Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wawel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wawel. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 sierpnia 2024

Wawel Figa z Makiem / Fig & Poppy Seeds ciemna 43 % z nadzieniem figowym i kremem mlecznym z makiem

Do niedawna powiedziałabym, że niemożliwym jest, by szczerze zainteresowała mnie czekolada Wawelu, marki znienawidzonej przeze mnie, której produktów zwyczajnie się boję. A jednak gdy z Mamą zobaczyłyśmy obiekt dzisiejszej recenzji, uniosłyśmy brwi ze zdziwieniem i na słowa, że Mama mogłaby w sumie może spróbować, kiwnęłam głową. Może i ja bym mogła spróbować i nie umrzeć? Kupienie jednak potencjalnej paskudy byłoby wbrew nam, więc wróciłyśmy do reszty zakupów, omijając tę czekoladę. Gdy jednak jakiś czas później ojciec się na nią natknął i zadzwonił z pytaniem, czy chcę, po chwili wahania odpowiedziałam twierdząco, zaznaczając, że pewnie do niego wróci.

Wawel Figa z Makiem / Fig & Poppy Seeds to ciemna czekolada o zawartości 43 % kakao z (18%) nadzieniem figowym i (28%) kremem mlecznym z makiem; edycja limitowana na zimę 2023/24.


Po otwarciu poczułam nachalny, cukierkowo-sztucznie owocowy zapach. Pomyślałam o landrynkach cytrynowo-jabłkowych. Wyraźnie czuć też mocno, aż za mocno, paloną cierpkawą czekoladę o cukrowej słodyczy i polewowo-deserówkowym, tanim charakterze, umocnionym spirytusowo-truflową nutą. Po podziale zobaczyłam mleczny krem, ale zamiast go, poczułam nasilenie tej sztucznawo-alkoholowej nuty.

Tabliczka wyglądała ulepkowato-polewowo i staro, mimo kilkumiesięcznej daty ważności. Przy łamaniu okazała się delikatna. Nie miękka, ale i nie twarda, a właśnie... ulepkowata. Łamała się, a nie rwała. Czekolada z wierzchu nie wgniatała się, a po prostu pękała, ale nie wydawało to-to z siebie żadnego dźwięku. Mleczny krem wypełniał całą tabliczkę, a nie tylko poszczególne kostki. Nadzienie figowe z kolei wypełniało każdą kostkę osobno.
Tabliczka jednak nie trzymała się najlepiej linii podziału, przez co zdarzało się, że nadzienie figowe trochę wypływało. Albo raczej mogłoby wypływać, gdyby było choć odrobinę bardziej płynne. Na szczęście jednak nie było, acz ciągnęło się lekko.
Mleczny krem wyszedł krucho-miękko i ulepkowo, widać w nim pojedyncze kuleczki maku.
Nadzienie figowe to nie za gęsty, może nie rzadki, ale raczej rzadkawy, bardzo klejący i ciągnący dżemowaty żel.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, chętnie. Miękła w ulepkowaty sposób. Była tłusto-mazista i kojarzyła się z ciemną polewą, a nie czekoladą.
Dość szybko dołączały do niej nadzienia. Miękły razem, mieszając się w nieprzyjemnie margarynowo-miękką masę.
Szybciej spod czekolady wypływało górne, jako że było rzadsze, po czym też wtapiało się w miękkie otoczenie. To jedynie gęstawy, trochę przecierowy, żelowaty sos. Był bardzo kleisty, trochę cukrowy jakby cukrem zagęszczony. Czuć w nim minimalną przecierowość, ale okazał się raczej gładki. Trafiłam na dosłownie jedną pojedynczą pesteczkę figi (na dwie kostki, które zjadłam) i jakby bardziej zżelowane drobineczki... fig?
Mleczny krem miękł razem z czekoladą. Okazał się jednak od niej znacznie tłustszy i bardziej miękki. Rozpuszczał się łatwo, wykazując plastyczność i lekką gumiastość. Był mocno proszkowy, a także margarynowo miękki. Urozmaiciło go sporo strzelających kuleczek maku.
Porządnym gryzieniem kuleczek maku i pesteczki figi zajęłam się na koniec, gdy wszystko inne się już rozpuściło. Strzelały przyjemnie, ale niestety było ich bardzo mało. Maku jednak i tak więcej niż pesteczek fig.

W smaku czekolada uderzyła cukrem i cierpko-gorzkawym smakiem. Wydał mi się palony i zaburzony znaczącym, margarynowym wątkiem. Nie umiałam myśleć o tym jako o czekoladzie, a jedynie polewie kakaowej. Zdecydowanie przesłodzonej cukrem.

Nadzienia w smaku odezwały się bardzo szybko. Ogólnie podwyższały słodycz. Mleczne wyszło integralniej z czekoladą - mieszało się z nią poprzez cukrowo-margarynowy splot.

Figowe też podczepiło się pod cukrową słodycz. Jeszcze ją wzmocniło, po czym zaserwowało smak  landrynkowo owocowy. Do głowy przyszły mi sztuczne, cytrynowo-jabłkowe cukierki - z czasem ten właśnie wątek dominował. Kwasek był leciutki, ale nieadekwatnie cytrynowy. Pojawiła się też figa i to całkiem naturalna, ale wmieszana w owocową sztuczność i nutkę sztucznej nalewki owocowej. Figa wyszła jednak niezbyt jednoznacznie, jako że cała reszta (czekolada, dolne nadzienie) ją przytłaczała. Żel wyszedł niby soczyście, ale też słodko-ciężko i chemicznie.

Mleczny krem po tym jak zaznaczył swoją obecność, jawił się nieco bardziej zachowawczo, jednak i tak czuć go dobrze. Smakował cukrem i jeszcze raz cukrem, ale też mlecznie. Za mlekiem znalazła się jednak margaryna, a krem zaskoczył mnie lekką, truflowo-spirytusową, sztucznawą nutą. To słodki, mleczny krem niskiej jakości, owszem, ale z dziwnym, alkoholowym echem. To i w samej czekoladzie podkreśliło tanią truflowość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czułam się przesłodzona kompletnie. Cukier mieszał się ze słodyczą sztuczną, męczącą chyba jeszcze bardziej. Wyszło to czysto słodko i słodko do bólu, że poszczególne smaki się aż w tej słodyczy zatracały.

Cierpkawa czekolada pobrzmiewała w tle, nie dając o sobie zapomnieć. Ona też końcowo wydawała się serwować głównie cukier. Sztuczność kremu figowego jeszcze podkręciła jej tanią margarynowość.

Bliżej końca i już na koniec poczułam trochę makowego echa. Wtedy zaczęłam gryźć strzelające kuleczki - figowe smakowały słodkimi sobą, a mak tchnął trochę goryczki. Wydał mi się jednak dość mdławy po tej eskapadzie słodyczy.

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie cukrowo-sztuczne jak po cytrynowo-jakiś landrynkach, posmak aromatów, w tym jakby sztucznego spirytusu, a także margaryny oraz lekka cierpkość kakao. Do tego motyw faktycznie lekko figowy i truflowo-mleczny.

Czekolada była zła. W zasadzie nie umiem znaleźć żadnych plusów. Już zapach budził podejrzenia, bo był sztuczny i nie adekwatny do wariantu. Jakość niska, wygląd i struktura nie zachęcały do próbowania. A smak... Smucił. Nie wywołał traumy, ale był nieprzyjemny. Przede wszystkim tani i sztuczny. Czekolada na wierzchu to jakaś cukrowo-margarynowa polewa kakaowa, krem mleczny też cukrowo-margarynowy i dziwnie sztucznie alkoholowy, a nadzienie figowe okazało się landrynkowo owocowym żelem. Maku poskąpili i wniósł tyle, co nic. Zjadłam niecałe dwie kostki i odpadłam. Najpierw myślałam, że wystawię jej 2, ale potem spróbowałam Wawel Michałki Białe, które pokazały mi, że może być gorzej, a także przedyskutowałam sprawę z Mamą i doszłam do wniosku, że no jednak jakby nie patrzeć, nie ja jestem docelową grupą konsumentów-odbiorców tabliczek takich jak ta. 

Mama o Wawelu: "Za pierwszym razem jak spróbowałam, to lepsza mi się wydała, ale jak wróciłam i uważniej trochę zjadłam to nie. Niesmaczna. Samej czekolady nie komentuję, bo to po prostu zła, polewowa czekolada Wawelu jak zawsze. Nadzienie figowe kojarzyło mi się z takimi dawnymi, kiepskim marmoladami co to ludzie z biedy kupowali. Kwaśne, ale tak jakoś nieprzyjemnie. Początkowo ten kwasek fajny mi się wydał, soczysty, ale potem, więcej jak zjadłam, już nie. W ogóle to gdzie kwasek w nadzienie figowym? Bez sensu w ogóle. Fig nie czułam, ale chyba na jedną pestkę trafiłam. Najmniej złe to chyba te nadzienie białe, takie w miarę wyjściowe. I mak na koniec fajnie strzelał, fajny był. Szkoda tylko, że go tak bardzo mało dali. Takie pojedyncze kuleczki.".


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Kauflandzie)
cena: wypytałam - zapłacił 3,79 zł (za 90g)
kaloryczność: 504 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 54% czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz roślinny: shea; emulgator: lecytyny), 18% nadzienie figowe (cukier, syrop glukozowy, figi 10%, woda, zagęszczony sok cytrynowy, substancje zagęszczające: pektyny, agar; naturalny aromat, syrop cukru skarmelizowanego, koncentrat z krokosza barwierskiego, substancja wiążąca: cytryniany wapnia), tłuszcz roślinny: palmowy: cukier, mleko w proszku odtłuszczone 4%, serwatka w proszku, mak niebieski 0,3%, emulgator: lecytyny; aromat naturalny

wtorek, 6 sierpnia 2024

Michałki z Wawelu białe

Kiedy już myślałam, że mam spokój z Michałkami i innymi rzeczami nie w moim typie, czyli ogólnie cukierkami, Mama kupiła obiekt dzisiejszej recenzji. Parę razy mi mówiła o "Michałkach w białych papierkach", pytając, co to. Gdy dowiadywała się, że to w białej czekoladzie, straciła zainteresowanie. Jak i ja, nie lubi takich wariantów (acz w moim przypadku był jeden wyjątek, kiedy to lubiłam białe Bueno - recenzja z 2015 i 2020, klasycznego nie cierpiąc). Słyszałyśmy jednak od wielu różnych ludzi - naprawdę różnych - że białe Michałki są najlepsze ze wszystkich. Słyszałyśmy to nawet od osób, które jak my, nie lubią białej czekolady. Z ciekawości, choć miałam już serdecznie dość Michałków, spróbowałam i ja.

Michałki z Wawelu Białe to cukierki z orzeszkami arachidowymi i kawałkami herbatników w białej polewie, prdukowane przez Wawel.

Po rozwinięciu papierka poczułam średnio wyrazisty zapach, w którym dominowały wyraźnie prażone fistaszki. Za nimi stała duszna, ciężka biała polewowa "czekolada". Przeciętnie słodka i trochę margarynowa, ale nie budząca żadnych skrajnych odczuć.

Cukierki były duże i ciężkie, ważyły po około 18 g. Wagowo sprawdzane były do siebie podobne; różnice jak w przypadku wszystkich innych Michałków mogły więc występować, ale to chyba nie standard.
Już w dotyku odebrałam je jako ulepkowato-tłuste, trochę proszkowe - miałam wrażenie, że zaraz zaczną rozpuszczać się już w dłoniach, ale nie. Polewa była gruba i typowo biało polewowa. Twardawa w specyficzny, polewowa sposób, twardo-nietwarda. Czekoladą nie umiem tego nazwać.
Wnętrze było kruche i mocno się kruszyło.
W trakcie jedzenia polewa rozpływała się dość szybko. Robiła to tłusto-wodniście, minimalnie maziście. Tłustość nazwałabym oleistą. Zupełnie brak jej czekoladowej gęstości. Z czasem ujawniła lekką proszkowość. Kontrastowo do środka, była to "ta gładka część".
Wnętrze okazało się mocno, przeraźliwie proszkowe. To mieszanka prochu z wodnistością i lekką tłustością o margarynowo-gumowych, miękkawych zapędach. Rozpuszczało się to raczej szybko, właśnie na proszek i wodę. Proszkowość przechodziła wręcz w ziarnistość. Wyłaniała się mieszanka różnych kawałków, po czym masa-baza znikała.
Zostało dużo różnych i drobnych, i średnich, i dużych kawałków orzeszków. Były nawet ćwiartki. Między nimi zaplątały się malutkie kawałki herbatników.
Orzeszki gryzłam głównie na koniec, trochę tylko nadgryzłam już wcześniej. Były róże - sporo twardo chrupiących, ale trafiły się też jakby twardo-stwardniałe i bardziej miękkie. 
Malutkie kawałki herbatników były chrupiące tylko początkowo. Wydawały się raczej lekkie, zmieniające w miękką papkę. Ich wielkość i ilość jednak sprawiała, że to marginalny dodatek. 

W smaku wierzch uderzył cukrem z cukrem. I jeszcze dodatkiem cukru. Przemknęła margaryna, po czym polała się mleczność. To cukrowo-mleczna mieszanka - ot, biała polewa z nisko-średniej półki.
Gdy spróbowałam jej osobno, okazała się odrobinkę przesiąknięta arachidami.

Środek odezwał się bardzo szybko. W zasadzie kontynuował zacukrzanie, acz jego smak oparł się na margarynie. Margarynę poganiała margaryna, z czasem pozwalając fistaszkom wtrącić swoje trzy grosze.

Arachidowa nuta odzywała się z czasem, stłamszona cukrem i margaryną. Była jednak wyraźna - prażone orzeszki czuć, acz nie jakoś szczególnie ciekawie wkomponowane. Po prostu sobie były. Za orzeszkami,  topiącymi się w zacukrzającej i nachalnie margarynowej toni pojawiła się jeszcze dziwna kwaskawość. Przewinęło się nawet całkiem wyraziste mleko, acz podobnie jak arachidy, bez polotu przez otoczenie.

Gdy wszystko gryzłam, czuć w zasadzie to samo, a orzeszki i herbatniki niewiele wniosły - wydawały się w ogóle w tym wszystkim gubić. Wolałam więc, by wszystko trochę się rozpuściło i dopiero wtedy ewentualnie zacząć obok podgryzać dodatki, a najlepiej w ogóle na koniec.

Po tym, jak cukrowo-margarynowa baza zniknęła, pogryzłam większość orzeszków i herbatników. Orzeszki okazały się prażone miejscami nieco słabiej, ale i tak dość mocno, a w większości przeprażone. Sporo z nich szła w przeprażoną goryczkę. Smak orzeszków nie aż tak przeprażonych z kolei po tym wszystkim jakby nie miał już siły przebicia.
Herbatniki wmieszały się w nie, niewiele wnosząc, acz gdy się skupiłam, czuć je - smakowały słodko-pszennie, przeciętnie. Przy orzeszkach po prostu pojawiło się coś mdławo-słodkiego. I pewnie to przez nie, podczas gryzienia drobnicy, wciąż czułam margarynę.

Po zjedzeniu został posmak cukru i margaryny, związanych... taniością? Orzeszki także bardzo wyraźnie czułam, ale w posmaku przebiły się tylko te przeprażone.

Były prawie tak niesmaczna jak Cukierki Michałkowe Wolności.

Cukierki były po prostu bardzo złe, że aż nie umiem, nawet na siłę, znaleźć czegoś, co bym mogła pochwalić. Cukrowo-margarynowa polewa i margarynowo-cukrowy środek z bez sensu dodanymi herbatnikami i kiepskim orzeszkami. Wafel zepsuł nawet arachidy, tak je przepraszając. Może chcieli to stonować herbatnikami, ale one nie wniosły nic dobrego. Ogół był bardzo mało michałkowy według mnie, ale i zwyczajnie niesmaczny.
Zjadłam pół cukierka i i tak dał radę mnie zmęczyć; o pół za dużo jak widać.
Dodatkową, znaczącą wadą jest jeszcze kwestia trzymania świeżości, która wynikła przypadkiem, bo Mama swojego cukierka zjadła od razu, gdy kupiła, a ja zabrałam się za swojego jakiegoś 2 tygodnie później i... różniły się. Ale o tym to już oddam jej głos w cytacie niżej.

Mama zjadła swojego jednego wcześniej i kończyła po mnie: "Coś okropnego! Rozpuściło mi się to w sekundę, trochę jak jakiś roztwór cukru, normalnie jakby cukier i woda mi się tak skojarzyło, jakaś taka niesmaczność, w sumie w cukrowości nie do uchwycenia. Potem jeszcze w sumie margaryna doszła. Okropnie margarynowy ten środek! I na koniec zostało sporo dużych kawałków orzeszków. Najpierw się ucieszyłam, ale gdy je pogryzłam, też okazały się niesmaczne, gorzkie jakieś. Kilka jakiś lepszych, ale ogólne wrażenie i tak złe robią. No i coś niejakiego jakby - acha, to chyba te herbatniki? Co one niby mają z Michałkami wspólnego? No okropieństwo po prostu! Wersja szybciej rozpuszczająca się najgorsza z tych wszystkich Michałków, co próbowałyśmy i najmniej michałkowe, a te stwardniałe minimalnie faktycznie lepsze." Mama po tym jak skończyła mojego cukierka dodała: "Dziwna w nich ta nierówność, że trafiają się też jakby trochę stwardniałe. Ale to im na dobre wychodzi! Bo takie nie znikają w sekundę i tak natychmiast, na raz obrzydliwością nie uderzają. Świeższe o dziwo gorzej wyszły przez taką strukturę bardziej miękką i wodnistą".


ocena: 2/10
kupiłam: Mama kupiła
cena:  zł (za 100g)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzeszki arachidowe 26 %, cukier, biała polewa 16,8 % (cukier, tłuszcz roślinny: palmowy, shea; serwatka w proszku, emulgator: lecytyny; aromat naturalny), tłuszcz roślinny: palmowy, kokosowy; mieszanka mleczna w proszku 11,5 % (serwatka z mleka, śmietana, białka serwatkowe, mleko odtłuszczone, maślanka), serwatka w proszku, laktoza, herbatniki 1,2 % (mąka pszenna, tłuszcz roślinny palmowy, cukier, skrobia ziemniaczana, sól, serwatka w proszku)

środa, 29 maja 2024

Wawel Mieszanka Krakowska Galaretki Pastylki w czekoladzie pomarańczowe; ananasowe

O istnieniu tych galaretek nie miałam pojęcia do momentu, w którym Mama przyniosła do domu całą torebkę różnych galaretek Wawelu. Chciałyśmy zdobyć jakieś "najklasyczniejsze do porównania" z galaretkami Odry, o których za jakiś czas. Ja miałam na myśli konkretnie Mieszankę Krakowską, a Mama w sklepie akurat na nią, na tę najzwyklejszą nie trafiła. Trafiła na... coś innego, jak widać, nowego - zwieńczonego napisem "Nowość na okrągło". Jako że nie interesuje mnie marka Wawel, a i na słodycze ogółem nie patrzę, musiałam poszukać w internecie, co i jak. Okazało się, że to galaretki Wawelu, jak z Mieszanki Krakowskiej, ale w innej formie. W formie pastylek. Wszystkie smaki mają swoje okrągłe odpowiedniki, ale Mama trafiła tylko na dwa. Po teście cukierków Mieszanka Krakowska Galaretki w czekoladzie ucieszyłam się, że padło akurat na te smaki. Miałam nadzieję, że nie wyszły gorzej od podlinkowanych. Forma miło mi się kojarzyła z pastylkami miętowymi Goplany, które kiedyś (od 2015 nie jadłam) bardzo lubiłam. Jednak czy pasuje do galaretek?

Wawel Mieszanka Krakowska Galaretki Pastylki w czekoladzie to owocowe galaretki oblane ciemną czekoladą o zawartości 43%kakao, dostępne w czterech smakach: cytryny, pomarańczy, maliny oraz ananasa; u mnie zrecenzowane tylko pomarańczowe i ananasowe. 

Pastylki w obu smakach miały tę samą strukturę. Ważyły po 15-16 g, Były duże i wydawały się dość masywne, acz to tylko wrażenie. Polewa trzymała się na nich nieco lepiej niż na tradycyjnej wersji, a jednak i z pastylek łatwo ją podważyć, odłamać. Okazało się, że jest średnio gruba - grubsza na wierzchu, cieniuteńka na spodzie. Wydała mi się twardo-plastikową, trzaskająco-pękającą polewą, nie czekoladą.
Wnętrze z kolei było zwarto-gibką, miękkawą galaretką. To masa zwarta, ale nieco delikatniejsza niż w przypadku zwykłych cukierków. Przypominała nieco twardszą wersję galaretek z ciastek typu Delicje.
Pastylki można przełamać, a galaretki wówczas się rwą.

W trakcie jedzenia czekolada potwierdziła swą plastikowo-tłustą polewowość. Galaretki okazały się kleiste i miękkie. Trochę oklejały zęby, trochę się rozpuszczały. Były soczyste, gibkie. Jak się wydawało, szły w kierunku galaretek z ciastek typu Delicje. Wydawało się, że jakoś tak trochę mało galaretek w tych galaretkach. Czekolada trochę zbytnio je przytłaczała.

--------


Pomarańczowa pastylka pachniała czekoladą o cierpkawym, palonym charakterze i pomarańczą, łączącą słodycz i cierpkość skórki pomarańczowej w tej właśnie kolejności. Czuć olejek pomarańczowy, specyficzny motyw galaretki i sporo cukru, ale wszystko za goryczkowatą, tanią czekoladą.

W smaku słodko-gorzkawa, delikatna czekolada miała ogromny udział - większy niż w przypadku tradycyjnych cukierków, jednak ten wariant dobrze sobie z nią poradził. Zasładzała, mignęła margaryną, acz ogólnie starała się współpracować z intensywnym środkiem.
Ten okazał się w zasadzie identyczny, co w tradycyjnych galaretkach. Czuć w nim soczystość, mimo mnóstwa cukru. Pomarańcza przedstawiła się jako dość naturalna i goryczkowata, co nieco podkręciła czekolada. Olejkowość pomarańczy trochę się rozmyła (za sprawą czekolady?), ogólnie cytrusowa kwaśność wychyliła się na pewien czas, przełamując słodycz. Końcowo jednak zatonęła w słodyczy, która zrobiła się wręcz mdła. Wyrazista, cukrowo-tania czekolada trochę nasiliła nijakość.


ocena: 6/10
kaloryczność: 351 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, syrop glukozowy, czekolada 22% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz roślinny shea, emulgator: lecytyny słonecznikowe), woda, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; substancja żelująca: agar; sok pomarańczowy 1,1% z zagęszczonego soku pomarańczowego; naturalny aromat

--------


Ananasowa pastylka pachniała słodko-soczystym ananasem z dosadną, cukrowo-gorzkawą czekoladą. Czuć cukrowość i taniość czekolado-polewy, ale anansowi udało się z tym uporać. Niestety tylko w zapachu.
W smaku tego wariantu czekolada także miała duży udział, ale ananas radził sobie z nią gorzej niż pomarańcza. Czekoladowa polewa dała się poznać jako cukrowo słodka, trochę margarynowa i jedynie lekko gorzkawa. Czuć też cierpkość kakao w proszku - chyba na zasadzie kontrastu do słodkiego środka.
Sama galaretka roztoczyła smak słodkiego, soczystego i naturalnego ananasa, sowicie posłodzonego. Do tego stopnia, że słodycz trochę przygłuszała sam owoc. Cukrowość z czasem dopuściła do głosu trochę kwasku. Tania czekolada jednak cały czas trochę przytłaczała wnętrze, przez co ananasowa galaretkowa pastylka wyszła słabiej niż cukierek. Zdziwiłam się, że aż tak bardzo, ale potem porównałam składy. W cukierkach soków z owoców dodano po 1,2%, a w galaretce-pastylce ananasowej sok to marne 0,9%.


ocena: 7/10
kaloryczność: 353 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym się może kiedyś poczęstować?

Skład: cukier, syrop glukozowy, czekolada 22% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz roślinny shea, emulgator: lecytyny słonecnzikowe), woda, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; substancja żelująca: agar; sok ananasowy 0,9% z zagęszczonego soku ananasowego; naturalny aromat

--------

Pastylki wyszły nieco inaczej niż tradycyjne cukierki. Czekolada miała w nich sporo do powiedzenia - o ile pomarańczowy wariant sobie z tym poradził, tak anansowy był zbytnio przytłoczony. Ogólnie na smak lepiej wyszły zwykłe cukierki, ale do formy mam mieszane uczucia. Gdyby na pastylkach było mniej czekolady, gdyby w anansowej nie poskąpili soku anansowego, chyba wolałabym je. Takie bardziej miękko-delicjowate środki mi się podobały. Tylko że właśnie w ich przypadku z kolei czekolada przeszkadzała.
Przez to, jak czekolada przytłoczyła anansowy środek w formie pastylki, do tej bym nie wróciła, mimo że galaretka anansowa jawi się jako najciekawsza i smaczna. Do galaretek ananasowych w formie cukierków za to mogłabym kiedyś wrócić. Co ciekawe, poszczególne smaki pastylek jak widać wyszły bardziej do siebie zbliżone - żadna ze spróbowanych nie wyróżnia się smakowitością czy niesmacznością (choć akurat między galaretkami-cukierkami różnica między oceną anansowej a pomarańczowej też nie jest kolosalna).

Mama też je jadła i opisała: "Ananasowa i tu lepsza, ale i pomarańczowa smaczna. Ja chyba wolę pastylki od cukierków, bo ta forma, konsystencja. I wcale aż taka mocno mniej ananasowa pastylka od cukierka mi się nie wydawała".


kupiłam: Mama kupiła w Kauflandzie
cena: 2,99 zł (za 100g)

sobota, 25 maja 2024

Wawel Mieszanka Krakowska Galaretki w czekoladzie

Normalnie wpis ten można by uznać za żart, dowód na masochistyczne zapędy itd. jako że w zasadzie nigdy nie lubiłam galaretek, a obecnie nie lubię ogólnie zwykłych słodyczy, jednak... Jakiś czas temu trafiło do mnie coś, o czym na blogu w swoim czasie, ale co sprawiło, że pomyślałam, że przyda mi się zrobienie małego rozeznania w galaretkach. Te mi wyglądały na najklasyczniejsze i tym samym najbardziej konkurencyjne do wspomnianych. Acz opis producenta klasyczny na pewno nie był - nieźle mnie rozbawił, przedstawiając warianty: "kwaśna cytryna, dojrzewająca w pełnym słońcu pomarańcza, zmysłowo słodka malina oraz egzotyczny ananas".

Wawel Mieszanka Krakowska Galaretki w czekoladzie to owocowe galaretki oblane ciemną czekoladą o zawartości 43%kakao, dostępne w czterech smakach: cytryny, pomarańczy, maliny oraz ananasa. 

Pozytywnie zaskoczyło mnie to, jak galaretki zostały zapakowane. To nie zwykły papierek, który można rozwinąć - on tylko udaje "tradycyjny cukierkowy papierek". W istocie opakowanie jest bardzo szczelne, nie da się go odwinąć, a trzeba rozerwać w przeznaczonym do tego miejscu. Pomysłowe, higieniczne i... teoretycznie dłużej zachowujące świeżość. Napisałam "teoretycznie", bo niestety czekolada i tak była nieco zszarzała miejscami.

Struktura wszystkich smaków była taka sama. Cukierki były średnio-małej wielkości, ważyły 10-11g / sztuka. Nie wydawały się szczególnie masywne. Przy krojeniu czy gryzieniu dały się poznać jako delikatne.
Na wierzchu znalazła się średnia, miejscami bardziej grubawa warstwa czekolady... ups, jedynie polewy czekoladowej. Na spodzie była warstewka cieniutka, z logo firmy. Czekolado-polewa była twarda, łatwo i chrupko pękała i odpadała od galaretki. W dotyku wydawała się plastikowa, a w ustach okazała się plastikowo-tłustą, mazistą polewą.
Wnętrze to galaretki dość miękkawe. Kleiły się i minimalnie gięły. W trakcie jedzenia trochę oklejały zęby, dając się poznać jako bardzo miękkie i soczyste. Częściowo ochoczo, acz nie zbyt szybko, się rozpuszczały. Zachowały lekką, specyficznie galaretkową jędrność. Całość była średnio zgrana, ale w zasadzie przeciętnie w porządku.

Trochę czekolado-polewy spróbowałam osobno, ale lepiej tego nie robić, bo to bardzo niska jakość. Na szczęście wszystkie cukierki łączy to, iż nie stanowi ona istotnego elementu, a jedynie pobrzmiewa sobie przy każdym. Sama okazała się bardzo słodka i łagodnie-gorzkawa, nie gorzka. Pojawiła się w niej drobna, kakaowa cierpkość, ale też - o wiele więcej - nieprzyjemnej, margarynowej tłustości. Miała dziwnie tłusty posmak. Miejscami przesiąkła galaretką, co jej na dobre wyszło.

--------

Malinowa galaretka pachniała niczym cukrowy, zdecydowanie przesłodzony syrop malinowy z odrobinką kwasku i sztuczne landrynki malinowe. Tak sztuczne, że aż odpychające. Cierpko-słodka czekolada stanowiła istotny, ale nienachalny element.
W smaku czekolada okazała się gorzkawo-palona, cierpkawa, ale od razu też znacząco, ciężko-cukrowo słodka. Pobrzmiewała margarynowo-polewową nutą.
Malinowe wnętrze odezwało się niemal natychmiast. Uderzyło cukrem, jeszcze raz cukrem i motywem syropu malinowego. Jego słodycz jeszcze rosła, idąc w kierunku sztucznej słodyczy malinowych cukierków, landrynek. Pod toną cukru początkowo kwasek jeszcze próbował pobrzmiewać... Jakby chciał, a nie mógł. Niby był, a brakowało mu siły przebicia. W połowie jedzenia jednak sztuczna słodycz wydała się tak silna i drapiąca, że smak ogółu wyszedł aż mdło. Zrobił się chemicznie słodki. Chemia aż krzyczała, że szybko odechciewa się jeść. Tania czekolada nie pomogła.
Posmak oddawał sztuczne, trochę syropowe maliny. Czułam się sztucznie zasłodzona kompletnie.
Malinowa galaretka smakowała tak, że zupełnie nie chciało się jej jeść.


ocena: 4/10

--------

Ananasowa pachniała bardzo słodko, ale zaskakująco naturalnie i soczyście. Oczywiście cukrowość i tu się zaznaczyła, ale ananas zwieńczony nienachalną, słodko-cierpkawą czekoladą jawił się w miarę apetycznie.
W smaku czekolada wyszła gorzkawo-palono, polewowo i cukrowo, a kiedy tylko odezwał się ananasowy środek, umocniła się jej goryczka i cierpkość.
Ananasowy środek uderzał cukrem i słodyczą soczystą. W słodyczy przemknęła mi lekka sztuczność, ale zaraz się ukryła i ogół wyszedł dość naturalnie. Zasadniczy smak był jednoznaczny i wyrazisty. Przemknęła myśl o likierze anansowym, do końca zachował wydźwięk raczej naturalnego, soczystego owocu, w którym pojawił się kwasek. Z czasem słodycz wydała mi się ryzykowna, ale nie mordowała. Czekolada na zasadzie kontrastu chyba jeszcze to podkreśliła.
Posmak był soczyście ananasowy i trochę już słodko-rozmyty, cukierkowy.
Z zaskoczeniem uznałam, że galaretka anansowa w zasadzie była na tyle ciekawa i smaczna, że zjadłam - jako jedyną - całą. Tylko że gdy ciekawostkowość opadła, wiem, że po kolejną bym i tak nie sięgnęła. Przynajmniej nie tym razem. Z oceną trochę się wahałam, bo gdyby czekolada była lepsza, galaretka spokojnie miałaby mocne 8 - a kto wie, czy nie powalczyłaby o 9?


ocena: 7,5/10

--------

Pomarańczowa pachniała subtelnie słodko-cierpkawą skórką pomarańczową, którą jedynie trochę przyozdobił cały soczysty owoc. Przedstawiło się to dość naturalnie, jedynie z echem galaretkowo-olejkowym. Czekolada wydawała się stać z nią na równi. Też nie była szczególnie intensywna.
W smaku czekolada wyszła słodko-gorzkawo, bardzo bazowo, ale w pomarańczowej galaretce wydawała się najbardziej zgrana z wnętrzem.
Środek okazał się z nią harmonijny. Był bardzo intensywny. Pomarańcza roztoczyła po ustach słodycz, ale też soczystość. Tonie cukru wtórował jednak owoc dość naturalny, a także goryczka. Połączyła specyficzną galaretkową ze skórkową. W połowie jedzenia dołączyła do tego ogólnie cytrusowa kwaśność i soczystość. Na jaw wyszedł też bardzo olejkowy charakter galaretki. Słodycz cały czas próbowała to spłycić sztucznym echem. Końcowo niestety to słodycz wygrała, jeszcze wzrastając i sprawiając, że całość szła w mdławym kierunku.
Po zjedzeniu został posmak olejku pomarańczowego, ale nie straszna sztuczność, gdy chodzi o smak pomarańczy, i mocne przesłodzenie - wydawało mi się, że to w nim ulokowała się chemia.


ocena: 6/10

--------

Cytrynowa pachniała intensywnie cytrynowym płynem do naczyń wymieszanym z limonką oraz cukrową słodyczą jakby oranżadki cytrynowo-cytrusowej. Za gorzkawo-paloną czekoladą pojawiła się jeszcze specyficzna goryczka galaretki i skórek cytrusów. 
W smaku czekolada okazała się bardzo cukrowa, polewowa i gorzkawo-palona. Cytrynowy środek chyba podkręcił jej goryczkę.
Wnętrze uderzyło cukrem i smakiem cytryny ewidentnie na słodko. Wyobraziłam sobie sztucznie słodkie oranżadki w proszku cytrynowe. Zaskoczyła niską kwaśnością. Pomyślałam o jakimś cytrusowym drinku, łączącym cytryny i limonki, ze sporą ilością słodkiej chemii. Soczystość przewinęła się, ale kwaśności nie rozkręciła. Ta była bardzo niska. W jej miejscu pojawiła się za to pseudocytrusowa goryczka. Do tego płyn do naczyń coraz mocniej dawał się we znaki wraz ze sztuczną, landrynkowo-orandżadkową słodyczą. Cytryna w tym wariancie miała bardzo sztuczny charakter.
Po zjedzeniu czułam okropnie sztuczną cytrynowość, jakby chemiczną, goryczkowatą orandżadkę cytrusową, lekką kwasowość limonki i przesłodzenie - nie tyle cukrem, co taką dziwną landrynkowością.
Cytrynowa wyszła najgorzej, bo osobliwie sztucznie-goryczkowato. Myśli o oranżadce w proszku i płynie były dziwne, że szybko odechciewało się jeść. Jednocześnie nie było to na tyle strasznie napastliwe, by wywołać traumę czy skrajne emocje.


ocena: 3/10

--------

Galaretki... nie zaskoczyły mnie specjalnie. Niczego zachwycającego po Wawelu się nie spodziewałam. Kiepska czekolado-polewa mi nie pasowała i w dodatku odpadała od wnętrza. Przynajmniej nie narzucała się w całości. Na plus, że cukierki pachniały ładnie i mimo że za słodko, jawiły się jako naturalne i soczyste. Struktura galaretki również na plus, bo nie były zbyt twarde, a specyficznie jędrne.
Smaki jednak zostawiają wiele do życzenia. A jednak... była anansowa, która zasłużyła na pochwały. Okazała się interesująca i ze względu na to (między innymi) najsmaczniejsza. Właśnie - ona była po prostu... zwyczajnie galaretkowo smaczna. Słodko-kwaskawa i nie tak bardzo sztuczna. Z kolei pomarańczowa wyszła przeciętnie i bezpiecznie - nie za mocno sztucznie, zwyczajnie. Malinowa była najbardziej słodko-mdła, sztuczna i męcząca, a cytrynowa sztucznie-dziwna. Zaskoczyła mnie prawie brakiem kwaśności, a za to słodko-goryczkowatym smakiem. Malinowej i cytrynowej podziękowałam po "mniejszej połowie", pomarańczowa była taka sobie, taka co to można zjeść albo nie (po "większej połowie" wybrałam "nie", bo to nie moja bajka), natomiast anansowa - w miarę przyjemna, jak się ma ochotę na galaretki, godna polecenia. A jednocześnie w sumie... no są, czym są. Myślę, że gdyby tak zastąpić syrop glukozowy (chociaż większą część, bo już nawet nie wymagam całości) cukrem, mogłoby coś z tego być.

Warto przy całej mieszance zauważyć, że smaki są bardzo zróżnicowane gdy chodzi o to, jak wyszły. To jedna z tych mieszanek, co można wyszukiwać "najlepszego cukierka", a ze zgrozą omijać nielubiany smak. Ocena zbiorcza to takie... 6. Nie jest to średnia, bo średnia wychodzi 5. Po prostu wzięłam pod uwagę to, jak wyszły np. galaretki Odry (za jakiś czas na blogu), pomyślałam o tym, jak wygląda rynek słodyczy i w to "6" wlicza się to wszystko. W tym uniwersalność smaków. To z jednej strony wada, bo niektóre są niesmaczne, ale z drugiej zaleta - wszak gusta są różne i w zasadzie da się "cos dla siebie" w tym znaleźć.

Mama opisała je: "Na pewno wszystkie mają konsystencję galaretek idealnych, bo są takie miękkawe, delikatne, a zwarte i trochę soczyste. Ta niesmaczna, polewowa czekolada im tylko przeszkadza. Okropna. Już mogli się choć trochę postarać i zrobić chociaż średnią czekoladę, a nie polewę. Malinowe galaretki słodko-kwaśne, takie sobie, nie wiem, czy zgadłabym, że to malina ma być. Takie czerwono owocowe. Chyba najgorsze, ale nie jakieś specjalnie złe. Ananasowe pyszne! Aż dziwne, że Wawelowi się udało. Soczyste, naturalne i wyraziste. Pomarańczowe bardzo intensywne, ale nie sztuczne. Takie poprawne. Też smaczne, ale nie aż tak jak anansowe. Za to cytrynowe kiepskie, ale nie wiem, czy gorsze od malinowych. Na początku to jeszcze - takie słodko-cytrynowe, ale potem wyłazi taka perfumowość, sztuczna cytryna taka... bardzo dziwna i zostawia niesmak okropny. Do ananasowych, jak mnie najdzie na galaretki, wrócę. Wszystkie na pewno lepsze od średniaków, dziwnie twardych galaretek Odry". Co ciekawe, ranking Mamy i mój wygląda niemal tak samo - a to nie często się zdarza.


ocena: 6/10 (zbiorczo Mieszanka jako produkt)
kupiłam: Mama kupiła w Kauflandzie
cena: 2,49 zł za 100g (jak wyżej)
kaloryczność: 347 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie, ale ananasową mogłabym się może kiedyś poczęstować

Skład (zbiorczy): cukier, syrop glukozowy, czekolada 20% (cukier, miazga kakaowa 43%, tłuszcz kakaowy, tłuszcz roślinny shea, emulgator: lecytyny ), woda, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; substancja żelująca: agar; soki owocowe 1,2% z zagęszczonych soków owocowych (ananas, cytryna, pomarańcza, malina), naturalne aromaty

środa, 27 czerwca 2018

cukierki Wawel Chałwowy w czekoladzie

O tym, że nie lubię cukierków pisałam już setki razy. Znowu jednak Mama podrzuciła mi jedne, żebym "sobie chociaż z ciekawości na bloga zobaczyła". Pamiętała bowiem, aż za dobrze, moje nienawistne przemówienia o okropnych chałwowych Michałkach Śnieżki. Mama od jakiegoś czasu upierała się, że akurat cukierki (niektóre) Wawelowi wychodzą, a ja - zobaczywszy zawartość sezamu w składzie - postanowiłam spróbować, by porównać.


Wawel Chałwowy w czekoladzie to cukierek o smaku chałwowym w czekoladzie ciemnej, zawierającej 43 % kakao.

Po otwarciu poczułam smakowity zapach sezamu zupełnie zepsuty margaryną, w otoczeniu słodkiej, polewowatej czekolady. Po przekrojeniu dowąchałam się jeszcze mleka w proszku. Wszystko w słodkiej tonacji.

"Czekolada" topiła się błyskawicznie - gdy tylko wzięłam cukierka do ręki, już zaczynała. Mimo to dało się ją oddzielić nożem.

Polewa była cieniutka i strasznie tłusta, gładka jak margaryna. Smakowała głównie cukrowo, choć może i trochę sztucznie czekoladowo, ale przy jej ilości (tej, jaką ja zjadłam, ale i tak w stosunku do nadzienia) trudno stwierdzić.

Środek okazał się w miarę plastyczną zbitką proszku, elementów chrzęszczących (cukier, chałwa) i ziarenek sezamu w tłuszczu. Oleistym i okropnym.

Znalazło to odzwierciedlenie w smaku. Od początku do końca czułam wyraźnie sezam, margarynę i sztuczność. Wszystko w tonacji bardzo słodkiej. Sezam smakował zarówno cudownie świeżo, jak i trochę kojarząco się z chałwą, ale niestety uwagę od niego odwracała cała reszta. Mleko w proszku, bardzo wyraźnie wyczuwalne, odciągało od chałwowowści, zaś margaryna, połączywszy się z jakimś obleśnie sztucznym, słodkawym akcentem była... po prostu margaryną.

Obrzydziło mnie to do tego stopnia, że chciałam wypluć gryza, którego zrobiłam. Zmusiłam się do kolejnego skubnięcia, ale... nie. To było okropne. Autentycznie sezamowe, ale... to tak jakby te 20 % sezamu wymieszać z rzeczami niejadalnymi. Fu. Lepsze od Śnieżki, ale okropne.


ocena: 3/10
kupiłam: Mama kupiła (chyba w Stokrotce na wagę)
cena: -
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: nasiona sezamu 21,9%, cukier, czekolada 18,2% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz shea, lecytyna sojowa), serwatka w proszku, tłuszcze roślinne: palmowy, kokosowy; mleko w proszku pełne, wafle (mąka pszenna, skrobia ziemniaczana, tłuszcz palmowy, sól)

sobota, 12 maja 2018

Wawel Miętowa ciemna 50 % z nadzieniem miętowym

Pastylki miętowe albo się lubi, albo nie - przynajmniej tak mi się wydaje. U mnie sprawa jest o tyle bardziej złożona, że zawsze uwielbiałam pastylki Goplany, nie cierpiałam After Eight, a pastylek Wawelu jakoś nie lubiłam (A jadłam... może raz? Teraz już w ogóle straciłam pewność, czy miało to miejsce.). Nawet gdy po latach do Goplany wróciłam, smakowały mi. Tanie miętowe nadziewańce (Ritter Sport, Terravita) też w sumie uznałam za całkiem w porządku, więc jak zobaczyłam "czekoladę udającą pastylki miętowe", kupiłam. Fakt, że nie lubię Wawelu jakoś mi uciekł z głowy. Wrócił, paskudnik jeden, dopiero w okolicach planowania otwarcia. I nie pomógł fakt, że czekolada jest z nowej linii, bez sztucznych dodatków.


Wawel Miętowa to ciemna czekolada o zawartości 43 % kakao z nadzieniem miętowym, które stanowi 50 % tabliczki i jest stylizowane na pastylki miętowe.

Otwierając, skrzywiłam się, bo znad czekolady uniósł się wręcz dziki, mocny zapach miętowy, kojarzący się z białymi gumo-cukierkami miętowymi (których nie cierpię - te wszystkie mentosy itp.). Zbliżywszy nos do czekolady, poczułam i ją samą. Była słodko-zwyczajnie kakaowa.

Tabliczka łamała się z trzaskiem, była bowiem twarda i krucha. Kruszyło się jej suchawe, pozornie gładkie nadzienie otoczone tłustą czekoladą. O ile w ustach czekolada była tłusto-mazista jak czekolada, tak nadzienie szło raczej w kierunku... tłusto-wodniście-oleistym, mazistym jak jakiś lukier, chrzęszcząc przy tym cukrem i proszkiem.

W smaku od pierwszych sekund uderzyła głównie cukrowość, taka zawoalowana, jak cukier puder (?). Szybko się okazało, że to cukro-mięta, która przebijała się od początku, ale przez pewien czas pozwalała zadebiutować czekoladzie.

Ta okazała się zadziwiająco jak na Wawel czekoladowa, a nie polewowa. Była to wprawdzie przesłodzona, tłusta i w sumie niegorzka ciemna czekolada, ale polewą nie zajeżdżała. Przeciętniak, który jednak sprawiał, że nadzienie było przystępne...

Do czasu, aż to ono zaczynało dominować. Dość szybko czułam cukrowy smak - taki "przetworzony". Właśnie tak wyobrażam sobie wszelkie mentosy, lukier (zrobiony z tic taców?) itp. Dochodził do niego ordynarny smak mięty, takiej, która występuje w np. tabletkach na gardło. To było... mentolowe, nie miętowe. Chamskie i podbite dziwnym kwasem. Powiedziałabym, że to jakby... margaryna z czymś (jak po tabletkach do łykania, które się rozgryzło).

Właśnie mentolowość, cukrowość i kwaśno-oleista margarynowość pozostawały w posmaku, bez jakiegokolwiek wspomnienia czekolady. Zacukrzało i obrzydzało kwaśno-mentolowym smakiem bardzo szybko. Jedna kostka, zanim nadszedł posmak, to jeszcze... ale już druga... To mój limit.

Całość uważam za... poniekąd zjadliwą, ale smakującą tak, że nie chce jej się jeść. O ile jeszcze początek, gdy główną wadą jest cukrowość, czekolada łączy się z nadzieniem, ich przesłodzenie splata się ze sobą, był w gruncie rzeczy przeciętny, tak mniej więcej od połowy to nie "jedzenie czekolady", a "męczenie obleśnego kawałka czegoś przesadzonego smakowo". No i ciężko jest pozbyć się posmaku.


ocena: 2/10
kupiłam: Tesco
cena: 2,59 zł (chyba)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz roślinny: masło shea, lecytyna sojowa), olej palmowy, cukier, mleko w proszku odtłuszczone 7,5%, serwetka w proszku, lecytyna sojowa, naturalny olejek miętowy, mentol

piątek, 29 grudnia 2017

Wawel ciemna 43 % ze słonym karmelem i solą morską

W związku z przeprowadzką narzuciłam sobie  pewne ograniczenia w kwestii wydatków. Mając wiele na głowie, oszczędzając, a kochając czekoladę ponad wszystko postanowiłam dać szansę paru tańszym, zwykłym tabliczkom. Po naprawdę smacznych Baronach (70 % z miętą, biała z jagodami) i nie takim złym Wawelu z pomarańczą, mimo kilku paskud, wiedziałam, że można i wśród nich znaleźć jakieś ciekawostki. Z dzisiaj opisywaną nie wiązałam wielkich nadziei, ale kiedy dostałam część od Mamy - która to spojrzała ostatnio na Wawel przychylniejszym okiem (z racji kilku "pysznych cukierków z Biedronki") i zainteresowała się solonym karmelem, "ciemniejszymi (bo jeszcze nie ciemnymi) czekoladami" - pomyślałam: "a może akurat?".


Wawel Czekolada ze słonym karmelem to ciemna czekolada o zawartości 43 % kakao z chrupiącym solonym karmelem i solą morską.

Po otwarciu poczułam trochę cukierkową słodycz toffi-karmelu, co podchodziło pod plastik w towarzystwie czekoladowego zapachu, który starał się być jak najbardziej ciemnoczekoladowy, a kojarzył się z przypaloną (?) polewą. Nie było to zachęcające do spróbowania.

Przy łamaniu twarda, niemal czarna tabliczka wydawała pełny trzask. Jak się potem okazało, była pełna średniej wielkości kawałków chrupiąco-skrzypiącego karmelu, który nie był zbyt twardy, ani nie przyklejał się do zębów.

W ustach rozpływała się w średnim tempie, jak nieco plastikowa polewa, trochę proszkowa, raczej niezbyt tłusta.

W smaku już w pierwszej chwili dała o sobie znać karmelowo-toffi słodycz, mająca w sobie taką... taniość, tandetę.
Ogólna słodycz szybko się rozprzestrzeniła, ale nie zrobiło się cukrowo. Plątał się w niej raczej posmak kiepskiego mlecznego karmelo-toffi.
Wraz z wyraźnym smakiem kakao (ale nie gorzkością) stworzyło to wrażenie, że to tabliczka polewy, nie zaś czekolady. Dodatkowo nakręcała to ogólna... mlecznawość. Nie mleczność, o nie. Tylko taki nijaki, mlecznawy smaczek polewy, która ma ciemny kolor, ale w smaku nie jest ani ciemnoczekoladowa, ani mlecznoczekoladowa. Nie było to ani trochę przyjemne - odebrałam to jako maskujący się posmak margaryny i wyrobów czekoladopodobnych.

Z czasem do tego wszystkiego dołączał też słonawy akcent, który niewątpliwie przełamywał słodycz i wraz ze smakiem karmelu jakości niższej, niż przeciętna sprawiał, że nie było strasznie cukrowo.
Karmel oczywiście najlepiej czułam pod koniec, przy rozgryzaniu go. Trudno go nazwać mocno karmelowym. To właściwie takie trochę mlecznawe, trochę palone karmelo-toffi, nie wiadomo co.

Pozostawiało to mocny posmak polewy pseudoczekoladowej, kiepskich karmelowych cukierków i poczucie słonawości.

Całość wyszła więc za słodko, ale nie jakoś strasznie, bo i z elementami przełamującymi. Zasadnicze dodatki czuć, ale nie w takim stopniu, jakby się chciało. A już na pewno nie jest to jakość, jaką chciałoby się poczuć nawet przy czekoladzie z tej półki. Jej największym problemem było bowiem to... że nie wyszła jak czekolada, a jak polewa. Średnia w dodatku, choć całkiem zjadliwa (tylko że np. ja nie widzę sensu jedzenia takich rzeczy).
Jakościowo, w kwestii "czekolada czy polewa" przegrała z kretesem z Wawelem Luximo z pomarańczą.


ocena: 4/10
kupiłam: Mama kupiła (chyba) w Tesco
cena: 2-3 zł
kaloryczność: 526 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, kawałki karmelu 10% (cukier, laktoza, tłuszcz mleczny, mleko w proszku odtłuszczone, sól 0,8%, aromat, lecytyna rzepakowa), tłuszcz kakaowy, tłuszcze roślinne (palmowy, Shea), sól morska 1%, lecytyna sojowa, E467, aromaty

piątek, 27 października 2017

Wawel Luximo Premium Czekolada Gorzka 70 % ze skórką pomarańczy

Tak, przez czekolady z wyższej półki zrobiłam się wybredna. Nie, nie skreśliłam czekolad z niższych półek. Mało tego! Jak smakuje mi jakaś tańsza tabliczka, cieszę się z tego jak głupia. Lubię mieć takie na dni, których atmosfera jest niedegustacyjna. Dzisiejszy obiekt recenzji to pierwsza z kilku czekolad Luximo, które mnie czekały. Założyłam, że nie może mnie zawieść, bo o ile większość została kupiona "na współę" z Mamą (mleczne), tak tej nie miałabym komu oddać.

Na producenta zwróciłam uwagę dopiero po pierwszym kęsie i... zszokowało mnie to. Byłam przekonana, że za całą tą linią Luximo stoi Millano. Jak jakiś czas później wróciłam do sklepu i zerknęłam na kartony z czekoladami, był jeden z pomarańczowymi, ale były tam pomieszane i Luximo firmy Wawel, i firmy Baron-Millano (którą kupiłam, żeby porównać, ale na blogu prędko się nie pojawi).

Wawel Luximo Premium Czekolada Gorzka ze skórką pomarańczy to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z kandyzowaną skórką pomarańczy (10%), produkowana (ponoć bez sztucznych aromatów) przez Wawel dla Biedronki.

Otworzyłam i zobaczyłam niemal czarną tabliczkę o mocnym zapachu pomarańczy i palonym, który można by trochę podciągnąć pod kawę. Nie było zbyt słodko, a pomarańcza była neutralna. Silna, ale nie straszliwie natarczywa, pomiędzy naturalną skórką, a sztucznawym owocem.

Tabliczka łamała się nierówno, kruszyła się trochę, przy czym wydawała się miękkawa. To pewnie przez mnóstwo skórek pomarańczy. One ciągnęły się i jakby rwały.

Czekolada rozpuszczała się w umiarkowanym tempie, łatwo, w ulepkowaty sposób, ale nie była zbyt tłusta (jak np. strasznie tłusty Lindt Excellence Orange). Nie była też zbyt sucha, więc mogę to nazwać ulepkiem do zniesienia. Skórek pomarańczy zatopiono wewnątrz bardzo dużo - kawałków większych i mniejszych. Wszystkie były jędrne; ani za twarde, ani za miękkie i przyjemnie soczyste.

Przy pierwszym kęsie uderzyła mnie ordynarność kakao, taka naaromatyzowana taniość (przerażona  chwyciłam opakowanie i wyszedł Wawel z worka). Początek był niesmaczny, bo odtłuszczone kakao w proszku wyraźnie zaznaczyło swoją obecność, ale po chwili zewsząd rozszedł się pomarańczowy akcent. Nie był sztuczny, ale też nie jakoś specjalnie naturalny.

Zaczęła rozwijać się delikatna słodycz i smak czekolady średniej jakości. Był to moment, w którym pomarańcza zagłuszyła smak odtłuszczonego kakao. Chwilami było nawet smacznie, a chwilami temu kakao udawało się przebić swoim kwaskiem. Całe szczęście, że trochę wpisywało się to w pomarańczowy klimat.
Ogół jednak utrzymywał się w przystępnie palono-gorzkawym i nieprzesłodzonym tonie.

Skórka pomarańczy oczywiście napędzała pomarańczowy smak i smakowała skórką, której odebrano charakterek, a więc specyficzną goryczkę. Była to ewidentnie skórka, ale taka udelikatniona, dosłodzona, co mi się nie podobało. Wolałabym niekandyzowaną, ale ta kandyzowana słodycz chyba też po części zagłuszała odtłuszczone kakao. Najlepiej sprawdzało się więc rozgryzanie i wysysanie skórek w trakcie swobodnego rozpuszczania się reszty kostki.

Na koniec pozostawał posmak pomarańczy o słodkim wydźwięku, lekka ogólna gorzkawość i wyraźne, odtłuszczone kakao z suchawym efektem psujące wszystko.

Całość wyszła zadowalająco. Na pewno ogromnym plusem jest to, że dodano skórki pomarańczy, nie zaś "kawałki o smaku". Niestety, postawiono na kandyzowane. Strasznie ucieszyło mnie, że nie waliła sztucznym aromatem pomarańczowym, nie była przesłodzona, ani zbyt tłusta. Mogło być smacznie, gdyby nie to wychylające się raz po raz odtłuszczone kakao w proszku. Mimo to, gdybym na dzień dzisiejszy miała wybierać Wawel czy Lindt, wahałabym się (Wawel jest meh przez odtłuszczone kakao, ale Lindt z kolei przesadził z tłustością, słodyczą i nie jest ze skórką). Szczerze? Ponownie nie mam zamiaru kupić żadnej, ale... można powiedzieć, że Wawel to dobra czekolada, kiedy kogoś najdzie chcica na czekoladę z pomarańczą, a budżet ma ograniczony, którą jadłam przez kilka dni (nawet nie to, że "męczyłam ją", ale to nie coś, na co mam ochotę w większej ilości).


 ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 2,99 zł
kaloryczność: 515 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kandyzowana skórka pomarańczy 10% (skórka pomarańczy, cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; substancja konserwująca: sorbinian potasu; aromat), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromaty