Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Meksyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Meksyk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 listopada 2024

Beskid Chocolate Meksyk Soconusco Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna z Meksyku

Z Meksyku jadłam i lepsze, i nieco mniej zachwycające tabliczki, ale jak tylko zobaczyłam tę Beskidu, czułam, że zrobi wrażenie. Już samo opakowanie zapierało dech! Fakt, jadłam już Beskid Chocolate Meksyk Soconusco El Vado 70 % w 2023, dostała maksymalną ocenę, a zmiany ponoć dotyczyły głównie opakowania, jednak i tak chciałam się przekonać, jak smakuje nowsza wersja. 


Beskid Chocolate Meksyk Soconusco Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Meksyku, ze stanu Chiapas, z regionu Soconusco.

Po otwarciu poczułam bardzo wysoką słodycz o soczystym charakterze. Przodowały dojrzałe, soczyste śliwki i mango, za którymi znalazły się truskawki. Ostatnie wchodziły w skład mlecznego, owocowego shake'a. Z dodanym proszkiem z truskawek liofilizowanych? Odlegle zamajaczyła też myśl o mocno mlecznej bułeczce, którą do takiego shake'a można by się raczyć. Wychwyciłam lekką cierpkość... soku z jasnych winogron? Pojawiły się też banany... raczej suszone czy liofilizowane. Im trochę powagi podszepnął karmel średnio mocno palony. Paloność jednak idealnie wprowadziła szlachetną gorzkość ziemistej herbaty (czerwonej?).

Twarda tabliczka wydała mi się nieco skalista, gdy podczas łamania głośno trzaskała.
W ustach rozpływała się w tempie wolno-umiarkowanym, eksponując kremowość i gęstość. Była zbita i niemal do końca zachowywała kształt,. Połączyła gęstość z soczystością. Jej tłustość wydała mi się niska, a całość kojarzyła się z miękkim, idealnie gładkim przecierem z banana.

W smaku przywitało mnie słodkie truskawkowe... mleko? Lekka mleczność starała się nieco pohamować owoce, lecz niezbyt jej to wyszło. Rozbrzmiała truskawka oraz dojrzałe śliwki i mango. Odnotowałam też przebłysk brzoskwini, ale jakiejś mdławej (białej?). Słodkie, bardzo, bardzo soczyste owoce zaczęły dominować, a mleczność w zasadzie się ulotniła.

Obecność zaznaczyła subtelna cierpkość czerwonej herbaty - pewien mulisty, szlachetny motyw.

Rosła słodycz. Wzmocniły ją banany. Banany z echem karmelu? Starały się wpisać w soczystość i świeżość, lecz zaraz skierowały się w bardziej suszono-liofilizowane klimaty. Odnotowałam w tle niedookreślone owoce czerwone... A może to truskawki tak pobrzmiewały?

Przemknęła mi mleczność - jednak nie zniknęła? Wychwyciłam maślany akcent, co pokierowało myśli ku mlecznej bułeczce z czekoladowo gorzkim kremem. Gorzkość nagle zmieniła się w jednoznaczną herbatę, a mleczność na pewno zniknęła. Zupełnie jakby zapić ją cierpkawo mocną, ziemistą herbatą. Pojawiła się też sama czarna ziemia i odważny motyw drzew.

Nagle mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam surowe migdały w skórkach. Zaserwowały trochę swojej własnej słodyczy, przez którą owoce trochę pierzchły, czmychając na boki. Migdały zarysowały się na porządnie gorzkim tle, uwypuklając jego głębię.

Przemknął motyw przypraw... korzennych, ale nie ostrych a ciepłych, ciepło-cierpkawych. Wrócił mleczny akcent jako mleko migdałowe, choć migdały wciąż czułam głównie jako całe, surowe migdały. Przebić się pomogło im więcej różnych orzechów.

Słodycz na pewien czas przeszła na bardziej karmelową stronę. Wciąż jednak soczystość trochę ten karmel podburzała... Pomyślałam więc o wilgotnych, miękkich suszonych daktylach. Przypomniały o suszonych bananach - twardych chipsach, ale też o... bananach liofilizowanych? I liofilizowanych brzoskwiniach? Inne owoce też się w tym kwaskawo-słodkim motywie przez chwilę odnajdywały. Znowu pomyślałam o mleczno-owocowym shake'u, zrobionym ze sproszkowanymi owocami.

Na pewno więc czułam truskawki... niby liofilizowane, ale znów zawracające ku świeższym? Przewinęła się dziwna, owocowa, słodka cierpkość... soku z zielonych i fioletowych winogron? I drapanie syropu żurawinowego? Dołączyły duże, jasnofioletowe śliwki renklody i mango, jednak razem poszły w cięższym kierunku... zahaczając o czerwone wino? Bardzo kwiatowe, słodkie czerwone wino.

Na końcówce herbata zgłosiła sprzeciw lekką goryczką. Pomogły jej ostrawe przyprawy, podkreślające ostrawość wina. Za nim przemknęło echo... cytrusów wraz ze skórką?

Po zjedzeniu został posmak ziemiście-herbaciany, winogronowo cierpki oraz soczyście owocowy. Czułam czerwone z truskawkami na czele, przechodzące w wino z przyprawami oraz bardzo słodkie banany, śliwki renklody i mango. Odrobinka migdałów złączyła je spójnie, a w tle zaznaczyło się więcej różnych orzechów i karmel z daktylami i bananami.

Czekolada w zasadzie bardzo, bardzo przypominała Beskid Chocolate Meksyk Soconusco El Vado 70 % z 2023, ale mam wrażenie, że z kompozycji wypadły cytrusy. Kwasek nie, ale sama cytrusowość. Miejsce tego wątku zajęły inne owoce. W dzisiaj opisywanej wyraźniej czułam jeszcze śliwki.
Gorzkość, słodycz się zgadzają. Rewelacyjna czekolada, łącząca soczyste, słodkie owoce z herbaciano-ziemistą powagą. Truskawki, śliwki, banany, mango i inne zacnie połączyły świeżość z suszeniem i liofilizowaniem, a końcowo winem. Interesująca dynamika.

Pomyślałam o migdałowo-drzewnej, z nutami daktyli, czerwonych owoców: truskawek i żurawiny; oraz białych brzoskwiń Morin Edition Limitee Mexique Soconusco 70 % o cieple, nie ostrości przypraw. Miały sporo wspólnego.


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 25 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 439 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

niedziela, 25 lutego 2024

BTB Chocolate Czekolada Ciemna Mexico 75 % ciemna z Meksyku

Po tę tabliczkę sięgnęłam o wiele szybciej, niż myślałam, że to zrobię. Sprawy jednak tak się ułożyły, że rano na szybko musiałam wykombinować, jaką by tu czekoladę wziąć do degustacji (zaplanowałam inną, ale z nią czekała mnie niemiła niespodzianka). Myślałam o niskiej gramaturze i nie bardzo zaskakującym regionie. Wzięłam też pod uwagę, że miałam ochotę na zawartość na pewno wyższą niż 70%. Dlatego też bardzo się cieszę, że polska marka BTB Chocolate, od której dostałam tabliczki do testów, ma w ofercie różne zawartości. Dla każdego coś miłego. 

BTB Chocolate Czekolada Ciemna Mexico 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Meksyku.

Po otwarciu poczułam jakby zgaszoną soczystość czerwonych owoców wymieszaną z ciepłem, prawie pikanterią. Pomyślałam o wędzonym chili, które dodało też pewnej ciężkości soczystej strefie. W tej dominowała wiśnia - w dużej mierze cukierkowa, pudrowa i galaretkowata. Kryła się w niej cukrowość, acz z palonym, karmelowym echem. Cierpkość ciepło-wędzonego splotu i soczystości takiej "hamowanej" przełożyły się na myśl o ziołowej herbacie z wiśnią (jakąś słodką masą a'la konfitura). Czułam też palone drewno, które stanowiło spokojnie tło.

Twarda tabliczka trzaskała bardzo głośno niczym skała. Wydawała się masywna i pełna.
W ustach rozpływała się powoli i kremowo. Była zwarta i aksamitna, a do tego maślana. Z czasem powierzchownie miękła, pokrywała podniebienie smugami. Raz po raz odnotowałam lekki wzrost soczystości, a końcowo lekkie ściągnięcie.

W smaku najpierw rozeszła się delikatna cierpkość, poganiana gorzkością. Cierpkie... okazały się soczyste wiśnie, które błyskawicznie zaczęły się osładzać.

Wiśnie przemieszały się z innymi cierpko-słodkimi czerwonymi owocami, a ja wyłapałam przy nich lekko cukrowy, cukrowo-palony wątek.

Z drugiej strony w cierpkości odnalazło się sporo ziół. Wzmocniło je gorzkawe, stateczne drewno i herbata. Pomyślałam o mocno ziołowym naparze z nutą chili. Chili było to raczej ciepłe niż ostre, a do tego lekko soczyste.

A może to od wiśni doleciał do niego nieco soczysty wątek? Kwaskawe czerwone owoce skojarzyły mi się z czerwonymi galaretkami, które jednak miały dość naturalny smak. A jednak ze specyficzną goryczką galaretkową.

Ogólna gorzkość cały czas się rozchodziła. Należała głównie do drewna i dymu, jednak swoistej ciężkości dodawała też pozostałym nutom.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jakby od środka wszystko zaczęła w dodatku łagodzić maślaność. Miała sporo do powiedzenia. W pewnym momencie przywołała nawet na chwilę nutę kwaśnego śmietankowego deseru jogurtowego z wiśniami.

Soczystość wiśni w tym czasie zaczęła zmieniać się w ananasa i... brzoskwinie? Przemknęły galaretki, a na dłużej zostały kandyzowane kawałki owoców, kostka, dodana do ziołowej herbaty. Wzmocnionej też szczyptą chili. Rozgrzewała więc wielopłaszczyznowo.

Lekka cukrowość i palony wątek zaobfitowały końcowo w karmel. Choć wyrazisty, cały czas igrał trochę z cukrem po prostu.

Soczysto-kwaskawe owoce tak zmieszały się z drzewami, że pomyślałam o kosodrzewinie. Jakby tak na jakimś górskim szlaku, idąc przez iglasto-leśną część trasy, zajadać suszono-wędzone wiśnie... Wiśnie z chili? Wyłoniła się ich ciężkawa, cierpkawa soczystość. Z kolei cierpkawo-ziołową herbatę osnuł cierpki dym.

Po zjedzeniu został posmak dymu i drewna, a także lekko pikantne echo. Mieszało się z ziołowością, ale dosadnie osłodził je karmel i nieco kandyzowana nuta. Wiązała się z niedookreślonymi żółtymi owocami i wiśniową galaretką. 

Czekolada całościowo wyszła smacznie. Satysfakcjonująco gorzka za sprawą dymu, sporo w niej drewna i ziół, herbaty. Byłoby świetnie, gdyby nie pojawiła się łagodząca maślaność. Słodycz, mimo bazowo karmelowej, też niestety zahaczała o niemoje nuty: cukrowość, kandyzowanie. Nie była jednak przesadzona. Trochę kwaskawe owoce (głównie wiśnie, ananas) wyszło soczyście i jednocześnie ciężko. To wzmocniła ciepła nuta chili. Ciekawie je z wiśniami połączyła wędzona nutka.

Pudrową cukierkowość czułam również w Goodnow Farms Chocolate Signature Line Mexico Almendra Blanca 77 %, która smakowała też czerwonymi owocami, drzewami, a do tego cytrusami i syropem klonowym. Coś w niektórych tabliczkach z Meksyku jest w tym sensie podobnego.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od BTB Chocolate
cena: jak wyżej, ale cena to 10 zł (za 50g)
kaloryczność: 570 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy

niedziela, 14 stycznia 2024

A. Morin Edition Limitee Mexique Soconusco 70 % ciemna z Meksyku

Każdy zakup z zagranicznej strony rozważam przez kilka dni. Czekolady zawsze wybieram wówczas starannie, patrząc na zawartość i regiony, ale różnych producentów. Celuję w obiecujących, a mi nieznanych, niedostępnych w Polsce. Daje mi to możliwość rozeznania i nie władowania się w kilka potencjalnie podobnych, niesatysfakcjonujących tabliczek (co mogłoby się zdarzyć, gdybym zamówienie złożyła bezpośrednio u producenta). Stało się tak i tym razem, gdy robiłam duże jesienne zamówienie, a główną motywacją, by zrobić to właśnie na stronie Chocoladeverkopers była dzisiaj przedstawiana czekolada. Morina, jednego z moich ulubionych producentów, w zasadzie trudno obecnie zdobyć w Polsce. Zaś ja większość i tak już próbowałam. A tu... dostrzegłam limitowaną tabliczkę z kakao Soconusco, nazwanego tak od regionu, w którym rośnie. Nie mogłam jej przegapić!

A.Morin Edition Limitee Mexique Soconusco 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Soconusco z Meksyku.

Po otwarciu poczułam słodki zapach kwiatów pod przewodnictwem jaśminu. Za nim znalazły się spore, masywne lilie. Mieszały się z syropem z czerwonych owoców, który daleko w tle połączył słodycz z lekkim kwaskiem, soczystością. Pojawiła się też suszona żurawina i daktyle. Na pierwszym planie obok kwiatów rozbrzmiały migdały. Pomyślałam o gorzkich, w których skórki mają ogromny udział. Podkreśliły je drewniane meble i nuty zamszowo-skórzane, a jednak i pewna mleczna łagodność je musnęła. Jakby migdałowo-mleczny krem?

Tabliczka była twarda do tego stopnia, że kojarzyła się trochę ze skałą. Trzaskała adekwatnie bardzo głośno, acz jednocześnie w nieco kruchy sposób.
W ustach rozpływała się powoli i bardzo kremowo. Była maziście tłusta, nieco maślana i zbita, konkretna. Z czasem ujawniała lekką pylistość i znikomą soczystość.

W smaku pierwsza polała się mleczność, roznosząca subtelną, ale jakże naturalną słodycz. Wydało mi się to wręcz urocze.

Przemknęła goryczka. Goryczka migdałów? Migdały ze skórkami ośmieliły się i wyszły na prowadzenie. Podkreśliły je drzewa... I drewno suche, meble drewniane. Odnotowałam lekko drapiący motyw starych książek. Może z echem korzenności?

Słodycz też zrobiła się bardziej drapiąca. Przez chwilę pomyślałam o ciemnym miodzie, np. gryczanym, acz po chwili pojawiły się kwiaty. Tchnęły w kompozycję rześkość, lekkość. Pomyślałam o kwiatach pokrytych rosą.

A do tego o drzewkach owocowych, które może chwilę wcześniej zmoczyła mżawka. Do głowy przyszły mi brzoskwinie - konkretniej polskie o niemal białym, soczystym miąższu i odmiana "brzoskwinie białe". Wprowadziły drobny kwasek, a słodycz na zasadzie kontrastu jeszcze wzrosła za sprawą aż słodko-mdłych, nieco soczyści-wodnistych gruszek konferencja.

Kwiaty otuliły drzewa. Mleczność zaczęła przechodzić w owsiankę, jakieś płatki ryżowe na mleku i ryż na mleku. Takie, do których dodano żurawinową, słodko-soczystą masę. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa znacząco wzrosła soczystość.

Mleczność zmieniła się wtedy niemal zupełnie w kwiaty: jaśmin i jasne, białe oraz ecru lilie. Migdały też zaczęły łagodnieć, przeistaczając się w słodką pastę migdałową. Miazgę z migdałów posłodzoną nieco pikantnawo-drapiącym miodem o ciemnym kolorze.

Do masy migdałowej i miodowo-kwiatowej słodyczy dołączył syrop kwiatowo-migdałowy... I syrop kokosowy? Nie taki naturalny, bardziej o smaku, niemal likierowy i bardzo słodki. Acz z leciuteńką goryczką.

Goryczce pomogła soczysta cierpkość czerwonych owoców. Wyobraziłam sobie kwaskawą masę duszoną z żurawiny, wiśni i czerwonych porzeczek. A także syrop z tychże owoców. Z czasem drapiący motyw i drzewa zasugerowały też żurawinę w suszonej formie. Nagle doskoczyły do niej słodkie, wilgotne a suszone daktyle.

Migdały wydawały się pozbawione skórek. Przemieszały się ze śmietankowo-maślanym echem. Choć one złagodniały zupełnie, gorzkość wciąż trwała. Zadbały o to drewniane meble ze skórzanym obiciem. Do tego zamszowo-dymna goryczka, jakby nieco ciepła? Korzenna?

Na końcówce wysforowały na podium migdały. Choć wciąż łagodne, to jednak chyba z przywróconą skórką. Znalazły się w towarzystwie bardzo słodkich, acz lekko soczystych, drapiąco-mulących daktyli.

W posmaku została suszona żurawina, syrop z czerwonych owoców oraz słodycz kwiatowo-daktylowa, bardziej drapiąca i nawet trochę ciężka. Mimo to, rześkości nie brakowało. Do tego czułam słodką masę migdałową, jakby migdałowy syrop i trochę gorzkawego drewna. Przy nim trwała nuta starych książek i miękkiego zamszu. Ich goryczka wydała mi się zahaczać o dym i korzenność.

Całość była smaczna i ciekawa. Niby drapiąco słodka, ale nieprzesłodzona mimo wysokiej słodyczy. Kwiaty takie jak jaśmin i lilie oraz masy, syropy z czerwonych owoców, suszone owoce wyszły ciężkawo i rześko jednocześnie. Miodowe zapędy, migdałowo-miodowa masa i kokosowo-migdałowe syropy zacnie zgrały się z drewnem, drewnianymi meblami i książkami. Te co prawda nie zapewniły wysokiej gorzkości, ale na brak gorzkości narzekać nie mogę. Suszone daktyle, owsianka i ryż na mleku, pewna mleczność to intrygujące nuty. Mleczność zmieniająca się w kwiaty, końcowo trochę skóry i zamszu zacnie zgrały się z owocami. Żurawina i inne czerwone wystąpiły głównie w wersji duszonej, syropowej, ale wyłapałam też bardziej rześkie białe brzoskwinie i gruszki.

W pewnym sensie przypominała Chapon Mexique Soconusco Torrefaction Moyenne / Conchage Moyen 75% o nutach mleczno-maślanych, kwiatowego miodu, orzechów i migdałów - zwłaszcza migdałów w różnej formie w tym pasty, drzew czy owoców - także brzoskwiń i innych. Wyszła jednak bardziej korzennie i jak maślano-cynamonowa bułeczka. Obie słodkie, acz Morin wydał mi się cięższy, w bardziej drapiący sposób, a jednocześnie mniej gorzki. Co nie znaczy, że mniej pyszny.
Bardzo, bardzo odlegle przypomniała mi Cuna de Piedra 85% Mexican Cacao from Soconusco, Chiapas pełną suszonych owoców i owoców żółtych, z przebłyskiem wiśni, a także maślanością i drzewami. Podlinkowana była znacznie kwaśniejsza, bardziej owocowa, a jednak podobnie łagodna i słodka mniej więcej tak samo mocno, ale za sprawą owoców - co jest o tyle ciekawe, bo przecież różni je zawartość kakao.


ocena: 9/10
cena: 5.95 € (około 27 zł; przecena)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

niedziela, 29 października 2023

Goodnow Farms Chocolate Signature Line Mexico Almendra Blanca 77 % Single Origin ciemna z Meksyku

Wybierając czekoladę do degustacji na ten dzień pomyślałam o Goodnow, gdy jednak przyszło do wczytania się w listę posiadanych, trochę się zdziwiłam. Otóż skończyły mi się jakoś tak... szybciej niż się spodziewałam. Mało tego, byłam pewna, że tak niedawno widziałam jeszcze w szufladzie Gwatemalę... acz tak, widziałam... Sięgając po nią do degustacji, nie inaczej.
Producent poinformował, że kupuje ziarna na te tabliczki od farmera Vicenta Caçepa, którego rodzina zajmuje się hodowlą kakao na rodzinnej plantacji o (jakże chwytliwej) nazwie Jesus Maria w Tabasco, w Meksyku od ponad 80 lat. To konkretnie kakao, z którego stworzono tę tabliczkę, to Almendra Blanca (po polsku "biały migdał"). Warto dodać, że producent podkreślił, że to nie Criollo, "a po prostu taki gatunek kakao". Zaintrygowało mnie, bo przypomniała mi się czekolada Georgia Ramon Almendra Blanca Mexico Agrofloresta Mesoamericana 91% Dark Chocolate Limited Edition, która z kolei została opisana jako Criollo Almendra Blanca. Jak rozumiem, jakby w podgrupę ziaren "Białych Migdałów" wchodzą criollo i... zwyklejsze białe?

Goodnow Farms Chocolate Signature Line Mexico Almendra Blanca 77 % Handcrafted Single Origin Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao Almendra Blanca z Meksyku, ze stanu Tabasco, z plantacji Vicenta Caçepa.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach cytryn, którym wtórowało trochę znacznie słodszych pomelo. W owocach zaplątały się też jakieś czerwone... acz kryły się za soczystością cytrusów i pieczono-prażonym wątkiem orzechów. Z tymi wiązała się maślaność oraz zsiadłe mleko. Orzechy nie wydały mi się szczególnie określone, ale raz po raz przemknęły wyraźnie prażone migdały... Prażone w słodkim syropie klonowym? Ten wiązał się z myślą o kwitnących drzewach. Świeżością i ciepłem lata. W oddali doszukałam się odrobiny pudrowej słodyczy przypisanej do cytryn.

Mimo chropowatej struktury, wszystko wskazywało na to, iż tabliczka jest kremowa. Wydawała się delikatna, mimo twardości. Ta była trochę skalista. Trzaskała głośno i głucho.
W ustach rozpływała się kremowo gęsto i średnio powoli. Była maślano tłusta i niemal idealnie gładka. Trochę obklejała usta, po czym soczyście rzedła, nie zapominając o poczuciu gęstego konkretu.

W smaku pierwsze pojawiło się mleko, roztaczając swoją lekką, naturalną słodycz.

Niemal w tym samym momencie odezwała się słodycz pudrowa, przedstawiająca cytrynę. Pomyślałam o pudrowych cukierkach cytrynowych, acz kwasek szybko przybrał na soczystości i cytryny zrobiły się bardziej świeże, zwyczajnie owocowe.

Mleko podchwyciło leciutki kwasek, ale choć nie zdecydowało się iść w bardzo kwaśnym kierunku, zmieniło się w mleko zsiadłe. Zawarło w sobie specyficzną rześkość.

Słodycz pudrowa zniknęła zupełnie na rzecz karmelowej. Ta z kolei przedstawiła się jako nieco przygaszona... Rosnąć zaczęła z czasem jako syrop klonowy, taki może nieco skarmelizowany, z naturalną paloną nutką.

Paloność i syrop klonowy wprowadziły wątek drzew. Z racji słodyczy pomyślałam o kwitnących, ukwieconych drzewach. Znów wychynęło trochę pudrowości, przez którą pomyślałam o pyłku kwiatowym. Zaplątała się w tym lekka cierpkość.

W tym czasie cytryny nie próżnowały. Kwaśność nieco wzrosła... choć pozostawała w pewien sposób ostrożna. Wpisywała się w słodycz. Do cytryn dołączyło bardzo, bardzo słodkie pomelo. Za nim raz po raz wychwyciłam przebłyski jakiś cierpkawych czerwonych owoców.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa palono-drzewna nutka przełożyła się na nieśmiało rosnącą gorzkość. Zaprosiła trochę orzechów i migdałów. Niektóre były w skórkach, wszystkie na pewno pieczono-prażone. Kontynuowały ten wątek rozpoczęty przez syrop klonowy. Ten jeszcze zaplątał się tu i ówdzie.

Pieczony wątek zetknął się z cytrusami i mlekiem, rysując obraz masy cytrynowej na krucho-maślanym spodzie. Masa musiała być lekko śmietankowa, niby soczyście-kwaśna, ale ugłaskana. Sam spód zaś był słodki, acz ostrożnie. Słodko-palony, poprzypiekany sowicie. Jego maślaność z czasem mieszała się z orzechami w proporcjach równych...

Równych, albo i takich, przy których chwilami orzechy wybijają się. Pomyślałam o słodko-maślanych pieczonych laskowych i migdałach. Migdałach w syropie klonowym? Lekko karmelizowanych? Poczułam trochę gorzkiego dymu w całej tej pieczonej strefie.

Goryczka podkreśliła jeszcze cytrusy, lecz... w owocach wyłapałam coś jeszcze. Może jakiś łączony kiwi-agrestowy dżem, podsycony cytryną właśnie? Przemknęło mi coś czerwonego... Niedojrzałe wiśnie i czerwone porzeczki? Wydawały się bardzo niejednoznaczne, a jedynie przemykające za cytryną. Także jednak cytryna pod koniec złagodniała, jako że wymieszała się z maślanością i zsiadłym mlekiem.

Posmak należał właśnie do cytryn, acz znów z lekką pudrowością i nutką... chyba kiwi. Może też jakiś czerwony owoc się zaplątał, acz trudno stwierdzić, bo do cytryn z każdej strony dosłownie pchały się orzechy - różne, ale na pewno pieczone i kruchy, maślany spód. Słodycz, wypiek i owoce połączyło kwaskawe zsiadłe mleko.

Czekolada była smaczna, jednak jak dla mnie za łagodna. Niby kwaśna, lecz jej kwaśność wpisywała się w słodycz. Gorzkość znikoma, a słodycz, mimo że nie przesadzona, to wszechobecna. Dużo cytryn, acz też pudrowo-cukierkowych, akcenty innych owoców (kiwi i czerwonych) i drzewa, orzechy i migdały wyraźnie pieczone wyszły przyjemnie, acz to intrygujące nuty mleka zsiadłego czy wypieku z masą cytrynową sprawiły, że całość wyszła niecodziennie. Ogółem wydała mi się delikatna, ale z racji nut, a nie że łagodzona przez producenta.

Prażone migdały skojarzyły mi się z Millesime, ale ona była bardziej korzenna, a owoców w niej o wiele więcej czułam czerwonych. Połączenie prażenia i kwaśności wydawało się jednak w pewien sposób podobne. A jednak nuty były inne.
Cytryna, maślane ciasto z kruszonką, orzechy i śmietanka - te nuty Manufaktury Czekolady Porcelana Blanca Mexico 70 % bardzo przypominały wyczuwalne w dzisiaj prezentowanej.


ocena: 8/10
cena: 90 zł (za 55g; cena półkowa; ja dostałam zniżkę)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 10 sierpnia 2023

Millesime Chocolat Mexique Terroir Soconusco Chiapas Feves Criollo Chantutu Noir 80 % ciemna z Meksyku

Millesime zaczęły mi się już kojarzyć bardzo dobrze. Obstawiałam, że kolejna tabliczka nie będzie zaskoczeniem. Mimo że kakao z Meksyku potrafi nutami zaskakiwać. O tym konkretnym poczytałam, że zostało zebrane z południa kraju, gdzie od lat rośnie szlachetna odmiana. Raczyli się nią azteccy królowie i kapłani.

Millesime Chocolat Mexique Terroir Soconusco Chiapas Feves Criollo Chantutu Noir 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao criollo chantutu z Meksyku, z regionu Soconusco, ze stanu Chiapas.

Po otwarciu uderzył bardzo jednoznaczny zapach ciemnych, granatowych winogron. Były słodkie, acz z cierpkawo-winnym akcentem. Obok znalazły się również bardzo słodkie rodzynki i chyba trochę suszonych fig. Za nimi wlokły się upite, niemal zasładzające śliwki - także suszone. Oczami wyobraźni patrzyłam na wilgotne, maziste śliwki kalifornijskie. Zapachowi jednak nie brak rześkości. Mieszała owoce z odrobiną kwiatów. Sporo do powiedzenia miały w tej kwestii winogrona. Pomagały, podkręcając roślinną świeżość i soczystość. Dopłynęło do nich trochę soku / napoju z wiśni. Ten słodko-kwaskawy splot prezentował się na orzechowo-cynamonowym, znacząco prażonym tle. Tam znalazło się też sporo prażonych migdałów i... odrobina ciężkawego (dusznego?) marynowanego imbiru.

Tabliczka była twarda - zwłaszcza tam, gdzie była grubsza (bardzo, bardzo gruba). W momencie odgryzania kęsa, twardość uciekała przed taką... masywnością, poczucia konkretu, ale już jakby zapowiadającego miękkość.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie. Wydawała się mięknąca z zewnątrz, jakby w środku kryła twardy, konkretny, rdzeń. Ogółem wyszła średnio gęsto i tylko chwilami trochę aksamitnie. Dość szybko robiła się bardziej szorstkawa, proszkowa, ale też soczysta. Trafiło mi się w niej sporo wręcz drobinek niedomielonego kakao. Odznaczała się niską (w sumie początkowo jakby wręcz nieobecną) tłustością.

W smaku od początku dała się poznać jako gorzko-słodka za sprawą prażenia i karmelizowania, nawet odrobinki dymu.

Tuż za tym znalazł się kwasek. Błyskawicznie przeszył powyższe nuty wiśniami. Pomyślałam o owocach świeżych: zarówno bardziej, jak i mniej dojrzałych. Jak kwasek smagnął, tak się trochę zreflektował. Wiśnie przybrały na słodyczy i zmieniły się w sok, napój wiśniowy.

W tym czasie rozwinęło się prażenie. Poczułam karmelizowane i prażone migdały, a po chwili też migdały w cynamonie. Odnotowałam przy któryś trochę gorzkawych skórek, które sprawiły, że słodko-ostry cynamon też wydał mi się gorzkawy. Musiało go być bardzo dużo, bo aż lekko rozgrzewał.

Karmel... wprowadził maślany akcent, po czym zetknąwszy się z soczystymi owocami nieco przycichł. Dołączyły do niego suszone figi - delikatne, o złotym kolorze. Choć suszone, były soczyste i miękkie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz w dużej mierze zrobiła się suszono owocowa, mimo że karmel nie odpuścił. Pojawiły się rodzynki, także soczyste i jędrne. Od nich słodycz podłapały owoce świeże.

Obok soku / napoju z wiśni pojawiły się winogrona o granatowym, niemal czarnym kolorze. Wiśnie umknęły, mignęły maliny... acz to właśnie winogrona zaczęły dominować. Z owoców przodowały dość długo. Dołączyły do nich słodkie, suszone śliwki kalifornijskie. Takie maziście-lepkie, wnoszące wątek kompotu. Wpisał się w niego też sok i/lub napój wiśniowy. Wyłapałam tu też motyw konfiturowy, dżemowy, poprzez który wemknęła się odrobina kwiatów. Przez owoce te przewinęło się też raz po raz alkoholowe ciepło.

Kwiaty wiązały się ze świeżością, acz i swoistą słodką ostrość wplotły. Rodzynki i śliwki wydały mi się przez moment nasączone procentami. Rodzynki z racji tego miały w sobie coś z goryczki... A potem kwasek odciągnął od niej uwagę. Chyba wyłapałam w nim trochę soku z cytryny. Owoce mimo wszystko nieco się uspokoiły i roztaczały esencjonalną, ciężkawą słodycz. Część suszonych zaczęła wydawać mi się aż lekko scukrzona.

Ciężka zrobiła się też gorzkość, w której rozwinął się dym. Prażona nuta wciąż miała wiele do powiedzenia za sprawą migdałów. Myślę tu o prażonych, ale już nie tylko w cynamonie, a z różnymi przyprawami korzennymi. W zasadzie może to nie tyle migdały prażone w przyprawach, co po prostu prażone migdały w towarzystwie przypraw. Z tych wyróżniłabym jeszcze goryczkowaty kardamon. Słodycz i kwiaty podsunęły też duszno-ciężkawy marynowany imbir (oczami wyobraźni patrzyłam na żółty).

Kardamon zaprosił trochę czarnej, palonej kawy. Wydała mi się jakoś związana z dymem i... ledwo uchwytna. Przyprawom łatwiej szło w utrzymaniu się, acz nie były wyraziste tak, by je ponazywać. Z czasem do nich i migdałów dołączyły różne orzechy.

Orzechy wplotły trochę maślaności, co ze słodyczą fig końcowo wyszło już delikatniej. W dodatku słodko-ostrawy, lekko goryczkowaty cynamon połączył je z prawie gubiącą się nutką kwiatów.

Po zjedzeniu został posmak ciemnych winogron i wiśni (soku?) jako słodko-kwaskawy i cierpkawy, soczysty wątek z tłem nieco... alkoholowym? Ostrym, rozgrzewającym - czy to właśnie od alkoholu czy niedookreślonych przypraw korzennych. Czułam też trochę dymu i migdało-orzechy, bardzo rozmyte.

Całość była wprost przepyszna. Granatowe winogrona i sok z wiśni, sugestie alkoholu, acz tylko za sprawą owoców i całkiem sporo gorzkości dymu, przyprawy urzekły mnie. Wyraziste migdały podkręcone innymi orzechami wyszły cudnie. Prażenie choć znaczące, nie było nachalne. Podobnie zresztą słodycz suszonych owoców (rodzynki, figi, śliwki) z wątkami kwiatów, kompotu była istotna, lecz nie zasładzająca.
Podobało mi się, jak nietłusta, nawet charakternie szorstkawa (co zgrało się z nutami smakowymi, bo dało efekt jakby była autentycznie z przyprawami była), lecz wolałabym, by rozpływała się gęściej i wolniej. To jednak niemal niezauważalny minus, na który oko mogę przymknąć.

Prażone orzechy, przyprawy i soczystość kojarzę dobrze także z GR Almendra Blanca Mexico Agrofloresta Mesoamericana 91%, a wszystko to, ale również lekka alkoholowość przypomniała mi Cluizela Plantation Mocaya 75 % Mexique / Mexico, acz... ten z charakteru nie był zbyt podobny.


ocena: 10/10
cena: 26,50 zł (dostałam zniżkę, cena półkowa to 30 zł za 70 g)
kaloryczność: 564,76 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 25 czerwca 2023

Georgia Ramon Almendra Blanca Mexico Agrofloresta Mesoamericana 91% Dark Chocolate Limited Edition ciemna z Meksyku

Przy Beskidzie Nikaragua Chuno Clasico 80 % pomyślałam, że stęskniłam się za jeszcze jedną marką. I traf chciał, że akurat miałam też wysokoprocentową nowość. Edycję limitowaną, bo z kakao bardzo rzadkiego. GR zakupiło to kakao z 30 hektarowej plantacji od kooperatywy Agrofloresta. To zrzeszenie prowadząc specjalne kursy, pomaga miejscowym małym rolnikom w uczynieniu pracy bardziej zrównoważoną, zajmuje się zalesianiem i w ogóle działa proekologicznie. Wszystko, by zdegradowany teren przekształcić w zróżnicowany las kakaowy, pełen lokalnych gatunków. Wśród tych króluje odmiana Criollo Tabasqueño, podobna do Porcelany. Roczne zbiory tego kakao to jedynie jedna tona - z czego tylko 400 kg trafiło do Europy. Znana jest również jako Almendra Blanca, czyli "białe migdały", jednak nie ma nic wspólnego z migdałami (może chodzi o kształt?). Z kolorem sprawa jest już bardziej oczywista, bo około 70% ziaren jest w przekroju białych. Stąd jasny kolor tabliczki, mimo wysokiej zawartości kakao.

Georgia Ramon Almendra Blanca Mexico Agrofloresta Mesoamericana 91% Dunkle Schokolade / Dark Chocolate Limited Edition to ciemna czekolada o zawartości 91% kakao Criollo Tabasqueño (Almendra Blanca) z Meksyku; edycja limitowana. 

Po otwarciu poczułam zapach dość mocno palonych orzechów, niespecjalnie jednak określonych (choć może trochę przebijały się włoskie?), a przyprószonych węglem. Tuż obok pojawiły się ziarna palonej kawy i wędzone sugestie. Czułam też mocno palony, nienachalnie słodki karmel i intensywną cierpkość. Połączyła tony palono-wędzone z owocami o lekkim kwasku. Pomyślałam o jakimś zielonym soku z kaktusa i kiwi. Przewijały się też czerwone - wiśnie i dzika róża?

Tabliczka mimo zapowiadanego jasnego koloru, była ciemna i lśniąca. Wykazywała twardość suchych, grubawych gałęzi. I tak też trzaskała.
W ustach rozpływała się umiarkowanie powoli, minimalnie oblepiająco, z ochotą mięknąc. Wykazywała lekką, nieco węgielną, proszkowość, a także przeciętną, jakby ukrytą maślaną tłustość. Trochę rozrzedzała ją soczystość. Zmieniała się właśnie w pyliście-aksamitny krem.

W smaku pierwszy rozbrzmiał maślany karmel, jakby pod gorzkim parasolem. Ten wplótł palony motyw, za którego sprawą także karmel zaczął robić się coraz bardziej palony, a jednocześnie coraz mniej słodki, zachowawczy.

Odnotowałam cierpkość owoców. Dzikiej róży? Raz czy drugi pomyślałam o jakiś żółtych, acz konkretnych złapać nie mogłam. Na pewno nakręcały soczystość. Po chwili odważniej odezwały się owoce zielone, np. kiwi, które wiązały się już bardziej ze słodyczą.

Rosła gorzkość o mocno palonym charakterze. Pojawił się węgiel i pierwsze kawowe przebłyski, po czym węgiel splótł się z drewnem. Palone ziarna kawy wciąż próbowały coś ugrać.

W tym czasie karmel zmienił się w karmelowo słodkie, twarde ciastka imbirowe. Na moment wysunęły się niemal na prowadzenie, przewodziły też bardziej po prostu korzennym, ostrawym. Kompozycja dodatkowo zaczęła wykazywać jakby palono-pieczoną orzechowość i ogólną maślaność, czym stłumiła te zapędy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o zwęglonych orzechach, jednak że i słodycz nieco wzrosła... zaraz się to jakoś wygładziło. Orzechy przejęły ją i przerobiły na swoją własną, stąd łatwo o myśl o kremie 100% z fistaszków. Delikatnym i wręcz maślanym. Zagłuszył ciastka, a potem zaczął tracić na jednoznaczności. Do fistaszków dołączyły orzechy makadamia i brazylijskie - takie bardziej tłuste. Pojawiać się też zaczęły pojedyncze włoskie, przypominając o gorzkości.

Owoce robiły do nich cierpkie doskoki. Kiwi zaznaczyło się wyraźniej; przedstawił się zielony napój / sok z kaktusa. Zdecydowały się na silniejszą, "gęsto" esencjonalną swoistą słodycz. Trafiały się też, raczej sporadycznie, czerwone owoce. Wciąż myślałam o jakby wytrawniejszej dzikiej róży, odrobinie wiśni... Nienachalnych, acz obecnych. Podsycały soczystość, do słodyczy dodawały kwaśność.

Słodycz palonego karmelu zaczęła coraz mocniej spowijać orzechy, a jako że maślaności w tym splocie nie zabrakło, do głowy przyszedł mi duet maślanego karmelu z nugatem. Jemu jednak pomogła w niezgubieniu się w słodyczy wytrawniejsza, spokojna nuta drewna (lekko zwęglonego?).

Wtedy jednak gorzkość podskoczyła i na przodzie stanęły odważne, gorzkawe orzechy włoskie. Świeże, nieprażone, a ze skórkami. Też zdradzały leciutką słodycz, jednak... jakby zarządzały gorzkością skradzioną paleniu i kawie, które zanikły.

W posmaku zostały przede wszystkim orzechy włoskie (tak wyraziste i jednoznaczne, jakbym właśnie  je zjadła), na tle maślano-orzechowego kremu i węgla. Czułam słodycz kojarzącą się z "ciatskowym", palonym karmelem oraz owocową, wytrawnie egzotyczną cierpkość, związaną z dosłownie echem kwasku. Kojarzyły mi się z czerwonymi zestawionymi jakby z... kwiatami kaktusów? 

Całość była smaczna i intrygująca. Mocno palony, a jednocześnie maślany i łagodny karmel, odpowiadał za słodki i łagodny wydźwięk, jednak nie narzucał się innym. Sporo paloności nie zagłuszyło nut, a podkreśliło je umiejętnie. Wyraziste orzechy włoskie na tle orzechowego kremu czy wręcz nugatu zostały lekko podkreślone węglem i kawą. Owocowe przebłyski wniosły soczystość, ale i do wytrawności się dołożyły. Nie były zbyt jednoznaczne, ale kaktusowo-kiwi i dziko różano-wiśniowe akcenty pasowały doskonale. Zamiast w typowo owocowy sposób, wyszły soczyście-cierpkawo.
Widać, że kompozycja cały czas jakoś tam zmierzała do łagodności charakterystycznej dla criollo, ale jednak co i raz jakby sama się z tej drogi zawracała.

Egzotyczne owoce i mgiełka przypraw przypomniały mi Cuna de Piedra 85% Mexican Cacao from Soconusco, Chiapas jednak podlinkowana była o wiele bardziej owocowa. Mimo całej swej cierpkiej owocowości GR to znacznie więcej orzechów i jednak próby złagodzenia poprzez maślaność.


ocena: 9/10
cena: 37 zł (dostałam zniżkę, cena półkowa to 42 zł za 50 g)
kaloryczność: 609 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 2 maja 2023

Michel Cluizel Plantation Mocaya 75 % Mexique / Mexico ciemna z Meksyku

Gdy została mi już ostatnia tabliczka z zakupionych zmienionych i nowych Cluizela, ucieszyłam się. Także odnośnie jej nie miałam wielkich nadziei, mimo że Michel Cluizel Mexique Mokaya 66 % mi smakowała i po zjedzeniu jej uznałam, że na pewno do niej wrócę. Gdy dowiedziałam się o zmianie, jaką było podniesienie zawartości kakao, w pierwszej chwili bardzo się ucieszyłam, ale jak przejadłam pozostałe, entuzjazm opadł.

Michel Cluizel Plantation Mocaya Grand Cru Tapachula 75% Mexique / Mexico to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao pochodzącego z Meksyku, z okolic miasta Tapachula, z plantacji Mokaya.

Po otwarciu poczułam mnóstwo drzew i gorzką kawę, podkreślone mocnym paleniem, prażeniem. To z kolei podkręciły ostrawo-goryczkowate przyprawy. Dołączyły czerwone owoce o nieco egzotycznym wydźwięku. Czułam m.in. kwaskawego granata i chyba czerwone porzeczki. Do głowy przyszła mi też suszona, słodko-kwaśna i nieco scukrzona żurawina. Owoce te podkreśliła drobna pikanteria jakby... soczystego chili i/lub rześkiego pieprzu sancho (syczuańskiego)? Słodyczy było w tym sporo, acz miała zgaszony, jakby suchy charakter. Pomyślałam o suszonych, twardych daktylach. Wszystko to rozgrywało się na łagodnej, maślano-migdałowej bazie, przekładającej się na myśl o mocno wypieczonym (sfajczonym po brzegach?) wieńcu-babce i... mazurku migdałowym, oblanym palonym karmelem (wyobrażenie; nigdy żadnego mazurka nie jadłam).

W dotyku tabliczka była dość sucha. Przy łamaniu okazała się bardzo twarda. Wydawała trzaski-strzały, kojarzące się z wystrzałami z broni palnej, by w końcu pochwalić się nieco ziarnistym, kryształkowym przekrojem, sugerującym zbitość.
W ustach rozpływała się powoli i tłusto, jednak z jakąś sugestią suchości w tle. Cechowała ją zbita maślaność, wydawała się w pewnym stopniu chłodna. Szybko jednak zaczęła się giąć, zmiękła, wykazując jedynie gęstawość, a nie gęstość. Było w niej coś z w miarę kremowej polewy, która smutno rzednie, nie zostawiając po sobie za wiele.

W smaku najpierw pojawiła się chłodna słodycz kojarząca się z lukrecją i anyżem, acz o zredukowanej ostrości. Zaraz zmieniły się w jakiś rześki miód, np. akacjowy. Taki mocno... świeżo-roślinny. 

Zaraz nadciągnęła gorzkość i orzechy. Nie były zbyt zgrane, ale jakoś tam się wiązały... Pomyślałam o orzechach laskowych prażonych nieco zbyt mocno. Palona nuta jednak zostawiła je w spokoju i przywołała drzewa oraz kawę. Kawy było całkiem sporo i to właśnie ona najlepiej zaopiekowała się palonym tonem. Jako że słodycz rosła, mignął mi likier kawowy.

W tym czasie słodycz zrobiła się też cięższa. Poczułam suszone, takie twardo-suche daktyle. Nie były pierwszej klasy, przy nich zakręciły się też inne, już nawet minimalnie soczyste suszone owoce, a miód nieco stracił na znaczeniu. Stał się jakby miodem z przyprawami, które to przyciągają więcej uwagi. Dołączyły do drzew.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do suchych owoców dołączyła słodko-kwaskawa żurawina i inne cierpkie czerwone. Chyba m.in. czerwone porzeczki. Może liofilizowane? Część miała  egzotyczny charakter, który nakręcał... ananas? Jakiś lekki cytrus? Wyłapałam granata, acz jakbym rozgryzła tylko parę kulek, z których polał się słodki sok. Coś cukrowego znalazło się przy większości tych owoców. Grzało w język i... może grzało nie tylko słodyczą? Do głowy przyszło mi soczyste chili, jakby nieco słodkie i... rześki pieprz sansho (syczuański)? Jakiś ziołowy, lekko kwaskawy? 

Miód z przyprawami, w tym z lukrecją, anyżem... obkleił drzewa porządnie. Goryczka znalazła w tym splocie upust jako kardamon i inne korzenności. Pomyślałam o wręcz przypalonym wieńcu-babce maślano-migdałowym, właśnie z przyprawami. Teoretycznie w wariancie jasnym... Waniliowym? Także on zahaczył o lukier... ale karmelowy?

Co bardziej gorzkawo-palone nuty słodycz z czasem zmieniły właśnie w mocno palony karmel. Karmel i daktyle współpracowały, podkręcając się wzajemnie. Z przyprawami raz czy drugi nawet zasugerowały melasę i... likier? Karmelowy? Taki już nieco drapiący.

Z czasem baza zostawiła sobie niewiele gorzkości, a skupiła się na maślano-migdałowym wieńcu. Migdały i orzechy laskowe (już o wiele mniej jednoznaczne) zaczęły odgrywać coraz większą rolę, ale wydawały się trochę hamowane maślanością. Podążało za nimi gorzkawe echo kawy i ziemi. Myślę o czarnej, raczej suchej ziemi, która na końcówce starała się jakoś przyprószyć likierową słodycz - i tak już palono-ostrawą. Echo owoców raczej czerwonych też dołączyło do palety likierów.

W posmaku została ziemia i mocno palone nuty kawy, orzechów, migdałów. Czułam ostro-ciepłe, goryczkowate przyprawy korzenne (chili, pieprz, lukrecję), a także cierpką soczystość owoców czerwono-egzotycznych. Do tego ciężką, niemal cukrową słodycz. Myślałam o scukrzonych, suszonych daktylach i żurawinie, ale też karmelu. Ostała się też sucha cierpkość jakby przypalonego ciasta.

Całość była smaczna, ale nie jakoś szczególnie. Mocno palono-prażona, faktycznie gorzka od kawy, drzew, przypraw oraz kwaskawa za sprawą splotu owoców. Czerwone porzeczki i żurawina, ananas spotkały się z suszonymi daktylami, które to z kolei miały wiele wspólnego z karmelem. Wszystko zdawało się opierać na paleniu, prażeniu. Rześkość, co ciekawe, nie pochodziła od owoców a bardziej od wyjątkowo roślinnego miodu, przypraw (lukrecji). Migdały i orzechy z kolei łagodziły wszystko. Chwilami aż przypalone nuty mi przeszkadzały, ciastowe wybiegi jakoś nie pasowały, a bardziej cukrowo-scukrzone wątki denerwowały, jednak na szczęście nie było tego w kompozycji wiele.
O dziwo był to jeden z mniej tłustych Cluizelów, ale i jego konsystencja zbitego masła, potem lekka wodnistość nie przemówiły do mnie. Mimo wszystko, to pozytywne zaskoczenie... tylko, że jakoś i tak bez szału. I tak jednak marce już podziękuję.
Na pewno od czasów Mexique Mokaya 66 % zmienił się mój gust, ale wydaje mi się, że producent teraz kombinuje, kombinuje, a i tak jakoś nie bardzo wie, w którym tu kierunku pójść i takie jakieś mu te czekolady wychodzą... Ta pewnie miała być mocno gorzka, a wcale nie była jakoś szczególnie gorzka; bardziej palona.

Kawę, korzenność, w tym pieprz i lukrecję, likier, suszoną żurawinę (ale też inne suszone owoce np. śliwki, figi) czułam w Cluizelu Mexique Mokaya 66 %, która choć słodsza, wydawała się bardziej gorzka od samego kakao. Ogólnie wyszła piernikowo. Dzisiaj przedstawiana to sporo różnych, w tym świeższych nut i owoców, i roślin, orzechów. Była bardziej palona, a także jakoś mniej zgrana.


ocena: 8/10
cena: 40 zł (cena półkowa za 70g)
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 7 lutego 2023

(Słodki Przystanek) Beskid Chocolate Meksyk Soconusco El Vado 70 % ciemna z Meksyku

Czasem próbuję się hamować, by nie jeść tych najzacniejszych, typowo degustacyjnych czekolad dzień w dzień. Wtedy towarzyszy mi wrażenie, że przejadam je za szybko, lecąc na złamanie karku i skreślając z listy, zamiast należycie celebrować dni, w których je jem. Z kolei gdy kumuluje mi się za dużo dni zwyklejszych czekolad, aż mnie nosi, skręca i nie wiem co jeszcze - po prostu muszę zjeść jakąś naj-naj. Czasami trudno to wyważyć i... sama siebie trochę tym śmieszę. Podobnie sprawa wygląda z "wyjadaniem" danej marki. Z jednej strony, jak mam jakąś uwielbianą, trudno jest pozwolić jej tabliczkom w za dużej ilości leżeć i leżeć w komodzie, ale z drugiej... nie lubię uczucia, że tabliczki marki X już mi się kończą. Tak właśnie mam z Beskidem. Całe szczęście, że co jakiś czas systematycznie wychodzą nowości, więc ciągle jest co odkrywać, np. intrygujący Meksyk. I może warto przy okazji wspomnieć, że przez wieki w Mezoameryce kakao z obszaru jeziora El Vado były przeznaczone wyłącznie dla władców i arystokracji. Ależ burżuazyjny post!

Beskid Chocolate Meksyk Soconusco El Vado 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Z Meksyku, z regionu Soconusco, El Vado; konszowana 72h.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach słodkich mlecznych (ewentualnie mleczno-maślanych) bułeczek, którym wtórowały owoce. Na pewno czułam słodkie, aż miękkie truskawki i banany. Chwilami ich (zwłaszcza truskawek) wydźwięk wydawał się lekko liofilizowany. Te drugie stały na czele mieszanki niezbyt jednoznacznych żółtych wśród których wyłapałam mango i chyba brzoskwinie. I też coś jakby... sok z zielonych winogron? W tle snuły się jakby nieco ociężałe drzewa i cierpko-gorzkawa herbata. Kompozycja jawiła się jako słodko-delikatna i soczysta.

Tabliczka przy łamaniu okazała się spodziewanie twarda. Trzaskała głośno.
W ustach rozpływała się powoli i kremowo, niemal do końca zachowując zwarty kształt. Była średnio tłusta, trochę jak śmietankowy budyń lub serek. Bliżej końca pojawiała się soczystość - akurat, by czekolada zniknęła w nieco rzadki sposób.

W smaku najpierw pojawiło się słodko-kwaskawe mango. Rozbrzmiała soczystość, w którą wpisały się niejednoznaczne, ale raczej żółte, słodkawe cytrusy i owoce czerwone w tle. Cechowała je słodycz i leciutki, soczysty kwasek. Z cytrusów wyróżniłabym słodką pomarańczę, z wyraźnie zaznaczoną skórką, która z czasem nieco hamowała soczystość i wplatała do owoców gorzkość.

Na przodzie pojawiła się słodka, mleczna bułeczka, wyprzedzająca owoce. Być może bułeczka mleczno-maślana. Była łagodna, jasna, a więc lekko wypieczona i naprawdę mocno mleczna. A jednak sowicie wysmarowana słodkim, ciemnoczekoladowym, jednocześnie gorzkim w wytrawny, niemal alkoholowo-truflowy sposób, kremem. Kremem czekoladowo... orzechowo-migdałowym? W tle odnotowałam lekką gorzkość czarnej herbaty.

Słodycz płynęła spokojnie, ale nasilała się. Z jednej strony czułam słabszą owocową (też cały czas się rozwijającą), a z drugiej wyrazistszą... coś odeszło od słodkiej bułeczki i kremu, coś... karmelowego... ale że wciąż soczystego? Palonego...? Pomyślałam o migdałach w ciemnej, palonej czekoladzie.

Owoce w tym czasie poprzez splot słodyczy i leciuteńkiego kwasku odezwały się czerwonością. Truskawki mieszały się z sokiem wiśniowym. Kwasek na moment wypłynął, po czym złagodziła go baza. Wyobraziłam sobie truskawkowo-bananowy koktajl / shake mleczny. Duet truskawek i bananów ośmielił kolejne owoce, a sok wiśniowy zmienił się w ostrawe wino.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa znacząco umocniła się gorzkość. Podkradła nutkę orzechów, a krem czekoladowy przerobiła na gorącą czekoladę. Na mleku, ale z wyraźnie wyczuwalnym kakao. Przewijały się przy nim drzewa, migdały i rozmaite orzechy, a także coraz więcej ziemi. Ziemistość mieszała się z czarną herbatą, dbając o powagę i charakter kompozycji. To nieco rozgrzało, ziemia rozwinęła pikanterię znacznie delikatniejszej nutki wina. Nasiliła się myśl o migdałach w czekoladzie, co po chwili zmieniło się w gorącą czekoladę / kakao na mleku migdałowym. Może trochę korzennie przyprawionym?

Ziemistość i soczystość przerobiły wtedy karmel na daktyle, które mocno rozkręciły słodycz. Pomyślałam ogólnie o suszonych owocach i bananach liofilizowanych. Soczystość w dużej mierze się ukryła. Daktyle z czasem jakby otuliły się czekoladą. 

Mleczną bułeczkę musiano przepić gorącą czekoladą / kakao lub... herbatą. O nią walczyła ziemia i drzewa, wśród których kryły się też niejednoznaczne orzechy i możliwe, że migdały. Herbatą z mlekiem? Ziemia wciąż się przy niej kręciła. Chwilami mieszanka tego ocierała się o kawę.

Czerwone owoce trochę się zagubiły, choć wątek soku wiśniowego jako echo pobrzmiewał... Z tym, że... zmienił się bardziej w niemal kwiatowe, lekko ziemisto-ostrzejsze wino? Owoce zostały raczej żółte. Banan na pewno, może odrobinka mango i brzoskwiń... Banan... szukał truskawek, epizodycznie może i je skądś wyciągał...? Pomyślałam też o soku z zielonych winogron, który podszepnął nutę białego wina, pewne słodkie rozgrzanie. Zakręcił się tam też cytrusowo-słodki wątek chyba pomarańczy.

Bliżej końca, mimo że było już ryzykownie słodko, zrobiło się bardziej gorzko, że pomyślałam o czekoladowej kawie (z mlekiem migdałowym?), ale że nie było siekierowo, a względnie łagodnie... Musiano ją podać do mlecznej bułeczki z czekoladowo-orzechowo-migdałowym kremem i owocami. Tak, żółtymi, egzotycznymi. Soczystość na moment na nowo wychynęła.

Akurat, by zostać w posmaku. Czułam, oprócz mleczno-herbaciano-ziemistego, truflowo-kakaowego splotu, soczystość. Poważniejsze wątki połączyły tu daktyle z owocami soczystszymi, a więc żółtymi, truskawkami i pomarańczą. Wyraźnie zaznaczyła się jej skórka, mieszająca się z pikanterią... wina? Truskawkowo-ziemistego, soczystego, ale i niemal beczkowo-drewnianego, ciężkiego.

Całość bardzo mi smakowała. Mimo sporej ilości owoców, kompozycja wciąż była głęboko gorzko czekoladowa. Drzewa, ziemia, herbato-kawa i krem czekoladowy wyszły charakternie i pasowały do mlecznej bułeczki. Duet truskawek i bananów, charakterniejszy sok / wino wiśniowe i w końcu daktyle z mieszanką egzotyki wyszły bardzo zgranie. Przejścia od jednego wątku do drugiego niezwykle integralne. Wprawdzie chwilami była aż ryzykownie słodka (dla mnie pod koniec jedzenia za słodka), ale pasowało to do jej klimatu.

Maślaną bułeczkę, kawę ze śmietanką i migdały jako krem (nie zaś orzechy, drzewa i krem czekoladowy, ewentualnie czekoladowo-orzechowy), liofilizowane banany (w Beskidzie więcej świeższych albo jako shake), pomarańcze czułam też w Chapon Mexique Soconusco 75%. Wspomniana była jednak o wiele bardziej miodowa, w momencie gdy Beskid poszedł w czerwono-żółte owoce i karmelo-daktyle.
Truskawki, alkoholowo-owocowe nutki i mleczność, ale więcej orzechów (pekanów) czułam też w Deseo Wytrawna 70 % Meksyk, ale ona była irytująco cukrowo-lukrowo słodka i mniej gorzka, mniej głęboka.


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 19,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy nierafinowany

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Karuna Chocolate Hazelnut and Dark Cashew Nougat 62 % ciemna z Meksyku z nugatem z orzechów nerkowca i orzechami laskowymi

Tę tabliczkę wybrałam w zasadzie tylko dlatego, że miałam wskazać producentowi, które produkty chcę dostać. Kupić bym nie kupiła, ale za darmo? Dlaczego nie? Pomyślałam, że choć 62% kakao obecnie mnie nie satysfakcjonuje, to wypełnienie reszty nerkowcami i laskowcami mogło sprawić, że nie będzie mnie męczyć słodycz. I też w pierwszej chwili podziałała chęć spróbowania, jak "z czymś innym" radzi sobie marka. Tylko jeszcze... ostatni składnik, czyli sól, była mi solą w oku. Szkoda, że dostrzegłam to dopiero na parę dni przed degustacją, bo tak, to nie wiem, czy bym się porwała.
Pocieszałam się faktem, że i kakao nie byle jakie, a z łańcucha górskiego Sierra Madre del Chiapas (Kordyliery). Rosło tam od wieków, a zostało odkryte dla świata czekoladników dzięki Original Beans i ich współpracy z plemieniem Zoque (której owocem jest pyszna Zoque 88 % Mexico). Wewnątrz opakowania ponadto jest informacja, że nerkowce pochodzą z Brazylii, a laskowce z Piedmontu we Włoszech. I dopiero po otwarciu dowiedziałam się, że tabliczka nie jest gładka. Pomyśleć, że na to nie wpadłam! Była z orzechami, po prostu... acz tylko laskowcami jako dodatek do gryzienia. Nerkowce przerobili na gładką miazgę i zmieszali ją z czekoladą.

Karuna Chocolate Hazelnut and Dark Cashew Nougat 62 % to ciemna czekolada nugatowa / gianduja (nerkowcowa; tudzież orzechowy wegański zamiennik mlecznej) o zawartości 62% kakao Selva Tabasqueno z Meksyku, z regionu Chiapas z wtopionym w masę nugatem z orzechów nerkowca i orzechami laskowymi.

Po otwarciu uderzył zapach wiśni i orzechów laskowych. Gdy nachylałam się nad spodem, dominowały zupełnie. 
Ogółem wśród orzechów czuć też wątek bardziej nugatowy, łagodniejszy i maślany. Nerkowce pobrzmiewały wyraźnie, jednak nie miały imperatywnych zapędów. Orzechy laskowe z kolei śmiało przedstawiły się jako lekko podprażone i jakbym to z samymi, osobno orzechami miała do czynienia. Wiśnie zaserwowały mi siebie jako owoce, ale też sok z nich. Zasugerowały wino, jednak kompozycja nie miała alkoholowego wydźwięku. Zalał ją raczej sok z czarnych porzeczek, mieszający się z wiśniowym. Sporadycznie robił aluzje do nieśmiałej ziemistości. Ogół był słodki, co jeszcze podkręcił karmel.
Po przełamaniu nasiliła się woń orzechów laskowych.

Tabliczka w dotyku wydała mi się pyliście-suchawa. Przy łamaniu nie trzaskała zbyt głośno, ale jednak. Była krucha. Nugat nerkowcowy spodziewanie wtopiono w masę czekoladową, bo tabliczkę wypełniały tylko laskowce. Część orzechów łamała się wraz z nią, wydając kruche trzaski, inne zostawały w tafli.
Dodano ich dużo, ale na brak czekolady bez nich narzekać nie można - wszystko więc w punkt.
W ustach czekolada rozpływała się chętnie, ale powoli. Miękła w gibki sposób. Cechowała ją aksamitność i drobniusieńka soczystość. Im bliżej końca, tym bardziej gładko-maślana się robiła i tak też znikała.
Orzechy odsłaniała leniwie. Okazało się, iż to głównie połówki, zaplątało się parę całych, trochę ćwiartek i kawałków. Bardzo sporadycznie trafiały się takie z mikroskopijnym fragmentem skórki (jakby spalonymi na czarno).
Gryzione już po czekoladzie (pokrywała je, trzymała się ich porządnie i długo, więc nie było jak "gryźć obok czekolady") były krucho-chrupiące, wzorowe pod względem jakości i świeże (w znaczeniu: nie stare), podprażone tak, że były nieco suchawe, ale nie w negatywnym sensie.

W smaku pierwsza zaszarżowała soczysta, słodka wiśnia. Taka z pełni sezonu, idealnie dojrzała, mięciutka i jędrna. Gonił ją karmel.

Słodycz szybko okazała się wysoka. Palono-maślany karmel mieszał się z nugatem, dyktując mu charakter... niemal krówkowy. Pomyślałam o słodkościach w formie kostek: kostki różnych nugatów, polskie krówki, ale te krucho-suchego typu... Wszystko to miało charakter nerkowców. Krówki.... jakieś wymyślne, wegańskie, bo orzechowe? Właśnie nerkowcowe. Maślaność orzechów działała aktywnie.

Czekolada wyraźnie pobrzmiewała także orzechami laskowymi. Nawet fragmenty bez ich kawałków bardzo mocno nimi smakowały, aczkolwiek w tych nie wyprzedzały nugatowości. Trochę się z nią przepychały, bo był to akcent orzechów świeższych, osobno, a nie "cukierniczych". Ogólna orzechowość wprowadziła pewną smakową neutralność, prawie gorzkawość, ale nie gorzkość... Zapowiedź tej jakby gdzieś się kryło, ale nie nadeszła. W kęsach z orzechami, smak laskowców był oczywiście intensywniejszy i wyraźnie rozchodził się od nich. Nie przygłuszał jednak bazy, gdyż zajął miejsce jakby obok niej.

Słodycz w połowie rozpływania kęsa wydała mi się za to przesadzona. Intensywny karmel i zbieranina krówek, nugatów trochę męczyły, mimo palonego charakteru. Wydawało się, że z ostrzejszym wątkiem aż drapią w język i gardło.

Soczystość wiśni jednak dzielnie ze słodyczą walczyła. Też były słodkie, to w zasadzie słodki sok z wiśni i czarnych porzeczek, bliżej końca wprowadzający lekką cierpkość.

Wykorzystał to motyw cierpkawo-gorzkawych przypraw korzennych. Niejednoznaczne, ale jednak dodające kompozycji mocniejszego charakteru. Podkreśliły palony aspekt karmelu, patrzącego w kierunku melasy. 

Gdy orzechy laskowe zaczęły wyraźnie wyłaniać się spod czekolady, na przód wychodził ich smak. Otuliły się korzenną słodyczą, w zasadzie głównie cynamonem. Pomyślałam o orzechach korzenno-zimowych, ze słodko-palonym tłem, gdzie karmel zmienił się w melasę. Wydaje mi się, że raz czy dwa odnotowałam jakby złudne poczucie słonawości wynikające z prażenia (jakby, bo sól autentycznie dodano - efekt był jednak taki, że dałabym się nabrać, iż naprawdę jej tam nie było).
Czasem zawinęła się tam cierpka soczystość jakiś egzotycznych owoców - jakby "korzenne wiśnie" (może lekko grzańcowate) zetknęły się z ananasem?

Gdy czekolada zniknęła, drapanie karmelu w gardle było irytujące, ale zaczęłam wtedy gryźć orzechy laskowe i przynajmniej w ustach nie było już za słodko.
Orzechy laskowe oznaczały bomby laskowości. Ten smak wychodził na przód, szczycąc się delikatnym, ale wyraźnym podprażeniem i naturalną słodyczą. Epizodycznie (rzadko) nawet pozytywną gorzkością skórek. Były cudowne, a opiewało je jeszcze echo nerkowców i karmelo-melasy, płynących z samej czekolady.

Z kolei gdy np. po kilku kęsach czekolady z laskowcami, zrobiłam kęsa czystej części, wydawała się... niemal mleczna "nerkowcowo" i rozgrzewająco-zasładzająca.

Po zjedzeniu czułam posmak orzechów laskowych i nerkowca, a także paloną aż do goryczki, acz jednocześnie wysoką słodycz melasy i karmelu. Przełożyło się to na myśl o ciastkach korzennych z... wiśniami lub wiśniowo-porzeczkowym dżemem.
Doszło to tego lekkie ściągnięcie jak po winie i ananasie i może jakby trochę od skórek-suchości orzechów (nie chodzi mi o smak skórek).

Czekolada zaskoczyła mnie kilkakrotnie. Formą to raz, ale i efektem. Myślałam, że mimo wszystko nie będzie aż tak słodka, a jednak... była. Karmel i melasa na szczęście, choć w gardle i tak drapały, okazały się wyraźnie palone. Nerkowce czuć zaskakująco dobrze, a laskowce wydawały się wszechobecne.
Nuta wiśni i czarnych porzeczek zacnie, nienachalnie się wkomponowała, a korzenność cudownie wszystko wykończyła.
Soli na szczęście prawie nie czułam, orzechy laskowe popisały się jakością. Mimo że wolę surowe od prażonych, te tutaj tak zrobiono i wkomponowano, że złego słowa nie mogę o nich napisać.
Mimo więc, że to nieszczególnie mój typ czekolady, mimo że było mi za słodko, to ogólnie wykonanie bardzo przyjemne.

Mnóstwo orzechów i przyprawy czułam w OB Zoque 88% Mexico, a z kolei orzechy, wiśnie, cierpkie owoce, przyprawy podobne były w Cuna de Piedra 85%. Jedząc, było mi smutno, że z Meksyku Karuna robi tylko tę tabliczkę. Bardzo, bardzo chciałabym ją przetestować jako czystą przynajmniej 70%.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od karunachocolate.it
cena: 6,70 € (cena sklepowa za 60g; ja dostałam)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy, orzechy nerkowca (13,5%), orzechy laskowe (13%), tłuszcz kakaowy, sól (0,9%)