Choć w góry czasem zabieram też mniej moje, a więc mleczne i białe czekolady, akurat o zabranie tej, siebie bym nie posądziła. Parę razy mleczną lidlową z całymi orzechami widywałam u Mamy i zawsze trzymałam się z daleka. Jej opinia, że to "plastik, ale (Mama) je ją dla orzechów, bo są bardzo dobre" nie zachęcała. Skąd więc ta recenzja? Idąc na Szpiglasowy Wierch od Morskiego Oka z nowopoznanym kompanem zgadałam się o czekoladach i powiedział, że skoro jestem taką wielbicielką czekolad, to świetnie się składa, bo poczęstuje mnie czekoladą, którą przywiózł z Pragi, a której w Polsce nie widział. Gdy wyjął dziś przedstawianą, nie ukrywam, że trochę się rozczarowałam... W dodatku jestem pewna, że podobna czekolada w Polsce jest. Ale spróbowałam! Wszak ja z londyńskiego Lidla też przywiozłam Fin Carre Hazelnut Dark Chocolate. Czy możliwe, że czeski Fin Carre jest inny niż polski? Hm... Za otwarcie, a ja też za zdjęcia, wzięliśmy się przy Morskim Oku, które... było puste! Zupełnie, ani jednego człowieka oprócz nas - szok i niedowierzanie.
Fin Carre Whole Nuts Milk Chocolate with roasted hazelnuts to mleczna czekolada o zawartości 32% kakao z całymi prażonymi orzechami laskowymi; marki własnej Lidla (u mnie z czeskiego Lidla).
Po otwarciu uderzył zapach nie za mocno prażonych orzechów laskowych w towarzystwie bardzo pełno mlecznej czekolady o cukrowo-waniliowej słodyczy.
Tabliczka w dotyku wydała mi się trochę polewowa, a przy łamaniu aspirująca do twardej. Wydawała z siebie kruche dźwięki, ale raczej ze względu na orzechy. Te raczej zostawały w którejś z części. Dodano ich średnio-sporą ilość i rozmieszczono nierówno.
W ustach rozpływała się dość szybko, dając się poznać jako zbito-gęsta i tłusta. Czuć w niej lekką, jakby miękką proszkowość. Cechowała ją mazista kremowość o nieco maślanym charakterze, do czego potem dochodził mleczny motyw, za którego sprawą rzadko znikała. Orzechy łatwo się z niej wyłaniały.
Gdy z ciekawości pogryzłam orzecha obok czekolady, wydała mi się nieprzyjemnie tłusta, ulepkowata. Orzech wiadomo, jak i na koniec.
Gryzione orzechy okazały się pozytywnie twarde i bardzo chrupiące. Dodano sztuki małe i średnie, częściowo w skórkach.
W smaku od razu poczułam ogrom mleka, które goniła wysoka słodycz. Wanilia mieszała się z cukrem, bardzo szybko przesadzając z natężeniem.
Mleko jednak nie dało się przygłuszyć. Wydawało się pełne, co zaraz podkreśliła maślaność.
Cukier i wanilia robiły, co mogły, by zawojować pierwszy plan, acz w końcu zdecydowały się trochę nim podzielić na pewien czas. I tak drapały w gardle, ale zgodziły się na porządnie mleczny, maślany smak.
Orzechy laskowe niegryzione pobrzmiewały w znikomym stopniu. Acz jakby samą swoją obecnością trochę rozbijały słodycz.
Gdy spróbowałam samej czekolady, okazało się, że nimi nie przesiąkła.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz drapała już w gardle. Mleko i masło trzymały się jeszcze nieźle przez pewien czas, ale dzielenie miejsca z nimi na pierwszym planie słodyczy ewidentnie się znudziło. Zepchnęła je na plan drugi. A tam zakradła się do nich lekka taniość, którą podszepnęła przesadzona słodycz. Co ciekawe, z jednej strony np. w kęsach bez orzechów w końcu robiło się tak słodko, że nawet ta taniość uciekała... Ale z drugiej to właśnie jakby to przecukrzenie ją wtłaczało.
Gdy z ciekawości pogryzłam orzecha obok czekolady, wtedy jednak też słodka taniość wychodziła na jaw (podkreślona naturalnością orzecha?).
Końcowo, choć okrutnie słodko, zrobiło się na chwilę bardziej waniliowo niż cukrowo. Wtedy mleko znów się nasiliło, jakby przy lekkim wsparciu wanilii, acz już nie z taką łatwością co na początku.
Gryzione na koniec orzechy laskowe wyszły bardzo przyjemnie: naturalnie słodkawo, wyraźnie. Prażone lekko, raczej bez skórek (ja nie trafiłam, a jak się przyjrzeć spodowi, nie wygląda, by któryś orzech był ze skórką).
Po zjedzeniu został posmak orzechów laskowych, gdy akurat się trafiły. Dominowały wtedy nad posmakiem czekolady, który był cukrowy, lekko waniliowy i trochę tanio-plastikowy.
Bardzo bazowa, w porządku czekolada. Bez większych wad oprócz przesłodzenia, które w sumie nie dziwi w jej przypadku. Można się takiego spodziewać po tego typu tabliczkach w tej cenie. Kryło się w niej taniawe echo, wywołane przez słodycz, ale w całokształcie było znikome. Głównym atutem tabliczki były bardzo dobre orzechy, ale mogłyby być lepiej rozmieszczone i wystąpić w większej ilości (skoro czekolada była w sumie taka bazowa).
Zaskoczyło mnie tylko, że w zasadzie dziś przedstawiana wyszła lepiej niż Fin Carre Czekolada Gorzka z Całymi Orzechami 57 %. Ja i tak wolałabym zjeść podlinkowaną, bo jednak jakby nie patrzeć ciemna, ale ujmę to tak: podlinkowana to średnio-kiepskawa ciemna, a dziś przedstawiana średnio-niezła mleczna. Obie z dobrymi orzechami.
ocena: 6/10
kupiłam: poczęstowałam się
cena: jak wyżej
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: cukier, orzechy laskowe 27%, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku, laktoza, miazga z orzechów laskowych, emulgator: lecytyny; ekstrakt waniliowy






























