Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: cynamon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: cynamon. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2026

Zotter Uganda Cacao Safari / Kakao-Safari ciemna 70 % z kremem z ciemnej czekolady z przyprawami i kremem z bananów i limonek

Wśród nowości Zottera na jesień 2025 dwie z nadziewanych wyróżniały się. Widniał na nich dopisek "Safari" i... Rozumiem, że miały smakami nawiązywać do krajów pochodzenia kakao, z których otrzymały czekoladowe mousse'y? To, którą z dwóch zjem najpierw, zostawiłam przypadkowi. Padło na tę. Choć może... niezupełnie? Dotarła do mnie informacja, opis, że ta wydaje się nieco wytrawniejsza. Bo zaś gdy chodzi o to, czy wolę tabliczki z kakao z Ugandy, czy z Tanzanii, odpowiedź nie jest jasna. Zależy bowiem od tego, jak są zrobione. Dziś przedstawianą zrobiono z kremem "ganache" z ciemnej czekolady z kakao od producenta Latitude w Ugandzie. Ten wspiera lokalnych rolników, płacąc im godziwie za wysokiej jakości ziarna.


Zotter Uganda Cacao Safari / Kakao-Safari to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana kremem "ganache" z ciemnej czekolady o zawartości 70 % kakao z Ugandy z przyprawami: cynamonem, kardamonem, goździkami i chili oraz kremem "ganache" z bananów i limonek.

Po otwarciu poczułam się, jakbym wąchała kakaowo-maślany mousse i porządnie kakaowe trufle belgijskie czy też samą kakaową truflę-nadzienie. Już na tym etapie czuć również pikanterię. Czekolada ciemna wieńczyła te czekoladkowe skojarzenia dokładając jeszcze motyw marcepanu. Poprzez paloną, trochę chlebową nutę jawiła się jako wytrawne zwieńczenie tego wszystkiego. Truflę przeplotło sporo limonki - na tym etapie można by obstawiać, że jako jakiś limonkowy alkohol. Nie była jednak jedynym wyczuwalnym cytrusem: Wtórowały jej ogólnie cytrusy, nawet trochę ananasa. Zwłaszcza, gdy wąchałam wierzch, czułam więcej owoców. Wtedy zaznaczył się nawet banan, który znacząco nasilił się po przełamaniu. Wtedy w harmonii połączył się z maślanymi mousse'ami i przyprawami. Te już też dało się ponazywać: najgłośniej rozbrzmiewały goździki i chili.

Tabliczka była twarda, a przy łamaniu trzaskała tak, że wydawało się, iż trzaska nie tylko średnio gruba warstwa czekolady z wierzchu.
Niespodzianka! U mnie jasny owocowy krem był na górze, czekoladowy na dole, czyli odwrotnie niż pokazują zdjęcia na stronie Zottera.
Dolny krem czekoladowy też wydawał się konkretny i wręcz twardy, chłodno maślano-zbity. Górny krem owocowy wykazywał plastyczną miękkość i wyglądał na lepko-mazisty. Przy przegryzaniu się przez całość, czekolada trochę wgniatała się w jasny krem.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, przedstawiając się jako dość zbita, ale też już mazista. Powoli odsłaniała środek. Cały czas wydawała się tłusta, a w zestawieniu z nimi ciężka.
Kremy rozpływały się w podobnym tempie, ale ciemne znikało po jasnym.
Czekoladowy krem starał się upodobnić do czekolady, jawiąc się jako gęsty, a jednocześnie maślano-śmietankowo mazisty; tłustszy od czekolady. Był niemal idealnie gładki. Niemal, bo czasem wyłaniały się z niego drobinki przypraw. Nie był bardzo zbity, ale w zestawieniu z jasnym kremem na jego zbitość bardziej zwracałam uwagę.
Krem owocowy okazał się o wiele lżejszy, choć także zbity. Je jednak zbitość jednak szybko opuszczała. Ta część rozpuszczała się wręcz ślisko i soczyście. Długo utrzymywała gładkość, acz z czasem poczułam w niej jakby zawiesistą pylistość.
Całość zmieniała się w gęsto-śliską, tłustą i trochę zawiesinowa masę.
Czasem na koniec w ustach zostawały drobinki przypraw: chrupiąco-twarde i miękko-trzeszczące.

Przy przegryzaniu się przez całość, nadzienia odzywały się już wraz z czekoladą.

W smaku czekolada od początku raczyła mnie dymną, paloną gorzkością oraz stonowaną słodyczą palonego karmelu. Było w niej coś z marcepanu w ciemnej czekoladzie, a w oddali przemykała sugestia ciemnego, mocno wypieczonego chleba i cierpko-winny akcent. Ogólnie czuć w niej też ciepło, poniekąd związane z palonością.

Jak się okazało po spróbowaniu osobno, czekolada trochę przesiąkła nadzieniami: przyprawami z ciemnego ganaszu oraz limonką z jasnego.

Ogólnie limonka szybko dawała o sobie znać. Czasem wydawało się, że towarzyszy jej jakiś czerwony, nieco cierpko-winny owoc. Krem owocowy przebijał się przez całą czekoladowość bardziej jednoznacznie i starał się zabłyszczeć na pierwszym planie.

Czekoladowy krem za nią na spokojnie kontynuował gorzką czekoladowość.

Krem czekoladowy miał mocno truflowy charakter, niczym maślana trufla kakaowa, trufle belgijskie i ciężki deser czekoladowo-marcepanowy. Choć cierpki, był słodszy od czekolady. Właśnie truflowy, a zarazem słodko korzenny. Przyprawy podkreśliły motyw palony, a także bardzo rozkręciły ciepło, niemal pikanterię. Przewodziły w niej chili i goździki (ogólnie poskramiane kwaśnością limonki). Słodsza korzenność pobrzmiewała słabiej. W nim także wystąpiły kwaskawo-owocowe akcenty.
Krem czekoladowy spróbowany osobno wydawał się bardziej słodki i bardzo pikantny, aż gryząco-szczypiący w język. Wtedy jednak wyraźnie poczułam też, że jego cierpkość kojarzy się z czerwonymi owocami. Częściowo musiał przesiąknąć limonką, ale ewidentnie sam z siebie też był lekko owocowy.

Krem owocowy przebijał się przez resztę kwaśnym, soczystym smakiem limonki, choć czasem także bananom zdarzyło się przemknąć. Kwaśność limonki, podkręcona jeszcze cytryną, trochę podsycała zarówno słodycz, jak i cierpkość drugiej warstwy. Limonka, z czasem tracąca na jednoznaczności, a  przechodząca w ogólnie cytrusowość, dominowała nie tylko w warstwie owocowej, ale w całości. Wsparły ją cytryny, chyba ananas i niedookreślone czerwone owoce (nuta czekoladowego kremu?). Z czasem całą tą kwaśność trochę osadzały... "chyba banany". W pierwszej zaznaczyły się jako jakaś "słodziaśna pudrowość", chyba przez kontrast, ale motyw ten układał się w po prostu bananowe echo. Bananowo-cierpkie? Do głowy przyszło mi owocowe, bardzo namieszane, ale na pewno bardzo kwaśne mleczne smoothie. W zestawieniu z ciemną warstwą, ta mleczność nie była jednak bardzo wyrazista. 
Gdy spróbowałam kremu owocowego osobno, wydał mi się o wiele kwaśniejszy, aż w przesadzony sposób, ale z wyraźniej mlecznym echem.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność limonki i innych owoców związały się z piekącą pikanterią chili i goździków. Te, wraz ze słodyczą, już nawet gardło zaczęły trochę rozgrzewać, co zasugerowało alkohol. Kwaśność jeszcze wzmagała to poczucie. Słodko-ostre nuty aż mnie trochę przytłoczyły, po czym... wszystko się zmieniło.

Kwaśność limonkowo-cytrynowa niby trochę złagodniała, a warstwa owocowa poszła w bardziej mieszanym, multiwitaminowo egzotycznym kierunku. Krem czekoladowy wydał mi się bardziej maślany, łagodniejszy gdy chodzi o pikanterię, a bardziej ciepło-korzenny, mimo że z wciąż wyczuwalnym chili. Cynamon zapewniał harmonię, łącząc co ostrzejsze ze słodyczą, a także pielęgnując skojarzenie z cytrusowym, rozgrzewającym alkoholem.
Z kremu czekoladowego wyłoniły się jeszcze czerwone owoce - podkreślone owocowością jasnej warstwy? Jedynie czekolada wydawała się niewzruszona, wciąż gorzka w palono-dymny sposób i ostrożnie słodka.

Gryzione na koniec twarde drobinki na nowo podkręcały ostrość przypraw, ale nie tak, jak można by się obawiać. Zaplątało się w nich też parę drobinek raczej bez smaku (tych trzeszczących).

Po zjedzeniu został posmak intensywny posmak limonki z chili, żywo zarysowanych na tle maślanej, truflowej gorzkości, związanej z palono-ciepłą, nieco korzenną słodyczą. 

Czekolada nie przekonała mnie do siebie, bo była za intensywna gdy chodzi o kwaśność i ostrość. Pikanteria chili i goździków chwilami odciągała uwagę od subtelniejszych niuansów kremu ciemnego, a limonka z cytryną zakrzyczały banany w jasnej części. Jej ogólna egzotyka i nutka cierpko-owocowa części ciemnej musiały o siebie walczyć. Korzenność, maślana czekoladowo-kakaowa trufla niezbyt pasowały mi do takiej limonkowości. Ta z przyprawami chwilami szła w złudnie alkoholowym kierunku. Czy kojarzyło się to wszystko z czekoladami czystymi z Ugandy? I tak, i nie. Pikanteria owszem, różne owoce też, ale nie powiedziałabym, by ugandyjskie kakao serwowało aż taką kwasowość limonkowo-cytrusowo-egzotyczną. Ta zagłuszała nutki czerwonych owoców, które za to bardzo często czuję w ugandyjskich tabliczkach.

Wiem, że Zotter naprawdę potrafi pokazać w mousse'ie nuty kakao dzięki Zotter Mousse au Chocolat "Piura" 82 %, w dziś przedstawianej jednak sam zagłuszył wszystko, co ciekawsze... Szkoda. Tabliczka ogólnie była w sumie smaczna, ale bez głębi czy większego zachwyty, a nieprzyjemna tłustość nie poprawiała odbioru. Gdyby to miała być czekolada z limonką i przyprawami dostałaby 8, ale obiecywane banany się schowały, a potencjał kakaowego nadzienia zagłuszono.

Zjadłam 28 g, a resztę bez żalu oddałam Mamie, nawet wiedząc, że może jej nie siąść ta ciemnoczekoladowość. Po prostu zmęczyła, znudziła mnie ta rozmywająca się i wszystko inne kwaśność.
Mama nie dała rady skończyć. Jak to ujęła: "Nie smakowała mi ta czekolada, mimo że zazwyczaj lubię kwaśne owocowe nadzienia. Tu jednak ta kwaśność poszła aż w kwasowość i niczego wyraźnego, smacznego w niej nie czuć. Powiedziałabym, że głównie cytrynę, no może też tą limonkę. Bananów jednak w ogóle nie czuć. Charakteru tego czekoladowego kremu zza tej kwaśności też za bardzo nie czuć. Z czasem wyłaniała się ostrość chili. Sama czekolada też mi nie smakowała, a tłusta konsystencja przeszkadzała". 


ocena: 5,5/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 71g)
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, syrop z cukru inwertowanego, liofilizowane banany 3%, syrop skrobiowy, koncentrat z limonki 2%, odtłuszczone mleko w proszku, masło, koncentrat z ananasa, emulgator: lecytyna sojowa; proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), sól, sproszkowana wanilia, kardamon, cynamon, goździki, chili „Bird's eye”

niedziela, 22 lutego 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Karmelizowany Pekan z cynamonem ciemna z Nikaragui z orzechami pekan i cynamonem

Zamawiając tę czekoladę, miałam cichą nadzieję, że w niej trafi mi się jeszcze niezmieniona ekwadorska baza, na którą się nie załapałam, o czym pisałam przy Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo. Niestety, informacje na stronie były nieaktualne. Odkąd manufaktura zmieniła kakaową bazę 70% z ekwadorskiej na nikaragujską, bazy czekolad z dodatkami też uległy zmianom. Szkoda tym bardziej, że nie byłam przekonana, czy nuty podlinkowanej będę pasowały do cynamonu i orzechów pekan.
Tabliczkę zabrałam w Tatry słowackie na pewne odbicie, które zawsze omijałam, idąc na Bystrą Ławkę. Tym razem ze Strbskiego Plesa ruszyłam niebieskim szlakiem do schroniska Chata pod Soliskom, a stamtąd czerwonym na Prednie Solisko. Schronisko to i miejsce wokół odwiedzone rano o wiele zyskało, bo nie było tłumu. Podobnie na szczycie. A z niego... rozpościerały się piękne widoki. Tylko trochę psuł je krzyż, ale rozsiadłam się plecami do niego i zabrałam się za czekoladę.

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Karmelizowany Pekan z cynamonem to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao O’Payo z Nikaragui z karmelizowanymi orzechami pekan i cynamonem kasja.

Po otwarciu rozszedł się wyrazisty, złożony zapach cynamonu, który trochę się rządził, ale nie dominował zupełnie, soczystego kwasku, orzechów - acz niekoniecznie, a na pewno nie tylko, pekanów - i ziół. Cynamon pokazał się od słodkiej, ciepłej strony. Wprowadził słodycz, kojarzącą się z korzennym karmelem, ostrymi kwiatami i może trochę jakby suszonymi owocami w przyprawach korzennych: mango? ananasem? Trochę uciekały ze względu na wyrazistsze, kwaśniejsze owoce m.in. czerwone (nie tylko, ale ogólnie trudno było konkret wychwycić). Gorzko-cierpkie zioła mieszały się z gorzkością, sugerując odlegle... Mało kawową kawę? Mrożoną cold brew z nutą owoców i korzenności bardziej złożoną, niż tylko cynamonową? Albo bardziej ziołowy napar z takimi dodatkami?

Okrągła czekolada z jednej strony ewidentnie była cieńsza (bardzo cienka), z drugiej pokaźnie gruba.
Tabliczkę posypano średnią ilością drobnych kawałków orzechów i sporą ilością cynamonu. Niektóre orzechy okazały się wręcz zmielone na pył. Sporo orzechów trzymało się porządnie, ale też dość sporo kawałków odpadało przy łamanie czy choćby mocniejszym dotyku. Sama czekolada była twarda i trzaskała głośno.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, trochę zawiesinowo. Miałam wrażenie, że orzechy trochę ją poganiały i wydobyły lekką wodnistość. Czekolada jednak starała się przerobić to na soczystość. Cynamon dodał proszkowość, która końcowo wpisała się w sucho-cierpkie wrażenie, jakie pozostawiała czekolada. Część cynamonu pokrywała też wiele kawałków orzechów. One też były w cynamonie, więc cynamon nie robił tylko za posypkę czekolady.
Orzechy wolałam gryźć na koniec, gdy czekolada się już rozpłynęła. Zwłaszcza, że długo pozostały częściowo pokryte, wlepione w luźną, czekoladową masę.
Orzechy okazały się specyficznie tłusto-miękkie, acz... Chwilami nawet jak na pekany bardzo miękkie, a czasem lekko trzeszczące. Pasowało to jednak do nie za gęstej czekolady.

W smaku najpierw pojawiła się rześka słodycz, pod którą w wielu, ale nie wszystkich, kęsach zaraz podczepiał się cynamon. W reszcie odzywał się po paru chwilach - zawsze jednak dawał o sobie znać.
Sporo zależało od ułożenia kawałka w ustach. Gdy trafiał posypką na język, nuty bazy wydawały się przyćmione - ta opcja mniej mi pasowała.

W każdym kęsie za to pojawiała się kwaśność owoców i ziół. Początkowo wydawały się nierozerwalne, lecz z czasem podzieliły się na owoce czerwone oraz cierpkawe zioła i ziołowe napary.

Słodycz wzrosła. Przeważnie wraz z nią mocno rósł cynamon o słodko-ciepłym, niemal kwiatowym charakterze, a ja myślałam o niemal kwiatowo-soczystym cynamonie cejlońskim*. Zwłaszcza wtedy do głowy przychodził pikantny miód. Miód z ziołami i lekko korzenie przyprawiony?

Co jakiś czas słodycz wydawała się lekko karmelowa... Karmelowo korzenna? Czasem obok przemykała mi znikoma orzechowość, acz nie powiedziałabym, że wyraźnie pekanów.

Ziołowy wątek podyktował cynamonowi kwiatową rześkość, a ta podchwyciła też owocową soczystość.

Trudno było spróbować samej czekolady - mam wrażenie, że całościowo przesiąkła cynamonem (bo czułam go nawet w malutkich kawałkach brzegowych, gdzie zdawało się, że go nie ma, czy gdzie się osypał). Orzechami nie.

Soczystość rozwijała się niezależnie od innych nut. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za owocami czerwonymi mignęły mi cytrusy i zaraz umknęły. Może zmieniły się w... ananasa? A potem... Doleciało coś bardziej wodnistego? I bardzo egzotycznego, esencjonalnie słodkiego. Raz po raz przyszło mi do głowy suszone mango w cynamonie.

Cytrusowo-ananasowa nuty prawie zupełnie schowały się za czerwonymi owocami, a te lekko osłodziły brzoskwinie i chyba nektarynki. Same nie były mocno słodkie, lekko kwaskawe, ale słodsze od czerwonych. To chyba cynamon pokierował trochę owoce w lekko słodszym, esencjonalnym kierunku.

Cynamon czasem bardzo się nasilał w sposób słodko-ciepły, jedynie lekko pikantnawy i goryczkowaty. On w zasadzie miał wzloty i upadki, był różnie mocno wyczuwalny.
Sama baza za to nie szczędziła goryczki. Zaserwowała mi jakby trochę bardziej ziołową w charakterze kawę... Jakąś dziwną, lekko kwaskawą i z lodem? Mrożoną cold brew?

Niegryzione pekany prawie się nie wtrącały, ale czasem dodawały lekkiej ogólnej, niedookreślonej, łagodnej orzechowej nuty. Na jej fali czasami jakby lekko podnosiła się słodycz.
Gdy z ciekawości pogryzłam raz czy drugi orzechy obok czekolady, cynamon uderzał mocniej, czekolada wydawała się bardziej słodko-wodnista i kwaśna, a orzechy trochę nijakie. Wolałam więc gryźć je na koniec.

Kawa przechodziła w ziołowe fusy ze szczyptą cynamonu. Może yerba mate? Ten był długo wyczuwalny, jednak słabł.

Cierpkość bazy przechwyciły owoce i pokazała się jeszcze dzika róża, obok egzotycznych wydobywając znów czerwone. I... Powidła z czerwono-egzotycznych owoców? 

Po egzotyce owoców przyszedł mi do głowy las tropikalny. Z drzewami z grubą kora, paniami, lianami i wilgotną zielenią. Drzewa te przechwyciły korzenność, acz i woda się w nich zaplatała. Czasem robiło się tu bardzo pikantnie w sposób łączący cynamon z kwiatami i ziołami.

Orzechy gryzione na koniec serwowały wyrazisty smak naturalnie słodkawych, wręcz maślanych, łagodnych pekanów. Chwilami wydawały się nieprażone.

Po zjedzeniu został posmak cynamonu, wraz z lekko ostrym efektem na języku i orzechów pekan, zestawionych z kwaskawo-ziołową czekoladą. Ta zaserwowała napar ziołowo-korzenny, wilgotny, pełen wody i owoców las tropikalny. W tym mieszankę owoców cierpkawych czerwonych i egzotycznych. Słodycz trzymała ciepło-kwiatowy, trochę karmelowy ton.

Od czystej (Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo) z jednej strony wyszła mniej owocowo, bo różnych owoców czułam w dzisiaj przedstawianej mniej, z drugiej bardziej, bo smak tych, które się pojawiły podkręciły dodatki. Owoce były tu więc wyrazistsze, dosadniejsze, bardziej esencjonalne. Tylko w w zapachu trochę się ukryły. W smaku część weszła po prostu w nutę czerwonych owoców, wydawały się mniej cierpkie, a słodko-kwaśne. Czerwone, egzotyczne w tym ananas, brzoskwinio-nektarynki i trochę dzikiej róży, mieszały się z kwaskawą mrożoną kawą, ogromem ziół i fusami. Czułam trochę lasu tropiklanego, wraz z jego drzewnością i wilgocią, ale wszystko to... przeplatał wyrazisty cynamon, który zyskał wręcz kwiatowy charakter. Baza wydawała się mniej maślano-wodnista z jego powodu cynamonu - jakby w dużej mierze wypełnił tę lukę. W dodatku cynamon kasja świetnie udawał tu cejloński (udawał! - to ważne, bo gdyby był to wyraźnie cejloński, mogłoby to tak nie zagrać). Pekany to świetny wybór! Nie dość, że świetnie pasują do cynamonu, to nie przyćmiły kompozycji, lekko się zaznaczyły, ale nie uciekły. Podobało mi się też, że wyszły tak surowo, mimo że z opisu wynika, że je karmelizowane (najwidoczniej słabiutko - na szczęście!). Inne orzechy mogłyby za bardzo odwracać uwagę. Te dodatki odwracały uwagę tylko od drobnych mankamentów bazy.
Te ciepłe, jakby wręcz zimowo-jesienne dodatki niby średnio pasowały do egzotycznej, rześko-kwaskawej bazy, ale ogólnie wyszło to bardzo ciekawie. Taka wielopłaszczyznowa korzenna egzotyka o spójnym, harmonijnym charakterze, który zapewniła ziołowość.

*O cynamon aż dopytałam producenta. Gdy kupowałam tę czekoladę, dodawali kasję, więc tu była kasja. Dopiero teraz (gdy publikuję, nie piszę recenzję) zmienili na cejloński.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 73g)
kaloryczność: 585,4 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, orzechy pekan, cynamon, lecytyna słonecznikowa

czwartek, 8 stycznia 2026

Chocolates Sole Chocolate Puro 56 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic con Canela / with Cinnamon ciemna z Dominikany z cynamonem

Gdy tylko pogoda na wiosnę w Tatrach jako tako się ustabilizowała i zima nawet tam już odpuściła, oczywiście w nie ruszyłam. Może niezbyt rozsądnie wybrałam trudną trasę, ale... po prostu byłam wygłodniała tych wszystkich tatrzańskich smaczków. Ruszyłam zielonym szlakiem z parkingu w Uzkiej Dolinie i poszłam na Baranec przez Mladky i Maly Baranec. Znacząco pod górę, ale to bardzo przyjemny fragment. Wzięłam tam ze sobą tabliczkę hiszpańskiej marki, której jeszcze nie znałam, lecz miałam już parę różnych tabliczek kupionych. Sole to rodzinna firma, robiąca organiczne czekolady, z Barcelony. Wyglądali na bardzo w porządku, tym bardziej że degustacyjne hiszpańskie czekolady sobie cenię. Może i nieco zwyklejsze miały być dobre? Jako ciekawostkę znalazłam, że Sole słodzą swoje cukrem trzcinowym z Brazylii. Nim spróbowałam którąś z zamówionych czekolad marki Sole, jak wspomniałam, kupiłam kolejne. Robiąc bowiem większe zamówienie tabliczek z dodatkami w góry, wypatrzyłam je w przystępnej cenie i uznałam, że dam szansę trochę w ciemno, a potem jeszcze nie umiałam przejść obok innych, jakie zawitały do Auchan. Wszak nawet gdyby posiadane czyste wyszły niesatysfakcjonująco, z dodatkami to przecież co innego. A po prostu ciemnej czekolady z cynamonem to nie jadłam... Nigdy? Wszystkie mi znane były z mieszankami przypraw, gdzie cynamon może i dominował, ale nigdy nie był jedynym, tytułowym dodatkiem, albo z cynamonowymi ciastkami, czymś w cynamonie itd. Czystą po prostu z cynamonem to jadłam mleczną (Dolfin mleczna z cynamonem z Cejlonu) lub białą (Cacao Sampaka White Chocolate Ceylon Cinnamon). Ale ciemną z cynamonem? Nie! A dziwne, bo w sumie to nie jest rzadka przyprawa. 

Chocolates Solé Chocolate Puro 56 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic con Canela / with Cinnamon to ciemna czekolada o zawartości 56% kakao z Republiki Dominikany z cynamonem.

Po otwarciu poczułam dominujący, mocny cynamon o ostrych skłonnościach, któremu towarzyszyła palona czekolada i który znacząco osłodziła wanilia. Zarówno czekoladowa lekka gorzkość, jak i średnia, nie za wysoka słodycz były palone. Gorzkość szła w cynamonową kawę, natomiast słodycz przypominała karmel o bardzo ciepłym wydźwięku, który zapewne podyktował cynamon.

Tabliczka była twarda jak kamień, a przy łamaniu trzaskała, jakby była zbita i bardzo pełna, trochę krucho, ale nie głośno, raczej średnio.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-wolnym, jakby powierzchownie mięknąc. Sprawiała wrażenie twardej, konkretnej wewnątrz. Kształt zachowywała niemal do końca. Połączyła mazistą kremowość z wręcz ziarnistością, za którą stał cynamon. Była dość tłusta, trochę maślaną i faktycznie pełna, konkretna.

W smaku od razu przywitał mnie cynamon i złożona goryczka. Sam cynamon zawarł ją w sobie, jednak bazą gorzkości szybko okazała się palona czekolada. Po chwili zaznaczyła się też średnia słodycz.

Gorzkość wzrosła właśnie w palonym kontekście, serwując czarną kawę. Paloną, ale w sumie łagodną. Jak i sama gorzkość - była wyraźna, ale w sumie łagodna. Szybko przyszła mi na myśl kawa z cynamonem.

Cynamon umacniał się, idąc w ostrawo-gorzkawym kierunku, jednak nie brakowało mu też specyficznej, korzennej słodyczy. Słodycz cynamonu podkreślała wanilia - do odnotowania, jednak początkowo nie tak bardzo jednoznaczna, co później. Cynamon robił się coraz ostrzejszy, jednak ogół nie był mocno pikantny. Charakterny cynamon cały czas przypominał o kakao, podkreślał je. Nie tyle nawet samą kakaową gorzkość, co smak - i kawa zmieniła się w kawę cynamonowo-kakaową.

Słodycz rosła spokojnie, ale konsekwentnie. Długo trzymała się średniego poziomu. Miała lekko palony, karmelowy ton, który w jedno mieszał się z cynamonem. Wanilia dopiero po paru chwilach pokazała się wyraźniej jako ona sama, ale od razu podyktowała szlachetność słodyczy i utrzymała ją, wraz z cynamonem, do końca.
Cynamon był mocno wyczuwalny, poniekąd rządził kompozycją, jej nutami, ale nie zdominował jej. Pozwolił bazie porządnie rozbrzmieć.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszedł mi słodko cynamonowy karmel i... Melasa? Ciężkawa, ale jakoś niecodziennie nie aż tak mocno palona i... Nagle się zatraciła. Wanilia wypchnęła ją z gry.

Wanilia przywołała kawę, która traciła pewność siebie. Odzyskała ją, ale jako cynamonowa latte. Z wyraźną kawową bazą. Wizja ta nie utrzymała się jednak długo, bo mleczność zaraz jakoś zniknęła.

Słodycz poszła w kierunku maślanego kremu z orzechów laskowych z cynamonem - wyobraziłam sobie słodką masę do np. tortów najwyższej jakości. Raz czy drugi zrobiła nawet nieśmiałą aluzję do kremu orzechowego, słodzonego bananami, ale to było tak ulotne, że w przypadku wielu kęsów umykało. Słodycz końcowo graniczyła z przesadą, ale w ostatniej chwili się zatrzymywała. Cynamon trochę modyfikował ten efekt, narzucając rozgrzewanie nie od słodyczy, a ostrości.

Pikanteria całkiem znacząco wzrosła do poziomu prawie wysokiego, jednak tak splotła się z palonym kakao, że nie odbierałam tego jako ostrość. Kakao w zestawieniu z cynamonem, wyszło bardziej cierpko. Cynamon przy wsparciu słodyczy jakby miał ochotę zaznaczyć się w gardle, lecz nie robił tego.

Po zjedzeniu ostał się posmak cynamonu, łączącego w równych proporcjach słodycz, ostrość i goryczkę oraz waniliowej kawy. Czułam jej palony motyw, trochę złagodzony słodko kremową maślanością.

Byłam w szoku, jak świetnie zagrał cynamon, lekko gorzka czekolada i charakterna słodycz. Ta wydawała się tak wyraźnie waniliowa, że upierałabym się, że jest dodana. Kawowy charakter bazy idealnie pasował do tych przypraw! I nawet wysokość słodyczy w żadnym wypadku nie wyszła tu na minus. Wszystko pasowało, współgrało, podkreślało się i uzupełniało!


ocena: 10/10
kupiłam: Allegro
cena: 16,46 zł
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie

Skład: kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, cynamon 2%

czwartek, 27 listopada 2025

Babayevsky Dark Chocolate with Ginger Biscuits ciemna 43,3 % z cynamonem, ciastkami korzennymi i kawałkami pomarańczowymi

Jakiś czas temu trafiłam w internecie na pięknie wyglądającą, rosyjską czekoladę. Była z wiewiórką na kartoniku, z orzechami laskowymi. Niestety bazę miała mleczną, więc nie w moim typie. Zainteresowałam się, czy są czekolady ciemne tej marki. Owszem, Babaevsky (najstarsza manufaktura  czekolady w Rosji) takowe robi, ale trudno je zdobyć. Sytuacja geopolityczna jak widać ma też na takie rzeczy ogromny wpływ (nie dziwne). Gdy udało mi się znaleźć te czekolady na eBayu, zdziwiłam się, na jak pomysłowe warianty trafiłam. Niestety, nie wszystkie akurat były dostępne - wybierałam, co akurat było. Traf chciał, że nie te najbardziej niecodzienne. Chooociaż... Dziś przedstawiana nie wydała mi się wariantem popularnym. No, dopóki się nie wczytałam, czym jest. Kupiłam ją jako ciemną z ciastkami korzennymi, więc trochę mnie zaskoczył jej realny skład. Może po prostu w Rosji trochę inaczej rozumieją "ciemną czekoladę"? A jednak, choć trafiło się coś mniej mojego niż myślałam, wciąż nie brzmiało źle. Chyba... Szkoda tylko, że niedługo przed nią jadłam Choceur Herbe Sahne / Śmietankowa Deserowa, na bardzo długo zaspakajając ochotę na czekolady śmietankowe. Wzięłam ja na Sip; na szlak, który z czynników niezależnych ode mnie bardzo długo odkładałam. Ruszyłam ze wsi Stankovany zielonym szlakiem do Podšíp. Tam przeszłam na żółty aż na szczyt. Ależ było stromo! W końcu jednak weszłam i mogłam napawać się wspaniałymi widokami. Oj, było warto się powspinać po niemal pionowym podejściu!


Babayevsky Dark Chocolate with Ginger Biscuits / БАБАЕВСКИЙ Шоколад темный с имбирным печеньем to ciemna czekolada o zawartości 43,3% kakao z cynamonem, ciastkami korzennymi / pierniczkami i kawałkami pomarańczowymi.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach mlecznej, trochę cukrowo słodkiej czekolady z mocno cynamonowymi ciastkami korzennymi. Za nimi zaznaczyła się leciutka cierpkość. Na tyle delikatna, że nawet trudno było ją nazwać jednoznacznie kakaową. Do tego czułam trochę nieokreślony motyw aromatu cytrusowego, echo czegoś niby pomarańczowego, ale niezupełnie. Słodycz całości stała na średnim poziomie.

Na spodzie średnio grubej, niezbyt ciemnej (ciemnawo mlecznej) tabliczki było widać średniej wielkości ciastka w kształcie kulek (jak się później okazało, połówek kulek). Kawałki pomarańczowe ukryły się, dopiero w trakcie jedzenia wyszło na jaw, iż znalazły się tam, gdzie nie było ciastek. Kawałki wystąpiły pod postacią małych kostek koloru prawie czarnego. Dodatków dodano optymalną ilość, prawie w równych proporcjach: kawałków pomarańczowych było mniej.
W trakcie jedzenia okazało się tylko, że dodatki rozmieszczono bardzo nierówno. Gdzie były ciastka, nie było kawałków pomarańczowych. A gdzie nie było ciastek, znalazły się kawałki pomarańczowe i to przeważnie po 2 czy nawet 3 obok siebie. Rzadko trafiało się obok i ciastko, i kawałek pomarańczowy. Były też miejsca pozbawione dodatków w ogóle.
Przy łamaniu czekolada trzaskała średnio głośno i krucho. Kruchego chrzęstu dodały jej ciastka, przeważnie łamiące się wraz z czekoladą.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Była mazista i proszkowa. Gęstość i tłustość stały na średnim poziomie. Czekolada dała się poznać jako kremowa i trochę zbita, nie spieszyła się z wypuszczenie z siebie dodatków.
Dodatkom pozwalam się rozpuszczać i trochę je podgryzałam jakiś czas po zniknięciu czekolady. 
Ciastka, gdy się pokazały, tylko w pierwszej chwili jawiły się jako suche. Szybko nasiąkały i rozpadały, częściowo rozpuszczały, rozbijając gęstawość bazy. Były konkretne i mączne, trochę pyliste. Rozpuszczały się wraz z bazą. Ciastka gryzione wcześniej obok czekolady zachowały konkret. Dały się poznać jako krucho-suche.
Kawałki pomarańczowe długo kryły się w czekoladowej masie, aż w końcu zaczynały wtłaczać niską, jakby lepką soczystość. Rozpuszczały się po bardzo, bardzo długim czasie. Gryzione wykazywały jędrność, a ich miękkość wyszła na przeciętnym poziomie. Przypominały galaretki-cukierki w czekoladzie. Bardzo kleiły się do zębów, ale porozgryzane szybciej się rozpuszczały.

W smaku czekolada najpierw mignęła niedookreśloną goryczką. Gorzkość spróbowała się zaznaczyć, ale coś jej nie wyszło. Pomyślałam o goryczkowatym motywie przerysowanego cynamonu, ale właśnie bardziej o tej goryczce i przerysowaniu niż samym cynamonie.

Słodycz wkroczyła wraz z mlekiem. Zahaczyła o cukier, wzrosła, ale trzymała się raczej średniego poziomu. Pokazała się, przygłuszyła goryczkę i spokojnie trwała.

Cynamon jednak ostał się, z tym że prawie bez goryczki. Czułam go zawsze, także w kęsach bez ciastek - smakowała nim sama baza.

W niektórych kęsach, niezależnie, czy trafiła się kostka pomarańczowa, czy nie, już w tym momencie zdarzyło się delikatnie zaznaczyć echu pomarańczy w wydaniu olejkowo-galaretkowym. Wprowadzała lekko sztuczne echo, które czasem dopadało i cynamon. Czekolada miejscami leciutko przesiąkła kawałkami pomarańczowymi.

Mleko nasiliło się, trzymając się słodyczy. Licha cierpkość z tła wraz z tym wyraźnym mlekiem przełożyła się na myśl o czekoladach typu Milka Dark Milk (ja jadłam Milka Dark Milk Salted Caramel), nie zaś o śmietankowych (jak założyłam, wczytawszy się w skład). Mleko nawet jak przez moment mrugnęło do śmietanki, smakowało głównie pełnym mlekiem.

Słodycz i cynamon rozchodzące się od ciastek, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa znacząco zabarwiły mleko. Niegryzione, rozpuszczające się ciastka wprowadziły motyw słodkich, pszennych ciastek cynamonowych. Wypieczonych słabo, za to raz czy drugi próbujących robić aluzje do ciastek zbożowych. Choć były wyraźnie korzenne, brak w nich pikanterii i goryczki.
Ciastka wchodziły na pierwszy plan, ale w poszanowaniu czekoladowej bazy, korzystając z niej jako z tła.

Chwilami cynamonowość bazy, zwłaszcza zestawiona z cynamonowymi ciastkami i pomarańczą, wydawała się przerysowana i aż gryząca. Nie jednak jakoś okrutnie.

Obok ciastek prężnie działały mleko i cukier, lecz po fali korzenności, cynamonu, trochę bardziej wychyliła się subtelna cierpkość kakao. Osłabiła trochę słodycz.
Zaraz jednak cukier zmieszał się z cynamonem i cierpkość znów czasem wydawała się jakaś mało kakaowa. Zaraz cynamon trochę rozgrzał język i gardło, odwracając uwagę od słodyczy; pochłaniając ją.

Kawałki pomarańczowe czuć wyraźnie głównie w kęsach z nimi, gdyż tabliczka specjalnie nimi nie przesiąkła. A nawet, gdy się trafiły, to bardzo długo nie dawały o sobie znać. W końcu jednak w cierpkość wprowadzały cytrusowość. Zdarzyło mi się pomyśleć o duecie pomarańczy i limonki, jednak gdy kostki wyłaniały się z czekolady, okazały się smakować niczym w miarę naturalna galaretka z nektaru lub napoju (nie soku!) pomarańczowego. Słodkiego, lekko kwaskawego i soczystego w specyficzny, dosłodzony sposób. Gdy kawałki pomarańczowe rozbrzmiewały w pełni, dominowały nad czekoladą i zupełnie odwracały uwagę od ciastek, gdy już jakimś cudem trafiły się obok.

Gdy po czekoladzie gryzłam kawałki pomarańczowe, wciąż w głowie miałam nektar czy napój (nie sok) pomarańczowy. Wkradł się w niego motyw lekkiego przerysowania. Jeszcze nie cukierkowość, ale w tym kierunku to zmierzało. Oprócz słodyczy i kwasku, pobrzmiewała w nich lekka, galaretkowa cierpkość.

Po zjedzeniu został posmak cynamonu i cytrusów, w które wkradło się lekkie przerysowanie. Gdy w kęsie akurat był kawałek pomarańczowy, bardzo mocno ostał się na koniec, prawie zagłuszając resztę. Wtedy pomarańcza pobrzmiewała goryczką i trochę sztucznością. Ogólnie zawsze czułam pewną sztuczność, jakiś aromat, ale nie bardzo mogłam uchwycić, czego dokładniej. Oprócz tego czuć cukier i bardzo niską cierpkość kakao. Z nią związała się goryczka, ale znów niedookreślona - nieszczególnie kakaowa.

Nie bardzo wiem, jak podsumować tę czekoladę. Wyszła jak trochę mniej zgrana, bardziej przerysowana i nie tak słodka Heidi WinterVenture Orange & Cinnamon, w której coś nie wyszło. Koniec końców, jej mleczność pasowała do ciastek cynamonowych i pomarańczy, poskromiła słodycz, jednak... tabliczka nie miała nic wspólnego z ciemnymi czekoladami, a jej tytuł brzmi ewidentnie: "ciemna". Za to oszukaństwo odjęłam cały punkt. Jak na mleczną, zaprezentowała się przyjemnie, bo jej słodycz była przystępna, a akcent kakao się pojawił. Gdy zaś chodzi o dodatki: świetnie zrobione pod względem struktury ciastka. Bardzo zgrane z bazą! Cudnie się rozpływały wraz z nią, tworząc harmonijną kompozycję, ale jak się chce, to można też gryźć i wtedy porządnie chrupią. Do pomarańczy mam bardzo mieszane uczucia. Nie zachwyciła mnie, ale pasowała. Mogła by być lepiej zrobiona, ale zła nie była. Jedyny większy zarzut to to, że co i rusz wkradało się przerysowanie w kwestii cynamonu i pomarańczy. Inny, trochę mniejszy, to byle jakie rozmieszczenie dodatków.

W górach poszła, w domu jak dojadałam resztę, by zweryfikować, też, choć mnie było za słodko. Nie moja bajka, lecz choć z wadami, zrobiona w porządku.


ocena: 6/10
kupiłam: eBay
cena: $48,66 za 3 różne tabliczki po 90g, łącznie z przesyłką
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku 11,6%, tłuszcz kakaowy, kawałki ciastek korzennych 8% (mąka pszenna, cukier, olej palmowy, imbir sproszkowany, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, mielony cynamon, sól morska, środek spulchniający: wodorowęglan sodu E500, wodorowęglan amonu E527; przeciwutleniacz, mieszanina tokoferoli E306, lecytyna sojowa), kawałki pomarańczowe (koncentrat soku jabłkowego, skoncentrowany sok pomarańczowy, gruszki, błonnik cytryn, środek żelujący: pektyna E440; regulator kwasowości: kwas cytrynowy E330, przetworzony olej palmowy, naturalny aromat pomarańczowy), lecytyna sojowa mniej niż 1%, E476 polirycynooleinian poliglicerolu, mielony cynamon, aromat cynamonu

wtorek, 2 września 2025

Fin Carre Flavour Baked Apple Cinnamon Crumble Milk Chocolate mleczna z cynamonem, ciastkami i jabłkami

W 2025 wróciłam w góry znacznie szybciej niż się spodziewałam. Szybciej nawet niż rok wcześniej! Nagle bowiem pod koniec stycznia poczułam niemal wiosenne powietrze, pogoda sprzyjała... Oczywiście nie miałam zamiaru pchać się w Tatry, gdzie jeszcze panowała zima, ale gdzieś niżej - dlaczego by nie? Wybrałam nie za długą pętlę z Ochotnicy Dolnej na Lubań. Na wieżę widokową dotarłam niebieskim szlakiem przez las (w którym wcześniej poczęstowano mnie Choceur Orzechowa Czekolada Mleczna z Całymi Orzechami Laskowymi). Wieża jednak zasnuła się mgłą, mimo że straszliwie wiało. Oba te czynniki wykluczały ładne zdjęcia na niej, więc kombinowałam pod wieżą. Potem zachciało mi się jeszcze pójść na Średni Groń, i... na nim się zorientowałam, że mgła na Lubaniu odpuściła. Zawróciłam więc, by jednak coś z tej wieży zobaczyć. Parę zdjęć zrobiłam więc na nowo - bo dlaczego nie? No i czekolada towarzyszyła mi w lodowo-błotnistej drodze powrotnej szlakiem żółtym przez bazę namiotową, a potem zielonym przez Morgi z powrotem do Ochotnicy. Tam już poczułam trochę zimy, więc wariant czekolady okazał się bardzo adekwatny.

Fin Carre Flavour Baked Apple Cinnamon Crumble Milk Chocolate to "mleczna czekolada o zawartości 30% kakao "o smaku jabłkowo-cynamonowym z 12% kawałkami ciastek i 2% kawałkami liofilizowanego przecieru z jabłka" (kawałkami jabłkowymi) oraz cynamonem, inspirowana pieczonymi jabłkami i cynamonową kruszonką; edycja limitowana na zimę 2024/2025; marki własnej Lidla.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach cynamonu, który bez dwóch zdań dominował nad resztą, a także pewne pieczone ciepło i motyw szarlotki. Jabłka stanowiły subtelną, kwaskawo-soczystą nutkę, a jeszcze dalej za nimi doszukałam się orzechów - chyba trochę podpinających się pod wspomniane ciepło. Wszystko to na cukrowo słodkim tle mlecznej czekolady.

Tłustość tabliczki czuć już w dotyku. Wydała mi się też potencjalnie lepkawa. Przy łamaniu okazała się średnio twardo-krucha i słychać było lekkie trzasko-chrupnięcia. Dodatki dołożyły się do chrupania. 
Zarówno na spodzie, jak i w przekroju widać dużo średnich i małych kawałków jasnych ciastek i dosłownie kilka średnio-sporawych jabłek w formie bladożółtawej kawałko-kostki. Dodano ich tyle, że w zasadzie nie da się zrobić kęsa bez dodatków. By spróbować trochę czekolady osobno, musiałam dosłownie spiłować trochę z wierzchu, brzegu zębami. Miejscami bowiem ciastko dosłownie siedziało na ciastku.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, ochoczo mięknąc. Acz pewną zbitość zachowywała. Baza wykazywała niemal idealną gładkość. Była mazista i tłusta w sposób maślano-śmietankowy.  Po paru chwilach językiem wyczułam dużo dodatków: głównie suchawo-kruche ciastka, a tylko nieliczne, częściowo rozpuszczające się, mięknące kawałki jabłkowe. Wydawały się wilgotne i lepkawe.
Trudno było gryźć dodatki obok czekolady, bo z czasem tworzyły zawiesinę, która mieszała się z czekoladową masą, stając się jednością. Ja więc zostawiałam je na koniec, dając wszystkiemu spokojnie się rozpuścić. 
Z czasem niektóre ciastka wypadały z czekolady. Do złudzenia przypominały kruchą, wilgotniejącą, mączną kruszonkę.  Okazało się, że miejscami wystąpiły jako zbitki ciasteczkowych grudek. Częściowo rozpuszczały się i one. Minimalnie nasiąkały i zmieniały się w pyliście-mączną zawiesinę z grudek. Gryzione ciastka trochę twardo chrupały, ale ogólnie nie były twarde.
Kawałki jabłkowe gubiły się wśród nich. Gryzione trochę trzeszczały, robiąc się coraz bardziej miękkawo-lepkie. Zaplatało się w nich znikome zżelowanie.

W smaku od początku czułam wysoką słodycz i intensywny cynamon. Otarł się o sztuczne przerysowanie, ale zaraz odciągnęła od tego uwagę rosnąca słodycz. Potem już cynamon jednak poszedł w rozgrzewającym, naturalniejszym kierunku.

W tle przemknęła mi nieśmiała szarlotka oraz motyw pieczono-ciastowy. Nie tak nieśmiały. Wydaje mi się, że osiadła w nim dosłownie półnuta orzechowa. 

Dodatki bardzo szybko dawały o sobie znać, po czym zaraz zajmowały miejsce obok czekolady, rozbrzmiewając z nią w harmonii. Mleczny wątek znalazł sobie miejsce na tyłach.

Kiedy spróbowałam samej czekolady osobno, była mleczna i cukrowo słodka, ale wyraźnie sama w sobie też smakowała ostrawym cynamonem i szarlotką z kruszonką. Nie jednak tak, jakby przesiąkła dodatkami, a jakby dodano taki aromat.

Ciastka szybko dały o sobie znać - nie trzeba było ich gryźć. Skojarzyły mi się z mączystą, słodką kruszonką. Cukrowa czekolada, mieszając się z nimi, podszepnęła na moment cookie dough, lecz zaraz zniknęło.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, słodycz zaczęła piec w gardle. Cynamon umocnił to uczucie. Cały czas czuć go sporo.

Dodatki, choć też słodkie, próbowały chociaż trochę opóźnić zacukrzenie. Były bowiem słodkie łagodniej niż czekolada.

Szarlotka w tej kompozycji to bardziej... Kruszonka przesiąknięta nutą słodkich, niemal tylko złudnie kwaskawych jabłek. Kiedy trafił się jabłkowy kawałek, ten smak się trochę nasilał, ale  nigdy nie doganiał ciasteczkowości.

Z czasem cukrowość bardziej dawała się we znaki, ale cynamon i pieczony wydźwięk trochę ją urzyjemniły. Mleko za to cały czas nie pchało się na przód, ale go nie brakowało.  Było za słodko, ale w sposób niewykluczający smaczności.

Im więcej kawałków na koniec się wyłaniało, tym bardziej zawłaszczały sobie smakowa scenę. Prezentowały się na niej głównie kruszonkowe ciastka, którym przygrywał cynamon. Echo jabłek zdecydowało się na odrobinę słodyczy i prawie kwasku.

Jabłkowe kawałki, a właściwie to, co z nich zostało (w sumie trochę tego było), gryzione smakowały delikatnie niczym jabłkowy przecier z prażonych jabłek. Były słodkie, leciutko soczyste; kwaskawe jedynie niektóre i to przelotnie. 
Gryzione ciastka fundowały wyrazisty, słodko-mączny smak kruszonki. 
Dodatki trochę tonowały przecukrzenie, ale to na koniec i tak było wysokie.

Po zjedzeniu został posmak mączystej kruszonki z echem soku jabłkowego. Otoczyła je wysoka, cukrowa słodycz, paląca w gardle i na języku. Umocnił to cynamon, który na koniec wydał mi się wpisywać trochę w pewne przerysowanie.

Czekoladę odebrałam pozytywnie, jednak szkoda, że trochę zapomniano o jabłkach i przesadzono z cukrem. Wyszła uroczo kruszonkowo-ciasteczkowo i charakternie cynamonowo, co ratowało od przesłodzenia totalnego. Niestety, szarlotki i jabłek czułam niedosyt. Nutka się pojawiła, ale kawałków jabłkowych pożałowano. A szkoda, bo w tych kawałkach czuć potencjał. Pewnie gdyby jabłek było więcej, słodycz zostałaby lepiej przełamana.
Tak, niestety, wyszła nieco gorzej niż podobnie zrobiona Fin Carre Limited Edition Enjoy Chilled Milk Chocolate Type Banana Ciao Cacao, gdzie dzięki owocom lepiej wszystko zagrało. Choć we wspomnianej było tylko 2,5% bananów, to w przypadku liofilizownego przecieru, jak widać robi to różnicę. 1,3% przecieru jabłkowego w dziś przedstawianej niestety trochę niedomagało.

W górach szła fajnie, mimo że za słodko, w domu jednak słodyczą nadto męczyła. Kończyłam ją więc jakoś w 3 podejściach, za każdy razem się zacukrzając (ale była na tyle ciekawa i smaczna, że się jej nie pozbyłam!).


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam (a ojciec kupił w Lidlu)
cena: sprawdziłam: 5,99 zł
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, miazga kakaowa, mąka pszenna, słodka serwatka w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, tłuszcz kokosowy, zagęszczony przecier jabłkowy 1,3%, miazga z orzechów laskowych, cynamon 0,1%, sól, skrobia z manioku (tapioka), emulgator: lecytyny; substancja spulchniająca: węglany sodu; ekstrakt waniliowy, naturalny aromat

piątek, 23 maja 2025

Rapunzel Sonderedition Lebkuchen Zartbitterschokolade mit Lebkuchengewürz ciemna 55 % z Boliwii i Brazylii z przyprawami korzennymi / piernikowymi

Do marki Rapunzel mam mieszane uczucia od pierwszej degustacji ich czekolady. Potencjał duży, ale strasznie słodzą. Niemniej, w górach ich czekolady się sprawdzają, więc kiedy weszły zimowe nowości, ta bardzo mnie zainteresowała. Uznałam, że będzie odpowiednia nieoznaczonego szczytu, Smrek, na który dość szybko doszłam żółtym szlakiem z Płaczliwego Rohacza. Zależało mi, by zjeść ją po.... A przed kolejną, jaką zostawiłam na zwieńczenie wyprawy. Czy miałam jakieś konkretne wyobrażenia? Nie. Bałam się tylko, by słodycz Rapunzel bez czegokolwiek do gryzienia mnie nie powaliła. 

Rapunzel Sonderedition Lebkuchen Zartbitterschokolade mit Lebkuchengewürz / Chocolat Noir aux epices de Noel to ciemna czekolada o zawartości 55% kakao z Boliwii i Brazylii z przyprawami korzennymi / piernikowymi: cynamonem, kolendrą, anyżem, koprem włoskim / fenkułem, imbirem, goździkami, gałką muszkatołową, pieprzem; edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach całej gamy ostro-goryczkowatych przypraw piernikowo-korzennych. Przewodziła gałka muszkatołowa, a tuż za nią kolendra, fenkuł, anyż i goździki. Nie brakowało też cynamonu. A to i tak nie koniec. Imbir chylił się w nieco mydlanym kierunku, acz próbowała to schować słodycz. Wychwyciłam w niej trochę kwiatów, acz stała głównie karmelem. Gorzkość czekolady była niska i znalazła się w oddali, sugerując kakaowo-czekoladowe pierniki z nadzieniem wiśniowym.

Twarda tabliczka trzaskała głośno, przy łamaniu przedstawiając się jako bardzo zbita. 
W ustach rozpływała się w tempie średnim. Robiła to łatwo, dając się poznać jako gładka i tłusta trochę jak chłodne masło. Była zbita i trochę wodnista. Z czasem pojawiła się w niej soczystość. Rosła znacząco, a końcowo i tak wyłoniło się jakby lekko suchawe wrażenie, wywołane zmielonymi przyprawami. Sporadycznie na języku czuć jakąś drobineczkę, ale nic do gryzienia.

W smaku od razu pokazała się dość silna słodycz karmelu i dosłownie sekundę-dwie później uderzyły mocne przyprawy korzenne. Dominowały pieprz i kolendra, ale i niemal przenikliwie ostre goździki pokazały, co potrafią. Gałka muszkatołowa wprowadziła gorzkość. Razem z pieprzem zadbały o jej dosadność, mimo że nie ogólnie nie była wysoka.

Za przyprawami zaznaczyła się soczystość czerwonych, kwaskawo-cierpkich owoców. 
Odnotowałam też echo... Orzechowe? 

Gorzkość bazy pokazała się i wzrosła nieznacznie. Trzymała się niskiego poziomu, zgrywając się z przyprawami. W zasadzie jakby to ona dopasowywała się do nich. Była uległa. Palony motyw w oddali tylko pobrzmiewał.

Szybko rosnąca słodycz spotkała się z imperatywnymi przyprawami. Trochę ją absorbowały i wysunęły się przed nią, dzięki czemu smakowo tak nie dawała się we znaki. W dodatku zadbały o to, by kompozycja miała ciężkawo-poważny, pieprznie piernikowy klimat. Paloność, jaką czułam, właśnie też wchodziła w taki mocno wypieczony piernik.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa z tła polała się nuta winno-wiśniowa. Soczystość umocniła się. Jako że ogólna słodycz była bardzo wysoka, do głowy przyszło mi przesłodzone, acz wciąż kwaskawe, nadzienie wiśniowe.

Nadzienie wypełniające kakaowo-czekoladowe pierniki. Były karmelowo słodkie i rozgrzewające od pikantnych przypraw i wysokości słodyczy.

Echo orzechowe z oddali zmieniło się w ukryty motyw śmietanowo-maślany, który jakby próbował zaznaczyć się jak przekaz podprogowy.

Przyprawy jednak były tak wyraziste i coraz bardziej piekące w język, że nie miało to wielkiego znaczenia. Do pieczenia dołożyła się też karmelowa słodycz. Słodyczy niby i samym przyprawom nie brakowało, ale to nie zasładzało. Goździki, cynamon, gałka muszkatołowa i kolendra wirowały na pierwszym planie. Anyż i fenkuł w zasadzie ostro wręcz chodziły. Ich splot z resztą zasugerował mi też kardamon (realnie nieobecny).

Soczystość rosła i rosła, przyłączyła się do niej słodycz i do pierników z nadzieniem wiśniowym dodała przesłodzony, mocno korzenny grzaniec wiśniowy. Owocowa nuta czekolady w przyprawach podkręciła soczysty imbir.

Po zjedzeniu został posmak anyżowo-wiśniowego grzańca i drapanie w gardle słodyczy. Czułam ciepło, pieczenie. Smakowo jednak słodycz nie męczyła ze względu na mocno piernikowe, goryczkowate przyprawy. Te wydawały się aż wgryzać w język w specyficzny, ostro-chłodnawy sposób - tu najbardziej odezwał się anyż i fenkuł, ale i echo czekolady się ostało. Przesłodzonej, piernikowo palonej i podległej im.

Czekolada miała ogromny potencjał, ale wyszła za słodko, a za mało gorzko od kakao. Baza jednak nie została zagłuszona silną korzennością. Wysoka pikanteria nie przegięła, a mnie bardzo się spodobało, że tak dobrze czuć poszczególne przyprawy i że było tu dużo różnych, a nie tylko oklepany cynamon.
Punkty poleciały za słodycz i tłusto-wodnistą konsystencję, znikanie zbyt szybko.


ocena: 8/10
kupiłam: arkanasmaku.pl
cena: 13 zł (za 80 g)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier (cukier trzcinowy pełny, cukier trzcinowy), miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, mieszanka przypraw 1% (cynamon, kolendra, anyż, koper włoski / fenkuł, imbir, goździki, gałka muszkatołowa, pieprz), wanilia Bourbon

czwartek, 22 maja 2025

Rapunzel Sonderedition Winter-Pflaume Vollmilchschokolade mit Pflaume mit winterlichen Gewürzen mleczna 36 % ze śliwkami i przyprawami korzennymi

Kupiłam tę czekoladę trochę bez przekonania, ale wiedziona ochotą na korzenne smaki. Zamawiałam na szybko jakieś czekolady w góry, bo te mi się skończyły, a pogoda wciąż pozwalała na wyjazdy. Mało tego, prognozy na dzień, na który ją wybrałam były tak słoneczne, że aż zaczęła mało pasować. A jednak... karta dnia na ten wyjazd to była akurat Zima z talii Halloween Oracle, więc może pasowała chociaż trochę
Wzięłam ją na Płaczliwy Rohacz / Placlive, mając nadzieję, że się nad jej słodyczą łzami nie zaleję. Wspięłam się na niego ze Smutnego Sedla, na które weszłam niebieskim szlakiem z Ziarskiej Doliny.

Rapunzel Sonderedition Winter-Pflaume Vollmilchschokolade mit Pflaume mit winterlichen Gewürzen / Chocolat au lait aux prunes et a la canelle to mleczna czekolada o zawartości 36% kakao z liofilizowanymi śliwkami i przyprawami korzennymi (cynamon, kolendra, imbir); edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach pełnego, naturalnego mleka, wymieszanego z mnóstwem przypraw korzennych. Na przód wybijała się kolendra, ale dobrze czuć też cynamon. Słodycz była średnio-wysoka, ale dosadna i mocno karmelowa. Przez nią w ogóle pomyślałam o jakiejś mleczno-białej czekoladzie karmelowej. Śliwek trzeba było się doszukiwać - czuć je odrobinkę gdy wąchałam spód i łamałam. Były bardzo wycofane, wręcz ukryte. Całość jawiła się jako bardzo ciepła. 

Na spodzie widać dużo kawałków śliwek, jednak w przekroju wydało mi się, że jest ich średnio dużo. Tabliczka w dotyku jakby trochę obiecywała tłustość, potencjalnie nawet kremowość. Łamała się z lekkim, nieco kruchym trzaskiem. Śliwki w większości poskrzypywały lekko, łamiąc się wraz z nią. Tylko nieliczne trochę się ciągnęły, gdy robiłam kęsa. 
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym i łatwo. Była kremowa, tłusta w pełno mleczny sposób i idealnie gładka. Bardzo rzadko odnotowałam drobinkę którejś z przypraw. 
Z czasem na języku zaznaczały się kawałki śliwek. Trzymały się jednak długo, niemal do końca, mocno zatopione, pokryte czekoladą. Nasiąkały w tym czasie, błyskawicznie robiąc się miękkimi i farfoclowymi. 
Raz na próbę spróbowałam pogryźć je obok czekolady, gdy się rozpływała. Acz w zasadzie nie dało się ich od niej oddzielić i nie miało sensu próbowanie. Z czekoladą po prostu trzeszczały i zaraz robiły się miękkie. Zostawiałam je więc na koniec. 
Kawałki śliwek gryzione na koniec były miękkie i farfoclowe. Trafiały się mniej i bardziej jędrnawe. Niektóre były miąższem, inne skórkami, a i połączenie się zdarzało. Skórki wyszły nieco bardziej twardo. Ogólnie trzeszczały i skrzypiały, zaraz przybierając na soczystości. Ta jednak nigdy nie była zbyt wysoka. Parę kawałków cechowała gąbczastość.
Do tabliczki dodano średnią, satysfakcjonującą ilość kawałków. Były tam i średnie, i małe.

W smaku pierwsze polało się intensywne, naturalne i ewidentnie pełne mleko.

Mleko mocno dosłodzone, bo i słodycz nie wahała się z nadejściem. Miała mocno karmelowy, ciepły charakter. Rosła szybko i mocno, jednak zachowała harmonię z mlekiem, przywodząc na myśl czekoladę karmelową mleczno-białą.

Ciepły wydźwięk słodyczy podkręciły przyprawy. Zaraz dodały do kompozycji korzenną ostrość, która zaadoptowała sporą część słodyczy.

Na mleczno-karmelowym tle zarysowała się kolendra. Przez pewien czas dominowała w korzennym bukiecie, a i zdarzyło jej się trochę wysunąć przed czekoladę.

Kolendrze wtórowały imbir i cynamon. Przypraw czułam bardzo dużo. Rozgrzewały, do czego dołożyła się też przesadzona już słodycz, jednak korzenność częściowo ją pochłonęła... Przerobiła na swoją modłę.

Mleka jednak nie tknęła. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o rozgrzewającym i pikantnym od przypraw mleku, mieszającym się z pobrzmiewającą karmelową czekoladą korzenną. Korzenne, ostre mleko rozgościło się na pierwszym planie, a w tle odezwało się śliwkowe echo.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady bez śliwek, nie czułam ich. Ogólnie więc nimi raczej nie przesiąkła - no może odrobinkę bezpośredniość przy kawałkach.
W większości kęsów jednak - ze śliwkami - też odzywały się nieśmiało, pełniąc marginalną funkcję.

Mogły jednak bardziej zmotywować mleko. Słodycz cały czas utrzymywała ciepło-karmelowy ton i wysoki poziom (na szczęście jednak nie zasładzała przesadnie), lecz przyprawy się zmieniły. Na prowadzenie wysunął się cynamon. Bardzo polubił się z mlekiem - mocno się związały. Końcowo kolendra i imbir zostały daleko w tyle.

Śliwki trochę się nasiliły, gdy ich kawałki bardzo się wyłoniły. Smakowały jednak różnie - raz nijako, raz bardziej śliwkowo. 

Kawałki gryzione na koniec ogólnie smakowały bardzo delikatnie. Niektóre wręcz kartonowo-mdło do tego stopnia, że nie powiedziałabym, że to śliwki (równie dobrze mogły to być jakieś zbożowe chrupki). Inne zaś oddawały zgaszony smak dużych okrągłych śliwek i śliwek z kompotu. Te, które już śliwkowo raczyły smakować, były słodkawe i kwaskawe. Niektóre wyszły jakoś jakby podkwaszono, inne bardziej świeżo.
W zasadzie było pół na pół smakujących śliwkowo, a nijakich.

Po zjedzeniu został posmak mleczno-korzenny, z pikanterią mocno zaznaczoną na języku. Z przypraw w posmaku najwyraźniej ostał się imbir. Karmelową słodycz złamała ostrość, lecz na poziomie gardła trochę dawała się we znaki. To jej jednak rozgrzewanie częściowo maskowało korzenne ciepło. Śliwki świeżawo-kompotowe czuć w przypadku kęsów, w których trafiły się śliwki smakujące śliwkami.

Czekolada ogólnie wyszła smacznie, ale śliwki mnie nie usatysfakcjonowały. Słodycz tak mocno karmelowo-mleczna pasowała do ostrych przypraw, choć nie obraziłabym się, gdyby była choć trochę niższa. Ogólnie jednak sama baza była rewelacyjna - choć słodycz tak mlecznej to nie moja bajka, doceniam wykonanie, ale... no śliwki trzeba by dopracować. Wtedy mogłaby być idealną śliwkowo-korzenną.


ocena: 8/10
kupiłam: arkanasmaku.pl
cena: 13,69 zł (za 80 g)
kaloryczność: 547 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier (pełny cukier trzcinowy, cukier trzcinowy), pełne mleko w proszku 22%, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, śliwki liofilizowane 4%, mieszanka przypraw (cynamon, kolendra, imbir), emulgator: lecytyna słonecznikowa, wanilia Bourbon