Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: ryba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: ryba. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 czerwca 2023

Zotter Heart, Soul & Raspberry Fish / Herzblut & Himbeerfisch mleczna 50 % z nugatem dyniowym, kremem malinowo-kokosowym, kremem marshmallow z pstrągiem i przyprawami, czekoladowym kremem z białym winem, grappą i krwią wieprzową oraz warstwą białej czekolady karmelowej

"Czekolada z rybą" mogłaby kogoś zszokować, ja jednak widziałam już tyle, że... mnie nie rusza. Ani na plus, ani na minus. Obecnie jednak nie szukam czekoladowych przygód wśród dziwności, wolę odkrywać nuty czystych ciemnych. A mimo to, z racji współpracy z Zotterem, czasem tej marki jakieś mniej moje wybieram i próbuję. Tabliczki na 30-lecie ich czekolad typu "hand-scooped" (ręcznie czerpanych, czyli nadziewanych) nie mogłam przegapić. I właśnie nią była czekolada o rybiej duszy i sercu. Czułam, że to... "ryba trochę odgrzana", w sensie nic szczególnie nowego, bo Pink Coconut and Fish Marshmallow (2016) już była i jadłam ją. Ciekawa zabawa, bo w smaku była delikatnie rybia, bardziej jej forma działała na wyobraźnię. Jakby jeść rybę! Jednorazowo - super. Dzisiaj przedstawiana zyskała wiele warstw i nie zagłębiając się w to, czym jest, zdecydowałam się. Zabawa odpadała... czyżby teraz chodziło bardziej o smak? I gdy przepisywałam opis i skład, poraziła mnie jedna rzecz... dodano do niej jeszcze krew (może gdybym zwróciła uwagę na tytuł oryginału HerzBLUT...). Obecnie, gdybym wiedziała to wcześniej, chyba bym się nie porwała. W czasach, gdy kręciły mnie czekoladowe dziwa, jadłam HimbeerBlut / RaspberryBlood (2015), ale takie coś jednorazowo mi wystarczyło, mimo że to w sumie była smaczna czekolada. Potem poznałam bowiem jeszcze CHOCOshot Vampirikum płynny krem śmietankowy z czarnym bzem i malinami oraz krwią, który obudził we mnie negatywne emocje i po prostu był niesmaczny. To wszystko i jeszcze sam fakt, ile do jednej tabliczki napchano (wygląda, jakby dodano warstwy Sweet Greetings from Styria), nastawiło mnie końcowo jakoś negatywnie. Nie lubię przeładowanych rzeczy i jedzeniowych śmietników. Tę więc jakoś bardziej chciałam chyba... po prostu zaliczyć, jakkolwiek źle to brzmi.


Zotter Heart, Soul & Raspberry Fish / Hezblut & Himbeerfisch to mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana (5%) nugatem / praliną z pestek dyni, (21%) kremem malinowo-kokosowym z wiórkami kokosowymi, (12%) kremem marshmallow z białej czekolady z rybą pstrągiem i przyprawami, m.in.  i (21%) czekoladowym kremem z białym winem Muscaris, grappą i krwią wieprzową oraz (9%) warstwą białej czekolady karmelowej.

Po otwarciu poczułam taki natłok najrozmaitszych, niepasujących do siebie i dziwnych zapachów, że aż nieco się skrzywiłam. Poniekąd nawet było w tym coś smakowitego, ale i sporo odrzucających elementów. Spód pachniał bardziej czekoladowo, wyraźnie czuć alkohol, ale i wręcz cukrowo-karmelową słodycz. Całość cechowała korzenność, pikantna i charakterna, ale i silna maślaność, mleczność. Do niej przylepiła się pudrowość - wierzch zdradzał kokosowość i pewną soczystość. Po przełamaniu wyraźnie wyłoniły się trochę cukierkowe maliny, rodzynki i winogrona, ale też uderzył mocny alkohol, w wydaniu karmelowo-cukrowym i czekoladowym (mnie przywiódł na myśl brandy). Nasilił się też kokos. Do tego snuła się tam biała czekolada o śmietankowo-maślanym, ciężkim charakterze i przyprawy bardziej... koprowo-cebulowe? Niedookreślone. Cały zapach na pewno był bardzo ciężki i aż przytłaczający.

Całość była niby dość konkretna, ale wgniatająca się z góry i tam miękkawa, a niewątpliwie twardsza  do pewnego stopnia od dołu. Nic jednak nie trzaskało. Galaretka marshmallow za to ciągnęła się jak wyżuta i stwardniała guma do żucia, po czym rwała się.
Cienka warstwa czekolady kryła wielowarstwowe wnętrze. 
Nugat z pestek dyni był... nugatowy tylko po części. Wyglądał na suchy i kruchy, za to dwa pozostałe kremy już na oko były mazisto-tłuste i bardziej miękkie. To jednak tylko złudzenie.
W ustach czekolada rozpływała się gęsto-kremowo, tłusto w pełnomleczny sposób.
Biała karmelowa ze spodu okazała się integralnie z nią kremowo-tłusta, może bardziej maślana i pylista, ale też gęsta.
Także nadzienia zgrały się z czekoladami, rozpływając się powoli i mniej więcej równo. Pianka marshmallow rozpuszczała się jak zżelowana guma rozpuszczalna, ewidentnie najdłużej.
Nugat był trochę tłusto-nugatowy, oleisty i niby gładkawy, acz z jakby przemielono-grudkowym, trochę marcepanowym elementem. Cechowała go mazistość i ciężkość.
Kremy wyszły niby lżej, ale też tłusto. Czekoladowy krem z winem był mazisto-miękki i rzadkawy, wypełniony drobinkami i skórkami rodzynek, które się z niego wyciągały. Zawarł w sobie lekką soczystość i scukrzenie.
Różowy krem malinowo-kokosowy z kolei był i tłusty, i pylisty, i soczysty. Maział się miękko i rzadko, a do tego lepił się. Wypełniało go całe mnóstwo gigantycznych, średnich i malutkich, trzeszczących wiórków. 
Biała pstrągowa galaretka rozpuszczała się opornie, gumiasto-gumkowo i lepko. Trochę szła w grudki i przypominała bardziej piankową gumę do żucia. Czuć w niej jakby lekkie scukrzenie, drobinki przypraw, pylistość i też lekką tłustość. 
Po wszystkim zostawały miękko-nijakie rodzynkowe farfocle, w większości skórki i przyjemnie trzeszczące wiórki kokosowe o niemal soczystej, świeżej strukturze. Część z nich była rozdrobniona, część pokaźnych rozmiarów. No i... czasem galaretka zalegała nieco dłużej.
Całość wydała mi się... obleśna i śmietnikowo namieszana, przeładowana. Odpychająco lepko-tłusta.

W smaku najpierw odezwała się czekolada mlekiem i karmelową słodyczą. Przejawiała orzechowy charakter, podkreślony lekką goryczką kakao, ale znacząco przesiąkła też wnętrzem. W całości jednak nikła, nie grając zbyt istotnej roli.

Już ważniejsza wydała mi się biała karmelowa czekolada, która ciężkawo-maślany, waniliowy i delikatniusi (niemal krówkowy?) karmel wprowadzała już po paru sekundach i trwała w tle.

Krem czekoladowy z winem podpiął się pod nią integralnie, podwyższając słodycz. Miał karmelwo-cukrowy wydźwięk, podbity procentami. Nie powiedziałabym, że wina, raczej jakieś karmelowego brandy. Z czasem, gdy krem mieszał się z resztą, w ogóle powiedziałabym, że to "po prostu mocny alkohol". Nadzienie zasładzało i roztaczało maślaność, soczystość rodzynek i winogron oraz... metaliczność. Pobrzmiewała raz po raz, czasem się chowała, ale gdy spróbowałam ten krem osobno, czuć to wyraźnie (obstawiam... krew?).

Maślaności dołożył też nugat dyniowy. Przetarł sobie drogę przez słodycz delikatną słonością. Robiło się coraz cieplej, pojawiać się zaczęły przyprawy, w tym na pewno cynamon. Mieszał się z goryczką prażono-pieczonych pestek dyni. Niby je czuć, ale tak delikatnie, że w sumie mogłyby umknąć. Jego smakowa tłustość - z czasem bardziej oleistość? - za to nie umykała. Z czasem i on wydawał mi się coraz bardziej słodko-mdły. 

Początkowo krem malinowo-kokosowy czy galaretka z pstrągiem w zasadzie głównie słodycz podbijały. Trochę tylko podkręcały kolejno soczystość i przyprawy. Ogólnie całość, gdy się tak rozpływała, chwilami była tak namieszana, tak w niej wszystkiego dużo, że wydawała się aż dziwnie nijaka.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odezwał się wyraźniej malinowo-kokosowy krem i marshmallow. 
Ten pierwszy roztoczył smak pudrowo-mydlany oraz kwaśność. Poczułam cukierkowo-pudrowe maliny, podkręcone soczystą kwaśnością chyba cytryny... Która zaraz nikła, na pewien czas zostawiając jednak smak syropu malinowego. W całości podkreślała się nawzajem z soczystością kremu czekoladowego, ale potem malinowość wydała mi się trochę bardziej naturalnie owocowa, choć w kontekście owocu suszonego. Kokos wyszedł delikatnie, trochę śmietankowo, ale przez dłuższy czas ledwo-ledwo się przebijał.

Marshmallow nie miał takiego problemu. Wydał mi się cukrowo słodki, specyficznie piankowy, ale też trochę biało czekoladowy, a jednocześnie wytrawny za sprawą przypraw. Wyraźnie, zwłaszcza gdy próbowałam osobno, wyłoniła się cebula, koper włoski, czosnek i cebula... Trochę było tu korzennych, ale... I pewien chłodek? Mięta, niedookreślone zioła dopuściły w końcu do głosu rybną nutę. Bliżej końca bardziej wyczuwalna, bo tak to jedynie epizodycznie była "do wyłapania". Mieszała się z ogólnie przesadzoną słodyczą, wanilią i karmelem, co pod koniec na zasadzie kontrastu ją uwypuklało. 

Czekolada karmelowa pobrzmiewała w zasadzie cały czas, ale z czasem wyszła bardzo wyraźnie. Biała czekolada o zdecydowanie maślanym wątku i delikatny, maślany, niemal krówkowy karmel lub karmelowo-krówkowe mleko skondensowane zasładzały, aż drapiąc w gardle. Pomagał alkohol z czekoladowo-winnej części.

Krem malinowo-kokosowy mieszał się z czekoladą karmelową motywem białej czekolady. Dużo śmietanki, masła i drapiąca słodycz w nim splatała się ze słodyczą pudrową i mydlaną. Maliny z czasem przycichły, a kokos, który początkowo ledwo się przebijał, przemieszał się ze śmietanką i sam na dobrą sprawę zabrzmiał dopiero bliżej końca. Wiórki podkręciły jego smak, wychodząc klarownie i smakowicie, ale całości niezbyt to pomogło.

Wszystko się mieszało, splatało i gryzło. Przytłaczało, zasładzało i męczyło.

Czekolada odeszła w niepamięć, może jeszcze jakoś na końcówce się przewinęła, ale niewyraźnie. Chyba alkoholowość i natłok smaków ją tak spłyciły. 

Gdy prawie wszystko rozpłynęło się, na języku zostawały różne kawałki i piankowo-zżelowany, powoli rozpuszczający się marshmallow. Kokosowe wiórczyska, wiórki i drobinki rzeczywiście smakowały sobą, wiórkowymi, nawet niegryzione. Trafiły się też skórki rodzynek, które niewiele wnosiły. Z długo zalegającej pianki natomiast wypływały pstryczki przypraw wytrawniejszych przypraw i wędzona ryba. Bardzo wyraźna i jednoznaczna. Ta warstwa trochę chyba przesiąkła malinowo-kokosową, bo i na koniec odnotowałam ulepkowato-pudrowocukierkowe maliny, które w zestawieniu z pstrągiem i przyprawami wydały mi się aż karykaturalne.

Gryzione na koniec wiórki te nieprzyjemne smaki w większości zagłuszyły. Były bowiem kokosowymi eksplozjami.

Po zjedzeniu zostało przecukrzenie, zatłuszczenie oraz posmak... Dziwny. Karmel, mleko i pudrowość, cukierkowość przemieszały się z wytrawnymi przyprawami, goryczką pestkowo-owocową, a także grzaniem alkoholu, zmieszanego z grzaniem słodyczy. Na szczęście wyraźnie czułam też smakowicie soczystego kokosa, którego wiórkowość próbowała wszystko jakoś wygłaskać.

Całość wyszła... po prostu niesmacznie. Ciężka, przesłodzona i maślana biała czekoladowość, piankowość i cukierkowość z mnóstwem maślaności, oleistości i mydlaności oraz wytrawnymi przyprawami, nutami metalicznymi i cebulowo-rybnymi wyszły obleśnie. Niedookreślone było tu wszystko. Jakiś kwasek, jakiś alkohol, jakieś przyprawy i jakaś cukrowość... Niby smakowo czuć, co tam miało być, ale epizodycznie i nie wszystko - choć to nawet lepiej patrząc, co tam Zotter napchał. Epizodycznie może nawet kompozycja zasugerowała, że pójdzie we w miarę ok kierunku, gdy np. maliny, karmel czy kokos lepiej się pokazały, ale potem pojawiało się coś, co wszystko zburzyło.
Konsystencja nieprzyjemna i też przeładowana. Tłusto, lepko, maziście... dużo wszystkiego, a naprawdę nie wiadomo czego. Dużo wszystkiego, a nic przyjemnego... Zmęczyłam 1/4, by się wczuć pod recenzję i w ogóle, wszystko to połapać, ale w zasadzie już po kęsie miałam ochotę to zostawić.
Nie wiem, po co taki tabliczkowy śmietnik robić. To chyba najgorsza czekolada Zottera, jaką jadłam - dosłownie stworzona z tego, co mi w poszczególnych jego tabliczkach nie smakowało.

Mama, to co jej oddałam, zjadła w przeciągu dwóch dni. Usłyszałam: "pierwszego dnia to w sumie niewiele czułam z tego, co jest w opisie. Dla mnie to ona taka głównie słodko-mleczna, z przyjemnym, soczystym kwaskiem, który pojawiał się chwilami, ale nie umiem go nazwać. Czasami też potem wychodził taki dziwny posmak przypraw i ryby chyba, który w sumie mi nie przeszkadzał, ale wolałabym go nie czuć. Drugiego dnia w ogóle gorzej to odebrałam, bo ten posmak bardziej dawał mi się we znaki i mnie obrzydzał. Nie wiem, po co to takie dziwne coś robić, bo to takie niefajnie dziwne".


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 17,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 508 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko pełne w proszku, syrop skrobiowy, karmelizowane mleko w proszku (mleko odtłuszczone w proszku, cukier), pestki dyni, chipsy kokosowe, białe wino Muscaris (zawiera siarczany), mleko, pstrąg, mleko odtłuszczone w proszku, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), masło, koncentrat ananasowy, mleko kokosowe (kokos, woda, substancja zagęszczająca: guma guar), rodzynki, koncentrat soku z cytryny, żelatyna, cebula, sproszkowany kokos (pasta kokosowa, mleko kokosowe, mąka kokosowa), krew wieprzowa, suszone maliny, cała laska trzciny cukrowej cukier, słodka serwatka w proszku, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, sól, grappa, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon, lecytyna słonecznikowa, ziele angielskie (pimento), koper włoski, mięta, gałka muszkatołowa, pieprz, liście laurowe, chilli "Bird's eye"

sobota, 14 stycznia 2023

Rózsavolgyi Csokolade Sushi in White Chocolate biała z matchą, puffingowanym ryżem, czarnym sezamem, olejem z łososia i imbirem

O tej czekoladzie wspomniałam już przy Rozsavolgyi Chuno Nicaragua - Jinotega 72%. To właśnie ją postanowił mi kupić ojciec i razem zapłacić za przesyłkę. Mnie urzekło opakowanie (wydało mi się połączeniem moich tatuaży: z motywem sushi oraz czekoladą, bo też obrazek taki "rysowany"), bo smak samej czekolady nie bardzo - w końcu to biała i "dziwna", a obecnie jakoś i te bardzo dziwne przestały mnie ciekawić (wolę po prostu pyszne czyste ciemne). Kocham sushi, ale tu jestem dość konserwatywna - ryba musi być surowa i żadne jakieś opcje na słodko mi się nie podobają. Wracając do czekolady... Skład przeczytałam dokładnie (wcześniej wiedziałam tylko, że to pewnie "biała z dziwnymi dodatkami") dopiero, gdy do mnie dotarła i... nie ukrywam, że dwie rzeczy mnie przeraziły. Prażono-dmuchany ryż, bo go nie cierpię oraz... olej z łososia. Owszem, jadłam z wędzonym łososiem (Modern Dwellers Smoked Salmon 65% Chocolate Square), ale wytrawne ciemne czekolady wędzonymi nutami z czymś takim potrafią się zgrać, by jakoś smakować, natomiast coś takiego? Przerażało mnie. Tym bardziej, że nie lubię, gdy nawet w samym łososiu trafia się za dużo tego białego tłuszczu. Tylko że o ile w sushi to jakoś przejdzie, tak w czekoladzie...? No i zaczęłam się bać, jaki imbir dodali. Korzeń oraz sypką przyprawę lubię, ale tego do sushi nienawidzę. No cóż, poniekąd sama chciałam.

Rózsavölgyi Csokoládé Sushi in White Chocolate to biała czekolada (zawartość tłuszczu kakaowego to 29%) inspirowana sushi, czyli z zieloną herbatą matcha, puffingowanym ryżem, czarnym sezamem, olejem z łososia i imbirem.

Po otwarciu poczułam dominujący zapach nieco "gloniastej" zielonej herbaty matcha. Rozlewała się na nieśmiałym, białoczekoladowym tle o raczej niskiej słodyczy. Inne elementy jakoś się ukryły, nawet, gdy wąchałam spód. Może i wyłapałam pewną roślinność, ale podporządkowała się matchy.
Raz i drugi, naprawdę mocno się wczuwając, wyłapałam chyba pobrzmiewający odlegle olej, jakby motyw wędzonego łososia - właśnie o oleju z takiej pomyślałam, nie o samej rybie w sumie, i... to było tak delikatne, że nie wiem, na ile wynikało z obecności dodatku, na ile ze skojarzeń (niektórzy przecież samej matchy przypisują trochę rybie nuty).

W dotyku tabliczka była tłusta, jednak to, że cechowała ją miękkość, wyszło dopiero przy łamaniu. W zasadzie rozpadała się wtedy, bo sama w sobie była wgniatająco-miękka i krucha, a ogrom ryżu jednak odpowiadał za pewien konkret. Ten łamał się krucho-chrupko lub zostawał i "wyciągał" z masy czekoladowej. Umieszczono go głównie na spodzie, ale nie jako "posypka", a dodatek zalany czekoladą. Sezam znalazł się z kolei w masie "po całości", acz też najwięcej skumulowało się go na spodzie, wśród ryżu.
Odgryzając kawałek miałam wrażenie, jakbym wgryzała się w nadtopione, miękkie masło, pokrywające konkretniejszy ryż. Nie było to przyjemne.
W ustach miękła prędko i dość szybko się rozpływała. Potwierdziła swoją tłustość. Była idealnie gładka, niemal śliska. Cechowała ją śmietankowość i oleistość.
Dość szybko wyłaniały się spod niej duże ziarenka dmuchanego, białego ryżu. W dłuższym kontakcie ze śliną oczywiście nasiąkał, rozmiękał i rozpływał się, a gryziony okazał się delikatny, krucho-chrupki. Nie obklejał zębów, nie męczył. Popisał się jakością. Tonował zdecydowanie za tłustą, miękko-rzadkawą czekoladę, co wyszło na plus, mimo że dodali go bardzo, bardzo dużo, że wyszedł efekt szyszko-batona z ryżu oblanego czekoladą (acz i tak było jej dość sporo).
Sezamu dodano więcej niż na to wygląda, ale oczywiście mniej niż ryżu; wystarczającą ilość. Był chrupiąco-strzelający, a im dłuższej gryziony tym bardziej trzeszczący.
Dodatki o zacnej strukturze w odpychająco i nieszczególnie czekoladowo tłustej tabliczce, ot, co.
Co ciekawe, niezależnie od tego, jak ułożyło się kawałek w ustach, smaki rozchodziły się podobnie. Z tą różnicą, że gdy ryżem na język, to delikatniej (bo czekolada wiadomo, spływała po ryżu).

W smaku pierwsza wystrzeliła wysoka słodycz. Reprezentował ją zwykły cukier, który mi szybko zaczął przeszkadzać.

Zaraz jednak dołączyła do niego mdława nutka oleju... Oleju wytrawniejszego, niedookreślonego... Mieszającego się z delikatnym mlekiem.

I nagle słodycz pokazała się jako matcha latte, czyli ta zielona herbata zrobiona ze spienionym mlekiem. Do cukru dołączyła wanilia, a matcha odważnie, na zasadzie kontrastu, torowała sobie drogę  wytrawniejszą, ziołowo-algową nutką. Mignął mi ledwo uchwytny rybi wątek, po czym matcha wspięła się na wyżyny. Przez chwilę przygłuszyła słodycz, jednak zaraz się wycofała. Czułam wciąż wyrazisty smak delikatnej matchy, która naturalnie jest trochę słodkawa.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa matcha oddała sporo miejsca dla mocno maślanej białej czekolady. Maślano-śmietankowa nuta była nową siłą napędową dla słodyczy. Drastycznie i szybko rosła. Tym razem cukier zdecydowanie górował nad szlachetniejszą wanilią. Ryż, choć początkowo niewiele wnosił na smak, trochę jakby rozrzedzał tę słodycz. Co jednak nie stanęło na drodze temu, by w gardle zaczęło mnie strasznie drapać od słodyczy ogólnej. Czasem już w tym momencie zaznaczała się drobna pikanteria.

Zielona herbata matcha pobrzmiewała do końca bez większych problemów, a do mleko-śmietanki zaczęło dopływać coraz więcej nut oleju i masła. Mieszając się, znów wydobyły coś wytrawniejszego... Po chwili rozpoznałam rybią nutkę (rzeczywiście pomyślałam o łososiu, a dokładniej o jego białych paskach tłuszczu).

Nagle w tym wszystkim po dłuższym czasie zaczynała się tlić drobna ostrość. Poczułam ciepło, a drapanie słodyczy w gardle trochę wsparła rozgrzewająca ostrość. Ujawnił się subtelny imbir. Wtedy też dodatki zaczęły fizycznie wyłaniać się spod czekolady.

Niegryziony sezam nie wnosił nic, natomiast ryż trochę neutralniejszy wątek, którym osłabiał słodycz i jakby "czyścił" scenę pod olej, maślaność. 
Zdarzyło mi się nadgryzać dodatki "obok" czekolady pod koniec, ale większość zostawiałam już gdy ta zniknęła. Czasem właśnie jakby spomiędzy ciamkanych dodatków wypływała pikanteria.
Ryż gryziony okazał się bardzo zachowawczy, nie przygłuszał innych smaków. To delikatny, dmuchany ryż dobrej jakości, bez cienia goryczy itp. Wyszedł trochę papierowo (to stwierdzenie neutralne, chodzi mi o cechę raczej charakterystyczną; ja go tak odbieram), a jednak... smakował lekko ryżowo. Wydaje mi się, że jakoś swoim nijakim wątkiem podkręcał się wzajemnie z mdło-oleistą nutką. I trochę na koniec tonował słodycz.
Sezam gryziony dał się poznać jako roślinnie wytrawny. Był wyrazisty, trochę gorzkawy i sprawiał wrażenie surowego. Z mgiełką imbiru, wyłuskał z całej tej mieszaniny myśl o oleju, opakowaniu po wędzonym łososiu (oczami wyobraźni widziałam pustą paczkę po jego plastrach, nie samą rybę).

Po zjedzeniu został posmak białej, mocno maślano-mlecznej i przesłodzonej czekolady (jednak dobrej jakości, nie ciężkiej) wraz z ciepłem w gardle, na które złożyła się i słodycz, i nienachalny imbir. Ten czuć wyraźnie, ale właśnie - nie dano go dużo. Do tego gloniasto-roślinny splot matchy i ryżu dmuchanego, który czasem zupełnie dominował. Przy niektóych kęsach chwilowo mocniej wyłaniał się w posmaku rybi element, by po chwili zniknąć. Do tego czułam nieprzyjemną tłustość, w tym na ustach.

Całość okazała się zaskakująco dobrze, zachowawczo zrobioną "białą czekoladą w japońskim klimacie". Nie powiedziałabym, że sushi, ale wyszła po prostu z głową. Herbata do bazy pasowała, bo czuć i matchę, i białą czekoladę. Ryż naprawdę dobrej jakości, nieprzeszkadzający, a neutralizujący oleistość. Sezam był i podkręcał wytrawniejsze wątki, podobnie jak imbir. A rozumiem, że takie założenie było, skoro i olej z łososia się tam znalazł. Ten pobrzmiewał, ale na zasadzie zagadki (czuć go czy nie czuć?), a nie że dodali kawałki ryby. Przy jednak tej ilości ryżu, czuję, że mogliby sobie pozwolić nawet na dodatek taki jak we wspomnianej Modern Dwellers Smoked Salmon 65% (aczkolwiek czuję, że na europejskim rynku mogłoby się nie sprzedać). Kontrasty dziwnie podkreślały się w harmonii, czasem coś się wychyliło, ale wszystko wyglądało na zaplanowane. Jedyne, co ja na pewno bym zmieniła to cukier. Wanilię czuć przyjemnie, ale niestety w kontraście do ordynarnego białego. Z trzcinowym wyszłoby znacznie lepiej. Też nie przekonuje mnie ta ilość ryżu, ale z drugiej... nie wiem, jak to by było z mniejszą. Poza tym, takie rzeczy trudno czasem jednoznacznie ocenić, gdy człowiek próbuje czegoś zupełnie, z zasady nie w jego typie.
Reasumując, nie wyszła kontrowersyjnie, a nawet całkiem, choć w moim odczuciu nie jakoś szczególnie, ciekawie. Po prostu jak ktoś lubi białe czekolady z zieloną herbatą, dla niego smacznie. Mnie nie smakowało, bo po prostu nie lubię białych i zacukrzania się nimi, a słodka, tłusta tafla z ryżem to coś, do czego nie widzę sensu się zbliżać. Chylę jednak czoła w uznaniu, że zrobili coś, co naprawdę ma szansę posmakować, jest pomysłowe i w ogóle. Po 1/4 podziękowałam i oddałam Mamie. 
W miarę jej smakowała, jednak stwierdziła, że niczego oprócz ryżu i zielonej herbaty z dodatków nie czuła (sezam widziała). Obu nam przeszkadzał ryż przeszkadzał, bo go nam było za dużo, odciągał uwagę. Zgodziła się jednak, że przynajmniej faktycznie neutralizował słodycz. Usłyszałam: "lepiej by było, gdyby dali mniej cukru, i mniej ryżu". Tak jak ja, nie chciała jej gryźć (bo w ogóle wtedy to nie smakowało czekoladą), a jej o wiele bardziej niż mnie przeszkadzało, że ryż się rozpuszczał. Do tego: "bardzo poprawna". Obie się tylko tak zastanawiałyśmy - no, olej z łososia w zasadzie czuć leciutko (ona nie czuła), ale... żadna z nas nie chciała by go czuć. Stąd obie mamy obiekcje w sprawie składnika, a jednak tak - tabliczka jest, czym jest.


ocena: 8/10
kupiłam: rozsavolgyi.com (ojciec kupił)
cena: 2390 HUF, czyli ok. 30 zł (za 70g; acz jak wyżej)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: biała czekolada (cukier, mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, lecytyna rzepakowa, wanilia), zielona herbata matcha, ekologiczny ryż dmuchany, czarny sezam, olej z łososia norweskiego, imbir

czwartek, 21 stycznia 2016

Zotter Pink Coconut and Fish Marshmallow biała kokosowo-malinowa z kremem i wiórkami kokosowymi oraz galaretką z pstrąga z jagodami, cebulą, koprem włoskim, pieprzem, chili, liściem laurowym i miętą

Przeglądając mojego bloga łatwo jest dojść do wniosku, że lubię niekonwencjonalne czekolady. Nie raz już próbowałam czekolad z mięsem i... ze zdziwieniem (ale nie aż tak dużym), odkryłam, że bardzo mi to połączenie pasuje. Łosoś z Alaski w czekoladzie też zrobił na mnie niemałe wrażenie, więc teraz już naprawdę coraz trudniej znaleźć dodatek, który wywołałby u mnie jakiś szok. Zainteresowanie - owszem, ale nie wiem, czego by trzeba było, żeby mnie zszokować. 
Tak też, od wymyślnych dodatków, jeszcze bardziej zaciekawiła mnie ciekawa forma tej czekolady, o którą naprawdę umiejętnie opisała Basia na swoim blogu Sex, Coffee & Chocolate.


Zotter Pink Coconut and Fish Marshmallow to czekolada kokosowo-malinowa z kokosowo-malinowym kremem i wiórkami kokosowymi oraz galaretką z pstrąga z małą ilością ciekawych dodatków takich jak: jagody, cebula, koper włoski, mięta, pieprz, chili, liść laurowy. 
Jesteście na to gotowi? 

Szybko rozchyliłam złoty papierek i moim oczom ukazała się czekolada, która wydała mi się dziwnie twarda, jak na białą tabliczkę. Nazwanie jej "białą" jest jednak małym minięciem się z prawdą, bo, jak widzicie na zdjęciach, ma ona bardziej beżowo-"pudroworóżowawy" kolor. 
Zapach jest przede wszystkim kokosowy, można w nim wyróżnić nawet np. mleko kokosowe, ale także typowy dla białej czekolady, czyli maślano-słodki, taki lekko waniliowy. Malinę czułam dopiero, jak się porządnie skupiłam i prawie dotykałam czekolady nosem.

Przy przełamywaniu czekolady poczułam, że zaczyna się lekko nadtapiać w palcach, a środek (galaretka) jest... dość ciężka do rozdzielenia: rozciąga się, ale w końcu ulega i się urywa. 
Środek ma "beżowawy" kolor o naprawdę lekkim, niewyraźnym różowym zabarwieniu. Nie jest to tak różnobarwne, jak na stronie Zottera, ale kojarzy mi się z... filetem z wędzonej ryby. 

Przy pierwszym kęsie poczułam bardzo silną słodycz czekolady o kokosowo-mlecznych nutach. Zaczęła się bardzo szybko rozpuszczać za sprawą tłustości, która jednak nie była zbyt ciężka, co często się zdarza w białych czekoladach. Ta była bardziej mleczna i taka kokosowa; powiedziałabym, że nieco rzadka. Po pewnym czasie pojawiał się i lekko owocowy kwasek malin oraz jagód.

Przejście od czekolady do kremu było tak spójne, że można by je przeoczyć. W pewnym momencie zrobiło się po prostu bardziej malinowo, wydaje mi się, że słodycz jeszcze bardziej się nasiliła, a tłustość już w ogóle przybrała na sile. Konsystencja była dość kremowa, ale nie całkiem gładka, bo tu już zaczęły pojawiać się soczyste wiórki z nieco twardawą konsystencją. Przy nich nasilił się kokosowy smak.

W pewnym momencie maliny stały się jakby mdłe i wymuszone, co skojarzyło mi się z Lindt'em Pink Explosion, co jednak miłym skojarzeniem nie było. Tutaj pojawiła się nowa nuta... jakby jakiś przypraw, taka nieco ostrzejsza... czego jednak nie byłam w stanie bliżej określić ze względu na słodycz, która tu już prawie wszystko zdominowała. Doszło do tego, że przy jednej trzeciej tej czekolady, było mi za słodko, ale... zjadłam ją do końca - już wyjaśniam dlaczego.

Te wiórki skojarzyły mi się z takimi twardszymi kawałkami rybiego mięsa w momencie gdy mój język natrafił na coś twardego i gumowatego... kojarzącego się z obślizgłym kawałkiem tłuszczu, który znajduje się przy rybich ościach.
Tu nasilił się "obcy" smak przypraw. Pokusiłabym się o wyróżnienie cebuli, chili albo kopru włoskiego, a wtedy... w ustach została tylko ta galaretka, słodycz zelżała, mimo że pozostała taka kojarząca się z piankami i... taki akcent lekko rybny dał się we znaki. Nie wiem, czy potrafiłabym stwierdzić, że to smak ryby (to samo tyczy się tych konkretnych przypraw), gdybym nie wiedziała, co jem.

Galaretka jest pełna małych kropek, które na pierwszy rzut oka mogłyby być wzięta za wanilię - nic bardziej mylnego. Spróbowana osobno ma o wiele intensywniejszy smak; mimo wciąż silnej słodyczy i motywu pianki czuć tu przyprawy i nutę... rybną.

Wtedy całość zaczyna grać: wierzchnia warstwa to względnie chude rybie mięso, przejście do kremu - mięso nieco tłustsze, a reszta tak, jak pisałam wcześniej. Nie ma tu jasno wyczuwalnego smaku ryby, ale jest zagranie na skojarzeniach i... oczywiście subtelny posmak.

Całości postanowiłam nie oceniać, bo... nie pasowała mi ta mdła nuta malinowa, nadmierna słodycz w ogóle trochę mnie zmęczyła, ale... ta czekolada dostarczyła mi niewyobrażalnie dużo zabawy, uśmiechu i humoru na cały dzień.
To nie czekolada: to granie na skojarzeniach i zabawa.


ocena: -
kupiłam: zamówiłam u dystrybutora
cena: 16 zł
kaloryczność: 466 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, masło kakaowe, syrop fruktozowo-glukozowy, wiórki kokosowe (8%), proszek ryżowy (ryż, woda, olej słonecznikowy, sól), pstrąg (4%), śmietanka z pełnego mleka w proszku, mleko, koncentrat ananasowy, proszek kokosowy (mleko kokosowe, maltodektryna), mleko kokosowe (2%), odtłuszczone mleko w proszku, suszone maliny (1%), cebula, słodka serwatka w proszku, koncentrat cytrynowy, żelatyna, suszone jagody, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, sól, proszek cytrynowy (cytryna, skrobia kukurydziana) lecytyna słonecznikowa, koper włoski, mięta, pieprz, cynamon, chili Bird's eye, liść laurowy

piątek, 25 września 2015

Modern Dwellers Smoked Salmon 65 % Chocolate Square ciemna z łososiem

Będąc na Alasce, nie mogłam nie spróbować lokalnych smakołyków. Góry górami, ale nie samymi widokami człowiek żyje. Przy pierwszej możliwej okazji spróbowałam kiełbasek z renifera (niczym nie doprawiane, są lekko pikantne - najlepsze kiełbaski, jakie jadłam). Na jedną noc zatrzymałam się przy zatoce, gdzie ludzie żyją z rybołówstwa. Idąc uliczką nad samą wodą, można było zobaczyć gigantyczne, patroszone właśnie ryby, wiszące przed knajpkami i restauracjami. Wyglądało to wręcz groteskowo. Normalnego człowieka może by i obrzydziło, ale mnie? Ja po prostu weszłam do jednego z barów i zamówiłam curry ze świeżo złowionym łososiem i halibutem.

To był moment, w którym obiecałam sobie, że spróbuję jeszcze jednej rzeczy: alaskańskiej czekolady.

Przed samym odlotem z Anchorage, zajechałam do sklepu, o którym wcześniej trochę poszukałam w internecie. Mimo wielu czekolad na półce, przyszłam tam po konkretną rzecz. Mianowicie po czekoladę Modern Dwellers Chocolate Studio Smoked Salmon 65 % Chocolate Square, czekoladę ciemną, z zawartością 65 % masy kakaowej, z płatkami wędzonego alaskańskiego łososia królewskiego (z wiśniami i przyprawami "alderwood", czyli wędzonymi na dymie z palonego drewna olchowego).

Bałam się... ale nie samej czekolady, a transportu do Polski. O dziwo, nie stopiła się, ani nie połamała. W domu, wyjęłam ją w stanie idealnym. A nastąpiło to niespełna tydzień po powrocie - po prostu za bardzo mnie ciekawiła.

Otworzyłam niepozorne opakowanie, a pierwszą myślą było: "jakiś śledź!", co było po prostu reakcją zszokowanego zmysłu węchu. Wącham czekoladę, czuję rybę.
Po pierwszym "niuchu" zaczęłam wyczuwać także delikatne, kakaowe nuty. Ryba ewidentnie wędzona... łosoś. Mimo wszystko, zapach był po prostu dziwny i średnio mi się podobał. Przypominał ten ze sklepu rybnego, a nie np. zapach świeżej ryby spotykany w restauracjach sushi.

Na sam początek odgryzłam kawałek z brzegu, chcąc spróbować samą czekoladę. Była ona zbita, twarda, lecz trzasku przy łamaniu nie usłyszałam; może tylko lekkie czekoladowe chrupnięcie. W ustach zaczęła rozpuszczać się dość szybko, tworząc lekko mulistą grudkę, zdecydowanie tłustawą, w sposób bardzo przyjemny - czysty tłuszcz kakaowy.

W smaku była gorzka, ale nie zaliczyłabym jej do tabliczek cierpkich. Odnalazłam w niej także słodycz, jednak ułożoną i nienachalną. 

Przy kolejnym kęsie poczułam... rybny posmak. 
Wtedy gorzkość i łagodna słodycz dalej zachowywały się jak gdyby nigdy nic, a obok nich pojawiła się nuta wędzonego łososia. Tak po prostu, jakby była to najzwyklejsza rzecz na świecie. Taka wkomponowana w całość. 
Gorzki smak rozlewał się na końcu języka, przy samym gardle, resztę ust wypełniła słodycz, teraz nieco silniejsza, dalej jednak charakterystyczna dla ciemnych tabliczek, nie był to przesłodzony plastik. 
Wszystko to wręcz absurdalnie łączyło się z łososiem, jego twardymi, lecz uginającymi się pod zębami kawałkami, okryte przez szczyptę soli i dziwny, lecz przyjemny, posmak jakiś delikatnych przypraw i charakterystyczną, niepełną, słodkawość cukru brązowego. 

Momentami smak łososia oraz soli wybijały się ponad wszystko. Ich wyrazistość została jakby podkreślona i wzmocniona przez słodycz, a gorzkość, we własnym tempie, rozchodziła się gdzieś z tyłu. Przy którymś kęsie w głowie mignęło mi skojarzenie: wiśnie? Potem doszłam do wniosku, że to tylko sugestia składu, bo moje kubki zwariowały przez rybę. Owocowości tu raczej nie czułam, chociaż nie dam sobie ręki uciąć, że jej tam nie było. Byłam trochę skołowana połączeniem, tak dziwnym, że aż smacznym. 
Raz wydało mi się, że zaczęło się robić odrobinę za słodko, ale potem trafiłam na większy kawałek słonawego łososia i zapomniałam o tej myśli. Dobrze, że sól i gorzkawość stały na straży łososiowego smaku. 

Po ostatnim kawałku zrobiło się... słodko. Chwilę później w ustach czułam już tylko sucho-gorzkawy posmak kakao, co odebrałam z aprobatą. Potem... potem zostało poczucie jak po zjedzeniu wędzonej ryby. 

Sama jestem zaskoczona, ale... ta czekolada bardzo mi smakowała. Lubię rybę, jem ją kilka razy w tygodniu, ale głównie w sushi. Wędzoną, samą w sobie, lubię, ale nie zwariowałam na jej punkcie. To, że czekoladę kocham, to wiecie, ale... kiedyś żyłam w przekonaniu, że pewnych rzeczy łączyć po prostu nie wolno. Teraz zmieniło się to o 180 stopni i tabliczki takie jak ta, utwierdzają mnie w przekonaniu, że słowo "dziwne" może być o wiele pozytywniejsze, niż "dobre". Ta tabliczka była dziwna, ale nie była dobra... Ona była pyszna. Zotter z bekonem? Ja dziękuję, gdybym mogła kupować tę z łososiem częściej, robiłabym to, bo... to wszystko zostało tak połączone, że nie wyszła "czekoladowa ciekawostka", a smaczna czekolada. 


ocena: 9/10
kupiłam: Modern Dwellers Chocolate Lounge w Anchorage
cena: 8.25 $
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: chciałabym