Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: ciasteczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: ciasteczka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 września 2026

Vanini fondente 62 % con biscotto al gusto di amaretto / dark chocolate 62 % with amaretto taste biscuit ciemna z ciastkami amaretto

Po kilku czekoladach Vanini, które jadłam ostatnimi czasy, chciałam skończyć już z tą marką mimo że ten wariant wydawał się bardziej obiecujący niż okrutnie przerysowane cytrusowe. Stąd decyzja, by właśnie dziś przedstawianą tabliczkę zabrać ze sobą w góry tym razem. W sklepie, jeszcze zanim poznałam tamte, ten wydał mi się bardzo kuszący. Chyba z sentymentu. Pierwsza wersja deseru Deluxe Creamy Mousse Amaretti Flavour with Cake Pieces rozkochała mnie w sobie i była jednym z pierwszych produktów na blogu. Po tym migdałowe ciastka amaretti i likier amaretto wydawały mi się czymś bardzo smakowitym. Pamiętam, jak podekscytowałam się zdobyciem Lindt Creation Amarettini, chyba jedyną tabliczką z tym dodatkiem, jaką jadłam. Ach, kiedy to było! Teraz już słabość do tego smaku mi przeszła, ale po latach jako wariant nadal wydaje się ciekawy. Pewnie dlatego, że rzadko pojawia się w czekoladach.
Zabrałam tę czekoladę na krótką trasę na Jaworzynę Kamienicką od razu jak w lutym odpuściły najgorsze mrozy. Ruszyłam z Łopusznej, Zarębka Niżnego zielonym szlakiem przez Polanę Wysznią i Kiczorę. Zdjęcia porobiłam na samej Polanie Jaworzyna Kamienicka. Chciałam podejść jeszcze kawałek do punktu, z którego jest ponoć widok na zbocza Kudłonia (?), ale czas trochę naglił, więc zaraz po sesji zdjęciowej zabrałam się za schodzenie (tylko razem szlakiem czarnym, równoległym do zielonego).

Vanini fondente 62% con biscotto al gusto di amaretto / dark chocolate 62% with amaretto taste biscuit to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru, z prowincji Bagua z kawałkami ciastek amaretto.

Po otwarciu rozszedł się zapach olejku migdałowego z echem bezalkoholowego amaretto i czekolady o mocno palonym, ale łagodnie gorzkim, w zasadzie jedynie gorzkawym charakterze z delikatnym wątkiem czerwonych owoców. Jej dość wysoka - ale nie przesadzona - słodycz kojarzyła mi się z.... marcepanowym budyniem? I miała w sobie coś z waniliowej lukro-polewy (na marcepanie?).
Co ciekawe, gdy otworzyłam ją w górach, a więc w chłodzie, sama olejkowość migdałowo-amaretto-marcepanowy była nieco mniej istotna względem innych nut niż gdy weryfikowałam odczucia w domu, w temp. pokojowej.

W dotyku tabliczka wydała mi się kremowa, ale bez wątpienia twarda. Podczas łamania słychać było przeciętnie głośne trzaski, jako że i twardość stała na średnim poziomie. Choć wyglądało na to, że ciastek dodano średnią ilość, w trakcie jedzenia okazało się, że było ich sporo. Łamały się wraz z czekoladą, a w przekroju wyglądały na pustawe. Dało się zrobić kęsa bez nich.
W ustach czekolada rozpływała się maziście w tempie średnim. Okazała się średnio tłusta i dość kremowa, od czego jednak z czasem odciągały uwagę małe kawałki ciastek. Sprawiały wrażenie suchych, ale choć po większej ilości drapały, to nie kaleczyły podniebienia. Były twarde i trochę nasiąkały. W dziwny jednak sposób. Niby wilgotniały, ale nie wydawały się wilgotne, a już na pewno nie miękkie. Częściowo malały, i rozchodziły się na coraz drobniejsze kawałki w nieco ziarnisty sposób. Ogółem, choć konkretne, nie były zwarte, a pustawe w środku.
Gdy gryzłam je wcześniej, obok czekolady, były nieznacznie konkretniejsze od tych gryzionych na koniec. Różnic trzeba było się doszukiwać. To czekolada wychodziła gorzej, bardziej ulepkowo, w zestawieniu z nimi.
Pod koniec czekolada robiła się coraz bardziej wodnista, mimo podtrzymania mazistości, i znikała łatwo, zostawiając dodatek.
Ciastka gryzione na koniec wciąż były dość twarde, raczej suche i chrupiąco-rzężące. Rozpadały się pod naciskiem zębów w mączny pyłek. Kojarzyły się trochę z chrupkami zbożowymi, nie takimi typowymi ciastkowymi ciastkami.

W smaku zawsze od razu czuć słodycz o średniej mocy, o nieco mgliście waniliowym charakterze. Po chwili dołączał do niej akcent ciężko-soczysty i echo olejku migdałowego.
Czasem, gdy zahaczyłam zębem o dodatek, od razu zaznaczało się w niej echo nie tylko aromatu migdałowego, ale też mdłego ciastka.

Zaraz odezwała się jeszcze delikatna, gorzkość. W pierwszej chwili skojarzyła mi się z gorącym kakao - z kakao w proszku - waniliowym, a po chwili wyraźnie zrobiła się nieco poważniejsza, palona. Niby rosła, ale nieznacznie, jedynie do średniego poziomu. Przy niej zaznaczył się jakby bezalkoholowy, goryczkowaty likier amaretto, wzmocniony aromatem migdałowym. Czuć go nawet w kęsach bez ciastek.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, okazała się pobrzmiewać nieco nutą likieru z aromatu i olejku / aromatu migdałowo-marcepanowego, niezależnie od ciastek. W kęsach bez ciastek, ten motyw grał nieco mniej istotną rolę, ale był wyraźny tak czy inaczej.

Wyłaniające się ciastka w zasadzie niewiele wnosiły... Acz mam wrażenie, że mogły trochę przygłuszyć nuty owocowe i stawały na drodze skojarzenia z marcepanem.

Jednak nie zupełnie. Czerwone, ciężkie owoce z czasem się nasilały. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa byłam w stanie powiedzieć, że przewija się tam żurawina i czerwone jabłka. Może jakiś ciężki sos do dań wytrawnych? Kontrast z aromatem migdałowo-likierowym działał na ich niekorzyść.

Trochę ziołowa goryczka bazy podkreślała właśnie gorzkawość tychże, ale ogólnie nie osiągnęła wysokiego poziomu, bo i słodycz się w tym czasie rozwinęła.

Słodycz oparła się na wanilii, też raczej z aromatu. Gdy ciastka zaczynały się trochę częściowo rozpuszczać, wtłaczały właśnie jasno ciasteczkowy akcent. Bardzo delikatny, ale dał radę trochę uzasadnić aromaty amaretto (bez alkoholu) i migdałowy.

Ciastka gryzione obok czekolady były mniej wyraźne niż na koniec, ale czuć je całkiem nieźle: pszenne, lekko słodkie i z nutą powyższych aromatów. 

Z czasem w czekoladzie zioła przechodziły w niewyraźną kawę, a cierpkość i coraz bledsza soczystość przez moment jakby zgrały się z nią, by potem zrobić drobną aluzję do ziół pobrzmiewających cytrusami, a w końcu jednak schować się i przystać na kawowy smak.

Ciastka gryzione na koniec były wyrazistsze, ale nie jakoś szczególnie wyraziste. Wykazały się delikatnie pieczonym smakiem, dość wysoką słodyczą oraz lekką migdałową nutą. Czuć jej sztuczny, olejkowy charakter, wpisany w pszenność. Da się poznać, że nie ma w nich migdałów, jednak ciastka ogólnie smakowały tak delikatnie, że mogłabym się nabrać, iż odrobinkę dodano.

Po zjedzeniu został posmak aromatu / olejku marcepanowo-migdałowego, ale też cierpkawych czerwonych owoców, ziół i jakby cytrusowych ziół (?) z lekką paloną goryczką. Do tego czułam średnią słodycz, jakby nieco przygaszoną.

Czekolada zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, mimo że nie była spełnieniem marzeń. Przede wszystkim cieszę się, że nie była aż tak naaromatyzowana jak jej owocowe koleżanki. Mimo wszystko aromat czuć zawsze, niezależnie od ciastek. Te były przeciętne, nie jakoś szczególnie intensywne, ale uwierzę, że amaretti same w sobie mogą być właśnie takie łagodniejsze. Owocowy wątek sosu z żurawiny i czerwonych jabłek co prawda nie pasował do migdałowego wątku amaretti, ale nie pchał się na przód, więc nie przeszkadzał. Słodycz trzymała się średniego poziomu, jakby pilnowała się nawzajem z olejkiem. Gorzkości wolałabym więcej, ale wbrew pozorom ta bardzo delikatna jako tako i tak tu wyszła ok.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, ciasteczka amaretto (mąka kukurydziana, mąka ryżowa, fruktoza, olej kokosowy, skrobia kukurydziana, syrop glukozowo-fruktozowy, substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromat, sól, kukurydza, substancja zagęszczająca: guma guar), emulgator: lecytyna sojowa, naturalny aromat amaretto, ekstrakt waniliowy

czwartek, 6 sierpnia 2026

Witor's Harry Potter Chocolate Frogs Snack - Snack Cioccorane mleczna z kremem mlecznym i ciastkami kakaowymi

Odkąd dostałam te czekoladki od ojca, nie bardzo wiedziałam, co z nimi zrobić. Nie łudziłam się, że będą smaczne, więc było mi przykro, że dają logo HP na czymś takim. W dodatku żałowałam, że trafiły do mnie teraz, kiedy ogólnie nie lubię już takich słodyczy, a nie parę lat temu, kiedy cieszyły mnie takie klimaty i kiedy lubiłam ówczesną nowość, Milkę Oreo 100 g (2015), a która po paru latach (w 2018) się zepsuła.
Szkoda było mi poświęcać na ten twór dnia w domu, który mogłabym przeznaczyć na pyszną czekoladę degustacyjną. W góry? Właśnie że w górach czekolady nadziewane się nie sprawdzają. Uważam je za delikatne, boję się, że się rozcisną, latem popłyną. Jako że była zima, to ostatnie odpadało. I dlatego też zaczęłam rozważać, czy by nie zabrać tych czekoladek w góry. W końcu uznałam, że mogę zrobić wyjątek. Może nawet miałam się na trochę w nie wciągnąć sentymentalnie? Na jakiś krótszy szlak, nawet gdyby miały być porażką, nie powinno to być problemem. Stanęło na tym, że czekolada ruszyła ze mną w Beskid Sądecki, z Barcic przez Pod Garbem na Makowicę. Jako że to zalesiony szczyt bez widoków, opakowanie otworzyłam parędziesiąt metrów za szczytem, na polance, z której jakieś szczyty w oddali, za chmurami było widać.


Witor's Harry Potter Chocolate Frogs Snack - Snack Cioccorane to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao nadziewana mlecznym kremem z kakaowymi ciasteczkami, w formie małych batoników / czekoladek; na licencji Warner Bros.
Opakowanie zawiera 8 sztuk po 25g.

Po otwarciu rozszedł się nieprzyjemnie plastikowy i cukrowo słodki, a zarazem mocno mleczny zapach, który od razu kojarzył się z czekoladkami dla dzieci, w których pod przesłodzoną czekoladą kryje się równie przesłodzone nadzienie mleczne. Takie, w którym jest za dużo waniliny. Gdy wąchałam spód, mogłam z łatwością stwierdzić też obecność mleka w proszku. Kakaowe ciastka prawie się ukrywały. Czegoś można było się doszukać, skupiając się na wąchaniu spodu, a po przełamaniu ewidentnie lekko zaznaczały swoją obecność.

Oddzielnie pakowane w papierki czekoladki były o wiele cieńsze i szersze niż czekoladki Kinder Chocolate, ale zbliżonej długości.
Zdziwiła mnie skąpa ilość jasnej czekolady mlecznej na spodzie. Tam aż przebijało się mleczne nadzienie z ciasteczkami.
W dotyku czekoladki zdradzały tłustość, plastikowość i wydawały się delikatne. Miałam wrażenie, że zaraz zaczną topić się w palcach. Przy łamaniu nie trzaskały, gdyż były wręcz miękkawe. Mimo to sprawiały wrażenie nieco... kruchych?
Nadzienie stanowiło dość grubą warstwę względem bardzo cienkiej czekolady. Urozmaicały je małe, średnie i całkiem spore kawałki kakaowych ciastek. Jak potwierdziło się w trakcie jedzenia, dodano ich mało i to głównie w wypukłych żabach (tam osiadły średniej i sporej wielkości kawałki). Zdarzało się sporo kęsów bez nich lub z malutkimi ciasteczkami (wokół żabek).
W ustach czekolada rozpływała się niby sprawnie, ale jakby trochę ociągając się. Była mazista i trochę oleiście-kremowo tłusta. Miękła w zasadzie natychmiast i zaraz ujawniała wnętrze.
Krem rozpływał się spójnie z czekoladą. Miękł jeszcze bardziej i łatwiej od niej, wykazując też znacznie silniejszą, jeszcze bardziej oleista tłustość. Był idealnie gładki (nie licząc kawałków ciastek).
Tłustość trochę przełamywały kawałki ciastek, które wyłaniały się z czasem. Ciastka wystąpiły w formie małych i średnich kawałków. Dodano ich nie za wiele, raczej średnią ilość, miejscami zaś mało, dosłownie pojedyncze kawałeczki. Początkowo krótko były twarde i suche. Poniekąd nasiąkały i rozpuszczały się, ale całkiem sporo zostawało ich też na koniec.
Gryzione wcześniej były bardziej chrupiące, konkretne, ale nie bardzo twarde.
Ja wolałam zostawiać ciastka na koniec. Wtedy były nieco delikatniejsze, wciąż trochę rzężąco-chrupiące, ale zarazem pod naporem zębów rozchodzące się na ciasteczkowy pyłek.

W smaku czekolada najpierw uderzyła przede wszystkim plastikiem, a zaraz jeszcze cukrową, wysoką słodyczą. Wraz z plastikiem utworzyły dominujący, mocny, zgrany duet. Plastikowy motyw podkręcała pobrzmiewająca wanilina.

Po chwili ruszyło też wyraziste mleko, które prawie doścignęło słodki plastik. Musiało się jednak jakoś podzielić miejscem ze słodyczą i plastikową nutą, więc nie udało mu się z nimi wygrać. A one bardzo szybko w dodatku aż drapały w gardle.

Czekolada spróbowana osobno okazała się nie dość, że okrutnie przesłodzona, to też plastikowa w stopniu wręcz przerażającym, czyli to nadzienie tak podkreślało mleko.

Czasem kakaowe ciastka dość szybko zaznaczały swoją obecność lekką cierpkością.

Motyw mleka rozkręciło nadzienie. Wydawało się wręcz śmietankowe, mimo że zaraz i ono okazało się przesadnie, męcząco przesłodzone. Okazało się jeszcze bardziej niż czekolada wanilinowe, a jednak... trochę rozgoniło plastikowy wydźwięk. Przybrało wręcz uroczy wydźwięk, typowy dla czekoladek dla dzieci.

Nadzienie spróbowane osobno natychmiast zaczynało drapać w gardle, zasładzając zupełnie. Wtedy też wyraźnie czułam motyw słodzonego mleka skondensowanego z tubki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa krem również, jak czekolada, zaczął wydawać się coraz bardziej tani, ale nie jakoś tragicznie. Zahaczał bowiem także trochę o przecukrzone mleczko z tubki. Wtedy jednak ciastka odgrywały coraz ważniejszą rolę. Nie musiałam ich rozgryźć, by je poczuć. Wplotły delikatnie cierpki, trochę przypalony motyw.

Ogólnie kakaowe ciastka troch odciągały uwagę od cukrowości i tandety. Te jednak, choć przygłuszone, nie dawały o sobie zapomnieć.

Gdy z ciekawości raz czy drugi pogryzłam ciastka wcześniej, obok czekolady i kremu, nie wyszły szczególnie wyraźniej. Brakowało im siły przebicia, acz czuć ich kakaowo-przypalony smak.

Im jednak kremu i czekolady było mniej, ciastka wyłaniały się coraz bardziej, znaczyły coraz więcej i więcej. Rozbijały porażającą słodycz.

Gdy gryzłam ciastka, już trochę porozpuszczane, więc w zasadzie ciastka przechodzące w ciasteczkowy pyłek, na koniec okazały się bardziej wyraziste. One także były słodkie, nie jednak mocno. Dominowała w nich gorzkość kakao i przypalenia. Czasem przemykała mi w nich delikatna jakby słonawość. W ciemno powiedziałabym, że to nie Oreo, a coś bardziej... idącego w stronę oreowatych chrupek zbożowych?

Po zjedzeniu został posmak goryczkowatych, przypalonych ciastek z czarnym kakao oraz przesłodzenie w tanim stylu. Dusznego cukru i jakby mlecznie naaromatyzowanego plastiku. Czułam przesłodzenie w dużej mierze na poziomie gardła, w ustach trochę odpuściło dzięki ciastkom. Na ustach zaś czułam otłuszczenie.

Czekoladki były niskiej jakości, gdy chodzi o samą czekoladę i nadzienie. Plastikowa taniość i przecukrzenie wyszły tak, że w moim odczuciu bez sensu to jeść. Jedyne co, to ciastka okazały się przyjemnie i wyraźnie je czuć, acz też nie były idealne. Takie... jakby to były ciastka a'la Oreo zalatujące chrupkami zbożowymi. Plus, że nie miały problemy z przebiciem się przez bazę swym goryczkowatym, kakaowym smakiem. I tak jednak nie pomogło to w odbiorze. Ciastek było o wiele za mało - szkoda, że zatopiono je głównie po środku, w miejscu żabek i sporo kęsów było bez nich.

Zjadłam prawie jedną czekoladkę (w górach i trochę w domu) i to było moje maksimum. Zasłodziła i zatłuściła mnie kompletnie.

Mimo swej taniości, całość wyszła lepiej od Milki 100 g wersji od 2018 ze względu na wyraźnie wyczuwalne kakaowe ciastka a'la Oreo i mocno mleczny smak nadzienia, za czym pewnie stoi więcej mleka w składzie.
Niestety jej plastikowość i za mała ilość ciastek nie pozwoliły mi na wystawienie wyższej oceny. W zasadzie to przeciętne słodycze, ale uznałam, że muszę tę - powiedzmy czekoladę w formie czekoladek - jakoś wyróżnić, że jest lepsza od Milki. Myślę więc, że u fanów Milki Oreo ma większe szanse niż u mnie. Mnie trochę trudno to ocenić, bo zwyczajnie nie jestem grupą docelową. Obecnie nie lubię słodkich nadziewańców, a czekoladki dla dzieci tym bardziej mnie nie kręcą.

Resztę oddałam Mamie. Jej czekoladki bardzo smakowały. Dawno temu w 2015, jak ja, lubiła Milkę Oreo. O dziś prezentowanej powiedziała: "Taka zwykła, bardzo smaczna czekolada. Mocno mleczna, dużo jeszcze bardziej mlecznego nadzienia, a ciastka czuć wyraźnie. Mnie nie przeszkadzało, że nie dodano ich więcej, bo nie lubię Oreo, a te to powiedziałabym, że właśnie Oreo. Czekoladki słodkie, zwykłe, ale ja nie powiedziałabym, że jakieś tanie czy plastikowe. Ja bym im dała więcej niż 6".


ocena: 6/10
kupiłam: ojciec kupił w Dealz
cena: 12 zł (za 200g; jak wyżej, ale sprawdziłam)
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcze roślinne (olej kokosowy, olej z palmy kernel, palmowy w zmiennych proporcjach), odtłuszczone mleko w proszku 10%, tłuszcz kakaowy, kawałki ciastek 8,4% (mąka ryżowa, cukier, skrobia kukurydziana, olej palmowy, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu w proszku 0,9%: kakao, regulator kwasowości węglany sodu, węglany potasu; syrop glukozowy, sól, substancja zagęszczająca: guma guar; substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromaty), pełne mleko w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, miazga kakaowa, serwatka z mleka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; aromaty

wtorek, 16 czerwca 2026

Witor's Wizarding World Harry Potter White Chocolate Crunchy Cookies / Granella di Biscotto biała z ciastkami kakaowymi

Kiedy ojciec zaproponował, że kupi mi dziś przedstawiane czekoladę, byłam pewna, że to nadziewana. Wyobraziłam ją sobie jako podobną do Milka Oreo White Chocolate. Pamiętając Witor's Wizarding World Harry Potter Corvonero La Magia dei Cristalli Frizzanti, uznałam, że wezmę ją w góry, mimo że nie mam w zwyczaju brać tam nadziewanych (zbyt problematyczne i delikatne). Na krótko przed wyjazdem, gdy przepisywałam skład, tknęło mnie, że to chyba jednak nie nadziewaja. To wróżyło... chyba nieco lepiej? Tabliczki "cookies & cream" kiedyś lubiłam, więc może tak trochę sentymentalnie... Może miało być lepiej, niż myślałam? Ach, co ten Harry Potter ze mną robi, że się na takie rzeczy porywam!
Biorąc ją w góry, myślałam, że otworzę ją na Grzesiu, na którego weszłam ze Schroniska na Polanie Chochołowskiej żółtym szlakiem, ale warunki nie sprzyjały zdjęciom. Wyglądało za to, że chyba zaczynają się poprawiać. Nie poprawiły się jednak, a wręcz pogorszyły. Gdy szłam niebieskim na Rakoń, wiało i padało, a ludzie ostrzegali, że wyżej wieje jeszcze bardziej. Stąd uznałam, że lepiej nie czekać, bo zaraz w ogóle będzie padało tak, że rozmoczy mi czekoladę i wzięłam się za nią na Rakoniu, gdy padało nieco mniej. Wyglądało na to, że nie mam szczęścia do tej trasy, bo jak tak szłam parę lat temu, warunki były podobne.


Witor's Wizarding World Harry Potter White Chocolate Crunchy Cookies / Granella di Biscotto to biała czekolada z kawałkami ciastek kakaowych; na licencji Warner Bros.

Po otwarciu rozszedł się tanio-ciężki zapach białej czekolady, której w zasadzie bliżej do polewy niż czekolady. Na skojarzenie to grało głównie duszne mleko w proszku i echo kwasku. Słodycz męczyła nie siłą, bo w sumie byla przeciętnie wysoka jak na białą czekoladę, ale plastikowo-sztucznym wydźwiękiem. Za tym wszystkim po podziale, w trakcie jedzenia doszukałam się nutki kakaowych ciastek, ale tak słabej, że to mogło być myślenie życzeniowe.

Tabliczka, choć w dotyku bardzo tłusta, przy łamaniu okazała się twardawa. Ze względu na kawałki ciastek, wydawała się krucha, mimo że nie kruszyła się jakoś szczególnie. Całą wypełniał ogrom kawałków i kawałeczków ciastek, a do tego ciastka niemal zmielone na pył. Aż trudno zrobić kęsa bez nich, choć czyniąc to bardzo uważnie, po brzegach, dało się.
W ustach czekolada rozpływała się w średnio-szybkim tempie, tłusto w maślany sposób, zmieniając się w luźno-mazistą zawiesinę, która z czasem odsłaniała suche kawałki ciastek. Czekolada starała się pokazać jako gładka, ale chyba zaznaczyła się w niej pewna pylistość, umocniona kawałkami ciastek i ciastkami trochę podmielonymi. Odniosłam wrażenie, że dodano je bardzo integralnie, że niesamowicie trudno któreś wydłubać nożem (co próbowałam zrobić w domu). Kawałki ciastek nasiąkały powoli, częściowo rozpuszczały się na ziarnisty pyłek.
Ze dwa razy z ciekawości pogryzłam ciastka wcześniej, obok czekolady. Ta wydawała się wtedy bardziej ulepkowata, a ciastka - rozpadając się na ciasteczkowy proszek pod zębami - dały się poznać jako suche, twarde i krucho-chrupiące. Wolałam zostawiać je na koniec.
Czekolada znikała tłusto i maziście, a w ustach zostawało parę drobnych kawałków ciastek.
Ciastka na koniec trochę się porozpuszczały, lecz utrzymały suchość. Były krucho-twarde, pod naciskiem zębów rozchodzące się na ziarnisty pyłek i coraz mniejsze grudki.

W smaku czekolada od razu rozbrzmiała mlekiem w proszku, za którym zaznaczyła się słodycz. Wydała mi się ugodowa i początkowo dość niska. Dominowało mleko w proszku.

Mleko dziwnie naaromatyzowane? Stanęła za nim maślaność, która sprawiła, że baza miała w sobie coś z białej czekolady, jednak i tak o wiele bliżej jej do polewy. Taniej i wręcz trochę dziwnie landrynkowej?

Niegryzione ciastka długo trzymały się z tyłu. Czasem jednak - gdy się skumulowały - dodawały specyficzny akcent ciastek z czarnego kakao, a'la Oreo. A czasem prawie ich nie czuć. 

Odrobinka samej czekolady, jaką udało mi się oddzielić smakowała wyraźnie tanią, sztuczną polewą z mleka w proszku. Nie przesiąkła ciastkami.
Ciastka same w sobie - choć porządne wydłubanie graniczyło z cudem - i spróbowane osobno okazały się przyjemnie gorzko-palone i wyraźnie kakaowe, w ciemno powiedziałabym, że to Oreo.

Gdy z ciekawości pogryzłam ciastka obok czekolady, trochę rozganiały słodycz, ale sztuczność wciąż miała się dobrze. Za to ciastka wydawały się nijakie. Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mleko w proszku "popisało się" jeszcze niemal stęchłym akcentem, ale wtedy też zaczęły odwracać się proporcje. Słodycz zrobiła się za wysoka i męczyła ciężkim wydźwiękiem taniej białej czekolady lub polewy.

Słodycz aż mnie przytłoczyła, a także drapała w gardle. Tanio-ciężki motyw zapomniał o landrynkowości, ale nadal pałętało się tam sztuczne - jakby sztucznego mleka? - echo.

Bliżej końca z toni tandetnej białej czekolady zaczęły wyłaniając się lekko gorzkawe ciastka.

Ciastka gryzione na koniec wyszły wyraźniej kakaowo, tak, jak ciastka typu Oreo, ale ostrożniej słodkie i czasem trochę mączne. Były lekko gorzkie w spalony sposób. Mimo że intensywne, nie dały rady całkiem zatrzeć śladu po czekoladzie.

W posmaku wróciło sztucznie landrynkowe mleko w proszku. Mieszało się z duszną, drapiącą w gardle słodyczą i motywem mocno wypieczonych ciastek z czarnym kakao. One niestety zajęły ostatnie miejsce.

Czekolada była kiepska, bardzo tanio-tandetna, z okrutną sztucznością, ale zawarła w sobie ciastka, które nadrabiały. To, jak nadawały charakter białej bazie, może wciągnąć. Uwierzę, że jak ktoś lubi Oreo i białe czekolady, bez trudu przymknie oko na tani wydźwięk. Ogół był bowiem względnie ciekawy i... w sumie wyszło to zaskakująco dobrze w tej swojej taniości. Fakt, że mnie nie chwyciła, ale doceniam. Zjadłam w końcu połowę, a resztę już wcisnęłam Mamie.

Opinia Mamy: "Ta czekolada smakowała tandetnie, jak to białe czekolady, więc mi nie smakowała. Ale bez skrajnych odczuć. Ciasteczka też mi nie pasowały, bo to ewidentnie były takie jak Oreo, a ich nie lubię. Było jednak świetnie je czuć. Ogólnie muszę przyznać, że ciekawa. Uwierzę więc, że jak ktoś lubi Oreo i białe czekolady, to mu bardzo posmakuje".

Trochę jak Hershey's Cookies 'n' Creme, ale w smaku jeszcze tandetniej sztuczna, ale do Witor's dodano ciastka znacznie mniejsze, co lepiej pracowało. Ciastka były zrobione podobnie co w ogólnie lepszej Dove cookies&creme.
O niebo lepsza niż Witor's Wizarding World Harry Potter Corvonero La Magia dei Cristalli Frizzanti, bo kakaowe ciastka starały się zabarwić, zwalczyć sztuczność, zaś strzelające cukierki z podlinkowanej, ją umacniały.


ocena: 6/10
kupiłam: ojciec kupił w Dealz
cena: 6 zł (za 40g; jak wyżej, ale sprawdziłam w internecie)
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, serwatka w proszku, pokruszone ciastka kakaowe 5% (mąka ryżowa, cukier, skrobia kukurydziana, olej palmowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 0,4%: kakao, regulatory kwasowości: wodorotlenek sodu, wodorotlenek amonu; syrop glukozowy, sól, substancja zagęszczająca: guma guar; substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromat), laktoza, emulgator: lecytyna sojowa; aromat

poniedziałek, 26 stycznia 2026

VC (Viral Concept) Dubai Style Filled with Pistachio & Kadayif biała z kremem pistacjowym i ciastem kadayif / kataifi

W Dniu Matki ojciec wysłał mi zdjęcie dziś przedstawianej czekolady, bo jego Partnerka dostała ją w prezencie i pomyśleli o mnie, czy będę chciała spróbować, to by nie otwierali, poczekali, aż zrobię zdjęcia i wezmę, ile chcę. Zrobiło mi się niezwykle miło, mimo że jestem bardzo sceptyczna do wszystkiego, co płynące na fali mody na dubajskie czekolady. A do tego trzyma mnie zniesmaczenie Germiyan Angel Hair Chocolate. A jednak... jedzona przeze mnie "dubajska" - Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache -  nie była taka typowa, bo z ciemną czekoladą. A typ zakłada, że ma być chyba mleczna lub biała. Faktycznie, ciemna była trochę za ciężka. Może więc warto spróbować jej takiej... bardziej typowej?

VC (Viral Concept) Dubai Style Filled with Pistachio & Kadayif to czekolada biała barwiona z nadzieniem pistacjowym z kawałkami pistacji oraz ciastem kadayif / kataifi; "dubajska".

Po otwarciu poczułam delikatny, nieprzesłodzony zapach jakby smażono-karmelizowanych - ale nie zupełnie na słodko? - ciastek i wafelków. Pomyślałam o  tłustych feuilletine, ale nie za bardzo cukrowych, a kierujących się w wytrawniejszą stronę. Czułam też pudrowo słodką, truskawkową nutę leciutko truskawkowych lodów mlecznych (bardziej gelato). W mocno palonych, niesłodkich waflach. Przewinęły się jeszcze duszne pianki marshmallow truskawkowe i słodkie chrupki kukurydziane o smaku truskawkowym (np. Flipsy). Po przełamaniu do wszystkich tych ciastkowo-waflowych nut doszła jeszcze orzechowość - może i pistacje? Acz w ciemno trudno byłoby je uchwycić.

Gruba tabliczka była ciężka i konkretnie-delikatna. Choć wyglądała na plastikowo-masywną, ani trochę nie była twarda. Gruba warstwa czekolady łamała się miękko, prawie rwała, a wnętrze zdecydowanie się rwało i wręcz ciągnęło. Nitki ciasta kataifi trochę się kruszyły i sypały wokół. Kiedy robiłam kęsa, czekolada wgniatała się w nadzienie, a zielonkawy krem mocno się spod niej wyciskał. 
Ciasto kataifi okazało się warstwą otuloną z obu stron kremem pistacjowym, w którym widać parę drobinek pistacji. Zatopiono w nim bowiem malusieńkie i małe kawałki oraz trochę wręcz kropeczek.
Acz bardzo, bardzo trudno wygrzebać sam krem, bo nitki ciastka bardzo się w niego wmieszało. 
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko. Była gęsta i tłusta w maślano-śmietankowy sposób, a także lepka. Zmieniała się gęsty, bagienkowaty krem. Ani śladu plastikowości czy ulepkowości. 
Nadzienia szybko wyłaniały się spod niej.
Rzadsze pistacjowe wykazywało plastyczną miękkość i oleistość. Rozpuszczało się dość szybko i zaraz znikało. Wyszło raczej gładko, choć i pylistość w nim poczułam. Urozmaicały je kawałki pistacji. Były małe i średnie, mieszały się w jedno z ciastem.
Ciasto kataifi dodało chrzęstu i konkretu. Było twardawe i nie rozpuszczało się. Starałam się gryźć je bokami, tak, by nie gryźć czekolady i kremu. Wówczas twardo, czasem wręcz kamiennie chrupało. Pistacje plątały się wśród nitek, odróżniając się od nich miękkością.
Całość zostawiała mocno otłuszczone usta.

W smaku czekolada przywitała się wysoką słodyczą i mocno mlecznym smakiem. Słodycz rosła dość szybko, dając się poznać jako trochę cukrowa. Mleko nie dało mu się jednak zagłuszyć. Było pełne i po chwili wzbogaciło się o śmietankę, a także... echo mleka truskawkowego. W tle przewinęła się nuta lodów śmietankowych, leciutko pobrzmiewających truskawkami.
Czekolada spróbowana osobno okazała się nieprzesiąknięta nadzieniem, lekko truskawkowa i szybko zasładzająca w cukrowy sposób. Nadzienie trochę tonowało jej słodycz.

Słodycz rosła, a ja pomyślałam jeszcze o piankach marshmallow lekko truskawkowych i... truskawkowych chrupkach kukurydzianych (dokładniej Flipsach)? Nadzienie po chwili zaczęło dołączać do czekolady, nie zagłuszając jej. Do samego końca miała sporo do powiedzenia.

Krem pistacjowy kontynuował mleczno-śmietankowy wątek. On jednak trochę rozbił tę mocną mleczność bardziej oleiście-nijakim, wręcz trochę wodnistym smakiem. Był średnio słodki, jednak wyraźnie czuć jego cukrową naturą. Znacząco dosładzała go czekolada, pod którą chwilami zdawał się podpinać. Pistacje delikatnie z niego pobrzmiewały. Wyszły naturalnie, ale bardzo stłamszono. Do tego stopnia, że można by zapomnieć, że tam są.
Gdy spróbowałam kremu osobno, był średnio słodki, mleczno-oleisty i mało pistacjowy, że aż trzeba się tego smaku doszukiwać.
Wyłaniające się pistacje leciuteńko podkręcały pistacjowość, ale w całokształcie nie były najlepiej wyczuwalne. Ogólnie krem szybko się zatracał w duecie czekolady i ciasta.

Ciasto kataifi po chwili bardzo podkręcało skojarzenie z truskawkowymi chrupkami kukurydzianymi, a po chwili ogólnie z chrupkami. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nawet niegryzione umacniało się i trochę rozganiało smak kremu i czekolady. Niegryzione jednak nie było zbyt wyraziste.

Kremu i czekolady jednak robiło się szybko coraz mniej i trudno powstrzymać się od gryzienia.
Ciasto gryzione, czy to obok czekolady razem z kremem, czy już bliżej końca, jak te prawie znikały wyszło jak niesłodkie, wytrawniejsze wafle duńskie do lodów. Z dziwnie wyciętą cukrowością. Gdy spróbowałam go osobno, wyszło niczym wytrawno-neutralna, mocno przypieczono-wysmażona wersja wafelków feuilletine. Było to trochę ciastowe, ale w sposób neutralny.
Gryzione wcześniej pistacje gubiły się w cieście i cukrowości.

To krem i czekolada dodawały całości słodyczy. Kontrast ten wyszedł dziwnie. Mdłość oleju, cukrowość i pudrowe truskawkowe echo czekolady kontrastowo splatały się i kłóciły ze sobą. Końcowo, mimo że smak był w sumie też wytrawny, cukrowość trochę drapała w gardle. Truskawkowe echo prawie zniknęło, a do końca pobrzmiewająca czekolada poszła bardziej w cukrowo-śmietankowym kierunku. Jej smak wyraźnie długo się utrzymywał.

Ciasto gryzione na koniec smakowało bardziej wytrawnym, przesmażono-wypieczonym wafelkiem i robiło drobne aluzje do przypalonej skórki chleba. Na koniec, gdy zostało same, kojarzyło mi się jeszcze z przypalonymi orzechami i niesłonymi paluszkami pszennymi.
Gryzione na koniec pistacje wyszły trochę pistacjowo, ale łagodnie. Łatwo, by zgubiły się wśród ciasta, ale tu już wyraźniej się wyłaniały.

Po zjedzeniu został posmak wytrawnych, wysmażono-wypieczonych waflo-chrupek (?) oraz cukrowość aż drapiąca w gardle. Czułam też nutę oleju i nijakość, mdłość, dziwnie mieszającą się z pudrowo truskawkowym, z kolei słodziusim echem.

Dziś przedstawiana tabliczka była bardzo uboga w pistacjowy smak, za to słodka i śmietankowa. Niestety też trochę oleista. Biała, śmietankowa i nieprzesłodzona, ale słodka wyraźnie czekolada na równych prawach rozbrzmiewała z ciastem, które... kompletnie mi nie pasowało. Wytrawnie-smażone i dziwne. Struktura bardzo nie w moim guście: za miękko, za rozlazło, za tłusto.
Ta tabliczka wydaje się jednak w miarę porządnie zrobioną dubajską czekoladą, bez taniości i tandety. Okazała się więc pozytywnym zaskoczeniem, bo nastawiłam się na paskudztwo, a była w zasadzie... całkiem w porządku jak na to, czym miała być. Gdyby pistacje były w niej wyraźniejsze, mogłaby i 6 zdobyć. A jako że 1 z dwóch warunkujących dubajkość rzeczy uciekła, no to jest średnio. Acz nie obrzydliwie. Jestem pod wrażeniem, że takie składniki mnie nie obrzydziły.

Gdy tak pomyślałam o Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache, to muszę przyznać, że biała czekolada mniej przytłacza tego typu nadzienia i bardziej pasuje. Z kolei gdy pomyślałam o Germiyan Angel Hair Chocolate, echo truskawek dziś przedstawianej zostało o wiele lepiej zrobione, bo ze względu na delikatność, nie raziło sztucznością.

Otrzymałam jeden pasek, ale zjadłam ledwo pół i drugie oddałam Mamie. Jej opinia: "Jestem pozytywnie zaskoczona. Jak na coś takiego... nastawiłam się na coś złego, a ona nawet niezła była. Nie niesmaczna. Do tego nadzienia jednak chyba bardziej mleczna by pasowała i wtedy byłaby ok. Tak słodko, pistacji nie czuć, ale jakoś to wyszło... nieobrzydliwie, o wiele lepiej niż ta z anielskimi włosami*".
*Mama miała na myśli Germiyan Angel Hair Chocolate.


ocena: 5/10
kupiłam: poczęstowałam się (ale czekolada kupiona w Żabce - widziałam w gazetce)
cena: - (jak wyżej: cena to 19,99 zł)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada biała (50%: cukier, tłuszcz kakaowy 24,6%, pełne mleko w proszku 14%, demineralizowana serwatka w proszku,, laktoza, koncentraty roślinne: krokosz barwierski, rzodkiewka; lecytyna słonecznikowa), kremowe nadzienie pistacjowe (37,5%: cukier, pistacje 29,5%, oleje roślinne: słonecznikowy i bawełniany; odtłuszczone mleko w proszku, demineralizowana serwatka w proszku, lecytyna sojowa, aromat, sól, barwniki: E141, E100), ciasto kataifi / kadayif (12,5%: mąka pszenna, olej słonecznikowy, sól)

niedziela, 21 grudnia 2025

Vanini Tasting Experience Double Cheesecake All'Amarena biała z wiśniami i ciastkami oraz mleczna

Tę czekoladę wzięłam w Beskid Niski w niezbyt widokowe, acz ciekawe miejsce: Kozie Żebro. Wybór miejsca jednak doceniłam w trakcie zdjęć. Otóż odkąd ruszyłam zielonym szlakiem z Wysowej-Zdroju, od rana lało. Jako że Kozie Żebro to niewysoki szczyt z kamieniami w lesie, mogłam spokojnie porobić zdjęcia, bo miałam naturalną osłonę od deszczu. Potem poszłam na klimatyczną Rotundę i dalej... ale, ale! Najpierw jeszcze o czekoladzie. Skąd takie dziwo u mnie? Z trochę chaotycznych zakupów z ojcem. Wybierałam czekolady z włoskiego rzutu - chyba na urodziny marketu - i było mnóstwo cen z krótkimi opisami. Jakoś gdy przeglądałam opisy mnóstwa tabliczek, odrzucając białe i mleczne, w końcu zostałam z mylnym wyobrażeniem, że ta jest ciemno-mleczna czy ciemno-biała. W domu miałam więc małą niespodziankę, co ja wzięłam... Bo zupełnie nie przemawia do mnie takie przesadne łączenie elementów. Nie mam pojęcia, co ta tabliczka ma mieć wspólnego z sernikiem... Ale jest i plus! Wszak dodano do niej ciekawy owoc, tzw. czarną wiśnię, czyli czeremchę amerykańską. Oczywiście nie liczyłam, że poczuję jej specyfikę, ale dobrze sobie przypomnieć o jej istnieniu (kiedyś w Stanach dziwiły mnie "wielkie i czarne... czereśnie? bo nie wiśnie!"). W recenzji będę raczej pisać skrótowo "wiśnie" od "wiśnie czarne", jako że i tak nie czuć ich specyfiki (a specyfika jest, ale taka jak w przypadku różnych, ale podobnych odmian czereśni czy wiśni).

Vanini Tasting Experience Double Cheesecake All'Amarena Cioccolato Bainco Con Amarena in Pezzi E Granella Di Biscotto & Cioccolato Al Latte to (50%) biała czekolada z kawałkami czarnej wiśni (czeremchy amerykańskiej) i pokruszonymi ciasteczkami oraz (50%) czekolada mleczna o zawartości 32 % kakao jako warstwa na spodzie.

Po otwarciu poczułam bardzo słodki zapach ciastek cynamonowych, mieszających się z maślaną, ciężko słodką czekoladą białą. Trzymało się jej lekkie tanie echo. Czułam też słodką śmietankę i wanilię, a także wyraźnie czekoladę mleczną - oczywiście wyraźniej, gdy nachylałam się nad spodem. Miała bardzo cukrowy charakter i to ona poniekąd dokładała się do skojarzenia z cynamonem. Przez to wszystko przemykały też kwaskawe, niezbyt jednoznacznie, ale chyba do rozpoznania wiśniowe wtrącenia.

Tabliczka w dotyku wydała mi się trochę plastelinowa, ale nie jakoś szczególnie tłusta, mimo że na taką wyglądała. Przy łamaniu twardawo-konkretna, ale bez trzasku. Miejscami wyglądało na to, że jest więcej białej, miejscami, że brązowej. Czyli ogólnie pewnie się wyrównało.
Warstwy dało się rozdzielić przy pomocy zębów lub łatwiej przy pomocy noża. O wiele trudniej wyłuskać fragment białej bez dodatków.
W ustach całość rozpływała się w średnim tempie, maziście. Czekolady rozpływały się mniej więcej w tym samym tempie, acz po kolei.
Część brązowa wykazywała niemal idealną gładkość. Miękła i roztaczała wszędzie maziste smugi, trzymając bazowy kształt. Była gęsta, ale nie zbita. Do tego dość tłusta i kremowa. 
Biała także miękła kremowo, ale odróżniała ją lekka pylistość i niższa gęstość. Jej zbitość trochę rozbijały dodatki, więc i jej nie odebrałam jako zbitą.
Wydawało się, że dodatków zatopiono mnóstwo, ale to za sprawą podrobienia. Wiśnie wystąpiły w postaci głównie skórek: malutkich, małych i mało-średnich, a ciastka w postaci niewielkich kawałków. Wiśnie przeważały do tego stopnia, że trudno o kęs bez nich. Bez ciastek kęsy zdarzały się dość często. 
Gryzione wcześniej ciastka były sucho-kruche, rozpadały się na pyliście-mączne grudki i pyłek. Częściowo rozpuszczały się wraz z czekoladami.
Wiśnie zaś najpierw jawiły się jako twardawe, ale delikatne skórki. Czasem trochę trzeszczały prawie chrupko. Wolałam je zostawiać na koniec.
Ciastka gryzione na koniec zachowały kruchą twardawość, ale i minimalnie nasiąkały. Nie zaburzyło to jednak rozchodzenia się na drobinki i mączny pyłek.
Wiśnie niewiele się zmieniły. Do końca były głównie cienkimi, twardawymi i delikatnymi zarazem skórkami. Rzadko trafiałam na bardziej miąższyste, soczyste kawałki.

W smaku pierwsza pokazała się mleczna czekolada ze swoją jawnie cukrową słodyczą. Po chwili doszło do tego intensywne, pełne mleko i odrobinka wanilii. Szybko dała się poznać jako za słodka.

Do mlecznej czekolady po chwili dołączyła biała. I tak jednak przez mniej więcej połowę dominowała mleczna, a biała dopiero po niej bardziej wchodziła do gry i wysuwała się na przód.

Gdy próbowałam osobno, odbierałam je gorzej. Obie części zyskiwały w połączeniu.

Gdy oddzieliłam kawałek mlecznej, by spróbować jej osobno, potwierdziła się jej cukrowa słodycz i wszystko to, co czułam, jedząc wszystko razem - acz wyraźniej. Słodycz, mimo pewnego ciepła, denerwowała zagłuszaniem mleczności.

Z czasem mleczna czekolada przejawiała pewne ciepło, przechodzące w złudną korzenność. To podkreśliła w niej biała warstwa. Jednocześnie słodycz rosła tak, że mleczność części brązowej aż się chwilami zatracała.

A może wyszła tak licho przy bardziej mleczno-śmietankowej białej? Motyw mleka i śmietanki miał ewidentnie białoczekoladowe pochodzenie. W kęsach, gdzie było mniej wiśni, gdzie prawie się kryły, przemykały mi myśli o czekoladkach Kinder. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa to biała wysuwała się na prowadzenie. Podwyższała słodycz, umacniała motyw śmietanki, zmieszanej z masłem w typowy, specyficznie dla białych czekolad ciężki sposób. Ją jednak raz po raz po pewnym czasie przeplatał smak dodatków.

Biała spróbowania osobno zasładzała szybciej, a do tego wyłaniał się z niej motyw taniości ciężkich białych czekolad - uwagę kierowały na niego dodatki, zwłaszcza kwaśne wiśnie.

Dodatki odzywały się raczej po dość długim czasie - to jedno było dość stałe. Tak to zapewniały bardzo różne odczucia. Nie musiałam ich gryźć, by dobrze je poczuć.
Raz trzeba było czekać na nie długo, raz odzywały się jeszcze, gdy to mleczna rządziła. Nie doszukałam się tu żadnej zasady. Czasem wiśnie ledwo pobrzmiewały, czasem przebijały wszystko kwaskiem.

Chwilami ciastka mieszając się z mleczną czekoladą sprawiały, że można by się upierać, że to ciasteczkowo-korzenna tabliczka.

Dodatki gryzione obok czekolady zaskoczyły mnie jednak tym, jak mało wyraziste się okazały. Ciastka wyszły mącznie-nijako, a wiśnie albo nijako, albo kwaśno-nijako.
Wołałam więc zostawiać je na koniec.

Mleczna czekolada znikała szybciej, a wtedy z białej i tak wyłamywała się tania nuta.

Dodatki gryzione na koniec smakowały sobą. Ogólnie wśród nich dominowały wiśnie, ciastek było mniej, a i smak miały łagodniejszy. Smakowo jednak nie ulegały wiśniom tak zupełnie. Czuć i je. Czasem nawet podszepnęły wiśniom słodycz.

Wiśnie przeważnie były delikatne, kwaskawe, ale dość często zbyt mało wiśniowe w smaku. Czasem bardziej nijakie, czasem kwaśniejsze. Rzadko soczyście kwaśne. Jawiły się bardziej niż ewidentnie wiśnie, to jako jakieś kwaskawe owoce, może i czerwone".

Ciastka gryzione na koniec były słodkie, ale nie jakoś zabójczo. Głównie czuć w nich pszenność. Ogólnie miały łagodny charakter. Wypieczono je lekko i trochę kojarzyły mi się z jasnym kruchym spodem ciasta lub niedopieczona kruszonką.

Posmak należał głównie do dodatków, a więc dużo zależało od tego, co na koniec zostało. Wiśniom łatwiej przychodziło dominowanie, ale i mączna, lekko podpieczona nuta miała się nieźle. Do tego dość wysoka słodycz raczej białej czekolady, jej ciężkość. Mleczna odchodziła w zapomnienie.

Czekolada może i ciekawa, na pewno niecodzienna, jednak... taka bez polotu, jakby z przypadkowo połączonymi składnikami. Bez większych wad, ale i bez czegoś konkretnego do chwalenia. Nie wiem jednak, co ona ma niby wspólnego z sernikiem.

Zjadłam ogólnie 8 kostek, czyli nawet nie 1/3 - większość w górach, trochę w domu by zweryfikować.
Mama próbowała kończyć, ale i ona sobie darowała. Jak to opisała: "Niesmaczna i tyle. Strasznie namieszana, te wiśnie jakieś takie malutkie, że w ogóle prawie nie czuć, że to wiśnie, a tylko jakaś kwaśność na koniec wyłazi. I to taka kwaśność niepozytywna, niepasująca; kwachowatość. Ciastka, no, sobie były i chrupały. Takie ot... Czekolada też przeciętna".


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 20,29 zł
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: biała czekolada z kawałkami czarnej wiśni i pokruszonymi ciasteczkami 50% [tłuszcz kakaowy, cukier, pełne mleko w proszku, pokruszone ciastka 4% (mąka kukurydziana, mąka ryżowa, cukier, olej kokosowy, skrobia kukurydziana, syrop glukozowo-fruktozowy, substancja spulchniająca: wodorowęglan sodu E500 ii; aromaty, sól, błonnik kukurydziany, substancja zagęszczająca: guma guar E 412), tłuszcz mleczny, liofilizowane kawałki czarnej wiśni 1,5%, emulgator: lecytyna sojowa, naturalny aromat, ekstrakt waniliowy], czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyna sojowa; ekstrakt waniliowy).

czwartek, 27 listopada 2025

Babayevsky Dark Chocolate with Ginger Biscuits ciemna 43,3 % z cynamonem, ciastkami korzennymi i kawałkami pomarańczowymi

Jakiś czas temu trafiłam w internecie na pięknie wyglądającą, rosyjską czekoladę. Była z wiewiórką na kartoniku, z orzechami laskowymi. Niestety bazę miała mleczną, więc nie w moim typie. Zainteresowałam się, czy są czekolady ciemne tej marki. Owszem, Babaevsky (najstarsza manufaktura  czekolady w Rosji) takowe robi, ale trudno je zdobyć. Sytuacja geopolityczna jak widać ma też na takie rzeczy ogromny wpływ (nie dziwne). Gdy udało mi się znaleźć te czekolady na eBayu, zdziwiłam się, na jak pomysłowe warianty trafiłam. Niestety, nie wszystkie akurat były dostępne - wybierałam, co akurat było. Traf chciał, że nie te najbardziej niecodzienne. Chooociaż... Dziś przedstawiana nie wydała mi się wariantem popularnym. No, dopóki się nie wczytałam, czym jest. Kupiłam ją jako ciemną z ciastkami korzennymi, więc trochę mnie zaskoczył jej realny skład. Może po prostu w Rosji trochę inaczej rozumieją "ciemną czekoladę"? A jednak, choć trafiło się coś mniej mojego niż myślałam, wciąż nie brzmiało źle. Chyba... Szkoda tylko, że niedługo przed nią jadłam Choceur Herbe Sahne / Śmietankowa Deserowa, na bardzo długo zaspakajając ochotę na czekolady śmietankowe. Wzięłam ja na Sip; na szlak, który z czynników niezależnych ode mnie bardzo długo odkładałam. Ruszyłam ze wsi Stankovany zielonym szlakiem do Podšíp. Tam przeszłam na żółty aż na szczyt. Ależ było stromo! W końcu jednak weszłam i mogłam napawać się wspaniałymi widokami. Oj, było warto się powspinać po niemal pionowym podejściu!


Babayevsky Dark Chocolate with Ginger Biscuits / БАБАЕВСКИЙ Шоколад темный с имбирным печеньем to ciemna czekolada o zawartości 43,3% kakao z cynamonem, ciastkami korzennymi / pierniczkami i kawałkami pomarańczowymi.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach mlecznej, trochę cukrowo słodkiej czekolady z mocno cynamonowymi ciastkami korzennymi. Za nimi zaznaczyła się leciutka cierpkość. Na tyle delikatna, że nawet trudno było ją nazwać jednoznacznie kakaową. Do tego czułam trochę nieokreślony motyw aromatu cytrusowego, echo czegoś niby pomarańczowego, ale niezupełnie. Słodycz całości stała na średnim poziomie.

Na spodzie średnio grubej, niezbyt ciemnej (ciemnawo mlecznej) tabliczki było widać średniej wielkości ciastka w kształcie kulek (jak się później okazało, połówek kulek). Kawałki pomarańczowe ukryły się, dopiero w trakcie jedzenia wyszło na jaw, iż znalazły się tam, gdzie nie było ciastek. Kawałki wystąpiły pod postacią małych kostek koloru prawie czarnego. Dodatków dodano optymalną ilość, prawie w równych proporcjach: kawałków pomarańczowych było mniej.
W trakcie jedzenia okazało się tylko, że dodatki rozmieszczono bardzo nierówno. Gdzie były ciastka, nie było kawałków pomarańczowych. A gdzie nie było ciastek, znalazły się kawałki pomarańczowe i to przeważnie po 2 czy nawet 3 obok siebie. Rzadko trafiało się obok i ciastko, i kawałek pomarańczowy. Były też miejsca pozbawione dodatków w ogóle.
Przy łamaniu czekolada trzaskała średnio głośno i krucho. Kruchego chrzęstu dodały jej ciastka, przeważnie łamiące się wraz z czekoladą.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Była mazista i proszkowa. Gęstość i tłustość stały na średnim poziomie. Czekolada dała się poznać jako kremowa i trochę zbita, nie spieszyła się z wypuszczenie z siebie dodatków.
Dodatkom pozwalam się rozpuszczać i trochę je podgryzałam jakiś czas po zniknięciu czekolady. 
Ciastka, gdy się pokazały, tylko w pierwszej chwili jawiły się jako suche. Szybko nasiąkały i rozpadały, częściowo rozpuszczały, rozbijając gęstawość bazy. Były konkretne i mączne, trochę pyliste. Rozpuszczały się wraz z bazą. Ciastka gryzione wcześniej obok czekolady zachowały konkret. Dały się poznać jako krucho-suche.
Kawałki pomarańczowe długo kryły się w czekoladowej masie, aż w końcu zaczynały wtłaczać niską, jakby lepką soczystość. Rozpuszczały się po bardzo, bardzo długim czasie. Gryzione wykazywały jędrność, a ich miękkość wyszła na przeciętnym poziomie. Przypominały galaretki-cukierki w czekoladzie. Bardzo kleiły się do zębów, ale porozgryzane szybciej się rozpuszczały.

W smaku czekolada najpierw mignęła niedookreśloną goryczką. Gorzkość spróbowała się zaznaczyć, ale coś jej nie wyszło. Pomyślałam o goryczkowatym motywie przerysowanego cynamonu, ale właśnie bardziej o tej goryczce i przerysowaniu niż samym cynamonie.

Słodycz wkroczyła wraz z mlekiem. Zahaczyła o cukier, wzrosła, ale trzymała się raczej średniego poziomu. Pokazała się, przygłuszyła goryczkę i spokojnie trwała.

Cynamon jednak ostał się, z tym że prawie bez goryczki. Czułam go zawsze, także w kęsach bez ciastek - smakowała nim sama baza.

W niektórych kęsach, niezależnie, czy trafiła się kostka pomarańczowa, czy nie, już w tym momencie zdarzyło się delikatnie zaznaczyć echu pomarańczy w wydaniu olejkowo-galaretkowym. Wprowadzała lekko sztuczne echo, które czasem dopadało i cynamon. Czekolada miejscami leciutko przesiąkła kawałkami pomarańczowymi.

Mleko nasiliło się, trzymając się słodyczy. Licha cierpkość z tła wraz z tym wyraźnym mlekiem przełożyła się na myśl o czekoladach typu Milka Dark Milk (ja jadłam Milka Dark Milk Salted Caramel), nie zaś o śmietankowych (jak założyłam, wczytawszy się w skład). Mleko nawet jak przez moment mrugnęło do śmietanki, smakowało głównie pełnym mlekiem.

Słodycz i cynamon rozchodzące się od ciastek, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa znacząco zabarwiły mleko. Niegryzione, rozpuszczające się ciastka wprowadziły motyw słodkich, pszennych ciastek cynamonowych. Wypieczonych słabo, za to raz czy drugi próbujących robić aluzje do ciastek zbożowych. Choć były wyraźnie korzenne, brak w nich pikanterii i goryczki.
Ciastka wchodziły na pierwszy plan, ale w poszanowaniu czekoladowej bazy, korzystając z niej jako z tła.

Chwilami cynamonowość bazy, zwłaszcza zestawiona z cynamonowymi ciastkami i pomarańczą, wydawała się przerysowana i aż gryząca. Nie jednak jakoś okrutnie.

Obok ciastek prężnie działały mleko i cukier, lecz po fali korzenności, cynamonu, trochę bardziej wychyliła się subtelna cierpkość kakao. Osłabiła trochę słodycz.
Zaraz jednak cukier zmieszał się z cynamonem i cierpkość znów czasem wydawała się jakaś mało kakaowa. Zaraz cynamon trochę rozgrzał język i gardło, odwracając uwagę od słodyczy; pochłaniając ją.

Kawałki pomarańczowe czuć wyraźnie głównie w kęsach z nimi, gdyż tabliczka specjalnie nimi nie przesiąkła. A nawet, gdy się trafiły, to bardzo długo nie dawały o sobie znać. W końcu jednak w cierpkość wprowadzały cytrusowość. Zdarzyło mi się pomyśleć o duecie pomarańczy i limonki, jednak gdy kostki wyłaniały się z czekolady, okazały się smakować niczym w miarę naturalna galaretka z nektaru lub napoju (nie soku!) pomarańczowego. Słodkiego, lekko kwaskawego i soczystego w specyficzny, dosłodzony sposób. Gdy kawałki pomarańczowe rozbrzmiewały w pełni, dominowały nad czekoladą i zupełnie odwracały uwagę od ciastek, gdy już jakimś cudem trafiły się obok.

Gdy po czekoladzie gryzłam kawałki pomarańczowe, wciąż w głowie miałam nektar czy napój (nie sok) pomarańczowy. Wkradł się w niego motyw lekkiego przerysowania. Jeszcze nie cukierkowość, ale w tym kierunku to zmierzało. Oprócz słodyczy i kwasku, pobrzmiewała w nich lekka, galaretkowa cierpkość.

Po zjedzeniu został posmak cynamonu i cytrusów, w które wkradło się lekkie przerysowanie. Gdy w kęsie akurat był kawałek pomarańczowy, bardzo mocno ostał się na koniec, prawie zagłuszając resztę. Wtedy pomarańcza pobrzmiewała goryczką i trochę sztucznością. Ogólnie zawsze czułam pewną sztuczność, jakiś aromat, ale nie bardzo mogłam uchwycić, czego dokładniej. Oprócz tego czuć cukier i bardzo niską cierpkość kakao. Z nią związała się goryczka, ale znów niedookreślona - nieszczególnie kakaowa.

Nie bardzo wiem, jak podsumować tę czekoladę. Wyszła jak trochę mniej zgrana, bardziej przerysowana i nie tak słodka Heidi WinterVenture Orange & Cinnamon, w której coś nie wyszło. Koniec końców, jej mleczność pasowała do ciastek cynamonowych i pomarańczy, poskromiła słodycz, jednak... tabliczka nie miała nic wspólnego z ciemnymi czekoladami, a jej tytuł brzmi ewidentnie: "ciemna". Za to oszukaństwo odjęłam cały punkt. Jak na mleczną, zaprezentowała się przyjemnie, bo jej słodycz była przystępna, a akcent kakao się pojawił. Gdy zaś chodzi o dodatki: świetnie zrobione pod względem struktury ciastka. Bardzo zgrane z bazą! Cudnie się rozpływały wraz z nią, tworząc harmonijną kompozycję, ale jak się chce, to można też gryźć i wtedy porządnie chrupią. Do pomarańczy mam bardzo mieszane uczucia. Nie zachwyciła mnie, ale pasowała. Mogła by być lepiej zrobiona, ale zła nie była. Jedyny większy zarzut to to, że co i rusz wkradało się przerysowanie w kwestii cynamonu i pomarańczy. Inny, trochę mniejszy, to byle jakie rozmieszczenie dodatków.

W górach poszła, w domu jak dojadałam resztę, by zweryfikować, też, choć mnie było za słodko. Nie moja bajka, lecz choć z wadami, zrobiona w porządku.


ocena: 6/10
kupiłam: eBay
cena: $48,66 za 3 różne tabliczki po 90g, łącznie z przesyłką
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku 11,6%, tłuszcz kakaowy, kawałki ciastek korzennych 8% (mąka pszenna, cukier, olej palmowy, imbir sproszkowany, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, mielony cynamon, sól morska, środek spulchniający: wodorowęglan sodu E500, wodorowęglan amonu E527; przeciwutleniacz, mieszanina tokoferoli E306, lecytyna sojowa), kawałki pomarańczowe (koncentrat soku jabłkowego, skoncentrowany sok pomarańczowy, gruszki, błonnik cytryn, środek żelujący: pektyna E440; regulator kwasowości: kwas cytrynowy E330, przetworzony olej palmowy, naturalny aromat pomarańczowy), lecytyna sojowa mniej niż 1%, E476 polirycynooleinian poliglicerolu, mielony cynamon, aromat cynamonu