Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: jajko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: jajko. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lutego 2025

Henry Lambertz Eierlikor Dark Chocolate with eggnog truffle filling ciemna 50 % z kremem truflowym z likierem jajecznym

Choć u nas w domu to Mama, nie ja, ma hopla na punkcie słodyczy adwokatowych, zabajone itd., to gdy dostałam serię 3 tabliczek Henry Lambertz z nadzieniami alkoholowymi, założyłam, że dziś przedstawiana będzie najlepsza. Stąd decyzja o zostawieniu jej na koniec. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że to nie moja bajka i większość i tak trafi do Mamy. Trzymałam tylko kciuki, by okazała się na tyle adwokatowo zadowalająca, by jej posmakowała. I może przy okazji, ciekawostkowo, także trochę dla mnie?

Henry Lambertz Eierlikor Zartbitter Schokolade mit Eierlikor Truffelfullung / Dark Chocolate with eggnog truffle filling to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z (35%) truflowym nadzieniem na bazie likieru jajecznego / advocata.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach adwokata, zasładzającego w ciężki sposób, mieszającego się z przecukrzoną ciemną czekoladą. Dominował, ale jej nie zagłuszył zupełnie. Ułożyły się ze sobą tak, że czuć, iż zarówno sam advocat, jak i czekolada zostały przesłodzone. Zwłaszcza przy podziale i już w trakcie jedzenia, odważyła się nutka śmietankowa, osadzona w likierowej słodyczy.

Tabliczka w dotyku wydała mi się polewowa. Przy łamaniu też kojarzyła się z twardą polewą, średnio głośno, ale bardzo chrupko trzaskając. Kostki wyglądały na zrobione z warstwowej, chrupkiej polewy. Nadziano je średnio-małą ilością mazistego i lepkiego kremu, wykazującego plastyczność. Nie dość, że warstwa czekolady była bardzo gruba, to na dnie każdej kostki tworzyła wypukłość. Przy odgryzaniu kawałka łamała się i wgniatała w miękkie nadzienie.
W ustach czekolada rozpływała się maziście i tłusto w maślany sposób. Wydała mi się ulepkowa, prawie trochę oporna, acz jednocześnie kremowo-gęsta. Rozpuszczała się szybkawo, po chwili ujawniając nadzienie.
Wnętrze dopasowało się do niej. Też rozpływało się dość szybko i było maziste, ale inaczej. Odznaczało się wyższą tłustością. Zmieniało się w maślano-śmietankową, trochę maślaną zawiesinę. Odebrałam je jako trochę śliskawo-gładkie, mimo że znalazła się w nim też lekka pylistość.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz ciemnej czekolady, która kojarzyła się z likierem i syropem kakaowym. Krem niemal błyskawicznie zdradził swoją obecność. W czekoladzie z czasem pojawiła się śmietankowa sugestia, a ja zarejestrowałam, że lekko przesiąkła nadzieniem nawet w miejscach, gdzie go nie dotykało. Gorzkość o palonym zabarwieniu odezwała się po chwili. Mimo drobnej cierpkości, całość jawiła się jako bardzo cukrowa.

Nadzienie rozbrzmiało się już po chwili, umacniając likierowy wydźwięk czekolady, ale dokładając do niego likier jajeczny, którego alkoholowość była już realna. Kiedy rozlało się po ustach, wychodziło na pierwszy plan. Advocat dominował; alkoholowość była wyrazista, ale nie uderzała do głowy. Advocatowy krem był bardzo słodki w zrozumiały sposób. Zarysował się na śmietankowym tle, a po chwili w słodyczy przemknęła lekka sztucznawość. Zaraz jednak zniknęła na rzecz wszechobecnej jajecznej alkoholowości.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz i alkohol rozgrzewały w gardle. Likier jajeczny sprawił, że sama czekolada wydała mi się nieco bardziej cierpka i gorzkawa. Może kawowa? A zarazem polewowa, ale o dziwo nie gryzło się to z likierem jajecznym.

Alkohol z czasem słabł, ale nie znikał, a ja w nadzieniu odnotowałam maślaność i bardziej zwróciłam uwagę na jego śmietankowy aspekt. Jego silna słodycz wciąż jednak wydawała się zrozumiała. Mimo że nie było mocno, chamsko alkoholowe, im nadzienie bardziej znikało, tym mocniej spłycona wydawała się czekolada - właśnie chyba przez alkoholowość. Końcowo przypominała cukrową, trochę gorzkawo kakaową i maślaną polewę.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkiego, śmietankowego ajerkoniaka i ogólne przesłodzenie. Czułam cukrowość, wzmocnioną alkoholem w gardle. Nutka czekolady niby wyszła cierpko-gorzkawo, palono, ale w sposób polewowy i trochę tandetny. Także ona dołożyła się do przesłodzenia.

Tabliczka byłaby w zasadzie dobra, ale mam zastrzeżenia. Kremu pożałowano, a sama czekolada była mocno średnio-kiepskawa. Nadzienie było intensywne, że jeszcze ją spłyciło, ale samo w sobie też wydawało się przytłoczone. Dobrze oddawało advocata, ale to za mało, bym miała tę czekoladę ogólnie chwalić. Ogół był przesłodzony. O ile słodycz wnętrza rozumiem, tak czekolady nie, tak samo jak jej polewowość. W sumie... Ku mojemu zaskoczeniu odkryłam, że akurat takiemu nadzieniu nie przeszkadzała i całkiem nieźle to współgrało, jednak i tak wolałabym lepszą czekoladę. Do likieru jajecznego warto byłoby dać coś stonowanego. Nie lubię wystawiać połówek, ale tu musiałam, bo choć tabliczka wyszła lepiej od Henry Lambertz Cream Liqueur Dark Chocolate with cream liqueur with Irish whiskey, to jednak nie czuję tej 7, którą najpierw chciałam jej wystawić. Henry Lambertz Piña Colada Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling dostała 7, bo ogólnie patrzyłam na nią przychylniej z tego powodu, że zaoferowała coś ciekawego, łącząc pina coladę z mleczną czekoladą (a nie jak zawsze wszyscy z białą).

Połowa to było moje maksimum, resztę z przyjemnością oddałam Mamie. Jej opinia trochę mnie zaskoczyła: "Mi w ogóle ta czekolada nie smakowała. Napaliłam się na to nadzienie, a ono było takie trochę bez wyrazu. Niby ajerkoniakowe, ale jakieś mdłe nawet jak same wyjadałam. Bo czekolada to taka jak denko w czekoladkach, kiepsko ciemno-polewowa".


ocena: 6,5/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, 17,5% likier jajeczny (zawiera barwnik: beta-karoten), tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone, syrop glukozowy, emulgator: lecytyny z soi; substancja żelująca: agar; naturalny aromat

sobota, 18 grudnia 2021

Zotter Egg-Cellence from Austria / Ei am from Austria! / Eggnog & Almond Praline ciemna 70 % z kremem ajerkoniakowym z wanilią i nugatem migdałowym z warstwami czekolady białej malinowej

Z okresem wielkanocnym nie kojarzy mi się żaden "pozytywny kicz", jaki to czasem lubię widzieć w związku z innymi sezonami. Czekoladowe figurki do mnie nie przemawiają, kolorystyka też to jakaś nie moja, smaki... w sumie nawet niczego konkretnego nie umiem przywołać. Nawet sabat Ostara nie jest szczególnie obchodzony. A jednak czas, kiedy przyroda budzi się do życia, na świat przychodzą młode, przebijają się pierwsze kwiaty... niewątpliwie jest przyjemny. I choć jestem ponurakiem, nie lubię pastelowych kolorów, to jednak wiosnę lubię jako że kończy się wreszcie zimno. Tak, jestem też zmarźlakiem. I może cały ten wstęp nie miałby sensu, gdyby wreszcie nie udało mi się dojść do puenty: otóż Ostara przypomina mi o jajkach, które teoretycznie lubię, ale których nie jem (nie mam kiedy, jak i z czym - nie pasują mi do tego, co i jak jadam). Raczej nie lubię i nie znam tworów na słodko z nimi, więc w tym czasie "czekoladowych sezonowości" nie zgłębiam. Wystarczyło mi, że dwa jedzone Zottery: Egg Liqueur / Egg Dance i Mitzi Blue Easter Bunny White & carrot były niesmaczne. Traf jednak chciał, że na wiosnę i tak miało do mnie parę rzeczy Zottera przyjść, więc jakoś zerknęłam na zupełną nowość. W tej podlinkowany pierwszy niewypał został zestawiony z warstwą dającą nadzieję na wygłaskanie wad wspomnianej. Uznałam, że od biedy mogę dać jej szansę. Ajerkoniaku wprawdzie nie lubię, ale dopuszczam, że w odpowiednim wydaniu mogę uznać całość za ok. Googlając na potrzeby wstępu trafiłam, że jest to tradycyjny napój w krajach anglosaskich podawany na Wigilię - znaczy się zimą. To mi się trafiło! Znaczy się jako dobre wytłumaczenie, dlaczego akurat teraz pojawia się recenzja czekolady "wielkanocnej" - ha! A prawda jest taka, że po prostu chrześcijańskich świąt nie obchodzę i chyba jestem już za stara, by pilnować, co kiedy jeść (poza tym... np. jajka Kinder są cały rok, nie?). Ważne, że czekoladę zjadłam świeżutką, kiedy do mnie przybyła, a że spędziła w kolejce postów prawie rok... szczególik. Gdy zaś się wczytałam, jakie to "szczególiki" różnią ją od wspomnianej, zwątpiłam, czy mi posmakuje. Wyglądało na to, że krem ajerkoniakowo-nugatowy podzielono na dwie, osobne warstwy... Hm... Miałam mieszane uczucia. Może miało to wyjść jak... J.D. Gross Winter Edition Mousse au Chocolat Eggnog? Na pewno jednak za dobre posunięcie uważam danie ciemnej czekolady, a za złe umieszczenie "cienkiej warstewki" białej owocowej.


Zotter Egg-Cellence from Austria / Ei am from Austria! / Eggnog & Almond Praline to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana kremem ajerkoniakowym (na bazie masła i śmietanki z ajerkoniakiem zrobionym z jabłkowej brandy) z wanilią i praliną / nugatem migdałowym z cienkimi warstwami czekolady białej malinowej; edycja limitowana na Wielkanoc 2021.

Rozchylając papierek poczułam wysoką, aż cukrową słodycz wpisaną w alkohol, przy czym po chwili pojawiła się jajeczna nuta, a wraz z nią oczywiście ajerkoniakowe skojarzenie. Wąchając uważnie, zwłaszcza wierzch, odnotowałam lekko migdałową nutę, mieszającą się z łagodną, nugatową słodyczą. Sama czekolada jedynie nieśmiało pobrzmiewała palono-gorzkawym echem. Po przełamaniu zapach dosłownie uderzył "spirytusowym ajerkoniakiem", jednak wzrosła też słodycz - bardziej znacząca w trakcie degustacji, kiedy to mocna alkoholowość nieco rozeszła się na rzecz "ciepła" (?). Na szczęście wyraźnie wyeksponowały się wówczas także migdały. Słodycz wydawała mi się leciutko waniliowa i odlegle różano-nugatowa.

Tabliczka sprawiała wrażenie konkretnej. Twardawa całościowo, pykała przy łamaniu, przy czym słychać także trzask grubej warstwy czekolady. Malinowa też była gruba (z obu stron).
Masywny nugat na wierzchu nadał całości kruchości, sam się kruszył, jednak tylko wyglądał na takowy.
Krem na dole też wydawał się dość konkretny, jednak cechowała go mazistość.
W ustach czekolada rozpływała się gładko i kremowo. Tłuste smugi pokrywały podniebienie, a biała nieco tłustość podkręciła. Jednocześnie dodała pylistość. Wyszło to dość kontrastowo, ale nadzienia prędko zaczęły zwracać uwagę na siebie. Łączyła je tłustość, którą to się ze sobą mieszały i pewna sytość, zwartość. 
Rozpływały się w podobnym tempie, acz krem ajerkoniakowy nieco szybciej. Cechowała go miękkość i gibka śliskość (którą minimalnie osłabiały wyczuwalne drobinki wanilii). Gibkość wiązała się z... miękką gumowością? Wydało mi się też tłuste w rzadkawy, śmietankowo-maślany sposób. Z czasem tworzyło tłustą zawiesinę, którą zagęszczał nugat.
Nugat wyszedł bardziej zbito-maślano, gładko i tłusto. Był twardo maślany (jak zimne masło?), trochę gumiasty i choć początkowo zawierał element kruchości, tak podczas jedzenia męczył ciężką tłustością masła.
Gdy tak nadzienia się pomieszałyły, a czekolady połączyły się ze sobą i jedynie je opiewały, miałam wrażenie, że w ustach rozpływa mi się zbita, ciężko-tłusta, śliskawa gruda masła. Opychające uczucie.

W smaku czekolada przywitała się mocno palonym smakiem, kojarzącym się trochę z ciemnym chlebem, piernikiem, marcepanem i odrobinką cierpkiej kawy. Prędko dołączyła do niej słodycz. Ogólnie w kompozycji czekolada ciemna wydawała się przygłuszona, ale na szczęście nie całkowicie zagłuszona.

Słodycz kontynuowała i podniosła część biała owocowa. Niby w całości słabo ją czuć, ale na tyle, by ją poczuć (i mimo że spróbowana osobno wydała mi się ok, do kompozycji nie pasowała). Smakowała pudrowo, zaraz dodała motyw pudrowych cukierków. Malinowych... czy ogólnie czerwono / leśno owocowych). Na zasadzie kontrastu podkreśliła cierpkość, wplotła kwasek i...

Nagle nadzienia zaczęły odciągać uwagę od czekolad. Oba były bardzo, bardzo maślane (przesadnie) i równie słodkie, a przy tym splatające się, uzupełniające. W pewien sposób po prostu podobne do siebie. Oczywiście odrobinkę spróbowałam osobno, by się w tym upewnić.

Migdałowy nugat podpinał się niemal od razu pod migdałową nutę czekolady ciemnej i cały czas migdałowym echem pobrzmiewał w tle.

Dynamiczniej odzywało się ajerkoniakowe. Uderzało cukrowym alkoholem i drastycznie podnosiło słodycz. Masło niemal natychmiast na nią naskoczyło. Poczułam zasłodzone masło, po czym pojawiła się lekko jajeczna nuta. Alkohol parę razy (nie przy każdym kęsie) migał mi dziwnie spirytusowo-cukierkowym likierem. To jednak na szczęście w dużej mierze tonęło w reszcie. Ogólnie alkoholowość trzymała się niskiego poziomu; nie była mocna. Myślałam o maśle, może śmietance i wanilii, alkoholowo-zabajonych budyniach. Wszystko słodkie aż cukrowo i przesadnie, co zostało uwypuklone dziwnie "czystym" smakiem masła. A dodatkowo... pobrzmiewała mi w tym dziwnie kwaskawa nuta (właśnie "cukierkowo-alkoholowa", którą podkreślała czekolada malinowa).

Także mocno maślane było drugie nadzienie. Ewidentnie czułam w nim migdały, ale początkowo jakby zrównane z czystym masłem, co leniwie budowało nugatowy klimat. Migdały okazały się delikatne i naturalnie słodkawe. Chyba podprażone minimalnie, chwilami nawet słonawość przejawiały. Niestety masło je przygłuszało. Było w tym splocie też coś oleistego, odpychającego, acz niemal nieuchwytnego. Słodycz tej części nie była przesadnie mocna, jednak i ona rosła, mieszając się z drugą warstwą. Kompozycja ogółem piekła lekko w język (ale to raczej od alkoholowości). Wraz z rozpływaniem się nugat złagodził ją nieco... a ja chyba doszukałam się w nim aż różanej nuty (kiedy próbowałam osobno, na pewno ją czułam).

Z czasem nadzienia zupełnie splotły się w swej maślaności, a część ajerkoniakowa słodziła za obie, toteż wydały mi się aż mulące, mdłe. Słodkie, drapiące w gardle i grzejące w język, które to poczucie nasilał mało ajerkoniakowy ajerkoniak.
W końcu jednak na szczęście maślano-orzechowy, słodki nugat migdałowy zatoczył krąg do resztek czekolady.

Na zakończenie jej lekko chlebowo-kawowa goryczka zawalczyła o powagę. Całkiem nieźle wyszło jej zmieszanie się z motywem ajerkoniaku (powiedzmy), równoważąc jego słodycz. Obudowała alkohol w czekoladowość. Wydała mi się bardziej cierpka, ale podkreśliła też kwaskawe nuty środka.

Po zjedzeniu został cierpkawy posmak kakao mocno palonego, ale zestawionego z cukrowym motywem alkoholu, grzejącego język wraz z migdałową słodyczą. Wyraźnie czułam masło na ustach, ale też milszy chlebowo-migdałowy splot podkreślony budyniowością i wanilią. I ze zbędnymi kwaskami w tle.

Całość wyszła znośnie, ale jednocześnie nie dla mnie. Ciemna czekolada częściowo odpuściła sprawowanie pieczy nad wnętrzem, a ono pozwoliło sobie na mały kimikowy pogrom. W obu dominowała maślaność. Migdałowe było niesatysfakcjonująco migdałowe i zbyt ciężkie. Ajerkoniakowe zaś... tłuste, zasładzające i uderzające alkoholem (wcale nie realnie mocnym - w zasadzie nuta alkoholu nie uderzała do głowy, tylko on miał dziwny wydźwięk - to nie był klasyczny ajerkoniak - Zotter swój robi na jabłkowej brandy; co więcej, alkohol wzmacniał poczucie drapania od słodyczy). To było... jak zasłodzona kostka masła, słodka od tylu rzeczy, że aż w tym mdła. Czekolada owocowa zupełnie nie pasowała do kompozycji, ale na szczęście była marginalna. Jak Zotter chciał czymś oddzielić wierzch od nadzień (by np. nie zawilgociły), mógł to zrobić mleczną, białą... ale nie owocową. 
Trochę podobna do Egg Liqueur / Egg Dance z tym że czekolada ciemna dla mnie jest lepsza. Co z tego, jak dołożono malinową, która efekt jeszcze pogorszyła? Podlinkowana męczyła cukrowo-alkoholowym smakiem, namieszano w niej za dużo alkoholi i zalatywała octem, dzisiaj opisywana męczyła masłem (w smaku, i konsystencji) oraz mdłą słodyczą, zalatywała dziwnymi kwaskami. Kompozycja dzięki ciemnej na szczęście zyskała - nie była tak muląco słodka, alkoholowość też nie była taka wiodąca i uderzająca, zatem lepiej czuć smaki. Dzisiaj opisywana wyszła mniej gryząco, napastliwie, a spokojnie i czyściej. Mniej przyprawiona na ostro, a bardziej gorzkawa. Mam problem, że w dużej mierze kojarzyła się z czystym masłem... jej słodycz wyszła przy tym dziwnie, bo nawet... nie była wyjątkowo za silna (wyrazista?). A właśnie smak ajerkoniakowy ma prawo być słodki... a tu kolejna wada: właśnie tego ajerkoniaku też w sumie brakowało.

Zjadliwa, acz gdy została mi niecała 1/3 (środkowa, gdzie najmniej czekolady), oddałam dla Mamy (wszak lubi ajerkoniakowe słodycze)... wiem, że mogłabym ją zmęczyć, ale po prostu całość była taka, że nie miałam ochoty. Mama nie umiała zupełnie nic o niej powiedzieć, a jedynie: "zjadłam, bo zjadłam, bo to Zotter, ale nie, żeby mi zbytnio smakowała. Czekolada ciemna, to się nie wypowiadam, malinową czułam i nie wiem, po co tam ona. Ajerkoniaku nie czułam, migdałów też, alkoholu mało, a dużo masła. Że aż ślisko i dziwnie wyszła, jakbym lizała masło. Do tego tak dziwnie mało słodka. Namieszana za bardzo". O tak, namieszana, że aż nijaka w tym. Smakowała wszystkim i niczym - taki nasz wspólny osąd.


ocena: 6/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70g)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, migdały, miazga kakaowa, mleko, odtłuszczone mleko w proszku, pełne mleko w proszku, skrobia kukurydziana, brandy jabłkowa, słodka serwatka w proszku, suszone maliny, żółtko jaja, masło, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), płatki róż, cynamon, sproszkowany imbir

czwartek, 11 lutego 2021

Cocoloco Chocolates Lemon Curd 64 % Peru ciemna z cytrynowym nadzieniem

Drugą tabliczką, którą postanowiłam zjeść od Chocoloco, była właśnie ta z paru powodów. Raz, że bałam się, iż również mogła ulec zniszczeniu przez formę (nadziewane, delikatne wnętrze), a dwa... po prostu bardzo, bardzo mnie ciekawiła. Samo w sobie lemon curd jako masa z cytryn, nie wydaje mi się czymś moim - nie wyobrażam sobie, do czego mogłabym to jeść, ale! Jako smak? Bardzo mi się podoba. Nieciastowa ja, bardzo polubiłam nawet ciasto z tym związane, lemon bar (odkryte w nieistniejącym już krakowskim Sweet Life a odtwarzanym przez mojego ojca ze specjalną modyfikacją pode mnie). Niestety, Zotter mający reprezentować lemon curd (Lemon Curd + Orange Lord) okazał się wielkim rozczarowaniem. A rozochocił mnie na taką właśnie czekoladę. Zerknąwszy na skład tej, z goryczą pomyślałam, że coś ostatnio dużo tych czekolad z jajami (huehue) mi się trafia (nawiązuję do Fossa Salted Egg Cereal). Czy wreszcie miałam dostać wymarzoną tabliczkę?

Cocoloco Chocolates Lemon Curd 64.5 % Peru to ciemna czekolada o zawartości 64.5% kakao z Peru nadziewana "lemon curd", czyli masą cytrynową na bazie jaj.

Gdy tylko rozchyliłam złotko, poczułam wyrazisty zapach cytrynowo-maślany, jednoznacznie kojarzący się z ciastem lemon bar i właśnie masą lemon curd, otulonych intensywnie paloną, ale jednocześnie cukrową nutą. Była to gorzkość czekolady o dymno-orzechowym, trochę palono-ciastowym charakterze. Całość wydała mi się soczyście-kwaśna i zarazem cukrowa za sprawą czekolady.

Tabliczka z jednej strony była twarda za sprawą grubej, twardej i trzaskającej czekolady - zwłaszcza spodu, a z drugiej... delikatna. Łamała się nie po liniach kostek, wierzch się wgniatał jak chrupka polewa na lodach na patyku, a nadzienie wyciskało się. Dodano je w beznadziejnej formie: nie do każdej kostki osobno; biegło przez cały środek (a w brzegowych kostkach prawie go nie było), przez co po ludzku nie da się tego połamać.
Nadzienie było bowiem półpłynne, jak gęstawy, bardzo lepki sos.
W trakcie jedzenia czekolada wykazywała tłustą polewowość, była raczej gładka i zmieniała się na niezbyt gęstą zawiesinę. Kryła się w niej lekka talkowość, ale kawałek czekolady i tak wydawał się tłusto-śliski.
Nadzienie, które z niej wypływało znikało oczywiście o wiele szybciej, mimo oblepiania wszystkiego, co napotkało na swej drodze. Było lepkie i ślisko-gładkie, dość tłustawe, ale i tak bardzo, bardzo soczyste.

W smaku czekolada zaserwowała mi ogrom cukru i gorzkość dymu. Dołączyła do tego lekka cierpkość, która zawiązawszy te nuty, zasugerowała likier, coś alkoholowego i przesłodzonego. W cierpkości doszukałam się kwaskawo-soczystego motywu, ewidentnie cytrynowego. Płynął z samej czekolady, ale niewątpliwie podkreśliło go nadzienie, którym czekolada częściowo przesiąkła.

Ono podkręcało kwaśność właśnie. Okazało się zachwycająco naturalnie cytrynowe, kwaśno-soczyste, jakby lekko tylko dosłodzone (w składzie w ogóle nie jest) i stonowane nutami jajeczno-neutralnawą i maślaną. Gdy nieco rozeszło się po ustach, dołożyło jeszcze goryczkę skórek cytrynowych. To... dosłownie definicja cytrynowej masy, kremu o nieprzesadzonej słodyczy. Właściwie, samo w sobie nie było słodkie, ale czekolada mu dopomogła. W pewnym momencie (po około 1/3 tabliczki?) wydało mi się jednak... zaskakująco jajeczne właśnie.

Maślana nutka kremu podkreśliła polewowość czekolady, jej przeciętna cierpkość wyszła topornie, ale z kolei nuta dymu i cytrusów ładnie związała się z nadzieniem. Cytryny świetnie łączyły się z dymem i cytrynowo-kakaowymi nutami, zostając w tym splocie aż do końca. Tu jednak przesadzona cukrowość, chyba na zasadzie kontrastu, znów wyszła zbyt napastliwie. Chociaż... wanilia mi chyba też w pewnym momencie mignęła.

Na samej końcówce czekolada wróciła na pierwszy plan. Potwierdziła swoje przeciętne przecukrzenie, ale i gorzkość dymu.

Po zjedzeniu pozostał kwaśno-gorzki posmak cytryn i goryczkowatego kakao w wydaniu niemal cukrowo-likierowym. Czułam się zalepiona i zatłuszczona czekoladą, przesłodzenie czekolady dawało mi się we znaki, ale na szczęście w ustach czułam cytrynowe orzeźwienie. Dziwna była za to nuta jajeczno-maślana, także utrzymująca się. Kojarzyła się trochę ciastowo-deserowo.

Czekolada na pewno była ciekawa i smaczna, naturalna. Czy jednak zachwycająca? Nie, raczej jako ciekawostka do jednorazowego podziwu jako dziwną i inną. Kakao z Peru o cytrynowo-dymnych nutach na pewno pasowało do cytrynowego nadzienia, ale jakość samej czekolady nie była za wysoka. Nadzienia za to jak najbardziej, z tym że... wolałabym je chyba bardziej cytrynowe, niż tak jajeczne i zupełnie inaczej rozmieszczone.
Podoba mi się pomysł wypełnienia czekolady czymś takim, bez żadnych mousse'ów czy kremów, ale znów - nie podoba mi się "grube denko", cieniutki wierzch i bezsensowne wtłoczenie nadzienia, bo tego nie da się czysto łamać i jeść.
Z potencjałem, ale do dopracowania.

Może i niepotrzebnie porwałam się od razu na całą tabliczkę, ale z racji formy i rozwalenia w sumie nie miałam wyjścia, w efekcie czego od cukru i żółtkowego smaku nadzienia pod koniec aż mnie zmuliło (pomarańczowa była jakaś bardziej wyważona w tym wszystkim) i ze 4-5 kostek oddałam Mamie "na zatracenie". Ona podeszła do tego jak do ciekawostki (bo nienawidzi ciemnej czekolady) i stwierdziła (bez zaskoczenia), że jej czekolada o wiele za gorzka, ale "ogólnie ciekawa", ze smakiem wylizała środki kostek, trochę czekolady przegryzła i uznała, że to było "kwaśne bardzo, ale smaczne" (jajeczności aż tak jak ja nie czuła, ale trafiły jej się kostki z małą ilością nadzienia). "Czuć jakość, że dobra jakaś i na pewno niecodzienna".


ocena: 6/10
cena: 5 £
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ciemna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, wanilia), masa cytrynowa "lemon curd" 10 % (jaja, masło, skórka cytryny, cytryna)

piątek, 15 stycznia 2021

Fossa Chocolate Salted Egg Cereal biała karmelowa z solonym jajkiem, płatkami zbożowymi, liśćmi curry, chili i solą

Dzisiaj przybywam z recenzją tak dziwnej czekolady, że aż się sama dziwię, że zdecydowałam się ją kupić. Stworzyła ją ponoć najlepsza singapurska marka Fossa, o której to trochę napiszę przy innej okazji. Mam też czystą ciemną, myślę, że tam to będzie lepiej pasować. Właśnie: takie dwie kupiłam i długo nie mogłam wybrać, co najpierw zjeść, bo w końcu potem mogło to ugruntować moją opinię na temat marki. Ta jednak miała krótszą datę, a chciałam zjeść ją jak najświeższą. Solone jajo w czekoladzie karmelowej brzmi obrzydliwie, ale... to ich popisowa tabliczka, ponoć w Singapurze bardzo dobrze się sprzedaje. Byłam tym trochę zdziwiona, ale potem poczytałam co nieco. Fossa odwołuje się tu do tradycyjnych solonych jajek po chińsku - chodzi o namaczanie kaczych w solance. Z czegoś takiego czekoladnicy wyprażyli płatki i przyprawili na styl dania tze-char. Tak w Singapurze nazywają "chińszczyznę", czyli smażone lub duszone rozmaitości: mięso i / lub warzywa, często właśnie z jajkiem. Pomyślałam o tym jako o singapursko-chińskim curry (a curry lubię bardzo), więc zainteresowałam się.

Fossa Chocolate Salted Egg Cereal to biała czekolada karmelowa z płatkami z solonego jajka kaczego, płatkami zbożowymi, liśćmi curry, chili i solą.

Po otwarciu poczułam zapach tak mocno maślany, maślano-białoczekoladowy i maślano-ciastowy, że aż duszny. Był słodki w palonokarmelowy sposób; karmelowo głęboki choć też z nutą, która mi skojarzyła się z mlekiem skondensowanym - wciąż na maślanej bazie. Po połamaniu, bardziej od spodu i skupiając się, odnotowałam sól, podkreślającą karmel i pewną soczystość. Nie było zanadto słodko, ale ciężko.

W dotyku tabliczkę odebrałam jako bardzo tłustą i kruchą zarazem. Wyglądało, że zaraz zacznie się topić w dłoniach, a przy jedzeniu może wykaże proszkowość.
Przy łamaniu nie wydawała dźwięku, szło to z łatwością, a parę drobinek dodatków wyskakiwało, mimo że ogólnie wtopione były solidnie. Co więcej, nie pożałowano ich.
W ustach sama czekolada rozpływała się szybko i gęsto. Miękła i zachowywała formę.  Była tłusta w sposób maślany, ale rzeczywiście także dość proszkowa. W pewnym momencie wydała mi się śliskawa, gdy tak jej tłuste smugi odsłaniały dodatki.
Te były różne. Od drobinek suszonych ziół, przez drobinki soli integralnie rozpuszczającymi się z czekoladą, ale do wymacania językiem po większe kawałki. Wydaje mi się, że trafiłam na bardzo dużo płatków, zdecydowanie za dużo w stosunku do jajka (chyba że się tak chowało, że po prostu je kilka razy przeoczyłam). Rozmiarem pochwalić się mogły płatki przypominające mocno wypieczone ciasteczka, duże i sucho-chrupiące (karmelizowane?) liście oraz kawałki... które przypominały rozpływające się na suchawe grudki zbitki masy na ciasto - obstawiam, że to jajka.

W smaku sama czekolada okazała się mocno maślana, a dopiero potem słodko-mleczna. W pierwszych sekundach w ogóle czułam po prostu masło. Palony smak karmelu zaskoczył po chwili i roztoczył paloność właśnie, która następnie też osiadła w maślaności. Było to ciężkie i esencjonalne. Pomyślałam też o skondensowanym mleku, bo i jego nuta z czasem się pojawiła. Raz i drugi zdarzyło mi się pomyśleć o maślanej krówce.

Na maślanej bazie kolejno, razem i osobno - zależy od kęsa - prezentowały się dodatki. Sól w zasadzie przez cały czas podkreślała maślaność samą w sobie i złocisty, bardzo słodki karmel. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, gdy dodatki upuściły smak, poczułam ciasto maślane. Miękkie, jasne ciasto lub jakieś bułeczki maślane, maślano-mleczne. Mleko odzywało się niepewnie, bo to maślaność podchwytywała poszczególne dodatki. Osłabiały "słodyczowy" wydźwięk, mimo że od nich także rozchodziła się pewna karmelowość.

Coś kopsnęło mi smak wafelkowo-płatkowo-kartonowy. Gdy cienkie płatki papuciały, rozchodził się od nich smak, który kojarzył mi się z bran flakes'ami, corn flakes'ami i kartonem. Jedynie ciumkane i podsysane wychodziły prawie na przód jako głównie kartonowo-waflowe "cosie", nawet z lekką goryczką; bran flakes'y do mleka... bez mleka? Za sprawą paloności, całość chwilami na myśl przywodziła wypieczone, korzennawo-wytrawne ciastka.

Od poszczególnych liści i drobinek rozchodziło się bowiem wytrawne ciepło, prawie pikanteria.  Poczułam sól, karmel, a zaraz... coś rześkiego i ziołowego. Ugryzłam jakiś kawałek i znów trafiłam na zbożowo-słonawy motyw. Ten dziwnie wydobył wiejską naturalność kompozycji. Parę razy na pewno nasiliła się wytrawna ziołowość, rzadziej i subtelniej chili. Nie paliło, ale rozgrzewało i dodawało swojego smaku.

Na palcach jednej ręki mogę policzyć to, jak uchwyciłam w maślaności nutę znajomą, nieoczywistą, a... jak niewyraziste jajko. Lekko doprawione suche żółtko mieszało się wówczas z maślano-mleczną bazą. Gdy już udało mi się to wyłapać i nazwać, określić, mogę stwierdzić, że naprawdę je czuć, ale subtelnie.

Bliżej końca rozpływania się kęsa jeszcze uwypukliło się masło, maślaność słodka i ciastowa, ciasteczkowość, a słodycz zaczęła aż drapać w gardle, nie tracąc karmelowego charakteru. Ten wydał mi się podkreślony sugestywną, w zasadzie prawie nieuchwytną orientalną ostrością. Czułam, że to na zasadzie kontrastu po wytrawniejszych dodatkach oraz kartonowych branflakso-waflach. Nie jestem jednak pewna, czy i w nich jakieś motywy jajka się nie ukryły.

Na koniec zajmowałam się większymi dodatkami, które jeszcze zostały. Przeważnie były to duże liście curry o specyficznym, goryczkowato-ziołowym smaczku oraz skartonowiałe już płatki.

Po zjedzeniu został ciężki posmak bardzo maślanej białej czekolady, nuta karmelowo-korzennych wypieków i ziołowo-wytrawne przyprawy, słonawość. Mimo rozgrzania i lekkiej ostrości, pikantną bym tej czekolady nie nazwała. Czułam się zatłuszczona, tłuszcz pokrywał też palce, a w gardle rozbrzmiewała słodycz w asyście orientalnych przypraw.

Całość niezbyt mi smakowała, choć raczej przez ciężką maślaność i maślaną białoczekoladowość oraz dodatek płatków, które wyszły kiepsko. Nie była kontrowersyjna, gdy chodzi o dodatek. Ten wyszedł wręcz nieśmiało. Nie wiedząc, że tam jest, jajka nigdy bym nie zgadła.
Mama bardzo się zdziwiła wąchając: "ja tu mam jajko czuć? Ona ładnie pachnie, jak Wedel karmelowy mi się skojarzyła"- i nagle jej twarz rozpromieniła się w uśmiechu. Już wiedziałam, że sporo powędruje do niej. Koniec końców oddałam jej 8 z 12 kostek. Nie żeby coś tam, bo... całość była na tyle nudna, że dałoby się zjeść całość bez większych problemów, ale równie dobrze można skończyć po kostce. Ja po dwóch-trzech nie miałam ochoty na więcej (bo za maślano-kartonowo, tłusto), ale postanowiłam przynajmniej pół zjeść w poszukiwaniu jajka. Epizodycznie dało się uchwycić.
A co Mama? "Oczywiście zjadłam całość, ale do końca to nie umiem powiedzieć, czy mi smakowała. Bardzo poprawna. Dla mnie nie za tłusta, na pewno nie za słodka, ale jaka dziwna! Tak jak trochę gryzłam to rzeczywiście czuć te solone jajko, jak wiedziałam, że tam jest, a ogółem co tam jeszcze w niej było? Bo zostawały mi jakieś paprochy, nie wiem, czy potrzebne były. Jakbym miała kupić, to nigdy w życiu. Wolałabym Wedla Karmelowego". Potem jednak, żeby wyrobić swoją dzienną słodyczową normę, dojadała swoje Toffifee (jedne z jej ulubionych słodyczy) i z zszokowana mi zameldowała, że po tej czekoladzie "jakieś tanie i prawie niezbyt smaczne" jej się wydały.

Niby taka kontrowersyjna, a nudna. Poprawna i zwyczajna, choć tytuł sugerowałby co innego... Aż trudno ją ocenić, bo nie wiem, czy tak miała wyjść, czy jajo im się nie udało.
Płakać mi się chciało, bo... gdybym pewnie kupiła karmelowego Wedla z wafelkami, wyszłoby na to samo. Nijako, nudno, nawet niespecjalnie smacznie, a tyle kasy i szumu...


ocena: 5/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £8.95 (za 50g)
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, cukier, solone żółtka jaj kaczych, płatki zbożowe (mąka pszenna, zmielony ryż, cukier, słód, grys kukurydziany, maltodekstryna, wodorowęglan wapnia, sól, fosforan dipotasu, wanilina), masło, liście curry, chili, sól morska

czwartek, 15 października 2020

J.D. Gross Winter Edition Mousse au Chocolat Eggnog ciemna 56 % z musem czekoladowo-truflowym i nadzieniem ajerkoniakowym

Zimowa linia nadziewanych Grossów bardzo mi się spodobała. Gdy tylko wypatrzyłam je w gazetce, ruszyłam na łowy. Objechałam 5 marketów - w żadnym nie było. Kolejny dzień, kolejna rundka. Prawie dostałam zawału słysząc w jednym, że "pewnie już zeszły", do innego nie dojechały, w jednym pracownicy pojęcia nie mieli, o czym mówię, mimo że pokazywałam gazetkę. Ileż ja się za nimi nalatałam... Aż w końcu zdobyłam! Można by pomyśleć, że żaden smak w sumie nie jest do końca mój, ale... w sumie wręcz przeciwnie. Wszystkie trzy, dobrze zrobione, są jak najbardziej moje. Ok, za smakiem zabajone nie przepadam (od wszelkich likierów jajecznych, kogli-mogli trzymam się z daleka), ale akurat ta czekolada mi się podobała. Do tego stopnia, że w pierwszym odruchu chciałam zostawić ją na koniec, ale przy planowaniu degustacji doszłam do wniosku, że chcę ją (z racji formy) zjeść świeżutką, by płynne nadzienie i mousse były, jakie miały być.

J.D.Gross Winter Edition Mousse au Chocolat Eggnog to ciemna czekolada o zawartości 56 % kakao z 25% musem czekoladowo-truflowym i 16% likierem jajecznym; edycja limitowana na zimę 2019/20.

Zabrawszy się za sreberko poczułam intensywną woń palono-cierpkawej, lekko kawowej czekolady ciemnej o wysokiej słodyczy, podkreślonej mocną, alkoholowo-słodką nutą. Bez problemu mogłam określić, że to likier jajeczny. Po podziale na kostki zrównał się z czekoladą.

Tabliczka w dotyku wydała mi się tłustawa, ale konkretna. Przy łamaniu ładnie trzaskała, a kostki trzymały się w całości. Przy bardziej szczegółowym podziale okazało się, iż moja tabliczka uległa przedwczesnemu zestarzeniu. Miejscami, ale jednak.
Gruba warstwa twardej czekolady skrywała spore i wyrównane ilości nadzień: mazistego i gęstego kremu czekoladowego oraz lepkiego i gęstego sosu. Ten drugi rozszedł się nieco po bokach, nie jak na obrazku na opakowaniu (na środku wierzchu było go mało).
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, zalepiając przy tym, jak zmieniała się w tłusty krem. Cechowała ją gładkość oraz lekka pylistość występująca dopiero pod koniec.
Szybciej spod niej wypływało nadzienie górne, acz całość rozpływała się równocześnie, zgranie mięknąc.
Nadzienie to było znacznie rzadsze, raczej gładkie w glutkowatym kontekście, miejscami trochę skrystalizowane. Wydało mi się dość śmietankowo tłuste, dość szybko przez to znikające. W dwóch-trzech miejscach... przypominało "alkoholowe szkiełko" (skrystalizowany, scukrzony alkoholu). Grudki cukru, jakie w nim były (gdzie czekolada się zestarzała) były okropne, ale te części przypominające szkiełko wydały mi się spoko. Na całą tabliczkę moje dwie kostki miały takie coś (Mama trafiła też na dwie, a otrzymała rządzik, czyli trzy). Niewątpliwie jednak to świeża wersja była najlepsza, ale ogółem tragedii nie było.
Również śmietankowo-tłusty był dół, czyli niby mousse. Okazał się miękki i mazisty. Trochę przypominał czekoladę z wodnistym efektem, jednak nie znikał szybko. Wyszedł rzadszy od czekolady, także jakby bardziej śliski, a jednocześnie z trzeszcząco-pylistym efektem ujawniającym się pod koniec. Bliżej mu do kremu czekoladowego niż do mousse'u.

W smaku czekolada przywitała się palonym smakiem gorzkawej kawy i mnóstwa słodyczy. Odebrałam ją jako nieco karmelową, trochę zahaczającą o miód i podkręconą... w likierowy sposób? Jakby te dwa słodzidła były podrasowane alkoholem. Musiała trochę przesiąknąć wnętrzem.

Tu szybciej odzywało się jasne, jajeczne. Zaczynało od roztoczenia alkoholowości. Zaraz niewątpliwie właśnie jajeczny smak wprowadziło, także śmietankę, ale drastycznie podnosiło słodycz. Nie byle jaką, bo ze sporą ilością procentów, piekących w język i grzejących nieco gardziel, w asyście cukru oczywiście. Mimo że mocne, nie uderzało do głowy, nie wydało się też wyprane ze smaku. Spełniło moje wyobrażenia o koglu-moglu w wersji dla dorosłych (z alkoholem). Wydało mi się lekko waniliowe, mimo że na pierwszym miejscu stał cukier.

I właśnie też śmietankowe, odrobinę alkoholowe odebrałam nadzienie dolne. Na pewno czuć w nim lekką gorzkawość i cierpkość kakao, ale w wydaniu bardziej truflowo-alkoholowym. Było trochę maślane, co nieco rozbiło zasadniczą ciemnoczekoladowość, ale całościowo stanowiło dobre przejście do ajerkoniakowego zasładzacza. Mousse bowiem podpiął się zarówno pod czekoladę, jak i pod nie.

Czekolada pod koniec, gdy alkoholowe nadzienie nieco już zniknęło, wróciła z nową mocą. Najpierw jeszcze mieszała się z maślano-truflowym kremem, potem wydała mi się bardziej gorzkawa, cierpkawa, choć ogólne poczucie słodyczy już nie osłabło.

Po zjedzeniu zostałam z posmakiem bardzo słodkiego, waniliowo-jajecznego likiero-budyniu oraz palono-cukrowej czekolady. Trzymała się jej lekka maślaność, ale i cierpkość kakao. Alkohol wraz z cukrem zajął się z kolei gardłem, ale wcale nie było to przytłaczające. Nie wiem dlaczego skojarzyło mi się to z miodem. W ustach czułam podsuszenie wywołane procentami, a na ustach trochę tłuszczu.

Całość uważam za przesłodzoną, ale jednocześnie dość logiczną w tym i poważniejszą. Kawowo-palone nuty, maślana truflowość - wszystko to pasowało do ajerkoniakowego waniliowo-śmietankowego kremu, który był odpowiednio alkoholowy. Wyraźnie, ale nie przytłaczająco czy zabijająco inne smaki.
Sama żałuję tylko, że konsystencja była, jaka była. Dla mnie za miękko-tłusto-maziste to. Miejscowego zeszkiełkowania jednak aż tak nie żałuję. W sumie spoko efekt wyszedł.
Jak na ten smak u mnie w ogóle ta czekolada odniosła sukces. Uważam ją za sto razy lepszą niż Zottera Egg Liqueur / Egg Dance czy Lindta Truffel Eierlikor.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 7,99 zł (za 188g)
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, 16% likier jajeczny, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, mleko w proszku odtłuszczone, śmietanka w proszku, laktoza, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii, naturalny aromat, sól

środa, 11 lipca 2018

Zotter Egg Liqueur / Egg Dance ciemna mleczna 50 % z kremem mlecznym na bazie białej czekolady i nugatu migdałowego z likierem jajecznym i wanilią

Rok temu bardzo, bardzo zależało mi na dzisiaj prezentowanej czekoladzie, jednak chłopaki od Zottera nie sprawdzali jej, bo zainteresowanie mogłoby być za małe itd. W tym roku, gdy jakoś przestało mi zależeć, bo wszelkie adwokaty i zabajone już mnie nie kręcą, pojawiła się w ofercie. Mimo obietnicy złożonej samej sobie, że nie kupuję przez parę miesięcy żadnych słodyczy, zamówiłam dwie tabliczki. O co chodzi? Adwokat to obecnie ulubiony smak mojej Mamy, więc gdy zobaczyłam tę limitkę, stwierdziłam, że przyszła pora, by sprezentować jej pierwszego nadziewanego Zottera. A przy okazji po prostu nie mogłam nie zamówić i sobie. Tak, zawsze znajdzie się jakiś powód, by kupić czekoladę.
Ajerkoniak, adwokat to likiery jajeczny przeważnie na bazie spirytusu. Ten Zottera został zrobiony na jabłkowej brandy.


Zotter Egg Liqueur / Egg Dance to mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana kremem mlecznym na bazie białej czekolady i nugatu migdałowego z likierem jajecznym na jabłkowej brandy i wanilią.

Po otwarciu poczułam wyrazistą fuzję pełnego, naturalnego mleka i orzechowej, nie za słodkiej czekolady. Tym razem za płynącą z niej orzechowością kryły się też migdały.
Zapach wydał mi się w pewien sposób soczysty, ale soczysty trochę octowo. Ewidentnie czułam bowiem jabłkową nutę, która dopiero po przełamaniu tabliczki zrobiła się bezsprzecznie alkoholowa. Było w tym (po przełamaniu) dużo wanilii i charakterniejszych, ale bliżej nieokreślonych przypraw.

Tabliczkę odebrałam jako konkretną, mimo że nie trzaskała. Nadzienie było bowiem tylko trochę plastyczne, a tak to raczej zbite i tłuste, choć na szczęście w mleczny (a nie np. maślany) sposób. Wyszło spójnie z bardzo kremową czekoladą.

Kawałek spróbowałam (jak zawsze) dzieląc, ale szybko stwierdziłam, że nadzienie osobno (bez czekolady) jest tak słodkie, że po prostu nie da się go jeść.

Przegryzając się przez całość bardzo długo dane mi było rozkoszować się smakowitą czekoladą o głęboko orzechowym charakterze i znikomej, troszkę karmelowej, słodyczy. Jak na ciemno mleczne Zottery po którymś tam kęsie zaczęła mi się wydawać mało mleczna, a bardziej "ciemnoczekoladowa" przez kontrast po posmaku, ale tak przy rozpływaniu się kęsa mleko stanowiło, wraz z waniliową nasilającą się słodyczą, harmonijne przejście do nadzienia.

Waniliowa i ogólna słodycz nasilały się. W ustach rozchodził się smak mleka także wzrastający bardzo znacząco. W końcu mleko i wanilia zaczynały spychać na bok czekoladę mleczną, a ja czułam się, jakbym jadła białą, bo taki przybrała klimat.
Na scenie pojawił się konkretniejszy akcent. Także zaliczał się do słodyczy, już niemal cukrowej, ale... była to "cukrowość" brandy. Alkohol pokazał się najpierw jako słodkie zaznaczenie, jabłkowa soczystość takowego alkoholu, jednak szybko zaczął rozgrzewać, niemal podpiekać język, w czym pomógł mu imbir.

Gdy alkohol zbliżył się do mleka i słodyczy, dołączyła do tego specyficzna słodka jajeczność. O tak, skojarzenia poszły w advocatowym kierunku, choć nie był to jednoznaczny jego smak. Było likierowo, ale tak... likierowo inaczej (przez jabłkową nutę brandy).
Słodycz z pomocą alkoholu niemal drapała w gardle, co z podrapywaniem języka zbliżyło się niebezpiecznie do mojej granicy wytrzymałości.

Orzechowość czekolady ze szczyptą cynamonu też walczyły o głos, dzięki czemu przynajmniej nutka migdałów wyszła trochę marcepanowo (a nie np. nugatowo). Ogólnie jednak wydała mi się bardzo stłumiona.

Pod koniec alkohol, kontrastowo do słodyczy, robił się bardziej ordynarny... Chociaż nie. Słodycz też była ordynarna. To właśnie brandy i słodycz pozostawały w posmaku. Niby było to trochę "jajeczne", ale z chwilami za bardzo wyczuwalną jabłkową brandy i za słodko - waniliowo, ale i cukrowo. Bardziej niż z likierem jajecznym ta czekolada kojarzy się po prostu z... białą z alkoholem.

Wyszło to bardzo tłusto-mlecznie i tak... ordynarnie, choć bez wyrazistego i głębokiego smaku. Nie było mdło, ale nie było też głębi. To chyba jeden z gorszych nadziewanych Zotterów, jakie jadłam, ale nie niezjadliwy (choć do ostatniego kęsa zastanawiałam się, czy kończyć, czy oddać Mamie - z trudem, ale skończyłam).

PS Nawet pewnie nie wyobrażacie sobie, jak źle czuję się z tym, że akurat coś takiego Mamie podarowałam... I jej też nie pasowała, choć z innych powodów ("za pełno mleczne, za mało zabajone i ciemna czekolada... ciemna, tak?").


ocena: 5/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, mleko, syrop fruktozowo-glukozowy, jabłkowa brandy, migdały, słodka serwatka w proszku, żółtka jaj 2%, odtłuszczone mleko w proszku, pełny cukier trzcinowy, wanilia 0,2%, sól, lecytyna sojowa, cynamon, sproszkowany imbir

piątek, 6 maja 2016

Lindt Truffel Eierlikor mleczna z ajerkoniakową truflą

W pewnym momencie, dosłownie niespodziewanie, prawie każdej zwykłej czekoladzie miałam sporo do zarzucenia. Ciężko mi było już nawet patrzeć na niektóre pod kątem "no, ale od tej ceny nie wymagajmy..." - chwileczkę! Co mnie obchodzi cena, skoro smak nie spełnia moich oczekiwań? Przecież można zrobić smaczną czekoladę w śmiesznie niskiej cenie (chociażby Bellarom Rich Chocolate) Po takim olśnieniu pozbyłam się naprawdę wielu słodyczy z mojej szuflady, bo wciąż zalegały mi kupione parę miesięcy wcześniej. Teraz chcę czerpać ze słodyczy jedynie radość i więcej radości. Mam przesyt słodyczy poniżej pewnego poziomu, co w sumie mnie nie dziwi, bo... mało osób pewnie wie, że przed założeniem bloga parę lat w ogóle nie jadłam nic słodkiego (tylko dlatego, że nie miałam ochoty).

Dzisiaj jednak mam Wam do zaprezentowania czekoladę, o której kiedyś bardzo długo marzyłam, a obecnie... otwieranie jej nie wzbudziło we mnie entuzjazmu, żeby nie powiedzieć, że zrobiłam to niechętnie. Taki nastrój pewnie będzie towarzyszył jeszcze paru recenzjom, ale wiecie... "naważone piwo trzeba wypić!"
Advocaata w sumie też można. ;)

Lindt Truffel Eierlikor to mleczna czekolada z ajerkoniakową truflą. Ajerkoniaku znajdziemy tu całe 10 %.

Po rozerwaniu sreberka poczułam bardzo silny zapach. Była to głównie słodycz: mleczna czekolada i ajerkoniak. Znany chyba wszystkim z czekoladek ajerkoniak lub advocaat (producenci w końcu stosują zamiennie). No, ten tutaj był nieco mocniejszy (chociaż nie wyrazistszy) i smakowitszy niż z przeciętnych czekoladek, a także z nutą aromatu waniliowego.

Po przegryzieniu kostki bardzo się zdziwiłam. Wnętrze nie jest zbitą truflą, a lekko ciągnącą masą, typową dla "czekoladkowych" nadzień, kojarzącą się nieco z budyniem.
Po tym mnie już nic nie zdziwi, ale po kolei.

Sama czekolada stanowi dość grubą warstwę i bardzo szybko rozpada się, po czym jej kawałki zamieniają się w grudkę zalepiającą usta. Tłuste to i podchodzące pod ulepek, chociaż wciąż jeszcze nieco kremowe. Nie jest to typowa mleczna czekolada Lindt'a; nawet w smaku jest jakaś taka mniej wyraziście czekoladowa, a bardziej po prostu słodko-ulepkowa. Przesłodzona plastelina, którą miałam ochotę pogryźć, póki jeszcze nie skleiła mi ust zupełnie.

Nadzienie jest idealnie gładkie, co skojarzyło mi się z nieco obślizgłym, tłustym budyniem. Klei się, ale szybko wypływa z rozwalonej w ustach kostki.
Również w smaku przypomina budyń. Jest słodkie i wanilinowe, co przypomina całą plejadę budyni i serków-deserków pseudo-waniliowych. Silna słodycz nie jest jednak symfonią cukru mdlącą do bólu; jest za silna, ale tragedii totalnej nie ma.
Sprawę ratuje nieco charakterystyczny likierowo-jajeczny smaczek. Czuć całkiem przyzwoitą ilość alkoholu, zwłaszcza w gardle (ale i tak nie jest tego jakoś specjalnie dużo), i to powoduje, że człowiek chociaż na moment zapomina o tłustej ulepkowatości. Nie jest to wyrazisty, czysty smak, jaki ma ajerkoniak, ale... bardzo mdły ajerkoniak już tak. Taki bardzo słodki i jajeczno-wanilinowy. Całe szczęście, że chociaż trochę ma coś z tym likierem wspólnego.

Trzy kostki (i to w dwóch podejściach - pierwszym razem dwie, potem jedna) na zasłodzenie i zirytowanie na paskudną konsystencję zlepionej grudki wystarczą. A zbyt mdły (nawet nie po prostu "strasznie przesłodzony" czy coś) smak doprowadzał mnie do szału. Resztę oddałam i usłyszałam, że smaczna, ale smaku "ajerkoniak" nikt właściwie nie odgadł. Cóż... dla mnie to bardzo, bardzo średnia czekolada, chociaż jeszcze nie taka najgorsza.
Skaczę jednak z radości, że to jedyna z tej serii, jaką wtedy zakupiłam. Przynajmniej opakowanie ma całkiem ładne,


ocena: 5/10
kupiłam: zamawiana przy okazji na Allegro
cena: 10 zł
kaloryczność: 518 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, likier jajeczny (10%). syrop glukozowy, masa kakaowa, masło klarowane, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, laktoza, naturalny aromat, aromat wanilinowy, ekstrakt słodu jęczmiennego