Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Kongo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Kongo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 czerwca 2026

Beskid Chocolate Kongo Virunga Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna

Uwielbiam czekolady z Kongo odkąd tylko je poznałam, więc ogromnie się ucieszyłam, gdy Beskid wzbogacił swoją ofertę o taką. Działają z kakao od kobiecej kooperatywy Femmes de Virunga, która od 2016 daje niezależność i umożliwia rozwój ponad 1500 kobietom. Rolniczki te uprawiają kakao Amelonado w prowincji Północne Kivu, z okolic parku narodowego Virunga. Teren gór Ruwenzori nie tylko zapewnia niesamowity smak kakao, o czym piszą na stronie Beksidu, ale niesamowicie działa na wyobraźnię. Przynajmniej moją.


Beskid Chocolate Kongo Virunga Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao Amelonado z Kongo, z prowincji Kivu Północne, z okolic Parku Narodowego Virunga.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach gliniastej gleby mieszającej się z suchymi liśćmi czarnej herbaty. Normalnie czułam się, jakbym wsadziła nos w słoiczek / puszkę z herbatą, ale też taka już zaparzona, bardzo mocna przewijała się wśród tych wszystkich nut. Oprócz bowiem stabilnej bazy ziemi i herbaty, wystąpiło tu - acz zdecydowanie jako łagodne tło - całkiem sporo owoców i słodyczy, zgranych w jedno w nieoczywisty splot. Do głowy przyszła mi nieco jakby budyniowo-waniliowa cherimoya oraz banan, ukrywający cierpkawe zapędy karamboli i miechunki. A żeby nie było za słodko i za owocowo, poważniejszą herbatę podkreślało trochę ziół, w tym chyba rozmaryn.

Tabliczka ogólnie obiecywała masywność, a dotyk sugerował pylistość. Podczas łamania trzaskała głośno, właśnie w masywny sposób.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, długo utrzymując kształt. Była maziście kremowa, a także nie mniej soczysta. Wszystko to wydało mi się bardzo wyważone. Na samym końcu pojawiała się jeszcze lekką, jakby suchą cierpkość.

W smaku pierwszą poczułam słodycz rześkiego owocu i budyniu, układających się w niecodzienny, ale dość jednoznaczny motyw cherimoyi. Właśnie słodko-waniliowo smakującego owocu. Dołączył do niego banan, a słodycz już bez najmniejszych problemów zajęła wysoki poziom. Przez ułamek sekundy banan sprawiał wrażenie cierpkawego...

Na scenę spokojnie wkroczyła czarna herbata. I to właśnie ona okazała się nieść tę cierpkość. Mimo że była delikatna, może dopiero co zaparzająca się, a więc dopiero nabierająca mocy. Wprowadziła lekką gorzkość, która zasugerowała słodyczy, że to nie ona ma być gwiazdą.

Po szybkim wzroście do wysokiego poziomu, słodycz uspokoiła się i potem już tak nie gnała. A nawet leciutko osłabła, wycofując swe owocowe nuty na tyły. Tam pobrzmiewała słodkim, egzotycznie-żółtym echem. Może z jakąś odrobinką zagubionej, niepewnej siebie cierpkości.

Czarna herbata zaczęła się nasilać. Ta zaparzona dodała kompozycji trochę ciepła, ale moje myśli zajmowały głównie suche, poskręcane ciemne liście naprawdę wyrazistej herbaty. Czarnej, szlachetnie gorzkiej. Gorzkość wydała mi się władcza, a to, że znacząco osłabiła słodycz, upewniło mnie w tym wrażeniu. W tle chyba zaznaczyło się trochę ziemi.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do liści czarnej herbaty dołączył motyw drzew i drewna. Drewna łagodniejszego, jasnego i... ciepło-orientalnego?

Obok gorzkości narastał nieco łagodzący, ale niedookreślony motyw. Po jasnym drewnie przybył krem orzechowy... orzechowo-kokosowy? Do niego przeszło też trochę słodyczy, nieco próbującej odzyskać wpływy. Z oddali trochę wyłonił się... budyń waniliowo-bananowy?

Nagle pomyślałam o oleju kokosowym, zrobiło się trochę maślano... aż nagle uderzyła ziemia. Bardzo wyrazista, wilgotna czarna gleba wsparła motyw czarnej herbaty i przypieczętowały gorzki, dosadny wydźwięk. Gliniasta ziemia i suche, herbaciane liście pod koniec wyraźnie rządziły.

Za sprawą ich mocnego, wytrawniejszego charakteru, w owocowym, odległym wątku również pojawił się akcent... jakoby poważniejszy. Coś miechunkowo-cytrusowego zdobyło się na odrobinkę cierpkości. Chyba też... przemknęło mi jakieś bardziej czerwono owocowe błyśnięcie?

Znacząco obniżona słodycz łącząca budyń i banana, krem orzechowy końcowo wraz z gorzkością ziemi i herbaty jednak zupełnie odciągnęły uwagę od tych innych owocowych podszeptów i zamknęły kompozycję w zgodzie.

Po zjedzeniu został posmak ni budyniu, ni budyniowo słodkich owoców (cherimoyi i banana?) z cierpkością czarnej, mocnej herbaty i.... też trochę soczystą, owocową. Obok herbaty chyba pobrzmiewało coś ziołowego, może jakby herbata była trochę pikantnie doprawiona m.in. rozmarynem? Do tego czułam lekki akcent drewna i kremu orzechowego, wygładzających posmak.

Czekolada była pyszna. Początkowa słodycz cherimoyi o owocowo-budyniowym charakterze, bananów aż mnie wystraszyła, ale po chwili cudownie uderzyła mocna, czarna herbata. Owoce przeszły na tyły, przewinęło się trochę drzew i drewna, kremu orzechowego, maślaności, a potem kolejne uderzenie zafundowała ziemia, dołączając do herbaty. Trochę cierpkich, egzotycznych owoców w tle, podobnie jak wcześniej słodycz, jeszcze tylko podkręciła ziemistość i herbaciany charakter kompozycji.


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

sobota, 24 stycznia 2026

Zoto Kilimamwenza Ituri Province D.R. Congo 75 % Regional Blend Chocolate ciemna z Kongo

Ta czekolada, zgodnie z opisem producenta, wyróżniała się z oferty, bo po raz pierwszy, Zoto zaangażowało hodowców kakao do procesu obróbki kakao po zebraniu ziaren. Już po zakupie pierwszej partii ponoć uznali, że to kakao może konkurować z najlepszymi na świecie. Dodali "mimo że mówimy o ziarnach forastero", co mi się trochę niezbyt spodobało, bo uważam, że czasem sukces tkwi w prostocie, nie uważam, że któreś kakao jest smaczniejsze, inne mniej z zasady. W każdym razie, producent tym samym przyłożył się do stworzenia w regionie spółdzielni rolników, którzy odtąd mieli źródło dochodu, które odmieni ich życie na lepsze. Szukałam co oznacza nazwa kakao / tabliczki, Kilimamenza. Nie znalazłam nic. Ok, to nazwa własna, ale myślałam, że może coś znaczy w jakimś języku. Na opakowaniu przeczytałam tylko, że tabliczkę zrobiono w małej ilości, z lokalnego blendu. Kakao to fermentowało 7 dni w skrzyniach po 100kg, było obracane 4-krotnie. Suszenie trwało 6 dni na słońcu, w otwartej przestrzeni, a prażenie 19 minut w 120 stopniach C. Producent opisał smak tej tabliczki jako "bardziej dostępną dla osób, które nie są ekspertami", wyjaśniając że jest "doskonała na rozpoczęcie przygody z wykwintną czekoladą". Ciekawe.

Zoto Kilimamwenza Ituri Province D.R. Congo 75 % Regional Blend Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao  (68% miazga + 7% tłuszcz) z Kongo, z prowincji Ituri.

Po otwarciu poczułam rześki, niemal wodnisty, ale też wyraźnie słodko-soczysty zapach brzoskwiń UFO / ciasteczkowych o delikatnym charakterze. Mieszały się z kwiatowymi ziołami albo mieszanką kwiatów i ziół, z których na pewno wyraźnie wyłaniał się rumianek, łącząc słodycz z lekką cierpkością. Za kwiatami i brzoskwiniami pojawiła się jeszcze bardziej słodko-esencjonalna soczystość chyba świeżych, wielkich moreli i arbuza. Obok tego pojawiły się łagodne, niemal neutralnie-maślane pekany i spokojne, stare jasne drewno.

Twarda czekolada... przybyła do mnie w zasadzie zupełnie połamana, więc nie bardzo miałam, jak ją połamać, jak należy. Gdy jednak przełamywałam jakieś większe kawałki, wydały mi się twardawe i pochrupujące w pełno-masywny sposób. Jak jak zawsze w przypadku Zoto, widać było cienką warstwę, jakby doklejoną na spodzie, ale tym razem - ku mojemu zaskoczeniu - nie odskakiwała.
W ustach rozpływała się wolno, zmieniając się w gęsty, miękki i gładki krem. Była tłusta i zarazem lekko soczysta. Trochę lepka, a końcowo cierpko-suchawa, wręcz taninowa. Zostawiała lekko suchawe wrażenie, które próbowało odciągać uwagę od tłustości.

W smaku najpierw pojawiła się słodycz palonego, chrupko-szklistego karmelu. Goniły go słodko-cierpkawe i rześkie - bo bardzo świeże - kwiaty.

Kwiaty dogoniły karmel, a jego paloność podkreśliła ich cierpkość. Naprzód wyskoczył rumianek i zaczął wśród nich bardzo wyraźnie dominować. Pomyślałam dokładniej o mocnym naparze z koszyczku rumianku.

W tle pojawiły się wodniste owoce... Po chwili rozpoznałam w nich delikatne, słodkawe brzoskwinie ufo / ciasteczkowe. Dołączyły do nich owoce słodsze, wyrazistsze, ale jakby bardzo uważające, by pomóc, a nie przygłuszyć brzoskwinie. Przyszły mi do głowy banany przemieszane z morelami, może jako smoothie. Przemknęła mi w nich jeszcze delikatna, ciężkawo-soczysta cierpkość... Acz owoce ogólnie trzymały się raczej tyłem.

Rumianek trochę się wycofał, wszedł w szeregi całego bukietu ziół i kwiatów. Temu daleko było do jednoznaczności, ale i słodycz, i cierpkawość ewidentnie cały czas czuć. Lekka gorzkość zaczęła rosnąć właśnie poprzez ziołowe napary. Karmel przepychał się trochę z kwiatami - ich przepychanki przełożyły się na ogólny wzrost słodyczy.

Gorzkość nie była jednak tylko ziołowa. Ogólna, lekko palona weszła niezależnie od innych nut. Przechwyciła paloność od karmelu, który zdążył się już całkiem zgubić. Chyba? Nie była jednak wysoka, bo obok znalazły się łagodzące ją orzechy pekan i maslaność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do pekanów dołączyło jasne, stare drewno o bardzo spokojnym charakterze. Wraz z orzechami budowało pewną neutralność w kompozycji. Przy pekanach na chwilę znów zaplątał się karmel jako motyw karmelizowania, jednak zaraz jakoś zniknął.

Słodycz utraciła większość paloności, a ja wyobraziłam sobie ziołowy napar posłodzony miodem. Rumianek z miodem? Rumianek ogólnie przypomniał o sobie i zaczął wracać do gry, sugerując lekką... ostrawość?

Owoce trochę zmieniły swój wydźwięk, jednak dalej nie pchały się na przód. Wciąż czułam w nich wodę i do głowy przyszły mi różne melony i jasny arbuz. Arbuz wręcz trochę kwaskawy...? Do tego brzoskwinie i banany starały się utrzymać. Ogółem jednak owoce przemknęły i znów wycofały się jeszcze bardziej.

Rumianek znowu zaczął przewodzić wśród ziół i za ciosem poszedł dalej: objął władzę nad całą kompozycją. Słodycz przybrała mocno kwiatowo-ziołowy klimat.

Pekany i drewno zrobiły się niemal neutralne, orzechy te zapomniały bowiem zupełnie o karmelu. Doleciała do nich lekka maślaność i razem starały się łagodził cierpką gorzkość o ziołowym charakterze.

Cierpkość jednak zgłosiła sprzeciw, końcowo wychodząc dość mocno. Drewno, nagle bardziej drzewa, jednak wsparły zioła. Te wytoczyły swą cierpkość, pod którą nieoczekiwanie podczepiła się cierpkawość lekko owocowo kwaskawa, jak jasnego arbuza z czymś niejednoznacznym.

Po zjedzeniu został posmak orzechów pekan i rumianku, zestawionych z jasnym arbuzem i wodnistą brzoskwinią ufo, trochę osłodzonych karmelem - znowu palonym. Pozwolił sobie na paloność ze względu na charakterniejsze, wręcz pikantne nuty ziołowo-drzewne.

Czekolada była bardzo ciekawa, jednak dla mnie trochę za mało gorzka, a zbyt spokojnie-neutralna chwilami. Zioła pod przewodnictwem rumianku i drewniano-pekanowe nuty jednak zachwycały i tak. Akcenty owocowe były delikatne - i dobrze, bo akurat brzoskwinie ufo, melonowo-morelowo-arbuzowe nuty mnie nie przekonały. Zwłaszcza, że mowa o owocach wodnistych, arbuzach jasnych. Słodycz ogólnie miała sporo do powiedzenia, mimo że nie była silna. Próbowała ugrać coś a to z palonym karmelem, a to kwiatami, a to bardziej z miodem, ale cały czas się zmieniała. Słodycz i niska gorzkość sprawiły, że obstawiałabym raczej 70% niż 75% kakao. Acz możliwe, że to przez cukier - biały, nie trzcinowy.


ocena: 8/10
cena: €6,95 (za 45g; około 30 zł)
kaloryczność: 621 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier

wtorek, 1 lipca 2025

Chocolarder Femme Virunga Eastern Congo 75 % Dark Chocolate ciemna z Kongo

Po zjedzeniu Chocolarder Millot Farm Madagascar 80% pomyślałam, że kiedyś koniecznie kupię inne czekolady tej angielskiej marki. Gdy tylko nadarzyła się okazja, wybrałam o ulubionej zawartości z regionu, który bardzo lubię. Padło, że z kakao od spółdzielni farmerek Femmes de Virunga, którą cenię. Projekt ten uruchomiono w 2016, a jego celem było wspieranie kobiet pracujących przy kakao w tym niebezpiecznym rejonie Parku Narodowego Virunga. Z opisu na stronie producenta dziś przedstawianej czekolady dowiedziałam się, że od 2016 r. zasadzono ponad ćwierć miliona drzew kakaowca, a w spółdzielni pracuje ponad 1500 kobiet-rolników. A o samej czekoladzie napisali, że zrobiono ją z kakao, które fermentowało w koszach z liści bananowca i było suszone na słońcu.

Chocolarder Femme Virunga Eastern Congo 75% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Amelonado z Kongo, z regionu Virunga National Park.

Po otwarciu poczułam średnio mocny zapach ziemi, torfu z zaznaczoną wytrawnością strączków i grzybów, mieszających się z delikatnym, jasnym drewnem. Obok stanęła słodycz palona - nie tyle samego karmelu, co karmelizowanego... bekonu? Wprowadził specyficzną, wytrawną soczystość, mieszającą się z soczystością słodką i niewątpliwie owocową, ale niezbyt jednoznaczną. Na pewno czułam czerwone owoce i kwasek.

Tabliczka była bardzo twarda i donośnie trzaskała, wydając dźwięki jak krucha skała. Choć przekrój sugerował ziarnistość, w dotyku odebrałam ją jako potencjalnie kremową.
W ustach rozpływała się powoli i trochę leniwie, ale bez żadnego oporu. Zdawała się opływać smarem i zmieniać w gęsty, gibki krem. Odnotowałam lekką, pylistą chropowatość. Tłustość stała na niskim poziomie, a mimo że gęstość ani przez chwilę się nie zawahała, nie brakowało też soczystości. Pod koniec zaś pojawiało się pyliście-suchawe wrażenie.

W smaku przywitała mnie słodycz suszonych, złocistych fig, za którymi podążały słodkie suszone... chyba żurawiny. Nieco za słodkie, lekko tylko soczyste.

W tle zaznaczyło swoją obecność drewno: suche, jasnoszare. Wyobraziłam sobie powykręcane konary, zalegające gdzieś na słonecznym terenie i smagane wiatrem.

Słodycz rosła spokojnie, nie za mocno, ale konsekwentnie. Figi trafiły na maślaność, budując przez moment delikatny, wręcz trochę uroczy wątek, po czym na zasadzie kontrastu obudziło to gorzkość. Wtedy maślaność zaczęła znikać.

Gorzkość wkroczyła jako czarna, rozgrzana ziemia. Za nią zaznaczył się palony akcent, ale trzymał się w cieniu ziemi, torfu. Za nią zaś przemknęła mi jeszcze goryczka lekowa, białych leków... w które zmieniło się drewno?

Rozgrzanie to sprawiło, że mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz suszonych owoców zmieniła się w karmel. Maślaność częściowo zniknęła, ale trochę się jej schowało w karmelu właśnie. Przemknęły mi przez myśl jakieś maślane karmelowe ciastka, jednak nie utrzymały się za długo. Po chwili w głowie rozgościła mi się raczej rozgrzewająca, głęboka whisky o mocno karmelowym charakterze.

Gorzkość ziemi i odrobina drewna splotły się w herbatę. Myślałam o czarnej, ale nie tylko... mocnej, czerwonej pu-ehr? Zaprawionej odrobinkę whisky? A jednak pozbawionej mocarnej alkoholowości.

W torfie pojawiły się wtedy strączki i coś grzybowego. Podbudowały wytrawność, po czym zatonęły w ziemi. Leki i drewno zaraz zaskoczyły na bardziej herbaciano-ziołowy tor.

Po tych mocniejszych i wytrawniejszych partiach, słodycz podskoczyła nagle znacząco. Ponad karmelem i słodko-mocną whisky znów rozbrzmiały suszone owoce: przesłodzona żurawina, w której tylko tlił się kwasek, oraz suszone figi. Wraz ze słodyczą, polało się pieczenie w język jakby alkoholu (który pojawił się z opóźnieniem?).

Po zjedzeniu został posmak suszonych fig i suszonych żurawin, których słodycz przełamała niedookreślona ziołowość. Czułam też echo whisky o jakby ziemiście-drewnianym profilu. Sama ziemia i drewno bowiem na koniec wyszły niemal sugestywnie. Pobrzmiewała za to cierpkość za mocnej i chyba właśnie doprawionej karmelowo słodką whisky, herbaty.

Czekolada była bardzo smaczna i choć wydaje się, że miała niewiele nut, wyszły zachwycająco głęboko i dosadnie. Słodycz suszonych fig i żurawin, powoli przechodzące w karmel i karmelową whisky zaczynała i kończyła tę kompozycję. Przez większość czasu słodycz trzymała się na boku. Wtedy to ziemia z akcentami strączków i grzybów, torf oraz czarna herbata miały pełne pole do popisu. Akcent whisky i suchego drewna idealnie się z nimi łączyły. Dodały kompozycji powagi. Wydawała się taka... dystyngowana. 
A jednak nie jestem pewna, czy akurat te suszone owoce w zestawieniu z wytrawniejszymi akcentami ukrytymi w torfie jakoś tak bardzo-bardzo mnie porwały. Smakowały mi, ale nie rozkochały mnie w sobie.

Rozgrzana słońcem ziemia i konary drzew, mało słodka krówka z wiśniami, herbata jakie czułam w Original Beans Full-bodied Virunga Park Congo 70 % w pewnym sensie kojarzyły się z niektórymi nutami dziś przedstawianej.


ocena: 8/10
kupiłam: barandcocoa.com (za czyimś pośrednictwem)
cena: $11 (za 70g; około 45 zł; wyszło, że nie ja płaciłam)
kaloryczność: 543 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, surowy nierafinowany cukier

niedziela, 1 września 2024

Chocolate Makers Puur - Dunkel - Noir - Dark Gorilla bar dark 68 % ciemna z Kongo

Odkąd pamiętam, gdy widzę zawartość kakao 68% czy 69%, nie mogę się nadziwić, dlaczego producent nie dołożył już tych 1-2% procent, by zawartość była standardowa. Tabliczki 70% kakao obecnie i tak często są dla mnie bardzo słodkie, stąd te "prawie 70%" jakoś w ogóle mnie nie interesują. Dzisiaj przedstawianą dostałam jako gratis. Chocolate Makers Puur - Dunkel - Noir - Dark Peru 80 % była smaczna, więc i w przypadku dziś przedstawianej miniaturki spodziewałam się paru przyjemnych chwil. Miło jest móc spróbować czasem coś, czego samej za nic bym nie kupiła! Zrobiono ją z regionu, w którym żyją goryle górskie, z których to jeden znalazł się na opakowaniu.

Chocolate Makers Puur - Dunkel - Noir - Dark Gorilla bar dark 68% to ciemna  czekolada o zawartości 68 % kakao forastero z Kongo, z Parku Narodowego Virunga.

Po otwarciu poczułam wysoką słodycz karmelu, mieszającego się z cytryną prawie pozbawioną kwasku oraz mocno pieczonym wątkiem. Ten był bardzo zgrany z palonością karmelu, ale wyraźnie czułam właśnie i palony karmel, i pieczone... coś. Orzechy? Aż nieco nadto pieczone. Podkradła się w tym pieczeniu nutka ziół, jakby właśnie coś w ziołach było pieczonego. W oddali słodycz poprzez miód mieszała się z chyba malinami. Pomyślałam o miodowo-malinowej masie... dżemie?

Mała, lśniąca tabliczka, wyglądająca na bardzo kremową, przy łamaniu była twardo-masywna i trzaskała w chrupki sposób, obiecujący zbitą gęstość.
W ustach rozpływała się umiarkowanie wolno i miękko maziście. Tylko początkowo zachowywała kształt, przedstawiając się jako gęsto-gęstawa. Coraz bardziej rzedła w gibki, a jednocześnie soczysty sposób.

W smaku przywitała mnie odważna słodycz, która cały czas powoli, konsekwentnie rosła i która dopuszczała do siebie pojedyncze owocowe przebłyski. Przemknął mi karmel, po czym zajął się budowaniem tła i przygotowywaniem gruntu pod palony wątek, który zawisł w oddali.

W tym czasie polała się łagodność twarogu, na który nałożono miodowo-malinową masę / dżem. Dżemowość nie była zbyt jasna, acz to, że twór ten bazował na miodzie już owszem. Soczystość wydawała się wycofana. Za tym rosła pieczono-palona nuta.

Wychwyciłam pieczone i naturalnie słodkie orzechy, które podsunęły myśl o tostach. No przecież to na ciepłych, chrupkich tostach musiał być ten twaróg i miodowo-owocowa masa. Wkradła się maślaność... może to tosty maślane? Albo też tosty z masłem?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pieczona nuta umocniła się. Karmel ją podkreślił, jednak nie był z nią wymieszany w jedno. Przy tostach było jeszcze coś. Palony karmel trwał obok pieczono-palonego wątku, który kompozycji dodał trochę gorzkości. Pomyślałam o za mocno pieczonych orzechach... Orzechach w miodzie i ziołach? Do głowy przyszedł mi jeszcze jakiś miód wymieszany z goryczkowatymi ziołami, w tym miętą.

Palona gorzkość w pewnym momencie zrobiła aluzję do kawy... Było w niej coś z kawy i długo nie mogłam tego uchwycić... W końcu jednak bardzo wyraziście rozbrzmiała kawa mokka, a więc słodka kawa czekoladowa z mlekiem. Gorzkość chciała się pokazać, ale łagodna otoczka jej nie pozwalała.

Owocowa masa... jakiegoś rodzaju dżem z malinami zmienił się w kandyzowaną cytrynę. Soczystość cały czas była jakby ostrożna. Cytryna, choć ewidentnie wyczuwalna, wyszła słodko. Sporadycznie odnotowywałam goryczkę skórki, acz też wpisaną w słodycz. Czyżby w ogóle kandyzowano ją w miodzie? A może to pojedyncze kawałki, które dodano do malinowego tworu?
Słodycz zwieńczyła wszystko, serwując mi tosta z miodem.

Po zjedzeniu został posmak miodu z ziołami, sporo pieczenia - myśli zahaczyły o przypalone orzechy, jednak przeważyły mocno wypieczone tosty. W tle czułam też coś owocowego - dżem z malin. I... pewną mleczność? Mleczno-palony karmel? Na pewno lekką cierpkość trochę nieokreśloną.

Całość była ciekawa, acz cieszę się, że miałam tylko miniaturkę, bo wiem, że byłoby mi za słodko, gdybym miała całą tabliczkę. A jednocześnie... nie wszystkie nuty umiałam na 100% dookreślić. I zastanawiam się, czy to z racji tego, że nie miałam więcej czekolady, by się wczuć (zazwyczaj już po malutkiej ilości potrafię powiedzieć czy napisać bardzo wiele), czy to właśnie ta niska zawartość kakao zostawiła tyle niedopowiedzeń.
Słodycz karmelu, miód, dżemowo-kandyzowane owoce przysłodziły konkretnie. Maliny i cytryny wystąpiły w słodkim wydaniu. Twaróg na tostach, trochę orzechów, a potem znów tosty wyszły ciekawie. W nich właśnie pojawił się mocno pieczony wątek. Trochę ziół i sugestia kawy z kolei pozostawiły ogromy niedosyt, bo wolałabym, by się bardziej rozwinęły jako gorzkość.

Przypomniała mi się śmietankowo-miodowa, z nutami miodowo-wiśniowego dżemu, cytryny i hibiskusa, mieszających się z herbatą, ziemią i drzewami Original Beans Full-bodied Virunga Park Congo 70 %. Taak, kakao z Kongo niewątpliwie zasługuje na towarzystwo mniejszej ilości cukru, bo jest pyszne.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam jako gratis do zamówienia z barandcocoa.com
cena: nie znam
kaloryczność: 562,5 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 8 września 2023

Rózsavolgyi Csokolade Virunga National Park 77 % The Big Gorilla Bar ciemna z Kongo

Zazwyczaj o wiele wcześniej planuję degustacje, lubię wcześniej poczytać coś o kakao, z którego dana czekolada jest zrobiona, obejrzeć zdjęcia miejsca, w którym rośnie itd. Tę jednak wybrałam niemal spontanicznie, bo dzień wcześniej. Co prawda od kilku dni miałam w głowie opakowanie z gorylem, ale... myśl, żeby wziąć się właśnie za tę czekoladę sformułowała się w pewnej chwili dość nagle. Jak już o gorylu - właśnie z goryli górskich słynie najstarszy park narodowy Afryki, Virunga. To stamtąd pochodzi kakao, z której tę tabliczkę stworzono. Obszar jego upraw rozciąga się od podnóża gór Rwenzori po tropikalne lasy Kotlina Konga. Brzmiało i wyglądało to bardzo zacnie!

Rózsavölgyi Csokoládé Virunga National Park 77 % The Big Gorilla Bar to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao z Kongo, z Parku Narodowego Virunga.

Po otwarciu poczułam zapach suszonych liści, przywodzących na myśl szelest złotych liści jesienią. Opadały na goryczkowatą ziemię. W tle poczułam dym. Może jakby właśnie palone liście? Do tego całkiem sporo goryczkowatej, cierpkiej herbaty z dodanymi owocami. Pojawił się w niej sok z marakui, ale też jakby... egzotyczniejsza wiśnia? Słodko kwaśna i spleciona z fioletowymi winogronami, nektarynkami, a także jakby brzoskwiniami z puszki. Te zawarły w sobie taką "podkręconą" słodycz, związaną z ciężkawą słodyczą suszonych owoców - głównie fig. Coś podobnego do nich, wyraźnie słodkiego, wydawało się kryć także w liściach (trudno to uchwycić i nazwać).

Tabliczka była bardzo twarda i adekwatnie bardzo głośno, donośnie trzaskała. Niczym trochę krucha, acz niewątpliwie masywna skała. Jej kruchość była... niby pozorna, a jednak zdarzyło się paru okruchom posypać.
W ustach czekolada rozpływała się wolno, w zasadzie stając się zbitym, gęstym budyniem. Była syta i masywna niemal do końca. Miękła, popisując się aksamitnie-budyniową, kremową strukturą. Połączyła subtelną tłustość i drobną soczystość, która na sam koniec zmieniała się w cierpkie ściągnięcie.

W smaku pierwsza pojawiła się ziemia, a wraz z nią zawilgocone herbaciane fusy - już zimne, pozostałe na dnie kubka. Dobiegały do nich lekkie, słodkie muśnięcia.

To jednak gorzkość rozeszła się odważnie, zanim słodycz zdołała wzrosnąć. Pomyślałam o czarnej herbacie, ale umacniający się ziemisty smak zaraz zalał mi usta czerwoną herbatą pu-erh. Ta dominowała.

Słodycz w tym czasie nieco wzrosła jako zwietrzały karmel. Nie była intensywna. Z czasem pomyślałam o suszonych figach - też takich bardziej suchych, a miejscami bardziej ściemniałych. Niewątpliwie słodkich i wyrazistych, ale nie aż tak dosadnie.

W tle pojawił się owocowy kwasek. Zaczęło się od wiśni... pomyślałam o słodko-kwaśnych, średnio dojrzałych i jakby z bardziej egzotycznym wydźwiękiem. Złączyły siły z karmelowo-figową słodyczą. Zaobfitowało to w fioletowe winogrona, brzoskwinie i nektarynki, które zdecydowanie osłodziły kompozycję. Brzoskwinie... były jakby z puszki, w jakiejś zalewie... A winogrona jakby właśnie się suszyły (na rodzynki)?

Kwasek jednak cały czas przeplatał kompozycję. Całkiem wyraźne były marakujowe szpileczki, które mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nakręciły soczystość. 
Niezależnie od niej, do reszty owoców podkradła się ciężkawa pudrowość. Raz po raz wyraźniej wyłoniły się winogrona, ale zaraz odeszły w niepamięć. Wiśnie-niewiśnie przedstawiły się jako przesłodzony kompot... potem jednak i tak to kwaśna marakuja wypłynęła na wierzch i przygłuszyła te "dosłodzone" akordy.

Suszone figi na dłuższy czas zatraciły się, lecz udało im się wrócić w asyście liści. Oczami wyobraźni widziałam szeleszczące bukiety z ususzonych jesiennych liści. Może z nutką słodkich, suszonych liści tabaki? Liście te zawarły w sobie cierpkość, a ich goryczkę zaraz podkreślił dym.

Na moment dymu zebrało się całkiem sporo, a ja pomyślałam o liściach palonych i... ziemi. Palonych i zostawionych właśnie gdzieś na cierpkiej ziemi...

Ziemi bagnistej, mulistej. Wpisującej się w herbacianą gorzkość. Mocna, czarna, fusiasta herbata przemieszała się z herbatą czerwoną. Chodzi głównie o wilgotne liście, fusy, nie zaś same napary. Takie pozostałe na dnie kubka albo już wyrzucone z niego na ziemię. Ich goryczki splotły się, rządząc kompozycją. Daleko w tle przemknął chyba lekko cierpki cynamon.

Owoce zaś kontrastowo wydały mi się jeszcze słodsze i to już słodsze w żywszy, soczysty sposób. To już figi suszone, ale z zachowaną soczystością, niejednoznaczny duet wiśni i marakui, może odrobina cytrusów, acz podporządkowanych suszonym figom - raczej złocistym, tylko miejscami bardziej ściemniałymi. Niebezpiecznie kierowały się ku drapaniu w gardle. Wiśnie na moment zabłądziły między kompotem, a wiśniowym, słodkim winem czerwonym.

W posmaku zostały właśnie figi i jakby herbata z marakują. Gorzko-kwaśna, z powagą podkręconą ziemią i dymem. Zawinęła się tu jakby "brudna" nuta, coś bagnistego... Pikantna goryczka cynamonu? Jego cierpkość zmieszała się z cierpkością wiśni. Czułam także dość słodki kompot z wiśni. Te mieszały się z figami w dziwnej harmonii - jedne do drugich jakoś się upodabniały.

Całość zachwyciła mnie wyrazistą ziemią i mnóstwem fusów herbat: czarnej i pu-erh. Osłodzenie tego figami, odrobiną karmelu i urozmaicenie suchymi liśćmi, które to z kolei zawarły i gorzkość, i słodycz okazało się bardzo wciągające. Nieco bardziej soczyste owoce, a więc marakuja, jakby egzotyczna wiśnia i trochę brzoskwiń, moreli miewały epizodyczne akcenty dziwnego dosłodzenia, ale i one w bukiecie smakowym wyszły raczej na plus.
Słodycz była więc ogólnie przełamana (choć miała ryzykowne momenty), kwasek jedynie zwieńczył dosadną, acz raczej spokojną czekoladową gorzkość.


ocena: 9/10
kupiłam: rozsavolgyi.com
cena: 1960 HUF, czyli ok. 24 zł (za 70g)
kaloryczność: 521 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym, gdyby była dostępna w Polsce

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 27 lipca 2023

Original Beans Full-bodied Virunga Park Congo 70 % ciemna z Kongo

Odkąd ostatnio jadłam jakąś czekoladę Original Beans minęło mnóstwo czasu. Do niektórych miałam wrócić, zdążyłam się stęsknić, a marka... trochę pozmieniać opakowania. To przeważyło. Może i coś w wytwarzaniu czekolady pozmieniali? Postanowiłam sprawdzić, zaczynając od tabliczki, która zyskała goryla na opakowaniu. Jadłam ją w 2016 jako Original Beans Cru Virunga 70 %.

Original Beans Full-bodied Virunga Park Congo 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Amelonado pochodzącego z okolic Parku Narodowego Wirunga w Kongo, wersja od 2022.

Czekolada uderzyła zapachem dojrzałych, soczystych wiśni, które osłodziła znacząco krówkami i karmelem. W tych pojawiła się ciepło-palona nuta. Z tła poprzez nią dobiegały mocniejsze akcenty. Odrobinka dymu? Kryła się w ziemi i drzewach. Pomyślałam o rześkości kwitnących wiśni.

Tabliczka trzaskała głośno, przy czym wydawała się dość delikatna. Mimo że była twarda.
W ustach ta delikatność poszła w gęstą i kremową miękkawość. Rozpływała się w umiarkowanym tempie. Tabliczkę cechowała śmietankowo-maślana tłustość i aksamitność. Smugami lepko-maziście pokrywała podniebienie. Potem, znikając odpuszczały, bo zmieniały się w sok, trochę ściągając.

W smaku przywitała mnie słodka krówka, a i dojrzała, miękka wiśnia zgłosiła swoją obecność.

Krówkowa słodycz wprowadziła nieco paloną nutę. Pomyślałam o cieple palono-prażonego karmelu, lecz z czasem robił się... rześki, specyficznie soczysty jak... miód? Albo dym z miodowo-soczystych kadzidełek.

Wiśnie rozkręciły się bardzo szybko. Bez trudu zajęły pierwszy plan. Czułam dojrzałe i miękkie, ciemne owoce w pełni sezonu na nie. Lekka cierpkość zdawała się podkręcać ich słodycz, a kwasku... prawie nie uświadczyłam, acz coś tam może w tle...? Ogólnie jednak wiśnie stanowiły motyw przewodni.

Od tego jednak z czasem uwagę odciągnęła ziemia. Trochę dymu zrobiło miejsce gorzkości, po czym zniknęło właśnie na rzecz rozgrzanej, czarnej ziemi. Porastały ją korzenie drzew, które rozgrzewało słońce. Paloność karmelu zmieniła się w jego złociste promienie, a ja oczami wyobraźni zobaczyłam kwitnące wiśnie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz tak wzrosła, że pomyślałam o wiśniach w miodzie albo jakimś miodowo-wiśniowym dżemie. Może też jakiś słodszych czerwonych (np. malinach)? Goryczka, drzewność jednak przekierowały miód na suszone owoce, w tym wiśnie. Wyobraziłam sobie kakaowy raw bar albo jakąś "zdrową krówkę" z wiśniami. Wprowadziło to maślaność orzechów.

Orzechy nerkowca i jakby orzech kokosowy nieco złagodziły kompozycję, w tym słodycz, zastępując wcześniejszą tą swoją, łagodniejszą.

Wykorzystało to echo kwasku. Obok wiśniowego pojawiła się cytryna i... hibiskus? Pomyślałam o kwaśno-soczystym wątku wydobywającym się z jakiejś... herbaty? Cytryna przez moment jeszcze zagrała swą goryczkowatą skórką - może duszoną? Po czym jej kwasek niemal zniknął. Wiśniowy miał się nieco lepiej.

Herbaciany wątek przywrócił drzewa i ziemię. W ziemi poczułam wytrawniejszy motyw, wciąż związany z cały czas dominującymi wiśniami. Odrobinka czerwonego wytrawnego wina podkreśliła motyw kakaowo-nerkowcowego tworu z wiśniami. Pod koniec pomyślałam o nasączonym, soczystym cieście, występującym w akompaniamencie ziemi.

W posmaku zostały przede wszystkim wiśnie, ziemia i drzewa, ale też maślaność krówek i nerkowców. Do tego jakby słodka, kokosowa rześkość. Idealnie zgrywała się z wysoką soczystością dojrzałych, świeżych wiśni.

Wiśnie, jeszcze raz wiśnie i trochę sugestii suszonych owoców, herbaty świetnie wyszły z ziemią i drzewami. Podobało mi się, że nie była mocno prażona, a jakby rozgrzana słońcem.
Nowa wersja wydała mi się mniej dymno-prażona od dawnej, a przez to też słodsza (w dzisiaj opisywanej pojawiły się krówki, w wersji z 2016 najsłodszym elementem były maliny; do tego bardziej wytrawne elementy jak daikon czy marchewka zniknęły), bardziej "świeża", ale tak to... bardzo podobne były. Do rozpoznania jak najbardziej. Nieco inne, ale pyszne na jednym poziomie.


ocena: 9/10
cena: 24 zł (dostałam zniżkę, cena półkowa to 37 zł za 70 g)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 27 czerwca 2023

Blanxart 82 % Congo Mountains of the Moon to ciemna z Kongo

Nie lubię marki Blanxart, bo ich produkty odpychają mnie tłustością, jednak jako że w Sekretach Czekolady dostępne są także miniaturki (niestety nieliczne), postanowiłam dać jeszcze jedną szansę jakiejś bezpiecznej opcji. Wszystko dlatego, że miałam wrażenie, że jakoś tak... zawęża mi się pole manewru, jeśli chodzi o wybór nieznanych jeszcze dostępnych i przystępnych cenowo czekolad do degustacji.

Blanxart 82 % Congo Mountains of the Moon to ciemna czekolada o zawartości 82 % kakao z Kongo, z regionu Gór Księżycowych.

Po rozchyleniu papierka poczułam mocno palony zapach nibsów i drzew, związany jakby drzewną soczystością. Pomyślałam o lesie iglastym, rozgrzanym słońcem. Był wytrawny, skrywał chyba słód i ziemistość terenu, w który wdeptano drzewne igiełki. Mieszały się z suszonymi śliwkami, wiśniami i żurawiną, które łączyły kwasek i słodycz. A słodyczy nie brakowało. Poczułam wanilię, próbującą ukryć niby drobną, a i tak ciężkawą cukrowość. Ta zawracała do owoców, przywołując słodką nalewkę śliwkową. Mieszała się z maślano-śmietanowymi, tłustszymi tonami i niedookreślonymi orzechami. Może... laskowo orzechowym, waniliowym kremem?

Tabliczka wydawała się twarda i masywna, jakby pełna, a także bardzo tłusta już w dotyku. Przy łamaniu potwierdziło się tylko wrażenie pełnej masywności. Trzask-pyknięcia wydawała z siebie średnio głośne.
W ustach rozpływała się w umiarkowanie wolnym tempie. Była tłusta, zbita i konkretna, ale też soczysta. Cechowała ją szorstkość i obecność drobinek niedomielonego kakao. Przyjemnie neutralizowały poczucie tłustości.

W smaku przywitała mnie soczysta, słodko-kwaśna wiśnia. Choć kwaskawa, to słodka tak, że po chwili przypominała bardziej dżem wiśniowy lub słodką, suszoną żurawinę. Niska kwaśność pobrzmiewała cały czas, roztaczając soczystość.

Po chwili pojawiła się palona nuta, budująca bazę. Przytoczyła delikatną gorzkość, kojarzącą się z drzewami. Zasugerowały lekką cierpkość... lasu, w który wkradają się promienie słońca? Rozgrzewały, mieszając się z paleniem.

Słodycz w tym czasie znacząco i prężnie rosła. Z owoców wyłamał się cukier, zrobił się lekko palony i na pewno ciężkawy. Wydawało mi się, że czuję wanilię, która jakby próbuje go ukryć.

Słodycz ta przerobiła suszone, ciemnoczerwone owoce na znacznie słodsze maliny. Pomyślałam o  takich... jako wariant czegoś. Dżem lub syrop? A ogólna ciężkawość, cierpkość zabiegała o coś konkretniejszego... Popłynęło trochę śliwkowej nalewki, a kwaskawo-słodka wiśnia ją podkreśliła.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa niską gorzkość otoczyła maślaność, pilnując, by nie wzrosła. Wydała mi się lekko orzechowa, ale długo pozostawała niedookreślona. 

Soczysta cierpkość wiśni zaczęła częściowo zmieniać się w... jakby cierpkość i soczystość drzew? Słodu? Za sprawą mocno palonego klimatu pomyślałam o wędzeniu lub raczej drewnie przeznaczonym na to wędzenie. Słód i nibsy nieśmiało przewijały się wśród drzew. Kwasek zasugerował drzewa iglaste, a także igiełki zmieszane z ziemią. Paloność trochę rosła.

A tłustsze nuty stopowały gorzkość. Pomyślałam o śmietanie, trzymającej się orzechów. Te z czasem podparły się... palonymi, cukrowymi sezamkami? Może jakieś pojedyncze orzechy laskowe też przemknęły.

Pod koniec to słodkie, suszone i nalewkowe śliwki zeszły się z drzewami i nibsowo-orzechowymi nutami, dzięki czemu cierpkość wzrosła. Gorzkawość czułam delikatną, za to paloność była mocna. Nawet maślaność jakby przed nią wtedy umknęła. A jednak to jakieś właśnie maślane wydało mi się wykończenie tej kompozycji - gdy czekolada już znikała.

Po zjedzeniu został posmak cierpkawych drzew iglastych i nibsów, może słód, a także ogólna paloność. Suszone śliwki, wiśnie i żurawina zasugerowały wędzoność swoim kwaskiem. Trochę uprzyjemniły też wysoką i ciężką słodycz. W tej doszukałam się białego cukru, choć nie mogę powiedzieć, by wyszedł bardzo ordynarnie. Też ostało się poczucie tłustości, dość osobliwe, ale jeszcze nie straszne.

Całość w zasadzie była w porządku, ale za łagodna, za tłusta. W ciemno za nic nie zgadłabym zawartości 82% - obstawiałabym okolice 70%.  Maślaność i aż śmietanowe zapędy hamowały gorzkość. Ta wyczuwalna, była głównie ze względu na mocną paloność. Drzewa, nibsy i słód, trochę ziemi mogłyby zagrać mocniej. Intrygowała nuta drzew iglastych, a zestawienie owoców - żurawiny, wiśni i śliwek z dolatującymi malinami i nalewkowymi akcentami - wyszło przyjemnie i pasująco. Nie grała mi za to słodycz. Może ogólnie nie była wysoka, ale denerwowała, bo biały cukier i tak się ujawniał.

Suszone śliwki i troszeczkę orzechów laskowych, palony, acz bardziej wyraźnie dymny motyw, czułam też w Mesjokke Mystery Dark 72 % #3, która w dodatku miała jogurtowe nuty (w momencie gdy Blanxart śmietanowe). Wyszły podobnie. Gdyby jednak Blanxart też miał 72%, a nie 82%, spokojnie dałabym mu 8. Tak mam małe wątpliwości, bo... jak na swoją zawartość jest bardzo złagodzona, ale jednak że i mimo białego cukru nie wyszedł źle, niech ma.
Natomiast ten 82% Blanxart i tak jest o niebo lepszy od mlecznej wersji Blanxart 42% Grand cru Congo Milk. O wspólne nuty w zasadzie nawet trudno, bo tamta to głównie maślano-mleczna tłustość i słodycz, ale... właśnie. Ta blanxartowa tłustość rozpoznawalna. Na szczęście tym razem niższa, mniej irytująca.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady (dostałam jako gratis)
cena: - (jak wyżej, ale cena półkowa to 12 zł za 30 g)
kaloryczność: 615 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 22 listopada 2019

Zotter Labooko Single Schoko zum Rotwein / Chocolate for Red Wines ciemna z białą czekoladą, czarnymi porzeczkami i wiśniami

Chyba nikt nie ma wątpliwości co do tego, że czekolady Zottera są ewenementem. Tyle pomysłów, tyle szalonych połączeń i tak intrygujące rozwiązania... Nic, tylko odkrywać. Są jednak i takie, które mnie nie ciekawią: wszelkie białe, owocowe... Nie dla mnie i już, nawet jeśli dobrze zrobione. Tak jak nie wyobrażam sobie jeść czekolady pijąc wino / kawę. Wszyscy mówią, że to świetne połączenie, ale no... nie dla mnie. I tu właśnie wchodzi dzisiaj przedstawiana czekolada. Jest bowiem skomponowana do czerwonego wina. Ciemna z dodatkiem owocowych Labooko z owoców, które uwielbiam (wiśnie, porzeczki) brzmiała naprawdę zacnie, więc zostawiłam ją na koniec kupiłam też białą, ale że na nią nie miałam ochoty, musiała jeszcze poczekać). Podeszłam do niej jak do ciemnych do degustacji, przeznaczając jeden z majówkowych poranków. Tak swoją drogą, właśnie myślałam, że w tym kierunku pójdą producenci czekolad "ruby", a nie kompletnie w biel.

Zotter Labooko Single Schoko zum Rotwein / Chocolate for Red Wines to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao (a dokładniej Labooko 2017 Vintage Dry Aged 73 %, czyli z Brazylii, Gwatemali, Ekwadoru, Peru i Kongo) z dodatkiem czekolady owocowej białej porzeczkowej (z czarnych porzeczek) i owocowej białej wiśniowej.

Po rozchyleniu papierka poczułam soczysto-pudrowe połączenie wyrazistej wiśni i porzeczek, podkreślonych cytryną. Kompozycja słodka, trochę jakby fermentująca z kwaskiem owoców - wyraźnie czerwonych. Podłożem tego wszystkiego była znacząco prażona nuta migdałów i drzew, poniekąd wpisująca się w "podfermentowanie".

Tabliczka trochę zaskoczyła mnie kolorem, bo spodziewałam się bordowo-fioletowawych przebłysków, a dostałam czysty ciemny brąz. W dotyku przypominała suchawą ciemną, a przy łamaniu okazała się nadzwyczaj twarda. Trzaskała bardzo głośno.
W ustach twardość została utrzymana... niemal do samego końca. Okazała się dość zbita i oporna z racji silnej tłustości i szorstkości. Z czasem upuszczała nieco soczystości, nie była sucha.

Wgryzając się w tabliczkę, poczułam pudrowość z sugestią wiśni i cytryny. Pomknęła pudrowa słodycz, chowając się za nieco podfermentowanym motywem.

Po ustach rozeszła się gorzkawa, stonowana ziemia i muł. Odezwała się przy tym trochę cieplejsza nuta drzew i lekkie prażenie, łącząc je ze słodyczą.

Słodycz zaczęła rosnąć, oddalając się od pudrowości. Z racji mulistości i prażenia mignęła mi suszonymi figami i rodzynkami. Słodko-kwaskawe, specyficznie słodko-podfermentowane i lekko cierpkawe suszone owoce... Dzięki którym mniej więcej w połowie zaczęły wyrastać i dominować wiśnie. Dojrzałe i miękkie, niemal winne, przejrzałe. W tle mignęły niepewne czarne porzeczki. Słodko-cierpkie i soczyste... Mieszające się z figami i prażonymi nutami.

Gorzkawość mulistej ziemi oraz podsuszone owoce dobrały sobie prażony motyw drzew i migdałów, by po chwili zmienić się w kawę. Kawa niespodziewanie przysłoniła owoce, a jej gorzkawość osłabła. Słodycz odchyliła się ku pudrowości, by zaraz uderzyć jako ogrom śmietanki czy mleka. Jej ciepły charakter podszedł pod migdałowo-karmelowe toffi. Kawa ze słodziutką śmietanką trąciła o podfermentowano-podprażoną słodycz... rodzynek w toffi?

Na samym końcu słodycz śmietankowo-pudrowa przywołała cytrynę i wiśnie / porzeczki. Kojarzyły się z cukierkami pudrowymi, ale też trochę zachowały soczystej autentyczności.

W posmaku pozostała słodycz karmelu i ogrom śmietanki z ciepłymi, drzewno-migdałowymi, łagodnie kawowymi tonami, a także sporo słodkich wiśni i porzeczkowo-cytrynowy akcent w wydaniu słodkim. Kwaśność ostała się, ale jakby iluzoryczna. Silniejsze było poczucie pudrowości i śmietanki.

Całość wydała mi się... nudna. Smaki powoli się przewijały, wszystko płynęło statecznie... To "gorzkawość", "sugestia kwasku", a brak uderzenia. Smaki dość wyraziste, acz tłumione pudrowością. Wyraźnie czuć nuty samej czekolady (śmietanka, maślany karmel, prażony motyw i owoce - wiśnie, rodzynki), jak i owocowy dodatek, jednak... nie aż tak wiśnie czy czarne porzeczki do potęgi. Tych drugich w ogóle jakoś mało było. Wspominając Labooko Vintage 2017 Dry Aged 73 %, ta labooko wyszła zaskakująco kawowo. Chociaż czy zaskakująco? Owoce podkreśliły mulistość, a ogrom śmietanki i słodyczy w oczywisty sposób to właśnie kawę podsunął. Myślałam, że będzie o wiele bardziej owocowo. A tak? Ciężka konsystencja też nie pomogła.
Smaczna czekolada, o przeciętnej strukturze, której te 35g można zjeść i tyle. Nic przełomowego, nic co by w jakiś sposób przyciągało uwagę czy wyjątkowo zapisało się w pamięci. Brakowało mi charakteru porzeczek i wiśni, przeszkadzała mi pudrowość oraz tłustość przy tym smaku (gdyby to była po prostu ciemna, to co innego), ot...


ocena: 7/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 8 zł
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone czarne porzeczki, odtłuszczone mleko w proszku, suszone wiśnie, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy (koncentat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)

czwartek, 3 października 2019

Zotter Labooko Vintage 2017 Dry Aged 73 % ciemna sezonowana z Brazylii, Gwatemali, Ekwadoru, Peru i Kongo


Wcześnie odkryłam, że każdy widzi świat zupełnie inaczej, a na studiach tylko się w tym utwierdziłam, gdy szanowani profesorowie mówili o tym jako o fakcie. Wszyscy jesteśmy inni, nasze mózgi pracują inaczej, inaczej czujemy... i właśnie w tej kwestii, w odniesieniu do czekolad, mam takie poczucie, że... Wszystko, co o czekoladach piszę, co w nich odkrywam, jest moje i tylko moje. Inni mogą sobie czuć i myśleć, co chcą, ja wiem lepiej (czyt. w odniesieniu tylko i wyłącznie do mnie). Interesuje mnie, jakie nuty inni wyłapują, ale to po prostu ciekawość. Ja mam swoje skojarzenia, gdy czyjeś różnią się, ani mnie to irytuje, ani dziwi. Pewnie dlatego postrzegam siebie jako geniusza w tym, co robię (czyt. geniusza w mojej dziedzinie, mojego czucia). Wstęp ten piszę już po degustacji i zdradzę Wam, że robię to z satysfakcją przejawiającą się jako uśmiech ("Geralt uśmiechnął się paskudnie (...)") i myślą "Ha!".
A gdy o samą czekoladę chodzi... żeby tylko nikt nie pomylił jej z Vintage 2016 Dry Aged 75 %, bo to zupełnie co innego. Tylko pomysł jest ten sam: blend z sezonowanych przez rok ziaren roku.

Zotter Labooko Vintage 2017 Dry Aged 73 % to ciemna czekolada o zawartości 73 % kakao, które sezonowało rok; blend z Brazylii, Gwatemali, Ekwadoru, Peru i Kongo.
Czas konszowania to 10 godzin, wykorzystana metoda FMR.

Po otwarciu poczułam intensywną woń czerwonego wina o nutach porzeczek (głównie czarnych) i słodko-kwaśnej wiśni, z czym zestawiono mnóstwo żółtych, egzotycznych owoców. Były to słodkie brzoskwinie / nektarynki, banany, jak również soczyste cytrusy. Ogólnie bardzo, bardzo soczyście-rześki wydźwięk, acz... nie tylko owocowy. Też w pewien sposób ciężkawy, co podkreślała nuta ziemi, gliniastej, czarnej i wilgotnej. Wszystko to zalewało (niemal zupełnie kryjąc) prażone orzechy.

Prawie czarna tabliczka przy łamaniu trzaskała, acz wydała mi się tłusto-zawilgocona. Przekrój zaś talkowo-proszkowy.

W ustach spotkało mnie małe zaskoczenie, bo poczułam się, jakbym ugryzła taflę z masła, by potem uświadczyć kremowo-aksamitnego rozpływania się kawałka o silnie tłustej konsystencji, kojarzącej się z awokado. Czekolada pozostawiała smugi, trochę smoliście oblepiała, a i coś pylistego skrywała, leciutko "wysuszającego" na koniec.

W ustach najpierw rozeszła się delikatna, zwiewna słodycz. Wydała mi się zawoalowana, jedynie sugestywna. Przybrała na mocy i już w kolejnej sekundzie starła się z silnym prażeniem o ciepłym wydźwięku.

Pomknęło prażenie z całym miksem orzechów. Przewodziły goryczkowate orzechy włoskie, a tuż za nimi znalazły się migdały wraz z drzewami. Zrobiło się głęboko gorzko, przy czym klimat zrobił się poważny. Do rozgrzanych słońcem drzew, dołączyły ostrawe przyprawy.

Po ustach rozeszła się maślana łagodność i słodycz wskoczyła w nią. Zaprezentowała się jako maślany, delikatny, ale niewątpliwie palony karmel. Rześka słodycz mieszała się z prażeniem. Karmel otulił orzechy, karmelizując je. W połowie wymieszał się z soczystością. Poczułam dość słodkie, choć wciąż wytrawne czerwone wino, a cytrusy zasugerowały mi czarną, kwaśną ziemię...

...zawoalowanie zaś zmieniło się w zadymienie. Oto poczułam dym, jakby unoszący się nad smoliście-gliniastą ziemią. Nuty te podkreśliły stonowaną, leniwą gorzkość.

Prześlizgał się tam lekki kwasek. Chwilami cytrusowy, okazał się wielopoziomowy. Mniej więcej w połowie wzrósł jako bardzo soczyste owoce i cierpkie, wytrawne czerwone wino. Czułam dojrzałe, słodko-cierpkie wiśnie i jagody / porzeczki (czarne i czerwone), a więc czerwone owoce świeże, ale też w wydaniu lekko alkoholowym. Winno-nalewkowym. Tu już bym wskazała również jakieś maliny, winogrona, jeszcze więcej porzeczek... a jednak też słodkie, egzotyczne. Brzoskwinie i niezbyt dojrzałe, zielonkawe banany? Także coś słodko-kwaskawego jak rodzynki.

Od tych ostatnich odchodziła pewna egzotyka... mieszała się ze śmietankowością i przypominała o słodyczy. Delikatny, mało charakterny śmietankowo-maślany karmel podkręcił rodzynkową i prażoną nutę. Maślany i taki... niczym jakiś biszkopt? Przez ogólnie ciepło-prażoną nutą wydźwięk odebrałam jako nieco pieczony. Wpisał się w cierpkawość, co z owocami wyłowiło "z czerwieni" goryczkowate grejpfruty.

Dzięki goryczce i cierpkości owoców, pod koniec gorzkawość wyszła z tego wszystkiego obronną ręką (kostką?) serwując wyraziste orzechy. Ogrom gorzkawych włoskich i, jako że maślaność wciąż była znaczącym smakiem, nerkowce. Przy gorzkawości i takim "konkrecie" wciąż kręciła się również pewna rześkość. Wydała mi się lukrecjowa, a wycofane już na tyły wino - przyprawione.

Lukrecja, chłodząco-pikantna, zestawiona z ogólnym prażeniem orzechów i cierpkością wina oraz cały owocowy miks (w tym grejpfrutów) pozostały w posmaku. Miało to poważny, dosadny charakter, jednak za sprawą maślaności było jak najbardziej przystępne.

Tabliczka była bardzo maślana. W smaku maślaność stała za pewną łagodnością, mimo że ten wyszedł dość poważnie-ciężko. Gorzkawo, kwaśno-owocowo... tylko ta słodycz wydała mi się jakaś prosta. Na tyle jednak niska, że nie przeszkadzała mi. Dym i moje ukochane orzechy (włoskie, nerkowca) z obłędnym bukietem uwielbianych owoców (wiśnie, porzeczki, brzoskwinie, banany) i winem, odrobinę doprawione lukrecją sprawiły, że prawie się zakochałam. Niestety jednak maślaność i struktura awokado mi przeszkadzały. Pierwszej nie lubię, a awokado uwielbiam, ale nigdy w życiu w czekoladzie.

Vintage 2016 również była maślana, gorzko orzechowa (tam jednak to ziemne) i czerwonoowocowa, ale tamta opierała się na nutach kawowo-ziemistych. 2016 wydała mi się za łagodna w smaku... miała za to lepszą, mniej tłustą strukturę. Przy smaku 2017 jednak nawet ja (wyjątkowo czuła na tłustość w czekoladach) jestem w stanie przymknąć oko.

Przy pierwszym spotkaniu z tą tabliczką, przy zgadywaniu, było co nie miara śmiechu, bo zirytowałam się, nie mogąc się zdecydować, czy to Gwatemala, Peru czy Kongo. Czułam je wszystkie po trochu, zacytuję siebie: "na nos Kongo, jęzor - Gwatemala, struktura Peru (Chuncho)". A gdy przed jedzeniem wąchałam tylko przez papierek, zastanawiałam się, czy to nie będzie przypadkiem Chocolate for Red Wine (tak porzeczkowo-czerwonowinna mi się wydała).

Podtrzymuję swoją opinię po powrocie do całej tabliczki. Zdziwiłam się, że w zasadzie czułam wszystko tak samo, tylko że... wino było jeszcze lepsze, bo się charakternie "przyprawiło".


ocena: 9.5/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 576 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym (a nawet to zrobiłam, bo dostałam jedną tabliczkę 35g, a chciałam mieć całą i to z opakowaniem)

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy