Wśród nowości Zottera na jesień 2025 dwie z nadziewanych wyróżniały się. Widniał na nich dopisek "Safari" i... Rozumiem, że miały smakami nawiązywać do krajów pochodzenia kakao, z których otrzymały czekoladowe mousse'y? To, którą z dwóch zjem najpierw, zostawiłam przypadkowi. Padło na tę. Choć może... niezupełnie? Dotarła do mnie informacja, opis, że ta wydaje się nieco wytrawniejsza. Bo zaś gdy chodzi o to, czy wolę tabliczki z kakao z Ugandy, czy z Tanzanii, odpowiedź nie jest jasna. Zależy bowiem od tego, jak są zrobione. Dziś przedstawianą zrobiono z kremem "ganache" z ciemnej czekolady z kakao od producenta Latitude w Ugandzie. Ten wspiera lokalnych rolników, płacąc im godziwie za wysokiej jakości ziarna.
Zotter Uganda Cacao Safari / Kakao-Safari to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana kremem "ganache" z ciemnej czekolady o zawartości 70 % kakao z Ugandy z przyprawami: cynamonem, kardamonem, goździkami i chili oraz kremem "ganache" z bananów i limonek.
Po otwarciu poczułam się, jakbym wąchała kakaowo-maślany mousse i porządnie kakaowe trufle belgijskie czy też samą kakaową truflę-nadzienie. Już na tym etapie czuć również pikanterię. Czekolada ciemna wieńczyła te czekoladkowe skojarzenia dokładając jeszcze motyw marcepanu. Poprzez paloną, trochę chlebową nutę jawiła się jako wytrawne zwieńczenie tego wszystkiego. Truflę przeplotło sporo limonki - na tym etapie można by obstawiać, że jako jakiś limonkowy alkohol. Nie była jednak jedynym wyczuwalnym cytrusem: Wtórowały jej ogólnie cytrusy, nawet trochę ananasa. Zwłaszcza, gdy wąchałam wierzch, czułam więcej owoców. Wtedy zaznaczył się nawet banan, który znacząco nasilił się po przełamaniu. Wtedy w harmonii połączył się z maślanymi mousse'ami i przyprawami. Te już też dało się ponazywać: najgłośniej rozbrzmiewały goździki i chili.
Tabliczka była twarda, a przy łamaniu trzaskała tak, że wydawało się, iż trzaska nie tylko średnio gruba warstwa czekolady z wierzchu.
Niespodzianka! U mnie jasny owocowy krem był na górze, czekoladowy na dole, czyli odwrotnie niż pokazują zdjęcia na stronie Zottera.
Dolny krem czekoladowy też wydawał się konkretny i wręcz twardy, chłodno maślano-zbity. Górny krem owocowy wykazywał plastyczną miękkość i wyglądał na lepko-mazisty. Przy przegryzaniu się przez całość, czekolada trochę wgniatała się w jasny krem.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, przedstawiając się jako dość zbita, ale też już mazista. Powoli odsłaniała środek. Cały czas wydawała się tłusta, a w zestawieniu z nimi ciężka.
Kremy rozpływały się w podobnym tempie, ale ciemne znikało po jasnym.
Czekoladowy krem starał się upodobnić do czekolady, jawiąc się jako gęsty, a jednocześnie maślano-śmietankowo mazisty; tłustszy od czekolady. Był niemal idealnie gładki. Niemal, bo czasem wyłaniały się z niego drobinki przypraw. Nie był bardzo zbity, ale w zestawieniu z jasnym kremem na jego zbitość bardziej zwracałam uwagę.
Krem owocowy okazał się o wiele lżejszy, choć także zbity. Je jednak zbitość jednak szybko opuszczała. Ta część rozpuszczała się wręcz ślisko i soczyście. Długo utrzymywała gładkość, acz z czasem poczułam w niej jakby zawiesistą pylistość.
Całość zmieniała się w gęsto-śliską, tłustą i trochę zawiesinowa masę.
Czasem na koniec w ustach zostawały drobinki przypraw: chrupiąco-twarde i miękko-trzeszczące.
Przy przegryzaniu się przez całość, nadzienia odzywały się już wraz z czekoladą.
W smaku czekolada od początku raczyła mnie dymną, paloną gorzkością oraz stonowaną słodyczą palonego karmelu. Było w niej coś z marcepanu w ciemnej czekoladzie, a w oddali przemykała sugestia ciemnego, mocno wypieczonego chleba i cierpko-winny akcent. Ogólnie czuć w niej też ciepło, poniekąd związane z palonością.
Jak się okazało po spróbowaniu osobno, czekolada trochę przesiąkła nadzieniami: przyprawami z ciemnego ganaszu oraz limonką z jasnego.
Ogólnie limonka szybko dawała o sobie znać. Czasem wydawało się, że towarzyszy jej jakiś czerwony, nieco cierpko-winny owoc. Krem owocowy przebijał się przez całą czekoladowość bardziej jednoznacznie i starał się zabłyszczeć na pierwszym planie.
Czekoladowy krem za nią na spokojnie kontynuował gorzką czekoladowość.
Krem czekoladowy miał mocno truflowy charakter, niczym maślana trufla kakaowa, trufle belgijskie i ciężki deser czekoladowo-marcepanowy. Choć cierpki, był słodszy od czekolady. Właśnie truflowy, a zarazem słodko korzenny. Przyprawy podkreśliły motyw palony, a także bardzo rozkręciły ciepło, niemal pikanterię. Przewodziły w niej chili i goździki (ogólnie poskramiane kwaśnością limonki). Słodsza korzenność pobrzmiewała słabiej. W nim także wystąpiły kwaskawo-owocowe akcenty.
Krem czekoladowy spróbowany osobno wydawał się bardziej słodki i bardzo pikantny, aż gryząco-szczypiący w język. Wtedy jednak wyraźnie poczułam też, że jego cierpkość kojarzy się z czerwonymi owocami. Częściowo musiał przesiąknąć limonką, ale ewidentnie sam z siebie też był lekko owocowy.
Krem owocowy przebijał się przez resztę kwaśnym, soczystym smakiem limonki, choć czasem także bananom zdarzyło się przemknąć. Kwaśność limonki, podkręcona jeszcze cytryną, trochę podsycała zarówno słodycz, jak i cierpkość drugiej warstwy. Limonka, z czasem tracąca na jednoznaczności, a przechodząca w ogólnie cytrusowość, dominowała nie tylko w warstwie owocowej, ale w całości. Wsparły ją cytryny, chyba ananas i niedookreślone czerwone owoce (nuta czekoladowego kremu?). Z czasem całą tą kwaśność trochę osadzały... "chyba banany". W pierwszej zaznaczyły się jako jakaś "słodziaśna pudrowość", chyba przez kontrast, ale motyw ten układał się w po prostu bananowe echo. Bananowo-cierpkie? Do głowy przyszło mi owocowe, bardzo namieszane, ale na pewno bardzo kwaśne mleczne smoothie. W zestawieniu z ciemną warstwą, ta mleczność nie była jednak bardzo wyrazista.
Gdy spróbowałam kremu owocowego osobno, wydał mi się o wiele kwaśniejszy, aż w przesadzony sposób, ale z wyraźniej mlecznym echem.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność limonki i innych owoców związały się z piekącą pikanterią chili i goździków. Te, wraz ze słodyczą, już nawet gardło zaczęły trochę rozgrzewać, co zasugerowało alkohol. Kwaśność jeszcze wzmagała to poczucie. Słodko-ostre nuty aż mnie trochę przytłoczyły, po czym... wszystko się zmieniło.
Kwaśność limonkowo-cytrynowa niby trochę złagodniała, a warstwa owocowa poszła w bardziej mieszanym, multiwitaminowo egzotycznym kierunku. Krem czekoladowy wydał mi się bardziej maślany, łagodniejszy gdy chodzi o pikanterię, a bardziej ciepło-korzenny, mimo że z wciąż wyczuwalnym chili. Cynamon zapewniał harmonię, łącząc co ostrzejsze ze słodyczą, a także pielęgnując skojarzenie z cytrusowym, rozgrzewającym alkoholem.
Z kremu czekoladowego wyłoniły się jeszcze czerwone owoce - podkreślone owocowością jasnej warstwy? Jedynie czekolada wydawała się niewzruszona, wciąż gorzka w palono-dymny sposób i ostrożnie słodka.
Gryzione na koniec twarde drobinki na nowo podkręcały ostrość przypraw, ale nie tak, jak można by się obawiać. Zaplątało się w nich też parę drobinek raczej bez smaku (tych trzeszczących).
Po zjedzeniu został posmak intensywny posmak limonki z chili, żywo zarysowanych na tle maślanej, truflowej gorzkości, związanej z palono-ciepłą, nieco korzenną słodyczą.
Czekolada nie przekonała mnie do siebie, bo była za intensywna gdy chodzi o kwaśność i ostrość. Pikanteria chili i goździków chwilami odciągała uwagę od subtelniejszych niuansów kremu ciemnego, a limonka z cytryną zakrzyczały banany w jasnej części. Jej ogólna egzotyka i nutka cierpko-owocowa części ciemnej musiały o siebie walczyć. Korzenność, maślana czekoladowo-kakaowa trufla niezbyt pasowały mi do takiej limonkowości. Ta z przyprawami chwilami szła w złudnie alkoholowym kierunku. Czy kojarzyło się to wszystko z czekoladami czystymi z Ugandy? I tak, i nie. Pikanteria owszem, różne owoce też, ale nie powiedziałabym, by ugandyjskie kakao serwowało aż taką kwasowość limonkowo-cytrusowo-egzotyczną. Ta zagłuszała nutki czerwonych owoców, które za to bardzo często czuję w ugandyjskich tabliczkach.
Wiem, że Zotter naprawdę potrafi pokazać w mousse'ie nuty kakao dzięki Zotter Mousse au Chocolat "Piura" 82 %, w dziś przedstawianej jednak sam zagłuszył wszystko, co ciekawsze... Szkoda. Tabliczka ogólnie była w sumie smaczna, ale bez głębi czy większego zachwyty, a nieprzyjemna tłustość nie poprawiała odbioru. Gdyby to miała być czekolada z limonką i przyprawami dostałaby 8, ale obiecywane banany się schowały, a potencjał kakaowego nadzienia zagłuszono.
Zjadłam 28 g, a resztę bez żalu oddałam Mamie, nawet wiedząc, że może jej nie siąść ta ciemnoczekoladowość. Po prostu zmęczyła, znudziła mnie ta rozmywająca się i wszystko inne kwaśność.
Mama nie dała rady skończyć. Jak to ujęła: "Nie smakowała mi ta czekolada, mimo że zazwyczaj lubię kwaśne owocowe nadzienia. Tu jednak ta kwaśność poszła aż w kwasowość i niczego wyraźnego, smacznego w niej nie czuć. Powiedziałabym, że głównie cytrynę, no może też tą limonkę. Bananów jednak w ogóle nie czuć. Charakteru tego czekoladowego kremu zza tej kwaśności też za bardzo nie czuć. Z czasem wyłaniała się ostrość chili. Sama czekolada też mi nie smakowała, a tłusta konsystencja przeszkadzała".
ocena: 5,5/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 71g)
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, syrop z cukru inwertowanego, liofilizowane banany 3%, syrop skrobiowy, koncentrat z limonki 2%, odtłuszczone mleko w proszku, masło, koncentrat z ananasa, emulgator: lecytyna sojowa; proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), sól, sproszkowana wanilia, kardamon, cynamon, goździki, chili „Bird's eye”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.