Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: biała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: biała. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lipca 2026

Zotter Brains & Eggs / Hirn mit Ei mleczna 50 % z kremem z białej czekolady i nugatu migdałowego z ajerkoniakiem i móżdżkiem wieprzowym oraz nugatem z orzechów laskowych z kawałkami orzechów nerkowca, laskowych i migdałów

Kontrowersyjne połączenia czy nazwy dań jednych intrygują, drugich odrzucają. Przy czytaniu opisu tej czekolady przypomniało mi się danie Oyakodon, , które niektórych bulwersuje nazwą, wg nich jest upiorna, bo oznacza "rodzic" (oya) i "dziecko" (ko), odnosząc się do kury i jajka. Ciekawe, co też by powiedzieli o dziś przedstawianej czekoladzie... Chcąc na szybko znaleźć w internecie opis tej czekolady, wpisałam jej nazwę i trafiłam na informację, że Eggs 'n' brains to śniadaniowe danie cenione w Portugalii (omolete de mioleira) i Austrii: jajecznica z móżdżkiem wieprzowym. W tej drugiej znane właśnie jako Hirn mit Ei. To wydaje się... zwyczajne, pewnie nawet smaczne, ale że skwarki z móżdżku w czekoladzie z ajerkoniakiem? Druga warstwa z kolei miała się tak do tego, że... no, jej "pasowanie" oparto na powiedzeniu "jedzenie dla mózgu", bo orzechy są znane ze swoich właściwości zdrowotnych. Czytając opis z wnętrza papierka, trafiłam na jeszcze jedną grę słowną: "hirn in der birn ist", czyli "mózg jest w gruszce", co oczywiście odnosi się do dodanej gruszkowej brandy.
Co nie zmienia faktu, że umieszczenie móżdżkowych skwarek w tabliczce czekolady do mnie nie przemawiało. Uznałam, że wolę mieć ją za sobą szybciej, niż później, więc nie będę jej odkładać za bardzo w czasie.


Zotter Brains & Eggs / Hirn mit Ei to czekolada mleczna o zawartości 50% kakao nadziewana (30%) kremem "ganache" na bazie białej czekolady i nugatu migdałowego z likierem jajecznym (ajerkoniakiem), gruszkową brandy, wanilią i karmelizowanym w maśle móżdżkiem wieprzowym oraz (30%) kremem orzechowym na bazie praliny / nugatu z orzechów laskowych z kawałkami orzechów nerkowca, orzechów laskowych i migdałów. 

Po otwarciu rozszedł się uderzył zapach alkoholu. Kompozycję zdominowała soczyście gruszkowo-jabłkowa, a jednocześnie karmelowo-cukrowo słodka brandy, choć i ajerkoniak czuć wyraźnie. Trochę przesłodziły kompozycję. Dopiero jednak za brandy, w towarzystwie mleczno-waniliowego, wręcz śmietankowego splotu. W nim przewinął się też niedookreślony nugat. Taki ogólnie orzechowo-migdałowy - o, migdały czuć nieco wyraźniej. Sama czekolada wydawała mi się bardzo mleczna i bardzo słodka w sposób lekko karmelowy - powiedziałabym, że ma 40%, a nie 50%. Po przełamaniu piekąco słodka alkoholowość jeszcze się nasiliła.

Tabliczka wydawała się konkretna, ale jakby plątała się w niej pewna delikatność. Gruba warstwa czekolady choć twarda, nie trzaskała przy łamaniu, odsłaniając dwie warstwy nadzienia. Górna, orzechowa, mimo że nieco plastyczna, wykazywała kruchość ze względu na mnóstwo drobinek orzechów, jakie w niej zatopiono. Gołym okiem widać ich niewiele, więc potem czekała mnie niespodzianka. Grubsza jasna też była tłusta, ale o wiele bardziej. Ta dała się poznać jako maślano zbita, niczym chłodne masło. Na oko wydawała się gładka.
W ustach czekolada rozpływała się gładko i tłusto-kremowo. Czuć w niej pełnię mleka i maślaność. Swymi smugami pokrywała podniebienie i odsłaniała powoli również maziste nadzienia.
Warstwy ze środka zgrały się tłustością i kremowością, a także lekką pylistością. Obie były dość masywne, a także gęste w nieco biało czekoladowo-nugatowy sposób.
Spójniej z czekoladą rozpływał się krem orzechowy. Wydawało się, że gdyby nie kawałki orzechów, byłby bardziej zbity i może wręcz twardy. Kawałki jednak go poganiały. Mimo ich obecności, wydał mi się za tłusty niczym chłodne, zbite masło. Niezależnie od tego, kiedy gryzłam kawałki, były takie same. 
Krem jasny rozpływał się najwolniej, wykazując wysoką tłustość. Jego zwartość przełożyła się na pewną gibkość, ale nie gęstość. Miękką maślaność i gumowość?
Warstwa zaskoczyła mnie tym, jak połączyła gładkość z pylistością. Nie uświadczyłam w niej żadnych kawałków.
Kawałki gryzione na koniec były niechrupiące, delikatne, dość często wręcz sprężyście miękkie. Wśród tych bardziej sprężystych czasem miałam wrażenie, że chyba dwa czy trzy razy trafiłam na coś bardziej żujnego, może mięsnego, ale możliwe, że to autosugestia.

W smaku czekolada od początku łączyła ogrom pełnego mleka i maślaność z karmelową słodyczą. Lekko przesiąkła alkoholem - głównie brandy - i wydała mi się zaskakująco słodka, niegorzka jak na 50%.

Nadzienia bardzo szybko odzywały się za sprawą alkoholu i słodyczy. Nugat przesiąkł alkoholami z jasnej części, to pewne.
Po paru chwilach nadzienia odciągały uwagę od czekolady. Jasny krem okazał się bardziej jaskrawy smakowo ze względu na dominujący alkohol, ciemny orzechowy spokojniejszy i bardziej zgrany z czekoladą.

Krem orzechowy wkroczył poprzez mleczno-orzechowy motyw. Czuć w nim nugat laskowy, laskowo-migdałowy o średnio wysokiej słodyczy i lekką maślaność. Kolejne fale maślaności i pewne ciepło trochę rozmywały orzechowość, a wyłaniające się kawałki niezbyt pomagały, prawie nic nie wnosiły. Nawet pogryzienie orzechów wcześniej, obok czekolady, nie pomagało im z przebiciem się. Ta warstwa przegrywała z imperatywnymi alkoholami drugiego kremu.
Nugat spróbowany osobno wydawał się wyraźniej laskowy, a w dodatku wyraźnie poczułam w nim cynamon.

Nadzienie ajerkoniakowe przebijało się z łatwością alkoholem, który wydał mi się zasładzający i zarazem soczysty. Najpierw powiedziałabym, że dodano tam brandy gruszkowo-jabłkową, jednak po chwili została tylko gruszkowa. Soczyste gruszki były bardzo jednoznaczne przez pewien czas, choć mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączył do nich ajerkoniak. Owocowy wątek trochę ustąpił na rzecz jeszcze słodszego alkoholu oraz waniliowo słodkiej białej czekolady i śmietanki. W białoczekoladowym splocie, w oddali za alkoholami odnotowałam lekko nugatowe echo. 
Jasny krem spróbowany osobno okazał się leciutko migdałowo-nugatowy, co z czasem nieco podkręcało orzechowość nugatu. Do tego krem jasny, pod tym całym alkoholem, wydawał się wyraźniej waniliowy i nieco niepalono karmelowy / karmelowo-krówkowy.

Z czasem zrobiło się nieco bardziej orzechowo, ale nie jednoznacznie. Pomyślałam o likierze orzechowym / nugatowym. Słodycz i alkohole, które już się bardziej przemieszały, aż piekły w język, ale... w tej mieszaninie raz po raz przemknęło mi coś prażono-wytrawniejszego (nie jednak mięsnego).

Ukryły się jednak w cały czas narastającej słodyczy. Ta z nugatowej, białoczekoladowej końcowo robiła się bardziej karmelowa, karmelowo-cukrowa. Może brandy to narzuciła? Po tym uderzeniu i kolejnych falach alkoholowości, całość wydawała się nieco bardziej ciepło-korzenna.

Gdy z ciekawości pogryzłam kawałki wcześniej, obok czekolady, całość wydawała się jeszcze bardziej chaotycznie słodka i alkoholowa, a orzechy wydawały się nijakie.

Na koniec, gdy wszystko zniknęło, kawałki smakowały bardziej przejrzyście. Nie bardzo, ale bardziej niż wcześniej. Ogólnie były to delikatne orzechy, trochę onieśmielone mocnym alkoholem i słodyczą. Czuć tam głównie podprażone orzechy laskowe i migdały, ale też odrobinę trochę nerkowców. Czasem wśród kawałków zaplątało się coś nieco... słonawego? Prażonego w sposób, że powiedziałabym, że to mogło być coś mięsnego.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkiej gruszkowej brandy, chyba też echo likieru jajecznego i słodycz białej czekolady, nugatu i łagodnego karmelu. Czekolada mleczna też wydawała się bardzo słodka w sposób karmelowy. Czułam też sporo masła i nugat orzechowy z korzennym ciepłem, prawie pikanterią.

Czekolada zaskoczyła mnie, i pozytywnie, i niepozytywnie zarazem. Okazała się całkiem smaczna, ale zupełnie nie smakująca tym, czym powinna. Mleczna czekolada z mlecznym, lekko orzechowym nadzieniem z gruszkową brandy, słodko-soczyście gruszkowa i z subtelnymi orzechami do gryzienia. Trochę zbyt zasładzająca, ale robiąca to w sposób zrozumiały. Nijak miało się to do obiecywanego ajerkoniaku i kawałków karmelizowanego móżdżku. Niezbyt podobała mi się zbita tłustość nadzień, ale tragedii nie było.
Nadzienie ajerkoniakowe Zottera zawsze było mało ajerkoniakowe i kiepskie. Tym razem wyszło też niezbyt ajerkoniakowe, ale lepsze. Zawsze robił je za bardzo jabłkowo-octowe, tym razem wyszło bardzo brandy-gruszkowo. To w sumie było smaczne, ale jak ma być ajerkoniakowo, to tak... mam mieszane uczucia niezbyt. Mięsność zupełnie się schowała pod natłokiem alkoholu i słodyczy. Orzechowość nugatu nie była szczególnie intensywna, ale czuć ją w asyście korzennego ciepła. Sama czekolada wydawała się nieco za słodka, jak i cała kompozycja. Alkohole nieco za bardzo jej orzechowy charakter i ukryły. Nie wyszła więc kontrowersyjnie, ale po prostu całkiem smacznie. Nie jakoś wyjątkowo, ale tak całkiem przyjemnie do zjedzenia. Dużo w niej wszystkiego, ale efekt... raczej prosty.

W poszukiwaniu kawałków móżdżku, czy choćby mięsnej nuty, zjadłam 30g i to w zasadzie nawet z przyjemnością. Każdy kolejny gram jednak już by męczył słodyczą i trochę tłustością nadzień, niedookreślonym smakiem kawałków. 

Zjadłam połowę, choć w sumie 1/3 by wystarczyła. Potem słodycz i tłustość trochę nadto już męczyły. Zależało mi jednak na znalezieniu choć kawałka móżdżku. Niestety, nici z tego. Mama jednak też nie trafiła. Może dodano sproszkowane mięso? Stąd ta pylista struktura? Nie wiemy, nie czułyśmy niczego, co by mogło być móżdżkiem. Inna sprawa, że żadna z nas nie chciałaby go czuć... 
Dopiero z czasem tknęło mnie... że może ta czekolada miała strukturą udawać takie danie? W sensie że w tłustej, wręcz kremowej "jajecznicy" (kremach) znalazły się żujne kawałki "skwarki" (z orzechów)? Coś jak Zotter Pink Coconut and Fish Marshmallow udająca rybę, rybie mięso, a nie mocno smakująca rybą.

Mamie, której przypadła druga połowa czekolada ogólnie bardzo smakowała: "Od razu, jak tylko włożyłam kawałek do ust, uderzył alkohol. Taki mocny, ale dobry i szlachetny. Jakiś koniak czy coś. Najpierw takie mi się to trochę dziwne wydało, że sama czekolada z wierzchu nie zdążyła zacząć się rozpuszczać, a już ten alkohol, ale potem i reszta elementów się odezwała. Ajerkoniaku nie czułam, a szkoda, bo go uwielbiam. Słodka, taka naprawdę dobra mleczna z nadzieniem... Jakby właśnie głównie mlecznym i mocno alkoholowym. Takim mlecznym, porządnie mlecznym, kremem. Czułam w nim jednak coś jeszcze, na pewno coś smacznego, szlachetnego, miałam problemy z uchwyceniem tego. Z czasem mi się udało. Maślaność! Taka szlachetna, pyszna. Może to ten nugat? Ogólnie to wnętrze kojarzyło mi się trochę z takimi dobrymi, naprawdę dobrymi truflami. No i na koniec orzechy zostawały. Nie czuć dokładnie, jakie to, ale nie przeszkadzały. Dokładniej jednak nie umiem jej opisać. Smaczna, że gdybym miała sam smak oceniać, mogłaby mieć naprawdę wysoką ocenę. Z 9? Ale że jest zupełnie nie tym, czym miała być, to chyba te 6 to dobra ocena. No gdzie tam ten ajerkoniak? No i móżdżku nie czułam, ale to dobrze. Nie chciałabym go czuć". 


ocena: 6/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 71g)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, orzechy laskowe 11%, pełne mleko w proszku, migdały 5%, mleko, odtłuszczone mleko w proszku, orzechy nerkowca 3%, brandy gruszkowa 2%, syrop z cukru inwertowanego, syrop skrobiowy, żółtko jaja 1%, substancja słodząca: erytrytol; masło, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), móżdżek  wieprzowy 0,1%, emulgator: lecytyna sojowa; pełny cukier trzcinowy, sproszkowana wanilia, sól, emulgator: lecytyna słonecznikowa; sok gruszkowy, cynamon, sproszkowany imbir, kardamon, anyż gwiazdkowy

niedziela, 28 czerwca 2026

Zotter Felsenbirne auf Butterbrot / Juneberry on Buttered Bread mleczna 50 % z kremem ze świdośliwy, białej czekolady i cytryny oraz nugatem z orzechów laskowych z przyprawami korzennymi oraz kawałkami ciemnego chleba

Po tym, jak przeczytałam opis, ta czekolada wydała mi się bardzo dziwna. Z jednej strony bardzo mnie zaciekawiła kremem ze świdośliwy, a połączenie ciekawego owocu z nugatem z laskowców wydało mi się po prostu obiecująco smaczne... Ale z drugiej budziła obawy i niezrozumienie. Bułka tarta?! Chlebowe drobinki? Po co? Za nic tego nie czułam, już nawet pomijając to, że nie używam bułki tartej, bo to mnie jakoś tak brzydzi. A jednak takiej żytniej nawet nie znam. Żytni chleb to jedyny jaki jem i bardzo lubię, ale i tak... w nadzieniu? Miałam złe przeczucia. Nie podobało mi się dodanie go, bo w reszcie widziałam duży potencjał. Czułam, że może wszystko popsuć.


Zotter Felsenbirne auf Butterbrot / Juneberry on Buttered Bread to mleczna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (30%) kremem "ganache" z jagód świdośliwy i białej czekolady z cytryną oraz (25%) praliną / nugatem z orzechów laskowych z przyprawami korzennymi: anyżem, kardamonem, kolendrą, koprem włoskim, cynamonem i solą oraz z (5%) kawałkami ("bułką tartą"?) ciemnego pieczywa żytnio-orkiszowego w maśle. 

Otworzywszy, poczułam zapach wyraźnie mocno mlecznej i zarazem lekko gorzkiej czekolady o nienachalnej, karmelowej słodyczy oraz orzechów i migdałów. A dokładniej korzennego, cynamonowo-anyżowego nugatu z orzechów laskowych z echem marcepanu. Próbując obwąchać, co skąd pobrzmiewa, ustaliłam, że spód wydawał się bardziej ogólnie orzechowy, a wierzch zdradzał bardziej marcepanowość. Do tego doszukałam się tam lekko waniliowego i niemal biało czekoladowego echa. Czekolada mleczna zdawała się przemycać chlebowe akcenty, ale jestem pewna, że to jej nuty, a nie dodanych drobinek (bo nie raz czułam tę nutę w Zotterach). Mleczność zaś na pewno pochodziła też ze środka. W tle jeszcze zaznaczyła się lekko słodka, ogólnie jagodowa nutka. Nasiliła się po przełamaniu, wraz z nugato-marcepanem, mlekiem i wanilią.

Tabliczka wydała mi się twarda i masywna, ale też trochę krucha ze względu na nugat. Podczas łamania grube warstwy czekolady trzaskały, a wspomniany nugat trochę się kruszył.
Jakież było moje zdziwienie, iż zobaczyłam, że w mojej tabliczce to owocowy krem jest na dole, orzechowo-chlebowy na górze, czyli odwrotnie, niż pokazują zdjęcia na stronie Zottera. Na oko drobinki chleba ukryły się zupełnie, za to w kremie owocowym dostrzegłam mikroskopijne skórki.
Mimo kruchości, nugat zdradzał też tłustość. Był jednak znacznie bardziej zbity, konkretny. Krem owocowy zaś wręcz mazisty, miękki i plastyczny, a do tego lepki.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, kremowo i dość tłusto. Pokrywała podniebienie smugami, i miękła, mieszając się z nadzieniami, które również z łatwością miękły. Środek rozpuszczał się dość szybko.
Nugat bardziej podpinał się pod czekoladę, chwaląc się maślanością i gęstością. W pierwszej chwili wydał mi się zbity, lecz zaraz poszedł w oleistym kierunku. Poczucie tłustości osłabiał pyłkowo-proszkowy efekt. Z czasem okazał się ziarnisty od drobinek chleba. Nie osłabił jednak poczucia tłustości, bo tu cały czas rozchodziły się jakby kolejne nakłady masła i oleju. Drobinki dodały wnętrzu też pewnej twardości. Gryzione wcześniej były suche i nieprzyjemnie twarde; nieco trzeszczały. Ja wolałam zostawiać je na koniec. Reszta przy nich - gryzionych wcześniej - zmieniała się w tłusto-zawiesinową masę.
Krem ze świdośliwy był znacznie rzadszy i miękki w luźniejszy sposób. Też miał w sobie lekką mleczno-śmietankową tłustość, ale nadal sporo soczystości kompozycji. Ta warstwa znikała najszybciej.
Nugat znikał, zostawiając ogrom różnej wielkości kawałków, kawałeczków i ziarnistych drobinek. Czekolada zostawała najdłużej, ale w końcu i ona się rozpuściła, a ja zajęłam się resztą pieczywa. Nie nazwałabym tego bułką tartą - niektóre kawałki były za duże. Na koniec ten dodatek zrobił się bardziej wilgotny, dziwnie lepko-twardy. Wciąż bardzo, nieprzyjemnie twardy. Kojarzyło mi się to z okruchami pieczywa chrupkiego i zawilgoconą watą cukrową, z jakimś tam drobnym elementem twardych okruchów ciemnego chleba.
Na koniec czułam się bardzo przytłoczona ogromem tych twardych kawałków.

W smaku czekolada roztoczyła delikatną, paloną gorzkość, w której drzemał chlebowo-marcepanowy charakter, wyrazista mleczność i łagodna, karmelowa słodycz. Miała w sobie też coś orzechowego.
Możliwe, że trochę przesiąkła wnętrzem, ale kłóciła bym się, że nie tyło.

W oddali dała o sobie znać słodko-cierpka nuta jagodowa, a zaraz po tym wnętrze podkreśliło także  orzechowo-marcepanowy wątek. Nugat właśnie poprzez orzechowość, ale też mleczność, podpiął się pod czekoladę. Wchodził spójnie. Krem owocowy robił to w bardziej przyciągający uwagę sposób, acz o i on nie odstawał aż tak bardzo.

Krem orzechowy na pewno podniósł słodycz. Emanował słodyczą maślano-mlecznego nugatu, który posłodzono cukrem pudrem. Czuć w nim wyraźnie orzechy laskowe. Orzechy podkręcone ciepłą korzennością. Orzechy prażone, może ze skorkami... Do których zaraz dołączył nieco chlebowy, wytrawniejszy akcent i jeszcze więcej maślaności.
Gdy z ciekawości wcześniej pogryzłam chlebowe drobinki, wydawały się niedookreślone, tyle tylko że pieczone, ale jakieś... kartonowo-chrupko pieczywowe.

Krem ze świdośliwy też umacniał słodycz. Początkowo przejawiał mleczny, również trochę nugatowy, trochę waniliowy smak, do którego dołączał coraz więcej soczystości. Jego słodycz rosła w nieco biało czekoladowym kontekście. Czułam w nim kwaskawo-cierpkie jagody. Z czasem zarejestrowałam, iż ich kwasek podkręcała cytryna. Nie jakoś mocno kwaśna czy wyrazista, ale niewątpliwie obecna. Spowodowała, że i słodycz wydała mi się silniejsza - zadziałał kontrast. Raz po raz wydała mi się nawet lekko miodowa, miodowo-drapiąca.
Co ciekawe, nugat laskowy chyba też na zasadzie kontrastu podkreślał owocową soczystość tej warstwy. Gdy spróbowałam owocowego kremu osobno, wydał mi się bardziej nugatowo-marcepanowy.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość zaczęła jednak słabnąć. Jagodowy motyw ulegał słodyczy wanilii i białej czekolady.

Z czasem nugat zaczął mi się wydawać rozmyty, tłusty smakowo, maślano-oleisty, a niesatysfakcjonująco laskowy. Przyprawy, głównie kardamon, cynamon i anyż, jednak z tej tłustej toni się wychylały. Wraz ze słabnięciem świdośliwy, w zasadzie odgrywały coraz ważniejszą rolę. Nie ważną, ale ważniejszą niż początkowy niebyt (z którego to się wychylały). Ciemny chleb niegryziony nie odzywał się zbyt wyraźnie. Raz po raz przemykała mi przy nich odrobinka soli.
Nugat laskowy spróbowany osobno cierpiał na to samo: z czasem wydawał się mdło mało orzechowy.

Z czasem tonął w słodyczy białej czekolady i wanilii, która aż trochę drapała w gardle.

Na końcówce czekolada wydawała się bardziej gorzka, cierpkawa i wyraźniej chlebowa, palona. Jej mleczność jednak też miała się dobrze. Słodycz jednak i jej się udzieliła. Ogólnie było bardziej słodko.

Kawałki ciemnego pieczywa na koniec smakowały dość wyraźnie jakby połączeniem okruchów starego ciemnego chleba, pieczywa chrupkiego, żytniego czy mieszanego, z czerstwą skórką chleba raczej jasnego (nie pszennego, ale trudno wskazać jakikolwiek - to nie była wyrazistość na tym poziomie) trochę pieczono.
Skórki świdośliwy, jakie się ostały, nie miały żadnego znaczenia wśród kawałków.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodki, wręcz biało czekoladowy, waniliowo-nugatowy, oleiście-maślany, w czym to i orzechy laskowe trochę się zaznaczyły. Do tego przewinęły się kwaskawe, jagodowe owoce i gorzko-mleczna, cierpkawa czekolada. Czułam też smak jakby słonego pieczywa chrupkiego mieszanego.

Czekolada mnie do siebie nie przekonała. Nie rozumiem, po co, skoro robi się krem z czymś tak ciekawym i niespotykanym jak świdośliwa, podkręcać - a w zasadzie zagłuszać - ją jeszcze cytryną. A jednak akurat warstwa owocowa całkiem nieźle właśnie świdośliwą smakowała. Była za słodka, ale wystarczyłoby, że dodano by do niej dobrą warstwą orzechową i mogłoby być dobrze. Nugat laskowy był tłusto rozmyty, jeśli o laskowość chodzi. Czuć w nim jednak trochę przypraw korzennych i chlebowe okruchy. Przyprawy korzenne niekoniecznie pasowały do części owocowej, ale w zasadzie gdyby na tym to się kończyło, to jeszcze mogłoby być. Tylko ta chlebowa drobnica bardzo przeszkadzała całości. Przy całym moim uwielbieniu do chleba żytniego, tu wyszło to niesmacznie, a struktura potworna. Jak stwardniałe pieczywo chrupkie. Stąd z całkiem ok tabliczki, przez okruchy było to niezjadliwe na dłuższą metę.

Po 12 gramach odpadłam i oddałam resztę Mamie. Gdyby nie twarde chlebowe parszywce, pewnie można by się w to wciągnąć, ale ich w dodatku było bardzo dużo. Bez nich czekolada spokojnie dostałaby 6, ale że raz były niesmaczne, a dwa miały okropną strukturę, poleciały 2 punkty. Psuły bowiem 2 rzeczy.

Mama jednak też nie zmęczyła, bo jak to opisała "Beznadziejna, co ten Zotter wymyślił? Chyba sobie zażartował tym chlebem. Potencjał jest, zapowiadało się dobrze i aż się ucieszyłam. Tam te jakieś owocowe nadzienie, drugie... Nie wiem, dokładnie jakie, ale jakieś i ma koniec chleb. Jakby taki stary, czerstwy ciemny chleb. Odciągał uwagę od wszystkiego, co było wcześniej. Beznadzieja".

Resztka powędrowała więc do ojca. Jemu... smakowała: "bardzo ciekawa ta czekolada z chlebem. Ten chleb... wyrazisty taki i w sumie pasujący, no, ciekawy".


 ocena: 4/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku,  orzechy laskowe 6%, świdośliwa / jagody czerwcowe 6%, odtłuszczone mleko w proszku, syrop z cukru inwertowanego, masło, mleko, mąka żytnia 1%, liofilizowane jagody, olej z orzechów laskowych, syrop skrobiowy, mąka orkiszowa 1%, słodka serwatka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; koncentrat soku z cytryny, cukier trzcinowy pełnoziarnisty, sól, sproszkowana wanilia, kminek, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), anyż, koper włoski, kardamon, emulgator: lecytyna słonecznikowa; kolendra, anyż gwiazdkowy, cynamon

wtorek, 16 czerwca 2026

Witor's Wizarding World Harry Potter White Chocolate Crunchy Cookies / Granella di Biscotto biała z ciastkami kakaowymi

Kiedy ojciec zaproponował, że kupi mi dziś przedstawiane czekoladę, byłam pewna, że to nadziewana. Wyobraziłam ją sobie jako podobną do Milka Oreo White Chocolate. Pamiętając Witor's Wizarding World Harry Potter Corvonero La Magia dei Cristalli Frizzanti, uznałam, że wezmę ją w góry, mimo że nie mam w zwyczaju brać tam nadziewanych (zbyt problematyczne i delikatne). Na krótko przed wyjazdem, gdy przepisywałam skład, tknęło mnie, że to chyba jednak nie nadziewaja. To wróżyło... chyba nieco lepiej? Tabliczki "cookies & cream" kiedyś lubiłam, więc może tak trochę sentymentalnie... Może miało być lepiej, niż myślałam? Ach, co ten Harry Potter ze mną robi, że się na takie rzeczy porywam!
Biorąc ją w góry, myślałam, że otworzę ją na Grzesiu, na którego weszłam ze Schroniska na Polanie Chochołowskiej żółtym szlakiem, ale warunki nie sprzyjały zdjęciom. Wyglądało za to, że chyba zaczynają się poprawiać. Nie poprawiły się jednak, a wręcz pogorszyły. Gdy szłam niebieskim na Rakoń, wiało i padało, a ludzie ostrzegali, że wyżej wieje jeszcze bardziej. Stąd uznałam, że lepiej nie czekać, bo zaraz w ogóle będzie padało tak, że rozmoczy mi czekoladę i wzięłam się za nią na Rakoniu, gdy padało nieco mniej. Wyglądało na to, że nie mam szczęścia do tej trasy, bo jak tak szłam parę lat temu, warunki były podobne.


Witor's Wizarding World Harry Potter White Chocolate Crunchy Cookies / Granella di Biscotto to biała czekolada z kawałkami ciastek kakaowych; na licencji Warner Bros.

Po otwarciu rozszedł się tanio-ciężki zapach białej czekolady, której w zasadzie bliżej do polewy niż czekolady. Na skojarzenie to grało głównie duszne mleko w proszku i echo kwasku. Słodycz męczyła nie siłą, bo w sumie byla przeciętnie wysoka jak na białą czekoladę, ale plastikowo-sztucznym wydźwiękiem. Za tym wszystkim po podziale, w trakcie jedzenia doszukałam się nutki kakaowych ciastek, ale tak słabej, że to mogło być myślenie życzeniowe.

Tabliczka, choć w dotyku bardzo tłusta, przy łamaniu okazała się twardawa. Ze względu na kawałki ciastek, wydawała się krucha, mimo że nie kruszyła się jakoś szczególnie. Całą wypełniał ogrom kawałków i kawałeczków ciastek, a do tego ciastka niemal zmielone na pył. Aż trudno zrobić kęsa bez nich, choć czyniąc to bardzo uważnie, po brzegach, dało się.
W ustach czekolada rozpływała się w średnio-szybkim tempie, tłusto w maślany sposób, zmieniając się w luźno-mazistą zawiesinę, która z czasem odsłaniała suche kawałki ciastek. Czekolada starała się pokazać jako gładka, ale chyba zaznaczyła się w niej pewna pylistość, umocniona kawałkami ciastek i ciastkami trochę podmielonymi. Odniosłam wrażenie, że dodano je bardzo integralnie, że niesamowicie trudno któreś wydłubać nożem (co próbowałam zrobić w domu). Kawałki ciastek nasiąkały powoli, częściowo rozpuszczały się na ziarnisty pyłek.
Ze dwa razy z ciekawości pogryzłam ciastka wcześniej, obok czekolady. Ta wydawała się wtedy bardziej ulepkowata, a ciastka - rozpadając się na ciasteczkowy proszek pod zębami - dały się poznać jako suche, twarde i krucho-chrupiące. Wolałam zostawiać je na koniec.
Czekolada znikała tłusto i maziście, a w ustach zostawało parę drobnych kawałków ciastek.
Ciastka na koniec trochę się porozpuszczały, lecz utrzymały suchość. Były krucho-twarde, pod naciskiem zębów rozchodzące się na ziarnisty pyłek i coraz mniejsze grudki.

W smaku czekolada od razu rozbrzmiała mlekiem w proszku, za którym zaznaczyła się słodycz. Wydała mi się ugodowa i początkowo dość niska. Dominowało mleko w proszku.

Mleko dziwnie naaromatyzowane? Stanęła za nim maślaność, która sprawiła, że baza miała w sobie coś z białej czekolady, jednak i tak o wiele bliżej jej do polewy. Taniej i wręcz trochę dziwnie landrynkowej?

Niegryzione ciastka długo trzymały się z tyłu. Czasem jednak - gdy się skumulowały - dodawały specyficzny akcent ciastek z czarnego kakao, a'la Oreo. A czasem prawie ich nie czuć. 

Odrobinka samej czekolady, jaką udało mi się oddzielić smakowała wyraźnie tanią, sztuczną polewą z mleka w proszku. Nie przesiąkła ciastkami.
Ciastka same w sobie - choć porządne wydłubanie graniczyło z cudem - i spróbowane osobno okazały się przyjemnie gorzko-palone i wyraźnie kakaowe, w ciemno powiedziałabym, że to Oreo.

Gdy z ciekawości pogryzłam ciastka obok czekolady, trochę rozganiały słodycz, ale sztuczność wciąż miała się dobrze. Za to ciastka wydawały się nijakie. Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mleko w proszku "popisało się" jeszcze niemal stęchłym akcentem, ale wtedy też zaczęły odwracać się proporcje. Słodycz zrobiła się za wysoka i męczyła ciężkim wydźwiękiem taniej białej czekolady lub polewy.

Słodycz aż mnie przytłoczyła, a także drapała w gardle. Tanio-ciężki motyw zapomniał o landrynkowości, ale nadal pałętało się tam sztuczne - jakby sztucznego mleka? - echo.

Bliżej końca z toni tandetnej białej czekolady zaczęły wyłaniając się lekko gorzkawe ciastka.

Ciastka gryzione na koniec wyszły wyraźniej kakaowo, tak, jak ciastka typu Oreo, ale ostrożniej słodkie i czasem trochę mączne. Były lekko gorzkie w spalony sposób. Mimo że intensywne, nie dały rady całkiem zatrzeć śladu po czekoladzie.

W posmaku wróciło sztucznie landrynkowe mleko w proszku. Mieszało się z duszną, drapiącą w gardle słodyczą i motywem mocno wypieczonych ciastek z czarnym kakao. One niestety zajęły ostatnie miejsce.

Czekolada była kiepska, bardzo tanio-tandetna, z okrutną sztucznością, ale zawarła w sobie ciastka, które nadrabiały. To, jak nadawały charakter białej bazie, może wciągnąć. Uwierzę, że jak ktoś lubi Oreo i białe czekolady, bez trudu przymknie oko na tani wydźwięk. Ogół był bowiem względnie ciekawy i... w sumie wyszło to zaskakująco dobrze w tej swojej taniości. Fakt, że mnie nie chwyciła, ale doceniam. Zjadłam w końcu połowę, a resztę już wcisnęłam Mamie.

Opinia Mamy: "Ta czekolada smakowała tandetnie, jak to białe czekolady, więc mi nie smakowała. Ale bez skrajnych odczuć. Ciasteczka też mi nie pasowały, bo to ewidentnie były takie jak Oreo, a ich nie lubię. Było jednak świetnie je czuć. Ogólnie muszę przyznać, że ciekawa. Uwierzę więc, że jak ktoś lubi Oreo i białe czekolady, to mu bardzo posmakuje".

Trochę jak Hershey's Cookies 'n' Creme, ale w smaku jeszcze tandetniej sztuczna, ale do Witor's dodano ciastka znacznie mniejsze, co lepiej pracowało. Ciastka były zrobione podobnie co w ogólnie lepszej Dove cookies&creme.
O niebo lepsza niż Witor's Wizarding World Harry Potter Corvonero La Magia dei Cristalli Frizzanti, bo kakaowe ciastka starały się zabarwić, zwalczyć sztuczność, zaś strzelające cukierki z podlinkowanej, ją umacniały.


ocena: 6/10
kupiłam: ojciec kupił w Dealz
cena: 6 zł (za 40g; jak wyżej, ale sprawdziłam w internecie)
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, serwatka w proszku, pokruszone ciastka kakaowe 5% (mąka ryżowa, cukier, skrobia kukurydziana, olej palmowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 0,4%: kakao, regulatory kwasowości: wodorotlenek sodu, wodorotlenek amonu; syrop glukozowy, sól, substancja zagęszczająca: guma guar; substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromat), laktoza, emulgator: lecytyna sojowa; aromat

środa, 10 czerwca 2026

Zotter Elderflower / Marzipan / Mint // Holunderbluten / Marzipan / Minze mleczna 50 % z marcepanem z białym winem, grappą i brandy oraz kremem z białej czekolady, cytryny, syropem z kwiatów czarnego bzu i miętą

To, że Zotter robi czekolady z czasem naprawdę dziwnymi, rzadkimi składnikami, wiadomo nie od dziś. Tak samo jak to, że lubi w swoich nadziewańcach mieszać bardzo wiele elementów. Do tego z roku na rok robię się coraz bardziej sceptyczna, bo z kolei ja stawiam na przejrzystość smaków. W pierwszej chwili dziś przedstawiana tabliczka bardzo mnie zainteresowała. Mięta, czarny bez? Jedno i drugie kiedyś w zotterowskich kompozycjach już się pojawiało - bardzo dobrze wspominam tabliczki z nimi. Niestety jednak, jak wczytałam się w opis dziś przedstawianej na krótko przed degustacją, zwątpiłam, że będzie udana. Tyle wszystkiego, cytryna, różne alkohole... Już czytając, poczułam się trochę przytłoczona. W dodatku pierwszy raz przeczytałam o istnieniu czegoś takiego jak brandy z wytłoczyn winogron. Nie brzmiało zachęcająco, ale uznałam, że może... Może jest jakaś nadzieja dla tej kompozycji? Chyba że chodziło o grappę...? Opisy na stronie i na opakowanie, a do tego skład nie rozjaśniły mi tego, czy chodzi o to samo, czy nie.

 
Zotter Elderflower / Marzipan / Mint // Holunderblüten / Marzipan / Minze to mleczna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (24%) migdałowym marcepanem z białym winem, grappą i brandy z wytłoczyn z winogron oraz (36%) kremem na bazie białej czekolady, białej cytrynowej czekolady / kuwertury z sokiem z cytryny, syropem z kwiatów czarnego bzu i miętą.

Po otwarciu poczułam zapach mocno mlecznej, a jednocześnie wyraźnie gorzkawej, nieprzesłodzonej czekolady, mieszającej się na równych prawach z mocno alkoholowym marcepanem. Pomyślałam o splocie brandy, białego wina i grappy; z dominacją brandy. Dopuściły do głosu niemal cukrową ciężkość, mimo że zapach ogólnie nie był bardzo słodki. Acz słodyczy mu nie brak, bo tę podchwycił motyw cytrynowego sorbetu i kremu biało czekoladowo-migdałowego. Doszukałam się jeszcze echa kwiatów, które odrobinę nasiliło się po połamaniu i w trakcie jedzenia. Wtedy też mleko i śmietanka przybrały na znaczeniu, dołączając do marcepanu i czekolady. Stworzyły zgodne trio.
Zawiodłam się, że mięta i czarny bez w zasadzie się ukryły. A to na nie liczyłam najbardziej.

Tabliczka była niby konkretna, ale miała w sobie pewną delikatność. Gruba warstwa czekolady prawie nie trzaskała, acz jakiś lekko kruchy dźwięk z siebie wydawała. Nieco wgniatała się w bardzo miękkie i plastyczne dwie warstwy nadzień: wilgotny, grudkowaty i plastyczny marcepan na wierzchu oraz też maziście-plastyczny, tłustawy krem na dole z widocznymi kropeczkami.
W ustach czekolada rozpływała w średnim tempie, utrzymując zbitość dość długo, mimo wysokiej tłustości i gładkiej kremowości. Przypominała trochę chłodne masło i smugami pokrywała podniebienie.
Marcepan wyciskał się spód niej po paru chwilach, dość szybko. Druga warstwa rozpływała się spójnie z czekoladą, podpinając się pod jej kremowość.
Wszystko z czasem zmieniało się w średnio plastycznie-luźną, raczej jedynie gęstawą i miękką masę. 
Marcepan, skory do rolowania się,  z łatwością rozchodził się na grudki. Wykazywał średnią wilgotność i robił się coraz bardziej rozlazło-luźny. Zostawał najdłużej.
Krem rozpływał się w zgodzie z czekoladą, choć trochę od niej szybciej, jako że łatwo rzedł. Sam zawarł w sobie tłustą kremowość czekolady, ale raczej mocno śmietankowej białej. Potwierdziła się mazista plastyczność kremu. Pojawiła się w nim też lekka pylistość.
Na koniec zostawały nieliczne grudki marcepanu. Trochę trzeszczały i skrzypiały kiedy je gryzłam.

W smaku czekolada od początku zaserwowała mi wyraziste mleko i średnio silną słodycz karmelu. Mleko chyliło się wręcz ku śmietance, do której dolatywała leciutka, cierpka gorzkość i nieco orzechowy motyw.
Czekolada była wyczuwalna niemal cały czas, choć gdy nadzienia się bardziej rozkręcały, oddawała im pierwszy plan.
Kiedy spróbowałam jej trochę osobno, okazało się, że trochę przesiąkła alkoholami.

Wnętrze przedzierało się motywem mocnego alkoholu. Do głowy przyszła mi brandy i owocowa, cukrowo-kwaskawa nalewka, przechodząca ni wino, ni winiacz, raczej białe. Uderzyły, po czym trochę się uspokoiły.

Krem dolny nieinwazyjnie podkręcał mleczność kompozycji, podszepnął śmietankę, choć nie wkraczał do akcji jawnie.
To marcepan wyraźniej i szybciej dawał o sobie znać, roztaczając alkoholowość. Specyficznie marcepanowo ciężkawe migdały trzymały z niemal cukrową, choć soczystą brandy... acz jakby chamsko mocną, bardziej jak grappa.

Drugi krem też odezwał się poprzez alkohol. Wydał mi się mocny, wręcz dosadny i... zielono winogronowy. W pierwszej chwili wyraźnie poczułam grappę, ale gdy smak kremu się rozchodził, on też skojarzył mi się z białym winem, ale bardzo mocnym, kwaskawym i kwiatowym zarazem. Ze względu na silny mleczno-śmietankowy motyw przemknął mi przez myśl likier śmietankowy. Nie szczędził słodyczy. W tej odnotowałam biało czekoladową ciężkość i pomyślałam o kremie i/lub lodach białoczekoladowych. Z nutą... sorbetu cytrynowego? Cytryna, w niezbyt kwaśnym wydaniu, przemknęła w tle.
W kwiatowej nucie doszukałam się sugestii likieru albo likierowego syropu z kwiatów, no, powiedzmy, że czarnego bzu - tak jednak słabej, że gdybym nie wiedziała, mogłabym na to nie wpaść. Zbieranina alkoholu aż trochę gryzła w język. Ten efekt pomógł wzrosnąć słodyczy. Ta warstwa była bardzo słodka, aż trochę nazbyt drapiąca.
Wydawała się coraz cięższa wraz ze wzrostem cytryny i jej zaskakująco niskiego kwasku. Cytryna już dłużej nie czekała, wyłoniła się... i osłabła. Z czasem w rześkości, jaką podszepnęła, doszukałam się jakby syropu miętowego, ale tak delikatnego, że można by to przeoczyć.
Krem spróbowany osobno smakował głównie białą czekoladą, zielonymi winogronami i winogronową, dosadnie alkoholową grappą i likierowym akcentem a'la kwiatowym. W zestawieniu z marcepanem wydawał się bardziej namieszany gdy chodzi o alkohole i niejasny. Cytrynowa nuta i wtedy pokazywała się tylko epizodycznie.

W marcepanie brandy swoją mocą w alkoholowości dominowała, choć zza niej wychylało się też jakby kwaskawe, dosadne białe wino, które pożyczyło moc brandy i grappy. Słodycz marcepanu stanęła na średnim poziomie, choć ten cukrowy elementu alkoholu i to, jak rozgrzewał gardło sprawiał, że bardziej zwracałam na nią uwagę.
Marcepan spróbowany osobno był faktycznie mocno alkoholowy, ale powiedziałabym, że opierał się na wzmocnionej (?) brandy. Nuty białego wina podkreślała druga warstwa. Migdały jednak też bardzo wyraźnie się w nim zaprezentowały.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa warstwy bardzo się mieszały, że aż trudno jakieś konkrety wychwytywać i nazywać. Było dosadnie alkoholowo i niemal zasładzająco. Alkohol grzał w gardło i język, a słodycz się pod to podczepiała. Biała czekolada i marcepan, ogrom różnych alkoholi o charakterze soczystym, a zarazem ciężkim aż przytłaczały. Wiele słabszych nut zwyczajnie się zatracała.
Jako że dolny krem znikał szybciej, to smak marcepanu utrzymywał się dłużej. Po tym wszystkim wydał mi się nieco bardziej migdałowy - jako że alkohole już się trochę rozeszły.

Czekolada pobrzmiewała cały czas, ale końcowo odważyła się i zabrzmiała wyraźniej. Dołączyła do marcepanu. Po słodyczy wnętrza wydała mi się nieco bardziej wytrawnie-gorzka, choć wciąż też mleczna.

Gryzione na koniec drobinki marcepanu smakowały wyraźnie słodkim, wciąż trochę alkoholowym marcepanem.

Po zjedzeniu czułam się, jakby opiła się najrozmaitszych alkoholu: brandy, grappy, białego wina, likieru winogronowo-kwiatowego, likieru śmietankowego i zagryzła je alkoholowym marcepanem. Do tego zaznaczyły się kwiaty czarnego bzu, ale też jako likier. Czułam rześkość, ale nic wyraźniejszego. Biało czekoladowa słodycz i ciężkość mieszała się ze sporą ilością mleka i akcentem cytrusowym lodów lub kremu. Czekoladowa goryczka trochę to wszystko ratowała.

Czekolada nie przekonała mnie do siebie. Przytłoczyła mnie mnóstwem różnych alkoholi. Rozumiem, że można lubić alkoholowe słodycze, ale nie widzę sensu pchania do jednej tabliczki różnych, niebanalnych trunków. Przeszkadzały sobie nawzajem i zagłuszyły co delikatniejsze nuty. Nawet trudno określić, co było w której warstwie, co czym przesiąkło itd. Obstawiam, że... Marcepan był z winem i brandy, a krem z grappą, ale nie jestem pewna. Marcepan i biało czekoladowość dolnego kremu czuć dobrze, acz nie tworzyły zbyt smakowitej pary. Śmietankowość też jakoś z tymi soczystymi alkoholami mi nie leżała. Akcent niezbyt kwaśnej cytryny wydawał się onieśmielony ich oraz alkoholową ciężkością. Czułam ogromny niedosyt czarnego bzu i mięty, które prawie w ogóle się zagubiły. Naprawdę nie rozumiem, po co pchać tyle różnych składników, które tylko zagłuszają tytułowe...
Mleczna czekolada... po prostu była. Sama w sobie dobra, a jednak w kompozycji każda inna byłaby tak samo... ot, po prostu.

Nie była zła, ale dobra też nie. W moim odczuciu nie było w niej niczego, dla czego warto byłoby ją jeść. Po zjedzeniu 11 g, które mnie trochę zmęczyły (!) resztę oddałam Mamie. Ona odpisała tabliczkę w sposób następujący: "Niesmaczna, nawet nie umiem nazwać, co ja tam czułam, nawet tych niesmacznych rzeczy ponazywać. Z tego całego opisu niewiele. No, czułam marcepan, ale potem nawet on jakoś się zatracił. Alkohol czułam, ale nie jakiś konkretny. Całość taka namieszana, nieokreślona".


 ocena: 5/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, marcepan 21% (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, ekstrakt z kwiatu bzu czarnego 7% (surowy cukier trzcinowy, woda, kwiat bzu czarnego, pomarańcza, cytryna, koncentrat soku z cytryny), odtłuszczone mleko w proszku, syrop z cukru inwertowanego, białe wino 2% (zawiera siarczany), syrop skrobiowy, słodka serwatka w proszku, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), koncentrat soku z cytryny, cukier trzcinowy pełny, grappa, mięta 0,1%, sól, sproszkowana wanilia, emulgator: lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa; cynamon

niedziela, 7 czerwca 2026

Zotter Labooko fruit Johannisbeer / Blackcurrant biała porzeczkowa / z czarnymi porzeczkami

Zgłaszając dla zaprzyjaźnionej reprezentantki Zottera na Polskę, że z niektórymi nowościami chcę także tą, miałam chyba jakieś myślowe zaćmienie. Albo... nie doczytałam? I jakoś myślałam, że to będzie ciemna ze sproszkowanymi owocami, coś jak Zotter In-Fusion Sour Cherry in Cacao / Sauerkirsch in Kakao. Niestety, ta wchodziła w skład podlinii Labooko Fruit, czyli naturalnie kolorowych białych tabliczko-kuwertur ze sproszkowanymi owocami. Wzięłam ją więc w góry w listopadzie na prawie zimowe wyjście w Tatry, wychodząc z założenia, że energia się przyda. Pierwszym wybitnym szczytem, który zamierzałam tego dnia zdobyć, był Kościelec. Weszłam na niego znad Czarnego Stawu Gąsienicowego, idąc od Murowańca. Wystarczyły raczki, obyło się bez czekana i... było zadziwiająco ciepło. Kto by pomyślał? Niestety na szczycie zaczęło okrutnie wiać. Na szczęście też nie na tyle, bym musiała się obawiać, że zwieje mi czekoladę.

Zotter Labooko fruit Johannisbeer / Blackcurrant to biała czekolada porzeczkowa z czarnych porzeczek.

Po otwarciu rozszedł się delikatnie, ale wyraźnie owocowy zapach. Skojarzył mi się z dżemem z czarnych porzeczek i czarnego bzu oraz pudrowymi cukierkami porzeczkowo-malinowymi. Był kwaśny, cierpki, a jednocześnie znacząco słodki. Jakby tak dodać ogrom takich dżemów do jakiegoś trochę dusznego wege maślanego deseru. Subtelna mleczność udawała raczej roślinny zamiennik mleka.

Tabliczka w dotyku wydawała się jednocześnie sucho-pylista i tłusta. Podczas łamania trochę chrupko trzaskała, gdyż była twarda.
W ustach rozpływała się łatwo, w średnio-szybkim tempie. Miękła, zachowując umowny kształt. Mimo kremowości, była też pudrowo-proszkowa, a mazistość i soczystość łączyły się w niej w jedno. Tłustość, choć znacząca, wydawała się schodzić na dalszy plan.

W smaku szybko rozbrzmiała kwaśność porzeczek, ale jakby czarnych z dodatkiem czerwonych... W dodatku przerobionych na dżem. Kwaśność szybko zajęła wysoki poziom.

A jednak dżem zaraz dał się poznać jako dość słodki. Słodycz rosła powoli i nie nachalnie, ale zauważalnie. Nie osłabiała kwaśności, a w harmonii do niej dołączała. Oprócz dżemu poczułam pudrowość. Szybko przyszły mi na myśl pudrowe cukierki porzeczkowo-wieloowocowe.

Kwaśność porzeczek dopuściła do głosu nieśmiałe, niemal złudną nutę mleka, a ta zasugerowała jogurt. Jogurt wymieszany z dżemowym wsadem, który opierał się na czarnych porzeczkach, ale nie był tylko z nich. Wraz ze wzrostem słodyczy, jakoś mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, przyszły mi do głowy maliny. To głównie ich trzymało się pudrowe echo.

Słodycz jednak nie ograniczała się do owoców. W tle zaznaczyła jakby szlachetność, może nawet ciężkawą, ale przyjemną.

Jogurt czy raczej jogurtowy deser miał w sobie coś z wegańskich, roślinnych budyniów. Za nim chował się maślany motyw białej czekolady - starała się zostać incognito i nieźle jej to wychodziło. Czasem udało mi się uchwycić niemal karmelowe echo, ale przeważnie zaraz tonęło w oceanie soczystych owoców.

Ogólna owocowość starała się jak mogła, by zafundować mi soczystość i kwaśność. Z powodzeniem.

Kwaśne, dżemowe czarne porzeczki mieszały się ze słodszymi malinami, a jednak na koniec uparły się co do cierpkości. Tu prędko podkradły się jeszcze owoce czarnego bzu.

Końcowo w gardle czułam lekkie pieczenie, powiedziałabym, że splotu kwasowości i słodyczy, choć słodycz działała jakby trochę z ukrycia.

Po zjedzeniu został cierpki posmak dżemu z różnych leśnych owoców, w tym porzeczek, lecz choć głównie czarnych, to też trochę czerwonych, oraz malin, jednak także cukierkowa pudrowość i maślany motyw jakby słodkiego budyniu owocowego, z - tu już się zdradziła - białą czekoladą, i to w ilości pokaźnej. Przez motyw białej czekolady i kontrast, jaki powstał przy jej styku z cierpkością, pudrowy motyw trochę nazbyt irytował.

Tabliczka bardzo udana, bo wolna od zasładzania i ciężkości białych czekolad. Choć nie wyszła tylko czarno porzeczkowo, była cudownie kwaśno-soczysta, lekka. Fundowała cały bunkier owoców, m.in. czerwonych porzeczek i malin, czarnego bzu. Wydawało się, że jest tam jeszcze więcej różnych owoców, acz trudno je ponazywać. Nie była zbyt biało czekoladowa ani ciężka. Szkoda tylko że posmak do najlepszych nie należał i że rozpuszczała się tak szybko, ale przynajmniej bez najmniejszego oporu (a nie ukrywam, że tego się trochę obawiałam).
Choć smaczna, to jednak na tyle "słodyczowa", a nie czekoladowa jak lubię, że bez żalu resztkę - jakieś 8 g - oddałam Mamie. Nie, że nie zmogłabym, ale bardzo chciałam jej taką ciekawostkę pokazać.

Od Mamy usłyszałam: "Była bardzo smaczna! Taka na 8-9. Lekka, kwaśna, soczysta, mało białoczekoladowa w sumie. Bardzo przyjemna, mocno owocowa, ale niejednoznaczna. Powiedziałabym, że malinowa. Czarnych porzeczek bym nie zgadła, ale jak tak myślę... no może faktycznie. Ale też pewnie nie każdy owoc jest tak samo łatwo zrobić w czekoladzie, by było go wyraźnie czuć".


 ocena: 8/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy 33%, liofilizowane czarne porzeczki 12%, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa

niedziela, 26 kwietnia 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Ananas, Jagody Goji, Czekolada Karmelowa z ananasem, goji i zdobieniami z czekolady karmelowej

Ta czekolada z jednej strony mnie kusiła, z drugiej wydawała się nie po mojemu. Jagody goji w czekoladach są według mnie bardzo pomijane, co mnie smuci, bo wydają się zacnym dodatkiem. Składając zamówienie ucieszyłam się (trochę się z tym pospieszyłam), bo wyglądało na to, że wreszcie udało mi się upolować tabliczkę z kakao Ekwadoru, tej marki (była pierwszą, na jaką trafiłam i miesiącami miałam zamiar ją zamówić aż nagle wycofali dokładnie wtedy, gdy składałam zamówienie). Ta więc wydawała się skrojona pode mnie. Gdy jednak otworzyłam paczkę, okazało się, że i tutaj bazę stanowi czekolada z kakao z Nikaragui. No, i jeszcze ten ananas... Świeże w sumie lubię, choć jadam raz na parę lat. Suszony mnie nie przekonuje, a tym bardziej w formie wielkiego plastra. Jak to się będzie łamało? Miałam się przekonać na najwyższym punkcie jednej z wrześniowych wypraw, na Lodowej Przełęczy, na którą weszłam po Czerwonej Ławce, zielonym szlakiem z Razcestie pod Sedielkom. Chwilę nacieszyłam się nią i widokami (wreszcie na nie trafiłam! gdy byłam poprzednio, nie było nic a nic widać), po czym zeszłam do Schroniska Teryego i potem do Starego Smokoveca.

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Ananas, Jagody Goji, Czekolada Karmelowa to ciemna czekolada o zawartości 70%  kakao O’Payo fermentowanego w beczkach po rumie z Nikaragui z suszonym ananasem i jagodami goji oraz zdobieniami z czekolady białej karmelowej.

Po otwarciu poczułam intensywny, kwaskawo-ziołowy, soczysty zapach ciemnej czekolady. Czuć w niej owoce egzotyczne (m.in. ananasa z... brzoskwinio-nektarynką?) i cierpkiego rokitnika, może cytrusowy akcent. Powagi dodała jej odrobinka ziemi. Czekolada zdominowała kompozycję, ananas tylko lekko za nią pobrzmiewał, podpinając się pod jej ananasową nutę. Acz gdy wąchałam spód, owoce odzywały się wyraźnie. Słodki suszony ananas wydał mi się dziwnie ciężki, doszukałam się cierpkości goji, acz nie upierałabym się, że to je czuje. Całość była średnio, nienachalnie słodka. Wydaje mi się, że czasem w słodyczy przemykało nawet echo toffi.

Tabliczka była twarda, ale raczej chrupała niż trzaskała. Łamanie utrudniał dodatek plastra ananasa, który wyginał się i rwał bardzo niechętnie. Trudno go było przerwać, a czekolada dziwnie się przy nim też niezbyt chętnie chciała podzielić. Pękała, ale trzymana przez owoc, nie dzieliła się. Pod naciskiem palców ananas lekko się uginał, a porwany, podzielony kleił się do rąk. Jagody goji jawiły się jako jędrne. Dodatki trzymały się bardzo mocno. Karmelowe zdobienie także. Nie odpryskiwało ani nic, ale da się je w miarę łatwo oddzielić zębami od ciemnej.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, zmieniając się w mazistą zawiesinę, w której kryła się pylistość. Po chwili już nawet nie próbowała utrzymać swego kształtu, roztaczając wokół soczystość. Ta była bardzo wysoka.
Zdobienie z białej karmelowej czekolady nie wyróżniało się szczególnie mocno, jednak odnotowałam jego lekko kremowe i proszkowo-ulepkowate wtrącenia. Znikało szybciej od ciemnej.
Owoce w tym czasie nasiąkały i upuszczały swoją soczystość. Soczystość owoców była wyważona. Odpadały od czekolady, ale częściowo starały się jakby nią osłaniać. Ja wolałam gryźć je na końcu, gdy czekolada zniknęła.
Z ciekawości ze trzy razy zabrałam się za owoce wcześniej. Pokazały się wtedy z masywniejszej, nieco twardszej strony. Ananas lekko skrzypiał, a goji po prostu były twardsze. Tylko czekolada przypominała tłusto-wodnisty ulepek.
Owoce gryzione na końcu, po zniknięciu czekolady, były wilgotniejsze i bardziej miękkie. Ananas poszedł w trochę gąbczastym kierunku i wlepiał się w zęby. Goji zaś aż zaskoczyły soczystością. Wciąż były jędrne, ale zarazem trochę farfoclowe. Ich pesteczki lekko chrupały.
Całość zostawiała nieco sucho-cierpkie wrażenie.

W smaku... Dużo zależało, jaki kawałek ugryzłam.

Tam, gdzie była sama ciemna czekolada, smakowała wyraźnie jak czysta (Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo). Nie przesiąkła dodatkami. Zafundowała mi więc rześki, kwaskawy splot egzotycznych owoców, w tym ananasa, moreli, brzoskwiń, z rokitnikiem, dziką róża, znacząco osłodzonych gruszkami i miodem, który to z kolei mieszał się z ziołową pikanterią. Gorzkość jawiła się jako oszczędna, a słodycz znacząca i trochę kandyzowana.

Tam, gdzie zdobiła ją czekolada karmelowa, było nieco bardziej słodko. Zdobienia wprowadziły lekko maślano-toffi akcent, dosłownie sugerowały odrobinkę mleka oraz trochę hamowały soczystość i kwaśność czekolady ciemnej, ale zaraz przegrywały z nią i odchodziły w niepamięć. W zestawieniu z owocami te karmelowe maźnięcia smakowały jeszcze delikatniej. Czasem można je było wręcz przeoczyć. Po zniknięciu jednak sprawiała, że ciemna jawiła się jako kwaśniejsza.
Karmelowe zdobienia, spróbowane osobno, okazały się słodkie, ale nie za mocno. Kojarzyły mi się z toffi i mlekiem skondensowanym. A do tego odnotowałam mleko w proszku.

W przypadku kęsów z goji, jagody długo się ukrywały, dopiero z czasem zaczynały podkreślać to i owo.
W kęsach z ananasem, ten od razu wyskakiwał na przód, przed czekoladę, zaskakująco udanie udając ananasa świeżego, słodkiego i soczystego, po czym trochę się cofał i pobrzmiewał dziwną słodyczą, dopuszczając czekoladę. Czekolada i ananas stały na równi.

Ananasa nie musiałam gryźć, by go dobrze poczuć. Pobrzmiewał dziwnie, jakby kandyzowaniem; kandyzowanym, niedookreślonym żółtym owocem. Przemknęła mi w nim nawet jakby... pikanteria? Splótł się tym samym z kandyzowanym motywem samej czekolady. Podkreślił go. Ananas przy czekoladzie robił się coraz słodszy, aż słodko-ciężki, ona zaś rozkręcała się w swej kwaśności. Sama w sobie wydawała się ananasowa - świeżo - trochę brzoskwiniowo-rokitnikowo-cytrusowa. 

Goji jakoś mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa podkreślały kwasek i cierpkość owocowego wątku bazy. Do głowy przyszła mi dzika róża, a rokitnik się nasilił. Ogólnie te owocowe nuty miały więcej do powiedzenia niż w czystej tabliczce.

Goji w zestawieniu z ananasem trochę się gubiły. Ananas bowiem był bardzo władczy. A jednocześnie nie taki znowuż ananasowy. Czuć, że był suszony, ale wzbogacił to o owocową pikanterie i jakby echo umami. Czasem miał w sobie coś alkoholowego, jak nalewka ananasowa.

Ananas gryziony wcześniej wychodził lepiej, bardziej ananasowo soczyście i czasem nawet kwaskawo, ale czekolada wtedy szła w słodszym, kandyzowano-lukrowym kierunku i zwyczajnie wydawała się gorsza.
Jagody goji gryzione wcześniej bez trudu się przebijały i smakowały wyraźnie słodko-cierpko-goryczkowato, tylko trochę osłabiając czekoladę.
Ogólnie więc i tak zostawiałam dodatki na koniec.

Spod dodatków gorzkość prawie się nie wychylała. Czułam jedynie jakby kwasko-gorzkawość ziół. Czasem wiązały się mocno z ananasem i goji, ale nie tylko. Baza z dodatkami wydawała się bardziej ziołowa, nie gorzkawa czy pikantna - połączyła te dwa wątki czystej. 

Z czasem ananas i ta ziołowa baza wyszły ciężko w leśny, wilgotny sposób. Wyobraziłam sobie leśny, jakby wręcz owocowy miód, o niemal ziołowo-alkoholowej duszności, a także egzotyczny, mieszany dżem i... jakieś fusy. Słodycz bazy uszlachetniła się.

Co ciekawe, gdy po paru kęsach z owocami, zrobiłam kęsa samej ciemnej czekolady, była przede wszystkim soczyście kwaśno owocowo egzotyczna i leciutko dżemowa.

Dodatki gryzione na koniec skupiały na sobie prawie całą uwagę. Łatwiej przychodziło to ananasowi. Niewątpliwie suszonemu, ale takiemu, który za wszelką cenę próbuje zaserwować coś jeszcze. Miał w sobie coś ze świeżego, coś z dżemu... Ależ on był słodki! Aż dziwnie i trochę wciąż tak ciężko-słodki. Goji przy nim czuć słabiej. Wolałam więc nie łączyć dodatków. Same w sobie bowiem były petardami swego słodko-goryczkowato-cierpkiego smaku.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków, raczej i częściej słodkiego, soczystego ananasa. Cierpkie, goryczkowate i słodkie goji też nieźle sobie radziły. Czekolada stała dopiero za nimi jako splot kwaskawo-słodkich owoców egzotycznych i cytrusowych. Czułam lekką pikanterię ziół i jakby owoców (?), a także wysoką rześkość wody i egzotyki, zestawionych jednak z jakimś mocno mieszanym, niejednoznacznym dżemem i motywem suszono-kandyzowanych owoców (na tej płaszczyźnie spotykały się nuty czekolady i dodatków).

Tabliczka mogłaby mieć 9 gdyby nie forma - ten plaster ananasa to naprawdę kiepski pomysł. Przez niego tabliczka była bardzo niewygodna w jedzeniu i dzieleniu. Takie rozmieszczenie dodatków przełożyło się też na efekt zbieraniny różności, nie spójną kompozycję. Nie przekonuje mnie też karmelowe zdobienie - było zupełnie zbędne. Jasne, i tak było smacznie, ale można to było zrobić lepiej. Na pewno jagody goji z tą bazą wyszły świetnie. Ananas sam w sobie nie wyszedł tu najlepiej, ale trochę dobrego zrobił. Ciekawie podkreślił soczystą kwaśność i ziołowość bazy, więc w sumie też na plus, ale wolałabym, by dodano go mniejsze kawałki.
Cieszę się, że trafiło, że to właśnie nikaragujskie kakao poszło pod te dodatki.


ocena: 8/10
cena: 35 zł (za 90g)
kaloryczność: 521,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, ananas suszony, jagody goji, lecytyna słonecznikowa