Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Ghana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Ghana. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 czerwca 2026

Ferrero Rocher 70 % Cocoa Hazelnut ciemna z nadzieniem kakaowo-orzechowym z kawałkami orzechów

Przy Ferrero Rocher The Golden Experience Dark 55% Hazelnut, a także przy Lindt Lindt Creation Hazelnut de Luxe Dark 2019 (która w 2021 uległa zmianom na gorsze Lindt Creation Hazelnut de Luxe Dark 2021) swego czasu uwielbianej przeze mnie z małym ale" (za słodko!) myślałam sobie, że to wielka szkoda, że ich twórcy nie pokusili się na zrobienie czekolad o wyższej zawartości kakao. Gdy do sklepów trafiła dziś prezentowana, poczułam zarówno radość, jak i żal. Radość, że wreszcie nastąpiło spełnienie marzeń sprzed lat, a żal, że szkoda, że trochę nie w porę. Że nie wtedy, a teraz, kiedy to w zasadzie przeszły mi nadziewane czekolady i jakoś dla takich rzeczy znalazłam sobie alternatywę. A jednak i tak czekoladę postanowiłam zdobyć.

Ferrero Rocher 70% Cocoa Hazelnut to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao głównie Wybrzeża Kości Słoniowej i Ghany nadziewana kremem orzechowo-kakaowym (37%) i kawałkami orzechów laskowych.

Po otwarciu uderzył zapach wysokiej i dosadnej słodyczy o ciężkim charakterze, należącym do waniliny, aromatu waniliowego i cukru, a zarazem wyraźna cierpkość. Ta przybrała wydźwięk likieru kakaowego zrobionego na bazie kakao w proszku z lekką, duszno alkoholową naleciałością. Za tym wszystkim zaznaczyła się orzechowa nuta, ale przez sztucznawą i dosadną słodycz i ona miała w sobie coś ze sztuczności. Skojarzenie z Ferrero Rocher nie przybyło, już może bardziej z Rondnoir.

Tabliczka połączyła delikatność z masywnością. Choć w dotyku czuć tłustość, była twarda. Do tego dość krucha i łamiąca się trochę tak, jak jej się podobało, niekoniecznie po liniach. Zdarzyło się jej rozwalać, to znaczy np. wierzch czekolady odpadał od nadzienia zwłaszcza przy odgryzaniu kawałka. Była więc delikatna. Trzasku nie uświadczyłam, mimo że warstwa czekolady był gruba. Jedynie lekko pykała.
Nadziano ją sowicie, po całości, nie zaś każdą kostkę osobno. W wypukłościach kostek znajdowało się jeszcze więcej kremu i kawałków orzechów, czasem cała ich zbitka (choć nie wydaje mi się, by taka była zasada, że "wypukłość = kumulacja kawałków orzechów"). Ogólnie krem urozmaicało mnóstwo małych i średnich kawałków orzechów.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko. Była tłusta i mazista. Miała nieco śliskawo-polewowe zapędy. Okazała się średnio gęsta, dość kremowa i znacząco pylista. Na koniec łatwo rzedła. Po pewnym czasie ochoczo mieszała się z tłustym wnętrzem.
Krem szybko dał się poznać jako miękki i zaklejający. Połączył maślaność z oleistością. Dość długo starał się zachować zwartość, lecz duża ilość różnej wielkości kawałków laskowców trochę go rozrzedzała.
W kremie znalazło się sporo różnej wielkości kawałków orzechów. Chwilami kęs przybierał postać nutellowato miękko-tłustego zlepka orzechów. Wydawało się to aż trochę otłuszczać usta.
Z czasem jednak krem znikał, zostawało jeszcze trochę czekolady, a w końcu zniknęła i ona, zostawiając same orzechy.
Kawałki orzechów gryzłam gdy wszystko inne się już rozpuściło. W większości były średnio chrupiące, kilka trafiło się bardziej miękkawych. A gdy raz czy drugi pogryzłam je z ciekawości wcześniej, struktura była taka sama.

W smaku czekolada przywitała mnie silną słodyczą zestawioną z cierpkością, która prawie dotrzymywała jej kroku. Cierpkość aż zaskoczyła mnie dosadnością.

Słodycz przedstawiła się jako mieszanka waniliny, próbującej udawać wanilię, ale która do prawdziwej wanilii się nie zbliżyła, jedynie do aromatu. Cukier też się pokazał, z kolei dodając motyw cukru wanilinowego. Ogólnie słodycz czekolady stanęła na średnim poziomie.

W tym samym momencie cierpkość rozkręcała się. Wyszła silna, trochę palona i jednoznacznie kojarząca się z kakao w proszku o narastającym, tanim kwasku. Była jakby... niezgrabna. Gorzkość zbliżyła się do słodyczy, po czym zwolniła, jako że spod czekolady wyłaniało się nadzienie.

Orzechy laskowe z nadzienia odezwały się po jakimś czasie, bez pośpiechu. Podchwyciwszy sztuczny wydźwięk słodyczy, i one przywołały raczej aromat orzechowy. Krem podczepiał się pod motyw kakaowy, kierując go w łagodniejszą stronę. Kakaową cierpkość obudował maślano-margarynowym wątkiem. Był słodki, ale w nienachalny, a spokojny, bardziej zwyczajnie cukrowy sposób. Krem połączył słodycz i cierpkość w jedno. Jawił się jako bardzo kakałkowy, jak tanie gorące kakao i pralinki kakaowe, raczej Rondnoir. Złagodził czekoladę, podtrzymując jej kakaowość, nadał jej harmonii, a jednak i tchnął w kompozycję lekką nutkę orzechów laskowych. Na pewno jednak nie wiodącą.

Gdy spróbowałam trochę kremu osobno, był głównie słodko-kakałkowy, trochę tanio margarynowy. On też zalatywał waniliną, ale nie tak mocno jak czekolada. W kremie podporządkowała się cukrowi. Nieśmiało pobrzmiewał orzechami, ale raczej w sposób, jak smakowałoby tanie kakao "o smaku orzechowym". Trudno powiedzieć, czy cały ich smak wziął się od kawałków i przesiąknięcia, czy i krem miał sam w sobie być lekko orzechowy.

Czekolada spróbowana osobno wydawała się bardzo kontrastowa: i bardzo tanio wanilinowo słodka, i cierpka w kakaowy sposób. Nie wydaje się, by przesiąkła jakoś szczególnie nadzieniem. Utwierdziłam się jednak, że to ono ją łagodziło.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wraz z tym, jak orzechy porządnie zaczęły zaznaczać się na języku, orzechowa nuta nieco przybrała na sile. Niegryzione orzechy laskowe już było w miarę nieźle czuć, a dodatkowo nieco osłabiły słodycz, gorzkość zaś przestała wydawać się taka tania. Chyba nawet podkreśliły w niej gorzko palono-prażony akcent.

Kiedy z ciekawości pogryzłam orzechy obok czekolady, wydały mi się trochę nijaki, przygłuszone aromatem waniliowym, waniliną i tandetną cierpkością. Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Z czasem nadzienie znikało szybciej, po nim czekolada wydawała się jeszcze bardziej niezgrabnie, chamsko gorzko-kwaśna jak najtańsze odtłuszczone kakao. Sztuczność słodyczy jednak trochę ogólnie osłabła. Ta trzymała się średniego poziomu, lecz o ciężkości nie zapomniała.

Gryzione na koniec orzechy laskowe okazały się o wiele bardziej wyraziste. Były mocno prażone, raczej słodkawe, jednak i przeprażona goryczka potrafiła się wśród nich zaplątać.

Po zjedzeniu został posmak waniliny, sztucznej wanilii i metalicznych, sztucznych orzechów laskowych, mieszających się z prażonymi i niewątpliwie naturalnymi orzechami. Wtórowała im cierpkość odtłuszczonego kakao. Czułam też tłuste, oleiście-margarynowe wykończenie, zarówno smakowe, jak i czysto fizyczne, osiadłe na ustach.

Czekolada rozczarowała mnie. Ferrero Rocher The Golden Experience Dark 55% Hazelnut była autentycznie smaczna, mimo że przesłodzona. Producent dodał jej trochę % kakao, jednak nie przełożyło się to na szlachetniejszy, poważniejszy smak. Miałam wrażenie, jakby do czekolady po prostu dosypano sporo taniego, tandetnego kakao w proszku. Przy nim kontrastowo zaznaczyła się sztuczna słodycz, tu - przy tej cierpkości - jakoś jeszcze bardziej nieporadna, a wanilinowość jeszcze bardziej dawała się we znaki i w smaku, i zapachu. A może... producent uznał, że jakoś trzeba tyle kakao osłodzić i dodał więcej waniliny? Szkoda, że zdecydował się dodać jeszcze mniej orzechów laskowych...
Po zjedzeniu większej ilości czekolada trochę przytłaczała, prawie mdliła. Pierwszego dnia spróbowałam 2 kostki, potem próbowałam dojeść resztę i ostatnie 4 kostki mnie zmęczyły i powędrowały do Mamy. Ta czekolada była bowiem dość... przytykająca i męcząca.

Wciąż jednak jawi się to jako słodycz lepsza od realnych Ferrero Rocher (recenzja z 2020)... Z tym, że... wcale tak mocno się z nimi ta wersja nie kojarzyła. Bardziej z Rondnoir, do których wpadły kawałki orzechów.
Podwójnie mnie ta czekolada zasmuciła. Że niesatysfakcjonująco smakowała to jedno, ale dwa... Naprawdę tkwił w niej potencjał. Gdyby nie ta nieprzyjemna wanilinowość, mogłaby być z tego całkiem przyjemna, kakaowa kompozycja z orzechami. Może nie szlachetna i głęboka, może nie jak Ferrero Rocher w tabliczce, ale smaczna. Wanilina podyktowała sztucznie-dosadny wydźwięk i ogół na tym ucierpiał. Fakt, że jak na mocno kakaową tabliczkę z nadzieniem orzechowym wciąż zasługuje na ocenę powyżej przeciętnej, ale mogło być lepiej.


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: jak wyżej (ale sprawdziłam: w Lidlu kosztowała 9,99 zł za 90g)
kaloryczność: 608 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, olej palmowy, orzechy laskowe 10%, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 3,5%, tłuszcz kakaowy, serwatka w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyna sojowa, wanilina

czwartek, 28 sierpnia 2025

Moka Origins Ghana Dark Chocolate 72 % Single Origin ciemna z Ghany

Na myśl o tej tabliczce, uśmiechałam się z rozkoszą. Zamawiając 2 różne jeszcze nie wiedziałam, jak pyszna będzie Moka Origins Tanzania Dark Chocolate 85% Single Origin Kokoa Kamili. Podlinkowana sprawiła, że zaczęłam bardzo ciepło myśleć o tej amerykańskiej marce. Dodatkowy plus należy im się za to, że sporo podają o zakupionym kakao. To np. Amelando i Trinitario pochodzące od producenta ABOCFA Cooperative, a partnerem zaopatrzeniowym jest Uncommon Cacao. Podali też, jakie ziarna mają certyfikaty (USDA Organic, Non-GMO, Kosher, Fair Trade) i... na jakiej elewacji rosną (610 stóp).

Moka Origins Ghana Dark Chocolate 72% Single Origin to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Trinitario Amelonado z Ghany.

Po otwarciu uderzył mnie zapach czekoladowo-nerkowcowego mousse'u. Naturalnie słodkawe nerkowce mieszały się z wiórkami kokosowymi i także słodkawymi fistaszkami. Wręcz zmielonymi na gładki, delikatny krem. W tle, w czekoladowym napowietrzonym deserze kryła się drobna ziemistość. Słodycz stała na wysokim, ale łagodnym, nienachalnym poziomie. Zapewnił ją nie tylko mousse, ale też jakby orzechowe, nerkowcowe krówki, a w oddali znikoma, słodka soczystość. Trochę... daktylowo-dymna?

Gładka tabliczka wydawała się masywna i kremowa, a przy łamaniu trzaskała jak delikatne gałązki, trochę krucho, nie za głośno, ale masywnie.
W ustach rozpływała się wolno, wręcz leniwie, ale chętnie. Długo zachowywała zbity kształt, choć powierzchownie miękła. Dała się poznać jako kremowo-kleista i gładka. Robiła się coraz bardziej mazista, a z czasem - choć wciąż utrzymywała kształt - maziście-luźna.

W smaku najpierw poczułam wręcz uroczo słodką krówkę. Zawahała się, po czym umocniła się, acz bez wyraźnego wzrostu słodyczy. Krówkę coś spróbowało przełamać... a mi nagle do głowy przyszła krówka orzechowa - chyba nerkowcowa.

Wkroczyły bardzo łagodne orzechy i maślaność. Wyraźnie dominowały orzechy nerkowca, choć za nimi kręcił się jeszcze jakieś.

Krówka osłabła, a gdzieś w oddali przemknęły bardzo, bardzo słodkie rodzynki oraz daktyle, utwierdzające je w słodyczy. Słodkie do potęgi, ale jednak wplatające choć namiastkę soczystości. Jednocześnie daktyle miały w sobie coś dymnego.

Przy nerkowcach pokazały się fistaszki. Podobnie jak nerkowce wyszły naturalnie słodkawo, musiały być surowe albo prawie surowe. Do głowy przyszedł mi naturalny krem arachidowo-kokosowy, acz nie zagrzał miejsca na długo. Arachidowe echo zaprosiło bowiem do gry kakao, które roztoczyło gorzkość i to ona skupiła na sobie uwagę. Gorzkość początkowo była niska, ale odważnie rosnąca.

Słodycz nasilała się znacznie wolniej i słabiej. Wplatała się w łagodność i była w pełni integralna z nerkowcami, które po paru chwilach pokazały się jako czekoladowo-nerkowcowy mousse. Zdominował wszystko i był niewiarygodnie jednoznaczny, obrazowy. Do głowy przyszły mi też czekoladowe wegańskie lody na bazie nerkowców (przecież to smak rodem z Syrenka smak Podwójna Czekolada!).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w nerkowcowo-czekoladowym, szlachetnie gorzkim i zarazem urokliwie naturalnie słodkim mousse'ie pojawiła się ziemia. Sprawiła, że gorzkość zabrzmiała trochę dosadniej, trochę niemal... truflowo?

Znów przemknęły rodzynki. Niesoczyste, ale jednak jakoś tam owocowe. Mieszały się z... figami? Figami w czekoladzie? Ponownie odnotowałam specyficznie lekko piekące daktyle, teraz jednak podobnie jak figi, w czekoladzie ciemnej, podkreślającej dymny wydźwięk.

Nagle przy ziemi przemknął olej kokosowy i na pierwszy plan wkroczył kokos. Olej zmienił się w miazgę kokosową, a potem wątek ten nasilił się jako wiórki kokosowe. Zwieńczyły czekoladowo-nerkowcowy mousse i splotły się w harmonii z nerkowcami. Razem zajęły pierwszy plan. Łagodność kokosa i nerkowców, choć dominowała i trochę okręciła sobie wokół palca (wiórka?) gorzkość, to nie obniżyła jej.

Suszone owoce zaczęły układać się w jakiś czekoladowy deser z nimi, a potem w bardzo jednoznaczną wizję zdrowych batonów. Na pewno czułam figowo-kokosowego, prasowanego batona wypełnionymi wiórkami. Być może też kawałkami orzechów - nerkowca i pojedynczymi arachidów? Fistaszki zmieniły się w krem, miazgę.

Końcowo słodycz zagrała trochę mocniej, a mi do głowy przyszły batony opierające się na miazdze z daktyli, które w ustach zmieniają się w słodką papkę. Papkę z czekoladą, bo i ta wizja szlachetnej słodyczy jakiś deserów utrzymywała się do końca.

Po zjedzeniu na bardzo długo został posmak zdrowego batona nerkowcowo-kokosowego słodkiego od suszonych owoców, acz już nie było takie oczywiste, jakich dokładniej. Czułam też wyraźnie echo ziemi i goryczkę, podkręcającą słodycz, wręcz słodziuteńkość nerkowców i wiórków kokosowych.

Czekolada zachwyciła mnie w sposób trochę niespodziewany. Mimo gorzkości i lekko ziemistego akcenty, wyszła przede wszystkim łagodnie. Ale! Nie za łagodnie, jak to często w moim przypadku bywa, a łagodnie w sposób pożądany. Ten występ nerkowców i kokosa był przecudowny. Akcent krówki, mousse'u czekoladowo-nerkowcowego, pojedyncze przebłyski słodkich fistaszków i sporo suszonych owoców świetnie to wykończyły. Wizja zdrowych, prasowanych batonów też jak najbardziej pasowała. Kompozycja bez szaleństw i ogromu nut, a ciesząca jednoznacznością i spokojnym przekazem.


ocena: 10/10
kupiłam: barandcocoa.com (za czyimś pośrednictwem)
cena: $10.00 (za 68g; około 38 zł; wyszło, że nie ja płaciłam)
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 10 czerwca 2025

Pralus La Javanaise Blend Dark 75 % ciemna z Indonezji i Ghany

Bardzo, bardzo zatęskniłam już za czekoladami marki Pralus, więc gdy tylko dostrzegłam nowość na stronie Chocoladeverkopers, zaczęłam szukać, co jeszcze zamówić i natychmiast zamówienie złożyłam.
Gdy przypomniałam sobie Pralus Indonesie Criollo 75 %Pralus Ghana Forastero 75 % już w ogóle nie mogłam się doczekać zjedzenia dziś przedstawianej. Połączone kakao z dwóch czekolad, które są na liście moich najukochańszych 10/10? To musiało być coś! Jednak, gdy już się za nią wzięłam, tknęło mnie... że przecież właśnie to połączenie to nie nowość, a Pralus Djakarta Criollo - Trinitario 75 % ze zmienioną nazwą. Producent uznał, iż nazwa była zbyt myląca - "Djakarta" mogło błędnie sugerować, że ziarna pochodzą Dżakarty. Jest ona stolicą Indonezji, jednak to nie z jej regionu pochodzą ziarna. Kiedy opisywałam tamtą, były rozbieżności w kwestii tego, jakie odmiany połączono. Na chwilę obecną, czyli rok 2024 zarówno na stronie, jak i na opakowaniu jest mowa o Criollo i forastero. Zmieniono też używaną lecytynę.

Pralus La Javanaise Criollo - Forastero Blend Dark 75% to Pralus Djakarta Criollo - Trinitario 75 % ze zmienioną nazwą, czyli ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Criollo i forastero z Indonezji i Ghany.

Po otwarciu uderzył mnie złożony bukiet przypraw: gałka muszkatołowa dominująca nad cynamonem i kardamonem. Odnotowałam też imbir, który wplótł soczystość. Ta niby była nie za wysoka, a jednak wyraźna. Pomyślałam o czerwonych owocach (głównie chyba czereśniach?). I jagodach? Raczej słodkich i na pewno w tle. Soczystość tonęła w słodyczy karmelowo-daktylowej i... miodzie leśnym? Wszystko to stało za torfem, ziemią i słodkawym mchem; lasem pełnym dzikich kwiatów. Oznaczało to sporo drzew, które mieszały się z przyprawami w... piernikowym kontekście? Do głowy przyszedł mi śmietankowy mousse czekoladowo-piernikowy, chylący się w nieco grzybowym kierunku. Doszukałam się jeszcze czarnej herbaty (też z przyprawami?), przeważającej o gorzko-poważniejszym, nie słodkim wydźwięku.

Tabliczka była twarda i trzaskała głośno, obiecując, że jest pełna i konkretna.
W ustach rozpływała się powoli i bardzo kremowo. Była tłusta w nieco oleiście-maślany sposób, mazista i porządnie gęsta. Pokrywała podniebienie tłustymi smugami, a potem przełamywała to trochę soczystością. Nawet ta jednak wydawała się pełna i gęsta, że konkretnie wypełniała usta.

W smaku pierwsza polała się łagodna słodycz mleczno-maślanego karmelu. Karmelu niemal krówkowego. Maślaność zaraz się od niego trochę odłączyła i sama chciała się wybić, niosąc neutralniejszy motyw, ale zgłuszyły ją inne nuty.
Za nią mignęła niemal nieuchwytna gorzkość - kawy?

Przemknął kwasek. Jakby kwasek miodu? Zniknął. Jak już go jednak odnotowałam, nieustannie pomykał mi za to kwasek owoców. Najpierw pomyślałam o cytrusach, ale później złapałam wyraźnie czerwone owoce - wiśnie i niemal czarne czereśnie?

Słodycz w tym czasie bardzo wzrosła. Soczystość podszepnęła karmelowi daktyle. Wyszły niemal piekąco i bez trudu umocniły słodycz. Wprowadziły miód. Także piekący i charakterny, na pewno ciemny i wręcz ciężkawy. Miód leśny? Aromatyczny od dzikich kwiatów.

Gorzkość szybko dała o sobie znać. W zasadzie zaznaczyła się jako echo już w ciemnym miodzie, ale tu bardziej grała na siebie. Przedstawiła się jako za mocna herbata. Herbata z przyprawami korzennymi?

Przyprawy uderzyły nagle i bardzo mocno. Przewodziła gałka muszkatołowa, która wraz z kardamonem szła wręcz w gorzkość. Wraz z mocną herbatą także owocom dodały lekkiej cierpkości. W tle przemykać zaczęły różne porzeczki i jagody. Kwaskowi zdarzyło się spoglądać ku cytrusom.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w maślaności wychwyciłam pieczarki. Jako jakiś śmietankowo-maślany sos?

Korzenne przyprawy jednak odwracały od tego uwagę. Dołączył do nich cynamon i osłodził je nieco. Też w pikantnym stylu. Podsycił też ciemnomiodowo-daktylowe tony, acz nie tak bardzo. Soczystość piekła... i od słodyczy daktyli, i od... imbiru? Do głowy przyszła mi nawet jakaś jabłkowo-imbirowa masa (konfitura?). Słodycz ogólna rosła, ale nie pchała się na pierwszy plan.

Herbata zaczęła zmieniać się w kawę ze względu na mocniejszą paloną nutę, jaka wychynęła zza przypraw. A wśród nich... soczystość poszła we wręcz nieco... mięsnym kierunku? Grzybowy sos z pieprzem przybrał na znaczeniu. Sos... grzybowo-serowy?

Wychwyciłam twaróg, nieco wyprowadzający ten wątek z wytrawnych klimatów do neutralności. Wykorzystał to miód i trochę w ten twaróg wsiąkł. Wątek ten jednak nie utrzymał się za długo.

Przyprawy i ta wytrawność nagle jednak trochę zmieniły tor i pokazały mi obraz lasu. Ciemnego, wilgotnego, ale ze słodkawym mchem. Był w pewien sposób słodko-ostrawy, co świetnie zgrywało się z przyprawami korzennymi. Gorzkość i pikanteria zaś ułożyły się w czarną, aromatyczną i wilgotną ziemię.

Pieprz i gałka muszkatołowa końcowo zdecydowały się na coś słodszego - miodowy piernik o ciężkim charakterze, który nieco przełamało echo soczystej warstwy chyba z wiśni (i czarnych porzeczek?). Do tego nie za słodką, piernikową kawę. Przyprawy wróciły do goryczki. Słodycz jednak też nie odpuszczała. Przy pierniku czułam ciemny, piekący miód, ale już jakby obok prezentowały się równie piekące daktyle. 

Po zjedzeniu został posmak niby maślany i wręcz krówkowo-karmelowy, ale wcale nie łagodny. Te nuty na zasadzie kontrastu wystąpiły w opozycji do ogromu ziemi, herbaty i ostro-pieprznego piernika. Pobrzmiewały grzyby, ale też cierpkie, ciemne owoce, przeplecione z subtelnym niedookreślonym, soczystym kwaskiem (zahaczającym o cytrusy?). Do tego słodycz też częściowo wpisała się w ostrość jako piekące miód ciemny (leśny?) i daktyle.

Ta czekolada to prawdziwa uczta. Niezwykle bogata w intensywne nuty. Połączyła dwie boskie czekolady i wyszła także bosko. Łagodniejszy, niemal krówkowo-karmelowy początek, maślaność, a potem piekące daktyle i miód leśny, herbata zmieniająca się w kawę i ogrom przypraw z gałką muszkatołową i kardamonem na czele wyszły cudnie. Cynamonowe osłodzenie, przejście do pewnej grzybowej wytrawności, a potem las i drewniano-piernikowa końcówka przesądziły o wybitności kompozycji. Odrobinka wiśni, czereśni i porzeczko-jagód, cytrusów wprowadziła soczystość, ale nie silną owocowość. I dobrze, bo tylko taka ilość owoców idealnie pasowała.

Przy drugiej kostce byłam już pewna, że... skądś to znam. Zaczęłam szukać, wczytywać się w opis, przeszukiwać bloga. Przecież to Pralus Djakarta Criollo - Trinitario 75 % (2017)! Tak, dla mnie było to zaskoczeniem, bo przed degustacją nie wczytywałam się dokładnie w opis, stworzyłam wstęp dopiero później. Dobrze to znałam - wspomnienia wróciły, jakby to było tak niedawno. Tym razem byłam w stanie wyczuć o wiele, wiele więcej i trafnie to ponazywać, widzę więc swój rozwój. Czekolada sama w sobie nie zmieniła się jakoś znacząco - szczegóły wynikające z różnic między poszczególnymi zbiorami kakao.


ocena: 10/10
cena: 7.95 € (około 34 zł)
kaloryczność: 585 kcal / 100g
czy kupię znów: kto wie?

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

środa, 25 września 2024

Ritter Sport Kakao Klasse 81 % Die Starke aus Ghana / Cocoa Selection Extra Intense from Ghana ciemna z Ghany

Latami kompletnie nie interesowały mnie czekolady tej marki. Czyste ciemne z określonych krajów nie zdobyły mojego uznania, a próbowane ostatnio w górach z orzechami też nie chwyciły. Mimo to, uznałam, że nowość o sowitej zawartości kakao spróbuję. Może dlatego, że wciąż boję się, że nieznanych mi, niedegustacyjnych czystych ciemnych robi się jakoś tak... mało? Ghana wydaje się regionem bezpiecznym, jeśli o nuty chodzi. A pamiętałam, że Ritter Sport KakaoKlasse / Cocoa Selection Ghana 55 % Die Milde / Smooth podpadła mi akurat rzeczami niezwiązanymi z kakao.

Ritter Sport Kakao Klasse 81 % Die Starke aus Ghana / Cocoa Selection Extra Intense from Ghana to ciemna czekolada o zawartości 81 % kakao z Ghany.

Po otwarciu poczułam cukrową słodycz, która poszła w dusznym kierunku przez tłustość masła. Je bowiem także wyraźnie czuć - kontrastowo podkręciło się z przesadnym paleniem. Do głowy przyszło mi palone i spalające się drewno. Oprócz masła, tłustość zaserwowała mi tłusty, zrobiony na pełnej śmietance, drink z likierem w wariancie "orzech laskowy". Albo orzechowy z nutą kokosa? Odlegle przypomniały mi się tanie draże kokosowe (typu Korsarz Skawy). Cierpkość zaplątała się tam, jednak nie wydobyła słabej, palonej gorzkości.

Tabliczka w dotyku wydała mi się ulepkowato-sucha i masywna. Przy łamaniu wyszła na jaw jej twardość, jednak trzask był dziwny - nie tyle głośny, co konkretny i jakby zawilgocony.
W ustach rozpływała się powoli, początkowo niepewnie. Powierzchownie miękła, zachowując jakby wewnętrzną twardawość i zmieniała się w tłusto-maślany, zbity krem. Wydała mi się prawie przytłaczająco tłusta. Jeszcze jednak nie jakoś straszliwie, bo czułam ukrytą pylistość. Czekolada wykazywała lekką, luźną mazistość, ale też gibką zwięzłość. Znikała rzadko, ale wciąż bardzo tłusto niczym stopione masło.

W smaku pierwsza rozgrzmiała słodycz o jawnie cukrowym charakterze. Podkreśliła ją nuta przepalona (choć jeszcze nie spalenizny) na zasadzie kontrastu. Słodycz panoszyła się w najlepsze i jeszcze delikatnie rosła.

Za zbyt mocno palonym tonem podążało masło. Poniekąd próbowało go załagodzić, co jednak wyszło tylko częściowo. Gorzkość jednak nim zdążyła się porządnie rozwinąć, już była lekko ugłaskana. Ogólnie więc nie okazała się mocna.

Paloność poszła w kierunku odtłuszczonego, suchego, pylistego kakao. Choć nie było ewidentnie wyczuwalne, kompozycja chwilami się ku niemu chyliła. Przemknął mi w tym wątku leciutki kwasek... Kwasek drewna iglastego! Jakby nieopodal drzew iglastych na ognisku trzaskały zielone igły?

Słodycz, która lekko się nasilała, z czasem zaserwowała mi drink orzechowy na bardzo, bardzo tłustej, śmietankowej bazie z cukrowo słodkim likierem w wariancie orzecha laskowego. Zaplątała się w nim drobna cierpkość - może to był likier orzechowo-kakaowy? I z nutą... kokosa? Wychwyciłam coś słodko-rześkawego, orzechowawego, ale nie do końca... Znów przemknęły mi przez myśl kokosowe, ale jakby bardziej kokosowo-orzechowe, draże. Zaraz jednak zniknęły, bo do drinka zaczęła podkradać się kwaskawość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz przestała rosnąć - choć była nieadekwatnie wysoka, nie wyszła chamsko. Przygłuszyły ją łagodzące śmietanka i maślaność.

Tłustsze nuty ułożyły się jeszcze w jakiś śmietankowo-maślany deser czy... krem do ciasta? Już nie tylko za ciężki drink. Kwasek wyszedł nieco wyraźniej, płynąc w prawie soczystym kierunku. Wywołał motyw pina colady, ale z nieuchwytnego owocu. Może w bardziej cytrusowo-ananasowej wersji? 

Nakręcały się nawzajem z paloną nutą i cierpkością. Te jednak nie rozwinęły gorzkości. Wciąż trzymała się niskiego poziomu, a tylko trochę odważniej się zaprezentowała.

Gorzkość pokazała mi płonące, spalające się na węgiel drewno. Wciąż iglaste, ale nie tylko. Wydało mi się lekko ciepłe. Czuć żar i cierpkość drewna, dymu. Podkręciła to szczypta rozgrzewających przypraw - kardamonu? Z żaru na końcówce jakby wymknęły się naturalnie słodkie i dziwnie maślane (przez kontrast?) orzechy laskowe. Też trochę palone. Wyobraziłam sobie trochę korzenny, orzechowo-maślany deser z jakimś cytrusowym sosem. Albo... łączonym cytrusowo-ciemnoowocowym?

Po zjedzeniu został posmak spalonego drewna z echem orzechów i suchego kakao. Było więc trochę cierpko, ale też maślano tłusto i bardzo słodko w prosty, cukrowy i trochę ciężki sposób. Do głowy przyszły mi tanie, margarynowe draże kokosowo-orzechowo-kakaowe oraz niedookreślony kwasek. Bardziej pochodzenia roślinnego, zielony, niż owocowy, ale... chyba i znikomo cytrusowy.

Czekolada była przeciętna... no, przeciętna+. Owszem, gorzka i cierpka, ale jej palone nuty wyszły zbyt palone, by cokolwiek naprawdę zacnego zaserwować. W dodatku były łagodzone tłustością masła i śmietanki, co nie pomogło. Na zasadzie kontrastu wszystko to się podkręcało, wady lepiej się wyłoniły. Pojedyncze lepsze aspekty, a więc trochę orzechów i kokosa, drobny kwasek iglaków i niedookreślonych owoców, mogłyby stworzyć naprawdę smaczną kompozycję, gdyby były silniejsze. Słodycz o cukrowym charakterze za to była za silna i bez polotu. Niby nie mordowała, ale brakowało jej intensywnego towarzystwa, które by sobie z nią poradziło. W dodatku takie twarde i małe, wysokie kosteczki były niewygodne do jedzenia.
Jej naturalnie śmietankowo-maślane nuty wyjaśniały by poniekąd, dlaczego Ritter Sport KakaoKlasse / Cocoa Selection Ghana 55 % Die Milde / Smooth wyszła aż tak mleczno-tłusto. 
O dziwo już Ritter Sport Kakao Klasse / Cocoa Selection 74 % Intense from Peru zaserwowała więcej nut owocowych. A jednak mimo wszystko to dziś przedstawiana jakoś lepiej wyszła - cukrowość i tłuszcz były w niej po prostu przesadzone, nie "strasznie przesadzone" jak w podlinkowanej.
A wystarczyło po prostu nie przepalić kakao i nie zawyżać zawartości kakao - bo prostota też może być smaczna jak w przypadku (Libeert) Fair Pure Chocolade 72 % Cacao Ghana (też o nutach orzechów, likieru, drewna - ale głębszych).


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 8,20 zł
kaloryczność: 609 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

czwartek, 14 marca 2024

Beskid Chocolate Ghana Kuapa Kokoo Fairtrade Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna z Ghany

Czekolady z Ghany niemal zawsze zapewniają mi zacną degustację, więc perspektywa spróbowania tego regionu w wykonaniu jednej z ulubionych marek czekolad, polskiego Beskidu, bardzo mnie ucieszyła. Ta tabliczka została wykonana z mieszanki kakao Amelonado z różnych regionów, kupionego od spółdzielni Kuapa Kokoo. Ta została założona w 1993 r., a jej nazwa pochodzi z języka Twi i oznacza "dobrą uprawę kakao". Z certyfikatem Fairtrade pomaga w poprawie warunków życia i pracy rolników oraz ich rodzin. Kakao, z którego stworzono tę tabliczkę to odmiana Amelanado, ale pochodzące z różnych regionów: centralno-wschodniej części Ghany oraz obszarów: Ashanti, Brong-Ahafo, Volta. Główny okres zbiorów tam przypada na okres od wrześnie do marca, a półplonów od maja do sierpnia.


Beskid Chocolate Ghana Kuapa Kokoo Fairtrade Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Amelonado z Ghany, z regionów Ashanti, Brong-Ahafo, Volta oraz centralno-wschodniej części kraju; czas konszowania min. 72 godzin.

Po otwarciu poczułam ciepły zapach piernika czekoladowego, kryjącego soczystą i bardzo słodką warstwę z dżemu morelowego. Miała lekko powidlane zapędy. Te zaś podsunęły myśl o czerwonych pestkowcach, acz bardzo słodkich - czereśniach? Nie były jednak zbyt jednoznaczne. Piernik mieszał się z dymem i tytoniem. Pomyślałam o papierosowym dymie, łagodzonym przez mleczne echo. Do mleka wkradła się subtelna słodycz miodu.

Twarda i masywna czekolada podczas łamania, do którego musiałam włożyć sporo siły, trzaskała bardzo głośno, jak suche, grube gałęzie.
W ustach rozpływała się powoli, wykazując wysoką gęstość i mazistą kremowość. Była maślano tłusta, jakby wewnętrznie zbita, a powierzchownie mięknąca. Robiła się nieco lepkawa. Pokrywała podniebienie czekoladowymi smugami, acz bazowo kształt zachowywała niemal do końca.

W smaku najpierw przemknął nieśmiały, jakby zgaszony miód. Zrobiło się słodko, ale nie za mocno. Miód powoli zaczął zmieniać się w miodowe cukierki, a te w mleczne karmelki.

W oddali, niemal niezauważalnie zaznaczyła się soczystość... jakby niemożliwie słodkiej czereśni? Która to zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.

Wkroczyła subtelna gorzkość dym. Oddawała nie tylko dym po prostu, ale zahaczała też konkretnie o dym papierosowy i tytoń.

Mleko za sprawą karmelków umocniło się. Mleczna nuta zapewniła kompozycji złagodzenie, jednak nie odebrała jej charakteru. Słodycz rosła delikatnie wraz z nią, nieśmiało podpowiadając mleko z odrobiną miodu. Miodu i cynamonu? Miód zaczął się rozmywać, jednak jako że słodycz nie słabła... mleko dosłodziło się czymś innym. Wanilią! I cynamonem.

Soczystość z tła znów spróbowała tchnąć... słodką cierpkość?

Dymne nuty wypuściły z siebie piernik. Był to piernik mocno czekoladowy, delikatnie pikantny. Cechowała go gorzkość oraz ciepło. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w słodyczy pojawił się dżem morelowy, który zaraz wystąpił jako warstwa tego piernika. Piernika pełnego korzennych przypraw w nieprzesadzonej ilości: pieprzu, kardamonu i imbiru.

Dżem morelowy cały czas jawił się jako element słodyczy. Mimo soczystości, nie zapewnił za wiele kwasku. A jednak gdy dym trafił na niego, poczułam nieśmiałą cierpkość i jakby kwasku obietnicę. Przemknął jakiś cytrus, ale nie rozgościł się. Z czasem za to wyłapałam pomykające echo ciemnych owoców - bzu? Aronii? Prawie jednak nieuchwytnych.

Cierpkawość jako taka w zasadzie nie nadeszła. Na obietnicach i echu się skończyło. Owocowość jednak pobrzmiewała, acz jako słodszy splot czereśni i bananów. To w banany zmienił się niejasny już w tym momencie miodowo-waniliowy wątek.

Soczystość ukryła się w do granic możliwości czekoladowym pierniku, który chyba wieńczyła ciemnoczekoladowa, wręcz cierpko-soczysta polewa. Przyprawy trochę się zagubiły, a ja poczułam się, jakbym jedząc taki piernik właśnie zaczęła trafiać na pojedyncze orzechy.

Piernik przestał być piernikiem jednoznacznym. To już bardziej czekoladowe czy czekoladowo-kawowe ciasto z nutą piernika... Albo nawet niekoniecznie? Niby z odrobinką przypraw, ale nie piernikowe? Kawa na chwilę zrobiła się bardziej pewna siebie, ale zaraz umknęła i ona. A z ciasta wyłoniła się wanilia. Tę podkreśliło mgliste wspomnienie bananów.

W piernikowej czekoladowości pojawił się akcent ziemi, a już bardziej ciastowo-orzechowa nuta pożegnała się jako palone, odymione drewno. Ciepły, płonący zimą kominek? Przy którym to, po skończonej słodkiej uczcie, człowiek raczy się ciepłym mlekiem (z miodem i wanilią?).

W posmaku zostały cierpkie powidło-dżemy. Raczej z ciemnych owoców, ale i słodkie morelowe się zaznaczyły. Z ich słodyczą mieszała łagodna mleczność, a także słodycz wydobywająca się z mleka właśnie. Do tego soczyste echo bananów. Na zasadzie kontrastu zaznaczyła się ziemistość i gorzki dym, który przypomniał sobie o tytoniu i papierosach. Te zawarły w sobie ciepło. Wręcz korzennie ostrawe?

Czekolada była bardzo smaczna i ciekawa. Połączenie smaków wydało mi się dość nietypowe - od miodu i miodowo-karmelkowych nut mieszających się z gorzkością dymu, tytoniu i piernikiem po lekką, słodką soczystość i mleko, niejasne akcenty moreli, czereśni, bananów i ciemnych owoców. Niespodzianek nie brakowało. Gorzkość nie była mocna, ale znacząca i głęboka, a słodycz cały czas wydawała się nieśmiała. Dobrze to wyszło i obyło się bez kwasku. Może jakbyś by się przydał, ale i bez niego było zacnie.

Mocno czekoladowe ciasto, dym i ziemia, a także kwasek wręcz tylko iluzoryczny przypomniały mi trochę Pralus Ghana Forastero 75 %, ale bardzo podobnymi tych czekolad i tak bym nie nazwała.


ocena: 9/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 23,90 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 439 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

środa, 9 sierpnia 2023

Zotter Labooko Opus 5 Cuvee 72 % Dark Chocolate ciemna z Tanzanii, Ghany, Togo, Gwatemali i Dominikany

Kiedyś byłam bardzo wciągnięta w czekolady Zottera, lecz to już minęło. Obecnie interesuję się tylko czystymi ciemnymi, a ich za wiele Zotter nowych nie wprowadza. Pilnuje się jednak, by co roku wydać nowy blend "Opus". Ja z kolei pilnuję, by żadnego nie przegapić. Choć nie mogę powiedzieć, bym specjalnie polowała - i kiedy zdałam sobie z tego sprawę, zrobiło mi się jakoś smutno. 
Ten ponoć został zainspirowany afrykańskim regionem, który ekipa Zottera niedawno odwiedziła. Jak nazwa wskazuje, użyto kakao z 5 różnych krajów. Każdy rodzaj rzadkiego kakao uprażyli oddzielnie, dopiero na koniec wszystko razem mieszając.

Zotter Labooko Opus 5 Cuvee 72% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao z Tanzanii (Trinitario), Ghany (Amelonado), Togo, Gwatemali (Criollo) i Republiki Dominikany (z farmy Zorzal); blend na rok 2022/23.

Po otwarciu zbombardowały mnie orzechy - całe mnóstwo, ale z dominacją włoskich - a także marcepan. Jego charakter podkreśliła odrobina ziemi. Jednocześnie czułam ogrom soczystych wiśni i owoców leśnych. Raczej ciemnych, ale nie tylko. Przewodziły jeżyny, a z tła dobiegła nuta przywodząca na myśl malinowe wino. Zwłaszcza w trakcie degustacji doniuchałam się jeszcze charakterniejszego, czerwonego cytrusa: grejpfruta (acz nie koniecznie jego samego). Odnotowałam też wręcz słodziutką rześkość poziomek i soczystego arbuza. Jego świeżość i rześkość mieszały się z odrobiną kwiatów, które całą tą roślinną moc, pełne życia zielone rośliny połączyły z... marcepanem z przyprawami? W nim z czasem odnotowałam także rześkość, ale nieco ostrzejszą - lukrecji. Do tego może goździków i innych przypraw korzennych. Nie było jednak pikantnie, bo czułam też lekką maślaność. Owocom i przyprawom nie brakowało słodyczy, której zwieńczenie stanowił bardzo słodki, ale i mocno palony karmel. W palonej nucie doszukałam się też jakby nieco spalonej skórki ciemnego chleba. Zapach był bardzo złożony.

Tabliczka już w dotyku wydała mi się bardzo kremowo-tłusta, a podczas łamania trzaskała średnio głośno, jakby w pełny, gęsty sposób.
W ustach rozpływała się bardzo gęsto i lepko. Robiła to w tempie umiarkowanym. Zwłaszcza początkowo wydawała się twardawa i maślana. Była tłusta, aż nieco przytykająco. Chwilami kojarzyła się z miękkim, mazistym awokado. Nie stanęło to na drodze wysokiej soczystości, rozlewającej się po dłuższym czasie. Pod koniec w dodatku pojawiła się jakby uspokajająca wszystko pylistość.

W smaku pierwsze równocześnie uderzyły słodkie, wielkie i ciemne czereśnie oraz toffi. 

Toffi rozpoczęło palono-maślany wątek, w którym po chwili odnalazły się orzechy laskowe, też jako likier orzechowy. Pojawił się przy kawie, a znacząca maślaność zasugerowała awokado.

Zaraz za czereśniami ruszyły maliny i arbuz. Wniósł rześkość, ale sprawił też, że słodycz była bardzo wysoka. Mignęły mi poziomki, a myśli zaczęły się obracać wokół jakiegoś malinowego kremu. Na bazie śmietanki?

Przy śmietankowej nucie umocniło się toffi. Słodycz rosła, lecz ono trochę się zreflektowało. Nagle czekolada wydała mi się aż zaskakująco mleczno-śmietankowa. Wkroczył kajmak i lekka maślaność. Pomyślałam o gorącej czekoladzie, zrobionej na pełnym mleku. Rozgrzewała i rozprowadzała gorzkość.

Orzechy laskowe, czekoladowość i awokado splotły się w wizję jakiegoś kremu na jego bazie - jakby takiej świeższej, zdrowej wersji kremu typu Nutella.

Wspomniane rozgrzewanie dołączyło do owocowej soczystości i splotło się z nią w wino. Leciutkie i słodziutkie - malinowy krem już o to zadbał. Czerwone, słodkie owoce zaserwowały mi trochę wiśni. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa z tła wypłynęły cytrusy, walczące o kwasek. Wyłapałam cytrynę, acz zaraz uwagę skupiły na sobie owoce leśne. Już nie czerwone, choć poziomki gdzieś tam były. Znacznie więcej czułam jeżyn i owoców ciemniejszych, skrytych w krzaczkach. Nieco ukwieconych krzaczkach.

Zielone rośliny i ich rześkość były niemal namacalne. Raz po raz świeżość i rześkość podkreślił arbuz, ale z czasem to inne nuty się nimi zaopiekowały. Były to kwiaty, łączące słodycz, rześkość i pewną ostrość.

Z cytrusów w tym czasie wymknął się grejpfrut i zatroszczył się o goryczkę. 

Z kajmaku i maślaności wyskoczył palony karmel. Mocno palony, co łączyło się z nutą ciemnej czekolady do picia. Maślaność nieco wystraszona odbiegła na tyły, a jej miejsce zajął marcepan. W nim ulokowała się ostrość. Rozgrzewała razem z czekoladą. Powoli wyszły z niej rozmaite przyprawy: gorzki i "stateczny" kardamon, lukrecja łącząca to z rześkością roślin, charakterne goździki i inne korzenne. Ich ostrość jednak łagodziły kwiaty.

Owoce nie pozostawały bierne. Grejpfrut w pewnym momencie wyszedł na pierwszy plan jako apogeum soczystości. Po jego występie owoce nieco się uspokoiły. Gorzkość z grejpfrutowej zmieniła się w bardziej paloną, rozgrzewającą. Wydawała się leniwa.

Jednocześnie maślaność na tyłach podbudowała się i wróciła, stając obok. Kojarzyła się z "orzechowawym" awokado hass, a w końcu z samymi orzechami. Marcepan i surowe migdały podkreśliły je właśnie. Czułam całe mnóstwo, mieszankę, acz z czasem to włoskie wyszły na prowadzenie.

Pod koniec podkreślił je dym, palona nuta, a przy ich goryczce zawinął się grejpfrut z kardamonem.

Po zjedzeniu został posmak goryczki grejpfruta, wraz z jego soczystością, stanowiącą przejście do soczystości całego mnóstwa innych owoców: leśnych, wiśni i cytrusów. Czułam sporo maślaności, ale i rześkość roślin, przywodzące na myśl awokado. Otoczyło je sporo różnych orzechów, w tym włoskich. Gorzkość była stonowana, acz wyraźna. Wciąż kojarzyła się z gorącą czekoladą na mleku i lekko przyprawionym marcepanem. Słodycz zaś też nie była bierna. Wydawała się końcowo głównie karmelowa.

Całość wyszła wielopłaszczyznowo, choć tak, że... chwilami jakby sama próbowała się uprościć. Nuty nie przeszkadzały sobie, a ciekawie przechodziły jedne w kolejne. Maliny jako krem i wino, arbuz i poziomki, wiśnie, a także mnóstwo niedookreślonych leśnych ciemnych, potem raczej cytrusy z dominacją grejpfruta stanowiły mocny, owocowy wątek. A jednak równie wyrazista była rześkość roślin, awokado, odrobina kwiatów i przyprawy. Umiejętnie wpisały się w resztę. Orzechy, migdały i marcepan, palone nuty oraz gorąca czekolada łączyły wytrawność i gorzkość z motywem mleka, śmietanki. Do tego wysoka słodycz kajmaku, potem bardzo palonego karmelu - także aż dziwnie pasowała.
Mimo to, mnie tu było nieco za dużo maślaności, awokado i słodyczy. Te pierwsze były obecne także w tłustej konsystencji. To co prawda szczegóły, bo tabliczki i tak wzbudziły ogromny zachwyt, jednak gdyby nie one, oceny byłaby maksymalna.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena:  17,90 zł (cena półkowa za 70g)
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 24 maja 2023

(Libeert) Fair Pure Chocolade 72 % Cacao Ghana ciemna z Ghany

Niedługo po Libeercie dla Aldiego Fair Pure Chocolade 71 % Cacao Ecuador pomyślałam o drugim posiadanym. Specjalnie zostawiłam go na potem, bo miał być dla mnie zupełną libeertowską nowością. A Ghanę po prostu bardzo lubię.

Fair Pure Chocolade 72% Cacao Ghana to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Ghany, produkowana przez Libeert na niemieckie Aldi.

Po otwarciu poczułam mocno palony zapach o gorzkim podszyciu kawy i orzechów włoskich. Mieszały się z delikatnymi migdałami i naturalnie słodszymi orzechami laskowymi. Przy tych pojawił się nawet nieco cukrowy likier orzechowy, mieszający się z ciepłem cynamonu. Był słodki i związany z nieco drzewnymi motywami. Korą, pniami... Za którymi to mignęły mi pszenne, niemal neutralne krakersy. Kompozycja była charakterna, gorzka i słodka w stonowany sposób.

Tabliczka sprawiała wrażenie trochę suchej, a już łamanie zdradziło, że jest przyjemnie twarda i masywna. Łamana trzaskała jak suche gałęzie, a gdy kostka uderzała o kostkę, brzmiała jak stukające o siebie kamyki. Wydawała się do pewnego stopnia krucha.
W ustach rozpływała się bardzo powoli mięknąc. Kształt zachowywała jednak prawie do końca. Trochę zalepiała, pokrywając podniebienie smugami. Kryła w sobie suchość, jednak była to i tak bardzo kremowa w zasadzie tylko suchawość (pylistość?).

W smaku pierwsza rozeszła się orzechowa słodycz. Orzechy nie jakieś konkretne, a mieszanka różnych, w tym laskowe... Szły w kierunku podsłodzonym.

Zaraz do głowy przyszedł mi niespecjalnie alkoholowy, a za to bardzo słodki, likier orzechowy (?) i orzechowy budyń, tylko co ugotowany i jeszcze ciepły.

Gorzkość bardzo szybko też dała o sobie znać i zaczęła rosnąć, przytaczając czarną kawę i orzechy włoskie. Kawa opłynęła wszystko, po czym zaczęła dominować. Wyrazista i mocna, acz raczej rozpuszczalna. Orzechy włoskie przemieszały się z laskowymi; pomyślałam o pekanach, acz to też nie w pełni one. Splot ten wydał mi się w pewien sposób nostalgiczny.

Przez moment wydawało mi się, że kompozycja zacznie łagodnieć w śmietankowo-maślanym kierunku, ale nie. Odnotowałam takie akcenty, ale czmychnęły daleko na tyły. Ciepłe orzechowe nuty wzbogaciły się o cynamon. Przez chwilę jeszcze myślałam o budyniu orzechowym, ale zaraz zniknął na rzecz samego cynamonu i orzechów w cynamonie. Cynamon był bardzo słodki i właśnie słodycz ogólną podniósł. Była trochę ciepła, a mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa otarła się o biały cukier.

A jednak cały czas słodycz trzymała się poziomu stonowanego. Cynamonem okryły się migdały. Mieszały się z orzechami włoskimi, a także zaprosiły trochę drewna. Suchego, ściętego... I trochę palonego? Oczami wyobraźni zobaczyłam też popękaną korę i grube pnie.

Słodycz w pewnym momencie ukazała mi lekką, owocową nutkę. Bananowy deser? Banan trochę pudrowy, może budyniowy...? Doprawiony cynamonem? I z odrobinką masła?

Cynamon bliżej końca wydał mi się bardziej ciepło-gorzkawy niż słodki. Dzięki temu wróciła wyrazista kawa. Teraz już zdecydowanie rozpuszczalna, bo jakby trochę pylista. Pomyślałam o migdałowej kawie... może marcepanowej? Albo marcepanie kawowym? Echo ciepła niealkoholowego likieru wróciło i na samej końcówce próbowało coś ugrać. Wiązało się ze słodyczą, ale słodycz cały czas nie wychodziła przed szereg.

Po zjedzeniu jednak czułam jej ciepło i w posmaku doszukałam się w jej kwestii małej ordynarności, mimo że była niska. Towarzyszyła jej pylista kawa i ciepłe przyprawy. Czułam też orzechy, raczej włoskie, ale w otoczeniu różnych. Wiązały się z paloną, nawet nieco za mocno nutą.

Całość bardzo mi smakowała. Okazała się prosta i wyrazista - tego mi trzeba było. Przyjemnie (choć nie siekierowo) gorzka, słodka adekwatnie. Bez wyskoków i szaleństw, za to przejrzyście kawowa i orzechowa. Sporo włoskich, laskowych i migdałów. Podobało mi się ciepło likieru i marcepanu, które to nieźle rozegrało kwestię słodyczy - nie rzucała się aż tak w oczy (czy raczej na kubki smakowe?). Cynamon i trochę drewna też zacnie wykończyły kompozycję. Rzec można, że to dokładnie to, czego można chcieć od kakao z Ghany i przystępnej cenowo czekolady.


ocena: 10/10
kupiłam: po znajomości
cena: €1,39, czyli około 6,60 zł
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier, odtłuszczone kakao w proszku, lecytyna sojowa

wtorek, 29 marca 2022

Fin Carre Way to Go Orzechy Pekan i Kokos 51% ciemna z Ghany z orzechami pekan i kokosem

Jakiś czas temu zaczęła nawiedzać ochota na duet kokosa i kakao. Najchętniej jako dobra ciemna czekolada z nadzieniem kokosowym, jednak wystąpił problem: czy taka istnieje? "Dobra" w moim rozumieniu. I liczyłam się nawet z zacukrzeniem. Już nawet zaczęłam desperacko myśleć o wedlowskiej Gorzkiej Kokosowej, ale szybko sama z siebie się tylko zaśmiałam. Potem władowałam się w parszywego Lindta Chocoletti Kokosnuss i już wiedziałam, że półśrodki nie przejdą. Przejrzałam komodę, co ja tam też mam. Nic nadziewanego kokosowego, ale... Była cukrowo-kakaowa, o lichej zawartości kakao, m.in. z kokosem. Na pewno nie miałam ochoty na kokosa w parze z owocem (a taką miałam Moser Roth). Za tą w dodatku optowała obecność orzechów - takich wolę zbyt długo nie trzymać, a jeść je jak najświeższe. I wybierałam czekoladę na dzień pełen wykładów i pisaniny naukowej, toteż taki cukro-czekodopalacz wydał się odpowiedni (a np. za nudny na dzień, w którym spokojnie mogę przy czekoladzie niemal medytować).

Fin Carre Way to Go Orzechy Pekan i Kokos 51% to ciemna czekolada o zawartości 51% kakao z Ghany z orzechami pekan i kokosem (w opisie jest "z wiórkami kokosowymi", ale mam wątpliwości, bo chyba nie tylko, a też z "płatkami"), marki własnej Lidla.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach, na który złożył się dominujący kokos, mocno palona gorzkość oraz ogrom orzechów. Kompozycja była wysoce palona. Kokos stanowił swego rodzaju spoiwo między tymi dwoma, sam zaś przeplatał wątki płatków i wiórków (w tej kolejności) kokosowych oraz mleczka. Dołożył im lekką soczystość. Z tym zgrała się ogólna, wysoka słodycz palonego cukru... tak, karmelu. Było w niej coś miodowo-likierowego, syropowego (jak z kokosowych trufli bez realnego alkoholu?), może scukrzonych rodzynek (soczystość kokosa to podsycała). Choć ryzykowna, to jednak przełamana przez poważniejszy, zielono roślinnie-ziemisty wątek. 

Tablica w dotyku wydała mi się trochę ulepkowata i pylista, aż nieco brudziła dłonie (pyłkiem kakao). Była twarda i masywna, a jednak przy łamaniu trzaskała średnio głośno. Nie musiałam używać za dużo siły z racji jej kruchości. Przy odgryzaniu kawałka już niestety tak. Dodano do niej bowiem mnóstwo dodatków napędzających to wrażenie. Znalazły się głównie na spodzie tablicy; wierzchy kostek były jedynie z pojedynczymi wiórkami. W zasadzie nie dało się jednak zrobić kęsa, by choćby nie zahaczyć zębem o dodatek.
W ustach rozpływała się łatwo, w umiarkowanym tempie. Miękła minimalnie, wykazywała maślaność i lekką śliskawość, a z czasem przybierała formę zlepka dodatków... Jakby powlepianych w zbitą grudkę budyniu, który smugami się spośród nich wymykał... Przez ilość dodatków czekolada znikała na nic. One... jakby rozbiły jej potencjalną gęstość, której domniemanie gdzieś tam się tliło.
Choć przesadzili z ich ilością, psując strukturę czekolady, jakości dodatkom odmówić nie mogę.
Pekany były kawałkami głównie bardzo małymi, ale też średnimi, w porywach ćwiartkami. Okazały się w pierwszej chwili pochrupujące, potem zaś miękkie i tłusto-soczyste w świeżym sensie. Wszystkie z zacnymi skórkami. 
Kokos wystąpił pod postacią wielkich wiórków oraz ich kawałków, jak również całych kawałków płatków (aka chipsów) - wydawało się, że dali go o wiele więcej od orzechów. Wiórki i kawałki w pierwszej chwili sprawiały wrażenie twardych. Gryzione początkowo mocno chrupały, popisując się wręcz pewną kruchością. Niektóre niemal udawały wafelki. Z czasem wykazywały świeżą soczystość, aczkolwiek wciąż chrupiąc. Jakby szybko i mocno podprażone z wierzchu, że w środku zachowały świeżą soczystość? Pogryzione znikały, nie miękły ażeby się memłać, nie męczyły.
Dodatkami zajęłam się już gdy czekolada zniknęła, choć po trochu "obok czekolady" zdarzyło mi się nadgryźć czy podessać pojedyncze sztuki. Jak tak jadłam i jadłam, okazało się, że w zasadzie zdało to egzamin... dodatki nie narzucały potrzeby gryzienia całości, ale i tak nazbyt zlepkowate to było. Najwięcej radości sprawiało mi już na koniec najpierw rozprawienie się z wiórkami, potem zaś z orzechami. Wiórki gdy czekolada się rozpływała... gryzienie mocno, ale jednak jedynie, sugerowały, powiem tak. Rozmieszczenie dodatków (na spodzie) uratowało sytuację. I tu muszę się trochę czepnąć, bo... niekoniecznie kluczem do sukcesu byłoby zmniejszanie ilościowo; w tak grubej tablicy spokojnie mogli sobie pozwolić na np. połówki orzechów.

W smaku czekolada przywitała się mocno palonym smakiem, a więc pewnym ciepłem i m.in. gorzkością. Była stonowana i przypominała czarną kawę, palone ziarna kawy i kakaowe, murzynkowate ciasto. Takie... jeszcze ciepłe, w przypadku którego przesadzono z cukrem, który błyskawicznie zmienił się w karmel.

Prędko w wymienione twory wlała się też niemal cukrowa słodycz likieru kokosowego, słodkiego syropu... zrobionego na bazie miodu. Słodycz była od początku bardzo wysoka, potem jeszcze trochę wzrosła, ale rozkładając wachlarz rozmaitości. Kawa z syropem kokosowym, ciasto nasączone takowym likierem i miodem... Ten od palonej goryczki podciągnął paloność właśnie. Wyraźny karmel otulił kokosa. Wszystko rozgrzewające, trochę jak ciasto tylko co wyciągnięte z piekarnika.

Poprzez słodycz wkradł się motyw nugatu ogólnie orzechowego i maślaność. Kompozycja wydała mi się nieco śmietankowa... w kokosowy sposób. Im dodatki bardziej się odsłaniały, tym moje myśli coraz bardziej uparcie krążyły wokół śmietanki / mleczka kokosowego, kokosowo-miodowych nugatów i karmelizowanego kokosa. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa goryczka i cierpkość kakaowej bazy wraz z powyższymi zasugerowała ziemię porastaną młodymi, zielonymi roślinkami. To było świeże i rześkie. Nie musiałam rozgryzać dodatków, by także je poczuć. Orzechy pekan stały jakby na czele całego orzechowego miksu, trochę z nugatowo-miodowym echem. Kokos z kolei... mieszał się z roślinnością. Wyszedł bardzo naturalnie i wyraziście. Do głowy przyszła mi woda kokosowa, pulpa i łupiny kokosa, kokos zwęglony... 

Nuty palona oraz cukrowo-waniliowa, nieco likierowa (bez procentów) otulały niemal surowe, minimalnie podprażone pekany i naturalnego kokosa o orzechowym charakterze. Raz czy dwa odnotowałam chyba lekką goryczkę oleju kokosowego zmieszanego z kawą. Mimo to było ryzykownie słodko. Czekolada znikając, zaleciała leciutko cierpkością, a słodyczą ociepliła gardło. Jakby tak łyknąć zacukrzoną, kokosową kawę.

Na koniec jednak zostały dodatki, zupełnie tonujące przesłodzenie, do którego kompozycja zmierzała.
Dodatki gryzione po czekoladzie dały się poznać jako bardzo wyraziste i czyste smakowo. Pekany smakowały w pełni świeżymi, lekko słodkawymi sobą o drobnej goryczce, pochodzącej od skórek. Kokos to w dużej mierze płatki kokosowe (niektóre nawet sugestywnie wafelkowe?), a nie tylko wiórki. Smakował łagodnie i świeżo, aż soczyście i... większe kawałki (płatków / chipsów?) bardziej słodkawo, a wiórki minimalnie bardziej... złudnie kwaskawo (po tej całej słodyczy i cierpkości kakao?). Kokosowy dodatek w swojej czystej wyrazistości mieszał się z pekanami jako splot łagodny, acz z charakterem. Połączenie to wydawało się wówczas aż w pewien sposób... mleczne?

Po zjedzeniu został ogólnie orzechowy posmak głównie pekanów, podkreślony pewną ziemistością oraz kokosowy jakby... palono miazgowo-kokosowo wiórkowy. Czułam też wysoką słodycz, ale nie przecukrzenie totalne.

Całość uważam za niezłą, ale... zbyt zlepkowatą. Mimo że dobre dodatki, a więc świeżo-surowe orzechy pekan (szkoda tylko, że takie posiekane), chrupiący, a jednocześnie soczysty kokos wyszły wyraziście, ale ich ilość aż męczyła. Ciągle było, co gryźć, a one rozbiły czekoladowość. Czekolada stała się zlepkiem, a jednak smakowała przyjemnie gorzkawo, mocno palono, nawet z pewną ziemistością i nutką kawy. Słodycz w całokształcie wyszła w porządku, nie zasładzała. Wprawdzie była wysoka, ale na szczęście niebanalna i pasująca do dodatków.
Przypomniała mi, bardzo odlegle, Lindt Excellence Coconut Intense Dark. Chyba ze względu na "płatkowość" kokosa (u Lindta o wiele klarowniejszą). Poziom chyba ogólnie jeden - Fin Carre wyszła o wiele bardziej naturalnie, nie tak zacukrzająco, a spokojniej; nie była miękkim ulepkiem.

Swoją drogą, nie ma to jak mylące informacje na opakowaniu - nazwy "ulic" na tej mapce. Wśród nich jest "czekolada mleczna" w momencie, gdy ta tabliczka mleka nie zawiera. Uważam to za strzelenie sobie przez producenta w kolano, bo... mało brakowało, a mogłabym czekolady nie zlecić ojcu (gdybym się nie wczytała, czym jest).


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl (w zasadzie to ojciec kupił)
cena: około 8 zł (za 180g)
kaloryczność: 561 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy pekan 7,5%, kokos 5%, lecytyna słonecznikowa