Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paradai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paradai. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 października 2025

Paradai Thai Craft Chocolate Trang 82 % Dark Chocolate ciemna z Tajlandii

Odkąd poznałam tajlandzką markę Paradai, bardzo kuszą mnie ich wszystkie propozycje, niezależnie od zawartości kakao, ale nie ukrywam, że właśnie od tej dziś przedstawianej, szczególnie wiele oczekiwałam. Z opisu dowiedziałam się, że zrobiono ją z kakao z farmy z prowincji Trang, położonej na zachodnim wybrzeżu południowej Tajlandii. Wyróżnia się ona bardzo starymi, mającymi około 40 lat kakaowcami. A jako że kakaowce nie są zbyt popularne w tym kraju, większość rolników zarabia na życie głównie uprawiając kauczuk. 


Paradai Thai Craft Chocolate Trang 82 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 82 % kakao z Tajlandii, z prowincji Trang.

Po otwarciu poczułam złożony zapach, bez jednego konkretnego dowódcy. Ziemia mieszała się z wytrawną goryczką grzybów trufli - może jako jakiś sos z oliwą? - tuż obok tłustego, słodko-kwaskawego, świeżo upieczonego i właśnie stygnącego sernika. Sernika na spodzie z dość mocno wypieczonych herbatników i posypanego cukrem pudrem. Mieszał się z palonym karmelem i odrobiną kwiatów, walczących o rześkość. Słodycz jednak, choć znacząca, nie była wysoka. Kwasek wydawał się niepewny, czy w smaku rozwinie się, czy nie. Czułam owocowy, niejasny splot, w którym na pewno wystąpiły wiśnie, brzoskwinie i limonki, chyba banany, ale też wiele innych. Trudno było orzec, co się nasili.

Lśniąca czekolada zaskoczyła mnie wręcz rudawym odcieniem ciemnej mlecznej.
Twarda tabliczka przy łamaniu obiecywała masywność. Wydawała z siebie głośne, jakby zawilgocone trzasko-chrupnięcia.
W ustach rozpływała się powoli i gęsto. Faktycznie była masywna, konkretna, a do tego dość tłusta. Czuć w niej lekką oleistość, wpisaną w mazistość trochę kleistego smaru. Z czasem pojawiała się drobna wodnistość i cierpkość, przy czym druga rozmywała się w tłustości i wodzie. Końcowo czekolada znikała wodniście.

W smaku pierwsze pojawiły się mleko i słodycz. Mleko łagodne, naturalnie słodkawe, a jednak... z kwaskawym echem? Przemknął mi przez myśl nieśmiały jogurt.

Słodycz reprezentowała subtelny, palony karmel z dopisaną rześkością, co od razu przywiodło na myśl cukier kokosowy. Tylko że w wersji bardziej ugodowej.

Kwasek podszepnął trochę owoców. Na pewno egzotycznych, ale na tym etapie jeszcze niejednoznacznych i chyba wiśni.
W cierpkawym, konkretnym motywie... właśnie chyba wiśni... mignęła jakby... brudna, niemal pikantnawa ziemia? I ukryła się.

Mleczność rozwijała się, idąc w sernikowym kierunku. Reprezentowała i słodycz, i lekki kwasek. Wyobraziłam sobie sernik bardzo tłusty i jeszcze ciepły, dopiero stygnący po wyjęciu z piekarnika. Musiał być na słodkim, herbatnikowym spodzie. Herbatniki właśnie wprowadziły bardziej pieczony akcent.

W tym czasie nasiliły się owoce. Podchwyciły słodycz, jawiąc się jako banany. Chwilowo wyszły najwyraźniej, przecierały szlaki reszcie, po czym osiadły w toni... wieloskładnikowego, egzotycznego smoothie. Poczułam jeszcze brzoskwinie, choć jakieś delikatniejsze, a w tle ananasa i... limonkę? Kwasek nagle podskoczył.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pieczony akcent herbatników zmienił się w palony karmel. Do głowy przyszedł mi karmelizowany kokos, jednak zaraz się trochę zachwiał. Mieszał się bowiem z cukrem, cukrem pudrem, którym właśnie posypywano sernik.

W bardzo słodkich owocach zagościła mocniejsza rześkość. Złożona mieszanka z bananami i odrobiną ananasa mieszała się z rześkim lychee. Owoce robiły się coraz kwaśniejsze, lekko cierpkie. Do głowy przyszły mi nie tyle wiśnie, co coś wiśniowego - sok, przecier? Możliwe, że jakaś ich egzotyczniejsza wersja, coś podobnego, np. acerola.

Wraz z poważniejszym wydźwiękiem wiśni, znów wkradło się trochę ziemi. Przemknęła też goryczka trufli... albo raczej odrobinki wytrawnego, prawie pikantnawego sosu z nich. Nie utrzymały się jednak i zaraz zniknęły, bo owoce wyraźnie objęły dowodzenie. Jedynie ziemia trochę pobrzmiewała.

Słodki przecier z wiśni i aceroli, banany przełamała kwaśność limonki. Wprowadziła ona o wiele więcej cytrusowej kwaśności i rześkości. Soczystość lała się hektolitrami.
Do niej jednak w pewnej chwili podkradła się wodnistość... acz nie nijaka, a jakby wody kokosowej?

Sernik i mleko zmieniły się wtedy w kwaśniejszy nabiał. Pomyślałam o zsiadłym mleku, jogurcie i kefirze. Może w wariancie egzotycznym, wieloowocowym? Znów trudno było coś konkretnego uchwycić.

Słodycz przybrała na lekkości, zmieniając się w kwiaty. Echo herbatników pobrzmiewało już bardzo delikatnie. Za to ziemia wysunęła odrobinę goryczkowatej pikanterii.

Po zjedzeniu został posmak tłustego sernika o słodyczy podwyższonej ciepłem, jedzonego w dniu, w którym się go wypiekło oraz kontrastowo kwaśniejszego zsiadłego mleka. Czułam też ogrom owoców: cytrusy z limonką wyróżniającą się wśród nich, przecier wiśniowy oraz egzotyczne smoothie słodkie od bananowej bazy. Ziemia bardzo subtelnie zaznaczyła się z tyłu.

Czekolada wyszła bardzo smacznie, choć zaskoczyła mnie tym, jak wyważone były w niej gorzkość, słodycz i kwaśność - żadne nie wybijało się jakoś szczególnie, a rozbrzmiewały na równych prawach. Trochę mi brakowało jakiejś mocarniejszej gorzkości. Słodyczy było sporo, ale za sprawą kwaśności soczystych owoców egzotycznych i nabiału, nie wyszła przesadnie. Mleko, zmieniające się w sernik, a potem zsiadłe mleko, banany, brzoskwinie, wiśnie i acerola, egzotyczna mieszanka i limonka z cytrusami świetnie do siebie pasowały. Słodycz herbatników w formie spodu, karmelu i owoców świetnie się dopasowały. Wolałabym więcej ziemi, bo ta lekko pobrzmiewała i żałuję, że sernik wyszedł tak... tłusto-ciepło, ale to małe wady. Ogół i tak robił wrażenie tym, jak w sumie różne, skrajne smaki harmonijnie zagrały.

Ukryta ziemistość, nabiał z kokosem i wiśnie przypominały mi trochę Paradai Nakhon Si Thammarat 75 % Dark Chocolate. Dziś przedstawiana także była mi za mało gorzka. Może tajlandzkie kakao po prostu gorzkie nie jest?


ocena: 9/10
cena: £8.95 (za 50g; około 45 zł)
kaloryczność: 623 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełny cukier trzcinowy

czwartek, 10 lipca 2025

Paradai Thai Craft Chocolate Chanthaburi 70 % Dark Chocolate ciemna z Tajlandii

Już w trakcie degustacji pierwszej tabliczki tajlandzkiej marki Paradai wiedziałam, że zrobię, co w mojej mocy, by zdobyć kolejne. Udało mi się to dość szybko. Czekoladę dziś przedstawianą zrobiono z kakao z leżącej na wschodzie Tajlandii prowincji Chanthaburi, która dorobiła się miana "ogrodowej prowincji" że względu na liczne lasy i plantacje owoców. Kupiono je od dwóch czy trzech różnych rolników, którzy zajmują się hodowlą trinitario. 


Paradai Thai Craft Chocolate Chanthaburi 70% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Tajlandii, z prowincji Chanthaburi.

Po otwarciu zagrzmiał mocarny zapach tequili z limonką i cytryną, ogólnie mocno alkoholowy i cytrusowy (do tego stopnia, że trudno uwierzyć, że to czysta czekolada bez dodatków). Alkohol jawił się jako wręcz wódkowo-spirytusowy. Dosłownie uderzał do głowy (mimo że realnie go tam nie było). Odnotowałam też wiśnię i chyba borówki amerykańskie, ale prawie zupełnie skryte w kwaśności. Wiśnie przechodziły w domowe, niemal nalewkowe wino wiśniowe... Może wiśniowo-malinowe? Do tego czułam egzotyczny, także kwaśny wątek. Chyba soczystego, kwaśnego ananasa. Obok owoców łagodnie zaznaczyła się świeża zieloność... może koszone trawy i trawy... skoszone już jakiś czas temu, trochę suche?

Tabliczka zszokowała mnie kolorem mleczno czekoladowym (do tego stopnia, że upewniłam się co do składu). Mimo małych rozmiarów, była bardzo twarda i masywna. Trzaskała bardzo głośno w jakby chrupkawo-zawilgocony sposób.
W ustach rozpływała się wolno w maziście-kremowy sposób, zachowując masywność. Była idealnie gładka i tłusto maślana. Nieco pokrywała smugami podniebienie, ale go nie obklejała. Z czasem pojawiła się rozkręcająca się soczystość. Aż w końcu wydała mi się przewysoka! Od początku do końca utrzymywała wysoką gęstość. Końcowo soczystość robiła się trochę cierpko-ściągająca.

W smaku pierwsza pojawiła się dość wysoka słodycz, przywodząca na myśl karmel. Karmel, ale nie tylko... karmel wzmocniony alkoholem? Cukrowy alkohol? Brandy! Polał się silny, niemal uderzający do głowy złocisty, lekko soczysty płyn.

Już dwie-trzy sekundy po nim wkroczyły intensywne, kwaśne cytrusy. Przede wszystkim limonka i cytryna, które brandy przemieniły w chyba jeszcze dosadniejszą tequilę. Wręcz... spirytus? Mocarny alkohol mieszał siew jedno z cytrusami, trochę na zasadzie kontrastu jeszcze podkręcając ich kwaśność. Zrobiło się egzotyczniej, dzięki czemu cytrusy ułożyły się w specyficzne yuzu, a mi do głowy przyszło jeszcze "wino śliwkowe" (np. Choya Umeshu Silver).

Za niezwykle intensywnymi nutami alkoholu i cytrusów zaznaczyła się sugestia gorzkości i coś spokojniejszego - drewno? Trudno jednak było to uchwycić.

Mimo wręcz przenikliwej kwaśności, słodycz nie słabła. Wycofała się trochę, ale swój dość wysoki poziom jakoś tam utrzymywała... choć chwilami tonęła w kwaśności.

Do cytrusów na egzotycznej fali dołączył chyba ananas, znajdując sobie miejsca za yuzu, a potem też trochę owoców czerwonych. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o bardzo mocnym, wręcz nalewkowym winie domowym z wiśni i dodatkiem malin i... kwaśnych śliwek?

Obok drewna przewinęła się delikatna maślaność. Zaczęła łagodzić i tak znikomą gorzkość. Może nawet... próbowała coś ugrać z kwaśnością? Przemknęła mi jakaś nutka kwaśno cytrusowego, goryczkowatego piwa, ale zaraz i ono zniknęło po prostu w kwaśności. 

Kwaśność w harmonii mieszała się z japońskim winem ze śliwek-nieśliwek (umeshu), a więc bardzo słodkim, ale w tym przypadku w wersji kwaśniejszej. Chociaż... ogólna kwaśność nieco odpuszczała.

Drewno z tła wzmocniła pewna świeżość, rześkość. Pomyślałam o zielonych roślinach i koszonej trawie, a także trawie wyschniętej... i cierpkiej? Nagle zmieniła się w zieloną herbatę.

Słodycz, choć cały czas siedziała też bezpośrednio w alkoholach, zatliła się jako... przytłumione, ale jednak borówki amerykańskie.

Zielona herbata z cytrusami, w tym yuzu była prawie zupełnie zagłuszona nimi, jakby miał to być bardziej owocowy napój z dodatkiem herbaty. Trzymała się jej ta licha, drzewna nutka. Drzewno-ziołowa, zmieszała się ze słodyczą borówek ocierając się o mglistą... lawendę? Końcowo wyłonił się też karmel - zwyklejszy, już nie tak ściśle związany z alkoholami.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych cytrusów pod dowództwem egzotycznego yuzu, które dopuściło też trochę wiśni wpisanych w wino wiśniowe. A te było tylko jednym z wielu alkoholi, które cisnęły się do głowy: tequila, brandy i mocarne domowe nalewki. Za nimi zaznaczyła się cierpkość zielonej herbaty z cytrusami i chyba lawendy. Kwasek aż zaznaczył się jako gryzienie w język, co spotęgowało iluzję alkoholowości.

Czekolada była niezwykła, szokująca i smaczna. W życiu nie powiedziałabym, że to czysta ciemna tabliczka w dodatku o zawartości 70%. Co prawda gorzkości prawie brak, ale niska słodycz (wydająca się taka) przy wysokiej kwaśności sugerowała nieco wyższą zawartość. Przepotężna kwaśność aż mnie zaskoczyła, podobnie jak mocarny, dobitny alkohol - którego przecież w składzie nie ma. Przede wszystkim siedziało mi w głowie egzotyczne yuzu, wspierane limonką, cytryną z akcentami czerwonych owoców (głównie wiśni jako wino) i ananasa. Ocean brandy, tequili, wino-nalewek rządził z tą kwaśnością zupełnie. Pojedyncze nuty drzewne, trawy koszonej i suchej, herbaty w zasadzie schodziły na margines. Ciekawostkowo bardzo mi to smakowało, ale takie czekolady to lubię tylko od czasu do czasu, bo za bardzo przypominała czekolady z dodatkami, niż czyste.


ocena: 9/10
cena: €9,95 (za 50g; około 42 zł)
kaloryczność: 634 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełny cukier trzcinowy

sobota, 5 kwietnia 2025

Paradai Nakhon Si Thammarat 75 % Dark Chocolate ciemna z Tajlandii

Markę Paradai pierwszy raz na oczy w internecie zobaczyłam bardzo niedawno. To niewielka manufaktura z Tajlandii, której dwójka założycieli zajmowała się głównie prażeniem kawy. Bardzo mnie zaintrygowała, bo nigdy dotąd nie jadłam ani czekolady tajlandzkiej marki, ani z kakao z Tajlandii. Już ciekawe, bogate w detale opakowania przyciągają wzrok. I dobrze! O marce i czekoladach poczytałam jednak niewiele - Tajlandia ciekawiła tak, że co by nie napisali, jedną na próbę zamówiłam. Dwójka założycieli marki, jak się okazało, zajmuje się w zasadzie prażeniem kawy. W pewnym momencie jednak zainteresowali się kakao i zaczęli z nim eksperymentować. Na południu Tajlandii pracuje sporo farmerów kakao (o czym nie miałam pojęcia), więc z jego kupnem nie mieli problemu. Tę czekoladę zrobiono z ziaren z regionu Nakhon Si Thammarat. Efekty ponoć od razu zrobiły wrażenie na Akademii Czekolady i Paradai obsypano nagrodami. Zacnie było móc sprawdzić, czy zasłużenie.


Paradai Thai Craft Chocolate Nakhon Si Thammarat 75% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Tajlandii, z regionu Nakhon Si Thammarat.

Po otwarciu poczułam kwaśny nabiał i soczyste, mocno winne nibsy kakaowe, mieszające się z soczystymi owocami czerwonymi. Przewodziły im wiśnie, choć czułam też jakiś nieokreślony, egzotyczny splot. Zaplątała się tam słodsza, bardziej rześka pitaja i coś kwiatowego... Albo w ogóle soczyste kwiaty, np. hibiskus? Wytrawność zapewniły za to cierpko-gorzkie zioła, nieokreślone przyprawy i stare, suche drewno. Do głowy przyszedł mi jeszcze wiśniowy marcepan. Przy nim też znalazła się pewna rześkość, nasuwająca na myśl wiórki kokosowe i niedopieczone, mało słodkie kokosanki.

Mała tabliczka była bardzo twarda masywna i przy łamaniu trzaskała głośno, jakby była bardzo pełna i... nieco zawilgocona?
W ustach rozpływała się powoli i maziście. Obklejała podniebienie, dając się poznać jako gęsta i kremowo-masywna. Była bardzo tłusta i idealnie gładka. Doszła do tego soczystość, ale nie zaburzyła gęstości i konkretu. Końcowo czekolada zostawiała lekkie ściągnięcie.

W smaku pierwsze pojawiły się słodycz i wiśnie, układające się w wiśniowy marcepan. Słodko-kwaśny splot wystąpił w harmonii, jednak zaraz zaczął się rozchodzić i pokazywać swoją złożoność.

Słodycz na pewno należała do palonego karmelu, jednak takiego, któremu otoczenie dopowiada rześkość. Przełożyły się na to niemal kwiatowe owoce, np. pitaja i same rześkie, egzotyczne kwiaty. Słodka część rosła lekko, ale konsekwentnie i równo.

Kwaśność zaś rosła obok słodyczy w tym samym czasie, ale inaczej, bo skokowo. A tym samym łatwiej przyciągała uwagę Soczyste, charakterne wiśnie wsparły inne czerwone owoce, jakieś egzotyczne, niedookreślone. Rozgościła się cierpkość wiśni i... świeżych, soczystych miechunek. Miechunki na chwilę wyszły prawie na przód, po czym jednak schowały się za wiśniami.

Za tym wszystkim pojawiła się delikatna gorzkość. Ona z kolei wydała mi się wręcz leniwa. Zaserwowała trochę starego, ale jakże wonnego drewna. Pomyślałam o drewnie zbutwiałym i... porośniętym mchem? Z ukrytym, ziemistym półechem?

Gorzkość po chwili otuliły maślaność i nabiał. Przez pewien czas przechwytywał kwaśność czerwonych owoców, więc w głowie siedział mi nabiał kwaśny. Jakiś twarożek, maślanka...? Zaraz jednak zaczął nieco łagodnieć... pomógł mu chyba kokos.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa także kwiaty podchwyciły kwaśność. Oczami wyobraźni zobaczyłam hibiskusa o intensywnie czerwonym kolorze i równie intensywnym smaku.

W tle czułam do tego bardziej rześką niż maślana łagodność... Kokosa? Wiórków i miazgi z kokosa, acz ze względu na lekką, karmelową słodycz zawitały też trochę niedopieczone kokosanki.

Bukiet czerwonych owoców wciąż się lekko zmieniał. Dominowały wiśnie, ale w oddali przemknęły maliny, coś bardziej porzeczkowego... Na pewno czerwone porzeczki! A po chwili już niekoniecznie... Może jeszcze niezbyt dojrzały granat?

W gorzkości pojawiła się lekko palona nutka - może nibsy kakaowe? Acz nawet one zgarnęły trochę kwasku, podając mi go jako wręcz winny, poważniejszy motyw. Owoce zaś wydały mi się lekko... podbuzowane? Właśnie winne?

Nagle jednak na znaczeniu przybrał nabiał... a konkretniej maślaność? Maślaność bardziej orzechowa? Przyczynił się do łagodnienia kwaśności.

Owoce zaczęły się osładzać. Czułam więcej karmelu, chyba mniej jednoznaczne kwiaty... Aż kwaśność prawie zupełnie się wycofała. Wtedy wyszło na jaw, że ta maślaność to orzechy nerkowca.

Gorzkość szybko skorzystała z okazji i wybiła się jako mieszanka cierpkich ziół i przypraw. Na języku zaznaczyła się pikanteria pieprzu i gałki muszkatołowej. Dziwnie na zasadzie kontrastu nakręciły się z łagodnymi, naturalnie słodkawymi nerkowcami.

W posmaku wróciły jednak kwaśne wiśnie, acz wtłoczone w bardziej nabiałowo-maślane i nerkowcowe otoczenie, w którym sporo było pikantnawych ziół i przypraw, ale też jakby uspokajającego wszystko starego drewna. Tym razem już suchego. Pokazała się też ziemia.

Czekolada była bardzo smaczna, ale trochę za mało gorzka jak dla mnie. Potrafię jej jednak to wybaczyć ze względu na to, jak bogata i wielopłaszczyznowa była. Chociaż... aż chwilami trudno było w niej wszystko połapać. Wolałabym, by jej nuty drewna i ziół bardziej się rozwinęły. Mimo to, kwaśne wiśnie, egzotyczne owoce, soczyście-kwaśny hibiskus, porzeczkowo-miechunkowe akcenty zacnie wyszły. Dosłownie wtrącenia kokosa, ostrzejszych przypraw, nabiał i nerkowcowa końcówka uczyniły tę kompozycję bardzo złożoną. Słodycz była całkiem silna, ale zacnie wkomponowana i przełamana. W zasadzie... niewiele brakowało, a wystawiłabym 10.


ocena: 9/10
cena: 9.95 € (za 50g; około 43 zł)
kaloryczność: 615 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełny cukier trzcinowy