poniedziałek, 1 czerwca 2015

Kinder Chocolate, Milkinis mleczna z nadzieniem mlecznym

Dzisiaj, 1-go czerwca, chciałabym przede wszystkim, życzyć dzieciom, tym dużym w szczególności, wszystkiego najlepszego, bo w końcu... w każdym z nas jest coś z dziecka. Ta recenzja po prostu musiała być adekwatna do okazji, co znaczy, że przed Wami swoje uroki odsłonią...
wszystkim znana Kinder Chocolate, znana także jako po prostu kinder czekolada, od ferrero i bliźniaczy twór od Milki - Milkinis



Kinder Chocolate to czekolada mleczna z nadzieniem mlecznym, które stanowi 60 % produktu. Składniki kakao to 13%, a mleka 33%.

Pozwolę sobie zacząć od klasyki, która jest dla mnie tak klasyczna, jak Tomb Raider 1 czy 2, w które to grałam godzinami na konsoli PS2, zajadając się właśnie mleczną czekoladą od ferrero. Chwila biegu przez jakiś teren, zapis stanu gry, czekoladka do buzi, dalszy bieg. Dzisiaj pozwoliłam sobie bardzo podobnie spędzić poranek, oczywiście zaraz po zakończeniu sesji zdjęciowej czekoladek. 


Kiedy tylko otworzyłam kartonik i wyjęłam z niego batoniki, poczułam czysty mleczno-czekoladowy zapach. Taki słodki, charakterystyczny, silnie delikatny. Odwinęłam pierwszy paluszek z papierka, a zapach nasilił się. 
Czekolada sama w sobie jest słodka, jednak nie smakuje jak cukier z dodatkiem brązowego barwnika, a słodka w sposób bardzo charakterystyczny i przyjemny. Takie, gęste słodziutkie kakao rozpuszczalne, zrobione na mleku, z nie całkiem gładką strukturą. Mleczność jest silnie zaakcentowana. Czekolada jest odrobinę tłustawa, ale to dodaje jej pewnej kremowości.
Czekolada rozpuszcza się dość szybko, tworząc gęstawą masę, a prawie natychmiast solówkę zaczyna grać mleczność. Otóż, docieramy do nadzienia mlecznego. Jest ono odrobinę tłuste, delikatne, ale zarazem także zbite i konkretne. Tak, jak sama czekolada jest bardzo słodkie. Przez pewien czas czuć jeszcze lekką kakaowość, która po chwili całkiem ustępuje, a pole do popisu zostaje oddane smakowi mleka. 
Skojarzył mi się z mlekiem w proszku, w smaku, jak i w konsystencji, gdyż jest ona nieco proszkowata, co wypada pozytywnie. To, wokół czego wszystko się skupia, to właśnie to pyszne nadzienie. Jest go bardzo dużo, o wiele więcej niż czekoladowej warstwy.
Całość jest bardzo, ale to bardzo słodka. Mimo to, zasadnicze smaki - mleka i czekolady - nie zostały zabite przez cukier. Powiem nawet tyle, że przez moment gdzieś jakby "mignęła" mi wanilia.

Czekoladzie (czekoladkom?) Kinder muszę oddać honor - po latach wydają się prawie tak samo pyszne. Doskonałe na "podróż do przeszłości", do dzieciństwa i lat młodzieńczych. Fakt, czekolada jest bardzo słodka, ale na szczęście nie dysponowałam opakowaniem 100-gramowym, więc z przesłodzenia całkowitego nie umrę. 
Przyznaję, że jestem trochę bezkrytyczna w tym przypadku, ale nie oczekujmy tu wytrawności. Liczy się to, że czekolada jest słodka i smaczna, a jeśli doda się do tego sentyment... 


ocena: 9/10
kupiłam: Tesco
cena: 2.39 zł
kaloryczność: 566 kcal / 100 g, batonik (12,5 g) - 71 kcal
czy kupię znów: pewnie tak

Aktualizacja z dnia 30.03.2018: Postanowiłam dopisać parę zdań na podstawie jednego "paluszka", nawet nie robiąc zdjęć, bo nie ma sensu. Po otwarciu poczułam zapach słodzonego mleka, bardzo mleczny i przesłodziaśny, dziecinnie czekoladowy. Topi się to już w palcach. W ustach okazało się tłuste w mazisto-lepiący sposób, a do tego bardzo proszkowe, wręcz chrzęszczące.

W smaku bardzo charakterystyczne. Oczywiście nad wszystkim dominuje słodycz, nie "waląca cukrem", a smakująca... mlecznie dziecinnie i, owszem, cukrowo, ale może wydać się urocza. Mi jednak przeszkadzała w niej sztucznawa nutka waniliny mocno podkreślona zaznaczającym się mlekiem w proszku. Czekolada była bowiem bardzo mleczna, nadzienie oczywiście to dziecinna, zasłodzona mleczność do potęgi, ale właśnie taka proszkowomleczna.

Smaczek dziecinności rzeczywiście wydał mi się "uroczo specyficzny", jednak nie wydaje mi się, by aż tak do odbiegało od innych produktów tego typu. Właściwie to ulepek z cukru i mleka w proszku, z uroczym posmakiem, ale i posmakiem sprawiającym, że trochę mnie rzeczywisty smak obrzydził.

Wspomnienia... przywołało, bo "klimacik" był, z tym że nie kupuję już jego uroku. Kubki smakowe są wrażliwsze na rzeczywistość niż na "klimat". Czy z "wyrosłam z kinderek" (i tak kilkanaście lat za późno)? Po prostu spojrzałam na nie realistycznie. Ocenę staram się wystawić obiektywnie w stosunku do ceny i tego, co rynek "w podobie" oferuje. Pamiętam, że milkowe ewidentnie smakowały mi mniej, ale obecnie np. Milka Oreo smakuje mi o wiele bardziej. Wystawiłam jej 5 (rok 2018), więc na 2018 Kinderki mają 4, a więc poniżej przeciętnej.

ocena: 4/10
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, mleko pełne w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, wanilina), cukier, mleko odtłuszczone w proszku 18%, olej palmowy, masło odwodnione, lecytyna sojowa, wanilina

---------------------

Milkinis
A teraz, swoiste "świeże tchnienie". Dla mnie przynajmniej. Milkinis zawsze mijałam obojętnie, jednak ostatnio w mojej głowie narodził się pomysł na przypomnienie sobie kinderek, a przy okazji, czemuż by tych czekoladek nie porównać? Jestem po prostu ciekawa, co ma takiego do zaoferowania fioletowa krowa.


Otworzyłam i wyjęłam batoniki. Pociągnęłam nosem. Zapach był jakiś taki niewyraźny, więc czym prędzej odwinęłam pierwszy paluszek. Powąchałam. Zapach czekoladowo-śmietankowy. Zupełnie inny niż w Kinder chocolate.
Dwie miniaturowe kosteczki (swoją drogą, kwadraciki podobają mi się bardziej niż wypukłości kinderek) czym prędzej powędrowały do paszczy.
Pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to dziwny posmak. Nie wiem do końca czego. Czekolada była słodka, bardzo tłusta i... na tym tyle. Naprawdę. Słodka i tłusta, a w dodatku nie było w niej specyficznej "milkowatości". W ogóle była mało "czekoladowa", bliżej jej do plastiku było.
Czekolady jest bardzo dużo, wydaje mi się, że mniej więcej tyle, ile białego nadzienia. Rozpuściła się jednak bardzo szybko, a trzeba Wam wiedzieć, że proces ten rozpoczął się już w momencie wzięcia batonika do ręki, a tym, co zaczęło się wybijać, było nadzienie. Smak... straszliwie słodki, zdecydowanie bardziej śmietankowy, niż mleczny. Element tłustości i plastikowy posmak znalazł się także w nim, nie tylko w czekoladzie.
Nadzienie było miękkie i tłusto-kremowe. Ta konsystencja nie do końca mi odpowiadała.
Milkinis całościowo jest słodko-słodkie, a także śmietankowo-czekoladowe. Mleczny posmak był może w samej czekoladzie, w nadzieniu - na pewno nie. Głównym składnikiem okazał się cukier, co uczyniło te czekoladki nijakimi.

Niby nie były fatalne, ale element plastikowości podbijał tu pewną obrzydliwość, która zniechęciła mnie do całości dość skutecznie.
Ani to Milka (naprawdę, jakieś to nawet niemilkowate), ani kinderki, chociaż fatalne nie było.
Dodatkowo - opakowanie jest mniejsze od Kinder czekolady 43,75 g) , co utwierdziło mnie w przekonaniu, jak zachłanna i skąpa jest fioletowa krowa.

Aktualizacja 30.03.2018: Nie robiłam do nich powrotu, ale gdy wystawiałam im w 2015 5/10, oceną wyjściową było 7/10 (założenie / motto: "z góry każdy słodycz jest smaczny"), obecnie do słodyczy podchodzę z wyjściową 5/10 ("średnia - wybije się czymś czy podpadnie?").


ocena: 5/10 (w skali zaktualizowanej byłoby to 3/10)
kupiłam: spożywczak
cena: 3 zł
kaloryczność: 585 kcal / 100 g, batonik (10.94 g) - 64 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej palmowy, serwatka w proszku, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, śmietanka w proszku 3%, pasta z orzechów laskowych, emulgatory: lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa; aromaty

33 komentarze:

  1. Oj kinder.. Jak ja tego dawno nie jadłam. Chyba już nawet nie pamiętam jak to smakuje. A milka?... No.. Wiadomo:)

    Wszystkiego najlepszego z okazji dnia dziecka! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kinderek zdecydowanie jest moim faorytem <3 Chociaż pamiętam, zę jak kiedyś, dawno temu jadłam milka, zapamiętałam tylko ''chrupkość'' czekolady.

    Wesołego dnia dziecka!

    OdpowiedzUsuń
  3. Słonecznego Dnia Dziecka :) U mnie od rana chmury i duchota, więc to nie rokuje udaną aurą na dzisiaj ...

    Kinder wiadomo pychotka. Te nowe pojedynczo pakowane jadłam ostatnio, bo kupując prezent siostrzencowi nie mogłam się oprzeć i wzięłam paczuszkę dla siebie :) Są urocze i pyszne.
    CO Milkinis to uważam że są ohydne ... raz się skusilam kupiłam ugryzłam i bez namysłu wrzuciłam tacie do pracowej teczki :D nie wiem jak można zrobić dla dzieci taki badziew i to za taką cenę o_O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie na to poluję. Widziałam w Tesco pakowane po 4 sztuki za 8 zł i nie wiedziałam, czy brać, czy nie. Teraz już wiem, że nie będzie to strata kasy.
      Co do Milkinis, hm... są gorsze rzeczy (np. jakieś czekoladki Hibbi), te to już w ogóle obrzydliwe były. Z tą różnicą, że tamte są o wiele tańsze...

      Usuń
    2. Tu to chyba każą sobie płacić za wypukłą krowę na każdej czekoladce :P

      Usuń
    3. Która w dodatku od razu prawie się wgniata, bo czekolada jak plastelina. :P

      Usuń
  4. Kinderki są nie do pobicia ;)

    Wszystkiego najlepszego i dużo słodkości :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak sobie czytam i stwierdzam, że zdecydowanie wolę smaki mojego obecnego życia, a nie dzieciństwa. Milkins kiedyś jadlam w formie tabliczki i to było straszne. Kurcze, lubie jeść te swoje dorosle czekolady ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak samo! Chociaż na kinderki dalej miewam czasem ochotę, ale przeważnie mi z nimi nie po drodze jakoś. :P

      Usuń
  6. Milkinis nie jadłam, a przynajmniej nie kojarzę, ale już na przykład jadłam Hibbi. O Jezu, to to dopiero było paskudne. A Kindery to taki smak dzieciństwa, który przez te wszystkie lata się nie zmienił. Tylko jak już na blogu Olgi pisałam, nie mogę patrzeć na twarz tego szwabskiego dzieciaka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, tak, ten dzieciak irytuje mnie, jak mało który. Swego czasu była jakaś linia z innymi twarzami dzieci i był taki gruby i piegowaty... no jakoś mnie do zakupu szczególnie nie zachęcił, haha.

      Usuń
  7. Moje zdanie znasz, mi smakują oba, choć każdy dostał 5 chi za coś innego. Posmak, który wyczułaś w Milkinis, ja nazwałam smakiem tanich waniliowych/śmietankowych lodów w cienkiej polewie czekoladowej. I mi to pasuje. Poza tym są ładniejsze od Kinderków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę przyznać, że to określenie jest doskonałe wręcz!

      Usuń
    2. kindeeeer <3 milkinsy są dla mnie obleśne przy kinderkach, ale same jakoś idą... więc zupełnie zgadzam się z recenzją ;) ja zestawiałam je jeszcze z alpen goldem i hippy czekoladkami... i przy kinder wszystkie się chowają :D wybaczcie... wiem mam zboczenie do kinder ^^

      Usuń
    3. A tam zaraz zboczenie... Hibbi (hippy?) były po prostu przeohydne. Poczęstowano mnie nimi daaawno temu, parę lat (?) i dalej mam jakiś uraz haha. Zwykłe mleczne waliły mi margaryną, cukrem i truskawką.

      Usuń
    4. trudno mi się nie zgodzić ;) najgorzej je wspominam, choć te z alpen golda też grzeszyły ^^

      Usuń
    5. Tych na szczęście nie jadłam.

      Usuń
  8. Tak sobie patrzę na te zdjęcia i niemalże czuję smak tych Kinderów w buzi. To jest taki banalny produkt, a przy tym tak fenomenalny, że jego Twórca powinien dostać Nobla naprawdę... Te czekoladki zjadałam w dzieciństwie na zmianę z jajkiem niespodzianką do znudzenia i nadal je kocham, choć już nie jem tak często. Milkinis nie próbowałam ale świetny miałaś pomysł z ich porównaniem! Jak następnym razem będę chciała kupić Kinderki to chwycę i za te drugie. Ciekawe, że niby taki sam produkt, a taka różnica w smaku! Wolę mleczny smak więc myślę, że jednak z podium Kinder nie zostanie strącony ale w Milce oddać muszę, że zdecydowanie bardziej podoba mi się sam batonik, bo w Kinderze właśnie denerwuje mnie to jak ten batonik jest podzielony. Na takie malusieńskie pięć prostokącików... Nie wiem nigdy czy jeść po jednym czy po dwa na jeden gryz. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja batonik miałam na dwa-trzy gryzy. :P Chociaż Milkę tak samo, bo już w palcach się rozpuszczała...

      A są jeszcze Hibbi, ale one w ogóle do niczego niepodobne, nawet na nie patrzeć nie mogę, fu. One miałyby naciągane 2, więc... nie polecam.

      Usuń
  9. Kinderki jem przynajmniej raz w tyg,ale z racji tego,że mam małe dziecko któremu goście zazwyczaj dają Kinderki:) dziś nie było inaczej . Tych drugich nie jadłam i chyba dobrze tylko tłoczenia kosteczek mi się bardzo podobają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dzielenie się słodyczami w rodzinie jakoś zawsze mi się podobało. Ja to mam przeważnie tylko to, co sama kupię, więc... A jak na coś niesmacznego trafię to tylko myślę "co z tym zrobić?"

      Usuń
  10. dla mnie Kinder czekolada zawsze wygrywa! To smak dzieciństwa, a takie smaki są najlepsze :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Dziękujemy, dziękujemy :*
    Kinderki zawsze będą nam się kojarzyły z dzieciństwem między innymi dlatego, że był to dla nas mega rarytas tylko i wyłącznie od święta :) Oj dawno już ich nie jadłyśmy ale zawsze miło by było takie czekoladki dostać niezależnie od wieku :D A te od Milki chyba kiedyś próbowałyśmy ale za żadne skarby nie możemy przypomnieć sobie ich smaku. Chyba po prostu tyłka nam nie urwały, że ich nie pamiętamy :P

    OdpowiedzUsuń
  12. Kinder zawsze u mnie na pierwszym miejscu, nie jestem w stanie nie zjeść całego opakowania na raz. Stąd te boczki pewnie :<

    Iris

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, całe szczęście, że są i te pojedyncze paluszki (maxi) - bezpieczniejsze! ;P

      Usuń
  13. Dwie rzeczy, których od dziecka nienawidzę i będę nienawidzić - Milka i Kinderki haha :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę nienawidziłaś Kinderek?! To co Ty dostawałaś jako prezenty do zjedzenia?! :P

      Usuń
  14. Kinderki to coś, do czego człowiek wraca po latach z wielką przyjemnością i uśmiechem na twarzy. Jako mały dzieciak wolałam zawsze te od Milki, bo są bardziej urocze :P

    OdpowiedzUsuń
  15. Kinderkom jestem wierna, to moja słabość i miłość i wszystkie inne w moim odczuciu są marnymi imitacjami. ;D

    OdpowiedzUsuń
  16. Wszystko dobrze, rozumiem sentyment, wspomnienia ... Ale po co w składzie ten olej palmowy? Przecież to wyrób dla dzieci i dawno powinni zastąpić go czym zdrowszym. Nie kupię moim wnukom, bo oleju palmowego powinno się unikać. A swoją drogą ciekawe czy na niemiecki rynek też wprowadzane są kinderki z olejem palmowym?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuszna decyzja.
      Producenta nie obchodzą konsumenci, tylko zysk, smutne. Ogólnie zauważyłam, że produkty dla dzieci mają gorszy skład (nawet np. ciastka maślane Leibniz Zoo mają gorszy od zwykłych), wszelkie serki (Mama zawsze się męczy, by sobie znaleźć jakiś waniliowy bez śmieci w składzie).

      Tak, na niemiecki też. Wystarczy spojrzeć na ich stronę (https://www.kinder.com/de/de/kinder-riegel).

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.