Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lidl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lidl. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Fin Carre Czekolada Gorzka z Całymi Orzechami 57 % cocoa ciemna z orzechami laskowymi

Nazbierało mi się za dużo czekolad z owocami w góry, więc pomyślałam, że na koniec sezonu przed zimą, dokupię coś pojedynczego, dostępnego w sklepach, by nie musieć zamawiać (zamawiając, wolę kupować po kilka czekolad, by przesyłka się opłaciła). Zakup zleciłam Mamie, prosząc o "jakąś ciemną z orzechami czy migdałami z Lidla".
Tę tabliczkę wzięłam ze sobą na trasę w Pieninach, kiedy w Tatrach padało dość sporo śniegu. Dokładniej na trasę ze Sromowców Niżnych, wokół Klasztornej Góry. Minęłam Czerwony Klasztor i poszłam czerwonym szlakiem przez Plasną w kierunku Przełęczy pod Tokarnią. Widziałam w internecie, że po drodze powinnam mijać Aksamitkę i punkt widokowy o tej nazwie. Górę minęłam i nadal znajdowałam się w środku lasu, więc zdążyłam już zwątpić, czy tam w ogóle coś jeszcze będzie widać. Wiedziona przeczuciem poszłam jednak jeszcze parę kroków i faktycznie, była mała wiata i tablica z nazwami szczytów. Piękne miejsce, które wyróżniłam czekoladą. Potem kawałek się wróciłam i przeszłam na zielony szlak do Leśnicy, a potem przez Targov i Hutę do drogi nad Dunajcem, a nią do miejsca startu. Bardzo przyjemna trasa.

Fin Carre Czekolada Gorzka z Całymi Orzechami 57 % cocoa to ciemna czekolada o zawartości 57% kakao z całymi prażonymi orzechami laskowymi, marki własnej Lidla.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach prażonych orzechów laskowych o słodkim charakterze na tle trochę cukrowo, ale wcale nie tak znowuż mocno, słodkiej czekolady. Czuć w niej gorzkość, acz też lekką, w dodatku o lekkim wydźwięku. Kojarzyła mi się trochę z syropem ze zwykłego kakao w proszku. Orzechy jednak skupiały większość uwagi, co wyszło całości na plus.

Tłusto-polewowa tabliczka była średnio twarda, a przy łamaniu trzaskała w kruchy sposób, w dużej mierze za sprawą orzechów. Tych nie pożałowano, ale rozmieszczono je nierówno, tak, że w niektórych kostkach było po kilka - za dużo - orzechów, a w innych w ogóle. Przy robieniu kęsa sama czekolada wydawała się trochę pyliście-skrzypiąca, choć jawnie nie skrzypiała.
W ustach czekolada rozpływała w średnim tempie, szybko i łatwo mięknąc. Trochę zalepiała i wykazywała za wysoką tłustość, kojarzącą się trochę ze śmietanką i czekoladami pełnomlecznymi. Była gładka i średnio gęsta.
Orzechy dość długo zostawały pokryte lepkawą, końcowo trochę tłusto-rzadką czekoladą. Gdy je gryzłam obok czekolady, ta wydawała się nieco bardziej ulepkowata. Orzechy za to zawsze były takie same. Dodano całe, dość duże sztuki pozbawione skórek. Na całą tabliczkę trafiły mi się też ze dwie połówki.
Orzechy zostawiałam więc na koniec. Przyjemnie, porządnie chrupały, jako że były w większości średnio twarde, parę trafiło się twardszych czy wyraźnie krucho-suchawych.

W smaku czekolada najpierw przedstawiła się jako gorzka w sposób łagodny, spokojny, ale wyraźny. Słodycz wkroczyła jeszcze delikatniej. Nie zdążyłam się zdziwić, a już podskoczyła. W jej cieniu osiadła wyraźna, choć niewysoka cierpkość zwykłego kakao.

W kęsach z orzechami czy w tych, w których tylko leciutko zahaczyłam o któregoś orzecha zębem, szybko zaznaczał się akcent orzechów laskowych. Przechodził na tyły, ale orzechowa mgiełka nie dawała o sobie zapomnieć. Czasami miałam wrażenie, że nawet w kęsach bez orzechów pewna orzechowość się kryła.

Pod delikatną cierpkość zaraz podpłynął splot masła i śmietanki. Zdawały się oplatać i starać się schować gorzkość, choć i one nie były bardzo silne.

Słodycz nadal rosła, gorzkość trzymała się średnio-niskiego poziomu dość długo. Słodycz zdradzała cukrowe pochodzenie i mieszając się z gorzkością, czasem nieśmiało sugerowała plastik. Nagle słodyczy zrobiło się bardzo dużo i zdominowała kompozycję.

Po paru chwilach niegryzione orzechy wkraczały nieco odważniej.
Gryzione obok czekolady były dość wyraźne, ale czekolada wtedy wchodziła w mocno plastikowy klimat. Choć nasilenie słodyczy wydawało się nieco niższe, sprawiała wrażenie bardziej dotkliwie cukrowej.
Sama czekolada bez orzechów wydawała się bardziej słodka, ale w soczysty sposób, i nieco bardziej tania, jako że ani trochę nie przesiąkła dodatkiem.

Tak czy inaczej mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość jeszcze osłabła, zaczęła pobrzmiewać jako delikatny, grillowano-palony akcent. Miał nieco orzechowo-drzewne zacięcie, lecz nie domagał. Słodycz za to wydawała się rozkręcać bez końca.  W kęsach bez orzechów zasładzała z łatwością. I zawsze jeszcze podkreśliła maślano-śmietankowy wydźwięk.

Za nią odnotowałam lekką soczystość. Gdy słodycz ciągle rosła, a miejsce gorzkości zaczęła przejmować maślana nuta, soczystość nieco się ustabilizowała. Miała w sobie coś cierpkiego, choć głównie podchwyciła słodycz. Bardzo odlegle przywodziła na myśl mieszankę dojrzałych, trochę wodnistych śliwek i niezbyt dojrzałych gruszek, ale nie utrzymały się do końca.

Słodycz męczyła, i choć po soczystości przybrała nieco rześkawy (nie tak czysto cukrowy) ton, była za wysoka - przeszkadzała zwłaszcza w kęsach bez orzechów, bo w nich czuć ją wyraźniej. W kesach z orzechami, niegryzionymi, orzechy nieco ją rozbijały. Na maślanej fali szalała w najlepsze i drapała w gardle.

Pomyślałam o gorącym kakao ze śmietanką, zasłodzonym syropem kakaowym albo zrobionym na bazie syropu (taki przepis znalazłam, szukając czegoś o Hershey's Syrup Genuine Chocolate Flavor tutaj: Hersheyland Hot Cocoa with HERSHEY'S Syrup).

Końcowo jednak podkradło się do niej trochę cierpkości. Takiej prostej, kakaowej, trochę jakby grillowanej, bardziej polewowej niż czekoladowej. I jakby poskromionej maślanym motywem. Do głowy przyszły mi duże czekoladowe pierniki (jak np. Tesco Gingerbread Dark Chocolate Covered Soft & Sweet), ale bez wyraźnie wyczuwalnej korzenności.

Orzechy gryzione na koniec chwaliły się średnio mocno prażonym smakiem o słodkim charakterze. Rozwijały swe skrzydła w pełni, były wyraziste i bardzo smaczne, a także zagłuszały motyw kiepskawej czekolady.

Po zjedzeniu został posmak lekko prażonych, słodkich orzechów laskowych, zmieszanych z palono-grillowaną cierpkością kakao w proszku i silną, dosadnie cukrową słodyczą. W zestawieniu z dobrymi orzechami, echo czekolady wydawało się tanie. W dodatku na języku czułam dziwną - polewową? - maślaność.

Tabliczkę odebrałam jako poprawną. Z wadami, średnio-kiepskawą bazą, ale za to pysznymi orzechami. Męcząco słodka, za tłusta, ale za to z soczystym akcentem czekolada miała grillowany charakter i była nieco zbyt maślana, jednak przy dobrych orzechach laskowych w miarę pracowała. W górach nieźle szła. W domu za bardzo zasładzała.

Poziom w sumie podobny do Munz Swiss Premium 60 % Cacao Bittersweet Chocolate with Whole Roasted Hazelnuts, bo choć dziś przedstawiana była nieprzeyjemnie tłustsza, to miała więcej orzechów.
Chateau Orzechowa / Nussbeisser Czekolada Deserowa z Całymi Orzechami Laskowymi choć o mniejszej zawartości kakao, nieporównywalnie lepiej się prezentowała i od dziś przedstawianej, i od Munz.


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl (w zasadzie Mama)
cena: 6,99 zł
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, całe prażone orzechy laskowe, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny

sobota, 14 lutego 2026

Fin Carre Czekolada Mleczna z Orzechami Nerkowca i solą

Dziś przedstawiana czekolada, mimo że zwykła mleczna, przyciągnęła mój wzrok w gazetce Lidla. Wszystko przez tak rzadko dodawane do czekolad, a uwielbianie przeze mnie, nerkowce. Gdy doczytałam, że to tabliczka nie tylko z orzechami, ale też z solą, zainteresowanie straciłam. Jako jednak że ojciec mi ją kupił, uznałam, że spróbować mogę. Oczywiście wzięłam ją w góry. A dokładniej na szlak na Granaty. Tej przypadło najmniej widowiskowe, ale też piękne miejsce: nad Czarnym Stawem, nad który dotarłam niebieskim szlakiem z Kuźnic przez Murowaniec. Dokładniej przy odbiciu na Granaty. A najmniej widokowe nie tylko ze względu, że niższe... Ten poranek nie był dla mnie łaskawy pogodowo, bo padało, a potem wszystko ukryła mgła. Zdjęcia czekoladzie robiłam więc niepocieszona i nieprzekonana... A gdy w zasadzie już skończyłam, mgła odsłoniła staw i trochę gór. Ja i moje "szczęście"!.

Fin Carre Czekolada Mleczna z Orzechami Nerkowca to mleczna czekolada o zawartości 30% kakao z orzechami nerkowca i solą; marki własnej Lidla.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach mleka i słodycz cukru z wanilią, wymieszane z orzechami nerkowca. Gdy wąchałam spód, czekolada i nerkowce rozbrzmiewały na równych prawach, gdy zaś wierzch, czekoladowa baza jednak trochę wyprzedzała nerkowce. Wydawały się lekko podprażone i niesamowicie integralne z wręcz uroczo, dziecięco słodko-mleczną czekoladą. 

Orzechów nie pożałowano. Od razu widać, że dodano mnóstwo całych, połówek, ćwiartek i różnej wielkości kawałków. Niektóre wystąpiły wręcz jeden na drugim, acz da się i malutki kęs bez orzechów zrobić. Nie wszystkie jednak fragmenty, które od spodu wyglądały na pozbawione orzechów, takie były. Bardzo często nerkowce zupełnie kryły się pod czekoladą,
Jasna tabliczka w dotyku wydała mi się plastikowa i tłusta, acz przy łamaniu wykazywała kruchość. W zasadzie prawie łamała, rozwalała się sama z siebie ze względu na dodatki. Udało mi się usłyszeć kruche, lekkie pyknięcia, a jednak, gdy robiłam kęsa, zęby spotykały się z pewną miękkością.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnio-szybkim, mięknąc szybko. Była gęsta i bardzo tłusta, wręcz śliska w maślany sposób. Miękła, chwilami wydając się plastikową. Z czasem zdobyła się na mazistą kremowość. Niechętnie wypuszczała z siebie orzechy, uparcie je pokrywając. 
Gdy na próbę pogryzłam orzechy obok czekolady, wydawała się bardzo plastikowa.
Orzechy dość długo zostawały zatopione w czekoladowej, ale w końcu wyłaniały się. Strukturę miały cały czas taką samą, niezależnie od tego, kiedy je gryzłam. Wolałam to robić dopiero na końcu. Były tłusto-miękkie w charakterystyczny dla nerkowców sposób. Zachwyciły mnie świeżością i formą. Duże i średnie sztuki oraz spore kawałki były doskonałe. Wśród orzechów nie plątały się kryształki soli. Dodana była drobna i integralna z resztą.

W smaku pierwsza przemknęła plastikowa nuta, a tuż za nią polała się cukrowa słodycz i łagodne mleko.

Słodycz trochę się zreflektowała i choć cały czas miała cukrowy charakter, nie był to czysty cukier. Mieszał się z echem wanilii i układał się w bardzo słodki, maślany nugat.

Orzechy nerkowca nawet niegryzione dawały o sobie znać. Nie mocno, ale wyraźnie wyczuwalnie, umacniając maślaną nugatowość czekolady, a jednocześnie trochę tonując słodycz.

Mleko mieszało się ze słodyczą jako nugat, ale przemknęła mi też przez myśl czekolada z nadzieniem mlecznym dla dzieci. A jednak to nie mleko wiodła prym. To maślaność starała się zająć pierwszy plan. Zawiązała sojusz z waniliową słodyczą i razem rozgościły się na nim.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada wydała mi się do potęgi maślana, do czego dołożyły się nerkowce. Wszystko to konsekwentnie sugerowało nugat. Czekolada sama w sobie wydała mi się lekko orzechowa, ale niekoniecznie nerkowcowa. Było w niej też coś ogólnie orzechowego, jednak przesiąknięcia nie wykluczam.

Kiedy spróbowałam trochę samej czekolady z ciekawości, potwierdziła się jej lekka nugatowość oraz to, że była mocno maślana, ale niestety też delikatny plastik wyraźniej czuć. Nie mocno, ale jednak. Bez orzechów zacukrzała też szybko.

Orzechy gryzione wcześniej obok czekolady okazały się nijakie, a sama czekolada poszła w plastikowym kierunku. Wolałam więc zostawiać je na koniec. 

Co kilka kęsów, w oddali, subtelnie pojawiało się słonawe echo. Tak łagodne, że uwierzyłabym, iż iluzoryczne. Podkreślała maślaność i trochę mleko z czekolady. Wydaje mi się, że trochę uwypuklała szlachetniejszy - waniliowy - wydźwięk słodyczy.
Na prawie całą tabliczkę, sól dyskretnie przypomniała o sobie może ze 3-4 razy.

Z czasem waniliowo-cukrowa słodycz w ogóle przeszła do poziomu średnio-wysokiego, nie mordowała, a wpisywała się w maślaność; maślany nugat. Przy nim niestety raz po raz wyłaniał się plastik. Gdy akurat w kęsie było więcej czekolady niż orzechów, zaznaczała się gardle, ale nie mogę nazwać tego drapaniem; nie męczyła.

Końcowo nerkowcowy smak rósł na znaczeniu i gdy zaczęłam gryźć orzechy, wystrzelił na przód. Tonowały słodycz. Orzechy zaprezentowały się w pełni. Były cudownie intensywne: naturalnie maślane i słodkawe. Czuć, że podprażono je leciutko, tylko dla podkreślenia. Dominowały, zostawiając sobie czekoladowe echo. Nie trafiła mi się przy nich sól na końcu.

Po zjedzeniu został posmak orzechów nerkowca. Maślanych i łagodnie słodkawych, przyozdobionych lekko nugatowym echem słodko-maślanej czekolady. Ta na koniec wyszła bardzo wycofana.

Czekolada zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Wszystko do siebie tu pasowało, sól okazała się marginalna i nie zaburzyła duetu nerkowców i jakby nugatowo-maślanej czekolady. Ta choć sama w sobie ryzykownie słodka, z orzechami tak nie zasładzała. Czuć w niej nie tylko cukier, a też wanilię. Pobrzmiewało w niej echo plastiku, ale nerkowce skutecznie odciągały od niego uwagę i wynagrodziły to. Były boskie. Takie, jakie nerkowce powinny być, a i dodano ich mnóstwo.

Tabliczka wprawiła mnie w szok, bo choć prosta i słodko-mleczna, z przyjemnością ze względu na nerkowce zjadłam prawie całą. W górach szła dobrze, a w domu też całkiem w porządku, że zostawiłam tylko 3 kostki Mamie (a pierwotnie obstawiałam, że pewnie dam jej połowę). Jej opinia: "No tak, zaskakująco dobra ta sama czekolada jak na Fin Carre. Ryzykownie słodka, ale dobra, bo ta co jest w stałej ofercie - mleczna z laskowymi - to sama czekolada jak plastik. Dziwne, że limitki mają aż podejrzanie dobre. W ostatniej kostce jednak trafił mi się kryształek soli i powiem, że kompletnie do niczego tam nie pasował". Obie się zgodziłyśmy, że miała wyjątkowego pecha tak trafić na jeden kryształek...


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: jak wyżej (sprawdziłam: 6,99 zł)
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, orzechy nerkowca 22%, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku (z mleka), bezwodny tłuszcz mleczny, miazga z orzechów laskowych, olej rzepakowy, sól 0,2%, emulgator: lecytyny; ekstrakt z wanilii

niedziela, 9 listopada 2025

Willisch Lody z Lodziarni Wielkanocna Babka Lawendowa

Lody ostatnimi laty kompletnie mi przeszły. Ojciec zapamiętał jednak, że "drogie i ciekawe" mnie ciekawią. Lata temu taak, a teraz? Za nic żadnych sama bym nie kupiła. Gdy tylko pojawiły się w Lidlach limitowane dziś przedstawiane, od ojca usłyszałam podekscytowane pytanie, czy chcę. Pamiętał bowiem, jak długo go męczyłam, by pojechać do ogrodu lawendy i co roku proszę go o suszone wiązki lawendy. To jakże mogłabym nie chcieć lawendowych lodów? No jakoś jednak mogłam. Byłam sceptyczna i do marki (wg mnie drogiej nieadekwatnie do składów) oraz smaku "babka lawendowa" a nie po prostu lawendowego. A jednak, mając słabość do lawendy i postawiona w takiej sytuacji, odpowiedziałam twierdząco. A potem lody musiały długo czekać w zamrażarce, aż będę miała jakiś taki mniej nielodowy nastrój. 

Willisch Lody z Lodziarni Wielkanocna Babka Lawendowa to lody o smaku babki lawendowej, a właściwie lody śmietankowe z babką lawendową i lawendą (ekstraktem); edycja limitowana na wiosnę, dostępna tylko w Lidlach.

Już chwilę po otwarciu, ale z czasem w trakcie jedzenia to już w ogóle, czułam wyraźny zapach lawendy, mieszającej się z pełnym, słodkim mlekiem, które przechodziło w śmietankę. Lawenda trochę dominowała, ale nie była ciężka. Osłodził ją motyw ciasteczkowo-ciastowy, obecny w tle. Słodycz ogółu stała na średnio wysokim poziomie.

Lody w pierwszej chwili wydały mi się bardzo zwarte, twarde i gęste, jednak po paru chwilach zaczynały się topić i upodabniać do ubitej śmietanki, w której jednak kryła się pewna masywność. Napędziły ją kawałki zmielonego ciasta. Tłustość stała na dość wysokim poziomie, jednak nie była ciężka. Należała to śmietanki. Masa połączyła dwa kolory: beżowy i lawendowy. Kolor lawendowy (blado fioletowy) tworzył skąpe zawijasy, pojawiające się to tu, to tam w całym pudle. Nie było ich za wiele. Widać za to sporo drobinek oraz małych kawałków ciemnobeżowego ciasta. W trakcie jedzenia w większości okazało się mocno przemielone i przemieszane z lodową bazą, ale zdarzały się też większe kawałki o nieregularnym kształcie.
Masa rozpływała się średnio gęsto, w zasadzie gęstawo i też średnio kremowo. Niby była w miarę kremowa, ale plątało się w niej lekko proszkowe wrażenie. Fioletowe smugi pod względem struktury były bardzo zbliżone do części jasnobeżowej, choć wydawały mi się minimalnie bardziej zwięzłe. Może wręcz znikomo glutkowate. Kawałki ciasta okazały się dość konkretne i zwarte, a także mączne. W ustach rozchodziły się na grudkowo-piaskową, coraz bardziej miękką zawiesinę. W całości znalazło się trochę ciemnofioletowych drobinek - czyżby mocno zmielona lawenda?

W smaku przywitała mnie znacząca słodycz, która po chwili mieszała się ze śmietanką. Rosła prawie przez cały czas.

Śmietankowo-mleczna baza zarysowała się wyraźnie, optując za łagodnym wydźwiękiem. Po chwili, raz mocniej, raz słabiej, zaznaczał się motyw ciasteczkowo-ciastowy. Baza całościowo smakowała właśnie trochę ciasteczkowo. Przewijał się w niej też motyw mdławo-mączny (przy kumulacji zmielonego ciasta).

Nagle raz po raz przemknęła lawenda. Choć delikatna, czasem bez trudu się wybijała. Wyszła trochę ziołowo, ale nie goryczkowato, trochę ciężkawo, ale nie ciężko. Sporadycznie, raczej przy fioletowych fragmentach, nasilała się, starając się trochę przełamać przesadzoną słodycz i prezentując jakby pochodzenie z aromatu.

Masa lodowa nie smakowała jednolicie. Fioletowe części były ewidentnie lawendowe, a beżowo-białawe prawie wcale.

Słodycz przez pewien czas trzymała się wysokiego, ale jeszcze znośnego poziomu, ale w końcu osiągnęła przesadzony. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach baza zaczęła już jednoznacznie kojarzyć mi się z niedopieczonymi, mącznymi ciastkami, nie ciastem-babką. Skojarzenie to podkręcały jakby kawałki bardziej ciasteczkowe.

Przy zagarnianiu łyżeczką ciemnobeżowych drobinek i kawałków ciasta miałam wrażenie, że to mączne, lekko karmelowe ciasteczka, nie babka. Gdy trafił się jakiś większy kawałek tego ciasta, do głowy przyszedł mi nawet cynamon.

Gdy po kawałkach ciasta czy fioletowych zawijasach zagarniałam łyżeczką jasne, biało-beżowe części, wydawały się jeszcze słodsze, trochę w ciasteczkowym kontekście, ale i zwyczajnie przecukrzone. Acz wciąż też śmietankowe. Słodycz bazy wydawała się zmotywowana plączącym się wątkiem lawendy.

A ta pokazywała się niby czasem mocniej, ale głównie jako jedynie echo.

Po zjedzeniu został posmak ciężkawej lawendy oraz słodyczy śmietankowych, cukrowo-ciasteczkowych lodów. Czułam ewidentnie karmelowawą ciasteczkowość i mączny motyw. Słodycz wydawała mi się zdecydowanie za wysoka, aż przysłaniająca lawendę.

Lody wyszły jako tako, nie zupełnie źle, ale sporo bym zmieniła. Trochę się bałam efektu, bo nie przemawia do mnie to, co robi ta firma na pewne okazje: lody ze zmielonymi pączkami na Tłusty Czwartek, lody ze zmieloną babką na Wielkanoc. Wolałabym po prostu lody lawendowe - coś takiego, jak jadłam w Ogrodzie pełnym Lawendy (które jednak też nie były idealne). Ciasteczkowo-śmietankowa baza o przesadzonej słodyczy w sumie byłaby do zniesienia, gdyby dopracowano lawendowe zawijasy i ciastka (?). Nie podobały mi się te przemielone, mączno-ciasteczkowe, mdławe elementy. Nie powiedziałabym, że to babka, a właśnie mączne, kiepskawe ciasteczka. Wolałabym więcej lawendy całościowo. Lawenda jako ekstrakt pobrzmiewała tak sobie przy niezbyt pokaźnych fioletowych zawijasach.
Lody jednak niewątpliwie są w jakimś tam stopniu ciekawe i byłyby warte  jednorazowej uwagi, gdyby były tańsze. Nawet ok na edycję limitowaną, po której zniknięciu, nie będzie są rozpaczać, ale można spróbować.

Dałam radę zjeść połowę, starając się wybierać jak największą ilość fioletowych zawijasów, których czułam niedosyt, i omijając co większe kawałki kiepskiego ciasta. Reszta powędrowała do Mamy (która lawendy nie lubi).
Mama jednak nie chciała ich kończyć. Ujęła to: "Trafiły do mnie w złym czasie, bo jeszcze mi trochę za zimno było, a w nich nie czułam niczego, co by do nich przyciągało. Wydały mi się jakieś nijakie, a po prostu słodkie i niesmaczne. Nie zagłębiałam się nawet, co ja tam oprócz tego, że bardzo słodkie, w nich czułam".


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl (ojciec kupił)
cena: 19,99 zł (za 390g / 465ml)
kaloryczność: 224,9 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: świeże mleko, świeża śmietana, cukier, babka lawendowa (mąka pszenna, jogurt grecki, cukier brązowy, masło, jaja, miód, proszek do pieczenia, soda oczyszczona, cynamon, lawenda suszona), mleko w proszku odtłuszczone, glukoza, ziemniaczany syrop glukozowy, olej słonecznikowy, mleko pełne w proszku, ekstrakt z lawendy, naturalne aromaty, tłuszcz kakaowy, białka mleka, skoncentrowany sok z buraka, sól, stabilizator: guma tara

sobota, 1 listopada 2025

lody Willisch Lody z Lodziarni Noc Żywej Dyni (Dynia z pomarańczą)

Czasem żałuję, że zdarza się, że włącza mi się jakieś dziwne, dziecinne chciejstwo. Zdarza się, że mnie to denerwuje, ale w zasadzie... rzadko. Bo i często mnie nie nachodzi. Tylko w takich specyficznych przypadkach, jak np. w Halloween. Niektórzy podczas Gwiazdki pozwalają sobie na poczucie się znowu dzieckiem, a Halloween to z kolei mój czas. Wtedy na moje nieszczęście niektóre szaty graficzne pewnych produktów aż do mnie wołają. Nie inaczej było z dziś przedstawianymi lodami. Mimo że dawno już lody przeszły mi kompletnie, bo są zimne i słodkie, to jednak... te mnie zaciekawiły. Co prawda, nie udałoby im się, gdyby nie to, że znałam Willisch Lody z Lodziarni Dynia z kremem czekoladowym już z czasów, gdy mi ten typ słodyczy, jakim są lody, przestał leżeć. Musiałam im jednak przyznać, że były ciekawe i smaczne.

Willisch Lody z Lodziarni Noc Żywej Dyni (Dynia z pomarańczą) to lody dyniowe z pomarańczą (a dokładniej sosem pomarańczowym ze skórką); edycja limitowana na Halloween 2023, dostępna w sklepach Lidl.

Po otwarciu poczułam bardzo intensywny zapach dyni o słodkim charakterze. Zarysowała się na śmietankowej toni wskazującej lody mleczno-śmietankowe właśnie. W dyni, mimo to, leciuteńka wytrawność pobrzmiewała. Początkowo pomarańcza nie zdradzała swojej obecności - zaznaczyła się dopiero w trakcie jedzenia, zwłaszcza, gdy wąchałam zżelowany sos. Pomarańcza wyszła zaskakująco subtelnie jako ona sama - raczej dodała po prostu soczystości.

Lody były gęste, ale od początku miękkie. Rozpływały się przyjemnie leniwie. W ustach dały się poznać jako kremowe, faktycznie wykazywały i gęstość, i miękkość. Nie czuć w nich zagęszczenia puree, a gładkość. Tłustość stała na średnim poziomie. Nie odebrałam ich jednak ani jako specjalnie lekkie, ani ciężkie. A takie dość syte. Urozmaiciły je drobniutkie i małe kawałki skórek pomarańczy.
Wspomniany sos wystąpił pod postacią paru drobnych skupisk, spirali jakby zżelowanego, trochę przecierowatego sosu. Też był miękki, ale inaczej. Bardziej glutkowato. Rozpływał się wraz z lodami.
Skórki pomarańczy i kawałki półprzezroczyste były trochę kleiste i jędrne. Lekko soczyste oraz miękkie. 

W smaku lody przywitały mnie wysoką słodyczą i mlekiem, do którego dołączyła śmietanka. 

Na tym właśnie tle zaznaczyła się dynia. Odkąd tylko się pokazała, umacniała swoją pozycję. Raz po raz wkradała się na pierwszy plan do śmietanki. Wyszła słodko, w dużej mierze ze względu na swoją naturalną słodycz, ale całość kojarzyła mi się też z dyniowym sernikiem na zimno, w którym nie pożałowano cukru.

Z czasem słodycz trochę przeszkadzała, wydawała się zbyt ciężka. Sporadycznie jednak wzrastała soczystość. Chwilami bardziej, chwilami mniej. Pomarańcza dawała o sobie znać nie zawsze, ale jak już to przeważnie mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach. Część dyniowa miejscami troszeczkę nią przesiąkła.

Wyraźny pomarańczowy kop zapewniały grudki sosu i kawałki pomarańczy. Żelo-sos był soczysty i bardzo słodki, ale jednocześnie kwaskowaty. Kawałków nie musiałam gryźć, by się odezwały. Kojarzyły się bardzo z cukierkowo-kandyzowanymi skórkami, ale w soczystszej wersji. Wystąpiła w nich lekka goryczka, wpisana jednak w słodycz. Przełamywały słodycz lodów. Chwilami, acz nie bardzo często, pomarańcza przygłuszała dynię.

Masa lodowa po zagarnięciu pomarańczowych dodatków jawiła się jako słodsza, a dyniowość chwilami traciła pewność siebie.

Dynia mieszała się ze słodko-kwaśną, gorzkawą pomarańczą trochę dziwnie. Lekki kwasek chwilami niby sprowadzał słodycz cukru do poziomu, zostawiając tę dyniowo-mleczną, ale cały czas towarzyszyła mu kandyzowana nuta. Dynię i mleczność jednak dobrze czuć cały czas, do końca.

Po zjedzeniu zostało lekkie przesłodzenie i posmak skórek pomarańczy z jej lekką kwaśnością, prawie zrównane z wyrazistą dynią. Słodka śmietankowość zacieśniła ich duet.

Lody wyszły całkiem smacznie, acz jak dla mnie za słodko i nie przekonuje mnie to połączenie.  Pomarańcza wyszła lepiej niż znikomy i nieadekwatny dodatek kremu czekoladowego, ale i ona jakoś mi nie leżała... W zasadzie nie była zła, ale nie podobał mi się jej kandyzowany charakter oraz to, że po niej chwilami nuta dyni robiła się mniej intensywna.

Do zachwytu sporo brakowało, ale uważam, że to dobra limitka - warto poznać, ale nie jest to produkt, do którego chciałabym wrócić zwłaszcza w tej cenie. Plusują tym, że są po prostu ciekawe, inne i dobrze zrobione, a nie tylko przyciągające kupców obietnicą. Obietnica dyniowego smaku spełniona.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 19,99 zł (za 380g / 468ml)
kaloryczność: 181 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: świeże mleko, świeża śmietana, mleko zagęszczone, cukier, mleko w proszku odtłuszczone, glukoza, ziemniaczany syrop glukozowy, dynia, skórka pomarańczy 6%, sok z pomarańczy, skrobia kukurydziana, naturalny aromat, cytryna, stabilizator: guma tara; sól

niedziela, 12 października 2025

J.D. Gross Czekolada Gorzka 70 % Cacao; nowa / po zmianach 2025

Bardzo nie lubię, jak zmieniają moje produkty-pewniaki. Uwielbiam odkrywanie nowych smaków, ale kiedy to ja o tym decyduję, a nie, gdy nagle zmieniają coś, co uważam za bazowe. Zawsze wtedy boję się, że zmiany są na gorsze. I to poniekąd plus, bo mogę albo powiedzieć "wiedziałam" albo być pozytywnie zaskoczona, jeśli akurat coś zmienia się na lepsze. Klasyczna ciemna czekolada Lidla na przestrzeni lat się zmieniała, a na blogu takie zmiany nawet udokumentowałam. Niestety, ostatnia była na gorsze. Czekolada jednak wciąż była w swojej kategorii dobra. 2025 rok przyniósł ogólnie wzrost cen czekolad i... Kolejną lidlową zmianę. Trafiło, że akurat wciąż miałam jeszcze wersję sprzed tej zmiany, więc mogłam dokładnie sobie je porównać. 

J.D. Gross Czekolada Gorzka 70 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 70%; wersja będąca w sklepach Lidl od 2025 roku.

Po otwarciu poczułam zapach niby poniekąd znajomy, ale jakby w wersji odrobinkę tańszej, prostszej. Pojawiła się bowiem mocno palona, gorzka kawa z waniliową, bitą śmietanką oraz ryzykowna słodycz, ale zakradła się też maślaność, która dopuściła do głosu kakao w proszku. Pomyślałam więc o kawie ze śmietanką oprószoną pyłkiem kakao. W dodatku kawa nie była aż tak jednoznaczna co w wersji z 2023 roku - tu mieszała się z akcentem drzewno-orzechowym, wchodzącym w paloność.

Ciekawe, że gdy położyłam obok siebie starą z 2023 i nową, nowa okazała się trochę jaśniejsza.
Twarda czekolada podczas łamania wykazywała kruchość i trzaskała niezbyt głośno - wyraźnie ciszej niż wersja z 2023 czy wcześniejsze. W dotyku zdradzała tłustość i kremowość, ale też trochę pylistość. 
W ustach rozpływała się w średnim tempie (trochę wolniej od poprzedniej wersji, czyli tej z 2023). Łatwo miękła, wykazując kremowość i maślaność, choć jej tłustość stała na średnim poziomie. 
Wersja po zmianach wydała mi się mniej tłusta, odrobinę suchsza, ale też miękka.

W smaku pierwszy zarejestrowałam lekki splot maślaności i śmietanki. Dosłownie mignął i ruszyła gorzkość. Miała mocno palony charakter.

Wysoka słodycz ruszyła tuż za nią. Połączyła w sobie cukier z wanilią.

Do gorzkości zakradła się prosta cierpkość kakao. Wciąż dominowała palona kawa, ale właśnie jakby ze śmietanką i sowicie oprószona kakao w proszku (przynajmniej nie odtłuszczonym). A może też w ogóle kawa z kakao? Ten prostszy, cierpki akcent na zasadzie kontrastu podkręcił słodycz.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa  słodycz wyszła wręcz jaskrawo w kontraście do gorzkości. Szybko zaczęła trochę męczyć, próbując zająć nadrzędną pozycję. Związała się ze śmietanką i wyniosła ją na przód. Zdawała się spływać po bitej śmietance i przesładzać także kawę. Nie był to jednak czysty cukier - wanilia wyraźnie się tam też przewijała, nakręcając śmietankę.

Z czasem doszła jeszcze maślaność. Gorzkość próbowała na zasadzie kontrastu wykrzesać z siebie coś więcej... Było jednak tak słodko i śmietankowo, że z czasem już pozostało jej tylko chociaż utrzymanie kawy. Maślaność dopuściła do kompozycji łagodniejszy, drzewno-orzechowy, ale też palony motyw. Rozmył jednak trochę kawę.

Słodycz drapała w gardle. Śmietanka zaczęła zmieniać się w jakiś... śmietankowo-waniliowy lukier? W głowie miałam zagłuszające kawę - kawę? - cukier, przecukrzony syrop, wanilię i śmietankowy lukier, które wyszły zbyt ciężko, wręcz dusznie i po paru kostkach mdląco.

Po zjedzeniu został posmak bardzo mocno palonej kawy wymieszanej z kakao w proszku, ale złagodzonej maślano-śmietankowymi nutami oraz silną słodycz, łączącą cukier i trochę wanilii. W tle czułam też prostotę cierpkiego kakao w proszku tak po prostu.

stara 2023 x nowa 2025
Niestety, tabliczka uległa zmianom. Ok, nie były to diametralne zmiany; pewnie większość konsumentów aż tak nie skupiających się na jedzeniu nawet je przeoczy, ale ja je czułam, zwłaszcza zestawiając jedną z drugą. Czekolada utraciła taką swoją pełną esencjonalność gdy chodzi o gorzkość kawy (która nawet trochę spoglądała ku ziemi) - w nowej wkradło się proste, cierpkie kakao i więcej maślano-orzechowych, drzewnych nut, przez co całość wyszła łagodniej w kwestii gorzkości. Słodycz wyszła przez to jeszcze dosadniej i męcząco. Nawet nie, że była silniejsza, ale tak jakoś... wyraźniejsza? Oderwana i wyeksponowana? W dawnej maślaność i gorzkość też były bardziej zgrane, że nawet wynikła z nich lekka karmelkowość, zamiast czysty cukier.  J.D. Gross Czekolada Gorzka 70 % (2023), a z 2020 to już w ogóle smakowały po prostu ambitniej, "drożej". Wciąż jednak była wkomponowana w palono-kawowe, gorzkie realia, więc jak na swoją kategorię, dalej jest opcją w porządku. Nie jednak w pełni satysfakcjonującą, a pozostawiającą parę "ale". 8 zostawiam trochę naciąganą, bo jednak coraz trudniej ogólnie o dobrą czekoladę w tej cenie.

Ciekawe, że zmieniła się kaloryczność i wartości, ale nie skład. W nowszej jest mniej tłuszczu.


ocena: 8/10 (trochę naciągane)
kupiłam: Lidl
cena: 9,99 zł (za 125 g)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak (z braku alternatyw)

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii

poniedziałek, 15 września 2025

Fin Carre Weisse Kokos & Flakes biała z wiórkami kokosowymi i płatkami kukurydzianymi

Czy to takie dziwne, że choć nie lubię czekolad Fin Carre i nie znoszę białej czekolady, zawitała na moim blogu ta tabliczka? I tak, i nie. Okazało się, że chyba wycofano najlepszą znaną mi białą czekoladę, Chateau Weisse Kokos / Biała z Kokosem i płatkami kukurydzianymi. I to akurat wtedy, gdy chciałyśmy ją sobie z Mamą przypomnieć! Zdesperowane, zamówiłyśmy na Allegro, jednak okazało się, że sprzedający miał już tylko po terminie i nie chciał ich wysłać nawet na naszą odpowiedzialność. Zaproponował, że ma bardzo podobną. Licząc więc, że będzie to chociaż namiastka, kupiłyśmy. Nie ufałam tej tabliczce, ale pomyślałam, że może będzie choć trochę podobna i w górach uda mi się jakoś w nią wkręcić. Specjalnie pod nią za cel obrałam Halę Śmietanową - by było tematycznie, a co! Z Policy dalej poszłam czerwonym szlakiem do Kiczorki, zwanej przeważnie Cylem Hali Śmietanowej. Mając wspaniały widok na Babią Górę w całej jej okazałości uznałam, że to idealna chwila na potencjalnie śmietankową czekoladę.
Po zdjęciach obrałam żółty szlak na wieżę widokową na Mosornym Groniu. Nie planowałam wchodzić i na nią, ale jakoś tak mi się zachciało. Potem zeszłam do Hali Krupowej zielonym szlakiem i czekał mnie znany już odcinek do parkingu na Wielkiej Polanie, w Sidzinie.

Fin Carre Weisse Kokos & Flakes to biała czekolada z prażonymi wiórkami kokosowymi (18%) i płatkami kukurydzianymi (7%), marki własnej Lidla, wyprodukowana przed Ludwig Weinrich GmbH.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach wiórków kokosowych i mleka, które aspirowało do śmietanki. Za nimi odnotowałam też lekką, kwaskawą taniość kiepskich białych czekolad. Słodycz stanęła na średnio wysokim poziomie, bo trochę ją hamowała pieczona nutka corn flakesów. Nie były nutą jednoznaczną, ale łatwo je nazwać.

W dotyku tabliczka zdradzała tłustość, choć była konkretna i twarda - to jednak wynikało z grubości. Przy łamaniu słychać było chrzęst dodatków.
Przekrój potwierdził, co zdradzał już spod - dodatków zatopiono mnóstwo: zarówno wiórków kokosa (ledwo widocznych), jak również drobnych płatków kukurydzianych. By spróbować samej czekolady, musiałam aż dosłownie spiłować trochę z brzegu.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Była tłusta i kremowa, a także bardzo zbita. Miękła, długo zachowując kształt. Dodatki wyłaniały się z niej niechętnie, były zatopione porządnie i jakby trochę utrudniały rozpływanie się.
Z czasem robiła się z tego zbitko-grudka trochę posiekanego kokosa i płatków. Wydawało się, że to one są bazą, a czekolada robi za dodatek. Czy to gryzione w trakcie rozpływania się bazy, obok niej jak się dało, czy już na koniec, były chrupiące. Ja wolałam gryźć na koniec, choć sporadycznie podgryzałam trochę już wcześniej.
Gryzione na koniec wiórki kokosowe były chrupiąco-trzeszczące. Świetnie zgrały się z chrupiącymi i twardymi płatkami kukurydzianymi. Te nawet gdy trochę nasiąkły i zmiękły, nie zaniechały chrupania. 
Dodatki wyszły przyjmie świeżo, mimo ilości, nie drażniły, nie drapały podniebienia i języka.

W smaku pierwsza rozbrzmiała średnio wysoka słodycz, a tuż za nią echo kokosa. Wiórki kokosowe częściowo starały się zabarwić sobą słodycz. Nawet trochę wydawało się, że poniekąd płynie z nich.

Zaraz odezwało się też mleko. Takie przeciętne, może trochę mdławe? Zalatywało trochę taniością, lecz zaraz zalał ją bardziej śmietankowy motyw.

Kokos rósł w siłę i stanął na pierwszym planie. Słodycz umacniała się w średnim tempie i wcale nie tak mocno. Weszła na ryzykowny poziom, ale ze względu na rozbijanie dodatkami, jak na białą była znośna. Śmietanka jednak odpuściła jakoś mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa. Całość była bardziej przeciętnie mleczna niż śmietankowa.

Dodatki czuć bez gryzienia. Do kokosa dołączyła nuta płatków kukurydzianych. Wciąż rządził kokos, ale wystąpiły jako zgrany duet. Zdominowały kompozycję i stały na straży słodyczy.

W tle i tak jednak przewijała się delikatna taniość. Motyw kwaskawej, kiepskiej białej czekolady bardziej dawał się we znaki w przypadku kostek brzegowych, gdzie czekolady było minimalnie więcej. Ogólnie więc im więcej dodatków, tym dla tej kompozycji lepiej, jednak nie dały rady ukryć taniości zupełnie.

Czasem dodatki gryzłam już wcześniej, obok czekolady, czasem dopiero na koniec.
Gdy gryzłam dodatki wcześniej, na zasadzie kontrastu podskakiwała słodycz i przeszkadzała. Acz wiórki kokosowe i corn flakesy były intensywne i nic sobie z niej nie robiły.
Gdy gryzłam dodatki na koniec, zerwały smakową słodycz i zagłuszały taniość. Zostało tylko lekkie drapanie w gardle.

Gryzione razem wiórki i corn flakesy smakowały tak samo intensywnie. Wiórki i płatki tworzyły świetny duet. Czasem jednak płatki jawiły się jako dosadniejsze.
Płatki kukurydziane miały wyraźnie kukurydziany, lekko pieczony smak.
Wiórki kokosowe uderzały naturalne słodkawym smakiem, który wydawał się lekko podprażomy (możliwe, że ze względu na pieczoność corn flakesów).

Po zjedzeniu został posmak wiórków kokosowych i płatków kukurydzianych ze znikomym echem mocno białej czekolady, z której na jaw wylazła cukrowość. Czułam też drapanie w gardle.

Czekolada wyszła zjadliwe w małej ilości ze względu na mnóstwo bardzo dobrych dodatków. Dzięki nim jej słodycz odebrałam jako znośną. Niestety, sama w sobie czekolada była nieprzyjemnie tania.

Miałam dość po 2 kostkach w górach, ale z braku innej zjadłam jeszcze 1, a w domu dla weryfikacji nut kolejną 1. Kompletnie mnie nie chwyciła, bo co mi po pysznych dodatkach, jak sama czekolada raz po raz zajeżdżała taniością? Wyszła jak kiepska podróbka Chateau Weisse Kokos / Biała z Kokosem i płatkami kukurydzianymi. Nie była jakoś straszliwie okrutna, ale też nie było w niej niczego, co by mnie zachęciło do jedzenia.

Większość więc wróciło do domu, do Mamy. Jej opinia: "Ta czekolada jest po prostu... poprawna. Jak ktoś po prostu lubi białe, to pewnie mu bardzo posmakuje. Ja obecnie nie przepadam za białą, więc jestem bardziej wymagająca i mi ona za słodka, a dodatków aż za dużo, bo się czuję chwilami, jakbym cukier chrupała. Sama czekolada mi nie wydaje się jakoś strasznie tania, ale taka... no na 6, trochę ponad przeciętna. Zjadłam jakieś 100 gramów, potem jeszcze trochę, ale więcej - już dosłownie końcóweczki - nie chcę, chyba oddam*. A Chateau nigdy bym nikomu ani kostki nie dała".
*Resztę oddałyśmy ojcu, jak powiedziała Mama.


ocena: 6/10
kupiłam: zamówienie przez internet od os. prywatnej
cena: 13 zł (za 200g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, wiórki kokosowe 18%, pełne mleko w proszku, płatki kukurydziane 7% (kukurydza 6,5%, cukier, sól spożywcza, słód jęczmienny), śmietana w proszku, serwatka, lecytyny, sól kuchenna, naturalny aromat waniliowy

wtorek, 2 września 2025

Fin Carre Flavour Baked Apple Cinnamon Crumble Milk Chocolate mleczna z cynamonem, ciastkami i jabłkami

W 2025 wróciłam w góry znacznie szybciej niż się spodziewałam. Szybciej nawet niż rok wcześniej! Nagle bowiem pod koniec stycznia poczułam niemal wiosenne powietrze, pogoda sprzyjała... Oczywiście nie miałam zamiaru pchać się w Tatry, gdzie jeszcze panowała zima, ale gdzieś niżej - dlaczego by nie? Wybrałam nie za długą pętlę z Ochotnicy Dolnej na Lubań. Na wieżę widokową dotarłam niebieskim szlakiem przez las (w którym wcześniej poczęstowano mnie Choceur Orzechowa Czekolada Mleczna z Całymi Orzechami Laskowymi). Wieża jednak zasnuła się mgłą, mimo że straszliwie wiało. Oba te czynniki wykluczały ładne zdjęcia na niej, więc kombinowałam pod wieżą. Potem zachciało mi się jeszcze pójść na Średni Groń, i... na nim się zorientowałam, że mgła na Lubaniu odpuściła. Zawróciłam więc, by jednak coś z tej wieży zobaczyć. Parę zdjęć zrobiłam więc na nowo - bo dlaczego nie? No i czekolada towarzyszyła mi w lodowo-błotnistej drodze powrotnej szlakiem żółtym przez bazę namiotową, a potem zielonym przez Morgi z powrotem do Ochotnicy. Tam już poczułam trochę zimy, więc wariant czekolady okazał się bardzo adekwatny.

Fin Carre Flavour Baked Apple Cinnamon Crumble Milk Chocolate to "mleczna czekolada o zawartości 30% kakao "o smaku jabłkowo-cynamonowym z 12% kawałkami ciastek i 2% kawałkami liofilizowanego przecieru z jabłka" (kawałkami jabłkowymi) oraz cynamonem, inspirowana pieczonymi jabłkami i cynamonową kruszonką; edycja limitowana na zimę 2024/2025; marki własnej Lidla.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach cynamonu, który bez dwóch zdań dominował nad resztą, a także pewne pieczone ciepło i motyw szarlotki. Jabłka stanowiły subtelną, kwaskawo-soczystą nutkę, a jeszcze dalej za nimi doszukałam się orzechów - chyba trochę podpinających się pod wspomniane ciepło. Wszystko to na cukrowo słodkim tle mlecznej czekolady.

Tłustość tabliczki czuć już w dotyku. Wydała mi się też potencjalnie lepkawa. Przy łamaniu okazała się średnio twardo-krucha i słychać było lekkie trzasko-chrupnięcia. Dodatki dołożyły się do chrupania. 
Zarówno na spodzie, jak i w przekroju widać dużo średnich i małych kawałków jasnych ciastek i dosłownie kilka średnio-sporawych jabłek w formie bladożółtawej kawałko-kostki. Dodano ich tyle, że w zasadzie nie da się zrobić kęsa bez dodatków. By spróbować trochę czekolady osobno, musiałam dosłownie spiłować trochę z wierzchu, brzegu zębami. Miejscami bowiem ciastko dosłownie siedziało na ciastku.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, ochoczo mięknąc. Acz pewną zbitość zachowywała. Baza wykazywała niemal idealną gładkość. Była mazista i tłusta w sposób maślano-śmietankowy.  Po paru chwilach językiem wyczułam dużo dodatków: głównie suchawo-kruche ciastka, a tylko nieliczne, częściowo rozpuszczające się, mięknące kawałki jabłkowe. Wydawały się wilgotne i lepkawe.
Trudno było gryźć dodatki obok czekolady, bo z czasem tworzyły zawiesinę, która mieszała się z czekoladową masą, stając się jednością. Ja więc zostawiałam je na koniec, dając wszystkiemu spokojnie się rozpuścić. 
Z czasem niektóre ciastka wypadały z czekolady. Do złudzenia przypominały kruchą, wilgotniejącą, mączną kruszonkę.  Okazało się, że miejscami wystąpiły jako zbitki ciasteczkowych grudek. Częściowo rozpuszczały się i one. Minimalnie nasiąkały i zmieniały się w pyliście-mączną zawiesinę z grudek. Gryzione ciastka trochę twardo chrupały, ale ogólnie nie były twarde.
Kawałki jabłkowe gubiły się wśród nich. Gryzione trochę trzeszczały, robiąc się coraz bardziej miękkawo-lepkie. Zaplatało się w nich znikome zżelowanie.

W smaku od początku czułam wysoką słodycz i intensywny cynamon. Otarł się o sztuczne przerysowanie, ale zaraz odciągnęła od tego uwagę rosnąca słodycz. Potem już cynamon jednak poszedł w rozgrzewającym, naturalniejszym kierunku.

W tle przemknęła mi nieśmiała szarlotka oraz motyw pieczono-ciastowy. Nie tak nieśmiały. Wydaje mi się, że osiadła w nim dosłownie półnuta orzechowa. 

Dodatki bardzo szybko dawały o sobie znać, po czym zaraz zajmowały miejsce obok czekolady, rozbrzmiewając z nią w harmonii. Mleczny wątek znalazł sobie miejsce na tyłach.

Kiedy spróbowałam samej czekolady osobno, była mleczna i cukrowo słodka, ale wyraźnie sama w sobie też smakowała ostrawym cynamonem i szarlotką z kruszonką. Nie jednak tak, jakby przesiąkła dodatkami, a jakby dodano taki aromat.

Ciastka szybko dały o sobie znać - nie trzeba było ich gryźć. Skojarzyły mi się z mączystą, słodką kruszonką. Cukrowa czekolada, mieszając się z nimi, podszepnęła na moment cookie dough, lecz zaraz zniknęło.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, słodycz zaczęła piec w gardle. Cynamon umocnił to uczucie. Cały czas czuć go sporo.

Dodatki, choć też słodkie, próbowały chociaż trochę opóźnić zacukrzenie. Były bowiem słodkie łagodniej niż czekolada.

Szarlotka w tej kompozycji to bardziej... Kruszonka przesiąknięta nutą słodkich, niemal tylko złudnie kwaskawych jabłek. Kiedy trafił się jabłkowy kawałek, ten smak się trochę nasilał, ale  nigdy nie doganiał ciasteczkowości.

Z czasem cukrowość bardziej dawała się we znaki, ale cynamon i pieczony wydźwięk trochę ją urzyjemniły. Mleko za to cały czas nie pchało się na przód, ale go nie brakowało.  Było za słodko, ale w sposób niewykluczający smaczności.

Im więcej kawałków na koniec się wyłaniało, tym bardziej zawłaszczały sobie smakowa scenę. Prezentowały się na niej głównie kruszonkowe ciastka, którym przygrywał cynamon. Echo jabłek zdecydowało się na odrobinę słodyczy i prawie kwasku.

Jabłkowe kawałki, a właściwie to, co z nich zostało (w sumie trochę tego było), gryzione smakowały delikatnie niczym jabłkowy przecier z prażonych jabłek. Były słodkie, leciutko soczyste; kwaskawe jedynie niektóre i to przelotnie. 
Gryzione ciastka fundowały wyrazisty, słodko-mączny smak kruszonki. 
Dodatki trochę tonowały przecukrzenie, ale to na koniec i tak było wysokie.

Po zjedzeniu został posmak mączystej kruszonki z echem soku jabłkowego. Otoczyła je wysoka, cukrowa słodycz, paląca w gardle i na języku. Umocnił to cynamon, który na koniec wydał mi się wpisywać trochę w pewne przerysowanie.

Czekoladę odebrałam pozytywnie, jednak szkoda, że trochę zapomniano o jabłkach i przesadzono z cukrem. Wyszła uroczo kruszonkowo-ciasteczkowo i charakternie cynamonowo, co ratowało od przesłodzenia totalnego. Niestety, szarlotki i jabłek czułam niedosyt. Nutka się pojawiła, ale kawałków jabłkowych pożałowano. A szkoda, bo w tych kawałkach czuć potencjał. Pewnie gdyby jabłek było więcej, słodycz zostałaby lepiej przełamana.
Tak, niestety, wyszła nieco gorzej niż podobnie zrobiona Fin Carre Limited Edition Enjoy Chilled Milk Chocolate Type Banana Ciao Cacao, gdzie dzięki owocom lepiej wszystko zagrało. Choć we wspomnianej było tylko 2,5% bananów, to w przypadku liofilizownego przecieru, jak widać robi to różnicę. 1,3% przecieru jabłkowego w dziś przedstawianej niestety trochę niedomagało.

W górach szła fajnie, mimo że za słodko, w domu jednak słodyczą nadto męczyła. Kończyłam ją więc jakoś w 3 podejściach, za każdy razem się zacukrzając (ale była na tyle ciekawa i smaczna, że się jej nie pozbyłam!).


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam (a ojciec kupił w Lidlu)
cena: sprawdziłam: 5,99 zł
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, miazga kakaowa, mąka pszenna, słodka serwatka w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, tłuszcz kokosowy, zagęszczony przecier jabłkowy 1,3%, miazga z orzechów laskowych, cynamon 0,1%, sól, skrobia z manioku (tapioka), emulgator: lecytyny; substancja spulchniająca: węglany sodu; ekstrakt waniliowy, naturalny aromat