Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eti. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eti. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 września 2021

Eti Browni Chocolate Cake with Sour Cherry Sauce

Przy Browni Chocolate Cake with Chocolate Sauce rozpisałam się m.in o tym, że w zasadzie teoretycznie nie mam nic do kapciowatych produktów z paczek - po prostu obecnie są nie dla mnie. Z kolei Mama niezmiennie lubi je od lat (cukierniowe również). Ona jednak nie lubi słodkości w wariantach czekoladowych / kakaowych. Uwielbia te jasne. Wyjątkiem jest brownie - takie prawdziwe lubi (acz czasem potrafi zrobić się dla niej za gorzko). Na kupno tych babeczek zdecydowałyśmy się wspólnie, choć obie miałyśmy swoje "ale". Ona bała się ciemnego ciasta, ale lidlowe brownie-gotowce jej smakowały, ale że kocha wiśnie (jak i ja), zdecydowała się ostrożnie na wariant dzisiaj przedstawiany. Ja z kolei pewnie nie kupiłabym go wcale, bo... myślałam, że zawiera suszone wiśnie, a takie do brownie - choćby z paczki - wcale mi nie pasują. Recenzja Olgi z livingonmyown wyprowadziła mnie jednak z błędu. Uznałam, że wilgotna i soczysta babeczka od marki, która potrafi stworzyć takie tanio-dziwa, które i do mnie swoją niecodziennością potrafią przemówi (Enjoy to Dare), może być czymś atrakcyjnym. Gdybym jednak wiedziała, jak wyszła czekoladowo-czekoladowa, minęłabym ją bez emocji, ale traf chciał, że kupiłam je podczas jednego wyjścia.


ETI Browni Chocolate Cake with Sour Cherry Sauce to czekoladowa muffinka / "babeczka z czekoladą 5,1 i nadzieniem wiśniowym 15 %", do której dodano ciemną czekoladę o zawartości 52 % kakao; inspirowana ciastem "brownie".

Po wyjęciu z opakowania babeczka uderzyła zapachem wiśni z kompotu i powideł, podrasowanych chemią i zacukrzonych do bólu oraz biszkoptu czekoladowo-kakaowego. Było to męcząco słodkie i bardzo, bardzo duszno-tłuste, "paczkowate". Cukrowa słodycz łączyła się z wyrazistym, duszno-ciężkim biszkoptem-kapciem. 

Na pierwszy rzut oka ciasto wydało mi się suchsze albo raczej pyliście-lepkie, i bardziej miękko-krucho-puszyste od czekoladowego. Nadzienia za to dodano średnią ilość (chyba mniej niż do czekoladowej).

Odpowiednio wilgotne, a zarazem dla mnie za tłuste ciasto wydało mi się bardzo biszkoptowo soczyste. W trakcie jedzenia dało się poznać jako istotnie puszyste, acz przyjemnie gęstniejąco-rozpływające się w ustach. Mimo oleistości, zachowało pewną lekkość. 
Mimo iż samo ciasto to puszysty, mięciutko-kapciowaty biszkopt i pod tym względem jest niewątpliwie bardziej biszkoptowe od wersji czekoladowej, to... całościowo babeczka okazała się jednak dość konkretna, miękko-gęsta i rzeczywiście z jakąś sugestią brownie, bo z elementem bardziej esencjonalniej gęstości. 
Wewnątrz kryło się bowiem soczyste nadzienie o konsystencji stałej i gładkiej (z wyjątkiem pojedynczych kryształków cukru i zżelowanych grudek). Zaskoczyło mnie swoją gęstością i kleistą zwartością - ono właśnie odpowiadało za tę miękką esencjonalność, "miękki konkret". Było także dość soczyste, rozpuszczające się. Zachowało lepkość zacukrzonej żelo-konfitury albo masy z owoców. To uwypukliło wilgotność, a zarazem rozbiło nieco ogólną tłustość, choć... samo pewną tłustość wydawało się przejawiać. Dodano go sporo, ale nie na tyle, by zaburzyło lekkość ciasta. 
Przy jedzeniu wszystko mieszało się ze sobą w swej miękko-tłustej wilgotności i rozpływało się dość szybko.

W smaku ciasto roztoczyło po ustach smak słodkiego biszkoptu o wyraźnym zabarwieniu czekoladowo-kakaowym. Rozniosło to na łagodnej, biszkoptowo-ciastowej, tłuszczowo-oleiście-maślanej płaszczyźnie. Za wysoka słodycz zaprosiła do tego lekką chemiczną nutę. Razem przełożyło się to na duszno-ciastowy efekt, podszyty chemią.
Samo ciasto wydało mi się bardziej biszkoptowe i łagodniejsze, a zarazem mniej słodkie od czekoladowego wariantu.

Słodycz skumulowała się w środku, skąd dochodziło też więcej chemii. Emanowała od nadzienia. Okazało się słodkie do bólu, zacukrzone do granic możliwości. Środek wiśniowy przebijał się cukrowością, drapiącą w gardle niemal natychmiast. Kojarzyło mi się to z mieszanką wiśni z kompotu i... właściwie samego kompotu zacukrzonego prawie do gęstości, zacukrzonych marmoladko-powideł i czekolady, zalanych nieco likierem.... Wiśniowym? Jak jakieś... wiśniowo-czekoladowe powidła. Jakby tak... przerobić na masę-nadzienie powidła, kompot i czekoladę. Pojawił się też wątek bombonierkowo-cukierkowych wiśni o sztucznym charakterze. Wciąż z pewną soczystością, cierpkością... mieszając się z biszkoptowo-czekoladowym otoczeniem w trakcie jedzenia zaczęło mi się to coraz bardziej rozmywać; stawać bardziej "czerwonomarmoladowym" ogólnie. Raz czy dwa doszukałam się też kwaskawo-dusznej sztuczności.

W trakcie jedzenia, kiedy to biszkoptowo-czekoladowe ciasto zmieszało się z wiśniową masą powidlano-kompotową, wydawało mi się, że podkreślały swoją czekoladowość nawzajem, a chemia... prawie zupełnie ukryła się za cukrem. Nadzienie było bowiem tak cukrowe, że aż mnie skręcało.

Nawet nie tak beznadziejnie było z posmakiem, jaki został, bo połączył sztuczność i cukrowość wiśni, jak i duszność, chemiczność czekoladowego ciacha, ale i on nie był tragiczny. Najgorsza była słodycz, która męczyła i drapała, a także do pary z tłustością zdawała się mnie aż oblepiać. Nie dałam rady całości - zjadłam tylko trochę ponad połowę.

Całość bardzo mnie zaskoczyła. Po części... mogłaby zachwycić. I tym samym bardzo mnie zasmuciła. Otóż w tym wariancie drzemie ogromny potencjał, ale zupełnie zepsuli sprawę cukrem i tłustością. Zwłaszcza przez słodycz dla mnie to było po prostu niezjadliwe. Obstawiam, że to przez to, iż czekoladowość nie była tak mocna, jak w czekoladowej. 
Zaskoczył mnie wydźwięk nadzienia, czyli takie... kompotowo-powidlane wiśnie, co świetnie łączyło się z czekoladą. Można by się w tym zakochać, gdyby nie przecukrzenie totalne. Pomysł dobry, ale zepsuty. Stąd i nawet nie narzekam na ilość nadzienia - było tak słodkie, że większej ilości nie podołałabym (już i tej nie dałam rady).
Całość teoretycznie przyjemnie się uzupełniała, była spójna i harmonijna, ale... no ta słodycz to jakaś porażka.
To łagodniejszy, a zarazem w sumie ciekawszy wariant - ciekawszy za sprawą owoców z czekoladą; bo tak to... słodki tak, że gorszy w ogólnym rozrachunku (nie dałam rady zjeść).
Bardziej przemówiła do mnie właśnie ta babeczka w teorii (bo niespotykana, intrygująca), ale w praktyce, jak zjeść jakiegoś kapcia, to czekoladowa jest przystępniejsza. 
Nie powiedziałabym, że wariant wiśniowy wygrywa z czekoladowym zwłaszcza przez poziom słodyczy, niestety. Gdyby słodycz była niższa, byłyby sobie równe jako "oddające to, czym miały być", albo wiśniowy mógłby zawalczyć o wyższą notę (zależy, w jakim kierunku poszedł by smak - co zamiast cukru by dali?).
Nie jest to brownie (do brownie-idealnego wiśni raczej bym nie dodawała), ale ciekawy kapeć. Osobiście nie wrócę, bo zachwyt ciekawostkowy u mnie w takich rzeczach zazwyczaj jest jednorazowy, a i tego nie dałam rady zjeść, bo przez cukier średnio mi smakował, by czerpać przyjemność z jedzenia tego. Doceniam więc, ale... no jednak produkt nie dla mnie. Mimo to uważam, że spróbować warto (zwłaszcza gdy ktoś jest bardziej babeczkowy). Ponad przeciętność wybija się, ale punkt odjęłam za uderzającą słodycz.

Ciekawa sprawa z Mamą... swoją pierwszą zjadła i raczej nawet w miarę jej smakowała, choć stwierdziła, że: "to nie brownie, nie takie przerażająco gorzko czekoladowe ciasto, nawet ciekawe, fajnie wiśniowe, można zjeść", po czym stwierdziła, że może nawet ja uznam to coś za ciekawe. Ale! Gdy przyszło jej skończyć moją, już jej nie smakowała: "wiśnie czuć i to główna zaleta; słodka, ale to nie przeszkadzało. Smaczna to by była, gdyby była jasna, a nie czekoladowa". Nie podjęłaby się oceniania, "bo to jednak czekoladowa babeczka" (a lubi tylko jasne). Jak widać jednak, element "ciekawostkowości" (pierwszym razem) i u niej wystąpił.
I dziwi mnie jeszcze jedna kwestia: niby odebrałam ją jako mniej czekoladową, gdy o samo ciasto chodzi, od czekoladowej z sosem czekoladowym, a procent dodanej czekolady w dzisiaj opisywanej jest wyższy, hmm.


ocena: 5/10
kupiłam: Kaufland
cena: 1,19 zł (za 45g)
kaloryczność: 421 kcal / 100 g; sztuka (45g) - 189,5 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej palmowy, mąka pszenna, jaja, syrop cukru inwertowanego, substancje utrzymujące wilgoć (sorbitole, glicerol), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, pulpa wiśniowa 2,3%, miazga kakaowa, sól, emulgatory (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, estry kwasów tłuszczowych i poliglicerolu, lecytyny ze słonecznika, polirycynooleinian poliglicerolu), jabłka w proszku, tłuszcz kakaowy, substancje spulchniające (difosforany, wodorowęglan sodu), substancja zagęszczająca (pektyny), substancja konserwująca (sorbinian potasu), regulatory kwasowości (kwas cytrynowy, kwas jabłkowy, cytrynian trisodowy), aromaty (wanilina, wiśniowy), barwnik (korzeń buraka czerwonego), skrobia modyfikowana

czwartek, 9 września 2021

Eti Browni Chocolate Cake with Chocolate Sauce

Nigdy nie miałam nic przeciwko muffinkom paczkowanym / z worków, z tym że to obecnie zupełnie nie moja bajka. Muffiny tradycyjne (a więc tłuste, ciężkie na bazie masła; wypieczone z wierzchu na chrupko; na słodko lub wytrawnie) od zawsze omijam łukiem (jadłam chyba raz czy dwa w życiu - baardzo mi nie pasowały). Warto pamiętać, że babeczka, a więc mini ciasto to zupełnie co innego niż muffinka, a... według mnie potrzebna jest jeszcze kategoria dla muffinek paczkowanych. Ja to rozróżniam tak: babeczki to miniciasta, muffinki to takie i paczkowane, i jak paczkowane (a robione domowo), a więc miękkie, kapciowate oraz muffiny - te ciężkie, mocno wypieczone. Więcej o historii takich rzeczy u mnie pisałam przy Confiserie Firenze Muffiny z kawałkami czekolady, które uświadomiły mi, że obecnie powinnam się od nich trzymać z dala. Parę produktów nauczyło mnie też, że rzeczy udające brownie niewiele mają z brownie-idealnym (jakie to jadłam np. w zamkniętym lata temu Sweet Life - Extreme Brownie), więc też się na nie nie rzucam. Poza tym... jestem nieciastowa. Ze słodyczy mogłabym jeść tylko czekolady, ale... właśnie. Eti Dare to Enjoy wkupił się w moje łaski, a np. lidlowe sprzed lat McEnnedy Mini Brownies with Chocolate Chips wspominam dobrze. To, i dobre recenzje Olgi z livingonmyown (czekoladowa, wiśniowa) sprawiły, że wyrobom tego producenta postanowiłam dać szansę. I... pytanie... czy muffinka udająca ciasto-brownie to babeczka? Powiedziałabym, że zapędziłam się w kozi róg, ale marka przyszła mi z pomocą. Jak widać bowiem, nie miały udawać brownie - wszak to browni. Normalnie narzekałabym na pisownię, ale... znając specyfikę produktów marki ("torcikowość" wafelka), może ich "cosie" to i browni, nie brownie. Oby tylko smaczne. Postanowiłam zacząć od wariantu klasycznego.


ETI Browni Chocolate Cake with Chocolate Sauce to czekoladowa muffinka / "babeczka z czekoladą 4,5 i nadzieniem czekoladowym 15 %", do której dodano ciemną czekoladę o zawartości 52 % kakao; inspirowana ciastem "brownie".

Już lekkie naderwanie opakowania uwolniło duszny, intensywny zapach czekoladowego biszkoptu  i likierowego, kakaowego sosu. Wydało mi się to takie... chemicznie-paczkowato, specyficznie kwaskawe... duszne właśnie.

Spora babeczka wydała mi się dość delikatna, ale bardzo zwarto-sprężysta. Była już w dotyku bardzo tłusta, wręcz mokra i lepka. Zostawiała plamy i brudziła ręce tłuszczem i wilgocią. Ona aż... mokro plaskała w dotyku czy przy przekładaniu. Jadłam ją więc widelczykiem jak ciasto. Trochę się przy tym kruszyła, ale zdało to egzamin.
Wewnątrz babeczki znalazło się dużo gładkiego nadzienia czekoladowego o konsystencji stałej, gęsto-tłustej. Podobało mi się rozmieszczenie go w środku w paru miejscach, dzięki czemu wyszło integralnie z biszkoptem (którym z czystym sumieniem mogę nazwać ciasto). W zasadzie podczas jedzenia, gdy to się mieszało, tworzyło jedność.

W trakcie jedzenia dała się poznać jako istotnie zwarta, ale konkretniejsza, niż na to wyglądało. Odebrałam ją jako bardzo tłustą, natychmiastowo oleiście otłuszczającą. Rozpływała się gęstawo, tworząc zalepiają zawiesinę z pyliście-mącznym efektem. Mimo to, daleko jej do ciężkości dzięki strukturze lekkiego, trochę puszystego kapcia. Dzięki temu nie przytykała / zapychała. Trochę żałuję, że nie była zakalcowo-mazista, ale taka gęstniejąca puszystość też wyszła w porządku.
Tym bardziej, że wilgotnej gęstości dołożyło nadzienie. Również zwarte i gęste, ale już w cięższy sposób. Nie za ciężki na szczęście. Wydało mi się nieco tłusto-gliniaste i nasączono-nasączające, ale też nie zakalcowe.
Mnie cała ta tłustość trochę męczyła, była za wysoka (nawet, gdy myślę obiektywnie), jednak dla tego typu produktu nie wydaje się... specjalnie odbiegająca od normy; da się ją zrozumieć.

Smak ciasta okazał się walką czekolady ciemnej z kakao na oleiście-biszkoptowej arenie przed cesarzem-cukrem. Słodycz szybko ujawniła ogrom waniliny i skojarzyła mi się trochę z cukrem pudrem. 
W tym czasie gorzkawa, wytrawna czekolada z wyczuwalnym kakao upuściła trochę... likierową nutę pozbawioną procentów? Wyłapałam cierpkość i odrobinkę kwasku... które jednak ewentualnie minimalnie należały do czekolady, bardziej... do chemii. W niej właśnie mieściła się też pseudo alkoholowość.
Cukrowość dziko kibicowała, nie wiadomo jednak czemu. Wszystko to zrobiło się słodko-sztucznie duszne, biszkoptowe. Biszkopt wplatał w to wszystko smak oleju, podkreślający chemiczność.

Nadzienie zdawało się jeszcze rozkręcać ten smak, dodając iluzję procentów. Podkreśliło goryczkę chemii, kakao i oleju. Mimo iż jeszcze słodsze od biszkoptu, wydało mi także należycie cierpkawe i takie… poważnie-wytrawne. Zdecydowanie kakaowo-czekoladowe.

Cukrowość drapała w gardle, alko-chemia przypiekała język, acz smak kakaowo-czekoladowego biszkoptu okazał się całkiem nieźle sobie radzić podczas degustacji. 

Później wprawdzie został sztuczny (trochę niby procentowy?) niesmak, cierpkość różnoraka i negatywna… ale na szczęście poniekąd też kakaowa. W gardle czułam dręczące drapanie przesłodzenia, ale jeszcze do zniesienia (zwłaszcza gdy ma się pod ręką herbatę).

Konsystencja wilgotna, miękko-biszkoptowa, a gęstniejąca i wyrazisty, czekoladowo-kakaowy smak sprawiły, że bez emocji można zjeść to straszliwie tłuste i przesłodzone, kapciowate ciasto o za dużej ilości chemii. Jak dla mnie przeszkadzała ta cukrowość i chemia, tłuszczowość, że choćby 1 gram więcej mógłby być przesadą, jednak w pewien sposób obie wydają się usprawiedliwione przez typ produktu.
Mimo wszystko, jednorazowo babeczka nawet mi smakowała w kontekście "można zjeść" i nie żałuję kupna. Wiem jednak, że drugi raz na pewno jej nie chcę, więc tylko jako eksperyment - fajna.
Może nie było to brownie, ale... może "browni". Tania, czekoladowo-kakaowa babeczka - jeśli tak na to spojrzeć, to wydaje mi się, że wśród takich rzeczy wypada nieźle.


ocena: 6/10
kupiłam: Kaufland
cena: 1,19 zł (za 45g)
kaloryczność: 422 kcal / 100 g; sztuka (45g) - 199 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, oleje roślinne (palmowy, słonecznikowy, z nasion bawełny, rzepakowy), mąka pszenna, jaja, syrop cukru inwertowanego, substancje utrzymujące wilgoć (sorbitole, glicerol), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, sól, emulgatory (mono-i diglicerydy kwasów tłuszczowych, estry kwasów tłuszczowych i poliglicerolu, lecytyny ze słonecznika, polirycynooleinian poliglicerolu), tłuszcz kakaowy, substancje spulchniające (difosforany, wodorowęglan sodu), skrobia modyfikowana, substancja konserwująca (sorbinian potasu), aromat (wanilina), substancja zagęszczająca (guma ksantanowa), regulator kwasowości (kwas cytrynowy), przeciwutleniacz (mieszanina tokoferoli)

poniedziałek, 5 lipca 2021

Eti Dare Dark Chocolate 54 % Cocoa with Pistachios ciemna z pistacjami

Marka Eti jest dla mnie mało interesującą zagadką. Z tego co widzę, skupia się na produktach kompletnie nie w moim stylu. Owszem, wafel Dare to Enjoy bardzo mi smakował, ale już czekolada Eti Dare Dark Chocolate 70 % była... specyficzna. Nawet nie to, że jakoś szczególnie zła, ale mało czekoladowa. Batony Wanted w wariantach lubianych przez Mamę bardzo jej smakują, więc założyłam, że pewne ich konkretne produkty mniej lub bardziej raczej spełniają oczekiwania grup docelowych. Tę czekoladę kupiłam jeszcze przed podlinkowaną 70 %, "bo pistacje". Pistacje to jedne z trzech moich ulubionych orzechów, więc po prostu musiałam. Nie wiem jednak, czy znając czysto czekoladowe możliwości marki bym to zrobiła. Tym bardziej, że byłam świeżo po Ritter Sport Cashew, która pokazała mi, że nawet pozornie cudowny i prosty dodatek można zepsuć.

Eti Dare Dark Chocolate 54 % Cocoa with Pistachios to ciemna czekolada o zawartości 54 % kakao z całymi pistacjami.

Po otwarciu opakowania poczułam cierpko-polewowy, tani zapach kakao, mnóstwa cukru i... powiedzmy, że palono-ciemnoczekoladowy. Bardzo palony, kojarzący się z przecukrzonym palonym likierem lub likierowymi czekoladkami / truflami. Na słodycz nałożyła się wanilina, nieco mdląco-duszna, ciężka. W tle majaczyła orzechowość: wyraźniej wyczuwalna, gdy nachylałam się nad spodem - wtedy dało się doszukać pistacji. Ich woń wyraźnie nasilała się przy podziale. Mimo tych ostatnich, ogół wydał mi się odpychający.

Mimo że gruba, tabliczka nie była bardzo twarda. Już na dotyk czuć jej wysoką tłustość, a także pylistość, jednak nazwałabym ją raczej "delikatnie krucho puszystą (jak czekolado-chałwa?)", niż np. miękką. Nie uginała się, a kruszyła, przy czym o dziwo pistacje okazały się dobrze wtopione - nie wyskakiwały, trzymały się, niektóre zaś krucho łamały. Może jedna czy dwie odpadły, ale to szczegół (wyszło na plus, bo nie musiałam ich wydłubywać, by spróbować osobno). Odgryzając kawałek czekolady czułam się, jakbym zatapiała zęby w miękko-utwardzonej (np. prochem kakao) grudzie polewo-tłuszczu.
Rozpływała się powoli i jak masło, mięknąc prędko, acz zachowując zbity kształt. Rozłaziło się to jak ulepkowa polewa z dziwnym, tłustym poślizgiem. Pomimo tego efektu, udało jej się być bardzo proszkowo-pylistą. Trzeszczała, mimo że jej nie gryzłam! Skojarzyła mi się tym samym z zakalcowo-maślanym ciastem zasypanym kakao w proszku... i urozmaiconym pistacjami. Całą obleśną strukturę trochę ratowały właśnie one: krucho-chrupiące, smakowite pistacje - w większości całe, ale i połówki; duże sztuki. Niektóre miały sucho-kruchą skórkę. Mieliłam je zębami dość długo, już po czekoladzie. Wtedy raczyły mnie swoją naturalną, soczyście-tłustą miękkością. Odwracały uwagę od pyliście-trzeszczącego efektu cukru i kakao.

Już odgryzając kawałek poczułam cierpkość i mnóstwo cukru.

Od cierpkości rozeszła się gorzkość kakaowej czy pseudoczekoladowej polewy, co skojarzyło mi się z tanimi, przesłodzonymi czekoladowymi ciastami, wafelkami i cukierkami. Czuć budżetowość, odtłuszczone kakao i jakby mokro-cukrowy, złudnie alkoholowy motyw likieru.

A także ogrom słodyczy. Równo z cukrem uderzyła wanilina (chyba ona odpowiadała za ten "likier"). Cukrowość rosła szybko i bez ogródek, zasładzając zupełnie. Należała do czystego białego cukru, przez śliską strukturę kojarzyła się trochę z lukrem, a przez pylisty efekt – z cukrem pudrem! Cóż za różnorodność. Cierpkość kakao dodatkowo szybko podkreśliło sztuczną nutę waniliny.

Jakoś w połowie rozpływania się kęsa gorzkość uległa słodyczy i stała się delikatniejszą gorzkawością tłustego… czegoś. Ciasta…? albo nawet zakalca, ale taniego i kiepskiego. Czułam maślaność i sztuczność, co z czasem zaczęło kojarzyć się z margaryną i tłuszczowymi polewami, udającymi czekoladę. Może… tłuszczowymi polewami z lodów na patyku? Lodami zaskakująco mlecznymi / śmietankowymi. To była też dziwna smakowa wodnistość...

Z czasem na szczęście rozchodząca się. Kakao odtłuszczone było cierpko-gorzkawe i mocno palone od początku, ale po pewnym czasie jakby zawalczyło o siebie. Zaczęło przejawiać lekką orzechowość. Tym samym skojarzyło mi się z kakaowymi / czekoladowymi (tylko może jakoś w orzechowym wariancie) płatkami-chrupkami z mlekiem (np. kulki typu Nesquik - nie wiem, czy istnieje smak orzechowy, ale gdyby istniał, pewnie by tak smakował). Wraz z wyłaniającymi się pistacjami poczułam pistacjowo-orzechowy, orzechowo-prażony ("suchszy?") motyw. Nie wyszedł przed tandetnie kakaowo-polewowy smak, ale był wyczuwalny. Czekolada dominowała (stąd nie warto zajmować się nimi zanim czekolada się rozpuści - to marnotractwo).

W tym czasie słodycz zaczęła już dosłownie gryźć w język i rozgościła się w gardle jako drapanie czy wręcz palenie. Wanilinowo-cukrowy splot męczył i dręczył, a likierowo-sztuczna nuta mu kibicowała. Pod koniec czułam głównie cukier, jedynie z lekką, suchą cierpkością.

Gdy tak po wszystkim zajęłam się pistacjami, okazały się smaczne, a cieszące o tyle bardziej, bo odebrałam je jako nagroda po małej męce. Świeże i… smakujące sobą, a więc naturalnie słodkawo, niemal mlecznie, z naturalnie słonawą zaleciałością, specyficznie. Niektóre kryły suchawy smakowo akcent. Gryząc je, podsysając i "męcząc" dłużej, miałam wrażenie, że czekolada wzbogaciła część z nich o palony akcent.

Na szczęście to właśnie pistacje zostały w dużej mierze w posmaku, acz także okropnie drażniąca, chemiczna wanilina i cierpkość kakao (to akurat w sumie dobrze, że czuć). Oprócz tego ogólna taniocha gorzkawo-tłuszczowej polewy na bazie cukru (i waniliny) też nie dała o sobie zapomnieć. Fizyczne zatłuszczenie jako tłuszcz na ustach czy pieczenie w język od cukru i waniliny też czułam. Nie było to jednak jednoznaczne z przesłodzeniem, bo te osłabiał zacny dodatek.

Całość niezbyt mi smakowała i… to w sumie pochwała dla tej tabliczki. Mimo jej parszywej jakości, była… dziwnie sadystycznie "da się zjeść". Jakby tak łyżeczkować odtłuszczone kakao i jeść tanie chrupki czekoladowe do mleka, ciasto czekoladowe… cukrowo-gorzkie i nieco alkoholowe. Można się w to wciągnąć, bo… to nie było tak tabliczkowo-czekoladowe. Bardziej mi się widziało jako „takie dziwo w tabliczce” w dodatku z dobrymi pistacjami. Zjadliwe, ale… z odrobiną obrzydzenia. Nie polecam, ale jestem pewna, że to nie twór, który u większości wyląduje w koszu. Dla mnie posłużyła jako smakowe doprawienie zdalnych wykładów.
Od razu przypomniała mi się Cocoloco Fig 43 % Vebezuela, która też kazała czekać na dodatek... Z tą różnicą, że Dare miała dodatek jednoznacznie dobry. I do tego dochodzi kwestia, że Dare to wciąż spora dawka kakao, choćby i zwykłego, taniego, ale przynajmniej nie czysta słodycz.


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 4,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 525 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kakao o zmniejszonej zawartości tłuszczu, masło, lecytyna słonecznikowa, aromat: wanilina), pistacje 14 %

środa, 14 kwietnia 2021

Eti Dare Dark Chocolate 70 % Cocoa ciemna

Mimo że z licznymi wadami, wafel Eti Dare to Enjoy ma w sobie "to coś" (a właściwie w moim odczuciu: miał przed zmianami - teraz prezentuje się nieco gorzej, ale to szczegół). Czekolada na nim to sprawa niejednoznaczna, bo czuć jej budżetowość na kilometr, co częściowo mi przeszkadza, ale jednocześnie w formie czekolady na wafelku, jestem w stanie "wciągnąć się w konwencję". Wafel ujął mnie, ale nie mogę powiedzieć, bym zwariowała na jego punkcie. To wszystko powinno przełożyć się na logiczny wniosek, że tabliczek czekolady "z wafla" nie powinnam kupować, ale traf chciał, że jedna była akurat z pistacjami. A te uwielbiam i ubolewam, że jest tak mało produktów z nimi. A skoro już kupiłam z pistacjami, to zachciałam mieć też czystą o wyższej zawartości kakao tego tureckiego producenta. Logika? Brak.

Eti Dare Dark Chocolate 70 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao.

Zwykłe złotko, które znalazłam w środku podoba mi się, jednak za nic nie umiem odnieść się do niezwykłej samej tabliczki. Może taka forma - gruba, z dziurkami jest ciekawa, ale mnie chyba raczej się nie podoba.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach ciemnoczekoladowej polewy, nasuwającej na myśl budżetowe ciasto (może nawet konkretnie brownie) i wafelki. Był dość znacząco cierpki, niemal likierowo-kakaowy, ale też maślany, a raczej ogólnie tłuszczowy. Ta nuta łagodziła kompozycję, że nie ma mowy o poczuciu obcowania z siekierą, a "czymś kakaowym". I trochę jak cukierki typu trufle w polewie? W wydaniu ciastowym, a więc też bardzo słodkim kontekście cukru wanilinowego, cukrowego likieru, który aż przytłaczał. Jak nasączone ciasto, upity murzynek.

W dotyku tabliczka była bardzo tłusta, a mimo grubości - nie taka twarda. W ogóle nie trzaskała przez swoją kruchą miękkość. Nie rwała się i nie uginała, a kawałki-okruchy odpadały na wszystkie strony, co było dość osobliwe. Robiąc gryza miałam wrażenie wgryzania się w miękkawą tabliczkę z tłuszczu.
W ustach rozpływała się powoli i bardzo gęsto-maślano. Niemal natychmiast miękła, mimo że względnie zachowywała kształt - jakby rozlazły jednak. Jej tłustość męczyła, była ulepkowo-polewowa. Połączyła tym samym śliskość (tym samym skojarzyła mi się z polewami lodów na patyku) i pylistość, co przełożyło się na muliście-zalepiający, lepiszczy efekt trzeszczącego od kakao kremu. Zostawiała maziste smugi, jeszcze bardziej zlepiające, udając... tłuste i nasączone ciasto. Stawała się jakby mokro-pyłkową masą, by na koniec zostawić pyliście-trzeszczący efekt kakao / cukru.

W smaku od początku czułam gorzkość i wysoką cierpkość. Gorzkość skojarzyła mi się z kakaową polewą na ciasto / słodycze. Umocniła się, szybko zaskakując na paloną, nieco kawowo nasączoną budżetową esencję. Trochę jak mokra, lepka kawa rozpuszczalna, z pylistą nutą. Do głowy przyszedł mi też wafelek kakaowy w polewie, ewentualnie jakieś wafle tortowe przełożone mulistym kremem. Nie było w tym jednak suchości, bo kakao wydało mi się truflowo-alkoholowe. Poczułam wyraźnie kwaśną naleciałość pylistego kakao i kawy, a maślaność wkomponowała je w ciasto.

Kakaowe ciasto (np. brownie?) z lodami? Tu wzmocniła się także wyczuwalna od początku słodycz. Intensywna i przesadzona, była pod tym względem konsekwentna. Na cukier naszła wanilia z aromatu, po chwili ewidentnie duszna wanilina, by następnie osiąść już na stałe we wręcz ostro alkoholowym syropie kakaowym. Polano nim "ciasto i lody". Cała, nieco mdląca mieszanka, rozchodziła się na tle maślaności i tłustej polewie. Znów pomyślałam o nasączonym murzynko-brownie lub truflach w nie najwyższej cenie. Nie mogłam też odgonić myśli o wafelku.
Likierowo-alkoholowy motyw z czasem jednak zaczął wracać do waniliny, by następnie znów osiąść w cukrowych realiach i zadrapać w gardle. Zasłodzenie i tłuszczowość nieco rozrzedzały kakao, przekładając się na skojarzenie z polewą z lodów na patyku, takich z zamrażarkową nutą.

Wszystko to wydawało mi się budżetowe, a jednak intensywne i esencjonalne. Kakao wyraźnie cały czas stało na przodzie, ale nie jako czekolada, a po prostu kakao, coś kakaowego. Bliżej końca jego kwaśność i cierpkość wydawała się aż dominująca. Przełamała słodycz, przez moment pomyślałam o alkoholowych galaretko-likworkach (nie wiem, czy coś takiego istnieje - wymyślam), takich prawie owocowych (cytrynowych?). Cierpkość i kwasek niby szły w ich kierunku, ale nie chciały opuścić tłuszczowego kakaowego ciasta i rozpuszczalnej kawy (?).

W posmaku została kawowo-nibsowa kwaśność i cierpkość, jak również niemal alkoholowo-cukierkowe zacukrzenie i jakby alkoholowa pikanteria na języku. Mocno kakaowy posmak wydał mi się po całości splątany, a więc złagodzony maślanością.

Całość kojarzyła mi się z polewą i kremem w formie tabliczki. Nie była może polewą możliwie najniższej jakości, cukrem nie zabiła, a jej nachalna tłustość też jakoś uszła w lepiszczym, ciastowym i nasączonym wydźwięku, ale bardzo kojarzyła się ze słodyczami kakaowymi. Brakowało mi czekoladowości i... no jednak jakości. Jako polewa do wafelka czy nawet lodów / ciasta by się sprawdziła, ale tak? Jedząc czułam dyskomfort, tym bardziej, że także z waniliną przesadzili. Poziom słodyczy był do zniesienia, ale jej wydźwięk męczył. Da się jednak zjeść, bez większych emocji. Jak dla mnie za bardzo odleciało to od czekolady, a poszło w kierunku trochę mdlącej kremo-polewy. Nie mogę jej odmówić jednak, że do pewnego stopnia była ciekawa, charakterystyczna i... kojarząca się z wafelkiem Dare to Enjoy a jakże (jestem ciekawa, czy tak samo kojarzyła by się z kremami i polewami wafelków, gdybym go nie znała). Koniec końców od niechcenia zjadłam całą, by nie musieć do niej wracać, bo była za w porządku by wyrzucić i zdecydowanie za kakaowa dla Mamy.
Zdecydowanie jednak lepsza niż np. Cote D'Or 70 %, a gorsza od np. od smakującej piernikami w czekoladzie miękko-polewowej Terravity 70 % (Dare to przy niej w ogóle miękko-mięciusia polewa).


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 4,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, masło,  lecytyna słonecznikowa, aromat (wanilina)

piątek, 4 września 2020

wafelek Eti Dare to Enjoy + miniaturki

Obecnie nie ciągnie mnie do słodyczy innych niż czekolady, ale lubię mieć ogląd w tym, co jest na rynku, nie chcę za bardzo odlecieć. Wszelkie twory dziwne, nietypowe jakoś tam jednak i mnie ciekawią. Ten właśnie zaciekawił z racji formy - niby mały, ale śmiesznie wysoki, a przez to wcale nie taki mikry. Maxer wprawdzie mi nie odpowiadał, ale... ten wafelek wyglądał tak ciemnoczekoladowo, że już wyobraziłam sobie mieszankę CzekoWafla, Lusette i innych takich do potęgi czekoladowych wafli.


Eti Dare to Enjoy Wafer with Dark Chocolate & Cream to "wafel (7,4%) w ciemnej czekoladzie o zawartości 46 % kakao (26,4%) z kremem czekoladowym (66,2%)", tureckiego producenta Eti.

Po otwarciu poczułam zapach taniej, margarynowej polewy z wyraźną cierpkością kakao i cukrową słodyczą. Skojarzenie było jednoznaczne: wyroby pseudociemnoczekoladowe i budżetowe, tandetnie kakaowe kremy.

Gruba, tłusta czekolada skrywała sporo warstw waflowych oraz kremu, którego nie pożałowano. Wykazywała skłonność do rozpływania się już w dłoniach. Pokrywała warstwy waflowe pierwszej świeżości: kruche i chrupiące, a jednocześnie zaskakująco lekkie i napowietrzone.
Między nimi był gęsty i tłusty krem. Jeszcze nigdy nie widziałam takiej ilości!
Czekolada rozpływała się łatwo, choć nieco plastikowo, parafinowo-margarynowo, raczej jak gęsto-tłusty wyrób czekoladopodobny. Wafle łatwo się rozpływały na gęsto i memłały się, wpisując się w ogólną, zalepiającą konwencję. Ich obecność z czasem jakby... wtapiała się w tło. Krem zalepiał bowiem paszczę zupełnie. Niczym krem z gęstej, margarynowej, topiącej się czekolady i kakao... Jak jakaś gliniasto-drożdżowa, lepiszcza masa, wydawał się wręcz domowo-budżetowy. Chwilami postrzegałam go jakie nieco ziarnisty smar. Był dość pylisty, przez co kojarzył się z jakimś pozytywnie kapciowatym ciastem. Było go niewiarygodnie dużo, przez co miałam wrażenie, że to jakiś... gęsty torcik.

W smaku czekolada okazała się cierpko-gorzko pseudoczekoladowa, a także wysoce słodka, choć nie porażająco. Do głowy od razu przyszła mi polewa, smakująca głównie gorzkawym kakao i cukrem, których spoiwem była margaryna. W pierwszej chwili od taniego smaku aż wykrzywiało, ale potem jakoś przywykłam.

Wafelek został tym niemal zupełnie zagłuszony. Sam bowiem był delikatny, lekko wypieczony i mało słodki, niemal niewyczuwalny. Jemu nie mam nic do zarzucenia, a świeżość muszę pochwalić.

Znów słodycz podnosił krem, ponieważ przedstawiał bardzo słodką, margarynową czekoladę ciemną, a zaraz potem murzynka. Murzynka, przy którym trochę oszczędzano na składnikach. Tandetno-tani smak margaryny i cukru przeszkadzały, mieszając się z mnóstwem cierpkiego, wręcz kwaskawego kakao. Gorzkości nie brakowało, a słodycz mimo to drapała w gardle. Niby miało to "ciemny" wydźwięk, ale na pewno nic ze szlachetności. To było... chamskie i zaskakująco ciastowe. Taki bardzo kakaowo-czekoladowy, murzynkowy torcik, nie zaś czekoladowy wafelek.

Przeszkadzała mi w tym budżetowość, acz kakaowo-ciastowy wydźwięk uważam za tak intensywny, że można go polubić... zwłaszcza, gdy ogólnie lubi się tanie, zwykłe, ale nie pospolite słodycze.
Na pewno pochwalić trzeba ilość kremu oraz poziom gorzkości i cierpkości. Gdy ma się ochotę na coś naprawdę kakaowego - jak znalazł. Jeszcze gdyby tak tylko dopracować jakość, pozbyć się tej całej margaryny... Zalepianie mnie trochę męczyło, ale to też niektórych pewnie może kupić. Osobiście mam jednak problem z tym, że... aż takie wysokie to - niewygodne do jedzenia.
Za pierwszym razem jakoś dałam radę połowie. Niestety jednak za bardzo waliło to margaryną i zalepiało. Tak jakby margaryna mnie oblepiła i miała nigdy nie porzucić. Chociaż... to mimo wszystko jeden z tych produktów, w których margarynę czuć, ale nie jest ona nie do przebrnięcia. Okazał się jednak dziwnie plebejsko-wciągający za sprawą swojej dziwności... Następnego dnia uznałam, że to było tak dziwne, że aż... podjęłam się powrotu do tego. By osądzić, czy to było smaczne z nutą obrzydliwości, tak obrzydliwe że aż smaczne czy, gdy odpadnie element "jakie dziwne / inne / ciekawe", pozostanie niesmaczne. Zrobiłam dzień bez słodyczy i drugim razem dałam radę zjeść cały, utwierdzając się jednak w tym wszystkim. Stanęło, że tak obrzydliwe, że aż wciągająco-smaczne. Żeby było śmieszniej, innym razem znów zdarzyło mi się całemu nie podołać, haha.
Mama nieufnie spróbowała, bo nienawidzi ciemnych czekolad, gorzkości kakao, kakaowych / czekoladowych wafelków, ale... ten ją zachwycił! Nie mogła się nadziwić, że "zupełnie nie jakbym jadła wafelka, a jakieś takie... ciasto, tort! I jaki słodki był, mimo tego kakao i czarnego koloru, smaczne to! Torcik taki no, no... murzynkowy".

Wśród wafli postawiłabym go obok dawnego CzekoWafla (2017), rozgraniczając, czy ktoś woli mniej czy DUŻO kremu. Dare... zdecydowanie wygrywa jednak kakaowością i "ciekawostkością". Mnie to kupiło w sumie, że wiem, że jak najdzie mnie kiedyś na wafelka, to pewnie właśnie go kupię. Stwierdzam to ze zdziwieniem, ale... to po chałwowych chyba mój ulubiony wafelek. Z tym, że musi mnie specyficzna na niego ochota najść - wiem, że każdego dnia by mi nie smakował.


ocena: 8/10
kupiłam: m.in. Kaufland, Carrefour
cena: jakieś 2 zł (za 50g)
kaloryczność: 527 kcal / 100 g; sztuka (50g) 264 kcal
czy kupię znów: tak

Skład: cukier, olej roślinny (palmowy, słonecznikowy, bawełniany), miazga kakaowa 14%, syrop glukozowy, mleko w proszku, kakao 7%, serwatka w proszku, mąka pszenna, skrobia, masło, lecytyna słonecznikowa, olej kokosowy, tłuszcz kakaowy, aromaty, substancje spulchniające (węglany sodu, węglany amonu, kwaśny pirofosforan sodu), sól

----------------
Jakiś czas po moim zapoznaniu się z tym waflem, ojciec zarejestrował fakt, że "ten oto wykwintnie wyglądający wafelek" nawet mnie smakuje. A dla niego nie ma nic lepszego od dużych opakowań słodyczy, opakowań zbiorczych i wszelkich "kup pan 20 bułek, 21 gratis". Tak oto trafiła do mnie torba miniaturek, których sama bym nie kupiła po złych doświadczeniach z wafelkami PopChoc i... ogólnie niechęcią do miniaturek i tak względnie niedużych rzeczy na raz.

Eti Dare Wafer with Dark Chocolate & Cream to "wafel (6,4%) w czekoladzie ciemnej o zawartości 46 % kakao (32,8%) z kremem kakaowym (60,8%)" tu w wersji miniaturowej, sprzedawanej w paczkach 112g, zawierających 6 oddzielnie pakowanych wafelków.

Torba kryła 6 oddzielnie paczkowanych wafelków - na pierwszy rzut oka widać, że to miniaturki. Cieszy fakt takiego pakowania - dzięki temu było czysto i świeżo.

Na pierwszy wdech czuć także, że torba zawiera słodycze budżetowe. Mimo że porządnie zapakowane, po otwarciu pachniało z niej tanim wyrobem cukierniczym z kakao, ale i mnóstwem cukru oraz margaryny. W ciemno powiedziałabym, że to jakieś... pączki z polewą? Dziwne to było.
Po otwarciu pojedynczego małego opakowania, już na szczęście poczułam zapach jak w przypadku normalnej wersji Dare to Enjoy.

Małe (ale wciąż nie mikroskopijne) wafelki wydały mi się karykaturalnie. Śmiesznie wąskie, wysokie i brzydkie, w momencie gdy bryłka wersji samodzielnej może się podobać; ma "logiczniejszy" kształt. Inne cechy, a więc grubą polewę i niespotykanie ogromną ilość kremu, lekkie i kruche wafle zostały zachowane. Polewa czekoladowa wersji mini była jednak grubsza i bardziej miękko-plastikowa. Nadzienie samo w sobie wydało mi się zaś minimalnie bardziej giętko-gumowe.
Miniaturki do jedzenia były zarazem nudniejsze, jak i "szybsze" - w nich łatwiej o gryzienie całości raz-dwa (co w moim odczuciu stanowi minus).

Smak był podobny do wersji standardowej, ale całościowo inny. W tym przypadku o wiele większą rolę odegrała tanio-czekoladowa, polewowa polewa. Od niej się zaczynało, ona dominowała, po czym dopuszczała do głosu cukrowo-margarynowo murzynkowe, cierpko kakaowe wnętrze. Delikatne wafle tym razem również tylko odrobinę to tonowały, nie narzucały się, choć mam wrażenie, że o ile nijak nie ingerowały w smak czekolady, tak krem trochę przygłuszały.
Miałam wrażenie, że miniaturki szybciej uderzały cukrem, ale zarazem, tak rozpatrując całościowo, wyszły minimalnie mniej słodko, a bardziej tanio-polewowo. Tandetnej taniości całkiem sporo dołożyła kiepska polewa, która tu zbytnio dawała się we znaki. Ona po prostu... była na pierwszym planie, zagłuszając to, co najlepsze.

Te wafelki wciąż były Dare to Enjoy, jednak to namiastka, nie oddająca w pełni fajności większej wersji. Wszelkie różnice były drobne, jednak do odnotowania jak najbardziej. Trochę brakowało mi możliwości wgryzania się, jak m się podobało: raz więcej polewy, raz część środkową, a więc głównie krem itd. Tu łatwiej jest "gryźć wszystko i prosto". Takie... do zjedzenia szybciej? Lekkie zburzenie proporcji znacząco podziałało na niekorzyść. Normalna wersja była ryzykowna, ale właśnie świetna w tym, że to krem w niej rządził, dzięki czemu wyszła torcikowo-ciastowo. W mniejszej wersji bardziej zwracałam uwagę na kiepską polewę, trochę tłumiła ciastowość.
Zdecydowanie nie dla mnie, skoro istnieje wersja lepsza. Pomniejszenie i zburzenie proporcji wprawdzie odebrało urok temu tworowi, ale przynajmniej dobrze rozegrali kwestię paczkowania. Mamie zdecydowanie za dużo było "tej gorzko-margarynowej czekolady", a "za mało smaku smaku kremu, bo się pod czekoladą gubił". Podsumowała: "To nie moja bajka, bo takie gorzko kakaowe, czekoladowe. Dla mnie za gorzki, a ta wersja już nawet nie murzynkowa. Tak dalej się trochę z ciastem, takimi waflami przekładanymi kojarzył, ale za dużo tej złej czekolady. Za to sam wafelek cudowny: świeżutki, leciutki i chrupiący, mimo że dużo kremu, ale... mogłoby być jeszcze więcej; proporcje złe, bo mimo że dużo, to i tak się gubił. Szkoda, bo potencjał jest i po co psuć, robić mniejsze, jak jest dobra ta normalna wersja?". Czego jak czego, ale ciemnych czekolada i polew to Mama nienawidzi - to więc najlepszy dowód na to, że ta tutaj dominowała zupełnie. W konsekwencji Mama zjadła 2, ja jakoś tam uporałam się z resztą.


ocena: 7/10
kupiłam: ojciec mi kupił w Auchanie
cena: 6,31 zł (za paczkę 112g)
kaloryczność: 518 kcal / 100 g; 1 miniwafel (18,7g) - 97 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej roślinny (palmowy, słonecznikowy, bawełniany), miazga kakaowa, syrop glukozowy, mleko w proszku, kakao 6,6%, serwatka w proszku, mąka pszenna, skrobia, tłuszcz kakaowy, masło, lecytyna słonecznikowa, olej kokosowy, aromaty, substancje spulchniające (wodorowęglan sodu, węglany amonu, difosforany), sól

-----------------
Aktualizacja z dnia 17.01.2021
Trochę mi zajęło, nim rozstrzygnęłam, czy dodać to jako zupełnie nowy post, czy też jako aktualizację... koniec końców - jak widać - jest aktualizacja. Dlaczego? Pozwolę sobie nie spoilerować (wyjaśni się w podsumowaniu). Zmiany wafla... nie zaskoczyły mnie. Właściwie tym razem wróciłam do niego tylko dlatego, że jakieś wprowadzono. Nie miałam ochoty na wafle, ale byłam bardzo ciekawa, czy zepsuli mi kolejną bezpieczną opcję "na wypadek, gdyby mi się zachciało" (przypominam o zepsuciu CzekoWafla Wedla - recenzja stara i nowa - oraz czekoladowego Lusette).
Wprawdzie obniżyli o 0,5% zawartość kakao w proszku, schowali zawartość ciemnej czekolady, ale... przynajmniej zwiększyli w niej ilość miazgi kakaowej z 46% do 49% kakao. Naprawdę takich przetasowań nie rozumiem. Można by pomyśleć, że "na to samo wyjdzie", niektóre pozorne zmiany mogą być doprecyzowaniem czy coś, ale... Ale podejrzliwość została.

Eti Dare to Enjoy Wafer with Dark Chocolate & Cream to "wafel (7,4%) w ciemnej czekoladzie o zawartości 49 % kakao (26,4%) z kremem czekoladowym (66,2%)", tureckiego producenta Eti; wersja po zmianach z 2020r.

Nowy wafel roztaczał zdecydowanie łagodniejszy i słodszy zapach niż dawny, ale wciąż o podobnym wydźwięku, a więc tanio-margarynowej polewy o wysokiej cierpkości kakao oraz białego cukru, trochę… karykaturalnie ciemnoczekoladowy.

To, co zmieniło się w kwestii struktury to na pewno miękkość kremu. Nowy krem cechowała ewidentna miękkość, wydał mi się bardziej gumiasto-gibki, tłusto nutellowaty. Może to kontrast, ale wafle chyba tym razem odegrały większą rolę.

W smaku kiepska, cukrowa i tanio cierpko-gorzkawa czekolada jakoś bardziej zwracała na siebie uwagę, ale całościowo zmiany wielkie nie były. Mimo to, zarejestrowałam jedną - bardzo znaczącą w moim odczuciu. Otóż wafelek dopraszał się o głos (raz czy dwa wydał mi się nawet "pieczono słonawy" - nie wierzyłam, ale wygooglałam dokładnie i ilość soli wzrosła z 0,4g do 0,5g), a krem... Krem okazał się słodszy w dosadniejszy sposób. Może nawet nie był bardziej słodki niż w starej wersji, ale był słodki inaczej, bardziej napastliwie (jako że zmniejszono ilość "w tym cukry" obstawiam, co by wyjaśniało też miękkość, większą ilość / proporcje syropu fruktozowo-glukozowego). Smak nowej wersji dziwnie mnie tym drażnił, nawet pomijając całą budżetowość i po prostu moc słodyczy (te pamiętałam z dawnej wersji dobrze).

Taak, to wciąż murzynkowo-torcikowy, porządnie kakaowo-ciemnoczekoladowy wafel skrajnie plebejsko-budżetowy, ale ujmujący w tym w pewien sposób, jednak nieco gorszy; obecnie ze zgrzytami. Te bardziej mi się na kubki smakowe rzucały. Nie mogę jednak z całą pewnością powiedzieć, że wynikają tylko i wyłącznie ze zmian. Ja się ostatnio już w ogóle nieogólniesłodyczowa zrobiłam... Mając jednak w pamięci standardowego, a miniaturki… nowy wydaje mi się między nimi. Oceny jednak nie obniżam, bo na tle tego, co jest w sklepach, i tak wciąż jest warty uwagi. 


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 0,99 zł (za 50g; promocja)
kaloryczność: 517 kcal / 100 g; sztuka (50g) 259 kcal
czy kupię znów: nie wiem

Skład: cukier, oleje roślinne (palmowy, słonecznikowy, z nasion bawełny, shea), miazga kakaowa, syrop glukozowy, mleko w proszku odtłuszczone, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 6,5%, serwatka w proszku, mąka pszenna, skrobia ziemniaczana, masło, emulgatory (lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu), olej kokosowy, tłuszcz kakaowy, aromaty, substancje spulchniające (wodorowęglan sodu, wodorowęglan amonu, difosforan disodowy), sól

sobota, 11 maja 2019

ETI Adicto intense / Browni

Czasami nie wiem, co kieruje moją ręką podczas zakupów... Bo na pewno nie ja. Pod wpływem pozytywnych opinii Olgi z livingonmyown i Mamy o produktach tej marki, też coś sobie kupiłam. Coś potencjalnie najbardziej czekoladowego od Eti. Pewnie nie miałoby to miejsca, gdyby nie to, że to jedyny produkt tej marki, który osobiście widziałam w sklepie - dokładnie na wysokości moich oczu, podczas gdy kolejka zdawała się nie poruszać ani o centymetr.


ETI Adicto intense to "ciasto w polewie czekoladowej (33%) z kremowym nadzieniem (14%)"; ja bym powiedziała, że "biszkopt czekoladowy w polewie czekoladowej z nadzieniem kakaowym", przy czym czekolada jest ciemna i zawiera 53 % kakao; ogólna zawartość kakao to 33%, a masy mlecznej 30%

Po otwarciu poczułam pseudoczekoladowy zapach taniej polewy, spod której przebijała się lekko wytrawna, alkoholowa woń mokro-lepiącego czekoladowego ciasta z kakaowym likierem. Niestety, te drugie poległy w starciu z nieprzyjemnymi pierwszoplanowymi oblechami.

Torcik wydał mi się zaskakująco ciężki. Gruba polewa była twarda i tłusta już w dotyku. Skrywała konkretny, zbity biszkopt, który ku mojemu zdziwieniu okazał się wilgotnie-tłusty, ale w niezłym kontekście.
Nadzienie było gęste, zwarte i mało plastyczne; może tylko lekko podeschnięte, ale z zachowaną wilgotną tłustością.
W ustach polewa okazała się tłusta i niemal szorstko proszkowa. Miałam wrażenie, że zawiera całe kryształki cukru. Rozpływała się w średnim tempie, w sposób bardzo zalepiająco-gęsty.
Biszkopt odebrałam jako tłusty i w porywach sprawiający wrażenie suchego. Był zbity i konkretny, lecz nie twardy. Miękł, gdy tłustość z niego wypływała, by następnie wraz z polewą zalepić usta.
Zalepianie i tłustość nakręcał gładki, również gęsty krem. Odpowiadał za przeogromną mazistość i nadawał wilgotności.

Od samego początku polewa była nijako-słodka, przy czym nijakość szybko rozchodziła się na tanio-polewowy smak. Sztuczna czekoladowość pomknęła z prędkością światła, mieszając się z cukrowością.

Cukrową czekoladowość podtrzymywał biszkopt. Był bowiem do granic możliwości słodki i równie wyraźnie kakaowo-czekoladowy. Pozbawiony jakiejkolwiek gorzkości, za to z ciastowo-zakalcowymi zapędami; niestety jednak margarynowatymi.

O lekkiej gorzkawości, czy bardziej wytrawności można mówić dopiero w przypadku nadzienia. Okazało się właśnie wytrawnie-ciemnoczekoladowo-cukrowe. Chemia przypomniała o sobie. Tłuszczowy posmak raz po raz próbował się przebić, sugerując trochę czekoladowo-zakalcowe klimaty (zwłaszcza, gdy biszkopt mieszał się z nadzieniem).

Wszystko tonęło w cukrowo-ciemnoczekoladowej mazi, całość była przesłodzona, ale i bardzo czekoladowa. To jednak ewidentnie "czekoladowość poniżej złotówki". Wszelkie nuty taniości, polewowości, margaryny, sztuczności wydawały się tu kreować tę czekoladowość.

Gdy przegryzłam się przez całość, najdłużej w ustach pozostała polewa (pewnie z racji grubości), wyciągając na wierzch tandetny i tani smak czekoladowego ciasta o silnym motywie kiepskiego tłuszczu i cukru.

Po wszystkim w ustach pozostał posmak tandetnej chemii i taniego tłuszczu, przecukrzenie zupełne i posmak mocno ciemnoczekoladowego, wilgotnego i zakalcowego brownie.

Całość wyszła... Dobrze, jak na swoją cenę, z potencjałem, ale no jednak jakość leży. Po zjedzeniu 1/3 nie mogłam więcej - czułam, jakby mi chemia, tłuszcz i cukier niczym papier ścierny, wyszorowały usta. Biorę pod uwagę, że oceniam zwykły, plebejski słodycz, ale nie mam zamiaru naciągać oceny "bo tanie". Nie. Proszę - niech kosztuje nieco więcej, ale będzie zjadliwe. Nie mówię o zdrowym składzie, ale takim jakimś zwyczajnym... Mocno czekoladowy biszkopt i mocno czekoladowe nadzienie przypominające brownie... mogło być tak pięknie! Gdyby nie chemia i margaryna. Tania polewa też wszystko psuła, a zjadłam tylko środkową część (więc tam było jej najmniej).
Resztę oddałam Mamie. Stwierdziła, że pewnie smakować może "bo takie czekoladowe", ale stwierdziła też, że "a pod koniec się aż jakby słono robi". Czyżby ona tak chemię odebrała?


ocena: 5/10
kupiłam: Lewiatan
cena: 0,79 zł (za 35g)
kaloryczność: 466 kcal / 100g; sztuka (35g) - 163,5 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej roślinny (palmowy, słonecznikowy, bawełniany, rzepakowy), mąka pszenna, syrop glukozowo-fruktozowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko w proszku, serwatka w proszku (z mleka), jajka, kakao w proszku, substancja utrzymująca wilgoć (glicerol), monohydrat laktozy, sól, skrobia modyfikowana, emulgatory (lecytyna słonecznikowa, mono i diglicerydy kwasów tłuszczowych, polirycynooleinian poliglicerolu), stabilizatory (cytrynian trójwapniowy, cytrynian trisodowy, polifosforan potasu), substancja zagęszczająca (pektyna, guma ksantanowa), konserwant (kwas sorbowy), aromat (wanilina), substancje spulchniająca (kwaśny pirofosforan sodu, wodorowęglan sodu), masło, regulator kwasowości (kwasek cytrynowy, wodorowęglan sodu)

------------
Aktualizacja z dnia: 23.10.2022 - ku przestrodze


ETI Browni "ciasto w polewie czekoladowej (33%) z kremowym nadzieniem (14%)"; ja bym powiedziała, że "biszkopt czekoladowy w polewie czekoladowej z nadzieniem kakaowym", przy czym czekolada ciemna i zawiera 52 % kakao; a mleczna 29%, a masy mlecznej 26%, czyli to samo, co wyżej zrecenzowane Adicto, acz z małymi zmianami w kwestii zawartości mas.

Dawno, dawno temu Mama kupiła sobie "browni" tej marki, myśląc, że opakowanie 200g zawiera ciastka lub małe batoniki. Jakże się zdziwiła, gdy po otwarciu trafiła na ciasto z sosem w foliowej tubce. Smakowało jej, ale nie przekonała forma. Gdy więc znalazły to coś w Lidlu, pomyślałyśmy, że może to jakaś tam mini wersja tego. Albo coś podobnego, a nowego. Odkładałyśmy chyba ze dwa razy, ale w końcu kupiłyśmy nie wiedząc jeszcze, czy dla niej, czy dla mnie. Myślałam, że dla niej, ale... naszła mnie pewna dzika myśl: że porówna Browni z wafelkiem Fame (to było jeszcze przed otwarciem Fame, ale już gdy go miałam - na recenzję przyjdzie długo czekać). Z błędu wyprowadziła mnie jednak Pani_Chrup. Gdy dowiedziałam się, że to taniocha, która w moim odczuciu jest niewarta uwagi, jedzenia, czyli Eti Adictio z nieco zmienionym składem, oddałam Mamie. Stwierdziłyśmy jednak, że ku pamięci dopiszę jakąś aktualizację na podstawie jej opinii, czy coś się zmieniło. Wyszło jednak tak, że otwartej "nowości" nawet nie widziałam, bo Mama zapomniała, że chcę zdjęcia do aktualizacji i zjadła któregoś wieczoru, mówiąc mi o tym dopiero dwa dni później. Całą sesję tego tworu zobaczyć można u Pani_Chrup.

Opinia Mamy: "Takie to nijakie, ja nie widzę sensu, by coś takiego jeść. Nie jest jednak złe, by tam się zaraz bać, jak ktoś lubi takie tanie rzeczy, to może mu nawet posmakuje, ale dla mnie to nudne po prostu. Tym razem nawet mi specjalnie chemiczne się to nie wydało, ale tak, to to samo."

Widać minimalne zmiany składu nie wpłynęły na ogół - produkt niewarty uwagi, więc producent robi, co może (zmiana nazwy i opakowania), by ją przyciągnąć.

kupiłam: Lidl
cena: 1,39 zł (za 35g)
kaloryczność: 441 kcal / 100g; sztuka (35g) - 154 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, oleje roślinny (palmowy, słonecznikowy, bawełniany, rzepakowy), jaja, mąka pszenna, miazga kakaowa, syrop cukru inwertowanego, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, serwatka w proszku (z mleka), substancje utrzymujące wilgoć (glicerol, sorbitole), kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, monohydrat laktozy, emulgatory (mono i diglicerydy kwasów tłuszczowych, estry kwasów tłuszczowych i poliglicerolu, lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu), sól, odtłuszczone mleko w proszku, substancje zagęszczające (pektyny, guma ksantanowa), konserwant (kwas sorbowy), substancje spulchniające (difosforany, wodorowęglan sodu), aromat (wanilina), stabilizatory (cytrynian triwapniowy, cytrynian trisodowy), masło, regulator kwasowości (kwas cytrynowy