Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: chili. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: chili. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2026

Zotter Uganda Cacao Safari / Kakao-Safari ciemna 70 % z kremem z ciemnej czekolady z przyprawami i kremem z bananów i limonek

Wśród nowości Zottera na jesień 2025 dwie z nadziewanych wyróżniały się. Widniał na nich dopisek "Safari" i... Rozumiem, że miały smakami nawiązywać do krajów pochodzenia kakao, z których otrzymały czekoladowe mousse'y? To, którą z dwóch zjem najpierw, zostawiłam przypadkowi. Padło na tę. Choć może... niezupełnie? Dotarła do mnie informacja, opis, że ta wydaje się nieco wytrawniejsza. Bo zaś gdy chodzi o to, czy wolę tabliczki z kakao z Ugandy, czy z Tanzanii, odpowiedź nie jest jasna. Zależy bowiem od tego, jak są zrobione. Dziś przedstawianą zrobiono z kremem "ganache" z ciemnej czekolady z kakao od producenta Latitude w Ugandzie. Ten wspiera lokalnych rolników, płacąc im godziwie za wysokiej jakości ziarna.


Zotter Uganda Cacao Safari / Kakao-Safari to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana kremem "ganache" z ciemnej czekolady o zawartości 70 % kakao z Ugandy z przyprawami: cynamonem, kardamonem, goździkami i chili oraz kremem "ganache" z bananów i limonek.

Po otwarciu poczułam się, jakbym wąchała kakaowo-maślany mousse i porządnie kakaowe trufle belgijskie czy też samą kakaową truflę-nadzienie. Już na tym etapie czuć również pikanterię. Czekolada ciemna wieńczyła te czekoladkowe skojarzenia dokładając jeszcze motyw marcepanu. Poprzez paloną, trochę chlebową nutę jawiła się jako wytrawne zwieńczenie tego wszystkiego. Truflę przeplotło sporo limonki - na tym etapie można by obstawiać, że jako jakiś limonkowy alkohol. Nie była jednak jedynym wyczuwalnym cytrusem: Wtórowały jej ogólnie cytrusy, nawet trochę ananasa. Zwłaszcza, gdy wąchałam wierzch, czułam więcej owoców. Wtedy zaznaczył się nawet banan, który znacząco nasilił się po przełamaniu. Wtedy w harmonii połączył się z maślanymi mousse'ami i przyprawami. Te już też dało się ponazywać: najgłośniej rozbrzmiewały goździki i chili.

Tabliczka była twarda, a przy łamaniu trzaskała tak, że wydawało się, iż trzaska nie tylko średnio gruba warstwa czekolady z wierzchu.
Niespodzianka! U mnie jasny owocowy krem był na górze, czekoladowy na dole, czyli odwrotnie niż pokazują zdjęcia na stronie Zottera.
Dolny krem czekoladowy też wydawał się konkretny i wręcz twardy, chłodno maślano-zbity. Górny krem owocowy wykazywał plastyczną miękkość i wyglądał na lepko-mazisty. Przy przegryzaniu się przez całość, czekolada trochę wgniatała się w jasny krem.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, przedstawiając się jako dość zbita, ale też już mazista. Powoli odsłaniała środek. Cały czas wydawała się tłusta, a w zestawieniu z nimi ciężka.
Kremy rozpływały się w podobnym tempie, ale ciemne znikało po jasnym.
Czekoladowy krem starał się upodobnić do czekolady, jawiąc się jako gęsty, a jednocześnie maślano-śmietankowo mazisty; tłustszy od czekolady. Był niemal idealnie gładki. Niemal, bo czasem wyłaniały się z niego drobinki przypraw. Nie był bardzo zbity, ale w zestawieniu z jasnym kremem na jego zbitość bardziej zwracałam uwagę.
Krem owocowy okazał się o wiele lżejszy, choć także zbity. Je jednak zbitość jednak szybko opuszczała. Ta część rozpuszczała się wręcz ślisko i soczyście. Długo utrzymywała gładkość, acz z czasem poczułam w niej jakby zawiesistą pylistość.
Całość zmieniała się w gęsto-śliską, tłustą i trochę zawiesinowa masę.
Czasem na koniec w ustach zostawały drobinki przypraw: chrupiąco-twarde i miękko-trzeszczące.

Przy przegryzaniu się przez całość, nadzienia odzywały się już wraz z czekoladą.

W smaku czekolada od początku raczyła mnie dymną, paloną gorzkością oraz stonowaną słodyczą palonego karmelu. Było w niej coś z marcepanu w ciemnej czekoladzie, a w oddali przemykała sugestia ciemnego, mocno wypieczonego chleba i cierpko-winny akcent. Ogólnie czuć w niej też ciepło, poniekąd związane z palonością.

Jak się okazało po spróbowaniu osobno, czekolada trochę przesiąkła nadzieniami: przyprawami z ciemnego ganaszu oraz limonką z jasnego.

Ogólnie limonka szybko dawała o sobie znać. Czasem wydawało się, że towarzyszy jej jakiś czerwony, nieco cierpko-winny owoc. Krem owocowy przebijał się przez całą czekoladowość bardziej jednoznacznie i starał się zabłyszczeć na pierwszym planie.

Czekoladowy krem za nią na spokojnie kontynuował gorzką czekoladowość.

Krem czekoladowy miał mocno truflowy charakter, niczym maślana trufla kakaowa, trufle belgijskie i ciężki deser czekoladowo-marcepanowy. Choć cierpki, był słodszy od czekolady. Właśnie truflowy, a zarazem słodko korzenny. Przyprawy podkreśliły motyw palony, a także bardzo rozkręciły ciepło, niemal pikanterię. Przewodziły w niej chili i goździki (ogólnie poskramiane kwaśnością limonki). Słodsza korzenność pobrzmiewała słabiej. W nim także wystąpiły kwaskawo-owocowe akcenty.
Krem czekoladowy spróbowany osobno wydawał się bardziej słodki i bardzo pikantny, aż gryząco-szczypiący w język. Wtedy jednak wyraźnie poczułam też, że jego cierpkość kojarzy się z czerwonymi owocami. Częściowo musiał przesiąknąć limonką, ale ewidentnie sam z siebie też był lekko owocowy.

Krem owocowy przebijał się przez resztę kwaśnym, soczystym smakiem limonki, choć czasem także bananom zdarzyło się przemknąć. Kwaśność limonki, podkręcona jeszcze cytryną, trochę podsycała zarówno słodycz, jak i cierpkość drugiej warstwy. Limonka, z czasem tracąca na jednoznaczności, a  przechodząca w ogólnie cytrusowość, dominowała nie tylko w warstwie owocowej, ale w całości. Wsparły ją cytryny, chyba ananas i niedookreślone czerwone owoce (nuta czekoladowego kremu?). Z czasem całą tą kwaśność trochę osadzały... "chyba banany". W pierwszej zaznaczyły się jako jakaś "słodziaśna pudrowość", chyba przez kontrast, ale motyw ten układał się w po prostu bananowe echo. Bananowo-cierpkie? Do głowy przyszło mi owocowe, bardzo namieszane, ale na pewno bardzo kwaśne mleczne smoothie. W zestawieniu z ciemną warstwą, ta mleczność nie była jednak bardzo wyrazista. 
Gdy spróbowałam kremu owocowego osobno, wydał mi się o wiele kwaśniejszy, aż w przesadzony sposób, ale z wyraźniej mlecznym echem.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność limonki i innych owoców związały się z piekącą pikanterią chili i goździków. Te, wraz ze słodyczą, już nawet gardło zaczęły trochę rozgrzewać, co zasugerowało alkohol. Kwaśność jeszcze wzmagała to poczucie. Słodko-ostre nuty aż mnie trochę przytłoczyły, po czym... wszystko się zmieniło.

Kwaśność limonkowo-cytrynowa niby trochę złagodniała, a warstwa owocowa poszła w bardziej mieszanym, multiwitaminowo egzotycznym kierunku. Krem czekoladowy wydał mi się bardziej maślany, łagodniejszy gdy chodzi o pikanterię, a bardziej ciepło-korzenny, mimo że z wciąż wyczuwalnym chili. Cynamon zapewniał harmonię, łącząc co ostrzejsze ze słodyczą, a także pielęgnując skojarzenie z cytrusowym, rozgrzewającym alkoholem.
Z kremu czekoladowego wyłoniły się jeszcze czerwone owoce - podkreślone owocowością jasnej warstwy? Jedynie czekolada wydawała się niewzruszona, wciąż gorzka w palono-dymny sposób i ostrożnie słodka.

Gryzione na koniec twarde drobinki na nowo podkręcały ostrość przypraw, ale nie tak, jak można by się obawiać. Zaplątało się w nich też parę drobinek raczej bez smaku (tych trzeszczących).

Po zjedzeniu został posmak intensywny posmak limonki z chili, żywo zarysowanych na tle maślanej, truflowej gorzkości, związanej z palono-ciepłą, nieco korzenną słodyczą. 

Czekolada nie przekonała mnie do siebie, bo była za intensywna gdy chodzi o kwaśność i ostrość. Pikanteria chili i goździków chwilami odciągała uwagę od subtelniejszych niuansów kremu ciemnego, a limonka z cytryną zakrzyczały banany w jasnej części. Jej ogólna egzotyka i nutka cierpko-owocowa części ciemnej musiały o siebie walczyć. Korzenność, maślana czekoladowo-kakaowa trufla niezbyt pasowały mi do takiej limonkowości. Ta z przyprawami chwilami szła w złudnie alkoholowym kierunku. Czy kojarzyło się to wszystko z czekoladami czystymi z Ugandy? I tak, i nie. Pikanteria owszem, różne owoce też, ale nie powiedziałabym, by ugandyjskie kakao serwowało aż taką kwasowość limonkowo-cytrusowo-egzotyczną. Ta zagłuszała nutki czerwonych owoców, które za to bardzo często czuję w ugandyjskich tabliczkach.

Wiem, że Zotter naprawdę potrafi pokazać w mousse'ie nuty kakao dzięki Zotter Mousse au Chocolat "Piura" 82 %, w dziś przedstawianej jednak sam zagłuszył wszystko, co ciekawsze... Szkoda. Tabliczka ogólnie była w sumie smaczna, ale bez głębi czy większego zachwyty, a nieprzyjemna tłustość nie poprawiała odbioru. Gdyby to miała być czekolada z limonką i przyprawami dostałaby 8, ale obiecywane banany się schowały, a potencjał kakaowego nadzienia zagłuszono.

Zjadłam 28 g, a resztę bez żalu oddałam Mamie, nawet wiedząc, że może jej nie siąść ta ciemnoczekoladowość. Po prostu zmęczyła, znudziła mnie ta rozmywająca się i wszystko inne kwaśność.
Mama nie dała rady skończyć. Jak to ujęła: "Nie smakowała mi ta czekolada, mimo że zazwyczaj lubię kwaśne owocowe nadzienia. Tu jednak ta kwaśność poszła aż w kwasowość i niczego wyraźnego, smacznego w niej nie czuć. Powiedziałabym, że głównie cytrynę, no może też tą limonkę. Bananów jednak w ogóle nie czuć. Charakteru tego czekoladowego kremu zza tej kwaśności też za bardzo nie czuć. Z czasem wyłaniała się ostrość chili. Sama czekolada też mi nie smakowała, a tłusta konsystencja przeszkadzała". 


ocena: 5,5/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 71g)
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, syrop z cukru inwertowanego, liofilizowane banany 3%, syrop skrobiowy, koncentrat z limonki 2%, odtłuszczone mleko w proszku, masło, koncentrat z ananasa, emulgator: lecytyna sojowa; proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), sól, sproszkowana wanilia, kardamon, cynamon, goździki, chili „Bird's eye”

sobota, 28 marca 2026

Nestville Chocolate Hand Made Horka Tabulkova Cokolada s Chilli ciemna 54,5 % z chili

Czekoladę kupiłam pewna, że jest ona słowackiej marki, jednak w domu aż zwątpiłam, znalazłszy w Google, że to może być coś od Nestle, za którym nie przepadam. Zaczęłam szukać dokładniej i trochę się uspokoiłam, bo okazało się, że to chyba jednak marka / firma jak najbardziej słowacka: Nestville Chocolate, z siedzibą w Słowacji. Oficjalnie firma jest zarejestrowana jako BGV Enviro s.r.o. Tabliczkę kupiłam podczas jednej z wypraw w góry, na słowackiej stacji benzynowej, czego nigdy nie robię. W sumie w dużej mierze ktoś mi to zasugerował, bo - ciekawa sprawa - ja sama na produkty na stacjach patrzę, nie widząc. A w dodatku na tej stacji, jak z lat 90., w życiu nie powiedziałabym, że będzie jakaś czekolada, mająca wyglądać "premium". Wzięłam akurat tę, bo inne były białe. A choć lubię połączenie chili i czekolady, zabierając tę na szlak, trochę się bałam. Pamiętałam bowiem, że Karmello Czekolada Ciemna Dekorowana Kruszonymi Papryczkami Chilli 54,1 % musiałam z ostrego dodatku trochę oskrobywać. A i to nie za bardzo była warta tego zachodu. 
Tabliczkę dziś prezentowaną wzięłam na Polski Grzebień, z którego weszłam zielonym szlakiem, mijającym hotel górski Sliezsky dom. Do niego doszłam szlakiem żółtym ze Starego Smokovca. Dobrze, że droga ta w dużej mierze wiodła przez las, bo było gorąco. Dalsza część, czyli zielony szlak zaś, na szczęście oferował trochę wiatru. Hm, czyżbym trochę przekombinowała, wybierając coś potencjalnie rozgrzewającego na tak upalny dzień?

Nestville Chocolate Hand Made Horká Tabuľková Čokoláda s Chilli to ciemna czekolada o zawartości 54,5% kakao z suszonym chili.

Po otwarciu poczułam trochę duszną, ale w zasadzie jeszcze nie mocno przesadzoną słodycz, łączącą cukier i waniliowo-wanilinowy akcent. Była wysoka, ale trochę stonowana lekką gorzkością. Czuć nutę paloną i pewne ciepło. Nie było to jednak wyraziste chili nawet gdy wąchałam spód. Jedynie lekko coś tam wspomniało o sobie, ale w zapachu można by je przeoczyć.

Tabliczkę o matowym odcieniu nierówno posypano średnią ilością średnich i drobnych płatków oraz lekko przemielonych pestek chili. Trzymały się porządnie. Wprawdzie przy łamaniu parę odpadło, ale te ogólnie stanowiły mniejszość. Nie podobało mi się to rozmieszczenie: na środku bardzo dużo, na brzegach tabliczki wcale.
Tabliczka trzaskała głośno i głucho, a przy odgryzaniu kęsa wydawała się krucha.
W ustach czekolada rozpływała się powoli. Choć w pierwszej chwili myślałam, że będzie stawiać opór ze względu na zbitość, zaraz ochoczo miękła. Zaserwowała tłustość i zwięzłość. Starała się zachować kształt, acz z czasem coraz bardziej rzedła, dając się poznać jako rzadkawa i lekko pylista.
Dodatek częściowo osiadał w czekoladowej mazi, częściowo odpadał. Ostrożnie gryzłam niektóre płatki, ale więcej wypluwałam.
Chili nadgryzane wcześniej było twarde.
Chili gryzione na koniec było trochę mniej twarde i bardziej trzeszczące, ale wciąż twarde.

W smaku najpierw pokazała się średnia słodycz o dusznym charakterze. Zdradził się cukier, ale nie wyszedł napastliwie. Słodycz rosła. Też za sprawą waniliowej nuty, którą odnotowałam w tle. Okazało się, że i ona dokładała się do duszności.

Chili czasem szybko zaznaczało swoją obecność, czasem długo się powstrzymywało. Gdy jednak się pokazało, zaraz zaczynało rosnąć wraz z pieczeniem. Najpierw delikatnym, coraz silniejszym i w przypadku kostek z dużą ilością posypki, palącym w język i gardle po paru chwilach.

Palona nuta rozeszła się za chili, czasem równocześnie z nim. A w przypadku kęsów bez kawałków chili, paloność po prostu wchodziła niedługo po słodyczy i jej rozwoju. Gorzkość była niska i przybrała właśnie palony wydźwięk.

Chili w gorzkawej paloności obudziło ciepło. Zwyczajnie palona nuta w zestawieniu z dodatkiem przechodziła w dym.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zawsze już było chili czuć. Nawet w przypadku kęsów bez dodatku, baza poprzez ciepło robiła drobne aluzje do chili, ale bez ostrości. Z ciepłem jedynie... do głowy przyszedł mi aromat chili. Gdy jednak kęs zawierał płatki posypki, robiło się wtedy bardzo ostro. Kiedy dodatku było dużo, nieprzyjemnie wypalało gardło i usta.
Przeważnie oprócz ostrości czuć też sam smak chili, lecz w przypadku paru kęsów z największą ilością posypki, pikanteria aż zagłuszała smak.

Słodycz za tym występem chili nasiliła się w dusznym, cukrowym kontekście. W zasadzie ostrość chyba podkręcała cukrową słodycz. Gdy chili było mniej i w kęsach bez niego, w słodycz wkradała się soczystość słodkich, likierowych wiśni. Robiły aluzje do kwasku, a potem sugerowały... sos wiśnia&chili?
Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, wydawało mi się, że można się w niej doszukać nutki chili. Wtedy soczystość i dym odgrywały ważniejszą rolę, ale i tak było trochę za słodko. Waniliowa nuta cały czas pobrzmiewała, acz wkradło się do niej echo aromatu (jeszcze nie waniliny, ale jakby prawie).

Z kolei gdy z ciekawości pogryzłam raz czy dwa kawałki chili wcześniej, obok czekolady, w pierwszym momencie wydawały się dziwnie nijakie, by po chwili uderzyć palącą pikanterią, która bazę sprowadziła do roli słodko dusznego tła.

Lekko dymna gorzkość słabła, mimo że długo starała się utrzymać przy chili. W końcu jednak otulała ją maślaność - im więcej czułam pikanterii, tym sama baza wydawała się uproszczona, słodko-maślana i tylko leciutko palona. Cierpkość walczyła o siebie, acz gorzkawość niemal zupełnie się zredukowała.

Czasem, gdy chili było dużo, na końcu aż trudno było skupiać się na łagodnej bazie, a pikanteria męczyła w gardle i ustach.

Drobinki gryzione na koniec smakowały różnie. Niektóre zaskakująco delikatnie jak na chili, ale wciąż ostro. Inne zaś piekielnie ostro. Pojedyncze małe płatki / kawałki podgryzałam, ale większość wypluwałam.

Po zjedzeniu zostawał różny posmak. Czasem zdominowało go palące, za silne chili, a czasem to duszna słodycz cukru i ni wanilii, ni aromatu waniliowego trochę męczyła. Ją jednak przeplatała lekko palona nuta oraz chili. Często występowało jako ciepłe pieczenie, trochę szczypiące w język, ale nie zbyt agresywnie. Czuć też smak chili, a nie tylko ostrość.

Mam ogromny żal do producenta, że tak beznadziejnie rozlokował dodatek. Parę kostek, gdzie posypki było trochę i średnio dużo, było całkiem ok, bo chili przygłuszało, że czekolada nie była najwyższych lotów i pasowało do słodyczy, a samo nie mordowało. A niestety to kostki z ogromem posypki lub bez niej stanowiły większość. W przypadku kęsów bez posypki, baza męczyła duszną słodyczą i za niską gorzkością. Środek z dużą ilością chili był nie do zjedzenia normalnie przez palącą pikanterię i musiałam zdrapywać i wypluwać część dodatku. Gdyby chociaż chili było równo rozłożone, tabliczka mogłaby mieć 6. Albo przynajmniej gdyby była tańsza, bo tak to Nestle się ceni, a efekt niezbyt "premium".


ocena: 5/10
kupiłam: słowacka stacja benzynowa
cena: jakieś €6-5? (za 80g)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada 98,8% (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy); pokruszona suszona papryczka chili 1,2%

środa, 18 czerwca 2025

Zotter Mango Chili ciemna mleczna 60 % z kremem z mango, nugatu z orzechów nerkowca z cytryną oraz czekoladowym kremem z chili i brandy

Uwielbiałam wegańską Zotter Chilli Bird's Eye z 2016, ale i zmieniona wersja od 2018 Zotter Chilli Bird's Eye mi smakowała. Mniej, bo mniej, ale jednak. Łączenie chili z owocami też było przyjemne, ale nie aż tak. Stąd gdy jesienią 2024 Zotter wycofał wspomniane, zrobiło mi się bardzo smutno. Ok, do tej czekoladowej z Bird's Eye nie wracałam już lata, ale lubiłam mieć możliwość. Czułam, że dziś przedstawiana mnie rozczaruje. Chociaż... Może nie bez powodu w orientalnej kuchni, różnych curry i chińszczyźnie łączą mango z pikantnymi przyprawami? Nimi właśnie - łączącymi mango i sól - zainspirował się Zotter. Może ja miałam się zdziwić?


Zotter Mango Chili to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60% kakao nadziewana kremem ("ganaszem") z mango, nugatu / praliny z orzechów nerkowca z cytryną oraz kremem ("ganaszem") czekoladowym z czekolady ciemnej i mlecznej z chili Bird's Eye i brandy z cukru trzcinowego.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach mocnego alkoholu i czekolady, przedstawiających się jako silnie cukrowo-karmelowa brandy oraz karmelowo-mleczna i wręcz orzechowa czekolada. Kakao zaznaczyło się, acz miało ewidentnie truflowy charakter. Kiedy wąchałam wierzch, przemknęła pewna soczystość, ale nie obiecanych owoców, a bardziej... wiśniowa? Dopiero po przełamaniu o wiele wyraźniej wyłoniła się kwaskawo-soczysta cytryna z mango, które robiło jej za tło. Tło bardzo znaczące. I tak jednak owoce były nieco podporządkowane alkoholowo-czekoladowemu wątkowi. Wydawało się, że są silne, ale tylko dlatego, że brandy na to pozwoliła.

Tabliczka w dotyku niby była masywna, ale nie wydawała się bardzo konkretna. Przy łamaniu wyszła na jaw także twardość. Usłyszałam chrupko-kruchy, masywny trzask. Czekolada trochę się kruszyła. Nadzienia wyglądały na zbite i konkretne, nie tłuste, ale na pewno i nie suche.
W środku były dwie warstwy. Ta z mango stanowiła większość (co na pierwszy rzut oka nie było takie oczywiste). Wyglądała na nietłustą i bardzo zbito-zwartą. Czekoladowa też wyglądała na zbitą, ale już tłustszą.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, kremowo-tłusto. Była mazista i spójnie mieszała się z nadzieniami. Te, także maziście, już po chwili się spod niej wyłaniały.
Nadzienie z mango wydało mi się poniekąd masywne w orzechowy sposób, ale jednocześnie niemal owocowo śliskie. Poczucie to nasilała jego idealna gładkość. Było zwięzłe i zbite, a jednak rozpuszczające się ochoczo. Nie spiesząc się jednak.
Czekoladowe cechowała wyższa tłustość i mazistość bardziej maślano-czekoladowa. Teoretycznie było gładkie, jednak dość często trafiałam na drobinki. Dwie nieopatrznie rozgryzłam i okazało się to chili.
Gdy nadzienie owocowe mieszało się z maślanym czekoladowym kremem, całość wydawała się nieprzyjemnie tłusta.
Kremy rozpuszczały się mniej więcej równo, acz szybciej znikało czekoladowe. Najdłużej zostawało nadzienie żółte wraz z odrobinką czekolady z wierzchu.

W smaku czekolada rozpoczęła występ od lekko karmelowej słodyczy, do której zaraz doszła łagodna gorzkość. Podążało za nią mleko i orzechowe echo. Nieco przesiąkła alkoholowo truflowo-owocowym środkiem.

Nadzienia po paru sekundach łagodnie dały o sobie znać delikatną soczystością, obietnicą kwasku oraz echem ostrości. Potem czekolada dalej się rozchodziła i... nagle szybko, jaskrawo wybiły się spod czekolady. Walczyły o dominację - kwaśne owocowe z czasem wyrywało się na przód. 

Ja jednak najpierw jakoś bardziej zwracałam uwagę na nadzienie czekoladowe, które fundowało alkoholowego kopa. Owocowe wyłaniało się zza tego.

Nagle słodycz i mleczność samej czekolady wydała mi się mocniejsza z racji kontrastu do czekoladowego kremu. Ten odznaczał się szlachetnie alkoholowo-truflowym charakterem i gorzkością kakao, przechodzącą w ziemistość. Szybko chili dało o sobie znać, wyglądając z oddali i zaczynając rozgrzewać gardło. A potem... krem wydał mi się bardziej truflowo-mleczny. Usta rozgrzewał alkohol o cukrowo-słodkim charakterze, ale i owocowa część zdążyła się w tym czasie porządnie rozwinąć. Gdy już to zrobiła, dopiero pieczenie chili w gardle drastycznie się nasiliło. Brandy w smaku dowodziła przez pewien czas i dopiero po dłuższej chwili dopuściła do siebie smak ostrego chili. Chyba też lekką soczystość... czerwonych owoców? Związanej z kwaśnością.
Kiedy spróbowałam czekoladowego kremu osobno, wydał mi się bardziej maślany niż mleczny. W połączeniu z drugim jawił się jako "ten wytrawniejszy", a przy próbowaniu osobno, z zaskoczeniem i w nim trafiłam na cytrynową kwaśność.

Poprzez tę soczystość całkiem spójnie mieszało się z warstwą z mango. Ta przełamała ostrość kwaśnością cytryny. Dopiero daleko za nią odzywało się słodsze mango. Mango, choć czuć w miarę wyraźnie, zdawało się przytłoczone cytryną i alkoholem, który w tym czasie trochę stracił na jednoznaczności. Soczysta kwaśność owoców mieszała się w dodatku z echem... jogurtu? Orzechowość, maślaność w tym kremie też wystąpiły, acz w ogóle trochę zanikały. Słodycz stała na średnim poziomie, acz wydawało mi się, że brandy ją umocniło.
Nadzienie żółte spróbowane osobno bardziej jednoznacznie smakowało mango, jawiło się jako słodsze i łagodniejsze. Nerkowców dało się doszukać. Wciąż było kwaśne od cytryny, ale nie aż tak, jak w połączeniu z  resztą.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa alkolowość warstwy czekoladowej zaczęła nieco słabnąć. Została pikanteria i trochę lepiej wyłonił się wreszcie smak chili. Jeszcze podkręcił kwaśną soczystość owocowego kremu. Ten zrobił się bardzo cytrynowo kwaśny i chwilami wychodził na pierwszy plan. Za owocami warstwy zaczęły się mieszać w mleczno-maślany, jogurtowy splot i przyszła mi do głowy jakaś orientalna, kwaśno-soczysta i jednocześnie ostra, słodkawa potrawa. Wszystko się mieszało i robiło się mało przejrzyste, trochę niedookreślone, przez co w moim odczuciu intensywnie-nijakie.
Gdy trafiła się jakaś drobinka i akurat ją rozgryzłam, piekła prawie odrętwiając język.

Czekolada mleczna pobrzmiewała w tle. Końcowo pozwoliła sobie na wyższą słodycz i mleczność. Znów zadziałał kontrast - tym razem czyniąc ją wręcz uroczą. Chili zaczęło szaleć właśnie na końcówce jako zbyt mocne palenie języka i w gardle. Sam w sobie smak chili zatonął w słodko-kwaśnych nutach, zostawiając właśnie samą ostrość.

Po zjedzeniu w ustach został mocno, ale niejasno alkoholowy motyw i chili, a dokładniej jego pieczeniem w gardle oraz wysokiej, truflowej słodyczy. Smak chili wydawał się rozmyty. To, że w czekoladzie było brandy, zaniknęło, tylko moc alkoholowości czuć. Wszystko to rozgrzewało splotem ostrości i słodyczy. Na zasadzie kontrastu zaznaczyły się też kwaskowato-słodkawe owoce. Bardziej cytryna, ale i mango jako echo czuć. 

Czekolada niby nie była zła, ale mnie nie przekonała. Dobra, bezpieczna czekolada gorzkawo-mleczna oddała pole do popisu środkowi. A ten był intensywny, ale w negatywnym sensie. Bombardował mnóstwem smaków, ale nie tym, czym by się chciało. Kwaśna cytryna mieszała się z mocną brandy i dopiero dopuszczała do siebie bardzo ostre chili. Mango próbowało za tym nadążyć. Splot niby ciekawy, ale nie podoba mi się to podkręcanie cytryną. W dodatku nadzienia mieszając się, wyszły odpychająco tłusto. Ta kwaśność i owocowość nie pasowała do maślanego kremu czekoladowego. Chyba miało się to przełamywać i uzupełniać...? A kłóciło się i na dłuższą metę okazało się... nudne? Najlepiej wypadły w ogóle brzegowe części, gdzie czekolada hamowała imperatywne zapędy środka.

Zjadłam około 1/3 tabliczki (26g z 72g), więc 46g oddałam Mamie (mimo że nie lubi chili). Co do oceny się wahałam - aż podpytałam Mamę, bo już w końcu nie byłam pewna - a może jednak powinnam dać jej 6? Bo może chcę wystawić 5 tylko dlatego, że się zirytowałam, że wycofano dwie dobre czekolady, łącząc je w to coś?

Opinia Mamy: "Nie smakowała mi, mimo że lubię w słodyczach i owocową kwaśność, i alkohol. Ta była dziwna, najpierw mocno alkoholowa, aż ordynarna, a potem tylko cytrynowa. Kwaśna, a na koniec chili ostre zostawało. Bardzo niefajnie to wyszło, nie zgrywało się. I mango nie czuć. Zotter namieszał, namieszał i mu g... wyszło. Ja bym jej 5 wystawiła".

Odniosłam wrażenie, że to połączenie Zotter Mango PREDAZotter Chilli Bird's Eye z 2018-2020. Każda z osobna była smaczna, bo głęboka i wyrazista w zasadnicze smaki. Połączenie natomiast wydało mi się przeładowane, przekombinowane, a przez to rozmyte. Wszystkiego było pełno, wszystko było mocne, a jednocześnie w końcu już trudno o intensywność czegoś konkretnego. Uciekło to, za co je chwaliłam, czyli intensywny smak mango pierwszej oraz głębia połączenia chili i czekolady (bo w dziś przedstawianej trochę jakby odstawało) z drugiej. Zostało brandy i chili z cytryną z echem mango. Trochę nie to miało być...


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g - moja ważyła 72g; ja dostałam)
kaloryczność: 504 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, mleko, przecier z mango (4%), syrop cukru inwertowanego, suszone mango (3%), syrop skrobiowy, odtłuszczony jogurt w proszku, brandy z cukru trzcinowego, orzechy nerkowca, koncentrat soku cytrynowego, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), odtłuszczone mleko w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; słodka serwatka w proszku, sól, kurkuma, sproszkowana wanilia, chilli „Bird's eye” (0,02%), cały cukier trzcinowy

piątek, 10 stycznia 2025

Karmello Czekolada Ciemna Dekorowana Kruszonymi Papryczkami Chilli 54,1 %

Marka Karmello, choć musiałam jej przyznać, że trochę się poprawiła na przestrzeni lat, dalej nie była w moich oczach warta uwagi. A jednak sięgnęłam po ich kolejną propozycję, z dodatkiem. Dostrzegłam ją podczas zakupów z ojcem i pomyślałam, że mogę w sumie porównać taki pomysł na chili z jedzoną względnie niedawno Kaufland Favourites Chocolat Edel-Zartbitter Chili 52 % Kakao. Lubię połączenie chili i czekolady, ale wiem, że łatwo je zepsuć. I do posypki nie byłam przekonana, ale coś jakoś mnie do tej czekolady skierowalo. Wyglądała na maleństwo, mimo że swoje 50g miała, więc pomyślałam, że jakoś tam przejdzie. Zwłaszcza w górach, gdzie moja tolerancja na gorsze czekolady jest większa. Już na trasie jednak trochę się wystraszyłam, czy od ostrości nie zaleję się łzami. Po tę czekoladę sięgnęłam przy Zielony Stawie Gąsienicowym - nie wiem, by jeszcze już i tak buzujące emocje podgrzać? Nie no, zostawiłam ją na koniec, by jakby co nie zepsuła mi wypalaniem ust wycieczki. Zeszłam tam z Kościelca, a potem czekał mnie już tylko początkowo stromy, a potem łagodny przez Dolinę Jaworzankę żółty szlak do Kuźnic.

Karmello Czekolada Ciemna Dekorowana Kruszonymi Papryczkami Chilli to ciemna czekolada o zawartości 54,1% kakao z suszonymi papryczkami chili.

Po otwarciu, jako że tabliczka była posypką do góry, poczułam lekki zapach chili, mieszający się z mocno, jakby wręcz dogłębnie (?) paloną gorzkością. W niej zaplatała się nuta kakao w proszku. Gdy zaś wąchałam wierzch, ogólnie pod chili, zaznaczył się motyw drzewnej kory zawilgoconej od błotnistej ziemi. Całość była delikatnie, waniliowo słodka. Ogólnie zapach nie był bardzo intensywny. 

Gładka i niemal kremowa w dotyku, acz wyglądająca na pylistą, tabliczka była twarda i przy łamaniu trzaskała dość głośno obiecując gęstość i zbitość. Już przy dotykaniu, a przy łamaniu to już w ogóle, część chili odpadała, a w zasadzie sypała się wszędzie wokół, ale i tak sporo zostało, trzymając się uparcie. Chili wystąpiło pod postacią płatków i pestek. 
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, dając się poznać jako tłusto-mazista. Była niby gładka, ale z czasem coraz bardziej pylista (a w pierwszej chwili wydała mi się wręcz proszkowa). Niemal do końca zachowywała kształt ze względu na zbitość, acz mimo to czułam w niej lekką wodnistość. 
Chili w ustach od czekolady odpadało po paru chwilach. Nieliczne kawałki i drobinki trzymały się jej dłużej. Płatki niemal do końca były twardawe (trochę jak jakieś otręby?). Nie odważyłam się tego chili gryźć.

W smaku, gdy trafiłam na chili (o co nie trudno) uderzała ostrość. Słabiej lub mocniej, ale zawsze wyraziście. Wszystko zależało od tego, ile chili przypadło na dany kęs. 
Z kolei gdy zrobiłam kęsa bez chili, popłynęła słodycz cukru i wanilii mieszających się w taki sposób, że zaraz pomyślałam o ciężkich, babcinych perfumach i szafie. Nie była wysoka, ale właśnie ciężka.

W większości kęsów słodycz pokazywała się za ostrą papryczką. Zaskoczyła mnie niskim poziomem, którego trzymała się dzięki przymglonemu charakterowi. To niekoniecznie zasługa chili, bo jako taka jawiła się też w kęsach bez dodatku. Cukier nie pchał się po prostu na przód, ogólnie. Co nie zmienia faktu, że była to słodycz wręcz duszna.

W większości kęsów chili wypalało gardło już po sekundzie czy dwóch. W innych wchodziło po chwilach nieco dłuższych. Kawałki nie wymagały gryzienia, by rozbrzmieć bardzo mocno.

Zaraz pojawiła się też cierpko-palona goryczka oraz motyw drzew. W kęsach bez chili lub z mniejszą ilością obraz drzew z odpadającą korą był bardzo jednoznaczny, lecz trochę rozmywał się przy chili. Palony wątek zahaczał wtedy o polewę kakaową, do której doszła maślaność. 

Za jej sprawą słodycz wychodziła bardziej na przód - zwłaszcza w kęsach z mniejszą ilością chili. Robiła się trochę ciężka, niczym... Waniliowe pianki marshmallow? Wciąż jednak dość zgaszone.

Gorzkość wydała mi się mdława i leniwa - uzyskana głównie poprzez mocne palenie kakao. Trzymała się jej maślaność, łagodząca gorzkość jeszcze zanim na dobre się rozeszła. Pikanteria to wykorzystywała, z łatwością rosnąć.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przy cierpkości kakao przewijać się zaczynało wytrawniejsze echo chili - sama baza leciuteńko nim przesiąkła. Domniemanie ostrości pojawiało się w każdym kęsie (czekolada musiała więc przesiąknąć chili).
W kęsach bez chili wychwyciłam w tym momencie lekką soczystość. Chili ją ukrywało.

Kiedy kawałek chili - nieważne czy pestka, czy skórka - dotknął języka, czułam ostre ukłucie. Naprawdę ostre, palące. Palenie zaraz pojawiało się też w gardle.

Gdy z czekolady zaczynał odpadać dodatek, ostrość piekła i paliła piekielnie. Chwilami - gdy chili trafiło się więcej, a akurat nim nie plułam, była to ostrość zabijająca czekoladę. Znośnie było tylko, gdy ugryzłam tak, by w ustach pojawił się jeden kawałek dodatku (ale średnia przyjemność z takiego jedzenia i kombinowania).

Po zjedzeniu wciąż czułam palenie chili w gardle i w język. Z czasem nieco słabo, pozwalając pokazać się waniliowo-cukrowej słodyczy wciąż o zgaszonym charakterze oraz lekkiej cierpkości kakao. 

Część czekolady jadłam w góach, wyskubując wcześniej tyle chili, ile się dało, a potem plując resztą. Tak w zasadzie było całkiem ok... Albo raczej byłoby ok, gdyby czekolada była adekwatnie przeciętnie tania, a nie tak droga. Gdyby nie kosztowała więcej niż 5 zł / 100g, mogłaby mieć 5 jako po prostu przeciętna do bólu.
Potrafię sobie wyobrazić, że jest dla bardziej wytrzymałych na ostrość niż ja, ale i tak była zrobiona bez sensu. Dodatek odpadał (a chyba jak ktoś kupuje z dodatkiem, to nie chce, by sypał się wszędzie wokół?), a ta ilość... No aż zabijała czekoladę. Inna sprawa, że baza była mocno przeciętna. 
W górach jeszcze jakoś te wydłubywanie i plucie chili dla średniej bazy no... Się sprawdziło, ale w domu już za nic na to ochoty nie miałam.
Około połowy, gdzie było najwięcej wlepionego chili już nie dałam rady i oddałam ojcu.


ocena: 4/10
kupiłam: stoisko Karmello w Bonarce (Kraków)
cena: 9,99 zł (za 50g; ojciec płacił)
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), kruszone papryczki chili min. 0,2%

poniedziałek, 14 października 2024

Kaufland Favourites Chocolat Edel-Zartbitter Chili 52 % Kakao ciemna z chili

Czekolada z chili była chyba moją pierwszą dziwniejszą w życiu. Obecnie wcale dziwna się nie wydaje, bo już niejedna marka pokazała, jak zacne to połączenie, kiedy dobierze się odpowiednie proporcje. Mam niski próg ostrości - czasem doceniam pikanterię, ale tam, gdzie jest zachowany smak. Z cukrem z kolei... No cóż, obecnie wszystko robi mi się za słodkie, więc na czyste czekolady około 50% nie patrzę. Chili w zasadzie to dodatek, jak tutaj, robiony na gładko, stąd trochę się bałam, że źle to wyjdzie. Kaufland Favourites Chocolat Edel-Bitter 85 % Kakao była co prawda przepyszna, ale już Kaufland Favourites Chocolat Edel-Zartbitter Mandel-Orange 52 % wyszła kiepsko. A że to były jedyne czekolady tej marki, jakie jadłam, czułam, że może być różnie. 

Kaufland Favourites Chocolat Edel-Zartbitter Chili 52 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 52% kakao z ekstraktem z papryczek chili, wyprodukowana przez Ibercacao S.A..

Po otwarciu poczułam zapach mocno palony, mieszający się z dymem i ziemią oraz waniliowo ciężkawą słodyczą. Ogólnie była dość wysoka, ale nie szarżowała. Zgrywała się z palonością i motywem drzew, migdałów - też jakby palonych. Zarysowały się na maślanym, łagodzącym tle, trochę kontrastowo. Całość była słodka, ale i wyraźnie gorzko-wytrawniejsza, a do tego ciepła. Chili można się doszukać, acz raczej dlatego, że wiedziałam, że powinnam je czuć.

Twarda tabliczka wyglądała na potencjalnie trochę ulepkowatą, a przy łamaniu dała się poznać jako krucho-skalista. Kruszyła się trochę. Gdy odgryzałam kawałek, trzaskała bardziej chrupko, obiecując przeogromną gęstość. Mimo że twarda, było w niej coś sugerującego, iż to tylko pozór.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, umiarkowanie-szybkawo, łatwo mięknąc. Wydała mi się jakby... gibko-luźna. Początkowo czułam jakby lekką chropowatość, próbującą wskoczyć na kremowo-gładki tor. Była śmietankowa i zalepiająca, nawet na moment nieco przytykająca. Z czasem odnotowałam w niej lekką pylistość. Łatwo rzedła, robiąc aluzję suchawości, acz nie serwując realnej suchości.

W smaku uderzyła wysoka słodycz. Miała nieco cukrowy charakter, porządnie uszlachetniony wanilią. W pierwszej chwili jednak starała się iść w lekkim kierunku i mimo wszystko nie przytłaczać.

Zaraz pojawił się cierpki dym i palona nuta. Mocno palona. Wyobraziłam sobie palone drewno i... kawę zrobioną z przypalonych ziaren? Gorzkość może nie była zbyt wysoka, ale nie brakowało jej odwagi. Podkreśliła ją rozgrzana ziemia.

Jakby z tyłu zaznaczyła się ostrość chili, powoli spływająca do gardła.

Za gorzkością zaznaczyła swoją obecność maślana nuta. Trzymała się trochę z boku, jakby nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

Słodycz cały czas rosła. Robiła się ryzykownie silna i aż trochę ciężkawa. Cukier wyłamywał się z niej raz po raz. Wydała mi się trochę rozgrzewająca, a wtedy porządnie odezwało się też chili. Nawet się nie zorientowałam, gdy nagle poczułam wręcz palącą pikanterię w gardle i na języku.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa spalone drewno zmieniło się w drzewa, a do tych dołączyły migdały. Jakby w gorzko-poważniejszy wątek wemknęło się życie i pewna świeżość...? Kontrastowo do ostrości?

Maślaność też wydała mi się w obliczu chili bardziej... jaskrawa? Zmieniła się jednak w śmietankę. Stanęła na drodze dalszemu wzrostowi słodyczy. Ta już została na ryzykownie wysokim poziomie, ale jeszcze nie męcząc. Cukier mieszał się ze szlachetną wanilią, która wydawała się zmotywowana wyrazistym towarzystwem chili.

Chili z czasem połączyło się z gorzkością, kierując ten splot w stronę kremu orzechowo-migdałowego. Palona nuta wciąż miała się świetnie, a ja pomyślałam o palonych orzechach. Zasnuł je goryczkowato-cierpki, szary dym. Także nakręcający się nawzajem z chili.

Smak ostrych papryczek też się pojawił - to nie była czysta ostrość dla ostrości, a pikantnie-ciepła, głęboka nuta. Chili było więc dosadne, wyraziste, ale nie zagłuszyło reszty. W pewnym momencie znalazło się na pierwszym planie, lecz jako towarzystwo przesadzonej słodyczy i paloności.

Mi się jednak końcowo robiło trochę za ostro, że aż się wystraszyłam, ale... wtedy jakoś słodycz jakby się rozepchnęła i zrobiło się bardzo waniliowo. Za słodko, ale jeszcze znośnie. Cierpkość dymu i jak po wypiciu mocnego espresso też się pojawiła, jakby wyciszając chili, które przeszło na poziom gardła.

Po zjedzeniu zostało jednak wyraźne pieczenie chili w gardle. Czułam też posmak papryczek, mieszających się z wysoką słodyczą wanilii, która wyszła aż dziwnie rześko w obliczu ostrości. Dołączyły do nich odymione, przypalone orzechy i cierpkość jak po kawie. Wróciła też maślaność, jakby uwypuklona ostrością i słodyczą.

Czekolada bardzo mi smakowała, mimo że nie była idealna. Za wysoka słodycz na szczęście należała do wanilii, nie tylko do cukru. Muszę przyznać, że całkiem nieźle wyszła przy tej wyrazistej ostrości. Samo chili było jak dla mnie ryzykownie mocne, ale też mocne w taki sposób, że nie zabiło reszty, więc obstawiam, że tak obiektywnie po prostu dodano dobrą ilość (ja mam raczej niski próg wytrzymałości). Wciąż miało smak papryczek! Gorzkość i cierpkość były, palona nuta zacnie się zaznaczyła, nie była przepalona. Wolałabym silniejszą gorzkość, ale i ta wyszła smacznie. Maślaność trochę mi przeszkadzała, ale końcowo wszystko fajnie współgrało.
Na pewno wyszła trochę lepiej niż Lindt Excellence Chili Dark Chocolate. Blisko było jej do pysznego J.D. Gross Ekwador 56 %, który był nieco mniej słodki i rozpływał się wolniej, gęściej.

Marka odzyskała dobre imię po Kaufland Favourites Chocolat Edel-Zartbitter Mandel-Orange 52 % Kakao.


ocena: 9/10
kupiłam: Kaufland
cena: 5,29 zł
kaloryczność: 543 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, ekstrakt z chili 0,5%, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt waniliowy

niedziela, 17 marca 2024

Zotter Cheese + Mango Chutney / Kase + Mango-Chutney ciemna mleczna 60 % z kremem z sera i nugatu z orzechów włoskich z grappą i chili oraz kremem z mango chutney z sokiem ze spritzem z limonki i białego wina oraz przyprawami korzennymi

Ponoć czekolada dobrze łączy się z winem, a także... z serem. Ja nie łączę jej z niczym, a takie "parowanie" produktów ogólnie mnie nie kręci, ale faktem jest, że serowe czekolady Zottera zawsze mi smakowały. Co do tej byłam jednak nastawiona mniej optymistycznie, niż do np. Zotter Cheese – Walnut – Grapes z 2021 lub Zotter Cheesy Chocolate z 2016, ale i tak nie zamierzałam kazać jej dłużej czekać. Wątpliwości wzbudził chutney, o którym myślałam, że to coś nie w moim stylu. Kojarzyło mi się, a potem potwierdziło w internecie, że to gęsty, indyjski sos z warzyw i owoców "do mięs i dań wegetariańskich". Wychodziło na to, że mogło to mieć bardzo wytrawną nutę. A czy do czegoś takiego pasowało mi przeważnie bardzo słodkie mango? No właśnie niezbyt. Byłam więc ciekawa efektu.

Zotter Cheese + Mango Chutney / Käse + Mango-Chutney to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60% kakao nadziewana (30%) serowym kremem z miękkiego, kremowego sera i praliny / nugatu z orzechów włoskich z grappą i chili oraz (30%) kremem z mango chutney (z owoców mango Preda) ze spritzem limonkowym z sokiem limonki i białego wina Muscaris Zottera oraz przyprawami korzennymi (anyż, goździki, cynamon, chili).


Po otwarciu od spodu tabliczki rozniósł się zapach słodkiego alkoholu, w tym białego wina. Alkoholu owocowo soczystego. Odnotowałam winogronowy akcent i limonkę. Wtapiały się w waniliowo-śmietankową toń, zmieszaną z bliżej nieokreślonymi orzechami. Spód miał nieco pudrowo owocowy charakter. Wierzch pachniał ogólnie łagodniej, mlecznie. Całość spowiła słodko-mleczna, lekko kakaowa czekolada o bardzo mocno orzechowym charakterze. Po przełamaniu za to poczułam zapach pikantnego sera - do głowy przyszedł mi jakiś żółty, dojrzewający, ale też może pleśniowy camembert. Wtedy również wychyliło się mango o słodkim, nieco pudrowym charakterze. Słodycz i mleczność wydawały się nieco narastać, chyba na zasadzie kontrastu.

Tabliczka była twardawa i masywna. Gruba czekolada przy łamaniu trzaskała jednak cichutko. Nadzienia przedstawiły się jako konkretne, choć ewidentnie tłustawo-maziste. Serowo-nugatowe wydawało się bardziej zbite i zwięzłe, a krem z mango wyglądał na lekko kruchy, ale nie suchy. Mimo że ponoć miały być równe, u mnie warstwa owocowa wyglądała na o wiele większą (i tak też było z odbiorem - acz uwierzę, że po prostu wagowo były zbliżone, a owocowe po prostu wyszło większe objętościowo).
Czekolada w ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, gęsto-kremowo. Była maślano tłusta i aksamitna. spójnie mieszała się z kremami.
Nieco szybciej rozpływał się górny krem serowy, acz ogólnie robiły to mniej więcej równo. Z tym, że nadchodził w końcu moment, gdy serowy krem znikał, a owocowy zostawał. Serowy nugat podpiął się i pod czekoladę i pod drugą warstwę śmietankowo-mazistą tłustością. On był jednak maziście-zbity, trochę nugatowy. Kojarzył mi się trochę z twardszą wersją środka sera camembert. Cechowała go gładkość, choć znikając już rzadko, nieco zasnuwał się pylistością. 
Krem z mango okazał się maziście-soczysty i nieco gumowy. Był plastyczny i z sugestią pylistości. Pojawiały się w nim bliżej nieokreślone drobinki. Były ni twarde, ni miękkie; drobniutkie.

W smaku czekolada przywitała mnie stonowaną, nieco karmelową słodyczą i subtelną gorzkością. Kakaowy charakter przemieszał się z orzechową nutą, co po chwili zalało wyraziste, naturalne mleko. Czekolada lekko przesiąkła wnętrzem, jednak w całości od początku do końca i tak także jako ona sama stanowiła bardzo istotny element.

Ze środka nieco szybciej odezwało się nadzienie z kremem z mango za sprawą kwasku limonki, cytryny i alkoholu. Białe wino wyszło owocowo słodko, a jednak zaraz podporządkowało się grappie o winogronowym zarysie, płynącej z drugiej warstwy.

Krem serowy z grappą podkreślił mleczność i maślaność czekolady. Przemknęła mi wytrawniejsza mgiełka słodkawego, jedynie żółtawego i coś a'la camembert (żaden nie był szczególnie mocnym skojarzeniem). Przy nich pojawił się jakby słodko-kwaskawy twaróg... może coś jogurtowego? Trudno określić, bo szybko wkroczyła rozgrzewająca i nieco gryząca język pikanteria chili. Pomógł w tym alkohol - istotny, mimo że nie siekierowy.
Śmietankowo-kwaskawy ser okazał podkręcony cytryną i kwaskawym, winogronowym alkoholem. Warstwa roztoczyła po ustach wysoką słodycz, którą jednak zaraz nieco zahamowały bliżej nieokreślone orzechy.
Krem spróbowany osobno wcale nie okazał się wyrazistszy. Mam wręcz wrażenie, że to krem z mango chociaż na parę sekund podkręcał jego serowość.

Poprzez lekką orzechowość i znacznie mocniejszy alkohol krem ten bardzo spójnie mieszał się z nadzieniem mango. To, po kwaśnym debiucie, z czasem wydało mi się słodkie w nieco pudrowym kontekście. Soczystej kwaśności cytrusów (głównie limonki, cytryny mniej) nie brakowało mu jednak go końca. Czułam w nim też owocowe białe wino. Lekko rozgrzewało razem z przyprawami korzennymi, które wyłoniły się mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa. Poczułam ostro szczypiące goździki, ogólnie mocno podnoszące pikanterię. Ta płynęła też z serowej warstwy, a alkohole ją wieńczyły. Anyż za to chyba podkręcił rześkość. 
Krem z mango spróbowany osobno też nie był jakoś specjalnie wyrazistszy. To mieszanka kwaśności limonki i słodyczy mango z orzechowym tłem.

Z czasem kremy przemieszały się zupełnie. Serowość uciekła - czułam bardziej maślano-śmietankowy splot, orzechy nie były zbyt wyraziste. Doszła do nich maślaność - raz po raz przyszły mi do głowy nerkowce (jako luźne skojarzenie, bo nie były wyraźnie wyczuwalne). Ten faktycznie wyszedł jak soczyście kwaśny, słodko-ostry, acz nie wytrawny, chutney na bazie mango. Raz po raz mignęło mi echo soli (acz dałabym sobie wmówić, że to iluzja). A jednak krem ten miał w sobie też coś z wegańskiej, pudrowej czekolady białej owocowej z mango.

Z czasem alkohol spłycił poszczególne smaki, a ja wyłapałam jeszcze ocet i jakby skwaśniałe owoce - winogrona, jabłka... Mimo kwaśności i pikanterii, na zasadzie kontrastu końcowo słodycz wzrosła aż denerwująco. Czułam pudrowość, wanilię i jakby scukrzony alkohol. Słodycz drapała i rozgrzewała wraz z przyprawami i alkoholem. A jednak końcowo mango całkiem ładnie się z tego wybroniło i przedarło się przez to prawie na pierwszy plan, przywodząc na myśl bardzo słodki, świeży owoc.
Sama ciemna mleczna czekolada mu pomogła, jako że do końca pobrzmiewała - wydawała się tonować zapędy poszczególnych nut, uspokajać je.

Po zjedzeniu został posmak owocowego, białego wina, grappy - alkoholu mocnego i owocowego. Czułam soczystość i świeże mango, zmieszane z ciężką pudrowością też mango, kwaśność limonki i cytryny, a także ostrość przypraw. Głównie chili, ale i korzenną. Było w tym niby coś wytrawniejszego - nuta dojrzewającego sera? - ale i słodycz przegięła. W język szczypała ostrość i alkohol.

Całość wydała mi się przekombinowana. Skojarzenia z serem jedynie pomykały. Wyszedł ciekawie, żółtawo-camembertowo, ostro. Trochę wytrawnie, ale mieszał się w harmonii ze słodyczą. Orzechowość niby była, a nie zagrała jednak tak, jak mogłaby. Mango miało sporo do powiedzenia, ale chwilami wydawało mi się zbyt słodziutko-pudrowe i zwalczane przez cytrusy. Ogólnie słodycz męczyła - m.in. przez kontrast. Mleczność, jogurtowość, kwaśny nabiał i kumulacja limonki, cytryny, ocet - kwaśność wydawała mi się przesadzona. Podobnie jak taka mieszanka alkoholi - nie przemówiło to do mnie. Białe wino i grappa przy tak ciekawych smakach wprowadziły po prostu zamęt. Pikanteria i korzenność chyba też nieco za bardzo odciągały uwagę od serowości. Tabliczka wyszła nawet ciekawie i w sumie nawet smacznie, ale nie chwyciła, nie zachwyciła. Była dość... chaotyczna, niejasna. Żałowałam, że orzechów włoskich w sumie nie czuć, że ser był nutą marginalną, a wszystko skupiło się na słodkim, owocowym alkoholu i owocowej soczystości, nawet nie tak bardzo, bardzo mango, które w zasadzie jeszcze da się wyodrębnić z tej mieszaniny.
Mam wrażenie, jakby Zotter wymieszał dwie czekolady: Mango PREDA i Cheese – Walnut – Grapes, co wcale nie było na plus, bo po prostu kompozycja dziś przedstawiana wyszła przeładowana. Tamte smakowały właśnie dzięki temu, jak wyraźnie smakowały tytułowym smakiem. W przypadku dzisiaj opisywanej, jakby jeść nie skupiając się szczególnie, można by wielu jej elementów po prostu nie poczuć. Szybko mnie to znudziło, zmęczyło. Nie lubię takiej niedookreśloności. Mamie dałam większość - około 50 g z 83g (ciekawostka: tabliczka ważyła 83g, a nie deklarowane 70g).

Mamie czekolada bardzo smakowała, ale... Pozwolę sobie ją zacytować: "Bardzo smaczna, ale ja niczego konkretnego w niej nie czułam, a już na pewno nie te rzeczy, które tam miały być wyczuwalne. Bardzo przyjemnie owocowo kwaśna, ale nie wiem, co za owoce czułam. Mango? Na pewno nie. W ogóle nie powiedziałabym, że tam są dwie warstwy, nawet się ich dopatrzeć trudno. Alkohol oprócz kwaśności czułam na pewno, ale jaki? To też zagadka. W ciemno strzeliłabym jakiś biały szampan, tak mi się wymyśliło. Mocny, aż uderzał do głowy! I rozgrzewał mocno natychmiast, razem z tymi przyprawami ostrymi, chyba chili. I jakieś inne, ale jakie to już nie wiem. Czekolada z wierzchu, może przy tym wszystkim, kwaśnym, alkoholowym, wydała mi się za to tandetna trochę".
Zgodziła się ze mną, że skoro to miała być czekolada "z mango i serem" to "bez sensu tam tak to wszystko namieszane, że prawie nie da się doszukać tytułowych".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko pełne w proszku, mleko, syrop cukru inwertowanego, ser topiony 3% (ser z surowego mleka, śmietana, woda, regulator kwasowości: cytrynian trisodu), przecier z mango 3%, odtłuszczony jogurt w proszku, suszone mango 2%, syrop skrobiowy, białe wino Muscaris (zawiera siarczany), orzechy włoskie, odtłuszczone mleko w proszku, orzechy nerkowca, grappa, koncentrat limonki, słodka serwatka w proszku, ocet balsamiczny jabłkowy, lecytyna sojowa, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), koncentrat soku cytrynowego, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sól, pełny cukier trzcinowy, sproszkowana wanilia, anyż gwiazdkowaty, goździki, cynamon, chili "Bird's eye"

niedziela, 21 sierpnia 2022

Naive Spices ciemna 65 % z Ekwadoru z przyprawami: cynamonem, papryczką chili ancho, goździkami i wanilią; zmieniona / nowa 2021

Początkowo nie sądziłam, że będę pisać ten tekst, ale doszłam do wniosku, że sporo się zmieniło od zjedzenia Naive Spices (2020). Dostałam zacną świecę o tym wariancie od Nataszy Kotarskiej z Domu Czekolady, trochę zmieniły się u mnie preferencje jedzeniowe, to czego od jedzenia oczekuję i... no tak, sama czekolada się zmieniła. O tym jednak nie wiedziałam, gdy do mnie trafiła. Do końca nie byłam przekonana, czy chcę do niej wrócić. Gdy zobaczyłam, jakie zmiany zaszły, zrobiłam się sceptyczna. Coś mi podszeptywało, że będzie ostrzejsza, słodsza i mniej czekoladowa (zmniejszyli zawartość kakao i pogmerali w przyprawach). Mimo że lubię mówić "a nie mówiłam?", tu wolałabym nie musieć tego powiedzieć.

Naive Spices to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z Ekwadoru z przyprawami: cynamonem, papryczką chili ancho, goździkami i wanilią; wersja od 2021.

Po otwarciu smagnęły ostro-słodkie przyprawy korzenne. Dominowały zupełnie. Na pierwszym miejscu cynamon, zaraz za nim słodka wanilia oraz ogólnie wysoka słodycz kojarząca się trochę z jasnym miodem. Stąd zaraz pomyślałam o słodkich ciastkach korzennych. Przyprawionych na ostro, bo także chili i pieprz miały w kompozycji spory udział. Sama baza czekoladowa natomiast wpisała się w ciastkowość maślano-mlecznym wątkiem. Pomyślałam o ciastkach / piernikach pikantnie korzennych, podlanych czekoladą.

Tabliczka wydała mi się sucho-tłusta w dotyku, jakby wręcz pyłkowa. Przy łamaniu trzaskała głośno, co wynikało z grubości. Ziarnisty przekrój zgrał się z lekką kruchością. Wyglądała na ciemną mleczną, nie na po prostu ciemną. 
W ustach rozpływała się jednak zaskakująco gładko bazowo, bez wyczuwalnych przypraw.
Dała się poznać jako bardzo kremowa i miękka, mimo że długo zachowująca kształt. Rozpływała się powoli, tłusto w maślano-śmietankowy sposób. Przypominała gęstą grudkę aksamitnego budyniu, nieco zalepiającego, a pod koniec rzednącego i znikającego. Zostawiała lekko pyłkowy efekt.

W smaku już w pierwszej sekundzie uderzyła ostrość przypraw i słodycz. Ruszyły w dzikim wyścigu, aż mnie zaskakując.

Ostry pieprz i chili mieszały się w jedno, rozgrzewając natychmiast.
Tylko trochę za nimi rozpościerała się niemal cukrowa słodycz, rozchodząca się po ustach i eksponująca głębię intensywnej wanilii i miodu. Pomyślałam o miodowych, mocno korzennie ostrych piernikach takich raczej suchawo-miękkawych. Odnotowałam też ciastkowość trochę przypaloną, nieco melasową, które wprowadziły paloną nutkę.

Ta idealnie zgrała się z przyprawami, dopowiadając im ostrzejszą, pikantnawą ziemię i trochę dymu. Czekoladowy motyw był dopiero za przyprawami (stąd raczej nie były to pierniki czekoladowe), ale walczył dzielnie o swoje.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pod cały czas bezkompromisowo rosnącą ostrością i zdecydowanie za wysoką, drapiącą słodyczą pojawił się wątek kwiatów. Podprowadził trochę łagodniejszy akcent, w którym podkradła się maślano-mleczna nutka. Wpisała się w skojarzenie z ciastkami korzennymi. Bo to właśnie w nie, twarde i cukrowe, zmieniły się pierniki.

Do bólu przesłodzone i ostre, aż gryzące w język. Drapało i paliło to-to. Pieprz i chili jak rozgrzały, tak uparcie to utrzymywały. Pojawił się przy nich akcent ziół, trochę ogółem ostrości i gorzkości... Właśnie bardziej przypraw niż kakao? Aż niejednoznacznej. Mimo to chwilami (chyba gdy akurat jakoś mniej przyprawiony fragment mi się trafił) wyraźniej czułam dym. Potem jednak łatwo, by coś to wszystko aż przekłuło. Słodko-ostry strzał... goździków? Miodowo-waniliowy splot z cukrem stał się bardzo drapiący (stąd, choć wanilia dominowała, skojarzenie z miodem). Męczył.

A jednak z czasem pomyślałam też o gorącym, mocno korzennym grzanym winie. W pikanterii pojawiła się soczystość czerwonych owoców, którą chili, wyczuwalne także jako smak chili (a nie tylko ostrość), podsycało. Ostro-soczyste wino wydało mi się leciutko cytrusowe, ale nie kwaśne. Na pewno ostre, aż samo się dziwnie w tym zapominające. Goździkowe, niby słodkie, a jednak przede wszystkim ostre.

Po zjedzeniu chili i pieprz zostawiły pikanterię na języku. Ostrość i przesadzona słodycz drapały w gardle. Ogólnie czułam się przesłodzona, a posmak przypraw piernikowych, korzennych o wysokiej pikanterii dominował. Lekko ziemista, kwiatowo-maślano-ciastkowa baza nikła pod naporem tego wszystkiego.

Całość nie przemówiła do mnie tak, jak kiedyś (wersja z 2020). Nowa wyszła o wiele ostrzej, przez co sama baza straciła na znaczeniu. Przy takiej pikanterii także słodycz jakby drapała jeszcze bardziej. Czułam piekielną ostrość i równie irytującą słodycz. Jednocześnie było w tym coś ekwadorsko łagodzącego, ale... zatraconego. Z jednej strony nie chcę krzywdzić oceną czekolady z przyprawami za to, że jest przyprawiona, ale naprawdę szkoda, gdy w tabliczce czekolady ucieka czekoladowość.
Od razu pomyślałam o Gallerze Noir Puur Speculaas smaak - ten był bardziej wyważony, bo odważniejsze kakao według mnie lepiej radzi sobie jako baza pod przyprawy aniżeli cukier. Kakao do Naive na pewno użyto zacne, tylko co z tego, skoro się zatraciło? Choć wolę tabliczki gładkie, jadłam je z podobną, umiarkowaną przyjemnością, więc Naive się nie spisało.


ocena: 7/10
kupiłam: Dom Czekolady (dostałam, dziękuję!)
cena: cena to 33 zł (za 57g)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, cynamon 5%, papryczka chili ancho 2%, goździki 1%, wanilia 1%