poniedziałek, 28 lutego 2022

Moser Roth 80 % Cacao Uganda ciemna z Ugandy

Po straszliwie słodkiej, acz nie takiej złej ogółem Moser Roth 64 % uznałam, że na okolice 70 % pod groźbą cukrzycy na pewno nie porwę się w następnej kolejności. Nie chciałam się do nich zbytnio zniechęcić, bo i tak ostatnimi czasy markę znielubiłam. Zdecydowałam się na Ugandę, zachodząc w głowę, dlaczego właściwie tak często, jak już tańsze czekolady są 80% kakao, to właśnie z Ugandy (przykłady: CachetCocoloco GiantTesco finest - no, prawie, bo 78%). Dziwne. A dopiero w dniu degustacji przypomniałam sobie, jak oszukańcza to seria. Nieopatrznie zerknęłam na opakowanie... a tam... no tak, częsta praktyka gorszych marek - sama miazga to jedynie część podanej zawartości kakao.

Moser Roth Privat Chocolatiers 80 % Cacao Uganda Czekolada Gorzka to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Ugandy.

Rozrywaniu sreberka towarzyszyła intensywna słodycz miodu albo raczej miodowego sosu / syropu. Z czasem odnotowałam też słodką, acz bardziej wygładzoną nutę serka waniliowego. Ogółem słodycz zakrawała o cukrowość, acz jej intensywność podkreślała też kakaowe nuty orzechów. Sporo wśród nich prażonych / grillowanych migdałów, ale i ziemnych. Podprażonych i przerobionych na masło orzechowe. Masło orzechowe, któremu towarzyszył lekki kwasek jakiejś... dżemo-galaretki o konfiturowym wydźwięku? Prażono-palona nuta była dość istotna. Kwasek w tle zbudował też skojarzenie z sosnami, a po przemieszaniu się z orzechami, zwłaszcza w trakcie degustacji, podsunął mi wizję świeżo ciętego drewna.

Tabliczka przy łamaniu okazała się twardo-chrupka i wydawała ładne trzasko-chrupnięcia. Sprawiała wrażenie się pełnej, ale nie ciężkiej.
W ustach rozpływała się długo, ale z łatwością. Rzeczywiście była pełna i gładko-kremowa, ale nie ciężka, a zaskakująco soczysta. Zachowywała kształt, pewną twardawość, jednak trochę się gięła i nieco przytykała kremowo-soczystymi, trochę jakby gęstawo-zawiesinowymi falami. Przypominała czekoladę śmietankową, ale w lżejszej wersji.

W smaku pierwsze przywitało się masło... masło prosto z mało słodkich, jasnych ciastek waniliowych. Coraz słodszych, coraz konkretniej wypieczonych... Wyobraziłam sobie krem-smarowidło ciasteczkowe, które było już znacznie słodsze, ale nadal w sposób łagodny.

W ciągu kolejnych sekund uderzyło masło orzechowe. Również łagodne i kremowe, słodkawe, ale wyraźnie z podprażonych fistaszków.

Ogólna słodycz rosła i też czerpała z tego podprażenia. Wydała mi się za jego sprawą nieco syropowo-cukrowa. Nieco przesadziła, idąc właśnie w cukrowym kierunku. Pomyślałam o pudrowej waniliowości... jakby jakiegoś serka czy kremu? Wciąż z nutą syropową, może nawet złudnie alkoholową. Homogenizowany, śmietankowy serek dla dorosłych, trochę wręcz duszny - to by było coś takiego.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa masło orzechowe zaczęło mieszać się z prażono-grillowanymi, charakternymi migdałami. Te zaprosiły do kompozycji świeżo cięte drewno, drzewa, las. Wycinka w lesie? Lesie iglastym?

Tu znów słodycz bardziej zwróciła na siebie uwagę. Niczym miód ze spadzi iglastej zalśniła, przybierając postać złocistego soso-syropu. Pojawiła się jednak soczystość, mignęły mi niemal podfermentowane, kwaskawe, ale zasładzająco miodowo słodkie owoce suszone, pewna cierpkawość... Po zmieszaniu się drzew i orzechów cierpkawość wyszła wyraźniej. Odnotowałam "poważniejsze cytrusy", w tym słodko-goryczkowatego grejpfruta.

Goryczka i cierpkość niby się rozkręciły, ale tonęły w słodyczy. Pomyślałam o chrupkich, niemal czarnych winogronach oraz o wielkich, dojrzałych czarnych porzeczkach. Były leciutko kwaskawe, soczyste bez dwóch zdań. Ciemne owoce tchnęły nieco życia w czekoladę, jednak nie mówię tu o kwaśności. Była, ale jakby ugłaskana kremowością i zalana słodyczą. Mignęła mi myśl o konfiturze z czarnych porzeczek i / lub z winogron. Takiej z paloną nutką, aż lepką od słodyczy "dodanej".

Ta właśnie kwaskawość, soczystość przekładająca się na rześkość zawróciły do drzew, przenosząc mnie w wyobraźni wśród kwaskawe i wonne sosny. Sosny, przy których raczyłam się miodem ze spadzi iglastej lub nawet miodem pitnym z niego, którym końcowo się zasłodziłam.

Po zjedzeniu został posmak lekko cierpkawo-kwaskawy. Właśnie sosen, ale i owoców niespecjalnie łatwych do uchwycenia ("czarnych i cytrusowawo-poważniejszych" cierpkawych; chyba bym wyróżniła jednak te czarne porzeczki). To ogrom drzew i drewna, ale też migdałów, fistaszków... z pewnym słodkim wygładzeniem. Tu ważny wciąż był miód wraz z drapaniem w gardle.

Całość wyszła intensywnie i smacznie, ale jak na 70 %. Miodowo-syropowe nuty zmieszane z drzewami, masłem orzechowym i migdałami, a także niemała soczystość ciemnych z domieszką cytrusowych owoców wyszły bardzo zacnie, ale niestety za słodko. 
Konfiturowe wiśnie (jako ciemne owoce?) i orzechy pojawiły się też w Cachecie, który jednak był znacznie mniej słodki, a gorzko dymny, natomiast Vanini Tesco to już właśnie bardziej po prostu owoce ciemne. We wspomnianej jednak czuć było bardziej kakao w proszku i tłuszcz, w momencie gdy MR poszła w słodycz. Cocoloco z kolei też była cytrusowa; Cocoloco zapchali tłuszczem.
Smakowo to 8, ale jak na 70 % (i to przesłodzone). 


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 5,99 zł
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa 71,5%, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny ekstrakt waniliowy

niedziela, 27 lutego 2022

Pszczelarz Kozacki Miód gryczany

Pewnego razu Mama zła i smutna poprosiła mnie, żebym spróbowała miodu, który sobie kupiła. Najpierw nie wiedziałam, o co chodzi, ale oczywiście się zgodziłam. Chciała poznać moją opinię. Wnioski miałyśmy podobne (co do smaku i konsystencji), potem więc wysłuchałam tyrady na temat "kolejnej zepsutej rzeczy". Mnie jednak tknęło, że etykietka była  jakaś nieznana i sprawdziłam - ja tego miodu nie próbowałam. Dowodząc to Mamie, ona już też zwątpiła, czy przypadkiem go nie pomyliła z innym ("bo podobne czerwone etykietki?"). W każdym razie, jak już się nacięła, warto byłoby to odnotować, byśmy w przyszłości znowu z takim słojem nie skończyły. A i może ktoś z Was na tym skorzysta.

Pszczelarz Kozacki Miód gryczany to miód gryczany pszczeli nektarowy wyprodukowany przez Pszczelarz Kozacki Pasieka Tadeusz Kozak / Kozacki Honey.

Po odkręceniu słoja czuć drapiącą w nosie słodycz z lekko kwiatowo-cierpkawą nutką. Powiedziałabym, że to nieco charakterniejszy miód wielokwiatowy, nie gryczany, bo jego głębi i goryczki nie odnotowałam. Smutne.

Miód cechowała podejrzana rzadkość. Lał się z łyżeczki, spływał po słoju prędko i nie tworzył "stożka na powierzchni", a w ustach wykazywał wodnistość. Nawet nie był bardzo klejąco-lepiący. W słoiku przy nakrętce były scukrzone grudki. Naturalne miody krystalizują się, ale na taką... kremowawo-kryształkową masę, tu natomiast te grudki wyglądały podejrzliwie (jakby ktoś rozrzedził wodą i docukrzył miód?). Po krókim okresie czasu zaczął się jednak wprawdzie w miarę normalnie scukrzać od dołu słoja.
Naturalny, prawdziwy na łyżeczce potrafi tworzyć wypukłość, "wystawać", a tu... lichy menisk wklęsły, dopasowywał się do łyżeczki.
Mama od siebie dodała, że jak lała go na kanapkę z serem żółtym / talerzyk, to zamiast "trzymać kształt", to rozlewał się prawie jak woda (czyli jak oszukańcze miody). Aż mnie z oburzeniem zawołała. Potwierdzam, na talerzyku zachowywał się jak woda.

W smaku jako pierwsza uderzała czysta słodycz, potem smakowo zaburzana wodą. Przynajmniej takie miałam wrażenie. Ukoronował to typowo miodowy, nieco drapiący motyw. W tle poczułam kwiaty, lekką cierpkość, jednak daleko za słodyczą i wodnistym elementem.

Po zjedzeniu choćby odrobiny pozostawał lichy posmak czysto słodki oraz drapanie w gardle bez charakteru.

Całość okazała się kiepska. Słodkie to jak miód wielokwiatowy, z leciuteńko zaznaczonym smakiem "innym", niespecjalnie gryczanym, co było bardzo rozczarowujące. Wodnistość i w smaku, i w konsystencji była w dodatku bardzo podejrzana. Wprawdzie to, że nie było to drogie, trochę wyjaśnia, ale w żadnym wypadku nie usprawiedliwia. Podejrzane to-to.


ocena: 3/10 (nuty smakowe, jakość w odniesieniu do ceny)
kupiłam: Kaufland (Mama kupiła)
cena: 19,99 zł (za 1300g; promocja; Mama płaciła)
kaloryczność: 329 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

sobota, 26 lutego 2022

U Dziwisza Czekolada Artystyczna Darkmilk 70 % ciemna mleczna z Peru, bez cukru

Niewiele jest chyba marek, które aż tak zalazły mi za skórę podłością swoich wyrobów jak U Dziwisza. Stylizowane na wysoko jakościowe tabliczki... okazały się definicją braku kwalifikacji do wyrobu czekolady. Uważam, że jeśli nie umie się czegoś robić, lepiej się za to nie brać. A przynajmniej nie wypuszczać na rynek, dopóki się sprawy nie ogarnie. Nie umiesz zrobić czegoś ze słodzikiem? To nie rób. Nie umiesz zrobić czekolady? Nie rób jej sam. Po prostu. A gdy do tego dochodzi jakieś niezrozumienie rynku nawet w kwestii zapakowania wyrobu - ręce opadają. Składy i wartości umieszczać w środku? Przecież dla wielu są ważnym elementem przy podejmowaniu decyzji, czy w ogóle kupić. W dodatku, bardzo ciekawie podliczyli procenty poszczególnych składników na opakowaniu... Przynajmniej na stronie już to poprawili. I tak też, gdy doszłam do wniosku, że marka ta nie umie zrobić ani ciemnej czekolady (klasyczna 72 %), ani tym bardziej ze słodzikiem (Stewia czy Erytrytol), byłam pewna, że ich ciemna mleczna okaże się porażką. Pytanie tylko, jak ta porażka się objawi? Tak sobie pomyślałam, że podobnie do wyższej półki aspirował sobie taką Lindt - ogólnie markę raczej lubię, mimo że sporo ma też tabliczek niesatysfakcjonujących - ot, trzeba wiedzieć, co brać, ale generalnie dla każdego coś się znajdzie. Jednak ciemna mleczna Excellence 65 % to jakiś potwór, nie czekolada. Pomyślałam, że dzisiaj prezentowana mogła okazać się jeszcze gorsza, bo nie liczyłam, że dorówna pysznym Zotterom: 80 % i 70% Milk "dark style"(dawnej czy nawet nowej).

U Dziwisza Czekolada Artystyczna Dark-Milk to ciemna mleczna czekolada o zawartości 70 % kakao Chuncho z Peru; bez cukru.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach mleka... takiego naturalnego, ze wsi, prosto z obory od krowy. Ewentualnie od kozy... Na pewno było czuć "zwierzakowość" oraz masło o niemal serowych, wytrawniejszych zapędach. W złudnie koziej nucie przewijała się cierpkawość, łącząca mleko z kakaowo-cierpkawymi nutami. Wśród tych na pewno czułam orzechy laskowe i kwaskawe czerwone owoce. Te podsyciła cytryna. Z czasem byłam w stanie wyróżnić dojrzałe, cierpko-słodkie wiśnie, granaty, czereśnie... owoce chwilami zwłaszcza w trakcie jedzenia wydawały się nieco perfumowe. 

Jedynie ciemnawa na oko tabliczka w dotyku była lepkawa i nawet klejąca. Sprawiała wrażenie ulepkowatej, co potwierdziło się przy łamaniu. Okazała się miękka i krucha zarazem. Dosłownie się kruszyła, odsłaniając bardzo proszkowy przekrój. Nie wydawała trzasku. 
W ustach rozpływała się w średnim, choć raczej średnio-wolnym tempie. Na pewno błyskawicznie miękła jak masło w bardzo ciepłym miejscu. Miękła na tłustą i lepiszczą, kleistą masę. Zalepiała usta zupełnie i przytykała. Tłuszcz po chwili ewidentnie czułam na wargachch. Chwilami grudko-masa dziwacznie aż przylepiała się do podniebienia, by skleić je z językiem. Oklejała zęby i męczyła. Całościowo okazała się też bardzo maślana, trochę jak zapychająco-tłusty, zaklejający ser i odpychająca w tym.

W smaku uderzyła wyraźną kwaśnością i mlekiem. Jednoznacznie skojarzyła się ze zsiadłym mlekiem. Kwasek nieco uspokoił się, trwał jako spokojny i nie za mocny, taki jak... w przypadku jogurtu greckiego? Mleczność natomiast pomknęła bez ograniczeń. Była pełna i naturalna, podobnie jak zapach dosłownie wiejska. Było w niej coś... ze zwierzakowości, obory. Odnotowałam nieprzyjemny posmak (wsi?).

Pomyślałam o sianie, wiadrze z metalu, w którym to jest mleko tłuste, prosto z dojenia. Za tym trafiłam na lekką cierpkość. Może już nie tyle metaliczną, co złudnie kozią? Cierpkawość rosła i przypomniała o gorzkości. Ta jednak jak tylko błysnęła, tak się wyważyła i złagodniała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam gorzkawość. Lekką, onieśmieloną, ale wyczuwalną. Pomyślałam za jej sprawą o dymie, węglu. Węgiel rozepchał się, robiąc nieco miejsca... orzechom? Orzechom aż oleistym, odymionym.

Karykaturalnie podkreślił ją kwasek. Najpierw płynący ze zsiadłego mleka (może też kefiru czy śmietany), mleczny, a dopiero z czasem coraz bardziej cytrusowy. Wprowadził rześkość i soczystość, która kontrastowo nie pasowała do tłustego smakowo otoczenia. Odnotowałam czerwone owoce... po cytrynie przyszła myśl o gorzkawych skórkach cytrusów... Grejpfrucie? Potem myśli przemknęły na jakąś przejrzałą, goryczkowatą, cierpko-słodką wiśnię? Dziwną, mało czereśniową czereśnię? Owoce wplotły słodycz, ale stało się coś dziwnego. Kwasek osłabł, ukrył się w owocach, a potem zniknęły i one. Słodkawość jednak została. 

Oleista nuta umocniła się i zaraz zupełnie ukryła resztki gorzkawego dymu. Wróciło za to mocniejsze tłuste mleko aż nijakie od tłuszczowości. Przed oczami wyobraźni stanęło mi masło. Mleko zsiadłe było jedynie w tle, pozycję nadrzędną zajęło masło słone, a w końcu sama słoność. Wyobraziłam sobie słony, maślany ser. Może leciutko odymiono-podwędzony? Bliżej nieokreślony, ale... z nutą owoców? Z dodanymi cytrusami i owocami czerwonymi? Było w tym coś perfumowego, słodkiego, acz słoność nagle wydała mi się przesadzona (choć realnie soli w składzie brak). Był to aż soczysty w swej słoności twór. Istna solna siekiera.

Słone masło podkreśliło zsiadłe mleko, samą naturalna mleczność. Końcówka natomiast, pod tą słonością, zrobiła się mlecznie słodka.

W posmaku zostało zsiadłe mleko naturalne, tłuste i aż słodkawe mleko po prostu oraz kwaśność. Tę określiłabym raczej jako głównie cytrusową z nutą dymu i cierpkości kakao. Odymiona cytryna wiązała się z mleczno-wiejską cierpkością. Czułam też dziwaczny, złudnie słony posmak.

Czekolada wyszła... niezwykle intrygująco. Obrzydziła mnie jej tłustość, odrzuciła słoność i masło, ale pierwsze chwile, w których czuć zsiadłe mleko były ciekawe i smaczne. Niska słodycz na plus, ale nuty "brudnej wsi, zwierzakowe" i masła przeszkadzały. Do pewnych aspektów można się przyzwyczaić (do serowości?) lub przymknąć oko, bo pojawiały się epizodycznie - mówię o nutach, jednak inne... Tłustość, kleistość i ta słoność, która pojęcia nie mam skąd się wzięła - odpychały mnie. W zasadzie jeszcze tłustość przy serowych zapędach mogłabym znieść, ale w połączeniu z "soczystą słonością" wyszło to kompletnie nie dla mnie. Zjadłam 4 kostki, bo twór to iście niespotykany, ale resztę wepchnęłam ojcu. Mama z ciekawości porwała się na kostkę i była w szoku. "O ku***, o cholera, jaka... gorzka! Kwaśna! Ja nic o tym ci więcej nie powiem, jak tylko że to okropne. Słone jakie! Taak, słone. Masło mówisz? Konsystencja to tak, taka tłusta jak masło, a do tego klejąca." Tata z kolei: "może być, ale mi tam cukru brakuje. Mówicie że słona? Wcale! Ani trochę słona nie jest. A rozpuszcza się jak masło i taka... lepiąca jest."
Nie mogę powiedzieć, by była jednoznacznie tragiczna, ale nieporównywalna do wciągających Zotterów mlecznych bez tłuszczu.


ocena: 5/10
kupiłam: Sklep U Dziwisza (dostałam)
cena: 15 zł (za ok. 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: 515 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: kakao, mleko w proszku 30%

piątek, 25 lutego 2022

Wegańskie Serce Czekolada Gorzka 70 % z Żurawiną ciemna z Afryki, Ameryki Północnej i Południowej

Jakiś czas temu uznałam, że nie lubię żurawiny. Znaczy... nigdy nie trafiłam na taką, która by smakowała tak, że chciałabym ją jeść samodzielnie (bo np. rodzynki, daktyle czasem tak jadam), w czymś natomiast mogę ją tolerować. Problem mi sprawia, że zazwyczaj występuje dosładzana / kandyzowana. Takich rzeczy w odniesieniu do suszonych owoców nie toleruję. Nie rozumiem, dlaczego biednej żurawinie to robią. I nie rozumiem w zasadzie, dlaczego coraz częściej robią czekolady z nią. Nie powiedziałabym nawet tak obiektywnie, że pasuje do nich bardziej niż jakiekolwiek inne owoce. Może nie zwróciłabym na to uwagi, gdyby nie fakt, że uzbierały mi się dwie z nią - i o dwie za dużo. Obie dostałam od producentów. 

Wegańskie Serce Czekolada Gorzka 70 % z Żurawiną to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Afryki, Ameryki Północnej i Południowej z kawałkami żurawiny.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach palonych, aż nieco przypalonych ziaren kawy oraz soczystej żurawiny. Chyliła się raczej ku słodyczy, choć i kwasku jej nie brak. Całość była zwyczajnie, ale nie za wysoko słodka. Palone nuty z czasem odsłoniły aż nibsowo-ziemiste tony, co podsycała żurawina, ale... zaburzała je nuta, która mi kojarzyła się z przypaloną czekoladą / czekoladową polewą, rozpuszczaną w garnku, rondlu czy czymś. Cierpka spalenizna nie była tu zbyt przyjemna, ale był to ten poziom, co to w smaku mógł pójść albo w "pozytywną spaleniznę", albo nie.

W dotyku tabliczka przedstawiła się jako lekko tłustawa. Przy łamaniu nie trzaskała, ale popisała się wysoką kruchością, sypiąc okruchami wszędzie, gdzie się dało. Jej bardzo proszkowy przekrój to wyjaśniał. Na oko, właśnie w przekroju i jako wypukłości na spodzie, żurawin nie było zbyt wiele. Jak się okazało, wystąpiła jako kawałki mikroskopijne i kilka średniej wielkości, w których ważną rolę odegrały skórki.
Czekolada bazowo rozpływała się w umiarkowanym tempie, gładko, dopiero z czasem wykazując coraz silniejszą pylistość. W końcu wydawała się aż trzeszcząca (mimo że oczywiście jej nie gryzłam). Powoli wyłaniała się spod niej żurawina pod postacią malutkich kawałków. Początkowo była twarda, jednak miękła. Gdy już czekolada zniknęła, odznaczała się jędrnością i lepkością suszono-kandyzowanych, całkiem ok owoców. Zęby obklejała tylko trochę, skórki nie dręczyły (mimo że były). Dało się ją po ludzku pogryźć, zjeść.
W trakcie jedzenia żurawina okazała się dodatkiem marginalnym, niewiele wnoszącym. Dało się jeść i zapominać, że czekolada ją zawiera, po czym nagle trafić na nijaki dodatek do pogryzienia, gdy czekolada już zniknie. Nijakie zaburzenie struktury w poskąpionej ilości.

W smaku pierwsza uderzyła wysoka słodycz z mocno palonym podszyciem. Słodycz cukru (białego, może zahaczającego o duszną pudrowość cukru pudru) była więc zespojona z gorzkością. Ta należała do lekkiej spalenizny, stąd pomyślałam o przypalonym cukrze (ale nie karmelu) i przypalonych ziarnach kawy.

Gorzkość po chwili wzrosła. Poczułam cierpkość i wyraźny smak kakao w proszku. Miało ogromny udział, dodatkowo gorzkość zasadniczą spłycając. Choć czułam kawowo-palony smak otoczony lekką ziemistością, to jednak proste kakao stało na przodzie. Czasami chyliło się ku nibsom, a więc palonym ziarnom kakao. Przypalonym, powiedziałabym. 

Przy nucie nibsów pojawiła się lekka soczystość. Wyobraziłam sobie orzechowo-owocowego surowego batona (raw bara) z nibsami właśnie. Było w nim coś... jakby naturalnie scukrzone, jak owoce w cukrze / z cukrem? 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odsłaniać się zaczęły owoce, a wraz z nimi rosła słodycz. Czysto cukrowa i o "słodziuteńkim" charakterze. Bardziej niż żurawinę, czułam "kandyzowane owoce - możliwe, że czerwone". Cukrowość, kandyzowanie przełamały gorzkość kakaowo-czekoladową smakiem leciutko owocowym. Ten nie rozbrzmiał w pełni, stopowany przez wodnistość / oleistość. Dopiero po chwili lekkiego podsysania owoców obok czekolady poczułam nutę żurawiny słodkiej, a jedynie z leciutkim kwaskiem (mimo że jej nie rozgryzałam). Słodycz i tak robiła się ciężka, a także drapiąca w gardle. Skojarzyła mi się z sosowatym syropem. Może leciutko "waniliowatym", może trochę owocowym. Albo jedno i drugie.

Pod koniec i w samej czekoladowej bazie kwasek zaczął przybierać na znaczeniu. Płynął także z kakao w proszku i jego cierpkości, odchodził od orzecho-nibsów i rósł jako on sam, mieszając się z żurawiną. Wróciły myśli o dość taniej czekoladowo-kawowej polewie, która przypala się w metalowym rondlu. Albo... nieumiejętnie rozpuszczanej w nim czekoladzie? Im czekolady mniej, tym wyraźniej czułam tłuszczowe echo (i z czekolady, i od żurawiny?). Trochę jak jakiś miazgowo-sprasowany baton z owoców, zalany przeciętną polewą czekoladową i dosłodzony (cukrem pudrem?). Pod koniec czekolada zrobiła się bardziej tania, jeszcze uwypukliła kakao w proszku. 

Pod koniec to jakby ono osypało się z żurawiny, zostawiając ją. Gryziona już po czekoladzie smakowała mało wyraziście - ot, kandyzowaną, słodko-kwaskawą żurawiną. Łagodziła gorsze nuty czekolady, ale sama nie była taka, jaką chciałoby się jeść.

Po zjedzeniu został posmak żurawiny z dziwnymi posmakami (kandyzowania? oleju?) i taniej, kiepskiej przypalonej czekolady. Może z nutką kawy i kakao w proszku. Całościowo posmak ten nie był bardzo zły... ale na pewno też nie przyjemny. Dobrze, że nie utrzymywał się długo.

Tabliczka jawi mi się jako mocno średnia. Baza nie zachwyca, ale bardzo zła też nie była. Wyraźnie gorzka, przesłodzona i nieambitna. Jak ktoś chce po prostu gorzko smakującą czekoladę z owocami zjeść, może i będzie w miarę zadowolony, jednak nie ma tu co mówić o jakiejkolwiek szlachetnie czekoladowej gorzkości. Ta, którą czułam pochodziła głównie od palenia - mam wrażenie, że i cukru. Żurawiny dodano raczej mało, co przy takiej bazie jest minusem. Sama nie jestem jej wielbicielką, ale ta tutaj w ogóle nie wyszła jakoś dobrze (średnie kandyzowane owoce i tyle). To znaczy: jeśli marka ma w ofercie także czystą 70%, wersja z żurawiną powinna być szczodrze owocem wypełniona, prawda? A nie "może trafię, może nie trafię". Tabliczka jest trochę poniżej przeciętnej - mnie taka półka nie satysfakcjonuje, nie widzę sensu jedzenia czegoś takiego, więc po kilku kostkach oddałam ojcu (w moich kawałki żurawin były w 5 z 6 kostek). Denerwowała mnie żurawina, której prawie nie czuć, a ogół był nudny.
W odniesieniu do wersji czystej może i wydawała się mniej słodka, ale przybrała nieprzyjemny tłuszczowo-polewowy motyw - pewnie od żurawiny i oleju z niej (jestem bardzo czuła na takie dodatki).


ocena: 4/10
kupiłam: Wegańskie Serce (dostałam)
cena: dostałam
kaloryczność: 514 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, żurawina 8% (żurawina, cukier, olej słonecznikowy), lecytyny sojowe, aromat naturalny

czwartek, 24 lutego 2022

Terravita Czekolada Mleczna Ciasteczko z Nutą Śliwki mleczna o smaku śliwki i piernika z kakaowymi ciastkami

Wraz z kolejnymi nowościami Terravita coraz bardziej traciła w moich oczach, aż ich znielubiłam. Owszem, mają kilka niezłych czekolad, kilka takich, które są dokładnie tym, czym mają być, ale coraz więcej w ich ofercie zaczęło pojawiać się "odwalanej kaszany". A to coś nie tak z dodatkami, a to coś tam. W końcu zupełnie przestały mnie interesować, więc żałowałam, że nowa linia ma takie piękne opakowania, a takie nie dla mnie warianty (z aromatami, a nie realnymi dodatkami albo z dodatkami odpychającymi mnie). Jedna jednak... właśnie dzisiaj opisywana wydała mi się w miarę bezpieczna, bo mleczną z ciastkami znałam i uznałam za dobrą mimo cukrowości. Śliwka natomiast... nie obstawiałam, by akurat śliwkowy aromat miał być wyjątkowo straszny. Śliwka (wyobraziłam sobie nutę bombonierkowo-alkoholową) i kakaowe ciastka? Mogło zagrać. Tylko że... dosłownie parę dni przed degustacją dowiedziałam się o jeszcze jednej nucie, a mianowicie o pierniku. Sztuczne przyprawy korzenne przerażają już bardziej i... takie zestawienie wydało mi się już nieco ryzykownie przeładowane. Kupując nie miałam pojęcia, że to "świąteczna, mleczna czekoladka" - dowiedziałam się tego dopiero ze strony internetowej dzień przed degustacją.

Terravita Czekolada Mleczna Ciasteczko z Nutą Śliwki mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao o smaku śliwki i piernika z kakaowymi ciasteczkami 

Otwierając poczułam tak odpychająco sztuczny, żelkowo-dżemowy, landrynkowy zapach "może i śliwki", łączący cukier i kwaskawość, że zupełnie przeszła mi ochota jedzenia czegoś tak walącego. Z czasem jednak trochę się z tym oswoiłam, a śliwkowa nuta jakoś się wygładziła na cukrowo-mlecznym tle. Budowała je niewątpliwie naturalnie i smakowicie mleczna czekolada. Zwłaszcza gdy nachylałam się nad spodem czułam pierniczki w czekoladzie mlecznej, lekką ciasteczkową nutkę. Całościowo jednak było to odpychające.

Na dotyk tabliczka sprawiała wrażenie plastikowej i lepko-tłustej. Wprawdzie łamana lekko chrupała (za sprawą grubości i dodatków?), ale nie była twarda, a konkretna i masywna. Trochę się kruszyła. Dużo w niej średniej wielkości okrągłych ciastek. Rozlokowano je raczej na spodzie tabliczki, nie zaś "w wierzchach kostek". Dobrze je wtopiono, a i na każdą kostkę przypada przynajmniej jedno-dwa ciastka (więc względem Mlecznej + Ciasteczka prezentuje się zacnie).
W ustach czekolada rozpływała się ochoczo, z łatwością zmieniając się w lepko-tłusty, miękki krem. Była gęstawa i lekko proszkowa, z czasem z trochę wodnistymi zapędami. Leniwie odsłaniała ciasteczka, które rozpływały się wraz z nią na masę ciasteczkową / papkę, która w sumie trzymała formę i zostawała jeszcze po czekoladzie. Całkiem nieźle to pochrupywało - ja dogryzałam resztki dopiero, gdy czekolada już zniknęła. Ciastka odznaczały się więc zacną świeżością i jakością. Podobało mi się, że gryzione chrupią, jak trzeba, a zostawione do nasiąkania, rozpływają się (dzięki "dziurkowej", a jednocześnie masywnej strukturze?). W trakcie  jedzenia jednak okazało się, iż dodatków dodano tyle, iż robią z tabliczki zlepek-ulepek, co chwilami aż hamowało i utrudniało jej rozpływanie się.
Cynamon i śliwki to jedynie aromaty, więc niczego z tego w strukturze nie uświadczyłam.

W smaku czekolada uderzyła cukrem, który szybko aż zadrapał w gardle, oraz motywem "żelek może śliwkowych". Zaraz jednak zmieszał się z wyrazistym, mlecznym smakiem. Nie odebrałam tego jednak jako zbyt głębokie. To przytykała nuta kwaskawo-cukrowa i chemiczna, należąca do żelko-dżemo-galaretek i landrynek. Było w tym coś niejasno owocowego, chwilami mniej lub bardziej śliwkowego.

Drapanie w gardle w ciągu kolejnych sekund zaczęło mieszać się z pewnym rozgrzewaniem. Rzeczywiście pomyślałam o piernikowej korzenności, a zaraz przyszła myśl o pierniczkach w czekoladzie mlecznej ze sztucznym nadzieniem śliwkowym. To było cukrowe, ale i specyficznie kwaskawe w sposób... żelkowo-powidlany? Czułam chemię, ale całkiem nieźle udającą niskiej jakości dżem / konfiturę... czy może nawet żelo-galaretkę powidlaną z pierników w czekoladzie mlecznej.

I właśnie nutka samych sztucznych pierników też pojawiła się zaraz po śliwce w pobliżu ciastek (choć one nie były piernikowe / korzenne czy coś). Ciastka zostawione same sobie po prostu trochę hamowały słodycz, niewiele wnosząc. W drugiej połowie rozpływania się kęsa poczułam pierniczkowy motyw, trzymający się "ciastkowej pszeniczności", ale na pewno nie pochodził od nich. Gryzione "obok czekolady" też jedynie lekko tonowały zasładzanie, ale nie wnosiły za wiele. Sztuczna śliwka i cukier hulały w najlepsze.

Słodycz i tak jednak niemiłosiernie drapała w gardle, gdy na dobre zaczęły wyłaniać się ciastka. Choć same w sobie były bez polotu, dodały odrobinkę kakao i wypieczono-przypalonej nutki. Okazały się gorzkawe, ale raczej za sprawą przypalenia. Kakao czuć tylko trochę, jednak ciastka ogółem przynajmniej odrobinę tonowały chemię. 

Kiedy czekolada już zniknęła, one nasiąkały i, gdy nad nimi trochę popracowałam, rozpływały się na rzadkawą, mączno-pylistą zawiesinę. Nie były zbyt charakterne, ale i tak wyszły tym sposobem wyraźniej, niż gryzione. Wydały mi się leciutko sugestywnie kakaowe, ale nie gorzkie. Raczej niemal nijako-neutralnie pszenne. Gryzione po tej całej napastliwej żelkowości, nie były zbyt wyraziste. W porywach może odrobinkę słonawe. Podkreśliły "sztuczną pierniczkowość", a to, co gryzłam już na koniec, osłabiło smak cukru i chemii (drapania w gardle nie powstrzymało).

Mleczno-sztuczny motyw przemieszał się z ciasteczkami, zostając w posmaku wraz z paleniem cukru w gardle. Niestety czułam żelki owocowe (nawet jakby ich dziwną... "żelatynowość?") i cukrowość, sztuczność z nimi związane. Owocowe... w których już śliwek trudno było się doszukać (w ustach). Na rękach natomiast długo jeszcze, nawet po dwóch-trzech myciach czuć było aromat słodziaśnie-landrynkowo "owocowo-śliweczkowy". Sztuczna korzenność była delikatna, a i tak dała radę irytować.
Sztuczny zapach tak trzymający się rąk sprawił mi sporo kłopotu, bo... zrobiwszy zdjęcia, zasreberkowałam czekoladę i wiedziałam, że ja po prostu nie chcę jeść czegoś, co jest tak naaromatyzowane, nawet gorszego dnia. A jednocześnie tak obiektywnie, sama czekolada najstraszliwsza nie była. Nie lubię po prostu przerysowanych, nierealistycznych zapachów w jedzeniu. Już po otwarciu nawet nie chciałam jej do ust brać.

Całość wyszła w zasadzie prawie środkowopółkowo, ale o wiele za cukrowo i za sztucznie. Ogromny minus to takie naaromatyzowanie. Odpycha już na starcie. Bardzo żałuję, że dodali jedynie aromaty śliwek i cynamonu (?). Zwłaszcza owocowy wyszedł wstrętnie... choć nie dam sobie ręki uciąć, że mocno się wiązały. Sama mleczna czekolada z kakaowymi ciasteczkami też nie była smaczna (jakby inna niż jej czysta wersja, czyli Czekolada Mleczna + Ciasteczka). Z ciastek jakby umknął smak (mimo że było ich więcej), a naaromatyzowanej bazy nie sposób oddzielić od aromatów. Mimo iż całość to jedynie 50 gramów, nie da się - i co najważniejsze: nie chce się -  tego jeść. Cukier i wydźwięk aromatów tak mordowały, że było to po prostu nie do przebrnięcia dla mnie. Po dwóch kostkach dałam sobie spokój i oddałam Mamie. Jej nie smakowała. Też zjadła ze dwie kostki i uznała, że: "po prostu niesmaczna; za słodka, te ciastka jakieś takie nijakie, bez smaku; może tam czuć tę śliwkę i cynamon, ale jakoś tak niesmacznie, że nie chce się zupełnie tego jeść". Tak na marginesie: jadła ananasowo-imbirową i tamtą uznała za "dziwną" i nie wiedziała, czy pozytywnie czy nie, ale zjadła. Ta była natomiast dziwna niepozytywnie - obie tak orzekłyśmy.


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan (ojciec płacił)
cena: 3,59 zł (50g)
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, ciasteczka kakaowe 8% (mąka pszenna, cukier, masło, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, substancje spulchniające: E450, E500, E503(ii);  naturalne aromaty, sól morska), serwatka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; aromaty, ekstrakt wanilii

środa, 23 lutego 2022

Domori Trinitario 70 % Teyuna Colombia Dark Chocolate ciemna z Kolumbii (nowa 2021); + neapolitanka

Co przeważyło, że jako kolejną do zjedzenia plantacyjną Domori musiała być właśnie dzisiaj przedstawiana? Sama nie wiem. Trochę chęć porównania, jak się ma do jedzonych w bliskim okresie czasu kolumbijskich, a trochę... może ze względu na koliberki? Tak jakoś wdzięczyły się do mnie za każdym razem, gdy otwierałam szufladę. W końcu Kolumbia jest znana z wielu gatunków kolibrów (czy tylko mi przypomniała się Pocahontas?). 
A teraz trochę poważniej. Tierralta to miasto w Kolumbii (w departamencie Córdoba) w dorzeczu rzeki Sinú, na skraju parku Paramillo Natural Park. Jest on nadzwyczajnie zróżnicowany biologicznie, że aż dało radę się tam zachować specyficzne trinitario. A dokładniej trinitario Teyuna, noszące nazwę po indiańskim Zaginionym Mieście (Ciudad Perdida), odkrytego przez archeologów w 1976 roku w Sierra Nevada de Santa Marta. Nie wiem dokładnie, jak kakao z miasta Teyuna zawędrowało do Tierralta, ale jedno do mnie dotarło: specyficzne kakao, specyficzny region daleki od cywilizacji, a więc stan dość pierwotny. Podobało mi się to. Podobnie jak to, że od ponad 8 lat stowarzyszenie rolników Integrasinú w naturalnym duchu odbudowuje strukturę gospodarczą społeczności wiejskiej, dotkniętej w tym regionie konfliktem zbrojnym. Obecnie liczy 193 członków.

Domori Trinitario 70 % Teyuna Colombia Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario Teyuna z Kolumbii, z okolic miasta Tierralta; wersja 2021.

Po otwarciu przywitał mnie miód zmieszany z soczystością, jakby współtworzący syrop wraz z mnóstwem słodkich, czerwonych owoców: malin, truskawek. Już w trakcie degustacji dojrzale truskawki zaczęły przeważać. Obok tego pojawiła się gorzkość kawy... w dużej mierze też ziaren kawy - wyobraziłam sobie je w czekoladzie... choć było w nich też coś soczystego... jakby przyozdobić takimi ciasto? Jakby miały okazję już zmięknąć przyjemnie od ciasto-deseru czekoladowego z syropem truskawkowo-miodowym. Soczystość ziaren kawy przełożyła się też na pewną... orzechową soczystość? Pojawiło się również skojarzenie z orzechami nerkowca... może jako krem z subtelną nutką soli. Ta podsyciła owocowość, która w tle mignęła duetem brzoskwiń i moreli. Znacząco słodkim, jednak też soczystym. Pewna wytrawność i cierpkość związane z czerwonymi owocami uczyniły kompozycję przyjemnie szlachetną, zwieńczając wszystko odrobiną czerwonego wina. 

Masywna tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno niczym gałęzie. Wydawała się twardo-chrupka, pełna.
W ustach rozpływała się aksamitnie, roztaczając wszędzie gładko-gęste, maziste smugi. Napływały jakby jedna na drugą jako fale... soczyste w sposób... świeżo orzechowy? Z czasem wydawała się specyficznie twardo-miękka (jak niektóre orzechy potrafią być?), pełna.

W smaku pierwsza uderzyła słodka truskawka. Słodka, dojrzała, w pełni sezonu. Po chwili pojawiły się za nią delikatne, również naturalnie słodkawe orzechy nerkowca. Słodycz wzrosła, a ja wyobraziłam sobie krem a'la masło orzechowe na bazie nerkowców, dodatkowo z dużą ilością czerwonych owoców: truskawek właśnie. Mógł być jednak... truskawkowo-malinowy? Łączony i soczyście-słodki. W tle odezwała się delikatna, szlachetna gorzkość.

Choć początek należał głównie do owoców, już po paru sekundach zdradził się miód - jasny, delikatny, może właśnie malinowy. Może, bo... truskawka wciąż przodowała. A że było słodko, nagle okazało się, iż dołączyło do niej sporo miękko-dojrzałych bananów. Miękkich, że aż porozgniatanych na potrzeby jakiegoś deseru... dodatkowo jeszcze z jasnym miodem. Słodycz wzrosła, że wydało mi się to aż trochę  cukrowo męczące. Banany zasugerowały jakieś wymyślne biszkopty-tosty w owocowych (zdrowych?) wariantach.

Soczystość jednak od samego początku również była znacząca. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pod miodową soczystością pojawiły się dżemowate nuty brzoskwiń i moreli. Te żółte owoce najpierw pojawiły się jako usłoikowione z miodem, następnie zaczęły wykazywać skłonności do kwasku. Nabrały soczystości.

Wówczas biszkoptowo-tostowość przejęły orzechy. Przez chwilę wyraźniej jeszcze czułam tosty (orzechowe?), a jednak nerkowce zupełnie je zagłuszyły. Drogę torowały prażone, ale potem już nie. Wyobraziłam sobie nerkowce wyłaniające się z miodu (jak Afrodyta z wodnych fal), który je "kiedyś tam oblał". Robiły się coraz czystsze, delikatniejsze. Czułam ich naturalnie słodkawy smak, który odrzucił masłoorzechową nutkę. Zmierzały ku maślaności, co trafiło na kolejny przypływ jasnego miodu. Całość stała się bardzo łagodna, bardzo słodka w miodowo-orzechowym stylu. Pomyślałam o miodowo-orzechowym cieście... A nagle wstrzeliła się w nie gorzkość. O cieście czekoladowym z miodem i orzechami, chciałam powiedzieć! Albo chociaż z sosem czekoladowym.

Z czasem bowiem, pojawiająca się nagle kawa uzmysłowiła mi, że robi się coraz bardziej gorzko. Do ciasta chyba dodano też kawę. Albo przynajmniej przyozdobiono je ziarnami. Ziarna kawy jawiły mi się jako trochę soczyste, zawilgocone od czekoladowego ciasta, otulone słodką czekoladowością. Może to było wręcz... coś daktylowego (ciasto, baton?), a w wariancie kawowym? Daktyle nadziane kawą? Albo naturalnie nią zalatująca odmiana? A jednak goryczkowate, może nawet cierpkie.

Poczułam ciepło... zaparzonej kawy? Podrasowały ją korzenne przyprawy, wręcz pikanteria. Raz po raz wyłapywałam cynamon. Pod koniec ostrość została wyraźnie nasączona... Ale już nie kawą.  Słodycz z miodowej, przeszła w ciemne, miodowawo-słodkie daktyle, jakby ściemniała. Od słodkiego, miodowo-czerwonego syropu z początku popłynęło skojarzenie ze słodkim, a jednocześnie wytrawnym czerwonym winem. Końcówka zrobiła się poważniejsza.

W posmaku została właśnie... niemal winna soczystość czerwonych owoców, choć wciąż czułam też ogólnie słodkie twory owocowe (z truskawek, brzoskwiń, moreli i bananów) wymieszane z miodem. Obok miodu stały nerkowce i nerkowcowe smarowidło. Wszystko oprószone kawą, przyozdobione jej ziarnami w czekoladzie. Z lekkim ściągnięciem, cierpkawością.

Całość była niczym błogie przesłodzenie... wywołane czekoladowym, wilgotnym, bananowo-biszkoptowatym ciastem, posłodzonym miodem; z kremem orzechowym, ozdobione kawą, częścią owocową (z truskawek), które jadło się po śniadaniu z tostami z dżemami: brzoskwiniowym, truskawkowym. Trochę kawy, trochę bananów skubniętych w trakcie przygotowywania ciasta... Jakby raz czy drugi wylizać łyżeczkę miodu... A po całym dniu beztroskiej "pracy" ze słodkościami raczyć się winem.

Wydała mi się podobna do dawnej (2016), ale słodsza w sposób soczystszy. Więcej w niej owoców - pojawiły się banany. Dawna to raczej miód, kajmak, karmel i daktyle, aniżeli miód z owocami (truskawki, banany, brzoskwinie; także jako dżemy) i daktyle z kawą (ciekawe, bo w dawnej czułam wyobrażenie o syropie daktylowym, daktylo-rodzynki; z kawą to chyba bardziej rodzynki). Kawę czułam w obu, orzechy nerkowca również. Tylko... że orzechy dawnej były mniej jednoznaczne, podprażone. W dzisiaj prezentowanej zyskały na neutralnej wyrazistości, podkreślone korzennością, wyczuwalną też w dawnej. Dawna wydała mi się bardziej podprażona (orzechy, nuta karmelowo-syropowo klonowa). Dzisiejszą jednak zwieńczyło jeszcze wino.
Neapolitanka zdawała się streszczać i łączyć obie. Ciekawe, że ją postrzegałam jakby wszystkie te nuty dodać do kaszy na słodko, a dzisiejszą - do lepko-wilgotnego ciasta.
Aż mi się przypomniała Coco Colombian Dark 61 % - łączy je chyba tylko soczystość, nie skojarzyłabym, że to ten sam region.

Osobiście wolę dzisiejszą, bo wyszła słodko w bardziej soczysty, ale wciąż integralny sposób, a do tego zyskała na wyrazistości orzechów i lekką powagę. Była delikatniejsza w sensie: "czystsza", przejrzysta w nuty kakao (pewnie ziarna słabiej prażyli).
To jednak wciąż prawie ten sam klimat: dzień spokojny i bez zwrotów akcji, leniwy i bardzo słodki, a mimo to głęboki.


ocena: 10/10
cena: 39 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 561,5 kcal / 100 g
czy znów kupię: możliwe

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

------------

Domori Cacao Trinitario 70 % Teyuna Napolitain  to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario Teyuna z Kolumbii, z okolic miasta Tierralta w formie neapolitanki (miniaturki ważącej 4,7g). 

Po otwarciu poczułam delikatną kawę z pianką i kwiaty. Zaraz za nimi pojawiła się nuta karmelu i syropu malinowego... może w kaszy mannie? Jak słodkie danie i już deser?

Pierwszym, co poczułam w smaku to (w odróżnieniu od pełnowymiarowej dawnej) kawa i jej gorzkawość, a dopiero po niej pojawiła się wysoka słodycz. Znów okazały się wyrównane. Neapolitanka jednak bardziej skupiła się na czarnej, rozpuszczalnej kawie z pianką. 
Orzechy pojawiły się z czasem, ale bardzo wyraźnie; wtórował im karmel, kajmak... może coś orzechowego, słodkiego w naturalny sposób?
Albo deser - jakaś masa 0 wymieszany z owocami... i owocowymi ciastkami. Znów do głowy przyszła mi kasza z syropem, ale niekoniecznie malinowym. Z owocowych nut to raczej cała mieszanina, w tym żółtych, np. brzoskwiń. Słodkich jak... z puszki? W ciastkach jako masa-dżem? Niosło to wszystko pewne ciepełko... może nie przyprawy jak w przypadku pełnowymiarowej, ale jednak na zasadzie "coś tam czuć".

Wyszła bardziej słodko niż obie pełnowymiarowe i aż dość nudnawo jak na Domori w tej słodyczy, choć... mająca takie chwile, które sugerowały, że gdyby była grubsza, większa to już by zachwyciła.

Jako neapolitanka, a więc streszczenie, przedsmak może i się sprawdza, ale... pozostawia niedosyt tego rodzaju, że np. gdybym na jej podstawie miała osądzić, czy kupić pełnowymiarową, na pewno nie byłaby "must buy". Nie zapowiada bowiem czegoś aż tak pysznego, jak obłędna jest pełnowymiarowa. Z kolei jako "przypomnienie nut" dla osoby, która zna pełnowymiarowe, też niezbyt się spisuje, bo czuć jej braki.

ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady (dostałam)
cena: -
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: mogłabym dostać

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

wtorek, 22 lutego 2022

deser (Muller) Milka Darkmilk Pudding + extra cocoa

W kwietniu stanęłam przed trudną, życiową decyzją wagi państwowej... A dokładniej zostałam zapytana przez Mamę: czy to w końcu zjem? I właśnie - decyzję musiałam podjąć, bo data ważności była nieubłagana. Mama kupiła mi ten pudding, kojarząc, jak lubiłam Mullery de Luxe (czekoladowy, orzechowy i pistacjowy). Taki tylko szczegół, że to była miłość sprzed lat, obecnie zaś trochę brzydzą mnie słodkie desery z lodówki. Milka trafiła do nas w ogóle krótko po tym, jak się w tym utwierdziłam, czyli po Almighurcie i serku kozim czekoladowym Danmis. Na kolejną porażkę nie miałam ochoty. Z drugiej jednak strony, zastanawiałam się, czy taki mocno czekoladowy by mi jednak może chociaż trochę posmakował i... to jednak Muller. Mimo że Milka odstraszała, wierzyłam, że ten producent potrafi zrobić porządnie ciemnoczekoladowy deser. Tylko czy ja wciąż lubię czekoladowe desery? Desery tego typu jakiekolwiek? Obecnie mi z nimi nie po drodze. Tylko że "obecność" to też problem, bo nie wiedziałam, czy to nie jednorazowy rzut i czy gdy deser nie zniknie, nie będzie mi żal, że miałam, a nie zjadłam. I tak też - raz kozie śmierć (Danmis, teraz akurat nie do Ciebie)! Porwałam się. Szczerze, to była szybka decyzja - bo co tu myśleć, lepiej zjeść i wiedzieć, jak jest. A przecież mimo że cukrowa, Milka Pudding Alpenmilch Schokolade nie była zła. Liczyłam, że dzisiaj prezentowany będzie między nią, a czekoladowym Muller de Luxe Creme au Chocolat.

Milka Darkmilk Pudding + extra cocoa to "deser mleczny czekoladowy" z dodatkowym kakao, którego producentem jest Muller (wyprodukowany we współpracy z Mondelez).

Po zerwaniu wieczka poczułam intensywny, bardzo słodki zapach sosu / syropu kakaowego z nieco likierowym echem (bez realnych procentów) mieszający się z cukrowością i wyraźną, mleczną bazą. Nie powiedziałabym jednak, że reprezentuje on smak czekolady ciemnej mlecznej, a ciemnej bardzo słodkiej. Był dość wyważony i smakowity.

Deser cechowała gęstość zawierająca glutowato-budyniowy element. Był gładki i kremowy, tłusty. Chwilami wydawał mi się wręcz śliskawy i otłuszczający usta. Mimo to, doszukałam się w nim lekko pyliście trzeszczącego efektu kakao. Gibał się przy poruszaniu kubeczkiem. Do łyżeczki się lepił, acz ciągnąco w końcu z niej częściowo skapywał. Konsystencja miała w sobie coś odpychającego, ale nie była jednoznacznie zła.

W smaku wyraźnie czuć mleczną bazę, mocno związaną ze smakiem czekolady. Była to czekolada ciemna, bo kakao znalazło w niej sporo miejsca. Lekka gorzkość, cierpkawość starały się przełamywać słodycz, ale... szybko okazało się, że są na stałe zespojone. Deser zafundował mi smak ciemnoczekoladowego, cukrowego likieru bez procentów, którym... polano mleczny / śmietankowy budyń? Właśnie mleczność bazy odegrała bardzo ważną rolę. Chwilami aż jakby spłycała ciemnoczekoladowy smak, a jednak nie miałam wrażenia, że deser reprezentuje jakąkolwiek mleczną czekoladę (nawet ciemną mleczną).

Słodycz w pierwszej chwili wydała mi się silna, ale jeszcze nie przeraźliwie. Umacniała się dopiero z czasem, na co pozwoliła jej mleczność kompozycji. Rosła i szybko aż drapała w gardle. 
Przy kolejnych łyżeczkach wydawała mi się męcząca, a jednak... aspirująca do cukrowo-kakaowej czekoladowości rodem z zacukrzonej ciemnej. Tylko że zestawionej z mlecznym budyniem... Bardzo mleczna baza nie dawała o sobie zapomnieć. Czuć w niej posmak typowego desero-budynio-puddingu lodówkowego, pewną mdławość (jakby wodnistość?). Milkowego posmaku nie odnotowałam (co mnie akurat cieszy).

Po zjedzeniu czułam na pewno przecukrzenie, ale też posmak lekkiej cierpkości kakao. Trochę jak... po cukrowym mleku kakaowym? W dodatku ze sztuczną nutą i motywem "lodówkowym" (deseru z lodówki, nie umiem tego określić).

Całość nie była zła, ale nie chwyciła mnie. Strasznie słodka, nie tak ciemnoczekoladowa jak bym chciała, ale w sumie z wyczuwalnym i kakao, i mlekiem... Przesłodzenia po Milce można było się spodziewać, więc specjalnie się nie czepiam. Jakość / konsystencja chyba typowe. Trochę to drogie, ale spróbować można.
Męczyłyśmy z Mamą, ale końcóweczka i tak wylądowała w śmieciach. Zjadłam z połowę i chciałam jej wcisnąć, ale po jakiś dwóch łyżeczkach uznała, że jej o wiele za gorzkie i chciała wyrzucić ("zrobione dobrze, więc nie wiem, dlaczego ci nie smakuje! ja po prostu nie lubię gorzkiej czekolady"), a że mnie Mullera szkoda się zrobiło, to jeszcze próbowałam pomęczyć, ale jakoś pod koniec nieźle mnie już ta słodycz, deserolodówkowość przytkała i... no, po prostu coś w tym było - albo właśnie nie było (porządnego ciemnoczekoladowego kopa?) - że mnie zmogło. Utwierdziłam się, że nie dla mnie takie desery. W zasadzie... chyba blisko temu było do Mullera de Luxe, ale bez kakaowego sosu, a jakby z naciskiem położonym na mleczną, budyniową bazę.


ocena: 6/10
kupiłam: Mama kupiła w Żabce
cena: nie wiem
kaloryczność: 128 kcal / 100 g; deser - 192 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: 55% mleko pełne, mleko odtłuszczone, cukier, 4% czekolada mleczna (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, aromat), skrobia modyfikowana, 3% kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, 2% czekolada (miazga kakaowa, cukier, lecytyna sojowa, aromat), koncentrat mleka odtłuszczonego, substancja zagęszczająca: karagen

poniedziałek, 21 lutego 2022

Coco Colombian Dark Chocolate 61 % ciemna z Kolumbii

Coco to marka szkocka, która ceni sobie kreatywność, innowacyjność, sztukę itd. Jeśli mam być szczera, zupełnie by mnie nie zainteresowali, bo wydaje mi się, że ta pomysłowość i nowoczesność, współpraca z lokalnymi artystami, jakość, indywidualizm na opakowaniach i otoczce (mają jakieś Coco TV na swojej stronie) się kończy. A sama czekolada jakby schodziła na dalszy plan. Jednak pierwsze wrażenie mogło być błędne, nie należy osądzać po pozorach. Gdy kilka trafiło do Sekretów Czekolady, postanowiłam czystej opcji dać szansę. Niestety kakao to zawierała niewiele, ale trudno. Niektóre marki (np. Pacari) i z taką zawartością potrafią coś fajnego zmajstrować.
Opakowanie mojej tabliczki zdobi praca zatytułowana "Fall" (ciekawe, czy "Upadek", czy "Jesień" - biorąc pod uwagę kolor i wygląd, oba tłumaczenia pasują) szkockiej artystki Mari Campistron. Zajmuje się chyba sztuką nowoczesną, za którą nie przepadam, ale akurat to opakowanie mi się podoba. Miałam nadzieję, że zawartość nie będzie "upadkiem" czyt. porażką. Choć nie ukrywam, że wybierając jej dzień degustacji, biorąc pod uwagę zawartość kakao, wybrałam mniej wymagający. A i tak, prawdziwie niemiła niespodzianka spotkała mnie już przy zdjęciach. Nie dość, że mało kakao (btw zakupionego od ICCO), to jeszcze cukier biały - "pięknie" (składowi przyjrzałam się po powąchaniu, bo to zapach zapalił w mojej głowie ostrzegawczą lampkę).

Coco Chocolatier Colombian Dark Chocolate 61 % to ciemna czekolada o zawartości 61 % kakao z Kolumbii.

Po otwarciu poczułam kwasek czerwonych owoców: dzikiej róży i grejpfruta. Natychmiast dopadła je słodycz. Grejpfrut wiązał się z pomarańczą kandyzowaną i właśnie silnym, cukrowym motywem kandyzowania. Pomyślałam o lukrowych owocach, owocach pokrytych cukrem... kryształkami oraz w białych otoczkach. Może było w tym coś nieco cukrowo pudrowego? Dusznego na pewno. W tej duszności (toporności?) z czasem chyba palony wątek wyłapałam. Tylko też... mógł należeć do cukru. A jednak na brak soczystości narzekać nie mogę. To było jednak złagodzone kwiatami. Trochę jak jakieś tuberozy i geranium (inaczej anginka / pelargonia pachnąca), które pachną jak "cytrusowa róża", nawet może lekko ziołowo, ale przede wszystkim soczyście kwaskawo.

Przy łamaniu tabliczka wydawała średniej głośności trzaski. Nie była bardzo twarda, ale miała w sobie coś z kamienności.
W ustach rozpływała się bardzo powoli i jakby niezbyt chętnie. Ważne jest "jakby", bo oporu w sumie nie stawiała. Po prostu długo pozostawała zbita i twardawa. Cechowała ją wysoka i nieprzyjemna proszkowość, chwilami bardziej pylistość, ale głównie niemal szorstkawa proszkowość. Była mało tłusta ogółem, choć bazowo kryło się w niej coś śmietankowego... jak zbita alternatywa wegańska jogurtu na mleczku kokosowym? A jednak to kryło się w proszku, z którego wypływały wodniście-soczyste (ale bardziej wodniste), rzadkie fale. Znikała jak woda, leciutko ściągając na koniec.

W chwili odgryzania kęsa, dosłownie gdy kawałek lądował na języku, miałam wrażenie, jakby był to zupełnie pokryty cukrową warstwą kandyzowany kawałek pomarańczy. Cukrowość i pomarańcza wydawały się jednością, co w ciągu kolejnych sekund rozeszło się na soczystą, dojrzałą pomarańczę-owoc oraz pomarańczowe, soczyste galaretki. Nie brakowało w tym goryczki.

Ta z czasem wzrosła nawet do pewnej gorzkawości, idąc w ogólnie ambitnie cytrusowym, nieco grejpfrutowym kierunku. A może bez "nieco"? Czułam grejpfrutowe galaretki bardzo dobrze... Niestety właśnie: galaretki, a więc twór cukrowy i sztucznawy.

Od początku za wysoka słodycz z czasem rosła jeszcze bardziej. Pod samą cukrowością w końcu pojawiła się śmietanka. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o śmietankowych i przesłodzonych kremach owocowych. Częściowo zmieniały się w przesłodzone, śmietanowo-śmietankowe jogurty owocowe. Mignął kwasek, za sprawą którego pomyślałam o cytrusowym kefirze. Mimo że nie realnie sztuczne, wydało mi się to dziwnie przerysowane w kontekście pomarańczy.

Owoce były istotne, ale dopiero z czasem zaserwowały ogrom soczystości. Pod przewodnictwem pomarańczy ruszyły mandarynki i cytryny... jako cytrusowe kwiaty? Pomyślałam o drzewkach cytrusów, a potem też o tuberozie i angince / geranium, które przypominają róże zmieszane z cytrusami. Krzaki, kwiaty o których myślałam przejawiały trochę gorzkawej ziołowości... drapała lekko razem z cukrowością.

Pod koniec cukier znów pokrył owoce, ale i te miały się całkiem nieźle. Cierpkawy grejpfrut wraz ze śmietanką pokusił się o lekką goryczkę i... to było jak ostrożny łyczek kawy z ekspresu? Kawy z mlekiem. Nabiał na koniec bowiem jeszcze bardziej złagodniał, idąc w tym kierunku. Echo pomarańczy jednak i w tym się znalazło, jakby do kawy dodać smakowy syrop pomarańczowy. W gardle czułam ciepło - jakby powiązanie mocnego przesłodzenia i pewnego "przyprawienia".

Akurat by pozostała w posmaku cierpkość / goryczka z drobnym kwaskiem. Niby cytrusowym, ale nie do końca, bo także palonym... I znów wyraźniej odezwały się czerwono-owocowawe róże - i kwiaty, i owoce dzikiej róży. Też jako zasłodzone przetwory? Na pewno czułam "przerysowaną pomarańczę" - jakby jakiś aromat, galaretki - aż nierealistyczną, ze słodkich realiów.

Całość niezbyt mi pasowała. Nie podobała mi się konsystencja, nie podobała mi się cukrowa słodycz - zarówno jej moc (za wysoka), jak i wydźwięk (białocukrowo irytujący). Nuty pomarańczy, grejpfruta i kwaskawych róż byłyby zacne, gdyby do ich kwasku i soczystości dołożyć gorzkość, nie zaś tyle słodyczy o kiepskim charakterze. Nie wiem też, skąd to wrażenie przerysowania, przeperfumowania gdy chodzi o nutę pomarańczy. Może to ekstrakt waniliowy i cukier tak dziwnie wyszły w połączeniu z tą nutą kakao?

Kwiaty, cytrusy, coś licho ziołowawego, a także końcówka a'la mleczna kawa wraz z irytującą "białocukrowością" i proszkowo-pylistą strukturą natychmiast przypomniała mi czekolady Tibitó, zwłaszcza Tumaco 70 % (właśnie też z Kolumbii). Podlinkowana była jednak nieco głębsza, bardziej ziemista, ogólnie owocowa. 
Śmietankowy nabiał, "nabiał wegański" cytrusy, i cytruso-kwiaty to przecież także Beskid Colombia Tumaco Dark 80% , ale... ta to już wyższa, gorzka liga: ziemia, kawa, sezam i węgiel oraz słodycz idealnie stonowana. To zupełnie inna bajka.


ocena: 6/10
cena: 26 zł (za 80 g - cena półkowa)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy

sobota, 19 lutego 2022

Zotter Labooko 82% Peru ciemna

Mam wrażenie, że Zotter lubi kakao z Peru - sporo tabliczek stamtąd ma / miał w ofercie. Sporo wśród nich zmienia, eksperymentuje. To peruwiańskie reprezentują najwyższe zawartości kakao. Osobiście nie miałam nic przeciwko. Mało tego! Cieszyłam się, bo Peru to charakterny kraj, a gdy człowiek decyduje się na wysoką zawartość kakao, to raczej na urocze i łagodniusie smaki nie liczy. Zanim jednak zaczęłam Zottera wychwalać, trochę zlękniona sprawdziłam, czy na pewno nie podmienił nią Labooko Belize 82 % - na szczęście nie, więc ze spokojem mogłam zasiąść do degustacji. W jej opisie wyczytałam ciekawą rzecz: że zrobiono ją z ziaren, które są... naturalną krzyżówką criollo o białych ziarnach z innymi odmianami. Otóż rosło ono w pobliżu innych kakaowców i po latach... wyrosło takie właśnie "cuś". Ot, się spryciarz kakaowiec do warunków dopasować umie!

Zotter Labooko Peru 82 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Peru.
Czas konszowania to 20 godzin.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach ziemi, dymu i skał (oczami wyobraźni zobaczyłam skały wulkaniczne). Mieszajały się z kwaśnością - poniekąd same ją przejawiały, a jednak spory udział miała w tym cytryna wraz z goryczkowatą skórką. To również trochę słodyczy i wiecej pieczono-palonych nuty cytrynowego wypieku (wyobraziłam sobie jakieś ciasto i ciastka z gęstawo-dżemowatą masą zrobioną m.in. ze skórek). Im dłużej wąchałam, tym obok gorzkiej ziemi wyraźniej rozlewało się czerwone półsłodkie wino, a wraz z nim czerwone owoce nieco bardziej pudrowe... Leśna drobnica, słodkie maliny, ale... i grejpfrut? Cytryna i różne goryczki za nim optowały.

Tabliczka o interesującym przebłysku koloru biskupiego, łamana wydawała głośny trzask. Była twarda i przyjemnie masywnie-chrupka (co wychodziło na jaw, gdy odgryzałam kęs).
W ustach rozpływała się powoli, miękko i bardzo kremowo. Mimo iż dość tłusta, nie była ciężka. Może to przez gibkość sugerującą rzadkawość? Pozostawiała nieco oleiste smugi, bazowo się wyginając. Wykazywała przy tym lekką soczystość i lepkawość.

W smaku pierwsze rozniosły się kłęby szarego dymu. Dymu surowego, wulkanicznego, mającego w sobie trochę cierpkości i kwasku. W ciągu kolejnych sekund pomyślałam o smole, piekielnej siarce i... węglu. Wyszedł na pierwszy plan. Węgielna nuta złagodziła siekierowe zapędy, a ja poczułam gorzkość skał, pewien... chłód niczym na szczytach gór wiosenną / jesienną porą.

Wraz z łagodzeniem węglowym, mocne, goryczkowato-cierpkie nuty opłynęła palono-pieczona słodycz karmelu i miodu. Miód wydał mi się cierpkawo-ziołowy, też w pewien sposób chłodzący i aż ostry.

Po chwili pojawiła się maślaność. Kompozycja złagodniała, dobierając sobie nuty śmietanki i orzechów. Mignęła mi myśl o orzechowym wypieku z bitą śmietanką, co umożliwiło wzrost słodyczy. Wizje te były harmonijne z węglem - oto czułam się, jakbym jadła niemal węgielne, kakaowo-czekoladowe ciasto i ciastka z zakalcowo-mokrym wnętrzem, z wierzchu poprzypiekane aż na chrupko.
Słodycz rosła. Trzymała się karmelowego wypieczenia. Wypieków zaczęło pojawiać się coraz więcej. Czyżbym wyłapała jajeczne, okrągłe biszkopty? A zaraz może ciastka jasne kruche i... cytrynowe? I wszystko to z kakao (te kruche to powiedzmy, że dwukolorowe)?

W połowie rozpływania się kęsa goryczki i słodycz przecięło czerwone wino. Albo nie do końca przecięło, a weszło między nie, bo... było to wino raczej półsłodkie. Wniosło jednak też kwaśność owoców, pomagając sobie tą dymną. Obraz cytrynowo-kakaowego wypieku umocnił się. Cytrynowe ciastka jako ciastka z lepkim nadzieniem / dżemem cytrynowym, słodzonym miodem.

Miód przypomniał o sobie i przemieszał się z cytrusami. Cytryna z wyraźnie gorzką skórką zawiązała z nim sztamę, pobudzając pewne orzeźwienie... chłód-miód! Lekko ziołowo-ostrawe nuty przerobiły cytrusy na czerwone grejpfruty z wyraźną goryczką. W tle odnotowałam coś łagodniejszego, słodszego. Może kwaskawe, żółtawe rodzynki Golden? Niemal świeżawe, specyficznie... winogronowate?

W tym czasie jednak wraz z chłodem i orzeźwieniem wzrosło znaczenie ziemi. Ziemiste nuty wydawały się nasączone winem i cytrusami. Wilgotna, czarna ziemia, która chyba nigdy nie widziała słońca umocniła powagę, gorzkość, choć i ona nie walczyła ze słodyczą.

Obok w dodatku rosła i rozwijała się owocowść. Po czerwonych cytrusach, za sprawą wina i delikatnej słodyczy z tła pomyślałam o owocach czerwonych. Niemal pudrowych malinach reprezentujących słodycz i kwaśniejszych leśnych... Te drugie wyszły chwilami jak niedojrzałe, chwilami... jak wymieszane ze śmietanką i dosłodzone miodem - same w sobie kwaśne, ale w sumie w słodkim otoczeniu. Mignęła mi myśl o delikatnym, śmietankowym serniku... z rodzynkami? Na mocno wypieczonym (orzechowo-?)kakaowym spodzie. Było w nim aż coś maślanego. Bliżej końca wyłapałam w nim też, oprócz słodyczy wysokiej i drapiącej, miodową ostrość.

Pojawiającą się epizodycznie, a umacniającą bliżej końca śmietankę ustabilizowały i podkreśliły orzechy. Same jakby aż poprzypalane, pieczone... Z wypieków, ale bardziej same. Wyraźnie czułam orzechy włoskie z gorzkawymi skórkami. Były też orzechy ewidentnie "z czegoś"? Karmelizowane chyba. I tu już nie wiem, czy włoskie... Wypieki (ciastka?) jednak wciąż pobrzmiewały, ale niekoniecznie orzechowe... z owocami, np. rodzynkami? A może i z orzechami... Aż zadymione? Z nutami węgla, które nie chciały opuścić ziemi? Pod koniec dym niczym kurtyna w teatrze powoli zasłonił owoce i śmietankę. Wszystko jakby dodatkowo oprószyło kakao.

Po zjedzeniu został posmak w zasadzie jak z początku, a więc dym, skały, węgiel... ale też delikatna, tłusta śmietanka, ogrom orzechów i kwaskawe owoce jako cytrusowy sernik z rodzynkami. Przełożyło się to wszystko na pewną słodką ostrość (jakby posłodzić poszczególne nuty charakternym miodem?).

Całość wyszła pysznie, choć chwilami za słodko-łagodnie. Dym i węgiel, a potem cytrusy (cytryny i grejpfruty ze skórkami), trochę leśno-czerwonych i rodzynek były obłędne. Cudownie prezentowały czerwone wino i mocno kakaowe ciasta / wypieki, jednak żałuję, że tyle było w nich słodyczy. Słodkie wino, bardzo słodkie twory z racji karmelowo-miodowych wątków odciągały uwagę od tego, że to nie 70 % kakao. Śmietankowo-maślane łagodzenie na szczęście zaskakiwało końcowo na charakterniejsze orzechy.

Wyszła jak dosłodzona i jeszcze złagodzona Labooko Peru 100 % z 2017 r., ale jednocześnie bogatsza w nuty. Podobny był dym, palono-karmelizowane orzechy i śmietanka. Więcej w niej ziemi, wina, owoców i orzechów, a już na pewno wypieków (które to właśnie dodały słodyczy). Taką 70 % uznałabym za boską, jednak od 82% oczekuję większej mocy, dosadności.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70g)
kaloryczność: 599 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 18 lutego 2022

OH WOW! Chocolate Dark NouGat Deluxe ciemna 55 % nadziewana nugatem z orzechów włoskich i mleczno-orzechowa typu gianduja

Są warianty czekolad, pewne połączenia w przypadku których wyższa słodycz jakoś uchodzi i... czasem nawet pasuje do mlecznych bardziej niż do mocno kakaowych tabliczek. Wszelkie gianduje na ten przykład, nugaty dobrze sobie radzą z mlekiem, mogą być słodkie. A jednak... Dobrze pamiętałam intrygującą Domori orzechową... bez mleka, niby ciemną. Domori D-Fusion Pralinato była moją pierwszą taką. Gianduja bez mleka? Czy wegański zamiennik mlecznej? Różnie na to można patrzeć, różne efekty uzyskiwać. Z jednej strony przyznaję, że nugaty dobrze wychodzą w słodkich otoczkach z drugiej... nugaty łączone z ciemną czekoladą wydają mi się bardziej interesujące. Nie wiem, czy "lepiej wychodzące". Po prostu interesujące, bo... pojawiające się rzadziej? Dlatego właśnie dzisiaj prezentowana tabliczka bardzo mnie zainteresowała. Nie lubię łączenia czekolad, np. ciemnej z mleczną, ciemnej z białą itd., ale... czekolady z tej serii zostały połączone ciekawie. W obrębie tabliczki, ale nie jednej kostki. Różne kostki też niespecjalnie do mnie przemawiają, jednak w Oh WOW! akurat było coś, co sprawiło, że na oko odebrałam je jako spójne kompozycje, bardzo przemyślane. Nie "dodajmy, co się da", nie "napchać bez pomysłu", a właśnie mające współgrać i uzupełniać się. Niestety po Salty Hazelnut Caramel Intense obawiałam się, że znowu będzie dobrze, ale z "ale". I jakoś po Rapunzel Nirwana Noir zaczęłam wątpić, czy ciemna w tak słodko-nugatowym otoczeniu, na pewno wyjdzie tak "ciemno".

OH WOW! Chocolate Dark NouGat Deluxe to w 49% (9 kostek) ciemna czekolada o zawartości 55 % kakao nadziewana nugatem z orzechów laskowych (11%) i w 37% (6 kostek) mleczna czekolada typu gianduja, czyli z miazgą z orzechów laskowych (8,3%) o zawartości 31 % kakao, produkowana przez WAWI GmbH.

Po otwarciu poczułam intensywny i realistyczny zapach orzechów laskowych w wydaniu prażonym i naturalnie słodkawym oraz trochę nugatowym, acz w równie wyrazistym towarzystwie. To należało do mleka oraz gorzkawo-cierpkawego kakao, które zasugerowało tabliczkę stylizowaną na Ferrero Rocher. Kostki ciemnej wąchane osobno wydawały się delikatne, cierpkawo-palone i bardzo nugatowe. Może odrobinkę kawowe? Mlecznej natomiast to bardziej... "słodziutki orzech tonący w słodkim mleczku".

W dotyku tabliczka wydała mi się konkretna; może jedynie mleczna trochę lepkawa. To jednak ciemna wyglądała bardziej ulepkowato. Przy łamaniu całościowo nie trzaskała, choć poszczególne kostki przy przełamywaniu / odgryzaniu kawałka, wydawały z siebie pyknięcia. Miejsca "łączenia" czekolad wydały mi się miękkawe (może przez cienkość?). 
Kostki jasne były ewidentnie niższe od ciemnych, a mleczna czekolada "podchodziła" pod niektóre ciemne. Niektóre na spodzie miały dziwne "koreczki".
Ciemna to bardzo gruba warstwa kryjąca gęsto-zbity nugat, który tylko wyglądał na suchy. Dosłownie kryjąca, bo bardzo go poskąpiono. Stanowił jedynie cieniutką warstewkę idącą mniej więcej przez całą kostkę (wokół?), przy czym na spodzie na środku była górka czekolady, że w przekroju nadzienie wyglądało jak fala. Z jednej strony zabawnie, z drugiej... to rozbój w biały dzień, chamstwo. Przynajmniej się nie rozwalało, bo było zwarte i konkretne.
W ustach ciemna rozpływała się raczej w średnim tempie i tłusto-kremowo, gładko. Zalepiała usta, po pewnym czasie mięknąc trochę polewowo-ulepkowato na gęstawo-maślaną masę. Spójnie mieszała się z nadzieniem. Ono bowiem przypominało... warstewkę chłodnego masła, a więc tłustą i masywną, idealnie gładką. Znikało szybciej od czekolady, która przytłaczała je zupełnie.
Mleczna gianduja w ustach miękła błyskawicznie, ale nie rozpływała się wcale tak szybko. Zalepiała je i trwała w nich jako gładki, gęsty krem. Była tłusta w mleczno-orzechowy, trochę rzadkawy sposób.

W smaku czekolada mleczna gianduja uderzała mnóstwem cukru i nugatową maślanością. Mieszały się w harmonijnym splocie, prędko wciągając w swój wir orzechy laskowe. Także one wydawały się słodkie z racji wyraźnej prażonej nutki. Oddawały słodki krem z prażonych laskowców, niestety przesłodzony. Mleko wydało mi się trochę nieśmiałe, ale opłynęło z czasem ten przesłodzony splot i trochę słodycz hamowało. Była cały czas wysoka, a jednak nie męczyła dzięki naturalnemu duetowi mleka i orzechów. Chociaż... w gardle swoją obecność zaznaczała.
Po tej części zostawał wyraźnie orzechowy i cukrowy posmak.
Spróbowana po ciemnej wydawała się intensywniej słodko-mleczna (i słodka aż nieco męcząco), a mniej orzechowa. Ogólnie odebrałam ją jako zwykłą (choć dobrą) mleczną z posmakiem laskowców.

Sama czekolada ciemna od początku roztaczała po ustach delikatną gorzkawość, tak obudowaną goryczką i cierpkością, że kojarzyła się z kawą z ekspresu. Szybko wychodziła na jaw jej cukrowość, dodająca efektu kawy z kakaowym syropo-likierem. Słodycz rosła bez litości, aż drapiąc w gardle.

Po paru chwilach do głosu zaczęło przebijać się nadzienie. Kawowa nuta czekolady wraz z nim zahaczyła o cukrowe cappuccino (ale dziwnie mało mleczne) albo kawową piankę. Poczułam lekką maślaność oraz jeszcze więcej słodyczy.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyłoniło się nadzienie i do cappuccino dodano trochę słodko-prażonych orzechów laskowych. Pomyślałam o przesłodzonym, orzechowym cappuccino - z cukrowym syropem, zasładzającym je zupełnie? Orzechom parę razy zdarzyło się prawie zrównać z czekoladą, migając nugatem zrobionym z prażonych orzechów laskowych. Z łatwością jednak zatapiały się w nadrzędnym smaku kawowo-palonej czekolady i zagubiły się w jej przesłodzeniu. 
Ta po debiucie nadzienia wydała się nieco bardziej syropowo-likierowa. Prędko znów to ona była głównie wyczuwalna z całą swoją cukrowością, a jedynie z echem orzechów laskowych, które przełożyło się na skojarzenie z Ferrero Rocher.
W kostkach, gdzie trafiały się brzegi ze skrajnie malusieńką ilością nadzienia, w zasadzie kończyło się na nutce cappuccino i echu Rocher.

Ta część zostawiała cierpkawo kakaowy i jednocześnie cukrowo-nugatowy posmak. 
Kostki, w których znalazła się też mleczna na spodzie, były mocniej orzechowe, acz słodsze i ulatywała z nich kawowość. 
Ciemna spróbowana po mlecznej jawiła się jako bardziej cierpkawa, kawowa i wręcz palona, likierowo-sosowa.

Całość, mimo że przesłodzona, byłaby blisko w kwestii usatysfakcjonowania w orzechów, jak i kakao... Gdyby tylko tak nie poskąpiono nadzienia nugatowego. W zasadzie... w żadnej nie było ani uderzenia kakao, ani orzechów, ale... po prostu jakoś przyjemnie to zaserwowali, że czuć je w niezłym wydaniu. Właśnie tak... prażono-orzechowo-nugatowo. Nugatowo-czekoladowo (bo gdybym chciała 100 % orzechów z orzechami, to zjadłabym po prostu orzechy, prawda?). Tylko że... ja rozumiem "czekolada z nugatem", ale właśnie "z nugatem", a nie "z domniemaniem / namiastką nugatu". Pewnie doszli do wniosku, że cukrem wynagrodzą. Bardzo zły wniosek.

Ciemne części mogłyby być pyszne, gdyby nadzienia było więcej, a tak wyszły straszliwie słodko, że odosobnione miałyby 6; mleczna gianduja była bardzo dobrą czekoladą tego typu (choć nie dla mnie, więc że zostawiłam ją sobie na koniec i zdążyłam się już konkretnie zasłodzić, 4 kostki powędrowały do Mamy; zjadła, ale stwierdziła: "ot, taka zwykła, słodka mleczna, tylko że z jakimś posmakiem, przez który niezbyt mi smakowała... Mówisz, że orzechy laskowe? No taak".), a że jeszcze słodsza od Grossa mlecznego 33 % z mielonymi orzechami laskowymi, dałabym jej 8. Zestawienie ich nie wyszło jako interesująca kompozycja, a przesłodzone i napędzające się w swojej cukrowości czekolady jedynie z posmakiem orzechów - stąd od średniej "7" obniżam jeszcze punkt za to, że to duet nieprzemyślany i niepasujący.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 7,79 zł (za 90 g)
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga z orzechów laskowych 8,3%, laktoza, lecytyna sojowa