Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roshen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roshen. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 lutego 2021

baton Roshen TidBit Milk Chocolate & Cherry Brownie

Kiedy dostrzegłam trzy nowości na półce (o istnieniu jeszcze jednego smaku nie wiedziałam albo wszedł później), z których napis "brownie" aż do mnie krzyczał, a grafika przyciągała wzrok żywą czerwienią, seledynem czy żółcią, wiedziałam, że kupię choć jedną "małą tabliczkę". Gdy sięgnęłam po nie... okazały się nie do końca tym, za co je wzięłam. Nie wiem, dlaczego leżały w czekoladach - wprawdzie nalepka z tłumaczeniem informuje, że to czekolada, ale... ja bym raczej powiedziała, że bliżej temu do batona albo miniciasta. Było jednak już za późno, bo wizja plebejskiego tworu a'la nadziewańce Zottera w wariancie brownie z sosem wiśniowym do mnie przemówiła. I... jakoś umknął mojej uwadze fakt, że to bardzo, bardzo nielubiany Roshen (nie wiem, jak to możliwe! - może mi się jakoś papierek zagiął?). Na szczęście, w sklepie nie straciłam głowy na tyle, by nie zerknąć na skład i cenę. Po nich stwierdziłam, że nie ma co ryzykować i wzięłam tylko jeden smak, potencjalnie najbardziej w moim guście. Chociaż... też nie wiem, czy dobrze wybrałam, bo mimo że wiśnie to zdecydowanie jedne z moich ulubionych świeżych surowych owoców, to słodycze wiśniowe często przegrywają z cytrusowymi - mam na myśli efekt. Mało tego! Byłam pewna, że to czekolada ciemna, nie mleczna - ta druga ni jak mi do brownie nie pasuje.


Roshen TidBit Milk Chocolate & Cherry Brownie to oblany mleczną czekoladą (o zawartości 34% kakao) baton z biszkoptem kakaowym (13,8%) i galaretką o smaku wiśniowym (40%), stylizowany na wiśniowe brownie.

Od razu po otwarciu poczułam cukrowo-słodki zapach kojarzący się z ciastkami typu Delicje, a należący do galaretki wiśniowej i słodkiego, pszenicznego biszkoptu. Była to bombonierkowa kompozycja, skąpana w taniej, mlecznoczekoladowej polewie. Mimo że przesłodzone jak tylko się da, nie było to sztuczne czy odpychające.

Czekolada na tworze wydała mi się plastikowo-polewowa, ale nie miękka. Nawet lekko pykała i pękała przy łamaniu. Cechowała ją pewna miękkawość, wychodząca na jaw zwłaszcza przy podziale, kiedy lekko wgniatała się w miękką galaretkę. Jej spora ilość (pokaźna zwłaszcza na wierzchu) skrywała trochę kruszący się, suchawy biszkopt i zwarto-miękką galaretkę.
W trakcie jedzenia okazało się, że czekolada była tłusta i plastikowo-polewowa, ulepkowata. Rozpływała się w miarę szybko, a jednocześnie bez polotu, nieco opornie i niezbyt przyjemnie. Grubsza warstwa wierzchu zalegała przylepiona do galaretki dość długo. Maziście-tłusta, wydała się lekko i niepozytywnie proszkowo-szorstka. Suchy biszkopt miękł i nasiąkał, zmieniając się w gęsto-miękką, zapychającą papkę, która jednak znikała dość prędko. Galaretka z kolei okazała się tworem gęstym i początkowo twardawym, ale głównie gibkim i rozpuszczającym się bardzo powoli, choć jakby raczej łatwo. Całość bardzo kojarzyła się z ciastkami typu Delicje. Tylko że cierpiącymi na brak konsekwentności.

Czekolada w smaku to ogrom cukru, ale też wyraziste mleko. Niestety nie obyło się bez sztucznie-polewowej naleciałości, ale ta w całokształcie aż tak nie przeszkadzała. Maślano-mleczny smak wyszedł więc całkiem wyraziście i nie aż tak tanio. Dość długo dominował.

Galaretka odezwała się bardzo szybko, dołączając do czekolady bombonierkowo-słodziaśny, wiśniowy smak. Podbiła cukier i galaretkową cukierkowość. Wyszła sztucznie, ale nienapastliwie. Z czasem wprowadziła lekki "czerwony kwasek" i jeszcze więcej cukru. Smakowała przede wszystkim przesłodzoną galaretką wiśniową, ale też kojarzyła się z tanią bombonierką wiśniową. Bardzo słodziutką i "złudnie alkoholową za sprawą słodyczy" (wzięłam w cudzysłów, bo mimo że tak to odebrałam, w składzie alkohol autentycznie jest).

Taniość podkreślił biszkopt, ogólnie niewiele wnoszący. Sam w sobie był słodki, ale nie jakoś wyjątkowo. Nie powiedziałabym, że był specjalnie kakaowy, może delikatnie... Głównie zwyczajnie biszkoptowo-pszeniczny. Wydał mi się dość w tym mdławy, a im wilgotniejszy tym bardziej wpisujący się w czekoladę.

Po przebiciu się środka mleczna czekolada wyszła jeszcze bardziej tandetnie, jak figurka czekoladopodobna.

W posmaku zaś została cukierkowa sztuczność wiśni, ogólna cukrowość i posmak jak po jaffa cakes, czyli po prostu galaretkowo-biszkoptowy. Miałam też poczucie zatłuszczenia i zalepienia, a jednocześnie przypchania suchawą papką.

To tani, delicjowaty baton i tyle. Brownie? Nie powiedziałabym, chyba że na wygląd.
Resztę oddałam Mamie, sama zjadwszy... niewiele. Ponoć od początku do końca się zastanawiała, czy w ogóle jeść, ale w końcu zjadła, bo "taka ciekawostka, fajne to na raz, takie inne. I ta wiśnia słodka dobra, no biszkopt... ciekawe, tylko że galaretka jakaś dziwnie twarda, a czekolada mogłaby być lepsza, bo tak to między czekoladą, a polewą, no ale fajne. Na pewno lepsze niż Delicje Wedla, ale że brownie to nie powiedziałabym".


ocena: 4/10
kupiłam: Carrefour
cena: 1,99 zł (za 70g)
kaloryczność: 430 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna 45,6% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku 17%, miazga kakaowa, emulgatory: lecytyny sojowe, E476; aromat: wanilina), cukier, syrop glukozowy, pasteryzowana masa jajowa, mąka pszenna, substancja żelująca: pektyna, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 0,8%, substancje utrzymujące wilgoć (sorbitol, glicerol), olej palmowy, zagęszczony sok wiśniowy 0,4%, regulatory kwasowości (kwas mlekowy, kwas cytrynowy), alkohol etylowy, mieszanka emulgująca (skrobia pszenna, serwatka w proszku, emulgator E475, sól, substancje spulchniające: E450i, proszek do pieczenia), aromaty, barwnik (antocyjany), sól, proszek do pieczenia

piątek, 2 października 2020

Roshen Classic Dark Chocolate Sesame ciemna 53 % z sezamem

Nie myślałam, że po wstrętnych nugatach tej marki, jeszcze jakaś jej propozycja pojawi się na moim blogu. Co jednak niedosyt czekolad z sezamem robi z człowiekiem... Z desperacji ją kupiłam... Liczyłam... sama nie wiem na co. Na coś znośnego na uczelnie? Chyba tak. I na swoją obronę dodam jeszcze, że kupiłam ją przed spróbowaniem wspomnianych obrzydlistw (aczkolwiek nikt mi jej otwierać nie kazał).


Roshen Classic Dark Chocolate Sesame to ciemna czekolada o zawartości 53 % kakao z sezamem.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach tanio-słodkiej czekolady, w której przewijało się kakao rodem z polewy budżetowego ciasta. Delikatny sezam, który się spod tego przebijał, podszepnął orzechową sugestię. To akurat wyszło na plus.

Już w dotyku tabliczka wydała mi się plastelinowa i być może tłusta, choć była matowa i sucha. Łamała się z głośnym trzaskiem dzięki twardości. Ziarenka sezamu zupełnie się jej nie trzymały, wyskakiwały przy każdej możliwej okazji.
W ustach rozpływała się nieprzyjemnie. Cechowała ją śliskość, nawet nie tyle tłustość. Długo zachowywała zwartość, jakby nie miała zamiaru się rozpływać. A jak już do tego doszło, przypominała plastelinę. Wyszła raczej gładko, jeśli o bazę chodzi; miękła, a dodatek zrobił z niej nieprzyjemny ulepek-zlepek.
Sam sezam jednak okazał się zacny. Chrupiąco-strzelający, leciuteńko podprażony, niemal świeży był po prostu sobą. Świeżo-miękki zachwycał, ale dopiero, jak paskudna baza zniknęła, a przecież nie o to chodzi.

W smaku od początku czułam czekoladowe ciasto (murzynek?) z tłuszczową polewą o smaku kakałkowym tłuszczowym i bardzo słodkim. Słodycz była drażniąca i sztuczna. Ulotna cierpkość wyszła tanio, kojarzyła się z co najwyżej kartonowymi płatkami zbożowymi i nie dała też rady przezwyciężyć za wysokiej słodyczy. Ta była cukrowa i dziwna, że aż w pewnym momencie przywiodła na myśl likier.

Motyw "orzechowawy" cały czas był w tle, jednak dopiero po paru chwilach jakby wmieszał się w resztę. Wemknęła się dzięki niemu palona nuta, po której swoją delikatną goryczką wkroczył sezam. Wydał mi się bardzo świeży, pokazując po chwili swoją naturalną słodycz.

Niestety jednak otaczała go polewowa i coraz bardziej maślano-tłuszczowa czekolada. Nierozgryzany przy niej umykał.

Ciamkany / rozgryzany dominował, więc zwłaszcza końcówka robiła się znośna. Sezam serwował pełnię swego smaku - z racji jego naturalnej słodyczy powiedziałabym, że dodali świeży, lecz był w nim motyw sugerujący leciuteńkie prażenie. 

W posmaku pozostał głównie naturalnie słodki sezam oraz tandetna, przesłodzona i łagodna ciemna... czekolado-polewa. Bez niczego wyjątkowo obrzydliwego, ale też nic, co chciałabym czuć w ustach dłużej.

Całość była kiepska, skoro tylko dodatek wyszedł smacznie... A to i tak... Sezam trudno jest zepsuć, gdy prawie nic się z nim nie robi, więc tu nawet nie ma za co producenta chwalić, bo... dodał go tak, że czekoladowa baza tylko mu przeszkadzała. Ani na strukturę, ani na smak nie wyszła dobrze. Za słodka i tania, o strukturze już nawet nie chce mi się pisać... To idealny przykład czegoś, czego nie chce się dalej jeść już po kęsie (acz dla recenzji kostkę zjadłam, wow).


ocena: 4/10
kupiłam: Auchan
cena: 2,99 zł (za 90g)
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, sezam prażony 10%, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, lecytyna sojowa, wanilina

środa, 22 stycznia 2020

Roshen Coconut Nougat mleczna z nugatem kokosowym

Na koniec przygody z nugatową serią Roshen, zostawiłam sobie wariant, który obstawiałam, że będzie najlepszy. Akurat kokosowi wybaczam, gdy wychodzi bardziej cukrowo; uważam nawet, że czasem przesłodzenie mu pasuje. Niestety, Magnetic Czekolada deserowa z nadzieniem kokosowym poziomem słodyczy mnie wykończyła. Pomyślałam przy niej jednak, że to kontrast - cukrowość przy ciemnej bardziej mi doskwiera. W mlecznych / białych jest bardziej zrozumiała. A na kokosowe nadzienia patrzę z optymizmem - mniejszy z nimi problem, niż z wiórkami, które bardzo lubię, ale... przeważnie albo narzekam, że mi ich za dużo (efekt zlepka), albo za mało ("to tam są wiórki?").


Roshen Coconut Nougat Milk Chocolate to mleczna czekolada o zawartości 34 % kakao nadziewana nugatem kokosowym z wiórkami.

Po otwarciu poczułam przyjemny zapach aromatu kokosowego, któremu do apetyczności było dość daleko (miałam kiedyś szampon tak pachnący - zapach cudny, tylko że... dla szamponu; perspektywa, że mam to zjeść była średnia). Na szczęście jednak wkomponował się w mocno mleczną i cukrową toń. Kokos podkreślił w czekoladzie także lekką kakałkowość. Dopiero gdy to wszystko po czasie jakoś tam się przemieszało, można mówić o jakiejś apetyczności.

Lepko-tłusta, nieulepkowata tabliczka przy łamaniu nawet lekko pyknęła. Grube warstwy czekolady stały za konkretnością, nadzienie zaś... jakby starało się im dorównać. Częściowo zwarte, i tak wyszło raczej miękkawo-rwąco.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, zalepiając kremową mazią na dłużej i odsłaniając kulkująco-grudkujący się nugat. Robił to w oparciu o kokosowe drobinki i wiórki, których było bardzo mało, ale też samoistnie. Zalegał znacznie dłużej niż czekolada. Wydał mi się piankowo-ciągnący oraz gumiasto-ciężki jak środek utwardzonego Milky Waya.
Wiórki to pojedyncze elementy do chrupnięcia - bardzo mocno uprażone na twardo-chrupko. Dzięki tym chrupiąco-trzeszczącym elementom, środek nie kojarzył się aż tak bardzo z gumą do żucia, co dwa pozostałe smaki.

W smaku czekolada uderzyła mieszaniną mleka i cukru, w której szybko zaznaczył się bardziej kakałkowy motyw, zakreślony przez aromat kokosowy.

Sztuczność odezwała się szybko, ale raczej pobrzmiewała, nie atakowała. Kokos popłynął na mleczno-czekoladowej fali. Cukier wtórował temu wszystkiemu, tworząc pudrowo-piankowy klimat. Sztuczna słodycz była jakby smakiem (bezsmakiem?) wiodącym. Mleko znów nie wydało mi się przez to zbyt głębokie, ale wyraźne. Smak kokosa był nie do pomylenia, ale nie przewodził. Raczej z aromatu, znalazł się na granicy "spożywczości". Przy wiórkach wzrastał, ale z chęcią odbiegał też w mydlaną stronę. Chwilami pojawiały się zapowiedzi kwasku, lecz nie przebiły się.
Ogólnie pudrowo-mleczny, piankowy wręcz, kokos wraz z cukrowo-mleczną, dziecięco kakałkową czekoladą zabiegały o swoje względy bardziej widowiskowo. Obudziły skojarzenie z Bountym... a dokładniej jego mdłej hybrydy z Milky Wayem.

W posmaku pozostała dziwna, mdła słodycz, pudrowo-mydlana mleczność i sztuczny kokos zestawiony ze smakiem mlecznej czekolady.

Bounty'owaty Milky Way w formie tabliczki - tak to widzę. Do bólu słodki, do bólu piankowo-zalepiający i... taki, którego pewnie można pokochać... a od którego mnie odrzucało. Poziom cukrowości zdecydowanie za wysoki, a Milky Waya od zawsze po prostu nienawidziłam. W dodatku mało to realnie kokosowe. Dobrze jednak, że czekoladę też czuć, a nadzienie mimo iż sztuczne, to nie wściekle wgryzające się w jęzor. W łaski niestety też nie.
Niesmaczna według mnie, ale najlepsza w mych oczach z trójki próbowanych nugatowych Roshen. Mdła, gdy chodzi o kokosa, dość sztuczna i cukierkowa, kiepska, ale na szczęście nie jak nadziana gumą do żucia.
Drugi kęs zrobiłam z trudem... Reszta trafiła tradycyjnie do Mamy i... najpierw smakowała jej mniej niż jagodowa. A byłam ciekawa, która u niej wygra, bo Mama uwielbia wszystko, co jagodowe i kokosowe. Tu jednak usłyszałam, że mimo że słodka i w ogóle, to niestety według niej za mało kokosowa i "tak tę czekoladę już bardziej czuć". Zaznaczę, że u Mamy coś kokosowego = wypchanego wiórkami po brzegi. Raz, drugi podjadła (dostała wszystkie trzy hurtowo) i uznała, że jednak "taka słodka, najmniej sztuczna... najlepsza jednak". Ha!

PS Przy Ehrmann High Protein Caramel Pudding pisałam o wizji z dzieciństwa - karmelowy Milky Way? Teraz wiem, że to by i tak nie przeszło, acz w tę serię by się wpasowało i dziwię się, że takiego smaku nie ma. A co z pomarańczową i miętową tabliczką? Mnie nie kręcą, ale po tych trzech obstawiam, że poziom całej serii jest wyrównany - jak ktoś lubi takie rzeczy...


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 2,99 zł (za 90 g)
kaloryczność: 480 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: nugat kokosowy (syrop, cukier, olej palmowy, serwatka w proszku, prażone wiórki kokosowe 4,5%, białka jaj w proszku, substancja utrzymująca wilgoć: syrop sorbitolowy; mleko odtłuszczone w proszku, aromat, lecytyna sojowa), cukier, tłuszcz kakaowe, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; aromat waniliowy.

czwartek, 16 stycznia 2020

Roshen Blueberry Nougat mleczna z nugatem jagodowym

"Jagodowy nugat" brzmi według mnie dziwnie, bo nugat od razu kojarzy mi się z czymś orzechowym. W Wikipedii o nugacie przeczytamy: "Rodzaj deseru, składającego się z masy z syropu gotowanego z miodem, wymieszanej z siekanymi orzechami lub migdałami oraz pianą ubitą z białek". Logiczna byłaby więc mieszanka orzechów i jagód, ale nie - w Roshen są tylko owoce. Tak sobie dywagując nad tabliczką zorientowałam się, że nadzienia tej serii są właśnie nugatami - tylko czy z prawdziwego zdarzenia? Ja się nie znam, a składy... Widzę tylko, że kiepskich składników sporo, a tytułowych dodatków śmiesznie mało. Donikąd mnie to nie doprowadziło, więc jedyny posiadany owocowy smak wybrałam na "środkowy" - bo nie wiedziałam, czego się spodziewać.


Roshen Blueberry Nougat Milk Chocolate to czekolada mleczna o zawartości  34 % kakao nadziewana nugatem jagodowym.

Od chwili otwarcia nad tabliczką unosiła się intensywna mieszanka słodkich jagód z soczystą kwasowością oraz cukrowo-mlecznej czekolady. Miało to dziecięcy, cukierkowy wydźwięk. Przerysowane, ale w sumie tylko częściowo sztucznie.

Lepko-tłusta, ale nie uleko-topiąca się tabliczka wydała mi się konkretna, ale już przy łamaniu wyszło, że się myliłam. O ile czekolada - normalka, z racji grubości w miarę twardawa, tak środek... Rwał się bardziej niż wersja orzechowa. Cechowała go silna miękkość i plastyczność. Można go z łatwością formować w kulki, choć znacząco się lepił.
W ustach tłusta czekolada rozpływała się na mazisto-zalepiający, gładko-gęsty krem, a nadzienie wyciskało się spod niej bardzo szybko. Rozpuszczało się trochę w soczysty sposób, ale w dużej mierze zalegało jako lepiące się grudko-kulki z pianki (?). Odebrałam je jako rozrzedzono-roztrzepane i trochę jak rozpuszczalna guma do żucia, trochę scukrzone.

W smaku czekolada uderzała harmonią mleka i cukru, co miało niemal dziecięcy wydźwięk. Intensywna i wręcz błoga, szybko zyskała cukierkowy posmak (przesiąkła nadzieniem), który przełożył się na skojarzenie z kulkami / jajkami, czekoladkami itp. z bladoróżowym nadzieniem.

To poprzez cukierkowość, lekką pudrowość do gry zakradało się nadzienie. Dość szybko tchnęło nutę jagód, by następnie podkreślić cukierkowo-jagodowy motyw. Słodziaśne jagódki były nakręcane przez lekką, cukierkową kwaśność. Ta w pewnej chwili mignęła mi cytryną, owocowymi landrynkami i gumami rozpuszczalnymi (normalnie Mamba w czekoladzie) niereprezentującymi konkretnych owoców. Mniej więcej w połowie pomyślałam o lodach wodnych o smaku jagód lub owoców leśnych - to skojarzenie było najsilniejsze (mało intensywna wersja Kolorków?). Nadzienie było więc lekko soczyste w sposób słodko-kwaśny i owocowy, ale...poprzez te cukierkowość / pudrowość...

Równie znacząco pudrowo-piankowo-mleczne. Mleko wydało mi się tu stłamszone, ale wyraźne. Zabarwione cukrowo-cukierkowym smakiem, który jednak nie był wściekle napastliwy. Nieprzyjemnie chemiczny, ale nie aż tak gryzący. Cukierkowo-jagodowe mleko? Jagodowo-cukierkowy Milky Way?

Otoczony cukrowo słodką, mleczną, ale schodzącą na daleki plan czekoladą, nugat prawie zupełnie ją zagłuszał, acz robił to na spokojnie, bez kontrastu czy przepaści.

Po wszystkim pozostał "słodki kwasek" jagódkowych lodów / gumo-cukierków, ewidentnie podkręcona soczystość, chemiczna cukierkowość i po prostu przesłodzenie. To ostatnie brało się bardziej z tej mlecznej, czekoladkowej wręcz części.

Nie mogę powiedzieć, by mi to smakowało, jednak tabliczkę uważam za bardziej zgraną niż orzechowa. Ok, u mnie nadzienie nugatowe na starcie wygrywa z owocowym, ale o ile sztuczna cukierkowość ni jak nie pasuje do orzecha (orzechowa guma balonowa?), tak z jagodowym smakiem była spójniejsza. Wciąż przecukrzona i odpychająca, piankowa, ale... ot. Mleczny, jagódkowy Milky Way? Taak, myślę, że to znajdzie amatorów.
Mi jednak ta roztrzepana, lepiszcza piankowość i cukier, a także fakt, iż czekolada straciła na znaczeniu, bardzo przeszkadzały. Jakbym jadła jagodowe lody wodne w formie Milky Waya? Miękko-ciągnące, wręcz gumiaste nadzienie też uważam za jedne z gorszych, na jakie można trafić. Odruch wymiotny już po kęsie (a zmusiłam się do dwóch).
Reszta trafiła do Mamy, która wprawdzie przyznała, że "rzeczywiście już trochę pod gumę podchodzi", ale... i tak jej smakowała. "Nie taka słodka. Tak te owoce, soczysty, rześki kwasek tak fajnie wszystko przełamał, bardzo smaczna." Później jej entuzjazm trochę osłabł, ale odebrała ją znacznie lepiej ode mnie.


ocena: 1/10
kupiłam: internet
cena: 2,99 zł (za 90g)
kaloryczność: 470 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: nugat jagodowy (syrop, cukier, olej palmowy, serwatka w proszku, białka jaj w proszku, substancja utrzymująca wilgoć: syrop sorbitolowy; zagęszczony sok jagodowy 1%, mleko odtłuszczone w proszku, aromat, barwniki: E163, E132; regulatory kwasowości: E296, E330, E297; lecytyna sojowa), cukier, tłuszcz kakaowe, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; aromat waniliowy.

niedziela, 12 stycznia 2020

Roshen Hazelnut Nougat mleczna z nugatem orzechowym

Odkryłam, że jakoś nie kręcą mnie na ten moment nadziewane tabliczki. Umiem docenić, ale, co wyszło przy Cote D'Or Praline Dessert 58, dłuższe relacje z takowymi mnie nie interesują. Jako że wspomniana była naprawdę ciekawa (ale przez słodycz i miękkość - na jedno podejście), lecz to wciąż orzechowa nadziewana, toteż właśnie od orzechowej propozycji postanowiłam rozpocząć przygodę z nadziewanymi Roshen. Takie tam, przejście - bo raczej nie seria. A tymi się zainteresowałam, bo i tak miałam jakieś słodycze dla Mamy kupić i wyszłam z założenia, że jak mi nie posmakują, będą dla niej. Czy była szansa, że jednak skończą u mnie? Dotąd jedzone Rosheny (wszystkie ciemne) nie zdobyły mojego serca, ale uważam je za "od biedy w porządku". Pomyślałam, że może mleczne trudniej zepsuć, że taniość w nadziewanych aż tak mi nie będzie przeszkadzać, jak w ciemnych. Po zawodzie, jakim był Lindt Creation Pistachio Delight, próbowałam nawet nie liczyć na to, że te tabliczki będą wyglądać jak Zottery, ale przy otwarciu okazało się, że... owszem, dostałam, co chciałam!


Roshen Hazelnut Nougat Milk Chocolate to czekolada mleczna o zawartości  34 % kakao nadziewana nugatem z orzechów laskowych.

Po otwarciu poczułam zaskakująco przyjemnie-uroczy orzechowy zapach wymieszany z mlekiem i wyrazistą czekoladą mleczną. Wysoka słodycz kompozycji przywodziła na myśl białe Kinder Bueno z nutką kakao. Odrobinka sztuczności nie przeszkadzała.

Tabliczka wydała mi się nieco lepko-proszkowa, ale nie ulepkowata. Konkretna, mimo że trzasku przy łamaniu nie uświadczyłam. Jej twardawość wynikała z grubości wierzchniej warstwy czekolady. Nadzienie wydało mi się dość zwarte, ale zarazem rwąco-ciągnące, trochę piankowe jak środek Milky Waya.
W ustach czekolada błyskawicznie stawała się miękką, tłustą masą, ale już rozpływała się w umiarkowanym tempie z racji tego, że robiła to w gładko-kremowy, zalepiający sposób. Wydała mi się średnio spójna z nadzieniem. Znikała szybciej, ono zaś jeszcze długo zalegało.
Wyciskało się spod niej, ale wcale tak szybko się nie rozpuszczało. Wyciskało, a zachowywało swoistą zwartość. Było niczym rolująca się pianko-gumka; mięciutka, rozpuszczalna guma do żucia. Z czasem rozchodziło się opornie na miękkie grudki. Nie było zwarte, a roztrzepane i zalepiające - dosłownie gumowy środek Milky Waya (dokładnie to, za co odkąd pamiętam nie cierpiałam tego batona + jeszcze gorszy efekt gum rozpuszczalnych).

W smaku sama czekolada uderzyła cukrem i mlekiem, co w sumie można nazwać uroczo-dziecięcym połączeniem, do którego szybko dotarła dziwna, pudrowa nuta (pomyślałam o Wedlu - od dziecka kojarzył mi się dziwnie piankowo-mleczkowo, przez co go nie toleruję, ale nie wiem, czy to nie od nadzienia).

Możliwe, że przesiąkła nadzieniem, ponieważ ono przejmowało ster już po chwili. Wytoczyło lekki, sztucznie orzechowy posmak, acz drogę otwierało sobie cukierkowo-pudrowym, nieokreślonym motywem. Szybko się zreflektowało. Pełną parą wpłynęło na mlecznej fali. Mleko gonione było przez ogrom pudrowej słodyczy. Ta rozrzedzała jego smak. Miało to dziwnie piankowo-pudrowy wydźwięk. Skojarzyło mi się z przecukrzonym Milky Wayem. Na tym sporze, albo w tej dziwacznej grze, udało się coś ugrać orzechom. Wyskoczyły bowiem z nieokreślonego motywu. Poprzez mlecznoczekoladowy smak szybko rosły. Wyraźnie czułam orzechy laskowe, mimo że był to... łagodny, sztuczny aromat. Mleczno-pudrowa, tak słodka że aż rozmyta, toń znów podsunęła mi na myśl Kinder Bueno, takie "oprószone kakałkiem" z racji czekoladowości.
Sztuczność jednak ze swego uchwytu nie wypuszczała orzechów, co odebrałam jako... dziwnie balonowogumowe laskowce, takie nienaturalnie cukierkowe i piankowe.

Końcówka była mleczno-pudrowa, orzechowa i sztuczna. I to nie sztuczna w sposób nachalny czy powalający, w sensie że mocny, a dziwnie... irytująco-przenikliwy, wszechobecny.

Po każdym kęsie pozostawało poczucie przecukrzenia i sztucznego zasłodzenia, ale też po prostu pudrowa nugatowość i mleko. Uparcie trzymało się to skojarzenia z kinderbuenowym, a więc słodko-mleczno-orzechowym Milky Wayem.

Tym, którzy znają mnie trochę lepiej, nie muszę wyjaśniać więc, że mimo iż być może brzmi to dobrze (?) i siląc się na obiektywność muszę przyznać, że chyba może smakować, tak mnie odrzucało, obrzydzało, że... no cóż, za wiele nie zjadłam.
Otóż postrzegam to jako kiepską czekoladę z obrzydliwie gumiasto-piankowym, zalepiającym nadzieniem o sztucznym, cukierkowo-przecukrzonym smaku. Mleko i orzechy to duet przyjemny, jednak przez cukierkowość, nabrał karykaturalnego wydźwięku gumy balonowej. To wręcz metaliczny, sztuczny orzech laskowy, choć w kwestii smakowej może jeszcze do zniesienia, ale... Fu. Być może akurat sama chemiczność wydała mi się względnie aż tak okropna z racji tego, jak podła była reszta.
To dziwna tabliczka. Wydaje mi się jedną z tych, które albo zachwycają albo obrzydzają. Nie wydaje mi się jednak, by negatywny odbiór powodowany był tylko moim gustem i wybrednością, bo patrząc na skład (a dokładnie przestudiowałam go dopiero po degustacji), można nabawić się bólu głowy.
Odrzucało po kęsie, do drugiego się zmusiłam (bez przesady, trzeba mieć podstawy do pisania recenzji).
Resztę oddałam Mamie. Stwierdziła: "Nigdy czegoś takiego nie jadłam. To nadzienie tak długo zostaje... ale to chyba dobrze. Orzecha czuć, słodkie... I czekolada, mm, taka słodka! Dobre." - wszystko to kiwając głową z uznaniem. Dodała: "tylko ten orzech chyba trochę sztuczny" oraz z nadzieją: "dla ciebie za słodkie, prawda?". Jej smakowała, konsystencja jej odpowiadała (przypomniała: "No wiesz, ja lubiłam Milky Waye"). Uznała, że jest "dziwna, ale na plus". Potwierdziło się: albo przeraża, albo zachwyca.


ocena: 2/10
kupiłam: internet
cena: 2,99 zł (za 90g)
kaloryczność: 470 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 55 % nugat orzechowy (syrop*, cukier, olej palmowy, serwatka w proszku, miazga z orzechów laskowych 3,4%, substancja utrzymująca wilgoć: syrop sorbitolowy; białka jaj w proszku, mleko odtłuszczone w proszku, lecytyna sojowa), cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; aromat waniliowy
*"syrop" - nie ma nic więcej; nie wiem, jak wyglądają normy w.s. jawności składu na Ukrainie

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Roshen 56 % Dark Chocolate with Blueberries and Cookies ciemna z borówkami i ciastkami

Zazwyczaj omijam rzeczy z borówkami amerykańskimi, bo są mi za słodkie. Te owoce nawet solo nie robią na mnie wrażenia, ale zdarza się, że spojrzę na jakiś produkt i powiem: o, tutaj rzeczywiście pasują! Zobaczywszy ciastka Tivoli Delicious Cookies Exclusive Blueberry & Coconut od razu pomyślałam, że to właśnie świetne połączenie. Mniejsza o to, jak wyszły, ale właśnie ciastka z jagodami brzmią fajnie (pomijam, że jestem nieciastkowa - omawiam pomysły). Po paru czekoladach Roshen mam do marki tej obojętny stosunek, ale tak się złożyło, że czekała mnie ostatnia tabliczka. Liczyłam, że akurat będzie smaczna - te ukraińskie czekolady wydają mi się właśnie dobre pod dodatki. Jako że są raczej delikatne - pod delikatne dodatki jak znalazł! Chyba.


Roshen Premium Quality Delicious True Dark Chocolate 56 % with Blueberries and Cookies to ciemna czekolada o zawartości 56 % kakao z borówkami amerykańskimi (jagodami?) i ciasteczkami.

Gdy tylko zabrałam się za sreberko, a już w ogóle po przełamaniu czekolady i zbliżeniu się, poczułam zapach galaretkowato-jagodowy. Był bardzo wyrazisty, słodki i soczysty. Połączył naturalność i taką nutę "podsłodzenia" (kandyzowania / galaretkowości itd.), dając w sumie przyjemny efekt. Osnuwało go maślano-czekoladowe, niestety nieco tanie, tło.

Tabliczka okazała się bardzo twarda, acz trzaskała, jakby była pusta. W dotyku tłusta, z racji dodatków wydała mi się krucha.
W ustach rozpływała się powoli, ale bez oporu. Maślano-zbity kawałek chętnie opływał falami soczystości i tłustawości, pozostawiając na podniebieniu i języku nielepiące smugi.
Ciastek było o wiele, wiele więcej niż jagód.
Okrągłe ciastka wydały mi się chrupiące jedynie w trakcie robienia kęsa, bo tak to przyjemnie rozpływały się wraz z czekoladą. Pomogło im napowietrzono-pustawe wnętrze, mimo którego zachowały pewną tłustawość (nie były leciutkie). Tak je wtopiono, że nie dało się ich wyskubać. Wydaje mi się, że to w dużej mierze nie kulki, a połówki (dzięki czemu tak łatwo nasiąkają).
Jagody... rozczarowały mnie, bo okazały się podcukrzonym tworem początkowo nijakim, po czasie nasiąkającym i mięknącym. Gdy twardszy, cukrowy wierzch się rozpuścił, w ustach pozostawały całe owoce, które... wydały mi się jakieś użelkowione, lepiły się do zębów, odznaczając się przy tym pewną jędrnością. Odebrano im soczystość. Jedynie pesteczki i skórki przypominały, że to prawdziwe, całe owoce.

W smaku czuć wyrównaną cukrową słodycz i paloną gorzkawość kakao. W pierwszą szybko wmieszała się leciuteńka jagodowa nutka, ciągnąca za sobą bardziej waniliowato-maślany smak.

Mówienie o gorzkości byłoby nadużyciem, ponieważ gorzkawość wyszła niezwykle łagodnie. Wytrawny smak kakao cechowała głównie paloność, przy czym kojarzyła się ona z delikatną, czarną kawą. Odrobinę cierpki aspekt pobrzmiewał między nią, a jagodową nutą. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa cierpkość borówek wyłoniła się, by zaraz utonąć w cukrowo-palonej mieszaninie. Wyłapałam tu coś nieco bombonierkowego, ale nie tak w jednoznacznie negatywnym znaczeniu.

Wtedy właśnie dodatki zaczęły wyraźniej wyłaniać się spod czekolady. Rozgryzałam je blisko końca, by nie powiedzieć, że prawie na sam koniec.
Borówki w pierwszej chwili podbijały cukrowość. Słodycz więc rosła, ale zaraz jagody zrównywały się z czekoladą. Z jej palonym klimatem przyjemnie wyszła ich suszkowatość, choć była znikoma. Owoce okazały się raczej mocno podsłodzone, jakby ktoś próbował przerobić je na galaretkę (z powodzeniem). Dosłownie dwa czy trzy razy poczułam satysfakcjonująco jagodowy, naturalny smak tego owocu.

Ciastka również wpisały się w ciepły wydźwięk (paloność / pieczoność). One jednak prawie nic nie wniosły (jakbym już musiała coś o nich napisać, to widziały mi się jakoś herbatnikowo-biszkoptowo). Sprawiały głównie, że czekolada wydawała się jeszcze bardziej neutralna i maślana, łagodna. Łączyły to z kawową nutą. Na debiut decydowały się dopiero wsparte przez dominujące jagody. Wtedy jednak wychodziła i nuta taniości.

Pod koniec delikatna, maślana czekolada z kawowo-palonym charakterem podporządkowała się cukrowym jagodom, ciastka trochę rozmyły smak... Było delikatnie, cukrowo, a jednak całość w pewien sposób wydała mi się wyciszona. Z przesłodzenia i z wyrazistszego smaku.

Po zjedzeniu było jak to po słodko-maślanej, ale ciemnej czekoladzie, z posmakiem cukrowo-galaretkowatych jagódek. Tonacja kawowo-maślana, bez gorzkości, a jednak nie do końca ulepkowata i z "taniawą" wytrawnością.

Całość była niczym maślane ciastka z jagodami wcinane do delikatnej kawy przez wymalowane paniusie. Bombonierkowe spotkanie na ploteczki? Słodko, niedziecinnie, ale i bez pazurka. Niby wytrawnie, ale z groźbą, że gdzieś tam pewna tandeta się wkradła.
To wciąż smaczna kompozycja, tylko... bez charakteru. Wolałabym, gdyby to ciastka były maślane, a nie czekolada. Ciastka wyszły bowiem nijako (i w dodatku za dużo ich), a czekolada nazbyt maślanie. Gdyby zaś zrobić ją ciemniejszą... A z jagodami to miałam taki problem, że byłyby fajne, gdyby nie to, że je tak zacukrzyli.
Całkiem spoko, ale bez ochów i achów.
Przypomniała mi Lindt Excellence Blueberry Intense - ciastka chyba wydają mi się lepszym towarzyszem dla jagód, jak i dodanie całych owoców lepszym pomysłem, jednak... Niestety, Roshen ogólnie nawalił jakością (choć owocowe kawałki Lindta też nie były idealne).


 ocena: 7/10
kupiłam: odkupiłam od osoby prywatnej
cena: 5 zł (za 90 g)
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kawałki herbatników 8% (masa jajeczna, mąka pszenna, cukier, proszek do pieczenia, substancje spulchniające: E450i, E500; mąka ryżowa, aromat), jagody 4% (suszone jagody 57%, cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, olej słonecznikowy), kakao w proszku, lecytyna sojowa, aromat waniliowy

wtorek, 23 kwietnia 2019

Roshen Premium Quality Delicious True Dark Chocolate Brut 78 % ciemna

Ostatnio trafiło do mnie całkiem sporo zagranicznych plebejskich czekolad, więc postanowiłam wykopać z dna szuflady kolejną Roshen kupioną razem z Roshen Dark Bubble. Największe ukraińskie przedsiębiorstwo słodyczowe - to nie brzmiało zbyt dobrze, bo wiało masówką i cukrem. Brak satysfakcji z jedynej zjedzonej dotąd tabliczki marki też nie nastrajał pozytywnie, ale uważam, że i tym popularnym producentom, których większość próbowanych słodyczy mi nie smakuje, potrafi coś wyjść i zachwycić także mnie. Ok, ochów i achów się nie spodziewałam, ale co do tej tabliczki miałam dobre przeczucie.


Roshen Premium Quality Delicious True Dark Chocolate Brut 78 % to ciemna czekolada o zawartości 78 % kakao.

Po otwarciu rozniósł się zapach przede wszystkim mocnego palenia o kawowo-syropowych, gorzko-wytrawniejszych nutach. Po chwili dołączyła słodycz jako śmietankowo-bananowy krem. Leciutko owocowy wątek mieszał się tu z moim wyobrażeniem o słodyczach typu mleczko (np. Ptasie; nie cierpię, ale tu uszło). Wszystko to w sumie było miłe, ale nie jakoś specjalnie cudowne czy głębokie.

Tabliczka wyglądała na dość tłustą, była bardzo twarda i trzaskała w pełny sposób, co o niczym jeszcze nie przeświadczało. Była nieodgadniona.
W ustach okazała się dość zbita, gęsta. Powoli, ale z łatwością rozpływała się w gładko-kremowy sposób. Bardzo silnej tłustości (kojarzącej się trochę z czekoladami śmietankowymi) towarzyszył pyłkowy, minimalnie ściągający efekt kakao, który poprawił nieco jej odbiór.

Gdy tylko zrobiłam kęs, poczułam prostą, nie za mocną słodycz i palono-orzechową gorzkawość. Było to spokojne, ale wyraziste. Stan zawieszenia trwał, a taniość zaczęła przy tym prześlizgiwać się bezkarnie. Tandetna, słodko-kakałkowa polewa próbowała przedostać się na pierwszy plan.

Po paru chwilach jednak moją uwagę odwróciła lekko owocowa nuta z tła.
Moment ten wykorzystała palona kawa, która wypchnęła polewę daleko w tył, a sama splotła się z orzechami. Gorzkawość dojrzała do bardziej wytrawnie-gorzkiej paloności. Proste kakao i pyłkowość zasugerowały tu także jakiś syrop / sos ciemnoczekoladowy...

...którym polano bananowo-śmietankowy deser. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zwykła słodycz natrafiła na owocową sugestię i wzrosła, nabierając charakteru czegoś gęsto-esencjonalnie słodkiego. Banany i krem albo jakieś mleczko bananowe na bazie śmietanki. Do głowy przyszedł mi niestety też cukier puder (pyłkowość struktury?), kojarzący się tak... "tanio".

Jako jednak, że po tej ofensywie kawy gorzkość nie zamierzała zmarnować szansy, mieszała się z tym na wyrównanych warunkach. Końcówka była łagodna, ale gorzko-kawowa, wytrawnie kakaowa i znacząco słodka w kontekście... słodziaśnie bananowo-śmietankowym i z tanim echem.

Posmak pozostał podobny do końcówki, a więc śmietankowo-słodki, łagodny i z nutą taniości... taniej polewy kakałkowej, taniego kremu, a zarazem lekko palono-kawowy. Wydźwięk raczej neutralny, niezbyt w moim stylu, ale też nie zły.

Całość wydaje się bardzo w porządku, acz nie głęboka, wyjątkowo smakowita czy zbyt wyróżniająca się. To, że zalatywała tanią polewą mi utrudniło cieszenie się z jej pozytywnych nut, które też niewątpliwie miała. Procent kakao jest więc oszukany, ale mimo to nie smakowała drastycznie za słodko czy suchym próchnowatym kakao. Przystępna struktura mi wydała się trochę za tłusta, ale tabliczkę zjadłam. Wyszła gorzej od Lindta 70 % i lepiej od Terravity 70 % oraz 77 %.
W sumie była spoko, nie wiem, czy nie za wiele oczekuję od tej półki, toteż postanowiłam kupić nowość (w momencie pisania recenzji; w dniu publikacji jest on już zrecenzowany i czeka w kolejce wpisów do publikacji) Lindta 78 %, ale kiedyś tam (by porównać).


 ocena: 8/10
kupiłam: odkupiłam od osoby prywatnej
cena: 5 zł (za 90 g)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: w sumie kiedyś, od biedy mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, lecytyna sojowa, aromat waniliowy

PS O ile do tej, jakbym nie miała nic lepszego do wyboru, mogłabym wrócić, tak z dziką przyjemnością wróciłam ostatnio do Manufaktury Czekolady Grand Cru Ghana 70 %, przy której trafiłam na coś ciekawego. Zapraszam do aktualizacji.

środa, 20 lutego 2019

Roshen Dark Bubble Chocolate ciemna 56 % napowietrzona

O marce Roshen nie mam wyrobionego zdania, bo żadnego jej produktu nie próbowałam. Trzy różne tabliczki jednak kupiłam i miałam zamiar jakieś stanowisko zająć. Zaczęłam od chyba najdziwniejszej, a przynajmniej takiej, jakiej nigdy jeszcze nie widziałam. Miałam ochotę na czekoladę ciemną, ale lekką, więc wydawała się ok, ale... Ciemna czekolada w formie bąbelkowej? W sumie nie wiedziałam, co myśleć. Bąbelkowe wymysły nie są zbytnio w moim stylu, ale nie mówię "nie", jeśli miałby być dobrze zrobione. A skoro nawet Milka Bubbly jest spoko...


Roshen Dark Bubble Aerated Chocolate to ciemna napowietrzona czekolada o zawartości 56 % kakao.
Tabliczka to jedynie 85 g.

Po otwarciu poczułam silny zapach bardzo słodkiej, niewątpliwie ciemnej czekolady, choć zajeżdżającej trochę polewą. Kojarzyła się z syropem / sosem czekoladowym lub nawet likierem (ale tylko troszeczkę).

Łamała się z łatwością, lekko przy tym ni chrupiąc, ni trzaskając. Z racji wielu pęcherzyków powietrza, odznaczała się kruchością. W przeciwieństwie do znanych mi bąbelkowych czekolad, ta nie miała warstwy normalnej na wierzchu (chyba że dosłownie minimalną). Próbując, czy da się tam coś podważyć nożem, odkryłam, że "dzióbię w bąbelkach".
Gdy próbowałam jakoś zgryźć potencjalny wierzch, czułam dziwny efekt jakby mikroskopijnych bąbelków umiejscowionych w jakiejś kruchej i suchej grudce.
Kiedy umieściłam kawałek w ustach, potrzebował chwili by zacząć się rozpływać. Czekolada najpierw była lekko oporna. Potem rozpływała się w umiarkowanym tempie z bąbelkowym, leciutko musującym efektem. Mimo to, zakrawała o plastikowy ulepek. Nie była lekka, ale w żadnym wypadku nie była też tłusta. Pozostawiała za to suchawy efekt.

W smaku od pierwszej chwili czuć silną słodycz i kakao, kojarzące się z polewą.
Słodycz, wraz z napowietrzono-musującą strukturą trochę się oddaliła, więc na scenę wkroczyła gorzkawość.

Łagodna i zwyczajna gorzkawość należała do polewy dobrej jakości... na jakimś mocno przypieczonym kakaowym cieście. Silny bowiem był motyw palenia, który znalazł ujście w likierowo-kawowym smaku.

Słodycz nagle zasygnalizowała swoją obecność. Wkroczyła jako likier... albo raczej tylko sos czy syrop ciemnoczekoladowy... może kakaowy. Zasładzający, ale z poczuciem wytrawności. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa uderzyła cukrem, który szybko starał się załagodzić "waniliowaty" posmak.

Słodycz połączyła się z palono-gorzkawym smakiem ciasta z polewą i kakaowo-kawowych sosów / likierów, co wyszło całkiem nieźle. Smaki wyrównały się, były przystępne i wyraziste. Chwilami migała pewna ordynarność, ale z racji niecodziennej struktury, umykała.

Po czekoladzie pozostał posmak za silnej słodyczy cukru i trochę kojarzącej się z syropem / likierem czekoladowo-kawowym oraz cierpkość kakao.

Całość wyszła całkiem nieźle. Mimo że kakao miało tu bardzo prosty wydźwięk, to nie zabrakło mu gorzkawości, nie było to tanie i odtłuszczone kakao. Tabliczka wydała mi się bardziej właśnie zwyczajnie kakaowa niż ciemnoczekoladowa. Przesadna słodycz jeszcze to przemodelowała na te wszystkie likierowo-polewowe klimaty, przy czym wyłaniały się nuty "waniliowate" (nie waniliowe!) i "taniości", ale przy bąbelkowej strukturze na takie rzeczy mniej zwraca się uwagę.
Konsystencja jednak też idealna nie była. Oprócz bąbelkowości zakrawała o plastik, więc jakość uważam za taką sobie (tu zdecydowanie wygrywa Milka).
Ot, w sumie może być tak jako niewymagająca czekoladowa ciekawostka. Mi towarzyszyła w pisaniu (w przerwach, by pobudzić umysł, w czym średnio sprawdziła).
A czy takie napowietrzenie pasuje do ciemnej czekolady? Do wątpliwej jakości takiej jak ta, w sumie poniekąd tak, ale nie bardziej, niż do mlecznej.


ocena: 7/10
kupiłam: odkupiłam od osoby prywatnej
cena: 4 zł
kaloryczność: 540 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakakowa, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, lecytyna sojowa, aromat waniliowy