie kremy orzechowe jem po prostu łyżeczką). I do tych wymysłów potrzebny mi był właśnie bardziej "ciemny" migdałowy krem, nie z migdałów blanszowanych, ale z kolei nie za ciemny. A dziś przedstawiany dokładnie tak wyglądał. Na marginesie dodam jeszcze, że wszystkie słoiki, które otrzymałam w 2026 urzekły mnie zabezpieczeniem, a więc sreberkiem z języczkiem, który jest może detalem, ale niesamowicie ułatwiającym życie - wreszcie kremy, w których sreberko to można łatwo i czysto po prostu zerwać!

GymBeam Almond Butter / Masło migdałowe to krem 100% z prażonych migdałów.

przed i po uporaniu się z olejem
Po zerwaniu zabezpieczającego sreberka rozszedł się wyrazisty zapach migdałów średnio mocno prażonych z dodatkiem soli. Udawały trochę precelki... Wypieczone, lekko posolone, ale też pokryte miodem. Słodycz bowiem także się zaznaczyła, a nasiliła po uporaniu z olejem. Wtedy słoność przeszła jedynie w echo.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju, z czego zlałam trochę więcej niż 3 łyżeczki.
Od razu wymieszałam jedynie to, co mocno przemieszało się na wierzchu już z samą pastą, czyli jakieś niecałe 0,5 łyżeczki.
Olej zawsze zlewam do słoiczka i w przypadku większych słoików ewentualnie później dolewam. W tym przypadku ogólnie (to jeszcze do aktualizacji, bo kremu jeszcze nie skończyłam).

Mieszanie było w miarę łatwe i poszło szybko, mimo że krem na dole podsechł i mocno zgęstniał. Nie był strasznie suchy czy kamiennie twardy, ale suchawy i bardzo konkretny, gęsty i zbity. Chętnie jednak przyjmował olej i łatwo było uzyskać jednolitą konsystencję. Grudki suchszej pasty prędko przybierały postać pasty idealnie kremowej. Od razu widać, że tłustość stała na wysokim poziomie, a masę urozmaicało całe mnóstwo drobinek, w tym skórek migdałów.
W trakcie jedzenia potwierdziła się gęstość, przy czym chwilowo jeszcze jakby rosła, i masywność kremu. Po chwili dał się poznać jako tłusty i syty. Czuć konkretną, sytą maślaność, jak i leciuteńką, słabszą oleistość w tle. Mimo tłustości, czasem zaznaczało się jakby suchawe echo (pozytywnie tonujące tłustość). Pasta zalepiała usta zupełnie, po czym rozpływał się powoli. Eksponowały się wówczas drobinki, tworzące miazgowy efekt. Całość odebrałam jako bardzo kremową i aksamitną.
Gdy pasta zniknęła, w ustach zostawały drobinki i kawałeczki. Niby subtelne, ale do gryzienia, ciamkania. Były głównie leciutko chrupkawe, a trochę mniej skórek trzeszczących.

W smaku pierwszą poczułam słodycz o bardzo łagodnym charakterze. Miała naturalny, migdałowy charakter, a po chwili zrobiło się wręcz maślano. Bardzo maślano, cały czas w migdałowym ujęciu. Słodycz rosła, acz tak, że krem ogólnie można nazwać średnio słodkim.
Słodycz i maślaność nakręcały się nawzajem, aż w końcu w harmonii stały się jednym.

Prażenie podkradło się subtelnie, kojarząc się trochę z precelkami. Mocno wypieczonymi, trochę wytrawnymi, ale bez soli, a... z miodem. Słodycz robiła do niego aluzje, acz od pojawienia się precelkowej nutki prawie już nie rosła.

Pieczony motyw przeszedł w wyraźne prażenie. Przybierało na znaczeniu, dając się poznać jako średnio-silne. Ciągnęło za sobą słodycz, ale ta przed silniejszym wzrostem miała duże opory.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach do głowy przyszły mi maślane, słodkie bułeczki migdałowe, będące efektem splecionej słodyczy i maślaności. Bułeczki raczej drożdżowe, z przypieczonym kruchawym wierzchem, a łagodne i puchate wewnątrz. Słodycz zrobiła się wysoka i... przez chwilę czułam wręcz "słodziuteńkość", słodycz o uroczym wydźwięku, po czym zreflektowała się. Maślaność ją stonowała (przy jej pełnej zgodzie), kierując słodziutką bułeczkę w stronę jedynie słodkawej brioszki. Zdecydowanie ostrożniejszej w kwestii słodyczy. Za to posmarowanej masłem.

Maślaność ta przy okazji wyciszyła też prażenie, które po swoim debiucie znacząco słabło.

Jego miejsce, a także precelkowy akcent, zajął wytrawniejszy motyw migdałowych skórek.  Wyłaniał się z czasem coraz bardziej, ale nie zawojowywał tej łagodnej, słodkawo-maślanej kompozycji. Jedynie przecinał słodycz i rozganiał prażenie. I to właśnie o wytrawność, nie gorzkość dbał. Skórkowy akcent stanowił jedynie dodatek.

Gdy krem zniknął, a ja zajęłam się drobinkami, które nakręcały motyw prażonych migdałów oraz ich skórek. Tu już czasem przemknęła prawie goryczka.

Po zjedzeniu został posmak migdałów prażonych znikomo, których prażenie stonowały porządnie wypieczone z wierzchu maślane bułeczki, z echem wypieczonych precelków. Oczywiście wszystko to w migdałowych ramach. Było prażono, trochę skórkowo, ale przede wszystkim łagodnie maślano. Nie za słodko, ale i nie mocno wytrawnie.

Krem bardzo mi przypadł do gustu, bo miał charakter, a nie był ani za słodki, ani za wytrawny. Harmonijny, spokojny, ale właśnie pełen po prostu migdałowego smaku. Znaczące prażenie zatrzymało się w ostatnim punkcie, jaki uważam za przyjemny: jeszcze trochę i byłoby za silne. Takie jednak ok. Poszło w ciekawe skojarzenia z precelkami i sowicie wypieczonymi maślanymi bułeczkami. Ogół właśnie wyszedł tak maślano bułeczkowo, oczywiście w migdałowym kontekście.

To najlepszy krem z nieblanszowanych migdałów, jaki jadłam. Smaczniejszy i ciekawszy niż (Sante) Auchan Pasta z prażonych migdałów 100 %, który robił aluzje do smażenia. Przebił nawet Grizly Krem migdałowy 100% w tubce, bo ten GymBeam był gęstszy i konkretniejszy.

Do jedzenia tak osobno jego mniej charakterystyczny smak niż Ekogram The Real Almond Paste, a jednak nie brak głębi przypasował mi bardziej. Nie był bowiem "podstawowy", a wyrazisty, ale jakby... Łagodniejszy w swej wyrazistości.

Czułam, że świetnie będzie współpracował z innymi elementami, ale nie będzie zbyt uległy w kompozycjach, więc zrobiłam sobie na parę testów.

Krem był pyszny także w twarożku, jednym z moich ulubionych z migdałami i domową konfiturą z płatków róż ucieranych z cukrem trzcinowym. Acz trochę się zdziwiłam, bo w twarożku okazał się... trochę za łagodny. Nie jednak zupełnie łagodny czy mdły, o nie! Był wyrazisty, ale z resztą dodatków stał na równi, mieszał się z nimi w różnych proporcjach: zależy, jak zgarnęłam widelczykiem czy jak duży, jakiego migdała kawałek się trafił. Krem podkreślały migdały w skórkach. Blanszowane z kolei jeszcze łagodziły. Całościowo przy twarożku odnotowywałam czasem echo precelków, ale bardziej kojarzyło się to trochę drożdżówkowo, więc specyficzne nutki kremu nie uciekły. Twaróg w zasadzie podkręcał myśli o drożdżowce z twarożkiem. Róża też podsyciła motyw "skórki" drożdżówki. 
Twarożek był pyszny, ale z Ekogram The Real Almond Paste wychodzi lepszy, bo bardziej wyrazisty z tyloma dodatkami jednak lepiej wychodzi, rozdając karty.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 24,90 zł za 340g
kaloryczność: 647 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: prażone migdały