Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vilgain. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vilgain. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 maja 2025

Vilgain Sprouted Almond Butter 100 % raw activated organic almonds

Przy Dobry Orzech Pasta z Orzechów Brazylijskich Czekolada-Cynamon przyszły mi do głowy rozwodnione migdały aktywowane. A to mi przypomniało o ostatnim posiadanym produkcie Vilgain, czyli kremie dziś przedstawianym. Ogólnie marka mi nie podeszła, jednak ich kremy 100% z orzechów wyróżniały się pozytywnie - bardzo mi smakowały Vilgain Hazelnut Butter 100 % i Vilgain Sprouted Cashew Butter 100 % raw activated organic cashews. Byłam więc dobrej myśli, gdy brałam się za dziś przedstawiany. Zrobiono go z migdałów Valencia z Hiszpanii, ponoć jednej z najlepszych i najsłodszych odmian na rynku.

Vilgain Sprouted Almond Butter 100 % raw activated organic almonds to krem 100% z nieprażonych, aktywowanych migdałów.

Po otwarciu poczułam prawie brak zapachu. Na dobrą sprawę dopiero po zlaniu oleju rozszedł się delikatny motyw migdałów, wzbogacony o... kwasek? Do głowy przyszła mi wegańska czekolada migdałowa z cytrusową nutą. Obok zaś znalazły się jakby... podszepty nerkowców i orzechowej maślaności?

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się spora ilość oleju. Zlałam prawie 4 łyżeczki, co nie było takie łatwe, bo część oleju mieszała się już z ruchomym wierzchem. W ogóle przypominało to bardziej olejo-wodę niż olej po prostu.
Reszty, mieszającej się z wierzchem, krem ani trochę nie potrzebował, bo był wręcz lejący i tłusty w oleisty sposób. Przemieszałam niezbyt dokładnie, by choć na dnie mieć nieco gęstszą konsystencję. Nawet jednak na dole gęstości nie uświadczyłam - no, może niecałe 0,5 cm od dna było gęste. Przy kontakcie z łyżeczką krem wydał mi się miękki i plastyczny. Silił się na zwięzłość, ale rzadkość mu na to nie pozwoliła.
Przy jedzeniu pasta pokazała się z zalepiająco-kleistej strony. Gęstniała, lecz i tak była rzadka, a do tego wykazywała niespotykaną gładkość. W swej gładkości kryła kremowość jakby rozpuszczonej mlecznej czekolady. To bardzo miękki, sosowaty wręcz... niekrem. W ustach wykazywało to też lekką wodnistość. Wysoka tłustość upodobniła to do tłustego, oleistego kleju w płynie. No, na dole było to nieco mniej lejące, ale nie jakoś szczególnie. Nie zostawiono w niej ani jednej drobinki. Na cały słoiczek trafiły mi się może dosłownie ze dwa punkciki, wyczuwalne na języku, ale niewymagające gryzienia.
Ze zdziwieniem odnotowałam, ze krem ściągał zęby.

W smaku najpierw rozeszła się maślaność. Maślaność jakby konwencjonalna, a dopiero zmieniająca się w bardziej orzechową. Trzymała się jej lekka wodnistość. Przez myśl przemknęły mi nerkowce, a po nich oleistość. Przygłuszyła je i dopiero wkroczyły delikatne, surowe migdały.

Jakby za migdałami przemknęła niedookreślona goryczka. Znikoma, ale wyczuwalna, po czym przeważnie (choć nie przy wszystkich zagarnięciach łyżeczką) zanikała.

Słodycz nieśmiało wzrosła. Pomyślałam o prawie niedopieczonych małych, okrągłych biszkoptach (te jednak zaraz wypadły z gry) i ciastowej masie na jasne muffiny - chyba na zasadzie kontrastu do goryczki. Takie muffiny, do których też oszczędzano na cukrze, a w dodatku przesadzono z olejem. Muffiny z ciemną mleczną wegańską czekoladą o wyczuwalnej goryczce? Zakalcowe, oleiste muffiny amerykańskie o drożdżowym charakterze... z makiem? Zaczęły zmieniać się w... makowca? Bardzo wyraźnie czułam drożdżowo-ciastowe części.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach ta drożdżowość i oleistość wydały mi się mdłe. Gdy tylko sformułowałam tę myśl, migdały nabrały siły. Makowiec okazał się zawierać sporo migdałów i musiał być oblany czekoladą. Słodkawe, neutralnie-maślane migdały podporządkowały się wizji makowca. Ich skórka przekładała się na lekką, chwilami złudnie czekoladową goryczkę. Chwilami zaś trochę nijaką. Do tego jak cień podążała za nimi lekka wodnistość.

Z czasem makowiec zmienił się w marcepan, mak zostawiając daleko w tyle. Mało słodki marcepan z odrobinką likieru amaretto, oblany goryczkowatą wegańską czekoladą zajął pierwszy i drugi plan. Marcepan zmieszał się z maślanością, końcowo wyciszając słodycz do neutralnego poziomu.

Po zjedzeniu został zaskakująco wyraźny posmak surowych migdałów, marcepanu i drożdżowego makowca z czekoladą i - rzecz jasna - migdałami.. Naturalnie słodkawymi, łagodnymi, choć ze skórkami. Czułam też oleistość i jakby motyw wody, mieszającej się z bardziej roślinnym echem. W głowie siedziała mi masa na oleiste muffiny i wege czekolada.

Krem najpierw niezbyt mi podszedł, ale potem jakoś się wciągnęłam, patrząc na niego jak na ciekawostkę. Lejąca konsystencja bardzo mi się nie podobała, tłustość oleju przeszkadzała, a także oleiście-wodnisty smak nie był najlepszy. Surowe migdały czuć, ale z całą gamą dziwnych akcentów. Drożdżowość, wegańskość, masa na niesłodko-słodkawe muffiny wyszły mocno tak sobie, ale już makowiec i marcepan były niezwykle intrygujące. To na nich starałam się skupiać podczas jedzenia. I cieszę się, że kwasek pojawił się tylko w zapachu (acz wystraszyć zdążył). W pierwszej chwili byłam gotowa wystawić 5-6, ale jak już się człowiek przyzwyczai do wodnistości i pogodzi z konsystencją, z makowca i marcepana naprawdę da się trochę cieszyć.


ocena: 7/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 39,90 zł (za 200 g)
kaloryczność: 634 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały

piątek, 25 października 2024

krem Vilgain Cheat Spread Choco Bar

Po Vilgain Sweet Nuts Coconut Almond pokręciłam tylko głową, zniesmaczona własną naiwnością. To, że po Vilgain Sprouted Cashew Butter 100 % raw activated organic cashews chciałam spróbować inny krem 100% z orzechów tej marki to zrozumiałe, ale dlaczegóż znowu wrąbałam się w smakowe? Pomyślałam, że nowym smakom warto dać szansę, bo na zdjęciach wyglądały na gęste i miały nie za dużo "w tym cukry", ale... no cóż, przekombinowałam, bo to wciąż za rzadkie, za słodkie kremy. Czekał mnie więc jeszcze jeden, zwyczajnie czekoladowy. A w zasadzie oddający smak tabliczki czekolady lub czekoladowego batona. Hm... Szkoda, że już po zakupie przypomniałam sobie, że laskowo-czekoladowy krem tej firmy już jadłam jako Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts. Zaczęłam się bać, że będą bardzo podobne.

Vilgain Cheat Spread Choco Bar to czekoladowy krem orzechowo-migdałowy z kawałkami orzechów laskowych, wzbogacony białkiem mleka.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu rozeszła się intensywna woń orzechów laskowych o słodkim charakterze. Błądziły od bardziej świeżych do prażonych raczej bez skórek i wchodzących w skład mlecznej czekolady (najlepiej w opakowaniu z okienkiem ze wspomnień z dzieciństwa) oraz słodkości typu Toffifee (recenzja realnych z 2018) z wyraźnie zaznaczającymi się, palono słodkimi karmelowymi łódeczkami. Słodycz ogółu była bardzo wysoka, choć i odrobinka kakaowej goryczki - czekoladowego krążka z Toffifee - się zaznaczyła.

Na wierzchu wydzieliło się niewiele oleju - robiłam, co mogłam, by zlać wszystko, czyli prawie 2 łyżeczki. Krem wcale tego nie potrzebował - był rzadki.
Ja przemieszałam tylko minimalnie, bo liczyłam, że chociaż na dole będzie nieco gęstszy i wolałam najpierw przemęczyć się z bardzo rzadkim, a potem... no, jak się okazało, mieć prawie kremowe, znacznie mniej lejące coś. Wciąż nie była to masa gęsta, ale dosłownie na dnie, przynajmniej nie była tak strasznie płynna.
Krem wyglądał na idealnie gładki bazowo, ale z dodanymi średniej wielkości kawałkami orzechów laskowych. Podczas mieszania okazało się, że ogólnie dodano ich całkiem sporo. Krem wydawał się lejąco-rzadki i nieco oleisty, ale z jakąś ukrytą kremowością. Z łyżeczki lał się szybko, w zasadzie chwilami w mig spływając sporymi zlepkami kawałków orzechów.
W trakcie jedzenia krem okazał się miękki i rzadki. Przez moment nawet jakby próbował przedstawić się jako lekko gęstniejący w kremowo-czekoladowy sposób, ale jednak nie. Kojarzył mi się z roztopioną czekoladą, którą rozrzedzono olejem oraz z tłustym, masywniejszym kisielem orzechowym (abstrakcyjne wyobrażenie). Mimo rzadkości, kleił się do podniebienia i chwilami przytykał. Rozpływał się w tempie szybkawo-umiarkowanym. Bazowo masa faktycznie była gładka, nieco oleiście-aksamitna. Z tym że na język wylegały z niej kawałki orzechów. Przyspieszały rozpuszczanie się masy.
Do kremu dodano ich sporą ilość. Kawałki orzechów laskowych ogólnie można określić jako średniej wielkości, mimo że zdarzały się też mniejsze i malutkie. W większości nie miały skórek - acz i ta na paru kawałkach raz po raz się trafiła.
Gryzłam je głównie dopiero, gdy wszystko zniknęło. Tylko nieliczne podgryzałam już w trakcie rozpływania się masy. Kawałki okazały się chrupiące, w większości delikatne i w porywach trochę skrzypiące. Niektóre udawały nieco stwardniałe świeże, inne były twardsze i ewidentnie prażone.

W smaku pierwsza rozbrzmiała intensywna słodycz przywodząca na myśl orzechy laskowe, wtłoczone w karmel... czekoladowy? Zaraz wyobraziłam sobie słodkości typu Toffifee, stworzone ze słodkich, palono karmelowych łódeczek oraz z krążkiem czekolady na wierzchu. Mimo wręcz zasładzającej słodyczy, po chwili kakao lekko się zaznaczyło.

Podkreśliła je prażona nutka. Oto orzechy laskowe przedarły się przez słodycz właśnie prażonym motywem. W tym ukryła się lekka wytrawność - nieśmiało, w tle odezwały się migdały i chyba goryczkowaty akcent skórek? Czekoladowość też uderzyła w wytrawniejszy ton, jednak na pewno nie zaserwowała gorzkości. 

Do słodyczy i słodko-kakaowo-karmelowego splotu wyraźnie dołączyło mleko. Na mlecznej fali słodycz jeszcze wzrosła i aż lekko zaznaczyła swoją obecność w gardle. Nie drapała, ale wyszła ryzykownie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach mleczność w harmonii złączyła się z czekoladowym wątkiem, obfitując w wizję mlecznej czekolady z całymi, słodkimi orzechami laskowymi. One dominowały, choć przesłodzona czekoladowość była tuż-tuż. Miało to klimat mlecznych tabliczek z okienkiem z dzieciństwa. Słodycz rosła aż niemożliwie.

Nagle jednak za migdałami, a więc naprawdę w oddali, odnotowałam lekką oleistość. Zwłaszcza, gdy zagarnęłam bez kawałków orzechów czy gdy zagarnął się malutki kawałek. Czekoladowa słodycz przegięła, będąc ewidentnie za mocną, lecz to jakoś tak... zmotywowało samą orzechowość do działania.

Wyłaniające się kawałki orzechów trochę rozganiały smakową słodycz - im kawałków więcej, tym bardziej. Nie stonowały sugestii drapania (ale jeszcze nie samego drapania) w gardle, ale przynajmniej umocniły smak orzechów laskowych. Te od bardziej prażonego przeszły w mniej prażone i w porywach jakby świeżawe. Smak rozchodził się już od kawałków niegryzionych i rozpędził trochę słodycz.

Kawałków nie warto gryźć wraz z kremem już wcześniej, bo wtedy ich smak był spłycony, zagłuszony.
Kawałki orzechów gryzione na koniec okazały się pełne smaku, mimo że przesłodzone, karmelowo-czekoladowe echo starało wciąż pobrzmiewało, napierając na nie. Przedstawiły się jako w większości lekko prażone i słodkie. Pojedyncze próbowały udawać świeżawe, ale raz po raz trafiał się kawałek przeprażony. W kawałkach orzechów zaplątała się goryczka - właśnie ta przeprażona, negatywna, ale na szczęście też przyjemniejsza, rozchodząca się od skórek. Na tę drugą trafiałam jednak rzadziej.

Po zjedzeniu został mocny posmak orzechów laskowych na pewno słodkich naturalnie, raczej prażonych, w których zaplątała się goryczka, podkręcona szlachetnie-wytrawniejszą, ale niedookreśloną orzechowością (migdałów?). Obok stała czekolada z lekko gorzkawo-karmelowym profilem, ale wymieszana z mlekiem i ogromem słodyczy, która lekko zaznaczyła się w gardle. Wydawała się trochę karmelowa i bardzo, bardzo słodka.

Krem zasmucił mnie głównie konsystencją. Był mało kremowy, a bardzo lejący i oleisty, rzadki. Liczyłam na gęstszą bazę jak Vilgain Sprouted Cashew Butter 100 % raw activated organic cashews, a znowu wkopałam się w rzadziznę. Kawałki orzechów pomogły odciągając uwagę od oleistości, ale taki rzadki zlep kawałków to nie mój typ i niestety nie wszystkie były zachwycające. Na szczęście smak wyszedł już lepiej - krem za sam smak, gdyby był gęstszy mógł by dostać 7. Nie zasładzał jak wiele kremów tej marki, mimo że był słodki. Orzechy laskowe o naturalnie słodkim smaku dominowały, a całość kojarzyła się z kakaowym karmelem, Toffifee i mleczną czekoladą z orzechami laskowymi. Migdały chyba trochę stonowały słodycz - dobre posunięcie! Zjadłam, bo zjadłam, bo kupiłam, ale mimo że wyszedł nieźle, zakupu żałuję. W tej cenie można znaleźć wiele smaczniejszych kremów o konsystencji kremu.

Nie tak intensywny cukier oraz to, że mleko w dzisiaj przedstawianym też trochę słodycz zaabsorbowało i kawałki orzechów wiele dały, że po prostu musiałam ocenić go lepiej niż krem Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts. A jednak no... na 7 wciąż nie zasłużył.


ocena: 6,5/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 37,90 zł (za 200 g)
kaloryczność: 608 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe, migdały, cukier trzcinowy, białko mleka 9%, kawałki orzechów laskowych, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 4%, masło kakaowe*, sól himalajska

sobota, 28 września 2024

krem Vilgain Sweet Nuts Coconut Almond

Po kremie Vilgain Sprouted Cashew Butter 100 % raw activated organic cashews jakoś przychylniejszym okiem spojrzałam na Vilgain i weszłam na ich stronę by sprawdzić, czy nie mają innych kremów 100%, których jeszcze nie jadłam. Znalazłam migdałowy, a żeby nie zamawiać tylko jednego słoiczka, sprawdziłam, co jeszcze się pojawiło. Ostrożnie wybrałam ten, patrząc na jeszcze przystępną jak dla mnie zawartość cukru i ze trzy razy sprawdzając, czy na pewno zamawiam właśnie wariant Coconut Almond, a nie Almond White Chocolate Coconut. Trochę mnie zdziwiło, że to właśnie mój dali do linii Sweet Nuts, bo "w tym cukru" zawirał tylko 12g, podczas gdy Almond White Chocolate Ccoconut z linii proteinowej Cheat Nuts miał 17g.

Vilgain Sweet Nuts Coconut Almond to migdałowo-kokosowy krem z prażonych blanszowanych migdałów i rozdrobnionego kokosa z dodatkiem orzechów nerkowca i mleka kokosowego.

Po otwarciu poczułam bardzo, bardzo słodki zapach kokosa. Czy może raczej: kokosika. Dominował nad słodkimi, maślanymi nerkowcami oraz nutą biszkoptów i wafelków migdałowych. Akcent migdałów wpisał się w wysoką słodycz. Przywodziło to na myśl pralinki typu Raffaello (recenzja z 2020), może nawet z nutą białej czekolady, ale w wersji bardzo naturalnej, nie ciężkiej. 

Po odkręceniu trochę się zdziwiłam, jako że trafiłam na złudnie podeschnięty wierzch i zero oleju. Wystarczyło jednak lekkie dotknięcie łyżeczką, by okazało się, że na wierzchu utworzyła się bardziej stała, cieniuteńka i delikatna warstewka "kożuch", z łatwością mieszająca się z resztą. Ogół był wręcz lejący, rzadki. Widać w nim sporo małych kawałków wiórków.
W trakcie jedzenia potwierdziła się rzadkość kremu. Chwilowo jakby próbował minimalnie zgęstnieć, ale wciąż był rzadki. Brakowało mu... kremowości. Mimo to, trochę zalepiał. Choć nie był syty, sprawiał wrażenie lepko-przytykającego. Nie trwało to jednak długo, bo rozpływał się dość szybko. Raczył wtedy tłustością mleczka kokosowego i oleju. W dodatku wydał mi się końcowo wodnisty. 
Konsystencję urozmaiciła średnia ilość podrobionych wiórków kokosowych. Nie były zbyt wymagające. Zostawiałam je zawsze już na koniec. Gryzione okazały się krucho-chrupiące i twardawe.

W smaku od początku czułam wysoką słodycz mlecznego kremu. Wiórki kokosowe zaznaczyły swoją obecność, ale przodem puściły mleczność. Pomyślałam o mleku z tubki, mleku słodzonym skondensowanym i do potęgi mlecznym, kokosowym toffi. Słodycz rosła szybko i bez żadnych oporów.

Mleczność nie pozostała w tyle, acz nieco zmieniła wydźwięk, łącząc jakby konwencjonalną z kokosową. Wyraźnie poczułam mleczko kokosowe, które wprowadziło wyraźniejszą kokosowość. Ta zaczęła dominować. Kokos wraz ze słodyczą ułożył się w wizję kremu z pralinek typu Raffaello.

Dobiegła maślana nuta, która umocniła myśl o kremie prosto z takich słodkości. Należała do nerkowców i migdałów, które mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach na pewien czas stały się bazą. Wyszły nawet przed kokosa, jednak po chwili trochę się cofnęły i stanęły obok niego.

Maślane nerkowce nakręcały się nawzajem z jeszcze słodszymi migdałami blanszowanymi. One wtłoczyły wafelkowe echo, pieczoną mgiełkę. To już w ogóle przypieczętowało wizję waflowych kulek wypełnionych kremem i obsypanych wiórkami. Wiórki bowiem też się zaznaczyły. Te nuty próbowały trochę łagodzić słodycz, acz szło im kiepsko.

Słodycz bowiem nie przestawała rosnąć, z czasem aż chwilami trochę drapiąc. Do głowy przyszły mi kokosowo-migdałowe biszkopty, ale pralinki typu Raffaello zajmowały jednak pozycję nadrzędną. Do tego, oprócz całej tej wszechmocnej słodyczy, jakby obok poczułam specyficzną mdławość mleczka kokosowego.

Gryzione wiórki pochwaliły się wyrazistym smakiem. Były naturalnie słodkie i jakby leciutko podprażone. Idealnie zwieńczyły wizję pralinek kokosowych, kryjąc ten bardziej mdławy element.

Po zjedzeniu został posmak mleczka kokosowego, wraz z jego specyficzną tłustością oraz złudny motyw zwykłego mleka. Za tym stanęły naturalnie słodkie, delikatne migdały i nerkowce o maślanym charakterze, podtrzymujące wizję kremu z kokosowych pralinek. 

Na pewno nie podobała mi się taka rzadkość kremu i lejąca konsystencja. Dobrze, że choć kawałki wiórków się pojawiły. Mimo że krem miał tylko 12g "w tym cukry", wyszedł zdecydowanie za słodko, aż drapiąco. Przy tym połączeniu naturalnie słodkich składników, nie musieli tego aż tak słodzić... Kokos, blanszowane migdały i nerkowce same z siebie szły w kierunku pralinek kokosowych typu Raffaello. Leciutko prażona nutka przełożyła się na wafelkowo-biszkoptowy akcent i przebłysk kokosowego toffi. Mleczność wydawała się w dużej mierze konwencjonalna, przypominała mleko z tubki, ale i tę kokosową wyraźnie czuć. Niestety wraz z jego specyficzną tłustością. To bardzo mleczny, i bardzo kokosowy krem. Czuć w nim wszystkie składniki, nic niczego nie zagłuszyło, a to się chwali, jednak brakowało mu tego czegoś. Tym bardziej boli więc tak zmarnowany potencjał.


ocena: 6/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 34,90 zł (za 200 g)
kaloryczność: 648 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tarty kokos 36%, blanszowane prażone migdały 35%, mleko kokosowe w proszku, prażone orzechy nerkowca 10%, cukier trzcinowy

wtorek, 10 września 2024

krem Vilgain Sprouted Cashew Butter 100 % raw activated organic cashews

Na koniec przygody Vilgain zostawiłam krem orzechowy, po którym nie spodziewałam się niemiłych niespodzianek. Albo inaczej - żyję w przekonaniu, że nie da się tak zepsuć kremu 100% z orzechów nerkowca nieprażonych, by miało to być nie do zjedzenia. Nieprażone orzechy bowiem kocham. Co do zaś aktywowanych... hm, wydaje mi się to jakąś dziwną, nową modą. Latami orzechy świetnie się miały nieaktywowane i żadnych dziwnych zabiegów nie potrzebowały. Ponoć jednak moczenie ich w wodzie sprawia, że wartości odżywcze są lepiej przyswajane. Czytałam jednak też, że o ile w przypadku roślin strączkowych faktycznie dobrze jest je moczyć, tak z orzechami niekoniecznie. Ze strony Vilgain doczytałam jeszcze, że ponoć tak przetworzone orzechy "mają super kremową konsystencję", a do tego "są słodsze i mniej gorzkie niż zwykłe orzechy nerkowca".

Vilgain Sprouted Cashew Butter 100 % raw activated organic cashews to krem 100% z nieprażonych, aktywowanych orzechów nerkowca.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam średnio intensywny zapach surowych, naturalnie słodkawych orzechów nerkowca. Czułam się, jakbym wąchała nie tyle krem, co właśnie same orzechy, obok których zaznaczyła się jakby świeżo-roślinna nutka. Do głowy przyszła mi rosa oraz chłodne mleko nerkowcowe. Wszystko to jednak dopiero daleko w tle za samymi orzechami. W trakcie jedzenia nic się nie zmieniło.

Zdziwiłam się, że na wierzchu olej prawie się nie wydzielił - zlałam niecałą łyżeczkę. 
Od razu widać, że pasta jej nie potrzebowała, bo była miękka, tłusto-wilgotna i ciągnąca. Przy mieszaniu na jaw wyszedł zwięzły charakter tego ciągnięcia się, a także kleistość. Gdy wyjmowałam łyżeczkę ze słoika ciągnął się i w końcu urywał, a potem długo zabawnie stał (?), co doskonale widać na jednym ze zdjęć. Mimo to całość była nie za gęsta. Od razu widać też, że to idealnie gładki krem.
W trakcie jedzenia potwierdziła się i kleistość, i idealna, wręcz dziwnie nierealistyczna gładkość. Krem zalepiał usta na dość długo, ogólnie rozpływając się raczej długawo. Choć w pierwszej chwili nie wydawał się zbyt gęsty, jakby trochę gęstniał. Przypominał oleisty klej, jednak mimo oleistej tłustości, nie brakowało mu masywności i sytości. Krem dał się poznać jako miękki, a do głowy przyszły mi słowa "kleiście-kremowy aksamit".
Na cały słoiczek trafiły się dosłownie 3-4 mięciutkie drobinki.

W smaku pierwsza uderzyła przeogromna słodycz o uroczym charakterze. Pomyślałam o słodziutkim, wegańskim serniku zrobionym z orzechów nerkowca, tzw. nerniku. Słodycz rozeszła się błyskawicznie i jeszcze trochę rosła. Zarysowała wizję nerkowcowego sernika z białą czekoladą.

Obok niej zarysowała się wizja po prostu orzechów nerkowca. Zupełnie jakbym jadła surowe orzechy, a nie krem z nich. Były naturalnie słodkawe, charakterne. Jakby tak ten nerkowcowy sernik posypano orzechami oraz dodano trochę do środka.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji odnotowałam echo wody, rześkość... Na myśl przyszło mi roślinne mleko - a jak, mleko nerkowcowe, ale też orzechy zawilgocone - właśnie w jakimś serniku czy deserze. O dziwo ta wodnistość jakby jeszcze bardziej podbiła nerkowcowy smak, sama będąc trochę obok.

Z czasem choć wciąż było słodko, orzechy nerkowca przedstawiły się ze strony... już nie tak urokliwej, a charakterniejszej. Czuć ich surowość i echo oleistości, która wpisała orzechy jednak w kremowe realia.

Bliżej końca słodycz jeszcze na sekundę czy dwie podskoczyła, przypominając o uroczym nerniku z nutą białej czekolady, ale jakby obok nerkowców właśnie charakterniejszych.

Po zjedzeniu został posmak surowych nerkowców z echem orzechowego oleju. Ten jakby trochę stonował słodycz. I tak orzechowość była jednak wyrazista - orzechy nic sobie nie robiły z oleistości. Pokazały pazurki.

Krem bardzo mi smakował. Nutka wody czy oleju, która się raz po raz zaplątała do kompozycji, nie zagłuszała, a wręcz jakby podkręciła smak nerkowców. Te wyszły częściowo słodziutko niczym nerkowcowy sernik z białą czekoladą, a częściowo jak orzechy po prostu, nie krem z nich. To było ciekawe. Podobało mi się, jak wyraźnie czuć surowość. Niestety jednak tak aż nierealistycznie gładka struktura nie do końca do mnie przemówiła. Biorąc pod uwagę to, jak również wysoką cenę, do zakochania trochę zabrakło.
Wyszedł o wiele lepiej od My Raw Joy Cashew Spread Raw Activated Cashew Cream z bardziej wodnistą nutą, ale także od Foods by Ann Cashew Spread, chylącego się w stronę plastikowo-pieczoną.


ocena: 9/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 37,90 zł (za 200 g)
kaloryczność: 606 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy nerkowca

środa, 3 lipca 2024

Vilgain 80 % Dark Chocolate Venezuela Criollo Merida ciemna z Wenezueli

Zamawiając kremy Vilgain sprawdziłam, czy nie mają przypadkiem jakiejś ciekawej czekolady, bo na stronie widziałam całe mnóstwo kategorii spożywczych. Okazało się, że także czekolada w ofercie jest, więc bardzo się ucieszyłam. Od razu pomyślałam, że pewnie to ją dodają do kremów, albo przynajmniej podobną, i fajnie będzie takie rozeznanie zrobić, jak smakuje sama w sobie. Niestety, po przejedzeniu większości kupionych kremów, zaczęłam wątpić, czy czekolada ta będzie szczególnie smaczna. Trochę odczekałam po za słodkich, za rzadkich kremach, które okazały się niezbyt w moim guście, i wzięłam się za czekoladę. Może i bez uprzedzeń, ale niestety też bez większych nadziei.

Vilgain 80 % Dark Chocolate Venezuela Criollo Merida to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao z Wenezueli, z regionu miasta Merida. 

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach kwaskawych nibsów kakaowych, mieszających się z jeszcze kwaśniejszymi czerwonymi porzeczkami. Te lekko zahaczały o wino wytrawne. Ich splot wyszedł soczyście, ale i ciężkawo. Za nimi pojawiły się drzewa oraz wilgotny, ciemny i mroźny las. Wyobraziłam sobie oszronione drzewa, wilgotną glebę, na której tworzy się lód. Mieszał się z tym akcent kwiatów oraz karmelu zespolonych w jedno. Był to karmel mocno palony, za którym kryła się melasa i maślana nutka - nie jednak maślany karmel! Przywiodła na myśl zbyt mocno maślany krem kakaowy.

Tabliczka wydała mi się trochę tłusto-oleista w dotyku. Wyglądała na polewową, ale była zwyczajnie twarda i normalnie, jak to ciemna, głośno trzaskająca przy łamaniu.
W ustach rozpływała się umiarkowanie szybko - najpierw raczej powoli, z czasem przyspieszała, minimalnie oleiście. Była gęstawa i lepko-mazista. Niby dość długo zachowywała kształt, ale okazała się bardzo plastyczna. W pierwszej chwili jawiła się jako gładka, potem bardziej gładko-aksamitna, a końcowo lekko ściągająca po tym, jak zniknęła oleiście-wodniście.

W smaku przywitała mnie niby ziemia i kakaowe nibsy, ale niemal natychmiast rozeszła się nad nimi, niczym parasol, wyraźna słodycz karmelu. Był mocno palony i wyrazisty, ale też dziwnie rześki.

Karmelowi towarzyszyły kwiaty. Sam karmel chwilami wydawał się aż przypalony. Przechodził w melasę, która miała imperatywne zapędy i jakby podchodziła raz po raz pod wszystkie inne nuty.

W tym czasie gorzkość ruszyła z rozwijaniem i nasilaniem się. Była intensywna, ale się nie rządziła i suma summarum wyszła raczej spokojnie. Nibsy kakao wyprzedziły ziemię. Dały się poznać jako cierpko-soczyste. Szybko wypłynęło z nich wino z czerwonych porzeczek. Nieśmiały kwasek czerwonego wytrawnego wina porzeczkowego mieszał się z kwaskiem ewidentnie bardziej kakaowym.

Kwiatowa słodycz mieszała się z ziemią, przechodząc w wilgotny las. Nie brakowało w nim kwasku, więc wyobraziłam sobie las z przewagą drzew iglastych. W wyobraźni widziałam pojedyncze, nieco przedwcześnie kwitnące kwiaty i lód pojawiający się na co bardziej podmokłych partiach ziemi. To było niczym wczesnowiosenne przymrozki. Chłodek i rześkość napędzała słodycz.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa uwaga leciała, czy tego chciałam czy nie, ku słodyczy. Miała skłonności do rządzenia się i choć w zasadzie nie wyszła przed intensywną gorzkość, to jednak wydała mi się zbyt imperatywna. Czułam melasę i rześkość - ewidentnie cukier kokosowy.

Z czasem nibsy znów zagrały nieco mocniej. Pomyślałam o górskim lesie - o drzewach, ale też skalistych zboczach. Przybył deszcz - w gorzkości pojawiła się nieco rześko-chłodna, wodnista nuta.

Nuta nibsów upuściła jeszcze trochę cierpkiej soczystości. Wino porzeczkowe zmieniło się w czerwone porzeczki. Do nich dołączył akcent bardziej egzotyczny - do głowy przyszła mi średnio dojrzała, cierpkawo-słodka karambola. Do tego w oddali przemykało coś cytrusowo-egzotycznego, ale ledwo uchwytnego, bo jednak słodycz próbowała wiele z nut jakby przyciszyć, przymrozić. Ogólnie kwaśność w kompozycji była znikoma.

Do gorzkości zakradła się lekka maślaność. Znowu pomyślałam o kremie kakaowym, acz bardziej kakaowo-kokosowym, ale też o... nieco przypalonej kokosowo-karmelowej tarcie i/lub mazurku kokosowym? Z polewą maślano-kakaową? Gorzkość podebrała sobie od słodyczy rześkość, a ja wyobraziłam sobie dziwny, karmelowy dym, który unosi się znad palonego kokosa i rozchodzi się w chłodnym powietrzu.

Po zjedzeniu został posmak porzeczkowo-egzotycznie cierpki, ale też ziemiście-nibsowy. W nibsach też była i cierpkość, i soczystość. Wszystko to wręcz przytłumiły rześkie kwiaty, karmel i melasa. Cukier kokosowy wylazł bowiem w posmaku bardzo wyraźnie. Ściągnięcie wiązało się z cierpkimi nutami.

Czekolada była smaczna, ale mam do niej jedno wielkie zastrzeżenie - przy tak prostym smaku i dosłownie paru nutach, o wiele lepiej by się sprawdził mniej imperatywny cukier trzcinowy, a nie kokosowy. Jego rześka karmelowość, wręcz melasa chwilami miały o wiele za dużo do powiedzenia, odciągając uwagę od smacznego splotu ziemi, nibsów, górskiego lasu iglastego oraz wina z czerwonych porzeczek, przechodzącego w porzeczki, do którym dołączyła karambola. Gorzkość była wyraźna, acz nie siekierowa, a kwasku prawie nie czuć.


ocena: 7/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 22,90 zł (za 85g)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier kokosowy

sobota, 13 kwietnia 2024

krem Vilgain Sweet Nuts Chocolate Coconut Pecan

Na ten krem zdecydowałam się w ostatniej chwili przed opłaceniem - jak mi się wydawało - gotowego już zamówienia. Wtedy pomyślałam, że mam ogromne szczęście, iż go dostrzegłam. Ciekawiło mnie, jak wyjdą pekany w kremie, acz po Maslove Pekan 100 % Zmielony Pieczony raczej nie chciałam kupować kremu tylko z pekanów (i Vilgain takiego nie ma). Gdy jednak parę kremów tej marki już przejadłam, przestał wydawać mi się tak atrakcyjny. Obstawiałam, że będzie bardzo podobny do Vilgain Cheat Spread Chocolate Cinnamon, który mnie nie zachwycił. Po cichu liczyłam, że nie będzie tak rzadki i mlecznoczekoladowy, że pójdzie w kierunku gęstszego Vilgain Sweet Nuts Coconut Chocolate. I cóż... nie wiedziałam, czego się spodziewać po słodyczy i czekoladowości. W sumie nie wyglądało, że będzie bardzo słodki - miał 13g "w tym cukry" na 100g. Ale kto ich tam wie... Krótko przed otwarciem go pomyślałam, że gdybym znała smak podlinkowanych przed zakupem, z tego już bym zrezygnowała, ech. Smutno mi się zrobiło, że ucieszyłam się, że to już ostatni smakowy krem tej marki, która wyglądała tak obiecująco... No, ale może wtedy ominęło by mnie coś dobrego? Sama siebie próbowałam na różne sposoby pocieszać, bo miałam mieszane uczucia.

Vilgain Sweet Nuts Chocolate Coconut Pecan to ciemno czekoladowy krem migdałowy z prażonych na sucho migdałów z orzechami pekan i rozdrobnionym kokosem.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam intensywny zapach, w którym nieco dominował słodki kokos. "Nieco", bo migdały były tuż za nim. Wydawały się tak słodkie, jakby były w miodzie. Pojawił się też maślany wątek, kojarzący się z migdałowo-miodowym nugatem, a także czekolada. Próbowała dołączyć do kokosa i migdałów na pierwszym planie, ale nie udawało się jej. Została w tyle jako ocierająca się o plastik czekoladka z nadzieniem "masło orzechowe" z lekko prażonych migdałów (niczym wyidealizowana migdałowa wersja Reese's?). 

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju - zlałam około 4,5 łyżeczki, a trochę (chyba mniej niż 0,5 łyżeczki) wymieszałam, bo ruchomy wierzch był pełen dodatków i nie dało się zlać wszystkiego idealnie. Jak się szybko okazało, krem nie potrzebował w zasadzie nawet tej małej ilości, bo był dość rzadki i tłusty. 
Masie blisko do stanu półpłynnego, była ruchoma i kojarzyła się z tłustym zlepkiem mnóstwa dodatków. W zasadzie chwilami miałam wrażenie, że ona opiera się na kawałkach pekanów i wiórkach kokosa, a gładszy krem migdałowy stanowił tylko spoiwo. Na oko wyglądał właśnie gładko, żadnego miazgowego efektu, a tylko widoczne kropeczki (skórek migdałów? może też kakao).
Krem był ciągnący, miejscami mniej rzadki, ale gęstym za nic go nazwać nie mogę.
W trakcie jedzenia dał się poznać jako właśnie miękki i tłusty w oleisty sposób. Rozpływał się w umiarkowanie-szybkawym tempie, minimalnie zaklejając usta. Łatwo rzedł. Choć nie był zupełnie lejący, ale brak mu konkretu i masywności, a nawet kremowości. W sensie... samemu, gładkiemu kremowi-bazie. I też nie do końca gładkiemu, bo szybko okazał się jakby chropowaty, bardzo proszkowy. Ta "baza" - czy raczej spoiwo - zlepiała całe mnóstwo kawałków różnej wielkości.
Kawałki to orzechy pekan i kokos. Jedne i drugie wystąpiły pod postacią wielkich kawałów, kawałków średnich i bardziej przemielonych, malutkich. Kokos to nie tylko wiórki, ale też wióro-kawały, naprawdę gigantyczne słupki. Orzechy pekan były częściowo z delikatnymi skórkami.
Dodatki dodały chrupkości - gryzłam je, gdy krem się już rozpuścił. Orzechy wyszły tłusto-miękko świeżo (obstawiam, że jeśli je podprażyli, to minimalnie), były delikatne. Kokos okazał się twardszy, chrupko-prażony, a końcowo też trzeszcząco-skrzypiący. Zęby cały czas miały co robić - to pasta do gryzienia, co po dłuższym czasie zaczynało trochę męczyć.
Nie przemawia do mnie konwencja kremu do gryzienia, ani taka rzadkawo-oleista baza-spoiwo, która końcowo aż otłuszcza usta.

W smaku najpierw rozchodziła się wyrazista słodycz, kojarząca się z miodem i karmelem z miodu, do której prędko dołączyła naturalna słodycz kokosa. Słodycz wydała mi się wręcz przenikliwa, nieco piekąca w język jak jakiś pikantniejszy miód.

Kokos szybko umocnił swój udział. Pomyślałam o słodziutkiej miazdze kokosowej, kokosowym kremie z jakiś wyidealizowanych pralinek i wiórkach, które dopuszczają do głosu czekoladę. W harmonii splotła się z kokosem poprzez słodycz. Ta rosła nieustannie. Czekolada w zasadzie cały czas była niedookreślona, łagodna, maślana... Kokos podpowiadał mleczność, chwilami aż zaskakująco mocną.

Prażona nuta migdałów trzymała się tyłów przez pewien czas. Była spokojna, ale i ona powoli zaczęła wkraczać na pierwszy plan. Zrównała się z kokosem, także idąc w słodkim kierunku. Pomyślałam o prażonych i karmelizowanych w miodzie migdałach. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach zrobiło się za słodko, mimo że raz po raz przewinęła się też lekka goryczka, gorzkawość.

Od wyłaniających się pekanów rozchodził się ich subtelny smaczek, ale nie czuć ich tak ewidentnie, raczej podkreślały ogólną migdałowo-orzechowość. Migdały zwróciły się w nieco wytrawniejszym kierunku, acz zwolniły i zostały za kokosem, bardziej mieszając się z czekoladą. Ta jednak niebezpiecznie zmierzała w plastikowym kierunku. Do głowy przyszły mi czekoladki "babeczki z masłem orzechowym" - tylko że zrobionym z migdałów. Migdały obudziły w czekoladzie lekko gorzkawy akcent. Nie gorzkość, ale charakter, który też trochę pomógł złagodzić słodycz. Gdy udało mi się raz czy drugi zagarnąć prawie samą masę, bez chrupaczy, odnotowałam echo oleju kokosowego.

Smak kokosa, który odchodził od jego kawałków też był słodki, ale nieco inaczej. Trochę rozbijał przesłodzony smak całości, ale... nie tonował słodyczy.

Pekany i kokos w większości stały bowiem obok zasłodzenia, jakie fundowała masa. Nie okiełznały jej - chyba nawet przeciwnie. Przy nich jej słodycz chwilami wydawała się wręcz przenikliwa.

Końcowo krem wydawał się aż muląco-czekoladowo słodki, trochę karmelowo-miodowy, ale wyraźnie migdałowo-kokosowy. Gryzione dodatki niby były przedłużeniem tego, ale... trochę zerowały słodycz.

Pekany podczas gryzienia okazały się dość podobne gdy chodzi o charakter do migdałowej bazy - naturalnie bardzo słodkie. Do tego wręcz świeżo - jeśli były prażone, to minimalnie. Wydały mi się maślano-gorzkawe, neutralne w obliczu słodkiej masy. Gorzkawe to w sumie tylko pojedyncze większe kawałki ze skórką.
Z chrupaczy, gdy ich mieszanina została na koniec, dominował kokos. Ilościowo i pod względem charakteru, wyrazistości smaku.
Gryziony kokos smakował słodko wiórkowo, co podkreśliło lekkie podprażenie. On także tonował słodycz, jaką zostawił słodki krem.

Po zjedzeniu został posmak bardzo, bardzo słodki, wręcz zamulenie, mimo że w zasadzie najwyraźniej czułam tylko co pogryzione pekany i kokosa. Czułam przesłodzoną czekoladę o karmelowo-plastikowym charakterze, liche echo goryczki - splot kakao i migdałów, może pekanów. Pobrzmiewał w niej też olej kokosowy. Migdały jako one same złączyły się z kokosem w słodkim wirze, kojarząc się z kremem, nugatem, nadzieniem jakiś słodkości. Wiórkowo-pekanowy, neutralniejszy wątek też się pojawił, acz stał jakby obok przesłodzenia.

Krem mnie nie usatysfakcjonował ani w smaku, ani pod względem konsystencji. Był rzadkim zlepkiem mnóstwa kawałków, co uczyniło go czymś do ciągłego gryzienia, gryzienia i jeszcze raz gryzienia, że aż wyszedł mało kremowo. Był tłusty w oleisty sposób i brakowało mu kremowości (ale przynajmniej nie kojarzył się z orzechowym kisielem, jak inne Vilgain). Kawałki były zacne, ale wolałabym ich mniej w gęstszej bazie. W smaku kawałkom do zarzucenia nie mam absolutnie nic. Bazie-kremowi natomiast owszem. Był za słodki w mulący, nachalny sposób. Karmelowo-miodowe nuty czekoladę przesłodziły i poszła we wręcz plastikowym kierunku (a liczyłam na ciemną i gorzkawą). Migdałowo-kokosowy splot podobał mi się bardzo, był wyważony i zacny, tylko że właśnie za bardzo dosłodzony (może też to kwestia tego, że zdecydowali się na zbyt wyrazisty w smaku cukier?), a szkoda. Potencjał więc w kremie był, ale niestety bardzo ukryty.
Wady podobne co Vilgain Sweet Nuts Coconut Chocolate, ale jeszcze bardziej "zlepowo-dogryzienia". Wspomniany ogólnie był nieco bardziej zgrany (i słodki w mniej nachalny sposób - podlinkowany posłodzono cukrem trzcinowym, nie kokosowym, więc może w tym tkwi "clue"?), kremowy i bardziej do mnie przemówił. Samą masę dzisiaj przedstawianego produktu bardzo przesłodzono - wszak spory procent składu to dodatki będące jakby obok smaku, jaki fundowała.


ocena: 6/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 34,90 zł (za 200 g)
kaloryczność: 657 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone migdały, orzechy pekan 30%, rozdrobniony kokos 27%, cukier kokosowy, miazga kakaowa

czwartek, 21 marca 2024

krem Vilgain Cheat Spread Chocolate & Cinnamon

Zamawiając ten krem skupiłam się na kuszącym połączeniu smakowym czekolady i cynamonu, ale także smakowicie zapowiadającym się orzechowym trio: laskowców, pekanów i nerkowców. Choć widziałam, że w składzie jest też "jakiś koncentrat białka serwatkowego", nieszczególnie mnie to obeszło. Gdy jednak już trochę markę poznałam, dosłownie wszystko zaczynało budzić małe wątpliwości. Opis na stronie: "w 100% naturalne masło orzechowe z grass-fed białkiem" akurat mnie pozytywnie nie nastawiał. Miałam nadzieję, że skupiając się na "grass-fedowym białku", nie umknęło im, że krem ma smakować. A bałam się już trochę, jak on smakować będzie, bo Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts był bardzo słodki. Co prawda dziś przedstawiany zawierał "w tym cukry" znacznie mniej i bliżej mu tym samym było do Sweet Nuts Coconut Chocolate, ale i tak się trochę obawiałam. Liczyłam, że przez swoją proteinowość, nie będzie rzadki jak wspomniany już Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts.

Vilgain Cheat Spread Chocolate & Cinnamon to czekoladowy krem z orzechów laskowych i nerkowca z kawałkami orzechów pekan, cynamonem i białkiem serwatkowym.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam zapach maślano-cynamonowych ciastek o wysokiej, karmelowej słodyczy bez wątpienia oblanych czekoladą. Obok ciastek rozchodziła się naturalnie słodka, lekko prażona nuta orzechów laskowych. Stanowiły bazę kompozycji. Czekolada przejawiała słodycz niemal cukrową, też trochę karmelową, a także głęboką mleczność. Wiązała się z maślanością nerkowcowego pochodzenia. Zaznaczyły się one w tle. Wszystko to przeplotło prażenie, zapewniając harmonię. W oddali w pierwszych chwilach odnotowałam jeszcze sugestię soli, lecz po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia ten akcent ukrył się zupełnie. Wtedy za to umocnił się cynamon.

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju - zlałam, ile się dało, czyli jakieś 2 łyżeczki. A nie było to takie łatwe, bo masa zwłaszcza na wierzchu była wręcz płynna, bardzo ruchoma i rzadkawa.
Resztę przemieszałam średnio dokładnie. Krem okazał się miękko-ciągnący i lejący, acz wydawał się jakby.... Nieco zagęszczono-zglutowiały. Wyglądał na bazowo gładki i nieco kisielowaty. Bazowo, bo rzadka masa zlepiała sporo pokaźnych kawałków orzechów pekan.
W trakcie jedzenia masa dała się poznać jako miękka i jedynie półpłynna. Nie wydawała się już tak bardzo rzadka, jako że w ustach jakby nieco gęstniała. Do gęstości jej jednak i tak daleko. Zaklejała usta zupełnie. Rozpływała się w tempie umiarkowanym, wykazując tłustość, która połączyła w sobie dużo oleistości i trochę maślaności. Nie było to zbyt syte, a jakby nieco rozrzedzone, lecz mimo to wyszło przytykająco. Do głowy przyszła mi myśl o orzechowym kisielu. Bazowo krem był niemal idealnie gładki, acz pełen kawałków orzechów. Te podgryzałam w trakcie rozpływania się kremu, ale w większości zostawiałam na koniec, gdy wszystko już zniknęło.
Kawałki orzechów to tylko orzechy pekan, w większości ze skórkami. Wszystkie były lekko pochrupujące i świeżo soczyście-miękkawe (nie zaś rozmiękłe). Tylko kilka trafiło się bardziej krucho-twardszych. To były kawałki średniej wielkości, niewiele malutkich i dosłownie parę większych - ćwiartek.

W smaku pierwsza dała o sobie znać czekolada o wysokiej, karmelowej słodyczy. Zbudowała ciepły klimat, w którym subtelnie zaznaczył się też cynamon.

Szybko dołączyła do niej maślaność nerkowców. Czuć je, acz przywiodły na myśl raczej maślane ciastka karmelowe, może już w tym momencie lekko korzenne i na pewno oblane czekoladą mleczną. Maślaność i łagodność nerkowców właśnie mleczny wątek wprowadziły. Po chwili umocnił się, za sprawą przesłodzonej, może lekko cukrowej, ale też wręcz uroczej czekolady mlecznej.

Orzechy laskowe pojawiły się chwilę później. Może i już szybciej zdradzały swoją obecność, ale po paru chwilach wystąpiły jako baza kompozycji i zajęły pierwszy plan. Wpisały się w ciepło z racji tego, że okazały się lekko prażone. Także od nich rozchodziła się słodycz - w pełni naturalna.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach cynamon odważnie, z pełną siłą dołączył do orzechów laskowych. Razem rozgościły się na pierwszym planie, na który wkradała się też mleczna czekolada. Przez moment myśl o maślano-korzennych, już mocno cynamonowych ciastkach z czekoladą trwała jeszcze, ale zaczęła się zmieniać w wizję mlecznej tabliczki czekolady z całymi, pełnymi smaku orzechami laskowymi.

Cynamon ją doprawił, do ciepła dodając lekką pikanterię, przypiekając nieco w język. Rozgrzewała wraz z wysoką, karmelowo-cukrową słodyczą, drapiąc trochę w gardle. Wychwyciłam przy karmelowej nucie echo soli, ale tak delikatne, że jakby tylko iluzoryczne.

Z czasem, po tym, jak cynamon mignął wręcz ostrawo-goryczkowato, sam krem wydawał się jeszcze bardziej mleczno-maślany i delikatny, a także bardziej zasładzający. Od coraz lepiej wyłaniających się kawałków pekanów odchodziła nieśmiała orzechowość, ale gdy ich nie gryzłam, niewiele wnosiły. Wpisały się w mleczną czekoladę i cynamon.

Gdy jednak gryzłam pekany podczas gdy masa się rozpływała, dołożyły maślaności, a ich skórki z kolei podkreśliły cynamon i lichą ilość kakao. Masa zagarnięta po pekanach, bez nich jawiła się jako jeszcze bardziej czekoladowa. Czekoladowo-czekoladowa!

Tak czy inaczej, pod koniec robiło się już bardzo, bardzo słodko. Za słodko. Wróciły karmelowo-maślane ciasteczka z cynamonem i mleczną czekoladą o przesadzonej, drapiącej słodyczy.

Orzechy gryzione na koniec trochę tę słodycz tonowały. Orzechy pekan smakowały sobą bardzo wyraźnie. Wydały mi się prażone minimalnie albo wręcz zupełnie surowe - może przez kontrast do "ciepłej", czekoladowej masy. Były tradycyjnie bardzo tłuste, słodkawe i z gorzkawą skórką, niczym o wiele łagodniejsza i tłustsza wersja włoskich, udających laskowe.

W posmaku został ostrawy cynamon, nieco przypiekający w język i rozgrzewający gardło wraz z karmelowo-cukrową słodyczą. Utrzymało się skojarzenie z karmelowo-cynamonowymi ciastkami. Orzechowość nieco się rozmyła, ale laskowce czuć. Pekany całkiem nieźle także. Nerkowce się zgubiły, acz pozostawiły "orzechową maślaność". Ogólnie było bardzo... ciepło.

Krem miał wady i zalety. Zjadłam z paroma zastrzeżeniami, acz w zasadzie ze smakiem. Na pewno nie odpowiadała mi taka lejąca, oleiście-półpłynna konsystencja. Lekkie gęstnienie i kawałki orzechów ratowały sytuację, ale wolałabym gęstszy krem. Kawałki przypadły mi do gustu tym, że nie było ich za wiele do przesady i były przystępne. W smaku... cóż. Na pewno było mi za słodko. To, jak karmelowy ten krem się wydawał, było aż dziwne. Smak mlecznej czekolady i cynamonu przyjemnie zgrał się właśnie z takim zestawieniem orzechów. Jak na orzechowo-czekoladowy krem, to i mleko jak dla mnie miało nieco za duży udział - bo pozwoliło szaleć słodyczy, że z czasem aż trochę muliła. Wyraziste laskowe idealnie pasowały do tej kompozycji, a nerkowce cudnie wplotły mleczność i maślaność, podkręcając czekoladowy wydźwięk, ale... wydaje mi się, że w samej masie orzechy miały jakoś tak... za mały udział? Że za dużo miejsca zostawiły cukrowi i białku mleka. W końcu w "orzechy" wymienili też pekany, które ewidentnie wystąpiły tylko (albo głównie) w postaci kawałków. Te były zacne, ale wolałabym, by jeszcze więcej zmielonych orzechów dali w kremie. Czuję też jednak, że jakieś charakterniejsze, np. włoskie spisałyby się lepiej.
Krem skojarzył mi się z bardziej mleczną, a tym samym mniej słodką ("w tym cukry" miał o połowę mniej), wersją Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts z dorzuconymi kawałkami pekanów i cynamonem. Szkoda, że nie był gęsty jak Vilgain Sweet Nuts Coconut Chocolate.


ocena: 7/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 37,90 zł (za 200g)
kaloryczność: 620 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy (laskowe, pekan, nerkowce prażone) 70 %, koncentrat białka serwatkowego z mleka, miazga kakaowa 7,5 %, cukier trzcinowy, cynamon mielony 1,2 %, sól himalajska

wtorek, 27 lutego 2024

krem Vilgain Hazelnut Butter 100 %

Po Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts zaczęłam się trochę bać kremu 100% tej marki. Uwielbiam czyste miazgi orzechowe, jednak zdecydowanie wolę, gdy są gęste, aniżeli rzadkie. Lejące w ogóle mnie denerwują... Podlinkowany krem zaś właśnie coś takiego sugerował. W dodatku zabawna rzecz, dlaczego ten krem w pierwszej chwili na stronie producenta zaciekawił mnie najbardziej. Dostrzegłam opis: "z najwyższej jakości włoskich orzechów" i od razu wyobraziłam sobie pastę z moich ulubionych (obok nerkowców) orzechów - włoskich. Kliknęłam i szybko okazało się, że chodzi po prostu o pochodzenie, że są z Włoch, a konkretniej z Piemontu. Stamtąd ponoć pochodzą najlepsze orzechy laskowe - i to właśnie z nich zrobiono ten produkt. {Ponoć rolnicy nie uprawiają tam więcej niż 500 krzaków orzechów laskowych na hektar, by zachować najwyższą jakość. Oczywiście więc krem nadal był ciekawy.

Vilgain Hazelnut Butter 100 % Piemonte hazelnuts to krem 100% z orzechów laskowych z Włoch, Piemontu.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach słodkich, jakby surowych orzechów laskowych. Wyobraziłam sobie surowe, młode orzechy tylko co wyłuskane z łupin. Niektóre mogły być w delikatnych skórkach, inne niekoniecznie. Przed zlaniem oleju wychwyciłam prażony akcent przejawiający się jako złudna słonawość, ale zniknął po zlaniu oleju i w trakcie jedzenia. Wtedy całość zdradzała po prostu delikatne prażenie, acz jakby obok orzechów surowych.

Na wierzchu wydzieliło się bardzo dużo oleju - zlałam nieco ponad 7 łyżeczek.
Na wierzchu olej mieszał się z ruchomą, płynną masą, więc nie udało mi się zlać go idealnie. A krem nie potrzebował tego oleju, bo nie był bardzo gęsty. Suchszą część na dnie przemieszałam z resztą i uzyskałam efekt średnio gęsty. Krem jednak niezbyt współpracował, bo w gładkawo-rzadszej masie długo utrzymywały się miękkie grudko-zlepki kremu. Dopiero po dłuższej pracy nad nim da się uzyskać efekt w miarę jednolity.
Krem ciągnął się bardzo, wydał mi się zwięzły, mimo że nie gęsty.
W trakcie jedzenia wydawał się nieco gęstnieć, ale i tak nie mogę nazwać go gęstym, a jedynie gęstawym. To kleiście-lepka, ciągnąca masa, która usta zalepiała na dość długo i rozpływała się w umiarkowanym tempie, wykazując aksamitną kremowość. Pasta sprawiała wrażenie wręcz "mięciutkiej" i zaskakująco mało tłustej. Czułam za to drobną pylistość. Nie brakowało miazgowo-pylistego efektu, czyli drobinek zaznaczających się na języku. W zasadzie nie wymagały gryzienia, ale robiłam to na koniec, gdy wszystko już rozpłynęło się. Zaplątało się też parę kawałków orzechów. Te były delikatne, wręcz świeżawo trzeszcząco-skrzypiące.

W smaku najpierw poczułam niemal mleczną słodycz orzechów laskowych - wyobraziłam sobie jakąś zacną orzechową alternatywę dla mleka, po czym zrobiło się nieco nugatowo.

Orzechy laskowe zaprezentowały się ze swojej uroczej, wręcz delikatniusiej strony, przy czym nie brakowało im intensywności. Do głowy przyszły mi orzechy laskowe surowe i świeże - takie z początku sezonu na nie. Słodycz roztaczały mleczno-maślaną, niby wysoką, ale nie szarżującą. Wyszła bardzo świeżo. Rosła jednak znacząco.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach z tła do słodyczy dołączyło ciepłe echo lekkiego prażenia. Wydawało się trzymać jakby obok świeżo-surowych orzechów. A jednak jeszcze umocniło laskowość, kierując ją jednak w nieco złudnie czekoladowym kierunku. Wyobraziłam sobie już nie tylko laskowy nugat, ale też bardzo mleczną czekoladę typu gianduja (bazującą na orzechach i mleku, z marginalnym udziałem kakao). 

Leciutki prażony element nieco stonował słodycz, a dodał pewne ciepło i nieco poważniejszy motyw skórek orzechów, które wraz z maślanością okiełznały słodycz. Zrobiło się odrobinę wytrawniej i wemknął się motyw skórek - nie jednak gorzkość. Nieśmiało przypomniały o mleczno-nugatowej czekoladzie, która końcowo zmieniała się w wege alternatywę mleka.

Drobinki i skórki gryziono-ciamkane na koniec przedłużały smak raczej świeżych orzechów i delikatnie gorzkawych skórek, a jedynie nieliczne zdradzały prażoną nutkę.

Po zjedzeniu został posmak delikatnych, niemal mleczno-maślanych orzechów laskowych. Wydawały się nugatowo-świeże, lekko wzmocnione gorzkawymi skórkami. Prażona nutka trzymała się w oddali (acz była do uchwycenia).

Krem bardzo mi smakował. Orzechy laskowe uprażono tak delikatnie, że wydawały się surowe i świeże. Właśnie że i tę świeżość w całości czuć. Wysoka słodycz była wręcz urocza, niemal mleczna jak mleko orzechowe i kojarzyła się z nugatem. Z czasem gorzkawy element skórek zasugerował jeszcze orzechową czekoladę, co już zupełnie mnie kupiło. Mimo więc wysokiej słodyczy, wyszło to charakternie. Miazgowa konsystencja także mi odpowiadała. Najpierw wystraszyłam się, że krem będzie nazbyt lejący, ale po zlaniu oleju okazał się przyjemnie gęstawy (i nie suchy!).
Krem nie dostał maksymalnej oceny tylko ze względu na dwukrotnie wyższą cenę od równie pysznego Grizly Krem z orzechów laskowych 100% (u mnie w tubce) czy Deseo Pasta z orzechów laskowych 100 %.


ocena: 9/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 39,90 zł (za 200 g)
kaloryczność: 685 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe