czwartek, 22 października 2020

Moser Roth Strawberry Cheesecake mleczna z sernikowym kremem z kawałkami ciastek i nadzieniem truskawkowym

O tym, co myślę o tej linii czekolad Moser Roth bardziej rozpisałam się we wstępie innej, jedzenie zaczynając od najbardziej ryzykownej. Postanowiłam się wziąć za smak, który chciałam zjeść najświeższy, jak się da. Nabawiłam się już małego urazu do formy "dżem + krem / mousse". Grossów z mousse'ami i płynnymi nadzieniami zrobiłam mały zapas, by odkryć, że niektóre dość szybko się starzeją, przez co czasami dżem wpływa w mousse, a ten tym samym przestaje być mousse'em. Inne kremy, mimo długiej daty, pod wpływem lejącego nadzienia jak w np. Tesco Milk Chocolate with Strawberry Filling też robiły się dziwne. Nie chciałam, by i tu trafić na niemiłą niespodziankę (mimo trzech miesięcy ważności). A i nie ukrywam, że ciekawiła mnie ta tabliczka. Czy pójdzie bardziej w kierunku Lindta Hello... Strawberry Cheesecake (wątpiłam, bo mimo że seria jakby wzorowana, to jednak dwa zupełnie inne pomysły na nadzienia) czy Milki Mmmax Strawberry Cheesecake, a może w ogóle czymś zaskoczy?

Moser Roth Strawberry Cheesecake to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao nadziewana twarogowo-śmietankowym kremem (30%) z kawałkami ciasteczek (1,5%) oraz nadzieniem truskawkowym (15%); stylizowana na truskawkowy sernik.
W opakowaniu znajdują się dwie oddzielnie pakowane minitabliczki po 37,5g każda.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam zapach truskawkowego serka... wręcz serusia-serniczka, taki był uroczy! Wkomponowany w przesłodzoną, acz przyjemnie waniliową i intensywnie mleczną czekoladę, słodziutko-twarożkowy wątek łączył się z truskawką soczyście-kwaskawą, przesłodzoną w sposób sztucznawy, ale wciąż smakowitą. Bardziej niż z sernikiem, kojarzył się z serkiem homogenizowanym, ewentualnie serniczkiem dla dzieci.

W dotyku czekolada odznaczała się tłustością, ale nie topiła się przy nim. Łamiąc, odebrałam ją jako miękkawą, ale trzymającą się, zwartą.
Gruba warstwa czekolady nie wgniatała się raczej, dopiero trochę przy robieniu kęsa. Okazało się, iż to jedna z najbardziej kłopotliwych do fotografowania czekolad, z jakimi ostatnio miałam do czynienia.
Otóż sos okazał się ciągnąco-zwarty. Wydawało się, że mógłby rozciągać się w nieskończoność, jednak gdy trafił na coś na swojej drodze, kleił się dosłownie jak klej. Wykazywał też dziwną cechę - choćby nie wiem, jak bardzo się wyciągnął, nie wypływał, a wyciągnięta smuga dosłownie wracała do reszty. Epicentrum każdej kostki przyciągało ją do siebie! Jak czarna (czerwona?) dziura normalnie.
Nie pożałowali go, umieścili zaś na zwartym białym kremie, który wyglądał na "przemielono-grudkowy". Dopiero w trakcie jedzenia odkryłam, że "grudki" to ciasteczka skryte w kremie.
W ustach czekolada błyskawicznie miękła, ale rozpływała się w tempie umiarkowanym, ponieważ zmieniała się w zalepiającą gęstwinę, tłustą w maślany sposób.
Nadzienie konsekwentnie zalepiało, choć było od czekolady miękko-tłustsze i delikatnie proszkowe. Przypominało śmietankowy deser lub właśnie jakiś taki "sernik na zimno", dzięki czemu mimo że zbite, nie wyszło ciężko.
Powiedziałabym, że to gładki krem, gdyby nie kawałki ciastek, nakręcające skojarzenie z grudkami. Nie rozpuszczały się, a gryzione wykazywały twardawość, zmieniając się w mączny pyłek.
Dolna warstwa pasowała do żelu, wlepiającego się w resztę masy, w którą zmieniała się tabliczka. Nie rozrzedzał reszty, choć sam znikał dość szybko. Zanim do tego doszło, dał się poznać jako dość soczysty i idealnie gładki. To taki... dosłownie żel, gęsty, zżelowany sos.

W smaku czekolada uderzyła cukrem i mlekiem. Mleko szybko okazało się podkręcone maksymalnie śmietankowo-serkowymi nutami. Ewidentnie nasiąkła nadzieniem. Poczułam drapanie w gardle, lecz na szczęście całość nie smakowała czystym cukrem. Mało że środkiem, czekolada pobrzmiewała lekko wanilią.

Nadzienia okazały się bardzo wyraziste i o ile białe konsekwentnie dokładało czekoladzie coraz to kolejnych, mocniejszych swoich nut, tak truskawkowe działało dynamiczniej. Wkradało się w słodycz słodziuteńką, dżemikową truskawką, po czym przecinało to wyrazistym, ale nie mocnym kwaskiem. W trakcie jedzenia wydał mi się trochę cytrynowy, ale... może i truskawkowy. Niewątpliwie podkręcił skojarzenie z sernikiem.
Samo nadzienie truskawkowe rzeczywiście smakowało truskawką - bardzo słodką, że aż w tym sztuczną. Odbiło w cukierkowym kierunku, choć tak całościowo wyszło w miarę naturalnie "serkowo-jogurtowo".

W połączeniu z dolnym nadzieniem, całościowo, dyktowało wydźwięk homogenizowanego serka truskawkowego i przesłodzonego, delikatnego serniczka... no niech będzie, że sernika, z truskawkami. Ale przesłodzonego!
Biały krem prezentował bowiem śmietankowo-serkowy smak. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dochodził do tego biszkoptowo-ciasteczkowy motyw. Wydał mi się pochodzić raczej z aromatu, co zwróciło moją uwagę także na sugestię kwasko-gorzkawości (i przypomniały mi się serki / jogurty biszkoptowe). Podczas jedzenia raz po raz sernik mi migał, ale raczej poprzez skojarzenia i to, jak połączyły się warstwy.
Spróbowany osobno ujawnił tłuszczową mdłość i... upewnił mnie, że ta dziwna, nieokreślona gorzkawość tam była.

Bliżej końca słodycz to wszystko i tak rozmyła. Było wtedy wciąż mlecznie-śmietankowo, ale już także tłuszczowo-nijako, truskawkowo, ale w sposób przerysowany. W gardle paliło, do czego przyłożyła się też czekolada. Pobrzmiewała w tle cały czas, bliżej końca przypomniała mi jakieś truskawkowe czekoladki dla dzieci, bo rozpływała się wolniej niż wnętrze i została na koniec.

Pod koniec i na koniec rozgryzane ciasteczka... wchodziły w tę mdłość cukru. Same bowiem smakowały niczym, tylko tyle, że słodko. Wydały mi się do bólu nijakie.

W posmaku czekolada zaznaczyła swą obecność jako "czekoladkowa" mieszanka słodyczy i mleka, wraz z kwaskiem ewidentnie sztucznej truskawki. W gardle czułam cukrowy ogień, a w ustach... w ustach wśród cukrowego pożaru, serek... może i sernik truskawkowy, ale z dziwną sztucznawą kwasko-goryczką. Niczym strażak próbował ratować sytuację, co nie udało mu się. Pomylił wodę z benzyną?

Zasłodzenie, jakie wywołała już pierwsza kostka, było na tyle znośne, że bez problemu wzięłam się za kolejną, ale gdy ją skończyłam, na drugą połowię mini tabliczki nie miałam ochoty. Zaczęła jednak tą słodyczą nudzić i dosłownie przytykać (że przełykanie śliny było problematyczne), a nieokreślone posmaki męczyć, że darowałam sobie. To zdecydowanie adekwatnie oddany smak truskawkowego... sernika czy bardziej serka. Może nie taki mocno twarogowy, ale śmietankowo-twarożkowy i truskawkowy już tak. Nabiałowego kwasku wprawdzie mi brakowało, jakiś ogólny zarejestrowałam, ale przy tej słodyczy, na niewiele się zdał.
Smakowała mi mniej niż Milka Strawberry Cheesecake, bo podlinkowana była słodka w sposób, który aż wyeliminował wiele negatywnych czynników, a ciastko smakowało ciastkiem.
Dzisiaj prezentowana nie była może tragiczna, a nawet wyszła trochę ponad przeciętność, ale wciąż to za mało, by szczególnie przypaść mi do gustu.
Połowę swojej minitabliczki oddałam Mamie. Usłyszałam: "Nie myślałam, że to kiedyś powiem, ale chyba za słodko było. Jakie to miało być? Truskawkę to wyraźnie, przyjemnie tak czułam, lepiej niż w Wedlu truskawkowym na pewno wyszła, a dół... śmietankowy? No słodki bardzo. Szkoda też, że taki wręcz niesmak po niej zostaje". Zapytana o ciasteczka, przyznała się, że przeoczyła, a i że to "sernik" by nie zgadła ("serek prędzej" - jak omawiałyśmy).


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 8 zł (za 75g)
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, maślanka w proszku, laktoza, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy), oleje roślinne (shea, palmowy), cukier, śmietanka w proszku, syrop glukozowy, syrop glukozowo-fruktozowy, skoncentrowany sok truskawkowy 2,3%, odtłuszczone mleko w proszku, substancja utrzymująca wilgoć: sorbitol; laktoza, mąka pszenna, chudy twaróg w proszku 0,6%, aromaty, lecytyna sojowa, przecier z truskawek 0,2%, masło klarowane, skrobia kukurydziana, skrobia pszenna, barwnik: koncentrat z czarnej marchwi; regulator kwasowości: kwas jabłkowy; sól, środki spulchniające: wodorowęglan sodu, wodorowęglan amonu

środa, 21 października 2020

Zotter Labooko Opus 2019 75 % ciemna z Gwatemali, Madagaskaru, Tanzanii, Peru, Ghany i Ekwadoru

Dzień po Naive Nano_Lot Platinum Grade Ferment Nicaragua 68 %, czyli blendzie 6 różnych odmian kakao z Nikaragui, zdecydowałam się na kolejny szalony blend sześciu... tym razem krajów. I znów miała to być czekolada bardzo limitowana. Tym razem jednak od Zottera, na rok 2019, zacnie zatytułowana: Opus, co z łaciny tłumaczy się na "dzieło". Cieszyłam się, że Zotter jest dumny z efektu (musiał być, skoro to puścił, prawda?), więc za pewne uznałam, że i ja będę usatysfakcjonowana.

Zotter Labooko Opus 2019 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Gwatemali, Madagaskaru, Tanzanii, Peru, Ghany i Ekwadoru; limitowany (dostępny przez rok) blend; czas konszowania to 10 godzin.

Rozchylając papierek poczułam słodko-soczysty i jednocześnie pikantny duet truskawki i pieprzu. Pomyślałam o czerwonym winie, jednak już w kolejnych sekundach rozniosło się sporo bardziej czekoladowych nut z orzechami włoskimi, nerkowca i migdałami na czele. Rozchodziła się od nich gorzkość, wzmocniona ostrością. Sugerowała kawę i suchą, czarną ziemię, a także zapowiadała słodycz. Ta miała łagodzący, uroczy charakter, przywodzący na myśl śmietankowe krówki, ewentualnie śmietankowo-maślane karmelki, ponieważ nie była mocno palona. To było w pewien sposób... rześkie.

Lśniąca i ciemna tabliczka sprawiała wrażenie dość tłustej. Okazała się twarda i jakby pełna, nabita. Trzaskała głośno, odsłaniając bardzo ziarnisty przekrój.
W ustach jednak rozpływała się idealnie gładko i łatwo, choć powoli. Pozostawiała maziste smugi i zalepiała nimi. Sposób, w jaki to robiła przypominał spór: jakby soczystość, orzechowa tłustość i wysuszający efekt próbowały nawzajem się zatopić.

Już robiąc gryza poczułam paloną, kruchą krówkę, której palony motyw jak szybko się pojawił, tak jeszcze szybciej zniknął. Zniknął, albo raczej zmienił się w gorzkość.

Popłynęła gorzka kawa, przy której rozsypało się mnóstwo orzechów i migdałów. Z całego miksu po chwili wyróżniłabym bardziej gorzkie takie jak włoskie czy właśnie migdały, które to stworzyły stonowaną, poważną bazę, oraz... orzechy słodsze.

Orzechy o słodszym charakterze mieszały się z krówką. Karmel trochę się przy niej kręcił, ale był niejednoznaczny, szlachetnie wielopoziomowy. Poczułam śmietankowo-maślany motyw, który nie był stricte maślany. Pomyślałam o orzechach nerkowca.

Właśnie poprzez orzechy, czy to gorzkie włoskie i migdały, czy specyficzne nerkowce w połowie rozpływania się kawałka wkradał się pieprz. Rozgrzewał język, przejmował jakiekolwiek palone wątki tak, że czekolada wydała mi się mało palona, acz wciąż "podkreślona". Pieprz trochę rozruszał kawowo-orzechowo-krówkowe tony. Przesunęły się.

W drugiej połowie spod łagodniejszych, śmietankowych nut zaczęły przebijać się niepewne owoce. Przez sekundę myślałam, że zrobi się pomarańczowo, ale pojawiła się "drobnica" w trochę winnym wydaniu. Lekka soczystość owoców leśnych stała się chwilowo mdławą, ale przez większość czasu w pełni słodką, jędrną truskawką. Truskawka z pieprzem... zaraz jednak zaczęła zmieniać się w coś ciemniejszego i charakterniejszego - może jakieś jeżyny czy porzeczki? Na drodze do dosadnej cierpkości stanęły im słodko-mdławe, łagodne winogrona. Stały za specyficzną "ciężkawą rześkością". Raczej jasne (zielone lub fioletowo-różowe), ale też już trochę cierpkawe, z cierpką skórką i gorzkawymi pestkami. Myśli obracały się wokół wina i jeżyn.

To znów pozwoliło na powrót gorzkim orzechom, które bliżej końca uciekły od wypitej już kawy, rozsypując się na czarnej ziemi. Końcówka była niczym orzechy i ziemia, podkreślone pieprzem. Wciąż jednak było dość słodko, jakby te karmelkowo-krówkowe, śmietankowe akcenty próbowały coś zdziałać. Jakby orzechowo-krówkowe ciasteczka podać do tej kawy? Uładziły trochę, ale nie jakoś bardzo.

Przyjemnie, na dość długo kruche krówki, orzechy nerkowca i jednak ta ziemia zostały w posmaku. Przywodził na myśl taninowe czerwone i białe wina. Suchawe ściągnięcie optowało za pierwszymi, za drugimi zaś rześko-cierpkie owoce zmieszane z niepełną słodyczą.

Całość wyszła przepysznie i bosko, gdy chodzi o strukturę. Była wyważona, ale i zaskoczyć umiała! Zachwycająca. Podobała mi się orzechowo-śmietankowa, nie zaś maślana, tłustość konsystencji i smaku. Smak z kolei to dosłownie wszystko to, co (lub nuty czego) uwielbiam. Krówki, akcenty właśnie bardziej śmietankowe, karmelowe, ale nie za mocne (i nie maślane), ulubione orzechy (nerkowca i włoskie) i migdały, kawa oraz namiastka wina i ziemistości (tych akurat wolałabym więcej), a także truskawki. Te ostatnie okazały się cudowną parą dla pieprzu (co wydaje się dość dziwne). Wprawdzie winogrona (kocham granatowo-czarne, np. Melody, te były takie... różnorakie) czy akurat krucha krówkowość, to mogłyby wyjść inaczej, ale i tak nie narzekam.

Propozycja gorzka, intensywna, a przy tym głęboko słodka, bez kwaśności, a także mimo iż dosadna, to z pewną lekkością. Dynamiczna i wyważona... I aż się dziwię, jak to wszystko się tu zmieściło! Toż to cała powieść w tabliczce. W dodatku z różnymi interpretacjami, bo czytając opis producenta, co w niej czuć to "i trochę tak, i trochę nie" (nie chce mi się przepisywać, więc zamieszczam wyraźne zdjęcia), a np. odmienianych przez wszystkie przypadki "jabłek w karmelu" za nic nie czułam (nawet jak szukałam na siłę).


ocena: 10/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy znów kupię: chciałabym!

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 20 października 2020

Tesco Chałwa sezamowa z orzeszkami ziemnymi

Przy chałwie czekoladowej z pomarańczą Odry wyjaśniłam, dlaczego ją kupiłam, zdradzając, że pojawi się dzisiejsza recenzja (i tu zaginam czasoprzestrzeń, ponieważ podlinkowaną opublikowałam znacznie szybciej przez to, że to limitka; jadłam je w odstępie miesiąca-dwóch). Przymus kupienia spowodowany zamykaniem sklepu do najmilszych nie należy, samo zaś próbowanie produktu, którego pewnie nie będę miała możliwości znowu kupić jest trochę nielogiczne, ale cóż... Obiecałam sobie kiedyś chałwę tę spróbować, to po prostu musiałam to zrobić. Nie napaliłam się na nią jakoś specjalnie, bo i ostatnio czuję, że smak chałwy lubię tylko teoretycznie, ale też nie miałam żadnych większych powodów, by nastawiać się specjalnie negatywnie. Tym bardziej, że jedzona parę dni wcześniej Naive Molecules jakoś przypomniała mi batona Legal Cakes Chiacho, właśnie kojarzącego się trochę z chałwą z fistaszkami. I też stosunkowo niedawno znów jadłam wafelki Familijne chałwowe, więc takie smaki się mnie trzymały. Chociaż właśnie - czułam się trochę niepewnie, bo po wafelki te sięgam, gdy nachodzi mnie na coś chałwowego. Rzadko, bo rzadko, ale jednak, ponieważ stanowią "przyjaźniejszą" dla mnie formę chałwy - czyściej się to je, a i mniej słodkie. Sama bowiem mam z chałwą taki problem, że trochę mnie brzydzi. Jak sobie z tym radzę? Jem widelczykiem, i może akurat ta wiedza Wam do szczęścia potrzebna nie jest, służy mi potem za wykałaczkę, haha (taki fajny, malutki).


Tesco Chałwa sezamowa z orzeszkami ziemnymi to chałwa z sezamu z kawałkami fistaszków wyprodukowana dla Tesco w Polsce.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach chałwy, w którym lekko goryczkowaty sezam wyrównany był z silną słodyczą kojarzącą się z cukrem pudrem, a tym samym ciężko-duszną. W duszności doszukałam się też akcentu fistaszków.

Zdziwiłam się, trafiając na (jak na takie produkty) nie za wiele olejo-syropu. Tradycyjnie odsączyłam ręcznikiem papierowym, jednak nie zostało na nim specjalnie dużo plam. W dotyku chałwa była tylko trochę lepko-tłusta, nieco nawet suchawa i zwarta.
Sprawiała wrażenie mocno zmielonej, na gęsto-zbito; z drobnymi włóknami, a z sowitą, acz nieprzesadzoną ilością średniej i małej wielkości orzeszków. Łamało się i kroiło ją z łatwością, przy czym wykazywała kruchość i pewną miękkawość.
Kiedy jadłam widelczykiem, trochę się rozwalała, ale można ją uznać za zadowalająco zwartą, a jednocześnie nie przesadnie zbitą czy ciężką.
W trakcie jedzenia lepiła się do zębów, ale przyjemnie przy tym trzeszczała i skrzypiała, co brzmiało jak chodzenie po śniegu, który tylko co spadł. Była tłusta w typowy dla chałw sposób, owszem, acz jednocześnie dość sucha i krucha. Rozpuszczała się trochę w cukrowo-wodnisty sposób, znów przywodzący na myśl cukier puder. Potem jednak na zębach zostawały zbitki cukru, które trudno do czegoś porównać. Na szczęście jednak nie zostawały na długo, a uwagę od nich odciągał dodatek.
Orzeszki wyszły chrupiąco, dość świeżo - nie zawilgotniały od reszty.
Strukturę ogólnie uważam za niezłą.

W smaku od początku do końca dominowała słodycz. Uderzyła, rozeszła się po ustach jakby komuś rozerwała się torba cukru i wpadła do rzeki syropu glukozowego, zagęszczonej "błotkiem" z lukru. Takie skojarzenia (na szczęście dość wątłe) towarzyszyły mi cały czas, ponieważ nie był to czysty biały cukier, a "zabarwiony rozmaitościami". Na pewno czułam coś sztucznawego, ale w zasadzie uszło w tle.

Drugim po słodyczy, bardzo wyraźnym wątkiem na szczęście był już sezam, toteż mimo słodyczy, wraz z jedzeniem, chałwową gorzkawość uznałam za zaskakująco intensywną. Sezamowi udało się smakować sobą, takim raczej łagodnym, lekko podprażonym, z zaznaczoną przyjemną goryczką.

Prażoność i goryczkę podkreślił motyw orzeszków ziemnych, którymi trochę nasiąkła. Nie jestem pewna, czy dziwne skojarzenia co do słodyczy podkreśliły czy właśnie przygłuszyły je... Na pewno jednak mocny smak fistaszków nasilał się przy ich kawałkach, co dodatkowo obniżało poczucie słodyczy. Do samej sezamowości chałwy z kolei pasowało i nie zabiło jej.

Po zjedzeniu pozostało straszliwe przesłodzenie, także jako palenie w gardle, ale też smaczek chałwowo-orzeszkowy. Czuć sezam, tłuszczowość chałwy (tę to nawet na ustach jako warstwa). Orzeszki (nawet zostawione i rozgryzane na koniec) traciły szybko na znaczeniu.

Całość uważam za... niezłą. Trochę dziwną, gdy chodzi o suchawość, ale przynajmniej przyjemnie nietłustą. Orzeszki były, i choć może rewolucji nie przeprowadziły, to bez nich lepiej pewnie by nie wyszło. Smak samej chałwy... wydawał mi się bardzo słodki i po prostu chałwowy - o tyle interesujący, że właśnie nie waniliowy, a sezamowy. Sezamowo-słodko-jakiś. Nie było to złe, a całkiem ok.
Wprawdzie przeszkadzało mi przylepianie się do zębów, a także jakby sama chałwowa specyfika, ale i tak ta chałwa jest warta polecenia (a cechy typowo chałwowe... wiadomo).
Trochę zmęczyła mnie z czasem, toteż 1/4 dałam Mamie, by sobie przypomniała i powiedziała mi, co ona myśli. Dla niej była za gorzka, więc zdecydowanie woli "zwykle czyste waniliowe np. z Lidla czy Biedry".


ocena: 7/10
kupiłam: Tesco
cena: 0,99 zł (za 50g)
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie (ale chciałabym mieć możliwość kupienia)

miazga sezamowa 49%, syrop glukozowy, cukier, orzeszki ziemne 9%, olej rzepakowy, emulgator (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), białko jaja w proszku, ekstrakt z korzenia mydlnicy, aromat

poniedziałek, 19 października 2020

Valrhona noir Alpaco 66 % ciemna z Ekwadoru

Do Valrhony nigdy nie pałałam zbyt wielkimi uczuciami, mój stosunek był raczej chłodny, ale raczej nie negatywny. Po prostu sporą część asortymentu zajmują te z niższą zawartością kakao, też mleczne, białe i z dodatkami, które mnie nie ciekawią. Szkoda mi na nie czasu i pieniędzy - wolę w podobnej cenie kupić czyste ciemne, porządnie ciemne. Jako jednak że zdecydowałam się wreszcie wrócić do jednej z czekolad, od których zaczęła się moja przygoda z degustacjami, Guanai 70 % (recenzja z 2015), przy okazji postanowiłam spróbować innej. Padło na taką, której... nazwa skojarzyła mi się miło, bo z alpaką, a lubię lamy i lamowate zwierzęta. Że też tym torem moje myśli poleciały...

Valrhona noir Alpaco 66 % Cacao Dark chocolate Grand Cru Equateur to ciemna czekolada o zawartości 66 % kakao arriba z Ekwadoru z regionu Los Rios.

Gdy tylko rozerwałam złotko, poczułam mnóstwo drzew i kwiatów ze słodko-soczystym motywem. W tym przewijały się lekkie, owocowe sugestie jakiś przesłodzonych dżemów pomarańczowych, morelowych, brzoskwiniowych itp. Niemal bazowa była tu maślana strefa, opiewana przez pudrowo-lukrową słodycz. Można by z tego "uknuć" maślane wypieki z dżemem właśnie i lukrem na wierzchu.

Ciemna, połyskująca tabliczka w dotyku nie była tłusta, a przy łamaniu wydawała głośny trzask ułamanych, grubych, ale wciąż dość żywo-świeżych gałązek. Odsłaniała tym samym przekrój - zwarty, acz raczej niegładki, a z jakby połyskującym cukrem.
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, w idealnie gładki i kremowy sposób. Tłustość uplasowała się na dość wysokim, gęsto-maślanym poziomie i z ochotą lekko oblepiała paszczę smugami. Wkradła się w to dość znacząca talkowość, a ja nie mogłam wyrzucić z głowy skojarzenia z kredą.

Jako pierwsza po ustach rozeszła się silna słodycz, przywodząca na myśl przesłodzone dżemy i lukier owocowy lub na czymś owocowym. Mowa tu o żółto-pomarańczowych tworach - mi do głowy przyszły morelowo-brzoskwiniowe rozmaitości (babeczki i muffiny?). Mignęła mi również słodko-goryczkowata pomarańcza. Mimo że dość ciężkawe, z czasem zaczęła rozbijać je pewna rześkość.

Oto ta rześkość, zwiewność... przejęła część słodyczy. To były kwiaty, delikatne i pełne uroku. Z czasem doszukałam się w nich bardziej roślinnego motywu, nieco neutralniejszego, gałązkowatego i lekko palonego. Oczami wyobraźni widziałam pole z baziami ("kotkami") wiosną. Drzewność czy raczej gałązkowość, mimo że stanowiąca bazę,  nie wyszła jednak przed słodycz.

Zanim to się jednak porządnie rozwinęło, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owoce odbiły w cierpkawo-goryczkowatym kierunku z sugestią kwasku. Zrobiło się bardziej pomarańczowo. Słodki cytrus trzymał się wcześniejszej konwencji, choć na moment nieco przełamał bezkresną słodycz.

Właśnie ten moment wykorzystały akcenty przykryte kwiatami. Wycofane, leciutko palone nuty bazy zmieniły się. Ogromną rolę odegrała maślaność oraz sugestia maślanych wypieków - babeczek z owocowymi dżemami i lukrem. Średnio wypieczone babeczki poprzylepiane do kokilek i... na jakiejś drewnianej tacy? Nadal wyraźnie czułam drewno, dość żywe jednak... Drzewa? Kwiaty zaczęły się w nie powoli zmieniać, dopomogła im cierpkawość. Poczułam nieco neutralniejszy smak, ale na pewno nie gorzkość. Palony motyw również nie był za mocny. Uchwyciłam w nim za to trochę orzechów.

Za mocna i wciąż przyciężka była słodycz. Pod koniec znów wychynęła jako dżemy i lukier, tym razem już drapiąc w gardle. Co prawda kwiaty starały się to tonować, ale przez łagodną, maślano-drzewną bazę jakby zabrakło im motywacji.

Po wszystkim pozostał posmak bardzo słodki i aż mdławy. Dżemów tak przesłodzonych, że aż mało wyrazistych (w kolorze żółto-pomarańczowym). Czułam maślaność tłustych babeczek z nutą pomarańczy, wreszcie jakąś goryczkę (!) i leciutkie ściągnięcie, swoistą... naturę, drzewa i ich lekką wilgoć. Jak rosnące na polu młode drzewka wiosną, niektóre z ułamanymi gałązkami.

Całość... W sumie to nawet nie mogę powiedzieć, że mnie jakoś specjalnie rozczarowała, bo za wiele nie oczekiwałam, ale aż tak wysokiej i nieprzyjemnej słodyczy się nie spodziewałam. Skojarzenia z lukrem i przesłodzonymi dżemami ani trochę mi się nie podobały, a tłuste babeczki i maślaność sytuację tylko pogorszyły. Zestaw owoców jak najbardziej przyjemny (pomarańcze i dżemy morelowo-brzoskwiniowe), jednak był tak stłamszony, mało istotny, że tylko zirytował. Kwiaty, drzewa na plus (jak i skojarzenie z baziami, ale to strasznie subiektywne), ale... To jakby w szkole dostać 1+. Niewielkie pocieszenie.
Słodko, słodko... z nutami, ale tak łagodnie, że aż mogłoby się to nazywać czekoladą maślaną (analogicznie do czekolady mlecznej). I właśnie ta struktura też mi przeszkadzała.

Śmiech przez łzy, bo raptem dzień wcześniej jadłam Naive Molecules, w której też to słodycz zawaliła sprawę (i w której też czułam morele, haha - ale suszone).
Dawno nie jadłam tak skopanego Ekwadoru z wyższej półki. Wina zawartości kakao? No nie wiem, przypomniała mi się Pacari Esmeraldas 60 % - również słodka, ale miodowo-karmelowo; jednocześnie ziemista i podfermentowana - gorzkawa! - smakująca winem i fusami; pełna egzotycznie słodkich bananów, brzoskwiń... O gorzko-kawowej, słodkiej niczym "karmelo-daktyle" i bogatej w owoce (grejpfruty, cytrusy, brzoskwinie, mango, banany i różne czerwone) Pacari Manabi 65 % już nawet nie mówię... Łagodna, a z jakim charakterem!

Na niekorzyść Valrhony zadziałał fakt, że zaserwowała mnóstwo rzeczy, których po prostu nie lubię, ale jako nuty w czekoladzie często i takie umiem docenić... Tu nie było czego doceniać, po prostu czekolada wypadła kiepsko. Wprawdzie nie było z nią na tyle źle, bym nie zjadła, ale jedząc cały czas żałowałam zakupu.


ocena: 6/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 17,50 zł (za 70g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny ekstrakt z wanilii

niedziela, 18 października 2020

Lindt Chocoletti Winter Magic Vermicelles mleczna z kasztanowym nadzieniem mlecznym z chrupkami ryżowymi

W sumie lubię kasztany, ale tak same jem może raz na parę lat, bo są problematyczne do upieczenia, potem rozdłubywania; strasznie gorące, szybko stygną i zaraz robią się zimne i "nie teges"... Ot, za dużo tego wszystkiego, a za mało jedzenia. W czekoladach spotkałam się z nimi tylko od Zottera (Chestnut in & out i A Piece of Forest), toteż gdy zobaczyłam limitowaną, i to nie na polski rynek, czekoladę Lindta, uznałam, że muszę spróbować. Mimo że nie podobał mi się podział na kostki (nie dość, że bardzo źle kojarzy się z Schogetten to jeszcze podobny Lindt Lindor Hazelnut Milk Chocolate nie wyszedł najlepiej), a już na pewno jego cena (rzecz jasna narzucona przez sprzedawczynię). Pamiętałam jednak bardzo smaczną Carrot Cake - i tak sobie pomyślałam, że te bardzo dziwne limitki Lindta na inne kraje w zasadzie mogą być naprawdę dobre.

Lindt Chocoletti Winter Magic Vermicelles to mleczna czekolada o zawartości 31 % kakao nadziewana mlecznym kremem kasztanowym z chrupkami ryżowymi; edycja limitowana na zimę 2019/20, wyprodukowana w Szwajcarii.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam intensywną woń... pieczonej goryczki, której w pierwszej chwili nie umiałam nazwać, a po chwili trybik zaskoczył: to były znicze, tylko co zapalone tradycyjną zapałką. Realnie złożyła się na to dziwna mieszanina słodu, ewidentnie kasztanów, pieczono-"ogniowa" nuta i korzenność. Zestawienie dwóch ostatnich jakoś odlegle mignęło mi przypieczoną skórką kurczaka jak w ciastkach Lotus Speculoos, ale na szczęście było to bardzo subiektywne i ulotne. Wszystko to na tle przecukrzonej i głęboko mlecznej czekolady. Typowy Lindt, ale jedynie jako tło, z podrasowaną "inną" orzechowością i lekką goryczką na przodzie.

Lśniące kostki już w dotyku były dość tłuste, więc zaskoczyła mnie ich twardość w obyciu. Czekoladę średniej grubości dało się jako tako od nadzienia oddzielić, co nie dziwiło, bo i ono na dość zwarto-konkretne wyglądało. Może nawet na lekko proszkowe?
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, mięknąc i zalepiając. Stawała się bowiem tłusto-gęstą, kremową masą.
To świetnie kontynuowało nadzienie, ponieważ okazało się dość do niej podobne, czyli również zalepiające w trakcie nie za szybkiego rozpływania się. Cechowała je znacząca, śmietankowa tłustość (a więc pełna, ale nieco rzadsza niż czekolady) i proszkowość. W pewnym momencie zanotowałam nawet mączność, ale dla ogółu wnętrza nie była specjalnie istotna.
Odsłaniało kulki ryżowe. Nie dodano ich zbyt wiele, więc nie przeszkadzały, a jedynie stanowiły urozmaicenie dla tłustej kremowości. Były delikatne i chrupiące, bardzo napowietrzono-lekkie. Nasiąkały po dłuuugim czasie, więc chrupanie ich bliżej końca wciąż było możliwe (i to najlepsza opcja).

W smaku sama czekolada była bardzo słodka od początku do końca, choć swego intensywnie mlecznego charakteru nie zatraciła. Co więcej, plątała się w niej leciutka goryczka - może nutka kakao, a może lekko przesiąkła nadzieniem. Takim... czy to pieczeniem, czy korzennością - czymś ciepłym.

Nadzienie wpisało się zarówno w ciepło, jak i w mleczność. Pomyślałam o goryczkowatym słodzie. Oto jednak smakowało przede wszystkim słodziutką, wyrazistą śmietanką. Pod czekoladę podpięło się orzechowo-pieczonym motywem. Szybko pojawiła się nuta "wytrawnego orzecha", który... mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ewidentnie stał się kasztanem. Kasztanem pieczonym! Znów poczułam "smak zapachu zniczy i zapałek", a także korzenność. Nie płynęła jednak z przypraw; doszukałam się tu lekkiej sztuczności, która skojarzyła mi się z colą, ale przesadzona słodycz jakoś to zagłuszyła. Już przy pierwszej kostce poczułam drapanie w gardle - zarówno słodyczy, jak i ciepłej korzenności. Bardziej jednak niż z czystym cukrem, kojarzyło się to ze śmietankowym karmelem lub trochę palonym cukrem pudrem.

Czekoladę czuć cały czas, świetnie się wpasowała w korzenno-wytrawne kasztany, mocno to zasłodziła, acz w mlecznym wydaniu. Bliżej końca przerywnikiem słodyczy okazały się chrupki ryżowe. Niewiele wnosiły, ale jakby przerywały trochę słodki potok. Raz i drugi mignęły nawet "chrupkowo-słonawo-zbożowym" akcentem. Wydobyły niestety też tę lekką mączność.

Po wszystkim pozostało czekoladowo-śmietankowe przesłodzenie, delikatny posmak sztucznawej korzenności i smaczek "inny", właśnie kasztanowy... choć nie tylko i nie tak jednoznacznie kasztanowy.

Całość okazała się do bólu przesłodzona, ale jednocześnie zaskakująco wyrazista, gdy chodzi o smak kasztanów. Śmietankowo-korzenno-pieczona otoczka wyszła pozytywnie. Całość przypadła mi do gustu pod względem jakości i formy. Drobna sztuczność nie drażniła, a tłustość była uzasadniona i nie przesadzona. Czuję, że gdyby nie ta straszna słodycz, w ogóle zachwytom mogłoby nie być końca. A tak niestety... nie byłam w stanie zjeść tego zbyt wiele na raz, bo za szybko się zasładzałam i zatłuszczałam. Dwa podejścia, a i tak słodycz tak mnie męczyła (+obecność chrupek), że 5 kostek oddałam Mamie, bo w sumie i jej chciałam ciekawostkę pokazać. Jej smakowała bardzo, łącznie z chrupkami (uznała je za świetny dodatek), ale... zgadła, że mi właśnie słodycz przeszkadzała ("No tak, bo bardzo słodka to ona jest. Ale pyyszna!").


ocena: 8/10
kupiłam: sklep z upominkami na bazarze
cena: 19,99 zł (za 100g)
kaloryczność: 576 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, mąka z kasztanów 2,8%, chrupki ryżowe 1,3% (mąka ryżowa, cukier, sól, tłuszcz kakaowy), lecytyna sojowa, aromaty, ekstrakt słodowy jęczmienny

piątek, 16 października 2020

Naive Molecules ciemna 75 % z Peru

Czekoladnik z Naive stworzył coś naprawdę innowacyjnego. Współpracując z naukowcami opracował metodę obrabiania kakao, by zachowało wszystkie swoje wartości, witaminy itp. Pozyskane w ten sposób bioaktywne superziarna mają chronioną nazwę - Molecules. Do tego wybrał konkretne - peruwiańskie kakao z okolic Cusco i doliny Machu Picchu.
Pojęcia nie miałam, jak to miało (i czy w ogóle?) przełożyć się na smak. Cała ta tabliczka na pewno miała być bardzo zdrowa... i właśnie dlatego posłodzono ją erytrytolem, naturalnym słodzikiem. Mnie bardzo ten fakt zdenerwował, bo uważam, że kakao źle się z jakimikolwiek słodzikami łączy, ale cóż...

Naive Molecules to ciemna czekolada o 75 % zawartości kakao Molecules z Peru z regionu Cusco i doliny Machu Pichu, słodzona erytrytolem.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam wyrazisty zapach ziemi i kwaskawych cytryn w occie. Jakby tak ukwaszonych, że... aż mało spożywczych? Też po prostu marynowanych, z pewną pikanterią i słodyczą, może z trochę ziołowymi zapędami. Ziemia robiła z czasem wybiegi do... kawy? Od początku bardzo istotna była też chłodno-ciężka słodycz, nasuwająca na myśl cukier puder, lody i/lub lukier.
Po chwili pojawiły się suszone morele, a w trakcie degustacji doszukałam się jeszcze pomarańczy. Tworzyły słodycz sugerującą coś chłodnego - jakiś sorbet / lody i owocowy lukier.

Dziwna z wyglądu tabliczka była niezwykle ciemna. Jej prawie czarny kolor mi się podobał, kształt nie. W dotyku wydawała się raczej suchawa.
Przy łamaniu, w które musiałam włożyć trochę siły, bo była bardzo twarda, wydawała szkliste trzaski.
W ustach ogólnie rozpływała się powoli i nieprzyjemnie, mimo że z łatwością. Początkowo opornie, pokazując, jak gęsta i zwarta jest. Nie była tłusta, a kremowo-gładka jak aksamit. Zaczęła mięknąć, coraz bardziej się maziać i przybierać na wodnistości. Jej smugi robiły się coraz rzadsze, wodniste. Przez większość degustacji zachowywała się jak gładki lód, wodnisty sorbet itp. Wydawało się, że kęs znikał na niebyt przez słodzik (bo czuć, że sama miazga zwartość zachowywała).

Od pierwszego kęsa czułam gorzką ziemię. Był to smak intensywny, wyrazisty, ale nie siekierowaty. Rozchodził się leniwie, statecznie. Czarna, gęsta ziemia była czysta, acz porośnięta roślinami, mchem i ziołami.

W tym czasie, gdzieś z tyłu, mignęła irytująca słodycz. Zwiewna, chłodna i wyraźna. Pomyślałam o lukrecji z wyciętą pikanterią, a zaraz potem o słodziku. Osłodziła kompozycję, łagodząc ją, a w sumie niewiele wnosząc. Każda nuta zdawała się po prostu opleciona chłodno-wodnistą (?) słodyczą słodziku. Jego smak, nie do pomylenia z czymkolwiek innym, trochę "piekł chłodem" w język. Erytrytol epizodycznie zaznaczał się jako mało spożywcza mentolowość, ale bez smaku mięty. Wpisywał się trochę w ziołowość. Częściowo skojarzyło mi się to z miętowymi lodami na mleku i wodzie oraz cytrynowymi lodami wodnymi, dość mdłymi jednak w sam smak.

Gorzkość ziemi za to się rozkręciła. Oto zrobiła się wilgotna i dziwnie lepka w wydźwięku smakowym. Oczami wyobraźni zobaczyłam zawilgoconą, zmieloną kawę na dnie filiżanki i wilgotny, lepki wręcz piernik - właśnie piekący w język. Czekoladowo-kawowy piernik przy szklance mleka? Rosnąć zaczęła pieczona nuta, a jednocześnie poczucie wilgoci, jakby obok niej. Coś jak zawilgocony, mokry węgiel... Jak grill dawnego typu, którego ktoś zagasił dużą ilością wody. Poprzypalane metalowe pręty sugerowały, że pieczono na nim coś ostrego. Znów zaczęły przewijać się marynowano-octowe sugestie, obudowane słodzikiem. Ziemia równie dobrze mogła być nieco ostro-zapleśniała, ale słodzik trochę to zagłuszał. Pojawiło się za to w niej coś dziwnego... Niemal... pieczarkowego. Grzybowo-maślanego, jak różne kremy czekoladowe, ale i po prostu grzybowego. Pomyślałam też o mocno "fasolowych" surowych fistaszkach. Na moment zrobiło się wytrawnie.

A jednak w połowie rozpływania się kęsa kompozycja stała się bardzo słodka. Soczystość owoców przeciągnęła na swoją stronę jakąkolwiek goryczkę, serwując mi suszone jagody goji. Z racji wilgoci zaraz okazało się, że zmieszane były chyba z owocami dzikiej róży. A słodycz i żywe owoce umacniały się! Poczułam suszone, miękko-gęste morele o papkowatym miąższu i pomarańcze ze zwartymi cząstkami, które aż trudno rozebrać na części... Słodycz rosła, ale i goryczka z cytrusową kwaśnością dawały radę. Goji i dzika róża nie odpuszczały.
Za owocami w tle czułam wręcz słodziuteńkość. Taką... bez wyrazu, po prostu słodką i irytującą. Przemykały po niej przypieczono-grzybowe, fistaszkowe nuty. Piernik zaczął rozmywać się. Pieczone motywy leciały w zdecydowanie słodkim kierunku. Na pierniku na pewno spoczywało sporo lukru. Lukru... śliskiego i aż nijakiego od swojej słodyczy. Szukając w odmętach pamięci co to może być, zgubiłam piernik. To były... mocno wysmażone, mdławe od tłuszczu pączki. I dużo lukru. Dużo słodzikowości odpychającej i... po zjedzeniu połowy zorientowałam się, że zalatuje to tłustym batonem Chiacho od Legal Cakes - czyli przesłodzono-słodzikową, fistaszkową chałwą*.

Ziemia jakby próbowała walczyć o swoje, jednak gdy słodziuteńkość słodziku na nią trafiła... pokrzyżowała jej plany. Oto jakieś grzybowe nuty zaznaczające się w ziemi zmieniła w marynowane grzybki shiitake, a więc słodkawe japońskie. Marynowanie i słodycz splatały się, grzyby zostały rzucone w zapomnienie, ja zaś pomyślałam o marynowanej słodkiej i specyficznej tykwie. Tykwę i ziemię bliżej końca zalała kawa z kwaskiem.

Przy "kwaśnej kawie" znów wyraźniej zaczął mi doskwierać słodzik i odwrócił moją uwagę. W końcu zorientowałam się, że na koniec czuć kwasek bardziej cytrynowy. Było soczyście, ale też ostro-słodzikowo. Trochę tylko ziemiście (w tym ziemiście ostro-pleśniowo) i minimalnie "wypiekowo". Mało gorzko, może i nie jakoś specjalnie słodko, ale właśnie: nijako i irytująco słodko. Nawet ten kwasek... jakby należał do cytrynowego lukru.

Po wszystkim pozostał posmak kawy i ziemi, ogólna chłodna pikanteria i słodzik. O ile czułam w tle grzybowo-fistaszkowe motywy, tak owoce czmychnęły szybko. Trochę cytrusów zostało dzięki goryczce i marynowanymi cytrynom, i to tyle.

*Korzenność, cytrusowość i cierpkie owoce, bardzo słodkie słodycze odlegle przypomniały mi Prime 70 % Tocache, która dzięki cukrowi wyszła o wiele smaczniej. Właśnie tylko gdy o niej pomyślałam, przypomniał mi się jej sezam, zaskoczyło skojarzenie z Chiachem, które to umiliło mi resztę uczty. Żałuję jednak, że było to tak ulotne skojarzenie.
Ziemia i cytrusy, cierpkie owoce to też nuty Goodio 80 % Pure Nacional, która też była rześka, maślana i lekka, ale właśnie intensywna i głęboka w smak, czego brak Naive.

Całość zirytowała mnie. Miała wiele przecudownych nut (ziemia, kawa, piernik, goji i dzika róża, morele i pomarańcze, lukrecja), kilka dziwnych-intrygujących (słodkie grzybki, tykwa, goji - to się rzadko pojawia w czekoladach!), jednak też kilka nie w moim typie (pączko-lukry i grzybo-fasolowość). Wszystko jednak było popsute słodzikiem. Cały czas wyczuwalny i przerabiający te nuty tak, że traciły na smakowitości. Lukrecja wykastrowana z charakteru, dziwne obudowanie grzybów i "nijaka mleczność", chłód, lodowość podstawiona w miejsce charakteru poszczególnych smaków. Lukrowość i np. pikanteria bez głębi albo fistaszki w fasolowym wydaniu... Erytrytol namolnie kręcił się przy wszystkim. Zepsuł też strukturę, dodając wodnistość do masy, która czuć, że chciała być cudnie gęsta i kremowa. Załamała mnie ta tabliczka, bo gdyby nie słodzik, czuję, że mogłaby mnie zachwycić na maks punktów. Owszem, zjadłam w sumie ze smakiem, ale...

Dodanie słodziku to zbrodnia dla tej tabliczki. Nie dość, że przeszkadzał, popsuł smakowite nuty, to jeszcze przez niego nie da się powiedzieć, czym kakao Molecules różni się od każdego innego. Powiedziałabym, że niczym, ale...?


ocena: 7/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25,49 zł (za 57g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 599 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao Molecules, erytrytol, tłuszcz kakaowy, cynk

czwartek, 15 października 2020

J.D. Gross Winter Edition Mousse au Chocolat Eggnog ciemna 56 % z musem czekoladowo-truflowym i nadzieniem ajerkoniakowym

Zimowa linia nadziewanych Grossów bardzo mi się spodobała. Gdy tylko wypatrzyłam je w gazetce, ruszyłam na łowy. Objechałam 5 marketów - w żadnym nie było. Kolejny dzień, kolejna rundka. Prawie dostałam zawału słysząc w jednym, że "pewnie już zeszły", do innego nie dojechały, w jednym pracownicy pojęcia nie mieli, o czym mówię, mimo że pokazywałam gazetkę. Ileż ja się za nimi nalatałam... Aż w końcu zdobyłam! Można by pomyśleć, że żaden smak w sumie nie jest do końca mój, ale... w sumie wręcz przeciwnie. Wszystkie trzy, dobrze zrobione, są jak najbardziej moje. Ok, za smakiem zabajone nie przepadam (od wszelkich likierów jajecznych, kogli-mogli trzymam się z daleka), ale akurat ta czekolada mi się podobała. Do tego stopnia, że w pierwszym odruchu chciałam zostawić ją na koniec, ale przy planowaniu degustacji doszłam do wniosku, że chcę ją (z racji formy) zjeść świeżutką, by płynne nadzienie i mousse były, jakie miały być.

J.D.Gross Winter Edition Mousse au Chocolat Eggnog to ciemna czekolada o zawartości 56 % kakao z 25% musem czekoladowo-truflowym i 16% likierem jajecznym; edycja limitowana na zimę 2019/20.

Zabrawszy się za sreberko poczułam intensywną woń palono-cierpkawej, lekko kawowej czekolady ciemnej o wysokiej słodyczy, podkreślonej mocną, alkoholowo-słodką nutą. Bez problemu mogłam określić, że to likier jajeczny. Po podziale na kostki zrównał się z czekoladą.

Tabliczka w dotyku wydała mi się tłustawa, ale konkretna. Przy łamaniu ładnie trzaskała, a kostki trzymały się w całości. Przy bardziej szczegółowym podziale okazało się, iż moja tabliczka uległa przedwczesnemu zestarzeniu. Miejscami, ale jednak.
Gruba warstwa twardej czekolady skrywała spore i wyrównane ilości nadzień: mazistego i gęstego kremu czekoladowego oraz lepkiego i gęstego sosu. Ten drugi rozszedł się nieco po bokach, nie jak na obrazku na opakowaniu (na środku wierzchu było go mało).
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, zalepiając przy tym, jak zmieniała się w tłusty krem. Cechowała ją gładkość oraz lekka pylistość występująca dopiero pod koniec.
Szybciej spod niej wypływało nadzienie górne, acz całość rozpływała się równocześnie, zgranie mięknąc.
Nadzienie to było znacznie rzadsze, raczej gładkie w glutkowatym kontekście, miejscami trochę skrystalizowane. Wydało mi się dość śmietankowo tłuste, dość szybko przez to znikające. W dwóch-trzech miejscach... przypominało "alkoholowe szkiełko" (skrystalizowany, scukrzony alkoholu). Grudki cukru, jakie w nim były (gdzie czekolada się zestarzała) były okropne, ale te części przypominające szkiełko wydały mi się spoko. Na całą tabliczkę moje dwie kostki miały takie coś (Mama trafiła też na dwie, a otrzymała rządzik, czyli trzy). Niewątpliwie jednak to świeża wersja była najlepsza, ale ogółem tragedii nie było.
Również śmietankowo-tłusty był dół, czyli niby mousse. Okazał się miękki i mazisty. Trochę przypominał czekoladę z wodnistym efektem, jednak nie znikał szybko. Wyszedł rzadszy od czekolady, także jakby bardziej śliski, a jednocześnie z trzeszcząco-pylistym efektem ujawniającym się pod koniec. Bliżej mu do kremu czekoladowego niż do mousse'u.

W smaku czekolada przywitała się palonym smakiem gorzkawej kawy i mnóstwa słodyczy. Odebrałam ją jako nieco karmelową, trochę zahaczającą o miód i podkręconą... w likierowy sposób? Jakby te dwa słodzidła były podrasowane alkoholem. Musiała trochę przesiąknąć wnętrzem.

Tu szybciej odzywało się jasne, jajeczne. Zaczynało od roztoczenia alkoholowości. Zaraz niewątpliwie właśnie jajeczny smak wprowadziło, także śmietankę, ale drastycznie podnosiło słodycz. Nie byle jaką, bo ze sporą ilością procentów, piekących w język i grzejących nieco gardziel, w asyście cukru oczywiście. Mimo że mocne, nie uderzało do głowy, nie wydało się też wyprane ze smaku. Spełniło moje wyobrażenia o koglu-moglu w wersji dla dorosłych (z alkoholem). Wydało mi się lekko waniliowe, mimo że na pierwszym miejscu stał cukier.

I właśnie też śmietankowe, odrobinę alkoholowe odebrałam nadzienie dolne. Na pewno czuć w nim lekką gorzkawość i cierpkość kakao, ale w wydaniu bardziej truflowo-alkoholowym. Było trochę maślane, co nieco rozbiło zasadniczą ciemnoczekoladowość, ale całościowo stanowiło dobre przejście do ajerkoniakowego zasładzacza. Mousse bowiem podpiął się zarówno pod czekoladę, jak i pod nie.

Czekolada pod koniec, gdy alkoholowe nadzienie nieco już zniknęło, wróciła z nową mocą. Najpierw jeszcze mieszała się z maślano-truflowym kremem, potem wydała mi się bardziej gorzkawa, cierpkawa, choć ogólne poczucie słodyczy już nie osłabło.

Po zjedzeniu zostałam z posmakiem bardzo słodkiego, waniliowo-jajecznego likiero-budyniu oraz palono-cukrowej czekolady. Trzymała się jej lekka maślaność, ale i cierpkość kakao. Alkohol wraz z cukrem zajął się z kolei gardłem, ale wcale nie było to przytłaczające. Nie wiem dlaczego skojarzyło mi się to z miodem. W ustach czułam podsuszenie wywołane procentami, a na ustach trochę tłuszczu.

Całość uważam za przesłodzoną, ale jednocześnie dość logiczną w tym i poważniejszą. Kawowo-palone nuty, maślana truflowość - wszystko to pasowało do ajerkoniakowego waniliowo-śmietankowego kremu, który był odpowiednio alkoholowy. Wyraźnie, ale nie przytłaczająco czy zabijająco inne smaki.
Sama żałuję tylko, że konsystencja była, jaka była. Dla mnie za miękko-tłusto-maziste to. Miejscowego zeszkiełkowania jednak aż tak nie żałuję. W sumie spoko efekt wyszedł.
Jak na ten smak u mnie w ogóle ta czekolada odniosła sukces. Uważam ją za sto razy lepszą niż Zottera Egg Liqueur / Egg Dance czy Lindta Truffel Eierlikor.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 7,99 zł (za 188g)
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, 16% likier jajeczny, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, mleko w proszku odtłuszczone, śmietanka w proszku, laktoza, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii, naturalny aromat, sól

środa, 14 października 2020

Tibitó Chocolate Putumayo 70 % ciemna z Kolumbii

Na degustację po ostatnim egzaminie w sesji zimowej 2019/20 szukałam czegoś prostego, mniej ambitnego i... ot. Byłam umęczona w taki sposób, że porywanie się na głębię pełną nut smakowych nie miało sensu. Brakowało mi energii na cokolwiek, a jednak nie chciałam żadnej pospolitej czekolady. Uznałam, że to dobry czas na markę, która od pierwszej spróbowanej tabliczki nie rozbudziła we mnie większych emocji, bo była właśnie mało charakterystyczna.

Tibitó Chocolate Putumayo 70 % to ciemna o zawartości 70 % kakao z Kolumbii, z doliny rzeki Putumayo.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach drzew, podkreślony mocnymi, rozgrzewającymi i wręcz pikantnymi przyprawami: cynamonem ze szczyptą chili. Pomyślałam też o czerwonej paście / mieszance curry. Miało to mocno prażony charakter. W tle czułam owoce w wydaniu wręcz muląco słodkim (przytłaczającym jak niektóre kwiatowe zapachy), gęstym... jak jakieś przeciery / smoothie w wariancie jabłko-gruszka z... truskawką? Po głowie chodziły mi również banany, ale tak ulotne, że nie jestem ich pewna. Nie mniej jednak, owoce wprowadziły pewną rześkość.

Tabliczka była twarda, co przypieczętowywały głośne trzaski, przypominające strzały. Krótkie i dojmujące.
Przekrój czekolada miała bardzo ziarnisty, powiedziałabym, że cukrowy.
W ustach jednak, mimo że oporna, rozpływała się raczej gładko, wręcz ślisko, nie za tłusto. Długo zachowywała formę zbitego kawałka, opływając falami lekko soczystymi i po prostu znikając. Z czasem przejawiała skłonności do niegładkości, jakby miała zrobić się pylista (ale się nie zrobiła). Pod koniec zaś wysuszała.

Od pierwszego kęsa w ustach eksplodowała słodycz delikatnego karmelu i cukru pudru, a zaraz za nią truskawki. Było to dość lekkie ale jednoznaczne. Truskawka wprowadziła właśnie delikatną rześkość, jednak uległa słodyczy do tego stopnia, że przypominała raczej jakiś mus / przecier z samej siebie.

A słodycz karmelu, mimo że głównie delikatna, także paloności i prażenia dostarczyła. Tę szybko podkreślił cynamon. Uderzył  w asyście mieszanki curry, z rozgrzewającym chili, pieprzem i kardamonem na czele.
Przyprawy chwilowo trochę uwypukliły truskawkę, by zaraz jeszcze mocniej przypiec język i wyjść na przód. Cynamon sprawił, że baza zrobiła się wyraźniej drzewna, lekko prażona. Mniej więcej w połowie poczułam klimat jesiennych, złotych drzew, jako złagodzenie. Pojawiła się gorzkawość kawy.

Karmel wydał mi się nanosić też słodko-mulące, acz wodniście-rześkie nuty owoców. Znów pomyślałam, jak w przypadku zapachu o jakimś mdławym wręcz przecierze z bananów, gruszek i jabłek (oczami wyobraźni widziałam przeciery dla dzieci) oraz cukrze pudrze. Nagle wydźwięk czekolady stał się zwiewny jak kwiaty. Truskawki cały czas pobrzmiewały.

Gorzkość kawy w połowie rozpływania się kawałka wzrosła, ale przed słodycz, która zrobiła się bardziej nugatowa, nie wyszła. Niewątpliwie jednak nadała temu poważniejszego wyrazu. Oto prażone rozgrzewanie cynamonu i chili lekko pomogło jej... przemodelować truskawkę na wino. Może bardzo truskawkowe, ale ewidentnie czerwone, głębokie wino. Słodkie, ale nie za mocno.

Końcówka była właśnie bardziej truskawkowo-winna, choć wciąż i silna słodycz cukru pudru oraz drzewa się utrzymywały i wydawały się dowodzić. Wszystko to podkreśliło ciepło cynamonu i chili, które wraz ze słodyczą aż lekko zaznaczyły się w gardle.

Ten "cukier puder", prażoność, kawę i przyprawy pamiętam z Tibitó Arauca 70 %. Tamta jednak była bardziej śmietankowa i orzechowa, z przypraw wskazałabym cynamon i lukrecję, a z owoców jabłka i cytrusy, w momencie gdy dzisiaj przedstawiana to jednak drzewa, przyprawy (czerwone curry?) i truskawki we wręcz winnym wydaniu. Wady miały więc podobne. Smakowo... też ogromnych różnic w zasadzie nie było. Obie miały fajne nuty, które chciałabym, by się rozwinęły, ale ogół... wyszedł raczej nudno.
Ciekawiej wyszła już niejednoznacznie gorzkawa, jakby przyprawiona korzennie, cytrusowo-bananowa, choć też przypudrzona Chocó 70 %. 
Putomayo mimo że w trakcie degustacji bardzo się zmieniała, to... robiła to jakby ledwo zipiąc.


ocena: 7/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25,59 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 435 kcal / 100 g*
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

*Tak było na opakowaniu, ale ja obstawiam błąd - może chodziło, że zawartość opakowania tyle ma

wtorek, 13 października 2020

wino Choya Silver Red (+18)

Preferuję wina czerwone... A że i umeshu lubię wypić latem, tylko kwestią czasu było, że to się tu pojawi. Umeshu to właściwie bardziej likier / nalewka z ume, o czym już pisałam przy klasycznej wersji Choya Silver. Jej czerwona wersja zaś teoretycznie powinna być uzyskana poprzez dodanie liści shiso. Jest to pachnotka zwyczajna, roślina bardzo ceniona w Azji. Ja poznałam ją dzięki sushi, m.in. w krakowskim Zen czy Youmiko. Ma specyficzny, ziołowo-rześki smaczek, trochę jak mięta ze szlachetną goryczką. Nic dziwnego, bo pochodzi z tego samego rzędu roślin. Są pachnotki zielone, czerwone (być może jeszcze jakieś) - tu łatwo się domyślić, o którą chodzi. Na "wino" śliwkowe nachodzi mnie zawsze latem, a że uwielbiam ziołowe klimaty, w tym roku nie miałam ochoty na zasłodzenie, jakie potrafi wywołać klasyczna wersja, więc ucieszyłam się, licząc, że będzie to w pełni moje umeshu. Ciekawe jest, że właściwie... kupując nie wiedziałam, że to umeshu powinno być właśnie z shisho. Obstawiałam, że z dodatkiem czerwonego wina ("czy jakieś inne dziwo" - a że na półce była tylko jedna butelka, wzięłam bez namysłu). Dopiero w domu się dokształciłam. W dniu degustacji wzięłam butelkę do rąk i... kto miał rację? Ja miałam. To mieszanka umeshu i czerwonego wina (ekhem, według zasady "alkoholi się nie miesza", co?).

A teraz najsmutniejsza część tego typu recenzji. 
Jestem zmuszona wyprosić osoby niepełnoletnie, gdyż dzisiejszy wpis przeznaczony jest jedynie dla osób dorosłych (18+).
Jutro jednak... obiecuję recenzję dla wszystkich.

Choya Silver Red to czerwone wino medium-bodied z ekstraktem / sokiem z japońskich śliwek ume; objętość alkoholu 10%, produkowane przez Choya Umeshu.

Po odkręceniu butelki poczułam likierowo słodki i nalewkowko-alkoholowy zapach słodkich malin, soczyście-słodkiej, lekko kwaskawej śliwki i... słodziuteńkiej poziomki.

Nalewając wino do kieliszka zobaczyłam mikroskopijne bąbelki. Wyglądało na nieco podgazowane jak piwo. Oprócz tego cechowała je specyficznie lepka gęstość, jak słodkiego likieru i wina - czegoś pomiędzy. Pite wydawało się być... właśnie soczystym, ale słodko-lepkawym wino... czymś. Obstawiałabym fuzję z szampanem czy coś. Sprawiało wrażenie lepkiego i gęstego od słodyczy. Dziwne doznanie. Obstawiam, że wielu osobom mogłoby odpowiadać picie go z lodem, ale ja czuję wstręt do picia z lodem.
Pozwoliłam je sobie lekko schłodzić, choć preferuję temperaturę pokojową. Może i tak u mnie potem odstało, ale to chociaż jako czynnik psychologiczny. Jak by nie patrzeć, schłodzenie takich tworów jednak lekko osłabia przecież słodycz i wydobywa przyjemniejszą stronę alkoholowości.

W końcu poczyniłam łyk. Przy pierwszym, w pierwszej chwili trochę uderzyła mi do głowy... alkoholowość, faktycznie, ale głównie zdecydowanie za silna słodycz. Taka aż zagęszczono-lepka, niewątpliwie alkoholowa. Skojarzyła mi się z nalewką śliwkową, śliwkami słodko-podfermentowanymi i czymś śliwkowo-podbuzowanym. Potem smak rozchodził się na poziomki i maliny.

Każdy kolejny łyk początkowo kojarzył się jednak z bardzo słodkim arbuzem. Arbuz uderzał ogromem słodyczy, po czym podkreślał go alkohol. Alkoholowość tego tak całościowo wydaje mi się prosta, ale nienachalna i raczej niska, choć chwilami jakoś tak mocniej dawała w głowę.
W arbuza raz po raz wstrzelił się lekki kwasek.
Po chwili oczami wyobraźni widziałam dawne, czerwone i idealnie dojrzałe poziomki. Były słodziuteńkie, z pojedynczymi kwaskawymi refleksami. To w końcu także słodko-kwaskawe śliwki i uroczo słodko-kwaskawe maliny.

Alkoholowość przybrała wydźwięk do potęgi likierowo-słodziutki, aż leciutko w tym ordynarny.

Rozgrzewanie w gardle tak mieszało się ze słodyczą, że w pewnym momencie nie byłam taka pewna, co za nim stoi (alkohol czy słodycz).

Po wypiciu pozostawał jednak posmak słodko-alkoholowy, jakbym miała do czynienia z alkoholowym sosem / syropem likierowym przedstawiającym poziomki i maliny, może i z nutą dużych śliwek.

To twór niewątpliwie dziwny... Nierówny, powiedziałabym. Soczyście-owocowy i przesłodzony. Mocno alkoholowy, acz ogólnie raczej lekki, a przynajmniej o lekkim smaku.
Dziwny, dziwnie fajny, ale tylko żeby spróbować, a nie kupić kolejną butelkę.

Mama spróbowała jakieś pół kieliszka i miała zdanie podobne do mojego, choć jej do głowy uderzyło o wiele bardziej. A i też z poziomkami jej się skojarzyło!


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: w promocji 22,39 zł (za 500ml)
czy kupię znów: nie