Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: granola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: granola. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 stycznia 2024

krem Vilgain Edible Cookie Dough Caramel Nuts & Chocolate Chips

Jakiś czas temu zupełnie przypadkiem trafiłam w internecie na markę m.in. kremów orzechowych Vilgain. Z tego co poczytałam to w zasadzie projekt. Vilgain powstał jako marka Aktin w Czechach, początkowo sprzedająca inne marki w sklepie internetowym. Potem jednak, gdy zebrali odpowiednie fundusze, zaczęli tworzyć własne zdrowe produkty - takie, których na rynku brakuje. Biorąc pod uwagę, że znalazłam ich właśnie szukając w internecie "jakiegoś cookie dough" (w zasadzie myślałam o przepisie, inspiracji do swoich jogurtów / deserów)... ofertę mają niepospolitą. Zamówiłam kilka kremów z różnych linii, by złapać ogląd na ofertę. Wybierałam raczej mniej słodkie warianty, ale i tak najpierw sięgnęłam po dzisiaj prezentowany. Kolejność zwyczajnie podyktowały daty ważności. Nie jadłam nigdy kremu orzechowego o smaku karmelu, bo taki wariant do mnie nie przemawia. Na ten jednak się zdecydowałam, bo w składzie nie znalazłam niczego zbyt ewidentnie karmelowego, a właśnie taki wydawał się być najbliżej masy na ciasto, tzw. cookie dough. 

Vilgain Edible Cookie Dough Caramel Nuts & Chocolate Chips to krem orzechowy z orzechów nerkowca i migdałów z płatkami owsianymi i czekoladą mleczną, stylizowany na karmelowe cookie dough (masę ciasteczkową).

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach palonego karmelu i karmelowo-korzennych ciastek maślanych oraz ciastek pełnoziarnistych, zbożowych - wcale nie masy na nie, nie "cookie dough", a zaskakująco sowicie wypieczonych. Takich zahaczających nawet o słonawe krakersy? Do tego skojarzenia dołożyły się migdały, z kolei jakby prażono-karmelizowane. Za maślaność odpowiadały nerkowce, ale wpisały się właśnie w maślaną ciastkowość, wyraźnie jako one same się nie pokazując. Całość była bardzo słodka, nieco waniliowo-cukrowa. Cukrowość wplotła nieśmiała nutka tandetnej czekolady mlecznej, mleczno-cukrowo ulepkowatej (którą czuć zwłaszcza po zruszeniu masy, w trakcie jedzenia).

Po otwarciu trochę się zdziwiłam, bo masa wyglądała na zupełnie suchą, że aż popękaną jak pustynia. Wystarczyło tylko dotknąć ją łyżeczką, by usłyszeć, że wręcz plaska. Okazała się bowiem bardzo wilgotnie-tłusta. Cechowała ją gęsta miękkość. Kojarzyła się trochę z lepką masą na ciasto lub już właśnie samym, jakby nieco rozmokłym, bardzo tłustym ciastem.
Zatopiono w niej mnóstwo dropsów czekolady w kształcie kulek nie większych niż centymetr. Nieco nadtopiła je masa, że były dość maziste jeszcze zanim trafiły do ust. Kształt jednak trzymały.
W ustach krem potwierdził swoją miękką tłustość. Był gęsty, ale brak mu konkretu kremów bardziej orzechowych (a już na pewno 100%); rozpływał się w tempie umiarkowanym i w zasadzie łatwo. Okazał się nieco lepkawy jak papkowate, rozmokłe ciasto o wysokiej, przesadzonej tłustości. Wykazywał nieprzyjemną gumiastość. Wydał mi się nie miazgowy, a ziarniście-proszkowy. Za silna tłustość była jakby połączeniem tłustości orzechowej oraz masła z odrobiną oleju. Nakręcały ją kulki czekolady o tragicznej konsystencji. Rozpływały się wraz z bazą, wykazując niemal śliską, mazistą tłustość. Czekolada okazała się ulepkowato-wodnista, pozbawiona czekoladowej kremowości.
Pozostałe na koniec drobinki i kawałki w większości były twarde. To głównie drobno zmielone płatki owsiane. Drobinek orzechów trafiło mi się dosłownie parę. Wolałam to-to gryźć na koniec, choć trochę czasem podgryzałam już w trakcie rozpływania się całości.

W smaku najpierw poczułam delikatną, słodką maślaność o orzechowym charakterze. Nerkowce utworzyły bazę, po czym z tła wsparła je ogólna maślaność, bardziej konwencjonalna. Pomyślałam o maślano-mlecznym karmelu, bo i słodycz tego typu zawitała. Do tego po prostu drobna cukrowość. Karmel przedstawił się jako mocno palony.

Mocy prażony wątek dopowiedziały migdały chwilę później. Pomyślałam o prażono-karmelizowanych migdałach lekko posolonych. Odnotowałam też drobną ciastkowość, mączność, sporadycznie nasuwającą na myśl krakersy - zwłaszcza, gdy akurat zaplątała się szczypta soli. A zdarzało jej się, acz nie przy każdym zagarnięciu; chwilami. Nerkowce na pewien czas odchodziły na tyły, dbając tylko o to, by maślaność pozostała niewzruszona.

Ciastkowy motyw mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach rozgościł się na dobre. I bynajmniej nie była to surowa masa na ciasto, popularne cookie dough. W głowie miałam sowicie wypieczone, wręcz krakersowe, nieco wytrawniejsze ciastka. Ciastka... karmelowo-korzenne? Nieco zbożowe, pełnoziarniste. Twarde i charakterne.

Czekolada, która rozpływająca się wraz z masą drastycznie, skokowo podwyższała słodycz. To były cukrowe uderzenia taniej i plastikowej czekolady mlecznej. Mleczność zgrała się z maślaną bazą, ale kawałki te wprowadzały tandetę, nie pasującą do czegokolwiek. Nie pomogło nawet echo wanilii - chyba też rozchodzące się od czekolady, acz wydaje mi się, że cała masa lekko nią przesiąkła. Czekolada chyba też nieco podkreśliła migdałowy wątek w bazie.

Nerkowce z czasem znów się nieco wyłoniły, acz już nie tak wyraźnie, jak na początku. Smak, mimo że intensywnie prażony, karmelowo-ciastkowy, nawet złudnie korzenny, wydał mi się ogólnie jakby czymś rozbity - obstawiam, że to przez płatki owsiane, które same od siebie niewiele wniosły. Osłabiły za to inne elementy. Maślane nerkowce na końcówce przemieszały się z migdałami na mniej więcej równych prawach, ustępując przesadzonej słodyczy cukru, karmelu i ciastek mocno wypieczonych, w których epizodycznie pojawiała się sól.

Wyłaniające się kawałeczki płatków, zwłaszcza gryzione na koniec (choć sporadycznie podgryzałam je już w trakcie rozpływania się kremu) okazały się faktycznie smakować trochę owsiano. Podtrzymały myśl o ciastkach - właśnie owsianych, mącznych. Nie był to jednak mocny smak. Drobinki wyszły trochę nijako.

Po zjedzeniu został posmak karmelizowanych i solonych migdałów oraz taniej, cukrowej czekolady mlecznej. Te nuty zarysowały się na maślanej bazie. Nerkowce prawie zupełnie się zatraciły. Czułam za to ciastkowość - i to ciastek sowicie wypieczonych, karmelowych nie zaś surowej masy na ciastka czy cookie dough.

Krem bardzo mnie rozczarował. Przede wszystkim tym, że ani trochę nie kojarzył się z cookie dough, masą na ciastka czy ciasto. Wyszedł zupełnie opozycyjnie do tego smaku, bo kojarzył się z mocno wypieczonymi ciastkami. Ciastkami maślanymi, karmelowymi i trochę korzennymi, wręcz chwilami krakersowymi. Sól pojawiająca się raz po raz mi przeszkadzała, podobnie jak nijakość, którą wprowadziły płatki owsiane, rozbijając smak. Nakręciły skojarzenie z pełnoziarnistymi ciastkami, ale wciąż nie z cookie dough. Nerkowce były wyczuwalne, mimo że wtapiały się w maślaność. Ta była mi za wysoka, taka "niepotrzebnie dodana", a nie tylko orzechowa. Migdały trochę przełamały przesadzoną słodycz. Ta denerwowała, zwłaszcza, gdy do głosu dochodziły kawałki czekolady. Były kpiną, nie czekoladą. Tandetne, cukrowo-plastikowe i ślisko-tłuste dropsy nie wniosły niczego dobrego.

Mama po dwóch ostatnich kremach jakie mi nie smakowały i wpadły jej powiedziała, że długo nie chce już żadnych kremów, więc postanowiłam kombinować, jak ten zmęczyć.

Producent zasugerował, że krem po dodaniu proszku do pieczenia, jajek można upiec. Pomyślałam, że może to jakiś sposób i spróbowałam w kokilce jedno ciastko zrobić. Wymieszałam masę tylko z odrobiną proszku do pieczenia. Piekłam niecałe 15 min w ok. 160 stopniach.
Wyszło coś dziwnego. Ciastko kompletnie się posypało, ale to raczej mój błąd, bo nie dodałam jajek. Miejscami się przypaliło od papieru do pieczenia, ale mimo to nie było kruche, suche czy coś. Sypało się, bo nie kruszyło. Zachowało wysoką, tłustą wilgotność. Połączyło w sobie miękkość z twardością. Wciąż było to ziarniste, ale bardziej w kontekście ciastek zbożowych. Czekoladowe dropsy się w masie roztopiły. Smakowało to... po prostu upieczonym, nieciekawym ciastkiem z orzechowo-migdałowym charakterem. Słodycz wydała mi się nieco bardziej stonowana i jakby uzasadniona, a czekolada zgubiła taniość. Sól natomiast została. Wciąż jednak było to coś kompletnie niewartego uwagi. A tylko no... faktycznie można i tak kombinować z tym kremem. Do jedzenia łyżeczką osobno - wbrew zapewnieniom producenta - się to w moim świecie na pewno nie nadaje. Inna sprawa, że ciastek nie lubię, więc nijakie, przeciętne ciastko też mnie nie ucieszyło. Myślę, że nietrudno samemu zrobić lepsze.

Niestety więc, mimo szczerych chęci nie podołałam temu kremowi. Summa summarum zjadłam jakieś 75 gramów. Skończyło się tak, że Mama spróbowała trochę tego i osobno, i z kruchymi ciastkami maślanymi z Kauflandu, a końcowo większość oddałyśmy ojcu. Mamy opinia: "Łyżeczką tego się nie da jeść. Nie czuć w tym kremie bazowych składników, a więc tych konkretnych orzechów. Wyszedł po prostu tak słodko-maślano i ciastkowo. Pachnie bardzo intensywnie za mocno wypieczonymi ciastkami, a smakuje podobnie. W smaku też ta czekolada się wyłaniała. Przeszkadzała. Wyszła natarczywie. Za słodko i tandetnie, nawet konsystencję miała nieprzyjemną, jak i całość. To było takie rozmuziane. W kremie czuć sól, przez większość czasu mi nie przeszkadzała, aż trafiłam na większe skupiska. Wtedy było okropnie. Na ciastkach trudno rozsmarować, ale jakoś się dało, czekolada się mieszała z resztą, no, ale na ciastkach przynajmniej jakoś w miarę to smakowało. Nie, żeby było smacznie, ale przynajmniej zjadliwie. Koło cookie dough czy zakalca nie stoi, a i kremu orzechowego nie przypomina".


ocena: 3/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 39,90 zł (za 350 g)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy 51% (nerkowce, migdały), fińskie bezglutenowe płatki owsiane 19%, cukier kokosowy, tłuszcz kakaowy, czekolada mleczna 8% (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, ziarna kakaowca, mielona wanilia Bourbon), tłuszcz maślany, sól himalajska

środa, 6 grudnia 2023

BrainMax Christmas Cream Vegan / Świąteczny krem granolowo-orzechowy

W ten krem... władowałam się głupio, usprawiedliwień nawet nie szukam. Skusiło mnie połączenie ulubionych orzechów, czyli nerkowca i włoskich z ciemną czekoladą, przez co reszta faktów jakoś do mnie nie docierała. Dotarła porządnie, gdy zaczęłam planować, kiedy krem otworzyć i chociażby przepisywać skład produktu do recenzji. Otóż odkryłam (bo chyba mi umknęło), że... to krem granolowy. Orzechowy, ale z granolą w ilości takiej, że widniała na pierwszym miejscu składu. W sumie kupując nie znałam jeszcze Sticky Blenders Oatmeal Matcha Bros, więc może i tak nie włączyłaby mi się w głowie ostrzegawcza czerwona lampa, ale już po nim zaczęłam się bać. Tym bardziej, że po BrainMax Pure Activa Cashew & Cacao nie ufałam marce Brain Max w ogóle, że umieją zrobić krem, który by mnie zachwycił. Muszę też podkreślić, że krem nabyłam zimą 2022/23, a zjadłam pod koniec lata (bo daty, bo tak akurat mi się widziało). To jednak byłaby dziwna pora na publikację posta, więc uznałam, iż poczeka w kolejce na zimę. Nie wiem, jak on się ma do tego, co marka robi na zimę 2023/24.

BrainMax Christmas Cream Vegan to "świąteczny krem" na bazie bio świątecznej granoli z przyprawami do piernika (produkt własny BrainMax) oraz orzechów nerkowca i włoskich z ciemną czekoladą o zawartości 50,5% kakao, prawą do piernika i żurawiną.

Po otwarciu uderzył mnie mocny zapach piernika i ciastek korzennych. Był to charakterny piernik pokryty grubą warstwą ciemnej, choć nieco przesłodzonej czekolady oraz konkretne ciastka pełne dominującego imbiru, cynamonu i niemal przenikliwych (chyba) goździków. Ze szczyptą pieprzu? Pomyślałam o mocno wypieczonych, niemal karmelowych twardych ciastkach. Za pikanterią czułam lekką goryczkę, chyba orzechy włoskie, a do tego element nieco łagodniejszy, pewną orzechową maślaność. Czekolada niewątpliwie była ciemna, choć trochę cukrowo słodka. I ona jednak wpisała się w ciepły, palony klimat. Przez wszystko przewinęła się też goryczkowato-cierpka, owocowa soczystość. Powiedziałabym, że skórki pomarańczowej, ale niekoniecznie i nie tylko.

Na wierzchu nie wydzieliła się w zasadzie ani kropelka oleju. Zobaczyłam masę, wyglądającą na miazgowo-grudkowatą, ziarnistą i tłustawą, choć trochę podeschniętą. Była wypełniona płaskimi, sporymi krążkami o niemal czarnym czarnym kolorze. Wystarczyło jednak tylko lekkie dotknięcie łyżeczką, by z masy dosłownie wycisnęła się, wypłynęła czekolada niczym sos. Gdy zaczęłam mieszać, trafiłam na krem trochę pozbijany w grudki, ale właśnie spełniający kryteria kremu. Był wilgotny. Choć bazowo wyglądał na konkretny i zwarty, miejscami był niemal lejący jak gęsty sos czekoladowy i trochę oleisty. Mnóstwo w nim drobinek zmielonych płatków owsianych i przypraw. Z czasem okazało się, że czarne krążki wyglądające jak ciasteczka to jędrne, twardawo-soczyste żurawiny - prawie całe i połówki. Wystąpiły one też w wersji drobniejszej, posiekanej.
Wszystko to było średnio trudne do przemieszania do idealnej jednolitości, ale mniej więcej udało mi się.
W trakcie jedzenia potwierdziły się tłustość i gęstość wilgotnego kremu. Okazał się jednak miękki i rzednący w maziście-lepki, zwięzły sposób. Kremowi brakowało typowej dla kremów orzechowych masywności. Jego tłustość była trochę oleista i choć dawała się chwilami we znaki, realnie taka wysoka nie była. Krem sam w sobie cechowała czekoladowa kremowość, a także miazgowość uzyskana przez drobinki nie orzechów, a płatków owsianych (co mnie zaskoczyło). Obok nich wystąpiło trochę kryształków cukru (lub grudek scukrzonego syropu kokosowego). Za ich sprawą miał w sobie sporo z kremu ciasteczkowego. Czułam w nim jakby drobinki, okruchy twardych ciastek korzennych z cukrem. Wraz z przyprawami napędziły ziarnistość, a bliżej końca zmielona granola nadała całości twardej chrupkości. Co prawda drobinki były tak małe, że nie wymagały gryzienia, ja jednak to robiłam. Trafiło mi się dosłownie kilka większych kawałków jakby wypieczonych na twardo-krucho płatków owsianych. Czekolada wszystko to zespoiła tłustą kremowością i lepkością. Całość zalepiała i maziście pokrywała usta, po czym rozpływała się w średnim tempie, z oleiście-wodnistym zacięciem. Lekką wodnistość nakręcały rozpuszczające się wraz z otoczeniem kryształki.
W masie zatopiono dużo suszonej, ale zachwycająco soczystej i trzeszcząco-skrzypiącej żurawiny. W większości były to prawie całej jej kulki lub połówki, trochę mniej różnej wielkości kawałków. Pochwaliła się zwartością i jędrnością. Gdy gryzłam drobne elementy kremu, skórki żurawiny i drobinki płatków trzeszczały w duecie.
Po zjedzeniu, krem lekko wysuszał (od cukru i oleju kokosowego?).
Nie trafiłam natomiast - ku mojemu zaskoczeniu - na choć jeden kawałeczek orzechów.

W smaku pierwsza przywitała się czekolada, wprowadzając wysoką słodycz. Wydała mi się lekko cukrowa, ale palona, że po chwili ewidentnie karmelowa. I rześka? Wyłapałam w niej lekko kokosowe echo (jakby cukru, syropu kokosowego). Karmel wzrósł. Jednocześnie rosła gorzkość - acz ta kakaowa wydała mi się podkręcona olejem kokosowym.

Wraz z palonym karmelem pojawiło się i wzrosło ciepło przypraw. Poczułam się, jakbym zrobiła kęsa czekoladowego piernika, pokrytego ciemną, choć bardzo słodką, "deserówkową" czekoladą. Piernik jednak też miał coś do powiedzenia. Ruszył korzenny bukiet przypraw, za sprawą których po ustach rozeszła się pikanteria.

Za tym jednak zaznaczyła się też orzechowa baza, choć nie były to orzechy zbyt jednoznaczne. Pod intensywną czekoladą i imperatywnymi przyprawami, wydały mi się strasznie nieśmiałe. Lekka maślaność nerkowców mieszała z gorzkością włoskich, acz ogólnie prawie się w tym wszystkim gubiły. Jakby pełniły jedynie funkcje wplecenia maślaności (nerkowce) i podkreślenia gorzkości (włoskie).
A jednak to właśnie w goryczce raz po raz orzechy włoskie zaakcentowały się wyraźniej. Jakbym jadła piernik z małym dodatkiem tych orzechów.

Słodycz za to rosła cały czas wraz z ostrością. Czuć w niej chwilami po prostu cukrowość (niby karmelową, ale jednak cukrowość), choć starała się skupiać na palonym karmelu i ciepłej korzenności, łącząc je umiejętnie ze specyficzną "rześko-karmelowawą" nutką kokosa (syropu?). Sama korzenność też była słodka. Rozgrzewała gardło i język właśnie słodyczą i pikanterią.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji masy pomyślałam o mocno korzennych ciastkach, w których dominuje soczysty imbir. I on podkręcił tę rześkość, a także zacnie zgrał ją z pikanterią. Poczułam niemal gryzące w język goździki, trochę cięższego pieprzu i cynamon. Wkomponowały się w nieco mączno-ciastkowy wątek, w którym raz czy dwa, gdy bardziej się skupiłam, doszukałam się wątku jakby zbożowych ciastek (w wersji korzennej). Sama jednak owsianość nie wyłoniła się - płatki stanowiły nośnik innych smaków bardzo neutralny, wręcz nijaki (przez co niczego nie przełamywały, a pozwalały szaleć słodyczy i pikantnej piernikowości).

Drobna ciasteczkowość kremu mieszała się z orzechowym echem, że w końcu z racji ostrego piernika i równie ostrych ciastek korzennych zupełnie można zapomnieć, iż krem jest orzechowy.
Sporadycznie pojawiała się soczystość też niejednoznaczna - wydaje mi się, że miejscami czułam żurawinę, nawet gdy akurat zagarnęłam krem bez niej. Oprócz tego za przyprawami i słodyczą chowało się echo kwaskawo-goryczkowate chyba oleju kokosowego.

Bliżej końca słodycz wydawała się palić w gardle do pary z przyprawami. Dla mnie było to do zniesienia tylko dlatego, że przyprawy całkiem nieźle ją ograły. Z czasem aż gryzły, piekły w język. Ich pikantnie korzenno-piernikowy smak umacniał się wraz z wyłaniającymi drobinkami. Nie speszyły czekoladowości, zapewniającej im palono-gorzkie tło.

Od kawałków żurawiny do kremu dolatywała cierpka soczystość i lekki kwasek. Gdy je nadgryzłam, wplatały kwaśno-soczyste ukłucie.

Smak żurawiny na dobre rozbrzmiewał, gdy ją gryzłam. Sporadycznie nadgryzałam ją gdy wszystko inne się rozpływało, ale porządnie gryzłam dopiero, gdy już zniknęło. Wtedy dała się poznać jako soczyście-kwaśna, lekko słodka i ewidentnie żurawinowa. Przygłuszała całą resztę.
Gryzione drobinki płatków owsianych wydawały się nijakie (może tylko trochę mączne?).

Drobinki i owoce gryzłam, gdy masa już zniknęła, ale wtedy i tak utrzymywał się jej wyraźny posmak. Przede wszystkim była to złożona, piernikowa ostrość. Przyprawy aż gryzły w język, ale zeszły się z karmelowo-paloną słodyczą i soczystością. Czułam też gorzką, choć przecukrzoną czekoladę i goryczkę oleju kokosowego. Orzechowość niedomagała także w posmaku. Soczyście kwaśna żurawina za to, gdy akurat ją zagarnęłam (o co nietrudno), stanowiła wyrazisty element.

Krem rozczarował mnie, ale jednocześnie zaskoczył całkiem pozytywnie (nie zachwycił, a w kontekście "mogło być gorzej"). Mam ogromny żal o to, że duet nerkowców i włoskich nie miał okazji się wykazać. To, z jakich orzechów krem zrobiono, aż uciekało pod naporem intensywnego piernika i ciastek korzennych. Wizja właśnie pikantnego, aż piekącego w język wypieku i charakternych ciastek dominowała. Czułam raczej pewną ciastkowość, nie zaś granolowość, co w sumie wyszło fajnie. Ciemna czekolada również bardzo dosadnie zagrała, acz przesłodziła. Niby dobrą robotę zrobiła żurawina swoją soczystością, ale była tak po prostu dodana, nie jakoś szczególnie wpasowana. Wydaje mi się niestety, że i ona, i ogrom przypraw (imbir, goździki, cynamon) próbowały ukryć olej kokosowy i jakoś poskromić słodycz, która była o wiele za wysoka. Konsystencja choć grudkowata, trochę lejąca, to w zasadzie wciąż kremowa, nie za tłusta. Tu więc nie mam jakiś większych zastrzeżeń - wolałabym bardziej jednolitą, a tylko z miazgowym efektem, jednak na szczęście nie była to "sucha granola upchnięta do słoika" jak Sticky Blenders Oatmeal Matcha Bros. A tego się bałam. Korzenno-czekoladowy, granolowy twór jest to więc chyba dobry, ale... czuję niedosyt orzechowości - moim kochanych nerkowców i włoskich.
Zjadłam połowę (bo tyle nałożyłam), ponieważ w zasadzie był nawet niezły i niewątpliwie ciekawy, niespotykany. Gdy jednak uciekła już ciekawostkość, a ja wczułam się i poznałam go nieźle, dotarło do mnie, że na drugie podejście nie mam ochoty. To było dla mnie... za mało orzechowe.

Krem skończyła Mama w paru podejściach. Próbowała jeść go samego, łyżeczką, ale jej nie podszedł. Podsumowała: "Sam w sobie jest za intensywny w te wszystkie smaki. Intensywny, a w zasadzie niczego wyraźnie w nim nie czuć. Uderza tak gorzką ostrością, takim za gorzkim i za ostrym, pieprznym piernikiem, uderza słodyczą, uderza kwaśnością, jak się rozgryzie żurawinę, a takie to wszystko... jakby nieprzemyślane. Żurawina dobra, ale nie wiem, czy ona tam pasuje, czy pomaga, bo taka dodana jako »byle co, aby dodać« wyszła. Bez niej byłoby co prawda gorzej, ale to tak jakby przeładowali słodycz, gorzkość i piernik, a potem kombinowali, czym przełamać, by poprawić. Orzechów specjalnie nie czuć". Większość zjadła na ponoć w miarę neutralnych ciastkach maślanych z Kauflandu. O tym połączeniu: "Na ciastkach to wyszło już bardzo smacznie. Wciąż smak był niejasny, bo i słodki, i piernikowo gorzki, ale baza z ciastek go uładziła. Wyszedł dobrze, po prostu piernikowo i ciekawie. Ostrość nie była taka silna. Połączenie było jak takie piernikowo-korzenne ciastka z kremem. Tylko tę żurawinę raczej zostawiałam, by na koniec osobno zjeść, bo dobra, ale nie wiem, czy do tego kremu".
Zgodziłyśmy się, że potencjał w nim drzemie, ale coś nie wyszło. Jak to Mama ujęła: "w tym kremie jest wszystkiego za dużo. Z niego spokojnie można byłoby dwa różne zrobić". Otóż to.


ocena: 6/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 44,20 zł za 250g
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: granola (bezglutenowe płatki owsiane, krem z orzechów nerkowca, syrop kokosowy, orzechy nerkowca, olej kokosowy, starty piernik: mąka pszenna, cukier, woda, substancje spulchniające, przyprawa do piernika; przyprawa do piernika), orzechy nerkowca, orzechy włoskie, ciemna czekolada (50,5% miazga kakaowa, cukier trzcinowy, lecytyna sojowa), żurawina, olej kokosowy, cukier kokosowy