Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dick Taylor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dick Taylor. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 maja 2023

Dick Taylor 55 % Dark with Peanut Butter ciemna z Brazylii z masłem orzechowym

Ostatnio przestały mnie zupełnie kręcić kombinowane czekolady, czyli też wszelkie nadziewane i z dodatkami, jakieś ryzykowne i wymyślne itd. Do ostatnich robię się coraz bardziej sceptyczna, zwłaszcza po np. Raaka Tahini, w której to miałam nadzieję poczuć błogą chałwowość, a ta nuta... okazała się właściwie znikoma. Uwielbiam pasty orzechowe, ale akurat nie typowe "peanut butter", a więc kremy fistaszkowe posolone i posłodzone. Takie zostawiam Amerykanom. Czekolady z masłem orzechowym, które jadłam były bardzo różne, ale wszystkie łączy jedno. Były mleczne (i tradycyjnie, i ciemne mleczne). Dzisiaj opisywana to ciemny ewenement! Stąd naprawdę bardzo się ucieszyłam, gdy dostałam ją od The High Five Company. Sama bowiem bym jej nie kupiła (raczej nie kupuję czekolad w tej cenie innych niż czyste), a spróbować chciałam. Niestety jednak padło na markę, za którą nie szaleję. I trochę dziwił mnie skład, jako że w opisie producent zapewnił, że dodają masło orzechowe ze świeżo prażonych orzeszków. Liczyłam więc, że "mąka" (flour) oznacza po prostu "sproszkowane", a nie jest jakimś dziwem. A poza tym... miałam dobry punkt wyjściowy, bo znam już mniej więcej jej bazę, jako że jadłam już Dick Taylor Brazil Fazenda Camboa 75 % Dark Chocolate.

Dick Taylor 55 % Dark with Peanut Butter to ciemna czekolada o zawartości 55% kakao z Brazylii z masłem orzechowym z fistaszków (solonym i słodzonym).

Po otwarciu uderzył zapach mocno prażonych fistaszków, ale też soczystość. Łączyła nieoczywiste owoce, a dokładniej cytrusy i jakby wiśnio-śliwkę... może dżemy z nich? Jakby nasączające czarną, kwaskawą ziemię. Także słodyczy miodowo-karmelowej nie brakowało. Przy ziemi doszukałam się bardziej palono-dymnych akcentów, do głowy przyszedł mi też mokry asfalt i cała mieszanka orzechów. Także w orzechach odnotowałam dziwną soczystość. W arachidach... podkreśloną solą? Masło orzechowe za jego sprawą już w zapachu się pokazało i zabiegało o zajęcie pierwszego planu. Nasilało się z czasem, zwłaszcza po podziale, w trakcie degustacji. Kompozycja, wraz z samym masłem orzechowym, odznaczała się wysoką słodyczą.

Tłusta, acz sugerująca lekką pylistość tabliczka była twardawa, ale nie trzaskała specjalnie przy łamaniu. Jej średnio głośny trzask miał pogłos sugerujący miękkość. Była jakby utwardzonym kremem. 
W ustach rozpływała się w tempie wolno-umiarkowanym, gęsto. Zachowywała zbity kształt w zasadzie do końca. Miękła jednak prawie od razu, a potem jakby opływała idealnie gładkimi smugami. Sprawiała wrażenie bardzo pełnej, ale nie ciężkiej, mimo że tłustej. Czuć dodatek masło orzechowego, ale bardziej lekkiego, gładkiego. Wydawała się też lekko maślana w rozumieniu konwencjonalnego masła. Całość zawarła nawet leciutką soczystość.

W smaku od pierwszych sekund polała się słodycz pasty fistaszkowej i miodowego karmelu. Zawinęła się w tym lekka soczystość, a po chwili ujawniło wysokie prażenie. Czysta, słodziutka pasta fistaszkowa szybko za jego sprawą zmieniła się w masło orzechowe amerykańskiego typu. Zajęło pierwszy plan.

Słodycz popłynęła w kierunku karmelizowanego, palonego miodu kwiatowego. Odnotowałam lekką kwiatowość, jakby soczyste, egzotyczne kwiaty.

W tym czasie zarysowała się też lekka gorzkość. Częściowo fistaszkowa, przypominająca o skórkach arachidów, a częściowo wychylająca się zza nich, acz też orzechowa. Nagle pojawiły się orzechy włoskie i inne. Fistaszki jeszcze rozkręciły w sobie prażony aspekt, dominując zupełnie.

Masło orzechowe dowodziło, acz dopuszczając do siebie inne nutki, raz po raz przywiodło na myśl czekoladowe masło orzechowe. Myśl o nim pojawiała się, jednak większość obracała się wokół po prostu masła orzechowego, typowemu "peanut butter". Słodkawemu, z echem słoności. Słonawość, mimo że subtelna, chyba jeszcze podkręcała słodycz, która - ogólnie - wciąż rosła.

Na wszystkich możliwych płaszczyznach, bo przy soczystości mignęło domniemanie, jedynie aluzja do kwasku (ale nie kwasek). Jakoś tam wiązał się z prażeniem, ale wprowadził owoce... Żółte i egzotyczne? Pomyślałam o niemal miodowych bananach, ale też jakiś kojarzonych z kwaskiem (ale nie kwaśnych w tym przypadku)... Jakby mieszance wiśni i śliwek? Jednak w formie wręcz cukrowego dżemu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość nasączyła ziemię, a lekka gorzkość bardziej się rozwinęła. Orzechy włoskie niemal zrównały się z arachidowymi. Masło orzechowe przybrało na naturalnej maślaności, przywodzącej na myśl raczej czyste kremy 100% z orzechów. Orzechów ogólnie zaczęło się zbierać coraz więcej i więcej. Z łatwością mogłam wskazać wyrazistsze włoskie i tłustsze, aż oleiście-maślane brazylijskie. A w samym motywie masła orzechowego doszukałam się trochę cukrowości.

Z czasem i w orzechach zaplątała się kwaskawa (może nawet bardziej soczysta?) nutka, ale zaraz zatonęła w kremie orzechowym i ziemi. Ona nakręcała się z orzechami włoskimi. W pewnej chwili pomyślałam o asfalcie mokrym od deszczu. O asfaltowej dróżce otoczonej kwiatami. Kwiatami i krzewami dzikimi, z lekką pikanterią? Pikanterią miodu. Potem jednak i one zatonęły w toni masła orzechowego. Wróciło bowiem w pełni sił, za sprawą jednego czy dwóch bardziej słonawych przebłysków. Podkreślały silne prażenie.

Pod koniec było już bardzo, bardzo słodko, acz te co słodsze nuty karmelizowanego miodu, miodowych kwiatów i banana zmieszały się z intensywnym masłem orzechowym o lekkiej słodyczy i echu soli (bardziej sodowym, niż słonym?). Gorzkość była niska, że aż bardziej ciastowa (jak np. z brownie z masłem orzechowym) niż czekoladowa, podporządkowana maślanej arachidowości.

Po zjedzeniu został posmak masła orzechowego z mocno prażonych fistaszków, lekko kwaskawo owocowy (jakby splot żółtych, śliwek i jakiś cytrusów), ale też prażonych arachidów jako orzechy, z tłem z orzechów bardziej gorzkawych i różnych. Do tego sporo wysokiej słodyczy. Wydawała mi się bardzo soczysta i prawie w pełni miodowa (miodowo-kwiatowa?).

Całość była bardzo smaczna. Choć bardzo słodka od miodu i karmelowo-kwiatowo-owocowych akcentów, to nie przesłodzona. Nawet te mignięcia cukrowości jakoś nie irytowały. Niska gorzkość i tak dała radę zaserwować przyjemną ziemistość i orzechy włoskie, a i zgrała się z fistaszkami. Te chyba płynęły też z samej czekolady, acz ewidentnie masło orzechowe było gwoździem programu. Dominowało zupełnie, że aż chwilami było mało czekoladowo. Słone echo w pełni pasowało, jednak osobiście mam małe wątpliwości co do tak mocno prażonej nuty. To jedna z lepszych czekolad z masłem orzechowym, jakie jadłam. Udowodniła, że masło orzechowe świetnie pasuje też do ciemnej. Kupiło mnie wyeksponowanie masła orzechowego, a nie słodyczy, z kakaowym tłem.

Dało się w niej rozpoznać nuty orzechów włoskich i ziemi, miodowo-kwiatowo-owocowej słodyczy Dick Taylor Brazil Fazenda Camboa 75 % Dark Chocolate. Podlinkowana była oczywiście bardziej gorzka i miała pikantne oraz mocno kawowe nuty, ale już sama zawartość wiele tłumaczy, a jeszcze dodatek - wiadomo.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od The High Five Company
cena: jak wyżej (cena półkowa to  €9,13 za 57g)
kaloryczność: 571 kcal / 100g
czy znów kupię: nie (ale nie pogardziłabym, gdybym dostała)

Skład: kakao, cukier trzcinowy, proszek fistaszkowy (mąka z fistaszków, cukier, sól), tłuszcz kakaowy

wtorek, 11 kwietnia 2023

Dick Taylor Madagascar Sambirano 72 % Dark Chocolate ciemna z Madagaskaru

Gdy zamawiałam czekolady z The High Five Company już bardzo, bardzo się cieszyłam, że mogę to zrobić jakby z punktu właściciela sklepu, czyli wybrać czekolady dostępne na stronie jako te w całych pudłach - w liczbie sztuk: 1. Miałam też rabat. A gdy paczkę otworzyłam... radości nie było końca, bo znalazłam w niej cudowny, płócienny woreczek z gratisami. Była to m.in. ta tabliczka. Choć mam chłodny stosunek do tej marki, wiem, że jest droga i ceniona. Przez swoje nastawienie więc raczej za dużo jej nie kupuję - a tu proszę, trafiła się okazja spróbowania czegoś. Może miałam się przekonać? Bardzo dobrze wróżył fakt, że do produkcji tej tabliczki użyto kakao z plantacji Bertila Akessona, twórcy mojej kochanej Akesson's 75 % Criollo Cocoa Madagascar Ambolikapiky Plantation. Przy okazji dowiedziałam się, że właściciele marek się przyjaźnią. 

Dick Taylor Madagascar Sambirano 72 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao z Madagaskaru, z doliny Sambirano.

Po otwarciu poczułam słodycz pomarańczy i melasy, a w wyobraźni przeniosłam się wśród jesienne drzewa. Wyobraziłam sobie aleję z mnóstwem starych drzew, złotą za sprawą szeleszczących liści. Była w tym lekka ostrość. Podkradły się też pieczono-prażone nuty. To ciepło je przyciągnęło. Mieszały się ze słodyczą karmelo-miodu. Zmieniło to trochę wydźwięk melasy, na lżejszy (?). Wspomniane pomarańcze stały na czele mnóstwa cytrusów, odpowiadających za soczystość, a także podsunęły myśl o tostach: z dżemem z pomarańczy, ale też tostach z "melasowatym" miodem. Odnotowałam również nutkę kawy (może też ziemi?).

Tłusto-kremowa tabliczka była twarda, masywna i trzaskała głośno, jakby w pełny sposób. Jakby... była twardym (ale nie suchym!) kremem, po prostu.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym. Miękła i zalepiała trochę maziście, jak gęste, bardzo, bardzo maślane ciasto typu brownie wymieszane ze śmietanką. Cechowała ją doskonała gładkość. Było tłusto, niby też soczyście, ale zdecydowanie za tłusto. Soczystość rosła dopiero z czasem, by w końcu całość zniknęła właśnie bardziej rzadko, łącząc poczucie picia tłustego mleka z soczystością.

W smaku pierwsza rozbrzmiała słodycz należąca do soczystych pomarańczy oraz miodo-karmelu. Musiał to być jakiś ciemnawy miód, nieznany mi jednak. Z lekką goryczką.

Podobnie lekką goryczkę zawarła w sobie pomarańcza. Jej skórka jednak odegrała tylko rolę podkreślającą. Dominował słodki, soczysty owoc, miąższ. Przyciągał kwaśne przebłyski, które zaczęły się bardzo szybko. Na pewno czułam cytrynę, ale też słodko-kwaśne rodzynki. Pomarańcza w kompozycji zaś zajęła w tym czasie nadrzędną rolę.

Pojawiła się delikatna gorzkość. Oddawała drzewa, skąpane w jesiennym słońcu. Były ciepłe, wokół nich wirowały szeleszczące, aromatyczne i nawet lekko ostrawe liście.

A znacząco rosnąca słodycz w tym czasie jakby nieco się przypiekła. Miód... bardziej się skarmelizował, przypalił może nawet? Pojawiła się tam goryczka, za sprawą której wkradła się melasa. Również postawiła na ciepło, przywodząc korzenność.

Gorzkość rosła, jednak ogólnie silna nie była. Należała głównie do drzew, choć odnotowałam też ziemię. Może odrobinkę kawy? Na ziemię właśnie opadały jesienne liście. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wydało mi się to lekko pieprzne, nawet pikantne. Z racji ogromu cytrusów, pomyślałam o cytrynowym pieprzu.

Pomarańcze bowiem cały czas były wyraźnie wyczuwalne, raz po raz przeszywane przez cytrynę. Kwaśność obu (pomarańczy znacznie słabsza) zlewała się. Ich soczystość zalała mi usta, po czym z ich  toni wyłoniły się tosty z konfiturą pomarańczową oraz tarta cytrynowa. Cytrusy natknęły się bowiem na ciepło-pieczono-prażony wątek. Także rodzynki szukały przy nich miejsca. Melasowy miód też polał się na te tosty. Prawdopodobnie maślane, posmarowane masłem - oto i ono się pojawiło. Zrobiło się łagodniej, niemal śmietankowo, a zarazem lekko korzennie.

Z czasem w zasadzie miód zmienił się w melasę. Słodycz wyszła więc bardziej poważnie, acz ogółem chwilami wydawała się ryzykownie wysoka.

Gorzkość, po chwili złagodzenia, jakby odzyskała werwę i ruszyła jako mieszanka drzew i orzechów, dopiero na nowo się rozkręcając. Pomógł jej pieprz i ostre, jesienne liście. Może też odrobinka grejpfruta? Cytrusy bowiem działały cały czas. Drzewa mieszały się z pieczonymi nutami, nieco tonując słodycz na końcówce. Liście odsłoniły skrywaną ziemię. Na moment wyszła niemal na przód, zostawiając za sobą echo kawy... kawy ze śmietanką?

W posmaku została jednak właśnie słodka, soczysta pomarańcza, trochę cytryny i jakby tosty z czekoladą, czekoladowym kremem albo kremem czekoladowo-śmietankowym w wyidealizowanej wersji (myślę o smarowidłach w brązowo-białe paski). Ziemistość także czułam bardzo wyraźnie.

Całość była smaczna, choć jej za wysoka tłustość bardzo przeszkadzała. Zupełnie nie pasowała do bardzo soczystego i słodkiego smaku. Pomarańcze, cytryna i rodzynki to smakowity splot, dbający o zacną kwaśność. Bardzo spodobał mi się obrazowy wątek liściasto-drzewny, jesienny. Świetnie pasowała tu mieszanka miodu i melasy, a także ta korzenna pieprzność. Jednak tosty, tarty i jednak w końcu kumulacja melasowo-karmelowej słodyczy niezbyt mi leżały. Na szczęście mimo że mam jej parę sporych zarzutów, to jednak i za co pochwalić jest.

Cytrusy, odrobinę rodzynek i karmelizowany miód czułam także w Akesson's 75 % Criollo Cocoa Madagascar. W niej drewno było jednak osnute dymem, a z cytrusów ważniejszą rolę odegrał grejpfrut. Była też bardziej kawowa i gorzka jakby dosadniej, ambitniej. Podobieństwa były, ale podobnymi tych tabliczek bym nie nazwała.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od The High Five Company
cena: jak wyżej (cena półkowa to € 9,13 za 57g)
kaloryczność: 429 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy

piątek, 18 listopada 2022

Dick Taylor Brazil Fazenda Camboa 75 % Dark Chocolate ciemna z Brazylii

Nie ukrywam, że jedyna dotąd jedzona tabliczka chwalonej i nagradzanej marki Dick Taylor, czyli  Jamaica Bachelor's Hall 75 %, nie zachwyciła mnie aż tak, jak myślałam. Być może to kwestia regionu? Jamajka nie jest bowiem jakimś szczególnie bogatym w zachwycające nuty miejscem. Byłam ciekawa, jak wyszła brazylijska propozycja, bo specyficznie orzechowe tabliczki stamtąd bardzo lubię.
Do produkcji tej użyto kakao kupionego za pośrednictwem eksportera Cacao Bahia od farmerskiej rodziny Carvalho, zajmującej się kakao od 1942.
Na opakowaniach marka często nawiązuje do statków, a tu w dodatku w oczy rzuciły mi się urocze mewy z tyłu.

Dick Taylor Brazil Fazenda Camboa 75 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao z Brazylii, z regionu Bahia, z plantacji Fazenda Camboa.

Po otwarciu poczułam rozchodzące się w harmonii tuż obok siebie stateczne, wyraziste i poważne orzechy włoskie oraz słodkawo-prażone masło orzechowe z fistaszków. Zaraz nadeszło skojarzenie z brownie z masłem orzechowym, w zasadzie na jego bazie. Charakter włoskich podkreśliła z kolei odrobina ziemi i drzew. Wszystko to kryło lekką rześkość - jakby brownie było zrobione też m.in. z bananów? Wysoka i głęboka słodycz w dużej mierze oddawała miód, acz nie taki... esencjonalny. Rozbijała go kwiatowa wręcz rześkość i jakby jakieś kwiatowe owoce? Egzotyczne... i żółte? Już podczas jedzenia przyszły mi do głowy jeszcze słodkie, aż miękkawo-przejrzałe zielone winogrona.

Tabliczka wydawała się tłusto-kremowa już w dotyku. Cechowała ją twardość, a przy łamaniu słyszałam dźwięki niczym żywe, niechcące się złamać grube gałęzie. Przekrój wyglądał na niezwykle gęsty i jako taka dała się poznać, gdy odgryzałam kawałek.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, zmieniając się w aksamitny krem. Okazała się tłusto-gęsta, niczym miękkie, acz ciężkie i maziste, maślane ciasto. Z czasem znikała bardziej rzadko-maślano, jak topione masło.

W smaku pierwsza rozbrzmiała gorzkość kawy, natychmiast mieszająca się z orzechami włoskimi. Pokazały pazurki, ciesząc swoją wyrazistością i prędko zajmując dominującą pozycję. Były wszechobecne. Po chwili poczułam brownie z orzechami włoskimi - dosłownie górą orzechów na wierzchu i soczystymi, mięsistymi sztukami w nim zatopionymi.

Brownie szybko wprowadziło słodycz. Musiano je posłodzić miodem - raczej jasnym, kwiatowym i... bananami? Mimo wysokiej i odważnie rosnącej słodyczy zadbały o rześkość. Mieszały się z kwiatami, które z kolei przywołały więcej słodkich, żółtych owoców. Mignęła mi niemal przeraźliwie słodka nektarynka, po czym zatonęła w miodzie, bananach i kwiatowej rześkości. Pomyślałam o kwiatach pokrytych rosą...

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w tle jednak i wytrawniejsza nuta się znalazła. Mignął mi ser żółto-cheddarowy, pewna soczyście-kwaskawo-wytrawna pikanteria... i zmieniła się w maślaność. Brownie wydało mi się właśnie bardziej maślane, mniej gorzkie, ale wciąż charakterne. Tym razem jednak za sprawą ostrawych przypraw (korzennych?), odrobinki chili i... ziemi? Takiej aż nadpleśniałej...? To jednak zalał charakterny (może nieco przyprawiony albo naturalnie "ostrawy"?) miód...

Ciacho zmieniło się w miodowe brownie z ogromną ilością masła orzechowego. Maślana orzechowość wydała mi się mocno prażona, orzechy zaś słodsze. Pojawiły się fistaszki, które włoskie wygoniły z pierwszego planu. Drobne akcenty kawy, drzew wciąż dbały o goryczkę, acz była ona wyraźnie słabsza.

Miodowość i ogólna słodycz za to miały się nieźle. W tle odnotowałam kwiaty... bo drzewa musiały właśnie kwitnąć. Pomykały tam rześkie, właśnie niemal kwiatowe owoce... Czyżby winogrona?

Nagle mnie olśniło! Toż czułam duet fistaszkowego kremu orzechowego z dżemo-galaretką winogronowo-miodową. Było to słodkie, a także wyraźnie podprażono-wytrawniejsze dzięki orzechowej bazie. Owoce zahaczyły na końcówce o delikatną cierpkość, co podkreśliło też kakao. Jakbym zjadła mocno czekoladowe masło orzechowe?

W posmaku została cierpkość brownie, może nawet kawy oraz owoców... słodkich, ale i cierpkawych. Jak mniej dojrzałego banana? Tylko dziwnie zestawionego z bardzo dojrzałym (jakby zjadła jednego po drugim). Wszystko to wiązało się jednak także z miodowym, drapiąco-rozgrzewającym przesłodzeniem. Ten efekt podkreśliła też lekka, ciepła pikanteria.

Czekolada bardzo mi smakowała. Niezwykle harmonijna dwudzielność: brownie z włoskimi i charakterniejsze, bardziej gorzkie nuty oraz masło fistaszkowe ze słodkimi owocami. Bananowo-winogronowe niuanse zalewał miód, więc całość nie była mocno owocowa, a właśnie nieco przesłodzona. Jej nuty aż błagalnie krzyczały o nieco mniej miodowej słodyczy. To jednak uprzyjemniła gorzkość. Kwasków brak, za to wbrew pozorom, niemało było tu rześkości, co wyszło zacnie.
Konsystencja tłusto-kremowa i właśnie jednak czasem nieco za tłusto-słodkie pochylenia smaku nie były w pełni moje, acz nie mogę się ich jakoś bardzo czepiać.
Od razu przypomniała mi się podobna Luisa Abram Rio Tocantins / Tocantins River 70% o ciastowo-maślano-orzechowo włoskich, drzewnych nutach, która jednak była bardziej ciastkowo-maślana i wyraźnie bardziej cytrusowa, mimo że jednocześnie o wiele słodsza właśnie również za sprawą miodowej nuty. Ze względu na to, Taylor wygrał.


ocena: 8/10
cena: 49,77 zł (za 57g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy

piątek, 3 czerwca 2022

Dick Taylor Mexico Soconusco 72 % ciemna z Meksyku

Śmiesznie się złożyło, bo ta tabliczka trafiła do mnie dosłownie dzień przed tym, jak zamierzałam otworzyć inną z Meksyku. Acz wymyślniejszą, więc o jakimś dokładniejszym porównaniu nie ma mowy i tak - to mnie urządziło! Miałam bowiem zamiar i dzisiaj przedstawianą zjeść na dniach. Nie, żebym jakoś się specjalnie nastawiła na pierwszą (i limitowaną) propozycję marki z Meksyku, ale... no, trochę ciekawiła. Wybrali region przygraniczny z Gwatemalą, Soconusco.
Po prostu pomyślałam, że wypada, bym trochę przemodelowała kilkumiesięczną kolejkę wpisów i tę recenzję puściła znacznie wcześniej. Dostałam ją bowiem w prezencie (a właściwie prezentem była możliwość wyboru dowolnych słodyczy) od strony Białaczekolada.pl, traktującej o różnych słodyczach. Jestem jej właścicielom bardzo wdzięczna, bo Dick Taylor według mnie ceni się za wysoko. Gdybym miała za nią zapłacić sama, chyba biłabym się z myślami, czy to zrobić. Nie rozumiem w dodatku, dlaczego producent w przypadku tej poskąpił trochę kakao (obie jedzone przeze mnie miały 75%).

Dick Taylor Mexico Soconusco 72 % Dark Chocolate Limited Release to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao z Meksyku, z regionu Soconusco.

Po otwarciu uderzył zapach drzew, z których ściekał karmel, kajmak... Oczami wyobraźni widziałam gęste, napływające fale kajmaku, mieszającego się z krówkami. Drzewa jednak mocno trzymały się ziemi, która trochę tę abstrakcyjną wizję rozproszyła. Pomyślałam o czarnej i suchej, rozgrzanej. Wszystko to przełożyło się na duszny, trochę ciężkawy efekt. Odlegle może kojarzyć się z fistaszkami, ale to nie one... Mimo wysokiej słodyczy, nie brakowało wytrawności, podobnie zresztą jak mimo ciepła... czułam też jakby roślinną wilgoć, świeżość - do soczystości temu daleko, ale i owoce się tu znalazły. Przede wszystkim kaki (sharon), ale też jakby... wytrawniejszy, jakiś egzotyczny "pomidorowaty" (nie na tyle mocno pomidorowy, bym właśnie tego określenia użyła) owoc typu tamarillo, miechunka - z tym, że bez kwasku.

Już w dotyku tłustawa i kremowa tabliczka przy łamaniu trzaskała porządnie i głośno, zdradzając swoją gęstość i masywność. Jej przekrój wydał mi się bardzo zwarty.
W ustach rozpływała się, mięknąc w umiarkowanym tempie. Oblepiała usta jak tłuste i kremowo-aksamitne ciasto (brownie?), serwowane z tłustą śmietanką. Minimalna soczystość przewijała się raz po raz. Z czasem rzedła też właśnie trochę śmietankowo. 

W smaku pierwsza przywitała się lekka soczystość jako słodka, ciemna wiśnia. Mignęła leciusieńkim kwaskiem. Przez moment pomyślałam o słodkim syropie wiśniowym (jakby ciężko-dusznym?), od którego potem słodycz zaczęła zmieniać się w bardziej karmelową.

Niemal natychmiast naskoczyły na nią drzewa. Zajęły miejsce na pierwszym planie, roztaczając wytrawność. Ogrzewało je słońce, a moje myśli skierowały się na ich grube, masywne gałęzie, korę i wreszcie korzenie. Porastały czarną, rozgrzaną ziemię. Ziemia właśnie przejęła od wiśni drobną cierpkość i konsekwentnie ją podtrzymywała.

Pod wpływem tego wszystkiego wiśnia... zrobiła się jakaś wytrawniejsza, mniej owocowa, a bardziej jak słodko-kwaskawy, "marakujowy" pomidor, acz właśnie wciąż z jej nutą. Czyżbym czuła owoc tamarillo? 

Kwasek zaczął narastać, ale ogólnie nie był silny. Pomykał wśród drzew, czasem dodał trochę soczystości... I schował się. To już nie soczystość, a bardziej... świeżość? Roślinność?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz znacząco wzrosła. Drzewa oblepił kajmak. Kajmak i krówki nagle znalazły się wszędzie, otuliły każdą z nut. Myślę tu o krówkach bardzo cukrowych, mlecznych, które aż zadrapały w gardle. Drzewa niczym Bijąca Wierzba z Pottera otrząsnęły się zaraz i przemieniły te mleczne słodkości na karmel bardziej palony i charakterny.

Rozgrzane drzewa i gorąca ziemia przełożyły się na myśl o korze cynamonu i drewnie sandałowym. Karmel splótł się z drzewami, a że i owoce, rześkość w tle cały czas trwały, pomyślałam o słodkich, niemal scukrzonych i kadzidlanych rodzynkach. Wyszły duszno, trochę ciężko.

Te podkreśliły owoce, które na pewien czas trochę się zagubiły. Do roślinnej świeżości doszła bardzo wysoka słodycz jako... miękkie kaki (sharon / persymona), z którego cieknie sok, ale które nie należy z zasady do owoców nadto soczystych. Soczystość jednak pobrzmiewała, tylko że jakby coś innego - egzotyczny cytrus i tamarillo, coś... trudnego do uchwycenia (coś trochę podobnego do jabłka?). "Pomidorowata" nuta pod wpływem ciepła zmieniła się w szczyptę chili... która podkręciła echo cukrowo-wiśniowego syropu o dusznym charakterze?

Drzewa i pewna korzenność wraz z innymi akcentami bliżej końca wydały mi się aż palone - duszność właśnie tu znalazła ujście. Nagle wyobraziłam sobie cynamonową bułkę z zawijasem, jakby cinnamon roll, ale... bardziej niż z masą cynamonową, to melasą. Karmel w ogóle jakby się już nieźle przypalił i właśnie aż w ciężko-duszną, korzennawą melasę się przeistoczył. I tak jednak zasładzał i drapał w gardle.

Po zjedzeniu został posmak drzew i ziemi, rozgrzanych słońcem i sowicie dosłodzonych dusznymi kajmako-melasami. Czułam je wraz z pieczeniem w gardle. Do tego ciepło, ale też... odrobinę wilgoci, owoce. Niezbyt soczyste, ale w posmaku już bardziej kwaskawe. Kaki, rodzynki i egzotyczne nieokreślone mimo ogólnie mocarnej słodyczy, miały jakieś wytrawniejsze, roślinne tło i cierpkość. Drzewa dodatkowo to podkreślały. 

Całość smakowała mi, jednak wielkiego wrażenia nie zrobiła. Kajmak, taka słodycz jakoś nie pasowały mi do egzotyczniejszych owoców. Niektóre, np. kaki czy tamarillo-nie-tamarillo intrygowały, ale były tak lekkie, że niemal nieobecne. Zachwycił mnie jednak ogrom drzew, rozgrzana ziemia. Żałuję tylko, że spowiła je ta słodycz, kończąca na melasie. Roślinna wilgotność zamiast soczystości - też ciekawa sprawa, a ogólna duszność czy ciężkość wyszły raczej pozytywnie. Pewnie gdyby nie one, kwaśność owoców bardziej by się rozwinęła, lecz to już w ogóle by nie pasowało do reszty. Miała bowiem ciepło-słodki charakter i gdyby była mniej słodka, byłaby już zupełnie inną czekoladą, a jednak... jej słodycz męczyła, po prostu.

Drzewa (acz raczej drewno), czerwone owoce i pudrowość, papryczkę chili, wytrawność i ciężkość kwiatów czułam w Georgia Ramon Mexico 76% Soconusco Criollo. Miały trochę podobny klimat, jednak Taylor to o wiele, wiele więcej słodyczy różnorakiej. Wolę jego drzewa i ziemię, niż drewno GR.


ocena: 8/10
cena: 95 zł (za 57 g; cena półkowa)
kaloryczność: 429 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

niedziela, 11 lipca 2021

Dick Taylor Jamaica Bachelor's Hall 75 % ciemna z Jamajki

Nie próbowałam jeszcze żadnej czekolady Dicka Taylora i nawet nie umiem powiedzieć, dlaczego mnie do nich nie ciągnie. Wyglądają ekskluzywnie-nudno, w momencie gdy ja lubię, jak czekolada ma charakterek, pazurki. Prawie wszyscy jednak znawcy czekolad tę markę chwalą (albo wcale o niej nie mówią; na złą opinię nie trafiłam), stąd i ja postanowiłam wreszcie zbadać teren. A jak już za coś się brać, pomyślałam, to może za jakąś limitkę? Jak marka miała i tak mnie nie zaciekawić, to może chociaż kakao? Chyba że i marka miała okazać się ciekawsza, niż mi się wydawało?
Ta kalifornijska marka została stworzona przez... pasjonatów obróbki drewna, miłośników statków - to brzmiało ciekawiej, niż myślałam. Dali się porwać ruchowi czekolad bean-to-bar w Stanach, choć tworzą "europejskimi metodami" (przeczytałam to na ich stronie - pojęcia nie mam, czym różni się metoda europejska od amerykańskiej obróbki kakao; ja pokuszę się o stwierdzenie, że każda marka może mieć swoją własną). Czekolady robią od 2010. Tę akurat przez okres limitowany, z plantacji Bachelor's Hall z Jamajki, z której to czekolad niewiele jadłam, wydają mi się ciekawe, mimo że niczym nadzwyczaj pysznym w pamięci mi się nie zapisały.
Opakowanie spodobało mi się o tyle, że... dostrzegłam w tle mewy jakby nad... tonącą łódką? Uwielbiam takie detale!

Dick Taylor Jamaica Bachelor's Hall 75 % Dark Chocolate Limited Release to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Jamajki z plantacji Bachelor's Hall.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, uderzyła mnie intensywna mięta, za którą podążał cały bukiet świeżych ziół. Były żywe, z czasem pojawiły się także napary z nich. Jako że i palony motyw czułam wyraźnie, pomyślałam o suszono-palonych ziołach na napary / herbaty, ale obok tamtych. Pierwszy plan należał bowiem do roślin żywych i wilgotnych. Także do żywych drzew o grubych konarach rosnących gdzieś nad wodą, może jeziorem. Kryła się w tych szuwarach pewna soczystość. Tak niejednoznaczna, że aż z pogranicza np. tłustych orzechów, a jędrnych, mięsistych owoców (moreli?). W trakcie degustacji dotarł do mnie także zapach przypraw korzennych, dość ostry niczym trzcina, przecinający delikatność, do której zdarzało się zmierzać ziołom i drzewom. Wyszło to intrygująco... płynnie.

Tabliczka trzaskała głośno i w pełny sposób z racji swej wysokiej twardości.
W ustach rozpływała się powoli, początkowo nieco opornie, niechętnie, po paru sekundach zaś coraz bardziej aksamitnie kremowo. Konsekwentnie trochę zlepiała swą tłustawą gęstwiną wilgotnego, zbito-ciężkiego ciasta o mazistych zapędach. Rozkręcała się w tym jej gładka tłustość, ale pod koniec trochę się opamiętała.

W smaku najpierw miejsce zarezerwowała sobie słodycz. Zalśnił bursztynowy miód / karmel albo karmelizowany miód. Nie cackał się, ale też nie dominował. Słodycz po prostu trwała sobie spokojnie na tyłach. Od karmelu odpłynęła palono-gorzkawa nuta.

Rozłożyła wachlarz drzew rosnących nad wodą, ziemi, mułu, herbat. Zaczęły pojawiać się z różnych stron: żywe, mocarne drzewa i ich korzenie porastające wilgotną, mulistą ziemię. Niektóre rzucały cień na wodę / jezioro. Było w tym dużo roślin, przewinęły się orzechy. Gorzkawość nabierała mocy, stając się w końcu pełnoprawną gorzkością. Wyobraziłam sobie szeleszczącą, ostrą trzcinę, a także szelest... suszonych liści czarnej herbaty.

Kolejno pokazywały się przyprawy. W połowie rozpływania się kęsa były to wyłaniające się ze słodyczy delikatniejsze korzenne, ale z czasem nabierały ostrości i mocy. Mieszały się z ziołami suszonymi, jak i świeżymi.

Zrobiło się cieplej, ostro korzennie, ale nagle pojawiły się goździki i chłodząco-ostry anyż, którego suszone zioła chyba nieco się wystraszyły. Nie ugięły się te świeższe. Na przód wyszła słodka mięta, a za nią coś wytrawniejszego: rozmaryn, może koper włoski i inne. Ziołowość była więc świeża, jednak suszony motyw, podkreślany przez paloność, nie odpuścił zupełnie.

Podczołgał się pod słodycz. Miód i karmel... zaczęły wchodzić w strefę "miodowych" suszonych owoców. Pomyślałam o bakaliach... rodzynkowo-morelowym miksie... mało jednoznacznych, ale jednak. Słodkie, suszone ciemne morele wydawały się aż papkowate i... mieszające się z daktylami?

Bliżej końca gorzkość ziemi zaczęła trochę udawać kawę, a jej reszta ukryła się pod roślinami. Zostały żywe drzewa, acz pozwoliły sobie na łagodność. Pojawiło się trochę orzechów. Z czasem zrobiło się mniej przejrzyście, a bardziej maślano. Słodycz wykorzystała to. Pomyślałam o maślanych, chrupko-ciepłych tostach, zaraz bardziej o jakimś kruchym, lekkim wypieku... z dżemem morelowym? Owoce suszone próbowały się do niego zakraść i częściowo im wyszło. Udało się też przyprawom korzennym, które wsiąkły w to wraz z miodem.

Pod koniec zrobiło się więc ziołowo-korzennie pikantnie. Właśnie przyprawy korzenne zostały jako ostry, niemal pieprzny posmak, nieco uładzony drzewami, dosłodzony miodem i suszonymi owocami, ale jednak... gdzieś z wilgotną ziemią w pamięci. Ta dziwnie, trochę karykaturalnie zmieszała się z maślanym motywem, co skojarzyło mi się z "kakaowo grzybowymi" lub kawowymi kremami / mousse'ami.

Całość wydała mi się smaczna i interesująca, ale pyszne nuty chwilami jakby chyliły się ku dziwnym. Oto miód i karmel, a potem suszone owoce (morele i daktyle) nie narzucały się charakternym, żywym drzewom, wilgotnemu klimatowi roślin, herbat, ziemi... ale one same patrzyły ku maślanym, łagodniejszym elementom. Zioła świeże i przyprawy ciekawie ze sobą grały, aż korzenna pikanteria wygrała, nie zabijając wilgoci i życia kompozycji (a jednocześnie nie narzucając się jej aż tak właśnie). Tu jednak znów tłustsze smakowo motywy się wkradły zupełnie niepotrzebnie. Było gorzko, owszem, ale też słodko i chwilami niemal neutralnie. Konsystencja pasowała do całej tej wilgoci, ale niestety jej tłustość jeszcze bardziej zwracała uwagę na takowe smakowe nuty, a i ten opór mi nie pasował.

Drzewa, przyprawy korzenne, morele i wypieki (tam gofry / wafle) czułam też w Georgia Ramon Jamaica 74 %, jednak ona była głębsza, harmonijna. Drzewa i daktyle z kolei zachwyciły mnie w również ciepło-żywej Morin Jamaique Marvia 63 %. Biorąc pod uwagę cenę, charakter... Mimo iż Dick Taylor miała cudowny klimat i wiele zacnych nut, całościowo nie jestem pewna, czy zasłużyła na 9.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 55 zł (za 57 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy