Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: morele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: morele. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 kwietnia 2022

(Cachet) Moser Roth Bio Organic Chocolat Noir Apricot & Hazelnuts ciemna 57 % z suszonymi morelami i orzechami laskowymi

Uwielbiam suszone morele i podoba mi się wariant smakowy morelowy. Za świeżymi owocami nie latam - taka to trochę nie moja bajka (nie dość, że włochata, to jeszcze taka drobna). W czekoladach interesowały o tyle bardziej, że pojawiają się w nich wyjątkowo rzadko. Dopiero jakoś ze dwa dni przed otwarciem przypomniała mi się Moser Roth Dark Chocolate Apricot Almond. Trochę zmarkotniałam.
A po otwarciu... ależ mnie czekała miła niespodzianka! Od razu przypomniała mi się Cachet Bio Organic 57 % Dark Chocolate Apricots & Hazelnuts. Czyżbym trafiła na ukrytego Cacheta? Zaczęłam przeszukiwać kartonik i... owszem. Producent ten sam. Czekał mnie więc... miły powrót? 

Moser Roth Privat Chocolatiers Bio Organic Chocolat Noir Apricot & Hazelnuts to ciemna czekolada o zawartości 57 % kakao z suszonymi morelami i kawałkami orzechów laskowych, produkowana dla Aldiego przez Kim's Chocolates (Cachet).

Po otwarciu poczułam soczyste i zarazem kojarzące się z dżemem morele. Dżemowo-świeżawe, ale podkręcone aromatem, że aż nieco cukierkowo-galaretkowate owoce zaprezentowały się na palono-gorzkawym i bardzo słodkim tle. Wydały mi się morelami wzbogaconymi o brzoskwinie. Tło należało do karmelu i chyba odrobiny kawy. Wyraźnie czułam też orzechy laskowe: surowe, w gorzkawych skórkach, które to podkreśliła lekka nutka ziemi. Karmel podkreślił zapach suszonych moreli przy podziale i w trakcie jedzenia.

Tabliczka w dotyku wydała mi się nieco pylista. Podczas łamania dała się poznać jako twarda i głośno trzaskająca. Dodatki nadały jej kruchości. Już w przekroju widać ich sporo: mnóstwo mikroskopijnych drobinek orzechów laskowych i kawałków moreli (jak się okazało, niestety, mało). Nie da się zrobić choćby najdrobniejszego kęsa, by o nie zębem nie zahaczyć.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo i dość powoli, bo stopowały ją dodatki. Zatopiono ich na tyle dużo, że zrobiły z niej trochę zlepek-ulepek, który zachowywał zwartość, po czym giął się i wyginał, zmieniając się w budyniowego jeża.  Czekolada bazowo była tłustawa i kremowa, chwilami wydawała się lekko suchawa.
Morele okazały się lepkawymi i soczystymi, sporymi kawałkami, głównie niestety skórek, suszonych owoców. Wraz z rozpływaniem się kęsa nasiąkały i miękły.
Orzechy posiekano przesadnie. Chwilami niektóre męczyły ostrymi brzegami. Były twarde, acz świeżo-sprężyste, niektóre z zachowanymi skórkami. Delikatnie chrupały. Całkiem w porządku, ale niesatysfakcjonująco drobne.
Dodatki niestety uczyniły z czekolady denerwujący zlepek-ulepek, najeżając ją przesadnie.
Kawałki oczywiście zostawiałam na koniec, gdy czekolada już zniknęła. Morele wyszły w miarę zacnie, jak suszone, ale nieprzesuszone. Zachowały soczystość. Trafiałam głównie na kawałki skórek (przy dwóch dało się wyróżnić nawet jej "mechatość"), choć także miąższ się trafiał - różnie. Niestety jednak w natłoku orzechów wydawało mi się, że... jakoś bardzo ich poskąpiono.

W smaku jako pierwsza zaprezentowała się palona gorzkość kawy i orzechów. Różnych, ale głównie laskowych w gorzkich skórkach. Palona nuta stworzyła bazę, wspomagając się dymem i akcentem ziemi.
Już w tej palonej strefie zaznaczyła się poważna, ciężkawa w pozytywnym rozumieniu, słodycz, która jakby czekała na swoją kolej.

Szybko dołączyło do nich echo moreli... Czekolada wydawała się przesiąknięta zarówno soczyście-suszonymi owocami, jak i podkręcona - na szczęście nienachalnym - aromatem morelowym. Pomógł karmel, palono-cukrowy, wkraczający do akcji bardzo prędko.

Słodycz jednak nie była bardzo wysoka, a właśnie też palona, nieco... miodowo-soczysta? Jak jakaś palona, konfiturowo-dżemowa masa z żółtych owoców posłodzona miodem. Morele miały tu sporo do powiedzenia, acz chwilami przychodził mi na myśl duet "morela&brzoskiwnia".

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość i kawa zapewniły sobie "wsad" (wlew?) w postaci likieru... pomyślałam o cukrowej nalewce, rozgrzewającej, może złudnie korzennej... Nagle wyobraziłam sobie kakaowo-piernikowe, mocno przypieczone orzechowe ciasto nasączone likierem lub nalewką, może też z wilgotną masą marcepanową. Na pewno z warstewką, chociaż taką przecierowo-galaretkowatą, z owoców. Przez chwilę za sprawą słodkiego wypieku kompozycja złagodniała, zahaczyła o lekką maślaność, ale zaraz znów mignęła mi kawa i niemal alkoholowe (acz pozbawione promili) ciepło. Skojarzenie to doprawiło poważny klimat. Gorzkość i tu się znalazła.

Ciasto to musiało być sowicie wypełnione orzechami laskowymi i morelami suszonymi. Wyłaniając się spod czekolady, dodatki były wyczuwalne, nawet nierozgryzane. Wyraźnie czuć głównie orzechy, ale i morele. Niektóre morele przyjemne leciutko kwaskawo przebijały słodycz.

Pod koniec laskowce podkreśliła orzechowo-dymna, palona nuta czekolady (jakby orzechowa nuta płynęła także z niej), trochę też ziemia. A jednocześnie całość pod względem słodyczy niebezpiecznie zbliżyła się do poziomu przesady z racji wysokiej cukrowej karmelowości. Czułam ciepło, właśnie też słodyczy.

A jednak gdy czekolada zniknęła, dodatki w udany sposób zerowały przesłodzenie. Orzechy wyszły spójniej z czekoladą, a na koniec popisały się (mimo lichej wielkości) pełnym smakiem podprażonych laskowców. Wyszły słodkawo-gorzkawo, przyjemnie. Morele natomiast wykazały się soczystością, przejawiając sporo kwasku. Wyraźnie suszone i naturalne - aż zaskakująco w tym intensywne.

Po zjedzeniu został posmak moreli i orzechów laskowych, niestety wzbogacony o aromat morelowy, wplatający dżemowatą nutę. Ta wiązała się z całym splotem poważniejszych słodzideł: likiero-nalewki, marcepanu, zasłodzonej kawy... Karmel tańczył wśród nich wraz z palono-cierpkawą nutą kakao.

Czekolada smakowała mi; mam tylko zarzut co do formy dodatków. Prosta, wyrazista i gorzkawa, kawowo-ziemista, mimo że bardzo słodka. Na szczęście słodka za sprawą karmelu i "poważniejszych tworów", pozwoliła w pełni zaprezentować się wyrazistym dodatkom: laskowcom i niestety tylko odrobince moreli. Wszystko wyszło naturalnie i świeżo, ale... żałuję, że i aromat wepchnęli. Obeszłoby się bez, choć nie był taki najgorszy. W sumie to on znacząco rozkręcił morelowość. Mam wrażenie, że to prawie ten sam Cachet, aczkolwiek... wydaje mi się, że dodatki w dzisiaj prezentowanym zostały jeszcze bardziej posiekane (choć to może być kwestia konkretnych tabliczek). I... zmniejszyła mi się tolerancja na cukier i aromaty. W całokształcie jednak za nic nie mogę uznać, że obecnie (albo wersja dla Aldiego?) zasługuje na 8. Szkoda.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 8,99 zł
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe 6%, kawałki suszonych moreli 0,5%, naturalny aromat, lecytyna sojowa

środa, 16 czerwca 2021

Carrefour Selection Noir Saveur Abricot, Amandes & Romarin ciemna 64 % z suszonymi morelami, kandyzowanymi migdałami i rozmarynem

Przed tą czekoladą aż się zastanowiłam, czy żałuję, że Carrefour Selection od razu kupiłam wszystkie warianty, kierując się cudownością Carrefour Bio 74 %. W sumie... nie. Ok, obecnie kupuję tylko te czekolady, które rzeczywiście mają u mnie szanse, ale akurat te carrefourowe naprawdę wyglądały nieźle, a znając siebie i swojego pecha "trafiania na najgorszy wariant" (np. gdy w ciemno decyduję się tylko na jeden)... Stąd chyba żalu nie odczuwam. Połączenie suszonych moreli i rozmarynu kojarzę, sama nawet dodałam je raz i drugi razem do jakiegoś dania, jednak w czekoladzie...? Te dodatki już osobno są niecodzienne! Vanini 62% with Rosemary była bardzo ciekawa, z kolei morele w czekoladzie rzadko kiedy spełniają moje oczekiwania. Mimo to, przed sięgnięciem po tą tabliczkę nie byłam nastawiona "na nie".

Carrefour Selection Noir Saveur Abricot, Amandes & Romarin to ciemna czekolada o zawartości 64 % kakao z kawałkami suszonych moreli, karmelizowanych migdałów i rozmarynem (jako aromat); marki własnej Carrefour, zatwierdzona przez Gault&Millau.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, uderzył mnie przerysowany zapach cukrowo słodkich moreli i naturalny, zaskakująco wyrazisty migdałów. Rysowały się na cukrowo-palonym tle. Czekoladowa baza wydała się zupełnie uległa, likierowo słodka i z nutą goryczki bliżej nie do określenia.

Przy łamaniu twarda tabliczka bardzo głośno trzaskała. Wydała mi się zwarta trochę jak tafla z kamienia i wypełniona dodatkami dobrze wtopionymi. Morele mocno się jej trzymały i wręcz rwały przy podziale, a kawałki migdałów krucho łamały.
Dodano dodatków tak dużo, tak je rozlokowano, że właściwie niemożliwe jest zrobienie kęsa, by o nie choćby nie zahaczyć.
W ustach czekolada rozpływała się z lekkim oporem zimnego masła, potrzebując trochę czasu, by w ogóle zacząć. Potem w średnim tempie miękła i gięła się, jak połączenie jeszcze zbitego, ale już ogrzewającego się masła i plasteliny. Była gładko-tłusta i minimalnie kremowa, ale zaburzały to dodatki, przez które całość wyszła jak zlepek-ulepek.
Morele dodano pod postacią drobno posiekanych suszonych, miękko-jędrnych kawałków owoców. W ustach szybko zaskakiwały na nieco soczysty tor. Te należy pochwalić. Niektóre trochę lepiły się do zębów, udając kandyzowaną, miękką skórkę pomarańczy.
Migdały to kawałki średnie i drobne, większość pokryta cukrowo-karmelową, chrupiącą skorupką, która na szczęście częściowo szybko rozpuszczała się wraz z czekoladą. Tak, że na koniec jedzenia pozostały w większości nagie kawałki migdałów, bez niej. Cechowała je wtedy twarda kruchość, dzięki której głośno chrupały. Niektóre miały swoje naturalne skórki.

Jako pierwszy przywitał mnie palony smak. Wydał mi się odlegle kawowy i cierpkawy w bliżej nieokreślonym kontekście. Trudno tu jednak mówić o gorzkości, jedynie na gorzkawość mogę się zgodzić, bo bazę łagodziła maślana nuta. Mimo to, wydźwięk miała ewidentnie ciepły.

Szybko dołączyła do tego słodycz, a ja pomyślałam o migdałach.

Baza z racji swojej delikatności, mocno przesiąkła migdałami, jednak wydawało się, że ich niemal neutralnie "orzechowawy smak" płynie także z niej samej. Skojarzyła mi się z delikatnym marcepanem, nasączonym cukrowym likierem bez procentów. Marcepanem... kawowo-... korzennym?

Słodycz rosła szybko. Należała do najzwyklejszego cukru, który zasładzał ten mój "marcepan" i... oblewał go lukrem? Lukrem nasączonym aromatem i... likierami? Wraz z wyłanianiem się dodatków na pewien czas podskakiwała cukrowość ("dzięki" karmelowi).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa migdały wyszły na prowadzenie. Były zaskakująco naturalne: delikatne i po prostu migdałowe. Nawet nie zahaczając o nie zębami, czułam je doskonale. Przemieszały się zupełnie z maślanym wątkiem.
Daleko za migdałami zarejestrowałam leciuteńką gorzkawość. Normalnie to im bym ją przypisała, ale ta chyba była nieco ziołowa - może to aromat rozmarynu? Lekką, wręcz sugestywną korzenność na pewno można jej przypisać.
Wyłaniające się z czekolady morele trochę podnosiły słodycz, a przez bazę chwilowo też wydawały się dziwnie cukrowe, ale im bardziej się ujawniały, tym bardziej smakowały po prostu sobą: bardzo, bardzo słodkimi i jednocześnie nieco soczystymi, suszonymi morelami.

Dodatki podkreśliły w czekoladzie lekką goryczkę, także tą swoją serwując. Bliżej końca kompozycja wydała mi się znów bardziej marcepanowa, gorzkawo-cukrowo palona, nieco kawowa i jakby zalana bezalkoholowymi likierami. 
Morele i migdały utworzyły zacny, naturalny splot. Gryzione na koniec pokazały klasę, choć i podejrzaną słodycz wniosły. Znów trochę podskakiwał cukier, a dopiero potem ich smak własny.
Po czekoladzie migdały wydawały się bardziej "ogólnie orzechowe" niż migdałowe (i nawet skórki niespecjalnie im pomogły), za to morele pokazały się od najlepszej, suszonej strony.

Po zjedzeniu został posmak moreli suszonych i orzechowo-migdałowy, wspomnienie marcepanu, leciutkiego ciepła (jakby korzennego) i maślanej czekolady, jak również "likierowa soczystość z aromatu", która... wcale nie była zła. Czułam wysoką słodycz, ale nie męczące przesłodzenie. Wydaje mi się, że po zjedzeniu też nieco wyłoniła się nuta rozmarynu.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie, mimo że nie była ani tym, na co się nastawiłam, ani tak naprawdę tym, czego od czekolady oczekuję. Przesadnie zapchana dodatkami, że aż uciekła tabliczkowa czekoladowość, ale jednocześnie akurat dodatki okazały się dobre. Nawalił... rozmaryn, którego prawie nie czuć. Z drugiej strony, gdyby miał być sztuczny czy jako patyki, nie chciałabym go. Lubię mocne zapachy, ale nie podobało mi się też to przearomatyzowanie jej. Szkoda też, że sama baza była tak nijaka. Jak najbardziej zjadliwa, choć na dłuższe posiedzenie nużąca i męcząca zlepkowatością. Dodatki trochę zmęczyły mi podniebie już w połowie tabliczki - i to był mój limit. Potem na pewno zaczęłaby już męczyć. Jednocześnie była na tyle ok, że zostawiłam ją sobie "na gorszy dzień, aby dojeść", ale już mnie te dodatki jakoś za bardzo denerwowały (połączenie kryształków i lepkość - za dużo tego na moje nerwy).


ocena: 5/10
kupiłam: Carrefour
cena: 4,99 zł (za 80 g)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki suszonych moreli 6,4%, siekane migdały 4,2%, mąka ryżowa, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat, naturalny aromat waniliowy, naturalny aromat rozmarynu

wtorek, 22 grudnia 2020

Cachet Dark Chocolate 60 % Cacao with Marzipan & Apricot ciemna z Tanzanii z morelami i marcepanem

Początkowo obstawiałam, że ten wariant będzie boski, bo uwielbiam suszone morele, zdarzają się rzadko w czekoladach, a tu jeszcze ciemna baza - no mniam. Ale! Owoce w Cachetach, okazało się, że wychodzą bardzo świeżo... I akurat, o ile byłam tym zachwycona w przypadku mango i kiwi, tak morele... świeże surowe nie są moimi ulubionymi. Zdecydowanie wolę suszone. Dalej! Marcepan... gdy pomyślałam o nim i o alkoholowym wydźwięku ciemnej Pecan & Fudge... pasowałby. Od razu przypomniała mi się też morelowo-orzechowa Cachet (i właśnie z laskowcami, a nie migdałami, jak to zazwyczaj łączą w tabliczkach tego typu). Byłabym prawie pewna, że będzie pysznie, ale jednak marcepan to "twór cukierniczy", a że "inny twór", czyli fudge / krówka w podlinkowanej i w Banana & Fudge okazała się porażką... trzymałam kciuki, by z tą było wszystko ok.

Cachet Dark Chocolate 60 % Cacao with Marzipan & Apricot to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Tanzanii z morelami i kawałkami marcepanu.

Rozrywając pazłotko, poczułam niezwykle intensywny, a przy tym w pełni naturalny zapach soczyście-słodkich moreli. Kojarzyły się z dżemami z niemal świeżych owoców oraz owocami tak lekko podsuszonymi, że aż soczyście-świeżawymi. Było w nich coś surowo-świeżego, ale palona czekoladowa baza to stopowała. Kryła w sobie delikatną gorzkość i cierpko-goryczkowaty poniuch likieru kakaowego, alkoholowy motyw nasączonego ciemnego ciasta... prawdopodobnie z morelami właśnie. Po przełamaniu tablicy powiedziałabym, że ciasta z masą marcepanową, bo i lekka nutka migdałów się w tym zaplątała.

W dotyku tablica wydała mi się lekko tłustawa. Obstawiałam też, że będzie trochę pylista.
Nie pomyliłam się, bo w ustach rozpływała się raczej powoli, ale chętnie i właśnie kremowo-tłusto, raczej gładko, ale z przełamującym to lekko pyłkowym efektem kakao.
Odsłaniała dodatki dopiero po pewnym czasie. Spore kawałki suszonych moreli oraz duże marcepanowe kostki / grudki mieściły się raczej w samych kostkach, "wierzchach".
Marcepan trochę rozpływał / rozchodził się wraz z czekoladą; on i morele nasiąkały, miękły. Od początku ich struktura odznaczała się świeżą zwartością, a gdy się nimi zajęłam bliżej końca, okazały się zachwycające. Morele były jędrne i odpowiednio miękkawe. Soczyste i porządne, jak dobrej jakości suszone morele, takie... po prostu suszone owoce, a nie jakieś farfoclowate dodatki. Marcepan z kolei rzęził, kulkował się i rozpływał. Był średnio przemielony i wilgotny w ustach, zaś wyłuskany osobno zdradzał swoją początkową suchawość i drobną mączność.

W smaku od początku czułam wyrazistą, odważnie paloną gorzkość, przywodzącą na myśl kawę i orzechy, chyba w wydaniu ciasta kawowego z orzechami. Orzechom wtórowała nutka migdałów, poprzez które przemykała iluzja alkoholu.

Wydał mi się słodki niczym cierpkawy likier kakaowy albo i coś miodowego. Półtorak? Nalewka miodowa? Albo... morelowy likier? Wszystkie te alkohole jednak spływały do tłustego, maślanego ciasta czekoladowego. To je tonowało, sprawiało, że postrzegałam je jako "alkohole bez procentów".

Morele prędko zaznaczyły swoją obecność, pobrzmiewając słodkim smakiem. Podrzuciły wątek słodkich w niemal miodowy sposób suszonych owoców, w tym ewidentnie samych siebie. Podpięły się pod palono-alkoholowy wydźwięk, podkreśliły migdały.

W połowie rozpływania się kęsa, gdy ich kawałki wylądowały na języku, zagrały pełnią smaku. Czułam świeżawe suszone morele, nutkę świeżawego dżemu morelowego i... można by tak tu odmieniać "morele" przez wszystkie przypadki. Do tej czekolady dodano tak zacne suszone morele, na jakie dawno nie trafiłam jako same suszone morele, więc byłam w szoku. W ich blasku kąpały się migdały.

Migdałowo-marcepanowy wątek rósł na znaczeniu z czasem, gdy kawałki tego dodatku zaczęły się rozpływać. Świetnie połączył likierowo-paloną czekoladę i owoce, przez parę chwil stojąc niemal na przedzie. Smakował przede wszystkim marcepanowo, nie migdałowo (jeśli to stwierdzenie ma sens), serwując wysoką słodycz cukru ze specyficzną poważną naleciałością goryczkowato-migdałową. Następnie utonął w słodko-palonych, orzechowywch falach.

Bliżej końca czułam słodkie owocowe suszki, miodowo-likierową słodycz i niemal drapanie słodyczy w gardle, ale jednocześnie rześkość moreli i... motyw słodkiego, wilgotnego ciasta czekoladowego.

Zostałam z posmakiem waśnie ciasta czekoladowego lub czekoladowo-kawowego, w którym nie oszczędzano na sypkim kakao w proszku i morelach. Czułam też marcepan, ale odlegle. Wydawał się delikatny, acz poważny.

Całość zakrawała o przesłodzenie choć w sposób... jak np. czasami jem suszone morele, które są akurat bardzo słodkie, to czuję, że mi za słodko, ale jednocześnie... nie jest to takie złe, bo jest naturalne. Intensywne i wyraziste smaki dodatków, których nie pożałowano, świetnie pasowały do bazy czekoladowej o przyjemnym, słodko-gorzkawym, łagodnym smaku, która mimo ich ilości też uwodziła samą sobą.


ocena: 9/10
kupiłam: kawa365.pl
cena: 14 zł (za 180 g)
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, morele 10%, kawałki marcepanu 10% (cukier, migdały, syrop glukozowy, stabilizator: sorbitol; kakao w proszku, humektant - inwertaza, zagęszczacz: alginian sodu; laktoza), naturalne aromaty, lecytyna sojowa

wtorek, 28 lipca 2020

Zotter Apricot Waltz mleczna 40 % z kremem z moreli i marcepanem z morelową brandy

Zawsze lubiłam dżemy morelowe, suszone morele widziały mi się jako po prostu spoko (a ostatnimi laty bardzo w hierarchii suszonych owoców wzrosły), a i smak świeżych lubię (ale raczej nie jem, bo włochata skórka - zdarzy się, jak uda mi się wybrać jakąś przystępną), ale morelowych nadzień Zottera nie lubię. Śliskie i zbite? Nope. Gdy jednak moje lubienie suszonych rosło, zaczęłam na tę czekoladę spoglądać. Żeby było śmieszniej, po drodze jakoś zaczęły mnie nudzić marcepany i coraz mniej alkoholowych czekolad mnie cieszyło. A w tej... wszystko to. Dwa nadzienia alkoholowe jakoś mi się nie widziały. W ogóle morele i alkohol do mnie nie przemawiały, ale postanowiłam dać czekoladzie szansę, by mieć z głowy i nie żałować, jeśli kiedyś miałaby zniknąć, a także dlatego że skumulowało mi się całkiem sporo morelowych czekolad (których wcześniej prawie nie widywałam).
Ta została zrobiona z moreli z drzewek sławnego austriackiego regionu Wachau.


Zotter Apricot Waltz to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao nadziewana (30%) morelowym kremem z morelową brandy oraz (18%) marcepanem z brandy morelową przedzielonych cienką czekoladowo-morelową warstwą.

Gdy tylko rozchyliłam papierek poczułam kwiatowy marcepan i karmelowo słodką czekoladę mleczną o znacząco palonym charakterze, zawierającym w sobie motyw palonych orzechów i chleba. Zza niej przebijał się dość mocny i niemal cukrowo słodki alkohol. Podsycał go chlebowo-migdałowy motyw marcepanu. Całość pachniała nim właśnie, soczyste owoce zdradzały swoją obecność bardzo nieśmiało. W zasadzie dopiero po przełamaniu wyraźniej czuć morele, podkreślone brandy w dodatku.

Przy łamaniu tabliczka lekko pyknęła. Ogólnie była dość zwarta i konkretna za sprawą większej ilości zbitego nadzienia owocowego i grubej warstwy czekolady. Marcepan z kolei już na oko cechowała miękkość i plastyczność (ciągnął się wręcz), toteż i zalążek miękkości ogólnej się znalazł.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, powoli zmieniając się w tłusto-gęsty i zalepiający krem.
Marcepan wyciskał się spod niej dość szybko z racji tego, jak rzadkawy i wilgotnie-soczysty był. Przyjemnie przemielony, trochę się rozłaził, trochę zachowywał miąższystą zwartość i leciutko skrzypiał.
Zupełnie inaczej zachowywało się konsekwentnie i powoli rozpuszczające się nadzienie owocowe. Było poniekąd zwarte i ślisko-gładkie. Minimalnie tłustawe w nugatowym kontekście, a bardzo soczyste. Gęste i trochę aż zżelowane jak żelka, zmieniało się w zwartą, miękką grudkę, w którą wlepiał się marcepan.
Między nadzieniami znalazła się jeszcze cieniutka, przypominająca przecier z suszonych moreli i czekolady. To normalnie jakby... sprasowane owoce albo mocno owocowa czekolada, trochę zawilgocona / nasączona. Znikała bardzo szybko.

W smaku sama czekolada przywitała mnie dobrze trafioną, paloną słodyczą karmelu, zalewanego mlekiem i neutralnie-gorzkawą mieszaniną orzechowo-chlebowych akcentów kakao. Nieco przesiąkła nadzieniem, więc i jego nuty szybko do mnie dotarły.

Już przegryzając się poczułam słodziutko-mleczne, maślano-nugatowe tło i słodziutkie, suszone morele, jednak prędko zaznaczył swoją obecność także marcepan - z racji szybkiego wyciskania się.

Marcepan wpisał się w orzechowo-chlebową czekoladę, coraz dobitniej dodając do niej migdały o charakterystycznym wydźwięku. Podkreślił je także alkohol oraz ogólna słodycz. Mimo alkoholu, ta warstwa okazała się jednak rześka - i to nie tylko dzięki morelom. Różanego motywu nie musiałam się doszukiwać, był bardzo wyraźny.

Przodowało jednak nadzienie morelowe. Mimo od początku wyraźnego słodko-soczystego motywu moreli, wplatało się w czekoladę mleczno-maślanymi, niemal śmietankowo-nugatowymi tonami. Smakowało czysto delikatnymi świeżymi owocami. Nagle jednak jakby zastrzelił dość intensywny alkohol, po czym wycofał się, otwierając drogę charakternym, suszonym morelom. Były słodkie i soczyste, ze specyficznym posmakiem, ale też splecione z łagodniejszym, słodko-świeżym smakiem.

Smak suszonych podsycała wyrazista cienka warstewka. Normalnie odniosłam wrażenie, że to nic innego, jak mleczna czekolada zmielona z suszonymi owocami pierwszej świeżości (nie wiem, czy Zotter zrobił coś takiego, czy to po prostu mleczna czekolada, która nasiąkła soczystymi nadzieniami). Zakropiona alkoholem, bo właśnie chyba przy niej się ten alkohol skoncentrował.

Bliżej końca przemieszało się to wszystko, było słodko-morelowo, marcepanowo i coraz bardziej alkoholowo. Najpierw alkohol jedynie podkreślał suszone owoce oraz stateczny, rześko-soczysty marcepan, potem wchodził jako on sam, a więc ten dość mocny, niemal cukrowo-owocowy. Ewidentnie czuć, że to dobre brandy, z którym mimo wszystko nie przesadzono.
Sama czekolada odegrała ważną rolę w przypominaniu o śmietankowo-maślanych nutach, a także kierowała słodyczą.

W posmaku pozostały morele i marcepanowo-czekoladowy duet, leciutko doprawiony alkoholem, który już po zjedzeniu bardziej dawał się we znaki. Podkręcił słodycz i charakter. Czułam się też, jakbym zjadła parę suszonych moreli.

Czekolada zaskoczyła mnie bardzo, bardzo pozytywnie! Bałam się jakiegoś śliskiego, odrzucającego niewypału po złych wspomnieniach, jakie zostawiła Buttered Bread with Apricots, a trafiłam na genialną kompozycję suszonych moreli i marcepanu, podkreślonych odpowiednią ilością alkoholu i otulonych wysoką słodyczą oraz nutami świeżych owoców, śmietanki. Spodobało mi się, że ani słodyczą, ani alkoholem ta tabliczka mnie nie przytłoczyła, a mimo pewnej lekkości, nie był to twór przesadnie owocowy, a wciąż... cudnie czekoladowy. Warstwa w środku - to rozumiem, a nie jakieś dodatkowe warstewki czekolady pod czekoladą zasadniczą itp..


ocena: 9/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 499 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: surowy cukier trzcinowy, marcepan (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, koncentrat z moreli, brandy morelowa, syrop ryżowy, przecier z moreli, suszone morele, odtłuszczone mleko w proszku, migdały, lecytyna sojowa, słodka serwatka w proszku, sól, pełny cukier trzcinowy, sproszkowana wanilia, płatki róż, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)

niedziela, 26 lipca 2020

Lindt Excellence Apricot Intense Noir / Dark ciemna 47 % z morelami i migdałami

Mimo wszystkich wad Lindta, jakoś nadal go lubię. Gdyby zniknął, może bym tego nie zauważyła, ale jak już jest, to fajnie. Pewnie, że ma mnóstwo propozycji, które zupełnie mnie nie ciekawią, ale... Ma też dość atrakcyjne. Przez większość życia nie doceniałam suszonych moreli, ale na przełomie 2018/19 doceniłam i w sumie... pokochałam (choć nie tak, jak figi i daktyle). Lindt 70 % Edelbitter Mousse Aprikose widział mi się jako zacny kąsek, niestety w pełni nie usatysfakcjonował. Nadarzyła się okazja, by obie serie skonfrontować, co bardzo mi się spodobało. Jakąś tam sympatią darzę obie, więc... która lepiej sobie poradziła z morelami? Tak się złożyło, że dzisiaj prezentowana trafiła do mnie w miesiącu publikacji tamtej i w okolicach podjęcia decyzji o zakupie Zottera Apricot Waltz (z którym długo zwlekałam, bo nie podchodzą mi zbito-śliskie morelowe nadzienia Zottera, a ta tabliczka w dodatku wydawała się zawierać dużo alkoholu, co niezbyt mi pasowało).

Lindt Excellence Abricot / Apricot Intense Noir / Dark to ciemna czekolada o zawartości 47 % kakao z siekanymi morelami i płatkami migdałów.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, uderzyła mnie bardzo słodka woń moreli (czy może raczej "morelowa") i cukrowo-goryczkowata woń czekolady o palono-kawowym wydźwięku. Była przesłodzona, ale i wyrazista w czekoladowość. Owocowy motyw był cudnie soczysty i kojarzył się nie tylko z suszonymi morelami, ale również ze słodziutkimi konfiturami i dżemami.

Tabliczka w dotyku była tłustawa, łamała się łatwo i w sumie raczej pykając, niż trzaskając. Sprawiała wrażenie miękkawej, choć podkradała się pod kruchość z racji dodatków, których nie pożałowano. Zwłaszcza na spodzie dostrzegłam mnóstwo płatków migdałów - jak się okazało, ułożyły się w warstwę na spodzie. Morele występowały nad nimi pod postacią malutkich kawałków suszonych owoców. Moreli trochę było, ale biorąc pod  uwagę proporcje uważam, że za mało.
W ustach rozpływała się z łatwością. Szybko przeistaczała się w miękki, tłusto-maślany krem, zalepiający paszczę i z wolna odsłaniający dodatki.
Te mogły pochwalić się świeżością.
Płatki migdałów lekko chrupały, przy czym ujawniały świeżą, trzeszczącą soczystość. Trochę robiły z tego wszystkiego zlepek-ulepek, ale nie wyszły źle - ot, były.
Morele z kolei początkowo wydawały się kamiennymi, twardymi suszcami, jednak niektóre  wilgotniały i stawały się jędrne, miękkawe i soczyste. Trafiłam na parę takich naturalnie scukrzonych. Niektóre trochę wlepiały się w zęby. Niestety, trafiło się parę twardych do końca. Podobały mi się oprócz tych paru kamiennych i oprócz tego, że strasznie je podrobiono (co wyjątkowo mnie zirytowało, gdy trafiłam na trzy drobinki jedna przy drugiej - ilość wcale nie przełożyła się na smak; za to gdy trafiłam na większe kawałki - smakowały, jak należy).

W smaku czekolada uderzyła mocnym smakiem cukru i nie za mocno palonej kawy, za którymi zaznaczyła swoją obecność słodka morela. Goryczka zaznaczyła się, nie szczędząc na wytrawnej cierpkości, umieszczając ją gdzieś na tyle. Jak kawa ze słodkim, ciemnoczekoladowym syropem. Czekoladowa baza ewidentnie była dość wytrawna, acz maślany motyw z czasem coraz bardziej przybierał na znaczeniu.

Mimo to, to słodycz dominowała. Z czasem rosła do poziomu cukrowości, mimo że migdały dodały całkiem sporo przyjemnej, jakby neutralnie-naturalnej gorzkawości. Smakowo migdały niewiele wniosły, wpisały się raczej w łagodność konsekwentnie budowaną przez słodko-maślaną nutę, ale czuć je - jako delikatne, choć z charakterem.

Dodatek moreli też niewiele wnosił. Był słodki, acz nadawał owocowy kontekst. Te twardo-kamienne w zasadzie nie posiadały smaku. Ogólnie w czekoladzie pobrzmiewała leciutka morelowa nuta, słodka i trochę konfiturowo-sztucznawa, ale przy kawałkach zmieniała się w suszoną (w 100 %-ach czystą i naturalną). Tutaj zdarzyło się nawet, że mignął delikatniusi kwasek. Niestety te najmniejsze sprawiały wrażenie wypranych ze smaku; inne z kolei wyszły wręcz soczyście.

Razem z morelami migdały podsyciły wytrawniejszy aspekt, bo a to gorzkawość, a to naturalna nutka owoców działały na korzyść. Nie przełamały słodyczy, ale przyjemnie ją zabarwiły. Jakby zasugerowały nawet jakiś likierowy wątek?

Dodatki gryzione "obok czekolady" bliżej końca dodawały swoje trzy grosze, ale nie dominowały. Gdy zebrało się ich więcej, owszem, zrównały się z nią. Końcówka należała do cukrowo słodkiej czekolady, po tym wszystkim kojarzącej się z likierową kawą, która bezkompromisowo zasładza.

W posmaku również to przesłodzenie pozostało, choć na szczęście towarzyszyły mu owocowy posmak suszonych moreli i delikatne migdały. Gdy dodatki zostawiłam sobie na koniec, wiadomo - miały posmakowe pierwszeństwo. I to z wyraźną dominacją moreli.

Całość odebrałam raczej pozytywnie, ale wiele bym w niej zmieniła. Przede wszystkim miękkość i cukrową słodycz, ale to jeszcze można skomentować jako typowe dla Excellence. Migdały były, bo były, ale morele... Czułam ich niedosyt. Nie rozumiem, po co dodawać takie mikroskopijne. Mogło być tak pięknie... Gdyby dali ich więcej (nawet kosztem części migdałów) byłoby ok. Dobrze, że ogólnie jakieś morelowe echo było, acz pięknemu zapachowi w tej kwestii smak nie dorównał.
Ta podpadła mi innymi kwestiami niż Lindt 70 % Edelbitter Mousse Aprikose (w tamtej zbyt sztuczny dżem; tu za mało suszonych moreli i straszna cukrowość) a także Moser Roth Dark Chocolate Apricot Almond (która to z kolei była bardziej cukrowo-cytrusowa niż tylko morelowa, bardzo podrasowana, choć nie sztuczna w negatywnym sensie). Zdecydowanie gorsza niż Cachet Bio Organic 57 % Dark Chocolate Apricots & Hazelnuts, która jednak niestety też była zbyt uboga w morele.


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 8 zł
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, migdały 5%, tłuszcz kakaowy, kawałki moreli 3%, masło klarowane, dekstroza, lecytyna sojowa, naturalne aromaty, aromat

czwartek, 19 grudnia 2019

Orion Studentska Zlata Edice mleczna z orzeszkami arachidowymi, galaretkami malinowymi i suszonymi morelami

Mimo że przy kokosowej Studentskiej utwierdziłam się, że nie jestem fanką tych czekolad, dzisiaj prezentowana nadal wydawała się kusząca. Uwielbiam maliny jako świeże, dojrzałe, słodkie owoce oraz wszelkiego rodzaju rzeczy malinowe, opierające się najlepiej na malinach słodkich właśnie (dla mnie malina = słodki owoc, a nie jakieś kwaśne, niedojrzałe coś). Jadam jednak rzadko, bo przeszkadzają mi pestki. Dla świeżych malin w sezonie parę razy zrobię wyjątek, ale jakoś za często trafiają mi się kwaśne (a połączenie kwachowatego smaku i pestek to już maliny, jakich nie toleruję). Z tego właśnie powodu ta tabliczka mi się podobała. Malinowe galaretki? O ile miały nie być chemiczne, wróżyło to istną ucztę. O morelach z kolei niejednokrotnie ostatnio pisałam, jak to uwielbiam suszone, więc i to mi się podobało. Połączenie tych owoców? Może banalne, ale nigdy mi nawet do głowy nie przyszło, nigdy też chyba go nie widziałam. Jak zobaczyłam... uznałam, że musi być boskie.

Orion Studentska Zlata Edice Mlecna Cokolada Merunky Arasidy a Zele s Chuti Maliny to mleczna czekolada o zawartości 34 % kakao z suszonymi morelami (6%), galaretkami malinowymi (14%) i orzeszkami ziemnymi (14%).

Gdy tylko rozchyliłam sreberko, poczułam moc prażono-dusznych fistaszków pełnych charakteru, mimo że wkomponowanych w cukrowe otoczenie. Na te składała się cukrowo-mleczna czekolada i silna słodycz dżemo-galaretki malinowej. Od razu nasunęło to na myśl wariant "PB & jelly". Po przełamaniu aromat dodatków wzmocnił się, a ja wyłowiłam także nutkę moreli.

Tablica przy łamaniu była dość twarda z racji grubości, ale tak to wydawała się tłusto-kruchawa. Mnóstwo dodatków wtopiono dobrze, raczej równomiernie, że wystąpiły w różnych połączeniach. Niestety jednak nie podobały mi się proporcje: zdecydowanie za mało moreli.
Czekolada rozpływała się łatwo, w średnim tempie i w sposób tłusto-kremowy, dość gęsty i gładki. Podchodziła pod ulepek przez to, jak gęsto najeżona dodatkami była.
Orzeszki to całe i ogromne kawałki odpowiednio, a więc dość mocno prażonych, sztuk. Jakość jak trzeba.
Podobnie dobrej jakości wyszły kawałki suszonych moreli. Były spore i średnie, także trochę mniejszych. Twardawe początkowo, z czasem zyskiwały trochę soczystości. Jędrno-żujne, odrobinę wlepiające się w zęby - jak to suszone morele.
Galaretki także były jędrne i lekko żujne, przy czym oblepiały zęby już nieco bardziej. Nie tak strasznie żelkowo jednak. Bliżej im do twardych galaretek, takich suchszo-twardszych z wierzchu, wewnątrz zaś miększych, co to prawie rzęziły, choć były gładkie. Wydały mi się minimalnie soczyste. Rozłaziły się jak galaretkowaty, gesty przecier, przy czym rozpuszczały się raczej chętnie, choć miarowo.
Całość była niczym mieszanka przypadkowych rzeczy, zlepiona czekoladą.

W smaku czekolada tradycyjnie zaatakowała mnie cukrem, po czym roztoczyła wyraźnie maślano-mleczny smak. Wydawało mi się, że już w niej czułam orzechowy wątek - od dodatków, ale jakby i płynący z niej samej.

Smak orzeszków i galaretek (głównie jako cukrowa cukierkowość) pojawiał się wraz z nimi, mimo że w trakcie rozpływania się malinowych kostek, raczej ich nie rozgryzałam.

Chwilami wszystko przeszywał cytrusowo-malinowy kwasek. To za jego sprawą przebijały się galaretki. Szybko jednak soczysta kwaśność schodziła na dalszy plan. Oto słodkie, cukierkowo-konfiturowate maliny wpisały się w mocno słodką czekoladę. Galaretki były głównie słodkie, cukrowo, ale i maliny czuć. Pobrzmiewała w nich słodka sztucznawość. Nie wydała mi się strasznie napastliwa, a wręcz łagodna i słodko-mdła. Autentyczne maliny były w tym zdecydowanie za słabe. Malinowa cukierkowość górowała, jednak pojawiająca się epizodycznie lekka kwaśność nakręcała też ogólną, naturalną owocowość.

Arachidy i morele wydały mi się zagłuszone słodyczą.

Morele pojawiały się nieco później, nienachalnie zaznaczając swoją obecność. Smakowały... sobą, a więc słodką, suszoną morelą. Nie były podkręcone, ani nic. Te łagodne owoce podkreśliły motyw jabłek i cytryny przy galaretkach, dodały swoje trzy grosze - stąd piszę o "ogólnie owocach". W całości zdarzało im się gubić pod naporem galaretek malinowych.

Orzeszki, prażone i wraz z cukrową czekoladą budzące skojarzenia z masłem orzechowym, czuć przed rozgryzaniem. Niby wyraziste, a jakieś jakby się poddały. Wspierały morele, pomagając im się odnaleźć. Rozgryzane, zrównywały się z galaretkami. Ja jednak robiłam to pod koniec, a więc gdy te drugie już trochę się rozpuściły, więc tak na końcu to "czyste" fistaszki dominowały. Ogólnie czuć te dodatki "obok siebie", jakoś średnio się splatały.

Gdy tak trafiałam na różne połączenia, często na wszystko razem, uznałam, że nie ma w tym ładu... Czekolada, mimo że wyraźnie mleczno-maślana, traciła na znaczeniu. Cukrowość aż drapała w gardle, słodziaśne, cukierkowe maliny mimo iż nienachalne to sprawiły, że reszta wyszła trochę niewyraźnie. Morele czuć chwilami zacnie, chwilami jakoś ich brakuje, a mimo to nie wiem, czy pasowały do tych słodziaśnych galaretek. Orzeszki... też jakoś tak - czuć, ale obok. Pod koniec każdego kęsa miałam wrażenie, że wyrazistość strasznie zabija po prostu smak cukru.

Po wszystkim pozostał posmak fistaszków, soczysta kwaśność owocowa i sztucznawo-cukierkowy, malinowy motyw. Czułam się zasłodzona i... to tak dziwnie, bez sensu. Najdłużej utrzymały się te ostatnie elementy, a więc cukierkowe przesłodzenie.

Mimo że zestawienie wydaje się pomysłowe, to czekolada wyszła niespójnie. Nie podobają mi się jednak proporcje dodatków.
Sama czekoladowa była lepsza niż klasyczna czy np. Kokosowa (potem dokładnie porównawszy składy, np. zawartość kakao - to nie tylko wrażenie), a i dodali dobre morele, dobre fistaszki. Galaretki malinowe... zdecydowanie mogłyby być bardziej autentycznie malinowe (czy to świeżoowocowe, czy konfiturowe) i mniej słodkie. Tak to były ot, galaretki... Problem w tym, że wyszło to, jak czekoladowy śmietnik, bo przede wszystkim słodko i tak, jak by powrzucać, co pod ręką było. Wydaje mi się, że jak wzięli się za taki wariant, mogliby spokojnie zamienić ilością morele z fistaszkami.

Całość wyszła tak, że trochę można podjeść, zasłodzić się bez emocji i bez obrzydzenia. Pomysł dobry, wykonanie? Zależy jak na to spojrzeć. Smak i konsystencja jakoś tam wyszły. Typowa limitka: można zjeść, ale tylko raz, nawet nie całość i bez żalu, że zniknie. Mnie cukierkowość zmęczyła po trzech kostkach. Dwa podejścia (choć jedno jeszcze skromniejsze i to jednego dnia) i... To samo. Reszta trafiła do Mamy. "Jaka dobra! Zwłaszcza jak na te malinowe galaretki się trafia, mniam! Ale... morele? Tylko tak raz może błysnęły, a tak to szkoda, że ich nie czuć. Ale i tak, jaka dobra!" - usłyszałam.


ocena: 6/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 170 g)
kaloryczność: 509 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, orzeszki arachidowe, galaretki (cukier, syrop glukozowy, woda, koncentrat soku jabłkowego, substancja żelująca: pektyny; kwas cytrynowy, koncentrat soku malinowego 0,7%, regulator kwasowości: cytrynian sodu; naturalny aromat, koncentraty roślinne: bataty, jabłka, rzodkiewki, czereśnie) tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, kawałki suszonych moreli (morele 85%, dekstroza, konserwant: dwutlenek siarki), serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, miazga z orzechów laskowych, emulgator (lecytyny), ekstrakt waniliowy

wtorek, 3 grudnia 2019

Cachet Bio Organic 57 % Dark Chocolate Apricots & Hazelnuts ciemna z Tanzanii z suszonymi morelami i orzechami laskowymi

Po rozczarowaniu, jakim był Lindt 70 % Edelbitter Mousse Aprikose, czując morelowy niedosyt, zdecydowałam się na tę tabliczkę, bo Cachetowi ufam. Marka dołączyła do tych wyjątkowo lubianych, do których mam słabość, a ta linia zdobyła mnie zupełnie. Smakowite połączenia, piękne i milusie opakowania. Czego chcieć więcej? Cóż, może moreli w składzie...

Cachet Bio Organic 57 % Dark Chocolate Apricots & Hazelnuts to ciemna czekolada o zawartości 57 % kakao z Tanzanii z suszonymi morelami i orzechami laskowymi.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach moreli o trochę marmoladowo-cukierkowych (naaromatyzowanych) zapędach, ale wciąż z zachowaną naturalnością. Tę niewątpliwie napędzał lekko owocowy kwasek, wymieszany z ziemistością i wręcz gorzkawymi orzechami w ową ziemię wmieszanymi. Całościowo klimat wyszedł dość poważnie, trochę duszno.

Ciemna, przeciętna z wyglądu tabliczka ładnie trzaskała przy łamaniu, ale z racji dodatków robiła to z niecodziennymi pyknięciami. Mimo ich obecności nie wyszła krucho, choć sama w sobie wydała mi się dość łamliwa. Na pewno nie sucha, może trochę tłustawa. Przekrój ujawnił mnóstwo różnej, ale przeciętnie średniej wielkości dodatków.
W ustach rozpływała się łatwo i kremowo-gęsto, trochę smoliście zalepiając. Okazała się dość tłusta, acz z podsuszającym efektem.
Czekolada szybko ujawniała dodatki, ale nie wypuszczała ich. Ja zajmowałam się nimi głównie pod koniec, choć z racji ilości i w trakcie parę przegryzałam. Nie szło bowiem trafić na choćby najdrobniejszy kęs bez nich. Już robiąc pierwszy ("z brzegu"), trafiałam na dodatki.
A te okazały się bardzo przyjazne. Orzechy to świeżo-miękkawe, lekko chrupiące, a bardziej soczyste kawałki (raczej bez skórek). Zdecydowanie przeważały.
Kawałki moreli wydały mi się dziwnie spore. Gryzione, początkowo lekko skrzypiały / trzeszczały,  rozwalały się na trochę soczysto-miękkawe fragmenty, jakby częściowo rozpuszczając się. Jakoś nie przywodziły na myśl kawałków jakichkolwiek owoców. Gdybym nie wiedziała, co jem, mogłabym pomylić je z orzechami.

W smaku od pierwszego kęsa przywitała mnie słodycz o przełamanym, zadymiono-palonym charakterze i gorzkawy motyw ziemistych orzechów. Ziemistość i jakby niepełna słodycz niemal natychmiast się połączyły. Dało to roślinny efekt niczym... młodziutka trawa porastająca żyzną ziemię, pokryta rosą i osnuta... dymem? Ciężko-rześki chłodek o słodkim charakterze wszedł jako lukrecja lub mięta.

Orzechy zajęły się palonym motywem, który z powyższym też się wiązał. Wyszły jako smak suchawy... Podkreślały tym samym słodką ziołowość. Wyraźnie czułam orzechy laskowe i smakowitą goryczkę, w pewnym momencie stające się smakiem korzennym.

W tle, z ziemistości, wydobyła się soczystość. Niby słodka, a jedna wzbogacona o kwaśność. Podbudowała ją ziemista nuta, ale... wydała się przynależeć do owoców. Moreli - owszem, ale i innych: brzoskwiń, cytrusów. Takich w wydaniu... suszono-korzennym? miodowo-korzennym? Jednocześnie świeżym (zwłaszcza, gdy chodzi o brzoskwinie i cytrusy), ale i słodko-cukierkowym. Poprzez poważny wydźwięk kompozycji słodycz ta obracała się raczej w nalewkowo-likierowym klimacie.

Mniej więcej w drugiej połowie gorzkość wzbiła się na wyżyny, orzechy wzmocniły palono-alkoholowy motyw. Ten z kolei tchnął więcej karmelowo-morelowej słodyczy. Przez moment morele odezwały się naprawdę wyraźnie i autentycznie (chyba gdy kawałki porządnie się odsłoniły), a zaraz potem wmieszały się w złożony bukiet owoców. Okazał się kwaskawy. Kwasek nasilał się przy kawałkach moreli na 100 %. Brzoskwinie, może jabłka i śliwki, a także cytrusy były nienachalne i słodko-kwaśne. Trochę (te pierwsze), jakby w karmelu, a trochę soczyście kwaśne, wpisujące się w korzenną ziemię.

Przy rozgryzaniu dodatków dominowały intensywne, naturalne i świeżo-goryczkowate orzechy laskowe. Podkreśliły korzenność i palony motyw, ale i smak suszono-kwaskawych moreli podskakiwał epizodycznie. Gdy trafiło się ich więcej, czułam je bardzo wyraźnie (choć i tak efekt był jak np. w masie makowej, a nie "czysto" jakby się jadło same morele).

Dzięki nim z łatwością wyszedł kwaśno-morelowy, trochę podkręcony (aromatem, toteż i podchodzący pod marmolado-cukierko-likier), trochę cytrusowy posmak. Nie brakowało w nim też gorzkości orzechów i ziemi. Przy tym połączeniu (podkręconym dodatkami), znów wyszła subtelna, lukrecjowo-roślinna, rześko-ciężka korzenność.

Całość smakowała mi, ale nie tak, jak spodziewałabym się po tej marce i linii. Mimo znaczącej słodyczy, nie wydała się bardzo przesłodzona ze względu na poważniejszy, cięższy klimat. On właśnie pomógł aromatowi wejść na smakowity poziom, bo wciągnął go w alkoholowo-dymno-roślinne otoczenie. Sporo owoców naturalnie płynących z czekolady podkreśliło morele i nadało całości lekkości, soczystości. Ta całość, do której tak wracam to smakowicie gorzkawa (mogłaby być bardziej gorzka) fuzja orzechów i ziemi w klimacie palono-korzennym.

Doszukałam się w niej nut charakterystycznych dla Tanzanii (palonoorzechowo-alkolowa oraz owocowa, złożona z brzoskwiń, moreli, śliwek, jabłek itd., z ziemiście-dymną gorzkością i korzennością - nie osiągnęła wprawdzie pikantnego czy winnego klimatu jak Pralus Tanzanie Forastero 75 % czy Domori Morogoro Tanzania 70 %, lecz też aż tak bardzo od nich nie odstawała.
Mam trochę mieszane uczucia w stosunku do niej. W sumie ona też pozostawiła niedosyt suszonych moreli (jak Lindt moreli ogółem), ale... sama baza okazała się zacnie dobrana, integralna. I orzechy laskowe (a nie np. migdały) to też dobre posunięcie. Historia trochę podobna co z Pineapple & Coconut.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,29 zł
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe 6%, suszone kawałki moreli 0,5%, naturalny aromat morelowy, lecytyna sojowa

środa, 27 listopada 2019

Lindt 70 % Edelbitter Mousse Aprikose ciemna z nadzieniem morelowym i ciemnoczekoladowym musem

Morele zawsze lubiłam jako owoce suszone albo dżem - w sensie, że nie świeże po prostu, ale to zimą 2018/19 się w suszonych zakochałam. Wzięło mnie i kropka, toteż odczułam niedosyt czekolad z nimi. Jak już jakąś zdobyłam, nie mogłam się nacieszyć i... doszło do tego, że aż mi się parę zebrało. Trudno wyrazić, jak bardzo się cieszyłam na wszystkie z nich. Dzisiaj przedstawiana na ich tle wyróżniała się tym, że nie zawierała suszonych kawałków, a nadzienie morelowe. Dodatkowo, tabliczka pochodziła z jednej z bardziej lubianych przeze mnie linii Lindta - Creation Dark. Akurat w tych zawsze trochę narzekam na mousse, ale to prawie pewniaki. Dużo i smacznie, nie tam zaraz na 10, ale na tyle, że akurat w ich przypadku większa gramatura cieszy (co innego np. z mlecznymi owocowymi Creation, które wychodzą znacznie gorzej i nie wiadomo co z nimi zrobić).

Lindt 70 % Edelbitter Mousse Aprikose to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z ciemnoczekoladowym mousse'em (26%) oraz nadzieniem morelowym (18%).

Po otwarciu uderzył mnie intensywny i smakowicie napastliwy zapach kojarzący się z wręcz cierpko-pylistym mousse'em kakaowym na bazie masła oraz po prostu woń dżemu morelowego. Dżemoru bardzo słodkiego, marmoladowego wręcz, w którym i kwaskowatość się znalazła. Dżemu obłędnie morelowego. Przy jedzeniu czy podziale to właśnie dżemo-marmoladowe morele dominowały. Kakao stanowiło jakże dopasowane, palono-cierpkawe tło.

Przy łamaniu i podziale tabliczka wydała mi się konkretna, mimo że podział kostek ujawnił, iż górne nadzienie z konkretem nie miało nic wspólnego. Okazało się lekko ciągnącym, bardzo lepiącym i trochę glutowatym żelem.
Mousse z kolei niewiele wspólnego miał z mousse'em. Już na oko wyglądał na zbite nadzienie.
W ustach czekolada rozpływała się dość powoli i kremowo. Nadzienia wyciskały się spod niej dość szybko. Nieco szybciej rzadsze (owocowe), które ku mojemu zaskoczeniu tylko udawało soczyste... i wcale takie rzadkie nie było. Bardziej żelowo-zwarte, a z racji lepienia się, w sumie trzymało się reszty. Tzw. zaś mousse - rozpływał się bardziej spójnie z czekoladą. Tłusty, sprawiał wrażenie nieco spulchnionego, ale głównie skupiał się na tłustości. Tę cechowała śliskawość masła, co jednak trochę osłabiało poczucie suchawego pyłku kakao, a także pewna ciężkość. W zasadzie zlewało się z czekoladą, spłycając ją.

Już sama czekolada przywitała mnie cierpkością, po czym roztoczyła palony, niemal kawowy smak. Akcent moreli zaznaczył swoją obecność jako subtelny kwasek w tle. Gorzkość zrównoważona znaczącą, acz nie przesadzoną słodyczą wyszła łagodnie. Mieszała się z maślanością.

Maślany smak czekolady szybko wzmocnił mousse. Nie odróżniał się tym samym od wierzchu jakoś wyraźnie w całości, acz był w dużym stopniu maślany i wręcz przez to mdławy. Dość silna słodycz nie pomogła, acz wiązała się z lekką cierpkością kakao. Wyszło to dość "kakałkowo", ale w miarę poważnie. Miałam wrażenie, że we wnętrzu tabliczki kryła się nuta likieru spajająca oba nadzienia (które i tak przesiąkły nieco sobą nawzajem).

Owocowe dołączało do reszty za sprawą słodyczy, ewidentnie uderzyło w cukier, przez co prawie drapało w gardle, oraz kwasku, którym potem wpasowało się w cierpkość. Wniosło naturalnie owocową nutę, ale także słodką sztuczność. W całości wyszło tanio morelowo-jabłkowo, słodko i niespecjalnie charakternie, acz całkiem znośnie. Wydanie zdecydowanie marmoladowo-cukierkowe. Chwilami zalatywało mi mącznością i tandetą, a jego słodycz przybierała dziwnie chemiczny wyraz. Mimo to, z racji ilości, w całości było znośne, a chwilami nawet w porządku.
Spróbowane osobno zaskakiwało tym, jak niesmaczne było. Cukrowo słodkie w sposób sztuczny, chemiczny, nieowocowy. Co prawda czuć też jabłka i kwasek podkręcony (cytryną?). Morele? Jak przesłodzona marmolada z nich, taka wręcz cukierkowa, choć poniekąd trochę naturalna. Właśnie dziwne zjawisko: to nie morele były sztuczne, a słodycz... Morele względnie naturalne, tylko że stłamszone przez chemicznie-cukierkową słodycz.

Po słodko-owocowawym uderzeniu kwaśność morelowo-cytrusowa wtapiała się w cierpkawość kakao, a nadzienie dolne, a więc maślaność i ciemna czekolada wciąż trwały. Owocowy glut pozostawił im element tandety, ale jakoś tam stłumiły te dużo gorsze motywy. Można powiedzieć, że z dwóch nadzień dominuje właśnie mus, ponieważ cały czas gdzieś tam go czuć.

Na tyle, by w posmaku pozostała całkiem niezła suchawa cierpkość palonego kakao, sporo masła, ale w wydaniu "kakałkowego kremu", przesadzona słodycz z elementem chemii i owoców. Czułam też morelowo-cytrusową... w sumie nie soczystość, nie kwaśność, ale coś jakby-prawie. Pewna kwasowość utrzymała się swoją drogą. Oczywiście nie pomogło poczucie za silnej tłustości (jak na mousse, który powinien być lekki i owocowe nadzienie).

Całość wyszła kiepsko (jak na Lindta), acz zjadliwie i "trochę ciekawiej". Z jednej strony gorzej od 70 % Mousse Orange (którą uważam za skazę na honorze Creation Dark), bo sztuczniej, ale z drugiej... no, morela (jaka by nie była) jest znacznie ciekawszym smakiem (a to zawsze jakiś plus). Tym bardziej, że w sumie... wyszła, no... czuć ją. Acz nie tak, jak bym chciała. Mousse ogólnie może nie był taki musowy, ale o dziwo ciężko mu coś zarzucić (nawet jego ciężkość - hue hue - aż tak nie przeszkadzała). Czekolada jak zwykle w porządku...
Zdecydowanie za słodko, to jedno. Gdyby nie ta marmoladowa sztuczność słodyczy nadzienia morelowego, mogłoby być naprawdę pysznie, a tak niestety... efekt zepsuty, że po trzech kostkach jakoś na więcej nie miałam na raz ochoty, a resztę podzieliłam na dwa razy (a to na uczelnię, a to zagryźć pewną paskudę).
Cóż, nie obstawiałam, że to właśnie morelowa część nawali, ale wystarczy spojrzeć na skład - i wszystko jasne.


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 16 zł (za 150g)
kaloryczność: 498 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, tłuszcz kakaowy, przecier z moreli 5%, masło klarowane, naturalne aromaty, koncentrat soku cytrynowego, syrop glukozowy, lecytyna sojowa, substancja żelująca: pektyny, wanilia

poniedziałek, 30 września 2019

Moser Roth Dark Chocolate Apricot Almond ciemna 52 % z morelami i migdałami

Niewiele jest owoców, które wolę suszone niż świeże. O ile np. daktyle lubię bardzo specyficzne, bo soczyste, o dużym procencie wilgotności, które mają formę między suszonymi a świeżymi, tak za świeżymi figami nie przepadam, a ubóstwiam suszone. Z morelami obecnie mam podobnie: świeże mogłyby nie istnieć, a suszone kocham. Latami ich jednak, jako owoce, nie doceniałam. Tylko rzeczy morelowe lubiłam odkąd pamiętam. I odkąd pamiętam, zawsze jakoś mało mi ich było. Liczyłam więc, że ta tabliczka mnie nie zawiedzie. Wciąż wspominałam pyszną Orion 68 % morele & chili, no ale jednak tamta zachwycała też jako kontrowersyjne połączenie, a tu? Rzecz miała skupić się na czekoladzie i morelach.

Moser Roth Limited Edition Dark Chocolate Apricot Almond to ciemna czekolada o zawartości 52 % kakao z płatkami migdałów (5%) i preparowanymi morelami (5%).
Edycja limitowana na jesień / zimę 2018; w opakowaniu 5 minitabliczek (łącznie 125g).

Po otwarciu poczułam przede wszystkim morele: soczyste owoce, ale bardziej w dżemowatym wydaniu... może trochę świeżawe (suszone niespecjalnie); trochę przerysowane sztucznawe morele i zapach rzeczy morelowych ("jogurtowo-cukierkowe morele"). Było w tym też coś cytrusowego, z cukrowo-cierpkawą czekoladą daleko w tle.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się twarda. Lekko trzaskała, mimo pozornej tłustości. Zatopione w niej migdały również się łamały, a morelowe kawałki - których nie było tak wiele - raczej się rwały.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, w niezbyt tłusty, raczej lekko wodnisty, ale kremowy sposób. Dopiero po czasie odsłaniała dodatki: dużo soczyście-świeżych, rzężących płatków migdałów i scukrzono-soczystych kawałków morelowych, przywodzących na myśl lepkie dżemo-galaretki o soczyście-scukrzonej strukturze, wciąż jednak owocowe.

W smaku od pierwszego kęsa pobrzmiewała nuta moreli, ale równie szybko wystrzeliła cukrowość wilgotnego, niezbyt gorzkiego, ale nieco cierpkawego ciasta kakaowego (murzynka?). Odnalazłam w tym palono-pieczony motyw, który szybko czmychnął ku lekko alkoholowej nucie marcepana. Ciasto niewątpliwie było marcepanowe.

Wraz z odsłanianiem się dodatków, pojawiał się ich smak. Morele podbijały ten sztucznawy, podkręcony motyw morelowy "rzeczy o smaku" / aromatu, ale i tak wyszły przyzwoicie smakowicie. Naturalny, soczysty dżem morelowy również odegrał ważną rolę. Fakt, że z dużą ilością cukru, ale i soczyście-cytrusowym kwaskiem. Soczystość ta mieszała się z soczystością i cierpkawością "marcepanowo-kakaowego ciacha".
Gdy trafiałam językiem na kawałki owocowe, czułam cukier, a po chwili (głównie przy rozgryzaniu), rzeczywiście smak owoców. Trochę jak z jogurtów / słodyczy morelowych, trochę zalatujący jabłkowo-cytrysowo. Wyraźny, ale nie intensywny, a suszonomorelowy dopiero jako któryś tam w kolejności.
Oto migdały, zwłaszcza rozgryzane, dominowały wyrazistym, pełnym smakiem. Połączyły w sobie świeże  i takie zalatujące marcepanem.

W posmaku pozostały właśnie migdały i cytrusowo-cukrowe morele. Dżemowato-przetworowe, ale smakowite. Dodatki wyciągnęły też cierpkawość kakao, jednak ta podporządkowała się ciemnoczekoladowej cukrowości.
Całość wyszła za słodko, ale przyjemnie. Owszem, morelowo, acz wolałabym, by nie były to aż tak podrasowane, mało morelowe morele, a po prostu kawałki suszonych owoców. Migdały... pasowały, w udany sposób przełamały słodycz, ale chwilami aż przed morele wychodziły. Zdecydowanie czułam niedosyt tychże.
Z zaskoczeniem stwierdziłam, że były mniej ciekawe od wersji żurawinowej, ale wciąż smaczne (a może tylko dlatego, że mam kręćka na punkcie moreli? a tu chociaż namiastka). Wydała mi się mniej gorzkawa, bo bardziej naaromatyzowana - jakby aromat po prostu gorzkawość wyłączył. Na pewno było to mniej sztuczne i nietanie, jak np. Moser Roth Saison Edition Johannisbeere Mandel. Przynajmniej główny zarzut do czekolady to tylko przesłodzenie, a nie przesłodzenie i polewowość.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 125g)
kaloryczność: 543 kcal / 100 g; 1 minitabliczka (25g) - 136kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, płatki migdałowe, syrop fruktozowy, zagęszczony mus morelowy 0,7%, zagęszczony mus jabłkowy, mąka ryżowa, lecytyna sojowa, aromaty, substancja zagęszczająca: pektyny; kwas: kwas cytrynowy