Z jednej strony nie jestem fanką przesadzonego mieszania i robienia dań / produktów z powalająco dużej ilości elementów, ale muszę przyznać, że czasami mieszanie daje ciekawe efekty. W dziś przedstawianym kremie nie podobał mi się dodatek soli, ale postanowiłam zaryzykować, że to śladowa ilość "do smaku", która nie będzie wyczuwalna. Zwłaszcza, że produkt wypatrzyłam podczas zakupów z ojcem, kiedy to on płacił. W innym wypadku nie byłabym gotowa zaryzykować i dać szansy paście orzechowej z takim składem (tak, bałam się nawet takiej ilości soli).
Bio Planet Krem Mix Orzechów Ziemne, Nerkowce, Laskowe, Migdały / Mixed nut Butter Peanuts Cashews, Hazelnuts, Almonds to krem z 4 prażonych orzechów: arachidowych, nerkowca, laskowych i migdałów z dodatkiem soli.
Po odkręceniu poczułam zapach głównie prażonych fistaszków, podkreślonych solą. Przywodziły na myśl masła orzechowego typu amerykańskiego "peanut butter". Za nimi znalazło się troszeczkę nieco wytrawniejszych migdałów i trudna do uchwycenia, niezbyt zachęcająca goryczka. Trochę osłodziły je nieoczywiste, ale do rozpoznania nerkowce. Krem jednak nie wydawał się bardzo słodki, obrał tor prażono-słonawy, nawet po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia (czasem słonawe wrażenie wtedy zanika - nie w tym przypadku).
| przed i po uporaniu się z olejem |
Wymieszanie nie należało do łatwych zadań, bo krem zupełnie wysechł i był twardy jak skała. Najpierw dźgałam go łyżką, by jakkolwiek olej trochę trochę wsiąkł, potem mieszałam, mieszałam i mieszałam. Dawno nie trafiłam na krem, który by aż tak zgęstniał, zastygł.
A miało co twardnieć! Był bowiem gęsty i konkretny, a także pełen malutkich kawałków i drobinek. Takich, że to już nie tylko efekt miazgowy, a po prostu krem z kawałeczkami orzechów wraz ze skórkami. Mimo męczenia się z oporem i długiego mieszania, w końcu osiągnęłam jednolity efekt bez suchych grudek. Acz krem nadal sprawiał wrażenie zbitego i zwartego.
Podczas jedzenia potwierdziła się gęstość i masywność, ale nie utrzymywała się do końca. Rozpływał się średnio powoli, początkowo konkretnie zalepiając usta. Szybko na języku zaznaczały się w nim drobinki i małe kawałki, sprawiając, że krem odebrałam jako ziarniście-piaszczysty. Były delikatne, ale nakręciły chrupkawe wrażenie, a do tego przyspieszały rozpuszczanie się pasty i ją rozrzedzały. Czasem aż prosiły się o gryzienie. Gdy z ciekawości parę razy gryzłam krem wcześniej, było bardzo chrupiąco. Mimo to i tego, jak dużo ich było, kremowość zupełnie nie uciekła. Czuć ją. Podobnie jak znaczącą, masywną tłustość orzechów oraz oleistość, która wyłaniała się z czasem.
Kawałeczki i drobinki orzechów zostawiałam na koniec, gdy pasta już zniknęła. Okazały się... różne, ale w większości chrupkie. Część subtelnie chrupkawa, delikatna, inne były twardsze (migdały, fistaszki), parę bardziej miękka (nerkowce). Znalazło się tam też trochę kruchych skórek. Ogólnie te pozornie niewymagające urozmaicenie sprawiło, że zęby ciągle miały co robić i wcale to takie niewymagające się nie okazało.
W smaku pierwsze rozbrzmiały fistaszki o znacząco prażonym charakterze. Nie była to jeszcze bardzo silna prażoność, ale miała znaczny udział w kompozycji, bo żadnych orzechów nie odstępowała ani na krok.
Arachidy po chwili zostały lekko osłodzone orzechami nerkowca. Te pokazały się i wycofały. Potem znowu lekko się wychyliły i znów się schowały. Acz tak po trochu, po troszeczku ogólnie cały czas trochę swej naturalnej słodyczy dokładały. Z tym że... potem jakoś uciekały, zostawiając tylko skąpą słodycz.
Słonawość wkraczała różnie. Czasem wraz ze słodyczą (wtedy nerkowce były mniej wyraźne), czasem trochę po słodyczy (i dopiero przeganiała nerkowce). Pokazała się i oddalała, ale w przeciwieństwie do smaku nerkowców nie znikając, a wisząc jak czasem burza potrafi wisieć w powietrzu.
Za nimi odnotowałam delikatną wytrawność i niedookreśloną gorzkość. Wytrawność jeszcze podkręciła i tak już dominujące fistaszki. Czasem dawała się dookreślić jako migdałowa, ale ogólnie zatracała się w fistaszkowości. Migdały dodawały arachidom jakby spokojną, szlachetniejszą nutkę i czasem szło o nich zapomnieć. Z kolei drobna goryczka podkreślała prażenie i gdy udało jej się trochę wychylić, przeszkadzała.
Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach czasem przewijały się orzechy laskowe, jakby starające się trochę wspomóc nerkowce...? Nie przy każdym zagarnięciu wyczuwalne tak samo, czasem jedynie lekko pobrzmiewały, że jedząc bezmyślnie można by je przeoczyć. Acz jakby tak trochę przechwytywały słodycz.
Fistaszki w tym czasie nie próżnowały i przybrały wydźwięk amerykańskiego masła orzechowego "peanut butter". Raz po raz przemykała mi słonawość, która podkręcała prażony charakter arachidów. Drobinki i kawałeczki orzechów niegryzione wydawały się umacniać fistaszkowy smak, ogólnie upraszczać kompozycję. Przy niektórych zagarnięciach słoność była ledwo uchwytna, przy innych wyraźna.
Przy niektórych zagarnięciach sól już do końca utrzymywała arachidy, w których prażenie robiło się coraz dosadniejsze, u władzy. Chwilami prażenie zahaczało o przesadę - a wtedy trudno uchwycić orzechy inne niż arachidowe.
Czasem słodycz nerkowców końcowo jeszcze próbowała coś zaoferować, ale jednak ulegała wizji słodkawego i posolonego masła orzechowego. Gdy jednak pasta prawie znikała, a zostawały kawałeczki i drobinki, wizja masła orzechowego słono-słodkiego znikała, a smak zaskakiwał na po prostu prażony tor.
Kiedy gryzłam kawałeczki, kontynuowały prażony smak orzechów: głównie arachidowych, ale czasem odnotowałam w nich też laskowe i nerkowce. Wyraźniej je czuć, jak i migdały ze skórkami, gdy bawiłam się, wyłapując co większe i gryzłam je pojedynczo. Razem mieszały się w jeden ogólnie orzechowy, głównie arachidowy, miks. Kilka razy bardziej rzuciły mi się w oczy na język przeprażone kawałeczki fistaszków.
Po zjedzeniu został znacząco prażony posmak fistaszków z solą, wspartych jakby wytrawniejszo-neutralnymi migdałami oraz słodyczą nerkowców. Raz po raz zaplątała się też orzechowa goryczka.
Krem mi nie podszedł. Struktura w ogóle mi się nie podobała - aż takie rozwarstwienie się i problematyczność w przemieszaniu to jedno, ale i ta konsystencja kremu najeżonego mnóstwem drobineczek, które przekładają się na chrupkość to nie moja bajka, wolę subtelniejszy efekt miazgowy lub gładkość albo od biedy gładką pastę z nieprzesadzonym dodatkiem sporych kawałków. Smak też nie spełnił oczekiwań, bo był głównie fistaszkowy i jeszcze raz fistaszkowy z malutką domieszką nerkowców, migdałów i w porywach laskowców. Wyszło więc za rozmaicie na zwykły krem fistaszkowy 100%, a jednak za słabo było czuć te inne orzechy na kompozycje ciekawszą, bardziej złożoną. Wolałabym, by te inne orzechy grały razem w zespole, a nie tylko kibicowały fistaszkom. I do tego sól - zupełnie mi tam nie pasowała, bo tylko podkreślała prażone arachidy, a zagłuszała co ciekawsze orzechy. Czyli nie wniosła niczego dobrego, a tylko uszkodziła. W tle czasem wychylał się jeszcze niedookreślony, jakby gorzkawy motyw, który też na korzyść nie działał. Im więcej kremu jadłam, tym bardziej mnie słoność męczyła i denerwowało mnie, że tak podkreśla dla mnie za mocno prażone arachidy. I choć najpierw byłam gotowa wystawić 6, przeprażenie i chowające się w nim pozostałe orzechy, przesądziły o ocenie i o tym, że więcej nie chciałam mieć z tym do czynienia.
Pozostała połowa trafiła do Mamy, która opisała to tak: "Jaka cegła! No, trzeba będzie tego oleju podlać i wymieszać. A smak, jak dla mnie obrzydliwy oprócz prażenia i soli. Coś w nim było, że mi nie smakował i oprócz fistaszków, to ja tam tego wszystkiego nie czułam. Acz na kanapkach z serem żółtym i dżemem jakoś tam dało się tego trochę zjeść, ale więcej nie chcę. Po co, skoro mamy boski (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 %?".
ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: około 20 zł (za 250g; promocja)
kaloryczność: 662 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: prażone orzeszki ziemne (49,7%), prażone orzechy nerkowca (20%), prażone orzechy laskowe (15%), prażone migdały (15%), sól morska
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.