Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chocolat Madagascar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chocolat Madagascar. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 stycznia 2026

Table Chocolate Dark 84 % Trinitario & Criollo Madagascar, Sambirano Valley ciemna z Madagaskaru

Ta tabliczka zwróciła na siebie moją uwagę nazwą i... i tym, że jej nie znałam, co w zasadzie się łączyło. Taką bym zapamiętała, a tak byłam pewna, że nawet wzrokowo się na nią nie natknęłam. Może to i nic dziwnego, skoro jest stosunkowo nowa. Założyli ją Remy i Andrea w listopadzie 2021 roku, acz z czekoladą i cukiernictwem mieli już do czynienia. Remy w wielu krajach w pięciogwiazdkowych hotelach poznał wiele tajników gastronomii i choć zawodowo w sumie pracował z czekoladą od 10 lat, dopiero w 2021 odkrył, że to był tylko wierzchołek góry lodowej bogactwa kakao. W temat porządnie wkręcił się, zajmując się czekoladą na poważnie i zakładając pierwszą w Liverpoolu bean-to-bar czekoladziarnię. Nazwę nadali swojej marce w odniesieniu do tego, że o swojej czekoladzie wszystkie informacje wykładają jasno na stole; niczego nie ukrywają i podają detale odnośnie tego, z jakich składników tworzą. Wszak jest się czym chwalić, bo stawiają na sprawdzone źródła. Tę konkretnie czekoladę zrobiono z ziaren z plantacji Bertila Åkessona, Bejofo Estate, który od roku zakupu (1998) bardzo rozwinął uprawę bardzo wysokiej jakości kakao. Obecnie 3000 rolników je hoduje, fermentuje i suszy, trzymając się protokołów określających jakość. To ręcznie sortowane kakao ze zbiorów październik-styczeń fermentowało 6 dni, suszyło się 7-14 dni.

Table Chocolate Dark 84 % Trinitario & Criollo Madagascar, Sambirano Valley to ciemna czekolada o zawartości 84% kakao trinitario i Criollo z Madagaskaru, z dystryktu Ambanja, z Doliny Sambirano, z plantacji Bejofo Estate.

Po otwarciu poczułam zapach grejpfruta, mieszającego się z drobnymi czerwonymi owocami. Do głowy przyszły mi czerwone porzeczki i kwaśne czereśnie. Grejpfrut mieszał się trochę z ogólną cytrusowością, acz ta trzymała się raczej tyłów, gdzie odnotowałam też kwaśne rodzynki. Kwasek wydawał się jednak znacząco osłodzony dzikimi kwiatami i wanilią. Dokładniej czarną kawą ze sporą ilością wanilii. Kwiaty zaś przechodziły w słodko-pikantnawe zioła, w których krył się pikantnie-rześki chłód. Doszukałam się jeszcze odrobiny czarnej kawy, acz naprawdę w oddali.

Tabliczka na dotyk obiecywała kremowość, wydawała się zdradzać tłustość, a przy łamaniu trzaskała niezbyt głośno. Była średnio twarda, zwłaszcza tam, gdzie była cieńsza. Trafiła się bowiem nierówna: z jednej strony bardzo cienka, z drugiej przeciętna.
W ustach rozpływała się bardzo kremowo i w tempie średnim, robiąc się miękko-plastyczną. Pokrywała podniebienie mazistymi, lepkimi smugami, a po chwili upuszczała sporo soczystości. Dała się poznać jako minimalnie tłusta i niby starająca się zdobyć na gładkość, acz jednak cały czas z pyłkowym efektem. Znikała trochę rzadko i ściągała jak niedojrzałe owoce.

W smaku pierwszą poczułam niepewną siebie maślaność, która jakby znalazła się tam przypadkiem i zaraz cofnęła, a jej miejsce zajęła delikatna, acz już kwaskowata maślanka.

Maślanka kwaskiem otworzyła drogę owocom, przede wszystkim cytrusom, ale tak przemieszanym, że przez chwilę nie mogłam niczego wyróżnić, aż z pomocą przyszedł mi grejpfrut. Sam bowiem wyszedł na przód, przypominając o gorzkości i łącząc kwasek ze średnio silną słodyczą.

Jakby trochę obok zaczęła rozchodzić się i lekko rosnąć słodycz. Ogólna soczystość zasugerowała banana, ale niezbyt dojrzałego, jeszcze cierpkiego. Dołączyła do niego wanilia, jakby czując się zobowiązana, że musi dosłodzić. I potem banan trochę się wycofał. W słodyczy właśnie przemknęło mi jeszcze... coś. Lukrecja? Bardzo niejednoznaczna, ale chyba tak.

W tle pokazała się lekka gorzkość, ogólnie raczej sporadycznie bardziej się wyłaniała, acz dbała o echo... głównie związane z grejpfrutem, ale też trochę... kawowe?

W tym czasie owoce nie próżnowały. Kwasek rozkręcił się i rozgościł na pierwszym planie, z rozsądkiem i poszanowaniem słodyczy, rządząc kompozycją. Do grejpfruta i reszty cytrusowej ekipy podeszły drobne czerwone owoce... Najpierw trudne do nazwania, acz gdy zbierało się ich coraz więcej i więcej, w końcu wyraźniej wyłoniły się kwaśno-słodkie czereśnie. Tuż za nimi pobrzmiewały bardziej cierpkie czerwone porzeczki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wanilia okazała się dosładzać też kawę. Banan na chwilę trochę przycichł, by pokazać się w nowej odsłonie: jako słodki i wilgotny chlebek bananowy, może... z dodanym kefirem, aby był bardziej wilgotny? Chlebek z kwaśnymi rodzynkami! Rodzynki zaczęły odgrywać coraz ważniejszą rolę, aż... też się cofnęły.

Kwaśność owoców trochę załagodziła też maślanka - jakby tak postawić ją obok, do chlebka. Ogólnie wciąż soczystość była wysoka, acz ten motyw słodkiego wypieku, wypieczoności jakby troszeczkę ją tonował. Wyobraziłam sobie wilgotny słodki chlebek posypany karmelowym cukrem pudrem.

Mieszał się z wanilią, więc słodycz wzrosła do odważnego poziomu średnio-wysokiego, ale... nagle zatonęły w kwiatach.

Całe mnóstwo owoców: mieszanka cytrusów i czerwonych wystawiła na przód swych przywódców, którymi byli grejpfrut z czereśniami i porzeczkami. Cytryna i ogólnie cytrusy stanowiły bardziej wtrącenia, czerwone wydawały się bardziej jednostajne, konsekwentne... We wszystkich plątała się cierpkość.

Kwiaty także tę cierpkość w sobie zawarły i zaprosiły zioła oraz... pewien świeżo-ostry chłód. Lukrecję! Świeżo-cierpkawe zioła, pewna ich goryczka i słodycz zaobfitowały w motyw lukrecji, wychodzącej z kwiatów.

Po zjedzeniu został posmak czerwonych porzeczek z lukrecją, która trochę gryzła w język, osłodzonych kwiatami. Grejpfrut, ogólnie cytrusy i inne czerwone owoce pobrzmiewały jako echo. Kwiatów próbowała trzymać się jeszcze wanilia, a i lekki motyw owocowego wypieku się ostał.

Czekolada wyszła kwaśno-słodko; dość soczyście, ale nie czysto, nie tylko soczyście. Nie umiem myśleć o niej inaczej niż jak o "kwaśnym Madagaskarze zrobionym na słodko, w cukierniczym wydaniu" - faktycznie chyba czuć tu to podejście cukiernika z najszlachetniejszych restauracji, gdzie dba się o wyważenie i tonowanie smaków. Grejpfrut i czerwone porzeczki, trochę mniej czereśni i cytryny stały na czele bogatego, owocowego wątku. Doszły do tego kwaśne rodzynki, łączące kwaśność ze słodyczą poprzez chlebek bananowy. Podobnie działała maślanka - harmonizowana i łączyła. Dołączyła też wanilia, waniliowa kawa i kwiaty, przechodzące końcowo w zioła i lukrecję. Acz na tyle słodko, że nie powiedziałabym, że ma 84%, a raczej 74%. Bardzo ciekawe zwroty akcji i właśnie... akcja. Gdyby tak jeszcze było więcej gorzkości, a czekolada wolniej rozpływała i miała gęstszą strukturę, byłoby idealnie. Długo się zastanawiałam, czy nie wystawić 9, ale jakoś... jednak nie. Odrobinę jej zabrakło.


ocena: 8/10
cena: £6.50 (za 70g; około 32 zł)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 17 marca 2025

Chocolat Madagascar Single Plantation Dark Chocolate Domaine Mava 75 % ciemna z Madagaskaru

Z trzech jedzonych tabliczek Chocolat Madagascar, dwie zapisały się w mojej pamięci jako przepyszne, więc od dawna wiedziałam, że z chęcią jeszcze do tej marki wrócę. Nie tam, bym specjalnie leciała na stronę producenta, ale gdy trafiła się okazja zamówienia jednej tabliczki w ramach większego zamówienia z amerykańskiej strony, ta była dla mnie ważna. Nazwa "MAVA", gdy się skupiłam, coś mi tam mówiła... Ale co? Musiałam aż wpisać to na blogu, by trafić na Georgia Ramon Madagascar 70 % Mava Plantation-Ottange Farm Trinitario. Wyglądało na to, że po latach będę mogła dalej zgłębiać smaki plantacji Mava. Znów poczytałam o niej w opisie czekolady. MAVA obejmuje 1700 hektarów, z czego 600 hektarów to tereny przeznaczone pod produkcję wysokiej jakości kakao. Plantacja jest w całości własnością rodziny Ramanandraibe z Madagaskaru i leży w dolinie Sambirano, czyli w północno-zachodnim Madagaskarze. Zbiory odbywają się 2 razy w roku.

Chocolat Madagascar Single Plantation Dark Chocolate Domaine Mava 75% to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao criollo, trinitario i forastero z Madagaskaru, z doliny rzeki Sambirano, z plantacji Mava.

Po otwarciu rozbrzmiały jednocześnie dwa wątki: soczyście owocowy i palony, nad którymi zawisła rześkość kokosa. Drugi był dosadny, ale spokojny i średnio mocny, a pierwszy bardzo złożony. Czułam przede wszystkim mieszaninę cytrusów z miechunką zarówno świeżą, jak i suszoną. Ta wprowadziła cierpkość. Soczystość zaś kontynuowała pomarańcza i chyba nektarynki, przechodzące w owocowe smoothie i nektar. Postawiono je do ciasta o słodkim, mocno jajecznym charakterze. Wyobraziłam sobie biszkopt, chyba kokosowy, ale jajeczny na pewno. Słodyczy nie szczędziły też kwiaty, mieszające się z wiórkami kokosowymi. Dopiero za tym wszystkim i za paloną nutą odnotowałam nienachalną ziemię.

Twarda tabliczka miała nieco kruche zacięcie przy łamaniu. Trzaskała głośno, donośnie.
W ustach rozpływała się bardzo powoli i niby łatwo, acz niekoniecznie chętnie. Przedstawiła się jako pozornie nietłusta i wręcz suchawa, ale jednocześnie mięknąca na gęsty, budyniowy krem. Pojawiła się w niej pylistość, a potem jeszcze znikoma soczystość. Końcowo też ściągniecie i pyliste poczucie suchości.

W smaku przywitała mnie słodycz o tendencji wyraźnie wzrostowej. Zaczęła od suszonych kwiatów, do których dołączyły suszone owoce. Oczami wyobraźni patrzyłam na suszone płatki żółtych nagietków, które zapewniły rześkość. Z całej tej ogólnej słodyczy, na przód wyrwała się jednak delikatna cierpkość... miechunek?

Za miechunkami słodycz kontynuowały suszone morele, a te... ukryły się w palonej nucie? Paloność pojawiła się i zaczęła rozchodzić na boku, obfitując w dosadną, ale w sumie nie mocarną gorzkość. Gorzkość wprowadziła ziemię. Ta zaglądała na pierwszy plan, ale nie starała się go zdominować. Acz to na nich kompozycja się oparła. Otoczyła je rześkość... surowego kokosa? Jakby nieintencjonalnie łagodziła ziemię i gorzkość od środka.

Soczyście-cierpkawy splot obiecał kwaśność. Polała się odważniejsza soczystość, po chwili spełniająca częściowo obietnicę. Pomyślałam o nektarze (zbyt rozrzedzonym na sok) koloru pomarańczowego z różnych cytrusów i nektarynek. Lekka kwaśność podporządkowała się w nim słodyczy. Najwyraźniej wyszły tam słodkie pomarańcze.

I pomarańcze zaraz zamknęły owoce w pewną pudrowość, podrzucając im trochę ciężkawej słodyczy. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkością zachwiały... Migdały? Umocniły wiórki kokosowe i razem jeszcze trochę złagodziły kompozycję, co wykorzystał biszkopt. Poczułam jajeczne ciasto... może tort z kilkoma warstwami jajecznego biszkoptu? Na pewno jasne, trochę śmietankowo-kokosowe. Możliwe, że posłodzone lekko wanilią i... z owocami? Wróciła miechunka, budująca wizję... miechunkowo-kokosowego tortu.

Cytrusy zostały trochę utemperowane biszkoptowo-tortową nutą, ale wciąż miały się dobrze. Pudrowość dała trochę spokoju pomarańczom i sama się zmieniła. Kompozycja przypomniała sobie o kwiatach. Suszone kwiaty pokazały się jako jakiś słodki, kwiatowy puder. Na chwilę wyraźniej zagrały w nich róże... Ale już nie suche? Na pewno inne, drobniejsze kwiaty wyszły bardziej... z życiem, niczym płatki kwiatów nasiąkające gorącą wodą i zabarwiające aromatyczny napar - dzięki wiórkom kokosowym.

Świeżość zawalczyła o owoce... Powiedzmy "świeżość", bo oto w tle przemknęły mi gnilne, bardzo słodkie i lekko kwaskawe wiśnie. Puder i ciasto zasugerowały cytrusom i wiśniom kandyzowanie. W kandyzowanych skórkach osiadła lekka cierpkość, acz serwowały w dużej mierze słodycz. Znów pomyślałam też o suszonych morelach.

Po zjedzeniu został posmak cytrusowego nektaro-smoothie, zestawionego z niepasującym do niego biszkoptem jajecznym, może nawet tortem miechunkowym. Czułam też rześkość surowych wiórków kokosowych i paloną gorzkość, nawet delikatną cierpkość oraz echo, namiastkę ziemi.

Całość była smaczna, ale trochę mało madagaskarska i jakby z podciętymi skrzydłami. Zaplątało się sporo pudrowo-kandyzowanych akcentów, a gorzkość i kwaśność były niskie. Czułam więc sporo kwiatów, biszkoptu jajecznego, tort, a mało ziemi. Paloność jednak jako taka była. Soczystość niby wystąpiła, ale zostawiła niedosyt. Zaskoczyło mnie za to sporo kokosa. Suszone morele, cierpkie miechunki głównie suszone, ale też świeże i jako element tortu, mieszające się z cytrusami pod przewodnictwem pomarańczy i nektaru z nektarynkami, przeplecione kwiatami wyszły ciekawie, acz nie przełożyły się na mocno owocowy klimat całości. Szkoda, że nie poszły jak zapach w kierunku esencjonalnego smoothie, a obrały rozrzedzono nektarowo-słodyczowy kurs.

Georgia Ramon Madagascar 70 % Mava Plantation-Ottange Farm Trinitario wydawała się bardziej owocowo kwaśna i odważniej gorzka, a do tego w pewien sposób gorąca. Też wystąpiła w niej pudrowość (pudrowe cytryny, suszone maliny), ale przełamały ją hektolitry soku owoców, a ziemi, przypraw korzennych i orzechów czułam znacznie więcej. Mimo nieco za wysokiej słodyczy, robiła większe wrażenie.


ocena: 8/10
kupiłam: barandcocoa.com (za czyimś pośrednictwem)
cena: $12.00 (za 85g; około 46 zł; wyszło, że nie ja płaciłam)
kaloryczność: 544 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy

wtorek, 4 stycznia 2022

Chocolat Madagascar Organic Single Origin 85 % Cocoa ciemna z Madagaskaru

Mimo że pozornie niewarta uwagi, do jakiego to wniosku doszłam po Chocolat Madagascar Single Origin 85 % , marka Chocolat Madagascar zapewniła mi... zaskakująco sporo emocji. Wiązało się to co prawda z tym, że myślałam, że wrąbałam się w powrót do czegoś, do czego wracać nie chciałam, ale nie. Mieli gorszą i lepszą linię. Organic 70 % smakowała mi, więc sporo myślałam, jak się do tych już znanych ma wersja o wyższej zawartości kakao. Bałam się jednak nastawić zbyt pozytywnie, żeby się potem nie rozczarować.
Ciekawostka: producent nawet cukier trzcinowy z Madagaskaru używa.

Chocolat Madagascar Organic Single Origin 85 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao criollo, trinitario i forastero z Madagaskaru, z doliny rzeki Sambirano, z linii organicznej.

Po otwarciu poczułam intensywny, ciepły zapach melasowych ciastek i gorzkiej kawy. Musiano ją uprzednio mocno palić... Ogólnie palony aspekt był bardzo istotny. Podkreśliła go goryczka dymu. Wpisywał się także w melasową korzenność. W niej umiejscowiła się słodycz - średnio niska, a jakby... ze "słodko-korzennym" zaduchem, dusznością? Żywiczna... z zaznaczoną soczystością daleko w tle.

Tabliczka przy łamaniu wydawała dość głośne trzaski. Była twarda i wyglądała na zwartą.
W ustach rozpływała się bardzo powoli, ale chętnie. Okazała się gładko-kremowa. Miękła, stając się wszechobecną masą, jakby rozchodzącą się od centrum-rdzenia, zachowującego zwartość do końca. Mimo że sycąca i konkretna, nie szczędziła soczystości. Tłustość natomiast zaskoczyła tym, jak niska była. Czekolada wydała mi się masywna, ale w pozytywnym sensie. 

W smaku pierwsza błysnęła zwiewna, ulotna wręcz słodycz jasnych winogron. Poczułam ich słodki sok, by zaraz trafić na cierpkawy wątek i smak gorzkawych... pestek i skórek? Gałązek, na których rosły? Dołączył do nich drzewny motyw.

Pojawiła się gorzkość ogólna, w dużej mierze reprezentująca dym. Całość zrobiła się mocno, acz nieprzesadnie palona. Obok gorzkości odnotowałam maślaną nutę ciastek. Pomyślałam o konkretnych, masywnych herbatnikach... melasowych. Tak, zdecydowanie były to twarde melasowo-korzenne ciastka. Sowicie wypieczone, słodko-ostre i charakterne. Lekka pikanteria obwinęła sobie dym wokół palca.

W tym czasie w tle zaznaczyła swoją obecność soczystość; kwasek, który przypisałabym wiśniom. Błyskawicznie przemodelowały winogrona, co zdawało się o wiele istotniejsze w wyczuwalności smaków. Słodycz owoców nabrała drzewnego klimatu, wręcz... żywicznego. Wyraźnie czułam wielkie rodzynki jumbo, które są tak soczyste, że aż świeżawo winogronowe. Połączyły żywicznie-drzewną, melasową słodycz z kwaskiem. Ten pozwolił sobie na odrobinkę cytrusów: może cytryn, grejpfruta. Grejpfruty zawadiacko muskały poszczególne nutki: i słodycz, i goryczkę. Dojrzałe, soczyste wiśnie ochoczo je wsparły.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ciastkowość jeszcze bardziej złagodniała. Z melasowo-maślanej zmieniła się w maślaną, by następnie w ogóle zrobić się łagodnym nabiałem. Pomyślałam o twarogu, potem o pełnej śmietance. Baza wydała mi się przez chwilę niemal neutralna, po czym nabiał przywłaszczył sobie odrobinkę kwasku. Pozytywnie kwaskawy, charakterniejszy twaróg (myślę o półtłustym w kostkach; takim wilgotnym) zbeształ łagodnienie.

Gorzkość to wykorzystała. Przemknęła przez ciastka i żywiczne nuty, roztaczając motyw dymu z kadzidlanej żywicy. Gorzkość wróciła, tym razem jako gorzka kawa. Wyszła na przód, wydawała się niemal gęsta. Ciężkawa nutka żywic zasugerowała zawilgocony węgiel, też wpisany w czarną kawę. Przygłuszyła neutralniejsze motywy, otoczyła się dymem i puściła oczko (ziarenko?) do ziemi. Z czasem zwykła czarna kawa zaczęła wydawać się coraz bardziej cierpkawo-kwaskawa, jakby to z niej płynęły nuty grejpfruta. Pomyślałam o czarnej z ekspresu z gęstą pianką (tą tylko naturalnie kawową) na wierzchu. 

W ziemię wsiąkły też kwaski owoców. Trochę cytryn - a grejpfrutów już w ogóle znacznie mniej - wciąż czułam, acz częściowo straciły na znaczeniu. Czerń kawy zasugerowała jakąś drobnicę leśną, rosnącą przy ziemi. Wróciły wyrazistsze wiśnie ze swoim kwaskiem, podkreślając drobne owoce: porzeczki czerwone i czarne, ale też właśnie leśne bliżej nieokreślone. Czarne porzeczki wywyższały się z czasem. Wydały mi się aż pikantnie gnilne, fermentujące... W wino się zamieniające! Wyobraziłam sobie wilgotne, ciemne jak węgiel kawowo-korzenne ciasto nasączone winem, choć było to skojarzenie ulotne.

Na koniec poczułam kwaskawe czerwone wino wytrawne, gorzkość kawy, ale... jakby tak w ich towarzystwie ktoś raczył się bardzo maślanymi ciastkami i... jednak z pewnym melasowo-dusznym, korzennym nalotem. A może i wino, i kawa też go kryły?

Po zjedzeniu został posmak gorzkiej, ziarnistej kawy i mocno maślano-melasowo ciastkowy. Do ciastek dołączyła kwaśność wiśni i kwasko-słodycz rodzynko-winogron. Był to w zasadzie najbardziej soczysty moment degustacji.

Całość bardzo mi smakowała. Po Organic 70% spodziewałam się, że nie będzie typowo madagaskarska, acz bałam się, że będzie po prostu maślano-nabiałowo neutralniejsza, tłustsza. Zaskoczyła mnie, bo wyszła... bardziej gorzko, a mniej słodko po prostu (choć 70 % też smakowała kawą, wyszła węgielnie i poprzypalana, to dużo w niej karmelu, miodu i kwiatów). Czyli tak, jak powinny 85 % względem 70 %, a co - wbrew pozorom - rzadko się zdarza. Owoce wcale w niej nie pchały się na pierwszy plan, choć wniosły przyjemną kwaśność. Wiśnie, leśne i ciemne, rodzynki i winogrona, trochę cytrusów czułam wyraźnie, ale trzymały się tyłów. Zamiast cukrowych wypieków jak 70 % (nie tylko ciastka, ale też ciasto, faworki), ta była bardziej ciastkowo zachowawcza. Postawiła na kawę, słodycz lokując w żywicach, co mi bardzo odpowiadało. Wydała mi się ogólnie prosta, gorzko-melasowa, kawowa, ale głęboka w tym. Dzięki właśnie temu i że nie wyszła tłusto była tym, czego od 85 % oczekuję.


ocena: 10/10
cena: 37 zł (za 85 g - cena półkowa)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

piątek, 3 grudnia 2021

Chocolat Madagascar Organic Single Origin 70 % Cocoa ciemna z Madagaskaru

Marki, które przy pierwszej tabliczce mnie rozczarują, często są skazywane na długotrwałą czekoladową banicję. Musi ileś tam czasu minąć, by jakąś szansę (ewentualnie!) dostały. W przypadku tej marki, zamawiając ostrożnie dwie, coś mi się ubzdurało, że nacięłam się na setkę - kupiłam więc 70 % i 85 %. Wybierając ofiarę na degustację... zdruzgotało mnie odkrycie, że... to właśnie na 85 % w przeszłości się nacięłam i nie chciałam do niej wracać. Z ciężkim westchnieniem wzięłam więc drugi posiadany wariant, ale... tu czekała mnie trochę pocieszająca niespodzianka. Otóż obie zakupione były z linii Organic, a poprzednia jedzona ze zwykłej. Ot, czekało mnie ciekawe porównanie, ale... na razie miałam sprawdzić, co kryje w sobie najklasyczniejsza.

Chocolat Madagascar Organic Single Origin 70 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao criollo, trinitario i forastero z Madagaskaru, z doliny rzeki Sambirano, z linii organicznej.

Już podczas otwierania uderzył mnie jednoznaczny i mocny zapach melasy oraz kawy. Kawę leciutko podkreśliła ziemia, a jej delikatna ostrość / ciepło związały te dwa motywy. Melasa zaprezentowała swoją słodycz, muskającą także palony karmel i... miodo-syrop klonowy? Te trzy nuty mieszały się ze sobą już mniej jednoznacznie, podobnie jak niejednoznaczna zaznaczyła się soczystość w tle. Może... ciemnych owoców leśnych? Cytrusów? Nie wiem dlaczego, w trakcie degustacji pomyślałam o jakimś owocowym ponczu. 

Tabliczka przy łamaniu wydała mi się dość krucha, a po usłyszeniu trzasków towarzyszących łamaniu, dane mi było zobaczyć proszkowy przekrój.
W ustach, bez zaskoczenia, okazała się dość szorstka. Przy tym nieco suchawa, mało tłusta. Rozpływała się powoli, ale ochoczo i kremowo (choć krem to dość suchawy). Zafundowała mi gęstwinę: trochę mięknącą, trochę zahaczającą o aksamit, ale zachowując konkret i masywność. Wydała mi się lekko surowa, pierwotna, ale... tak pierwotnie łagodna?

W smaku pierwsza pojawiła się gorzkość dymu. Oplotła ją dość ciasno zachowawcza słodycz melasy. Wydawały się stworzone dla siebie i nierozerwalne. Prędko ułożyły się w obraz melasowych, poprzypiekanych do spalenizny (ale tylko miejscami) ciastek oraz... dymu z kadzidlanej żywicy.

Po chwili w tle pojawiła się soczystość, leciutki kwasek. Pomyślałam o ciastkach z rodzynkami, od których słodyczy aż zadrapało w gardle, ale zrobiło się też bardziej soczyście-kwaskawo. Mignęła niejednoznaczna wiśnia, a następnie ukazały się soczyste, dojrzałe słodko-cierpkawe jeżyny i czarne porzeczki... ciemne owoce lasu? Rosła ich soczystość, mieszając się ze słodyczą o wiele żywszą, owocową. Pomyślałam o drobnych, także czerwonych owocach leśnych i... jabłkach? Pierwsze porastać musiały drobne krzaczki... pełne również drobnych, jasnych kwiatków. Drugie zaś przywiodły na myśl jabłonie i owocowe, cytrusowo-jabłkowe poncze grzejące w gardło.

Gorzkość trwała niewzruszona i choć w dużej mierze należała cały czas bazowo do dymu i melasy, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dodała kawę. Kawę czarną i lekko ziemistą. Pomyślałam o zawilgoconym węglu i węglu, od którego odchodzi strużka dymu.

Dymu... kadzidlanego! Melasa odważniej podsunęła żywiczny, drzewny motyw. Przez chwilę pomyślałam o syropie klonowym, mocno palonym... karmelu? Miodzie za sprawą owoców i kwiatków? Jak w niektórych miodach, znów mignął kwasek... Podkręcony cytrusami? Zniknął, nim zdążyłam go porządnie uchwycić. Żywicznie-dymne, melasowe nuty jednak wciąż dbały o to, by nie brakowało melasowo poprzypalanych ciastek. Jawiły się jako ciepłe, chwilami nawet korzennie ostrawe.

Owoce z tła, te ciemne, leśne... zmieniały się. Oto wiśnie i inne przeszły w śliwkę... Wyobraziłam sobie brownie ze śliwką, gęsto-muliste ciasto czekoladowe z soczystymi owocami; wiśnie pojawiły się w ciastkach. Poczułam ich ciepło... takich prosto z piekarnika? Ciepło... wręcz korzennej ostrości? Goryczka poprzypalanych skórkowych owoców w melasowych ciastkach trafiła na więcej słodyczy, przytłumiła ją. Ciemne owoce... czyżby niemal czarne winogrona? Zaczęły ususzać się na niemal czarne rodzynki. Rodzynki w melasowych ciastkach? Słodycz niebezpiecznie wzrosłą, przywodząc na myśl dziwnie pudrową miodowość... Mignęło skojarzenie z kruchymi, dziwnie "uzdrowionymi" np. melasą faworkami posypanymi cukrem pudrem*, a następnie...

Leśne owoce - trochę pochowane w dymie - upuściły kwasek. Odrobinkę... cytrusami podkreślonego? Poczułam grejpfruta, o którego goryczkę dopomniał się dym. Pod koniec przybrał na znaczeniu, wspierając się kawą, która także rozgrzewała.

Po zjedzeniu został posmak kawy, kawy palonej i z nutą dymu, podkreślonej ziemią... ta specyficzna goryczka... wplotła do kompozycji melasę, która na koniec nieco zelżała, wchodząc w węgiel... jakby węgiel / popiół po żywicznych, trochę korzennych kadzidłach. A wszystko to zamknięte zostało w realia mocno czekoladowego ciasta ze śliwkami i wiśniami, może leciutko doprawionego chili. Może z podkręconym kwaskiem.
Słodycz też czułam, niebezpiecznie wysoką, ale za słodko nie było.

Całość bardzo mnie zaskoczyła. Okazała się mało madagaskarska (czułam dosłownie odrobinkę cytrusów, owoce czerwone nie były aż tak znaczące), mało owocowa (acz owoce leśne i ciemne, trochę cytrusów czułam), a gorzka zaskakująco mocno jak na tę zawartość. Za sprawą kawy, dymu, a więc zacnie, ale też... gorzko-słodka, mocno słodka (nieco za mocno?) w sposób... czysto melasowy. Nieco żywiczne, dymne nuty nieźle to podkreśliły, a echo ciastek / faworków też wydało mi się ciekawe.
Całość też, z racji wysokiej czekoladowości, była smaczna (bardzo!) i... niby prosta, a intrygująca. Podoba mi się, marka bardzo zyskała w moich oczach.

Gorzkość dymu i ziemistej kawy czułam przede wszystkim także w zwykłej 85 %, acz i ona nie była tak mocno owocowa jak typowy Madagaskar (smakowała owocami egzotycznymi i czerwonymi, zmieszanymi z warzywnymi akcentami - nawet ciepło a chili by jakoś zestawić można!), jednak wspomniana była strasznie maślana, co mi przeszkadzało. Organiczna 70 % (dzisiejsza) wyszła o wiele lepiej - teraz to dopiero zrobiłam się ciekawa, co z organiczną 85 %. 
Pomyślałam o niej jako o mieszance (może w nierównych proporcjach z przewagą dla tej pierwszej) "melasowej" Ecor Dalla Nostra Filiera Cacao Extra Dark Chocolate 72 % i mało madagaskarskiej, a miodowo-korzennej i ciemnoowocowej Domori Trinitario 70 % Madagascar z 2019 czy też z Domori Sambirano Madagascar 70 % z 2016 (nawet z sugestiami jabłek, śliwek - taki szczególik, a nie umknął mi).

*Od razu czuję potrzebę sprecyzowania, że jedne-jedyne faworki, jakie od biedy mogłam zjeść (ogólnie stronię od takich rzeczy) robiła moja babcia - i były one niezwykle specyficzne - kruche, cieniutkie niemal dosłownie na milimetr; nigdy w życiu nie spotkałam się z takimi gdzie indziej, więc tej nuty nie zestawiajcie 1:1 z powszechnie dostępnymi, a już na pewno marketowymi. Weźcie to jako bardzo luźne i abstrakcyjne, wyidealizowane wyobrażenie. Te nie były ani zbyt mocno słodkie, ani zbyt tłuste, nie miały nuty smażenia (mimo że oczywiście smażone były). Jaśniutkie, bez żadnych śmietan / spirytusu, jakie widuję w przepisach znalezionych na szybko. Też nie były łakociem, który uwielbiałam, więc... nie przytaczam tej nuty tu jako coś nadzwyczaj pięknego, a jako "dziwny wypiek" (co to właśnie jest tak dziwny i inny od wszystkiego, co znane, że aż trudno określić, czy smaczny). No, i te babcine na pewno nie były z melasą.


ocena: 9/10
cena: 37 zł (za 85 g - cena półkowa)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

piątek, 14 września 2018

Chocolat Madagascar Single Origin 85 % Cocoa ciemna 85 % z Madagaskaru

W ciągu ostatnich dni poznałam nową markę z Madagaskaru - MIA - i zakochałam się w jej czekoladzie 75 %. Od dnia jej degustacji myślałam o drugiej nieznanej mi marce z tego regionu, której posiadałam jedną tabliczkę. To Chocolat Madagascar, które już na wygląd mi się spodobały, bo kojarzyły mi się z ubóstwianymi Idilio Origins jakby połączonymi z cudownymi Erithaj. Czekolada, którą udało mi się zakupić pochodzi z linii Grand Cru, która oferuje różne zawartości kakao. Firma może pochwalić się także linią czekolad z kakao z konkretnych plantacji itd., ale dostępna w sklepie była tylko ta. Mimo to nie narzekam, bo zawartość kakao wydała mi się właśnie moja. Przypadek?

Chocolat Madagascar Single Origin 85 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao criollo, trinitario i forastero z Madagaskaru, z doliny Sambirano.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach o soczystym wydźwięku, bardzo trudny do określenia. Trwała przy nim pikanteria przypraw takich jak chili, kminek oraz pewna wytrawność. Wyszło to jak... nieowocowy owoc. Może coś jak owoc dzikiej róży albo nawet pomidory malinowe z czerwonymi owocami. Oprócz tego czułam nuty rozgrzanej ziemi i drzew osnute karmelową słodyczą.

Ciemna tabliczka o soczystych przebłyskach trzaskała-pykała. Po włożeniu kawałka do ust, rozpływał się on w niezwykle kremowy sposób. Czekolada wydała mi się gęsta i tłusta w śmietankowo-maślanym kontekście. Coraz to kolejnymi falami oblepiała usta, wydała mi się taka... lepiszcza.

W smaku najpierw poczułam wykwintną gorzkość. Należała do dymu i ziemistej kawy (espresso). Ciemny, rozgrzewający płyn zdawał się przemycać pikantny akcent przypraw (chili?). Trwało to chwilę, aż pojawiła się maślana nuta łagodząca.

Spod dymu wyszły orzechy, by bardzo szybko wyjść na pierwszy plan. Wyraziste, a jednak łagodne... powiedziałabym, że to głównie nerkowce, a więc z lekko maślanymi sugestiami.
W tle nieśmiało od początku rozwijała się słodycz. Miała palono-karmelowy charakter, a chwilami ni stąd, ni zowąd robiła się nagle jasno miodowa, i niespecjalnie ingerowała w poszczególne smaki.

Również w tle, lecz nie od razu, zaznaczył się soczysty kwasek. Częściowo skojarzył mi się z owocami egzotycznymi, a więc wpisał się w słodycz, bo były to jakby morele, brzoskwinie, ale... ale i coś egzotycznie-pikantnego (niemal chili-pieprznego). Na myśl przyszła mi nuta lekko pomidorowa (jak sok pomidorowy?). Wtapiała się w czerwone owoce leśne. Takie dzikie... czerwone porzeczki? Nie, coś wytrawniejszego. Owoc dzikiej róży?
Co by to nie było, soczystość ta nigdy nie weszła na pierwszy plan. Było jej sporo, ale nie dominowała.

Na przodzie stały maślane orzechy osnute dymem w akompaniamencie rozgrzanej ziemi, co przełożyło się na całkiem gorzkawy smak. Przez śmietankowo-maślaną konsystencję maślana nuta wybijała się odważniej raz po raz. Nerkowce dopuszczały a to soczystą pikanterię, a to kawę, a to ciepłe nuty karmelowo-drzewne. Końcówka robiła się słodsza i bardzo "przemieszana", co zwłaszcza w przypadku nuty gorzkości i maślaności mi nie odpowiadało.

Posmak z kolei pozostawał jako jakiś wytrawny, przyprawiony czerwony owoc. Ewentualnie miks takowych. Był jednak solidnie otoczony dymem, więc nie niósł spodziewanej soczystości.

Czekolada wyszła interesująco jako "zgadnij, co czujesz". Miała tak dziwne, niecodzienne i trudne do określenia nuty, że jestem naprawdę zaskoczona. Jej smak był głównie gorzki, acz przystępny, delikatnie tylko osłodzony. Kwasek ograniczył się do minimum, w sumie wraz z owocową rześkością. Samych owocowych nut jednak nie brak - egzotyka i czerwień to słowa, które najlepiej to oddają. Pozytywnie zaskoczyło mnie sporo pikanterii i kawy zespojonych z gorzkością i nuty dymu, które wcale nie sugerowały, że kakao było mocno palone. Nieźle wyszły też orzechy, ale one (jak dla mnie) za bardzo podkreślały maślaność. Tej, całościowo, bo i w konsystencji, wolałabym mniej.

Dobra tabliczka (zwłaszcza to, że wyszła autentycznie gorzko), jednak dla mnie wyszła za tłusto i nie do końca wpisała się w mój gust (kocham pomidory, zwłaszcza pomidory malinowe, ale nie przepadam za rzeczami pomidorowymi, np. nienawidzę soku pomidorowego; nie przemawia do mnie też maślaność w połączeniu z gorzkością). To chyba najmniej madagaskarska czekolada, jaką jadłam - odstaje nawet od tych również z Sambirano (które są właśnie mniej cytrusowe).
Jakoś mi nie podeszła, więc cieszę się, że to jedyna, jaką kupiłam. Marka na razie idzie w odstawkę.


ocena: 7/10
kupiłam: Czekolady Świata
cena: 22 zł (dostałam rabat; za 85 g)
kaloryczność:  580 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy