wtorek, 3 sierpnia 2021

Spar Natural Extra Dark Chocolate 72 % ciemna

Nie w głowie mi szukanie nowych sklepów i zwiedzanie ich. Przez pandemię ograniczyłam się do odwiedzania marketów, w których mogę kupić wszystko, co mi potrzebne i to wtedy, gdy muszę. Raz jednak, gdy przyszło mi w deszczu czekać na tramwaj, zaszłam do sklepu, który moim zainteresowaniem się nie cieszyłby... gdyby nie perspektywa moknięcia. W środku z kolei... zobaczyłam czekolady marki własnej. I znów - nie zainteresowałyby mnie jakoś szczególnie, gdyby nie była to "zdrowa półka". Tak się złożyło, że właśnie marketowe eko / bio bardzo mi w większości przypadków smakowały. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam, że... czekolada jest wyprodukowana dla Piotrów i Pawłów - myślałam, że ta sieć już upadła! (Tak, jako ona padła.) A przecież czekolady z niej (Gorzka 74 % czy Deserowa z Solą Morską) właśnie marki własnej bardzo mi smakowały. Stąd i decyzja o zakupie.

Spar Natural Extra Dark Chocolate 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao; jako producent i dystrybutor jest wypisany "Piotr i Paweł" S.A. w restrukturyzacji, a miejsce produkcji to Szwajcaria.

Po otwarciu zapach zaskoczył mnie swoją delikatnością. Mimo to, poczułam wyraźną, paloną - niemal węgielną - nutę należącą do kawy i karmelu. Słodycz wydała mi się wysoka i zespojona z soczystością cytrusów. Oczami wyobraźni widziałam dojrzałe mandarynki. One i karmel zdawały się aż lśnić, a ja zaciągając się, doszukałam się jakby plastikowo-polewowego motywu (prawie nieznacznego).

Tabliczka z wyglądu podpadła mi niezdrowo lśniącym, jakby wypolerowanym i plastikowym połyskiem. W dotyku wydała mi się bardzo tłusta, a łamana jakby pełnotłusta. Była zwarta, zbita i twarda z racji tego. Potrafiła wydać głośne chrupnięcie, gdy odgryzałam kęs - a jakże! - ale czasami miałam wrażenie obcowania z tablicą z masła.
W ustach rozpływała się właśnie bardzo maślanie, jak ocieplające się od czegoś ciepłego masło, a więc takie... jakby spływające rzadko z zasadniczej części (moje wyobrażenie w oparciu o "internet", np. zdjęcia kosteczek masła na kukurydzy / stekach / tostach / pancake'ach - mnie takie brzydzą). Dość szybko jak na ciemną czekoladę (i to tak gęstą w odbiorze), acz obiektywnie raczej wolno i jakby sugerując, że zaraz bardzo przyspieszy. Wydała mi się przez to ciężka, mimo że chwilami robiła jakieś wybiegi ku soczystości. Kończyły się raczej na... oleistych falach.

W smaku od początku słodycz i gorzkość wydały mi się bardzo wyważone. Zaprezentowały się jako intensywne, ale nienachalne.

Niemal natychmiast przed nie, na pierwszy plan wskoczyły orzechy laskowe. Słodkawo-prażone, chwilami niemal nugatowe i... kumulujące wokół siebie słodycz. Pomyślałam o orzechach w palonym karmelu. Słodycz ogólna wzrosła. Należała do karmelu przede wszystkim, ale do głowy przyszedł mi też mdławy nugat, bardzo łagodzony maślanością samą w sobie. Z czasem rozeszła się od niego też wanilia i... jakaś kolejna łagodząca nutka... kwiatów?

Za słodyczą rysowała się lekka, ale całkiem wyrazista gorzkawość... chwilami nawet gorzkość. Z racji mocnego palenia i kawowej nuty, kojarzyła się z rozmoczonym węglem. Węglem... zasypanym potem zwykłym, cierpkawym kakao? Przewijało się, acz umiejętnie mi umykało.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa łagodność ta i kwiaty wniosły rześką soczystość. Orzechy laskowe z maślanością wpisały się w łagodną czekoladowość, a ja pomyślałam o... plastrach i skórkach pomarańczy właśnie w przesłodzonej czekoladzie skrytych. Czekoladzie lub polewie czekoladowej? Odnotowałam słodycz cytrusów. Była na tyle wysoka, że w głowie miałam raczej drobne i dojrzałe, soczyste mandarynki. Pomarańcza... jedynie się snuła.

Z czasem wywalczyła trochę cierpkości. Podkreśliła tym samym paloną nutę. Polewa kakaowa czy coś... nie zdążyło mi nawet mignąć, a już zalała to kawa. Czarna, ale nie siekiera.

Maślaność i słodycz bliżej końca zdawały się łagodne (w wydźwięku), a jednak przesłodzenie dawało się już we znaki (drapało w gardle po zjedzeniu paru kostek). Trochę jak... słodka, maślana bułeczka z orzechami, po której spływa karmel (może taka jak jakieś kombinowane cinnamon roll?). Karmel zasłodził też kawę zupełnie, ale na paloność przymknął oko i zostawił ją sobie. Tę, trochę cierpką, czułam do końca.

Pozostała też w posmaku, łącząc słodziutkie cytrusy (bardziej pomarańcze?), maślano-czekoladową bazę i wyraźnie orzechową nutkę. Czułam, że słodycz znalazła się na granicy przesadzonej, a tłustość... niestety przegięła. I o ile w trakcie jedzenia po prostu było za tłusto, tak po został nieprzyjemny efekt tłuszczu na ustach i w ustach, mimo minimalnej pyłkowości (bardziej iluzorycznej, niż realnej chyba).

Czekolada w zasadzie mi smakowała. Połączenie tak wyraźnych orzechów laskowych i karmelu było przyjemne. Mandarynki były fajne, a nuta owoców ciekawie się "wtopiła" w czekoladę ogólnie mało owocową. Także odrobina węgla czy kawy przypadła mi do gustu, acz te akurat wolałabym o wiele silniejsze. Złagodzenie ich maślanością (i kakao w proszku), sprawiło że to kompozycja smakowo dla mnie za łagodna, a z konsystencji aż z elementem obrzydliwości, co odbierało mi radość z jedzenia.
Szkoda, bo gdyby nie to (co ewidentnie jest winą producenta), mogło być tak pięknie...

Niestety nie dorównała Piotr i Paweł Czekolada Gorzka ciemna 74 %, która też była maślana, ale nie tak "czysto maślana", a jak maślane słodkości-wypieki i o wiele bardziej owocowa (też cytrusy, ale i np. śliwki - jako twory "w czymś").


ocena: 8/10
kupiłam: Spar
cena: 6,99 zł (możliwe, że przeceniona z 7,99)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, ekstrakt z wanilii

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

McEnnedy Banana & Vanilla Sponge Dessert

Pewnego dnia przy lidlowych lodówkach, gdy wybierałam pastrami z amerykańskiego tygodnia, rzuciły mi się w oczy propozycje na słodko, na które normalnie nie zwracam uwagi. Przypomniały mi się też strasznie pogorszone niegdyś uwielbiane przez Mamę puddingi waniliowe i... dziwnie naszło mnie na coś słodko-tłusto-glutowatego, kompletnie niemojego. Dlaczego? Bo akurat mój wzrok padł na magiczne słowo "banana". A całkiem niedawno poznałam słowo "trifle", czyli popularny w Anglii deser m.in. z ciasta biszkoptowego, galaretki i owoców z dużą ilością śmietanki - i ten, na który patrzyłam wydawał się podobny - może to amerykański odpowiednik? Jeśli mam być szczera, nie łudziłam się, że będzie to coś pysznego, ale... po prostu mnie zaciekawiło. Był taki... obleśnie-intrygujący. W dodatku nie pomagał fakt, że opis producenta nie był zbyt jasny i osobiście bym go zmodyfikowała po skonfrontowaniu z rzeczywistością.
I tu wychodzi kolejna zaleta z mieszkania z Mamą, mającą słabość do "lodówkowych nowości". Na moje szczęście i ona uznała te desery za ciekawe (wg niej też po prostu piękne). Spozierała wzrokiem jeszcze na wariant z masłem orzechowym, ale w końcu przypomniała sobie, że ma traumę po alkoholowo-pseudomasłoorzechowym Pawełku, a tu jednak była obietnica waniliowości (a wszelkie waniliowe warianty to jej numery jeden).


McEnnedy Banana & Vanilla Sponge Dessert to wg producenta "deser z 47 % sosem o smaku bananowym, na spodzie biszkoptowym nasączonym 12 % sosem waniliowym i z 34 % musem o smaku waniliowym" wg mnie: mleczny deser waniliowo-bananowy z biszkoptem nasączonym alkoholem i bitą śmietanką z serkiem mascarpone; wyprodukowany dla Lidla na tydzień amerykański przez Dolcissimo srl / Solo Italia we Włoszech.
Opakowanie zawiera 170g, czyli dwa kubeczki po 85g.

Po zerwaniu wieczka poczułam denerwująco słodki zapach złożony ze sztucznego banana, ordynarnej choć nawet nie mocnej alkoholowej nuty i takiej... duszno ciastowej, "mokrej", zawilgoconej... Jakby ciasta z folii? Chemia miała z tym na pewno coś wspólnego.

Już zrywając wieczko poczułam intensywny zapach budyniu waniliowego i słodkiej bitej śmietanki. Jedno i drugie wydało mi się ciężko-słodkie i podszyte chemią, choć nie brak im też śmietankowo-mlecznej nuty deseru lodówkowego. Wąchając uważniej odkryłam, że za ciężkość odpowiadała kapciowo-biszkoptowa, morko-duszna nuta mieszająca się ze spirytusem i mulącym aromatem bananowym. Mimo iż bałam się tego ostatniego, w kompozycji okazał się marginalny.

Na wygląd w sumie deserowi nie mam nic do zarzucenia... oprócz tego, że między warstwami chwilami były szpary. Dziwnie to wyglądało.

Konsystencja deseru właściwie bardzo mnie zaskoczyła. Mus na wierzchu wyglądał jak typowa bita śmietanka, ale... W istocie okazał się ciężką, napęcherzykowaną chmurką o wysokiej, mazisto-śliskiej tłustości. Kojarzyła się z bitą śmietanką, ale... taką jakby z serka, wraz z jego zwartością.
Niżej był mokro-miękki, a jednocześnie trochę kruszący się biszkopt. Okazał się tłustawy i mokry, trochę lepki, ale zaskakująco lekki, też napęcherzykowany. 
Kolejne zaskoczenie to sos żółty. Za nic nie nazwałabym go sosem, ponieważ to gliniasto-gęsty budyń, zwarty i trzymający się opakowania. Był śmietankowo-maślano tłusty i idealnie gładki, śliski.
Poczynając od serkowej "bitej śmietanki", przez rozmoczony biszkopt po śliski i zbity budynio-"sos" całość uznałam za niemożliwie tłusto-ślisko-ciężko obleśną.

Co też mnie podkusiło...

W smaku "śmietanka" okazała się straszliwie słodka w waniliowo-bitośmietankowy sposób. Miałam wrażenie, że jej baza to cukier, który zaczął mnie drapać w gardle już po pierwszej łyżeczce. Wydała mi się pełna, niemal maślana i... aż kojarząca się z białą czekoladą. Nutka chemii oplatała ją nieodzownie, a bliżej dna chwilami cukrowość chyba podkręciła nutka alkoholu (którą pewnie "przeszła" na styku warstw). Ta część o dziwo nie wyszła tak źle, jak się zapowiadało.

Biszkopt... okazał się jednocześnie pszenicznie nijaki i spirytusowo-słodki. Smakował jak cukrowo-waniliowe, mokre biszkopty (typu twardego, tylko że rozmoczone zupełnie) o dość chemicznym smaku. Wydał mi się aż lekko... duszno-octowy w swym ordynarnym, naaromatyzowanym smaku. Nasączenie alkoholem jednak akurat wyszło mu na dobre.

Gęsta masa na dole kontynuowała cukrową słodycz i chemię. Smakowała głównie nimi, aż trudno rzec cokolwiek więcej, choć i śmietanko-mleczność charakterystyczna chyba dla takich budyni w niej czuć. W pierwszej chwili skojarzyła mi się ze sztucznie waniliowym budyniem, jednak zaraz po ustach buchnął duszny, sztucznie-ciężki aromat goryczkowaty, częściowo po prostu nieokreślony, a po chwili istotnie... laboratoryjnie bananowy. Dosłownie dziabnął mnie w język w ślad za alkoholem z biszkoptu (on też musiał "na styku" trochę przesiąknąć). Mieszał się z wanilią z aromatu, też trochę cierpkawo-dziwną, więc nie był aż tak ordynarny, jak można by się spodziewać, ale koło smakowitego banana nie stał.

Między warstwami nie było kontrastów, więc to deser w miarę logiczny...

Po zjedzeniu już małej ilości w ustach czułam wstrętny, chemiczny kapeć. Gryząca chemia aromatów, wręcz cierpkość i spirytusowa nuta, a do tego mdląca, bo właśnie sztucznie-naaromatyzowana i przesadzona słodycz... Czułam się, jakbym łyżeczkowała cukier z okropnymi posmakami. Wszystko to było o tyle bardziej dręczące, że tłustość i śliskość tego była po prostu obleśna.
Podołałam połowie jednej sztuki...

Całość okazała się strasznie, przeraźliwie i niemożliwie cukrowo słodka i chemiczna, ale w gruncie rzeczy... Przeciętna. Mam wrażenie, że to pewnie jeden z wielu waniliowych deserów z koroną, budyniem i biszkoptem... Wyszło to jak po prostu "jasny wariant" takich. Trochę alkoholu, wanilia z aromatu, śmietankowość... Nutę banana czuć... z jednej strony żałuję, że deser nie był bardziej bananowy, ale gdyby miał taki być za sprawą mocniejszego sztucznego smaku, to podziękuję. Sztuczny banan to coś strasznego, więc dobrze, że tu nie był pierwszoplanowy. 
Jak to chemicznie-słodki, tłusty deser z tymi duszno-ciężkimi motywami, dla mnie wydał się mdlący.
Mimo niskiej gramatury, strasznie to przytykająco-zalepiające (nie sycące!). 
Mama kończyła i orzekła, że: "rzeczywiście słodki, ale ta bita śmietanka normalna, fajna tylko że przesłodzona, a ten biszkopt bardzo dobry, taki alkoholowo-słodki, wilgotny. Najlepszy z tego wszystkiego, jak z tych różnych deserów tiramisu. Tylko dól... jakby z cukru, a banana to rzeczywiście trochę czuć. I wcale nie aż tak rażąco sztucznie, bo po prostu leciutko go czuć. Nie był okropny, ale ta cukrowość powala". Chwilę zastanawiała się, czy nie zasłużył na 4, ale przypomniawszy sobie cenę, co do oceny zgodziła się ze mną.


ocena: 3/10
kupiłam: Lidl
cena: 4,99 zł (za 2 sztuki po 85 g)
kaloryczność: 349 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: mleko odtłuszczone odtworzone, syrop glukozowy, tłuszcz kokosowy, woda, 7% ciasto biszkoptowe (mąka pszenna, cukier, jaja, skrobia ziemniaczana, tłuszcz kokosowy, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych; substancje spulchniające: difosforany, węglany sodu; sól), cukier, białka mleka, 2% alkohol etylowy, żółtko jaja, stabilizator: sorbitole; skrobia kukurydziana, skrobia z manioku, serek mascarpone (śmietanka, regulator kwasowości: kwas mlekowy), substancje zagęszczające: karagen, guma guar, emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem mlekowym; naturalne aromaty, naturalny aromat waniliowy, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; sól, barwnik: karoteny

niedziela, 1 sierpnia 2021

J.D. Gross Peru Czekolada Gorzka 60 % ciemna

Ostatnio jakoś tak sobie ściągam z listy posiadanych czekolad te z peruwiańskiego kakao (lubię układać serie, a w momencie, gdy wszystkie daty długie i nic mnie nie goni, wymyślam sobie "klucze" do selekcji, co najpierw) i dzisiaj prezentowaną zaplanowałam, lecąc za ciosem. Trochę smuciła mnie zawartością kakao, mimo że pamiętałam dobrze, jak pyszna była wycofana już Gross Amazonas 60 %. Właśnie: pyszna, ale... Moja tolerancja na słodycz na przestrzeni lat spadła jeszcze bardziej.
Już pisząc wstęp do Auchan Dark Peru 75 % myślałam też trochę o tej. Nawet opakowania jakoś tak mi się ze sobą skojarzyły. Do Grossa jednak aż tak mi się nie spieszyło, ponieważ była z jakiegoś pojedynczego rzutu, a zapasu nie zrobiłam, ponieważ nie jest to zawartość kakao, do której mogłabym wracać... A bałam się spróbować, bo... bo może właśnie to był błąd? Nie cierpię rotacyjności produktów. Rozumiem limitowane smaki pasujące do danej pory / okazji bardziej niż do innych, ale "rzuty tak po prostu"? Nie lubię.

J.D.Gross Peru Czekolada Gorzka 60 % to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao trinitario z Peru.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam zacukrzony do granic możliwości, a jednocześnie kwaskawy sernik. Sernik ze śmietankową nutką, zestawiony z orzechami. Od orzechów odchodziły też nuty drzewne - oczami wyobraźni zobaczyłam grube, suchawe konary porastające... ziemię. W kompozycji bowiem właśnie i domniemanie ziemi się pojawiło. Za nią zaś doszukałam się owoców leśnych, odpowiadających za soczystość i podkreślających tę "soczystość" kwaskawego, wilgotnego sernika.

Wyglądająca na ulepkowato-suchą tabliczka okazała się twardo-zwarta jak skała i bardzo głośno trzaskająca przy łamaniu.
W ustach rozpływała się bardzo powoli, ale bez problemu. Miękła i gięła się już po chwili, zmieniając się w zalepiająco-mazisty, lepki krem o wysokiej gęstości i tłustości. 

W smaku w pierwszej chwili poczułam wysoką słodycz jakby cukru pudru... który nieco zbił się / zbrylował (?) przez zawilgocenie z racji tego, że pokrywał wierzch sernika. Był niewątpliwie grubą warstwą, jednak i ciasto to miało się nieźle.

Szybko odezwała się także gorzkawość. Wydała się nieco "przysypana" (jak i sernik), ale raczej: zakurzona. Pomyślałam o suchych orzechach, których wiek świetności już minął, ale wciąż są ok. To też suche drzewa i... coraz więcej orzechowawych, niejasnych motywów. Pomyślałam o orzechowych spodach (do tego sernika) i migdałach. Nagle, mimo przecukrzenia, gorzkość wydała mi się zaskakująco wyraźna, acz zespojona z cierpkością i typowo "deserówkowo-likierowym" klimatem. Jakby tak ten sernik był czekoladowy i właśnie czymś ciemnoczekoladowym nasączony.

W połowie rozpływania się kęsa w tle poczułam soczystą cierpkość ciemnych owoców leśnych i śliwek. Nie były zbyt intensywne, acz niewątpliwie słodko-kwaskawe i nieco rześkie.

Rześkość podkreśliła wilgotny, lepki sernik, który z czasem... wydał mi się gliniasto-gęstym, lekko maślanym ciastem... sernikiem, owszem, ale... z duszną nutą. Poniekąd należała do zbyt wysokiej, nieco irytującej słodyczy cukru, było w niej coś maślanego, ale...

Po dłuższym czasie od umieszczenia kawałka w ustach przypomniało mi to jakieś duszne, suchawo-wilgotne ciasto... makowcowo-sernikowe? (Chyba nazywa się to seromak - nigdy nie jadłam, ale widywało się w internecie / słyszało). Gorzkość wiązała się nieco z makiem, przesłodzoną masą makową i jakby orzechami, a drzewa i orzechy kładły nacisk na części warstw... samego ciasta? To było bardzo trudne do uchwycenia! Trochę i maślaności kryło, trochę wciąż śmietanki i likieru ciemnoczekoladowego.

Owoce bliżej końca wydały mi się skupiać wokół cierpkości... też po prostu likierowo-sosowo-syropowej. Pod koniec kakao wsparło się gorzkością kawy, do czego słodycz dodała śmietankę. Dosłownie definicja "deserówkowości".

Po zjedzeniu został posmak maślano-ciastowy, trochę kwaskawo sernikowo-owocowy, jak również poczucie przecukrzenie, zaznaczające swoją obecność w gardle, robiące aluzje do alkoholu i jego rozgrzewania.

Całość smakowała mi, mimo za wysokiej słodyczy i jednak tej tłustej miękkości. Nie było to nie do przetrwania... Smak sernika ciemnoczekoladowego w klimacie złudnie alkoholowym, przecukrzony co nie miara, ale jeszcze pamiętający o peruwiańskich nutach zaserwował mi nawet fajne, niecodzienne skojarzenia. Namiastka owoców, drzewo-orzechy i seromak? Super! Jakby mieć do czynienia z niezbyt udanym, ale wciąż w miarę spoko wypiekiem. Szkoda tylko, że wyszło tak słodko, bo aż trudno to jeść (prawie całość zostawiłam sobie na dzień zdalnych wykładów, a nie na dzień, w którym czekoladzie mogę poświęcić duuużo uwagi.)... Tym bardziej, że mimo ogromu śmietankowo-sernikowych nut, nie kojarzyła się z np. czekoladą śmietankową, a właśnie wciąż była przecukrzoną ciemną. 


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl
cena: 4,99 zł
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

sobota, 31 lipca 2021

Marana Peru Piura 80 % ciemna

 Nie lubię zaczynać serii od potencjalnie najlepszych, ale tym razem tak się stało. W dodatku w przypadku marki dotąd mi nieznanej. Po prostu ta jedna raz, że miała krótszą datę, a dwa... też jej opakowanie się wyróżniało i tym samym rzuciła mi się w oczy. Doczytałam, że pochodzi z linii inspirowanej akwarelami peruwiańskiego malarza Pancho Fierro, który w swych pracach uwiecznił życie i zwyczaje Peruwiańczyków z XIX w.
Ciekawe, że nazwa tej marki to celtyckie imię oznaczające "wodna", ale... obstawiam, że twórcy nie to mieli na myśli, bo są z Peru i angażują się lokalnie (więc wątpię, by interesowali się Celtami). Farmerzy od lat uprawiają tam organiczne kakao ręcznie, a marka podpisując z nimi umowy, odmieniła ich codzienność na lepsze. Dbając o środowisko, chce przedstawić światu korzenie smakowe tego kraju. Na dobrą sprawę, dopiero czytając o tym wszystkim zorientowałam się, że... jak nic wpisało się to w moją "peruwiańską serię"!

Marana Peru Piura 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao odmiany Blanco z Peru, z regionu doliny Alto Piura.

Po otwarciu uderzył mnie soczyście-kwaskawy zapach owoców z cytrynami na czele, które to zdawały się zalewać i nasączać ciemną ziemię i dym. Te odpowiadały za gorzkość w tle. Raz po raz mignęły mi za jej sprawą orzechy, może słód. Wśród owoców czułam jeszcze niezbyt dojrzałe, kwaskawe wiśnie i egzotyczne żółte, odpowiadające za słodycz. Dojrzały ananas i jakieś nieokreślone. Słodycz ogólnie była niska, ale i karmelowe echo się znalazło. Łagodziła kwasek, który chwilami pokazywał także nabiał: kefir, mieszający się ze śmietanką.

Tabliczka miała kolor ciemnej mlecznej, a i twarda była jakby głównie dzięki grubości. Trzaskała, acz nie bardzo głośno, przy łamaniu sprawiając wrażenie, jakby była bardzo pylista. Taka tłustawo-pylista tafla.
W ustach rozpływała się bardzo łatwo i kremowo w średnim tempie. Była przesadnie tłusta i raczej esencjonalnie zbita; konkretna. Pozostawiała gładko-maziste smugi, przeplatając je nieco soczystymi "dopływami", by znikając, zostawić smugi tłuszczu. Na szczęście nie wyszła jak gruda tłuszczu, bo nie brakowało jej pylistego efektu, który wkraczał chwilami. 

Jako pierwszą poczułam słodycz palonego cukru i egzotycznych, soczystych owoców. Na pewno dominowały żółte, ale i czerwonych nie brak. Najpierw pomyślałam o dojrzałym mango i cierpkawym ananasie, do których zaczęła docierać żywsza, lekko kwaskawa soczystość. Chyba wyłapałam cytryny, niedojrzałe nektarynki (?), po czym mignęły mi pomarańcze.

Karmel i pomarańcze, a dokładniej ich lekko goryczkowata skórka zaprosiły gorzkość dymu. To było trochę jak zasłona dymna dla niektórych owoców. Soczystsze na chwilę przeszły w bardziej po prostu słodkie, suszono-duszne morele z gorzkawo-suszonym zacięciem.

Kwaśność odleciała od nich, wpisała się w dym i przywiodła ziemię. W połowie rozpływania się kęsa dym kłębił się i kłębił, walcząc z wilgotną, chłodną ziemią. Był to jakby... ciężko-wilgotny dym na mnóstwie ziemi. Nagle dosadna gorzkość dosłownie uderzyła. Dym i ziemia zderzyły się ze sobą, upuszczając ten drobny chłodek...

Który z czasem chwilami podchodził pod chłodno-tłustawą nijakość. Jakby czekolada rozrzedziła się smakowo. Zaraz jednak załapałam, że to smak maślany, taki... tłuszczowy. Czułam tłusty nabiał: śmietankę? Śmietanę? Może nawet orzechową (wegańską; moje wyobrażenie)?

Wilgotny dym zdawał się nasączony cytrusami. W pewnym momencie pomyślałam o surowym kakao i słodzie... To znów więcej gorzkości... rozmytych / przysłoniętych orzechów nie pierwszej świeżości. Wyrazista ziemia wyszła na pierwszy plan. Słodycz też się nie poddała - trwała obok, sugerując karmelizowane orzechy... Cukrowo-przypalone aż do goryczki? Tak, ta też zdecydowanie wzrosła w karmelowym kontekście.

Oto po dłuższym czasie rozpływania się kęsa dym nieco opadł nieco, pokazując sporo gorzkiej ziemi. Gorzko-kwaśnej, bo kryły się w niej też wiśnie i inne drobne czerwone... jakieś różne i kwaśno-niedojrzałe i takie miękko-cierpkie... Sugerujące cierpkość także nabiałowi, z czego wyszedł kefir i śmietana. 

Czekolada pod koniec złagodniała w słodko-tłustym i jednocześnie śmietanowo-cierpkim kontekście. Maślaność mieszała się z karmelem... dziwnie jednak lekko soczystym. Pomyślałam o morelach i jakiś egzotycznych owocach... "lekko gryzącym" efekcie po zjedzeniu ananasa?

Po zjedzeniu został posmak cytrusowo-ananasowo-ziemisty, bardzo zadymiony i śmietankowo-śmietanowy. Czułam lekkie ściągnięcie, jakby taninę. 

Całość była smaczna, ale o nieprzyjemnej konsystencji (za tłustej!). Już nawet nie chodzi o to, że nie lubię zbyt tłustych tabliczek, ale w przypadku tak soczyście-rześkiego smaku to nawet nie pasowało. Nuty cytrusów, egzotycznych mango, ananasów oraz moreli i wiśni, ziemia, dym i orzechy były po prostu boskie, acz obracające się wokół kwaśności. Stąd wolałabym, by nieco ująć słodyczy, a podrasować gorzkość (np. zmieniając cukier z białego na trzcinowy?). Gdyby tak choć jeden z tych elementów zmienić, miałabym problem, czy 9 to nie za mało. A tak... niestety ocena aż do 8 spadła.

Przypomniałam sobie również łagodną śmietanowo-śmietankową, a jednak niepozbawioną charakteru ziemi, ze sporą ilością owoców (w tym podobnych moreli i czerwonych, cytrusów) i orzechami OB Piura Porcelana 75 %. Tamta jednak była słodka w przyjemniejszy, karmelowo-miodowy sposób, a znacząco odróżniła ją nuta przypraw korzennych.
Również cytrusowa, morelowo-mangowa i ogólnie owocowa, ziemista (choć bardziej drzewna) była Pacari Piura Quemazón 70 %. W niej czułam "wegański sernik", co w dzisiaj opisywanym można porównać do "orzechowej śmietano-śmietanki" oraz wino - w dzisiejszej "wiśnie i inne czerwone".
Nutę nadpsuto-karmelizowanych orzechów przypomniała mi za to Zottera Labooko Peru 100%, ale przy tym dotarło do mnie, że za nic nie zgadłabym zawartości kakao dzisiejszej. Mimo wszystko obstawiałabym raczej granicę 70-75 %.


ocena: 8/10
cena: 38 zł (za 70 g - cena półkowa)
kaloryczność: 644 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 30 lipca 2021

Zotter Dark Choco Mousse 70 % ciemna z musem z ciemnej czekolady

Nie raz pisałam już o tym, jak to uwielbiam maksymalnie czekoladowe połączenia, zestawienia, smaki. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że często wychodzą... nie aż tak czekoladowo, jak bym sobie życzyła. Zottery z czekoladowymi kremami zawsze bardzo mi smakują, mimo że narzekam na maślaność nadzień. Wcześniej Zotter nie nazywał ich mousse'ami, w 2020 roku zaczął. Na oko nie znalazły się one bliżej chmurkowych wnętrz niż dawne, ale nie robiło to dla mnie to różnicy. Efekt ogólny, smakowy był ważniejszy. W przypadku tej liczyłam na wiele, mimo że White Choco Mousse nieco mnie zmęczyła. Wprawdzie łatwo o to, by w moich oczach wyszła lepiej od wspomnianej, ale z kolei w pamięci zbyt dobrze miałam jedną z moich ulubionych czekolad Boozy Chocolate Mousse, do której już pary razy wróciłam, czyli... poprzeczka była bardzo wysoko.


Zotter Dark Choco Mousse to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana kremem / mousse'em ciemnoczekoladowym na bazie czekolady o zawartości 80 % kakao i masła; nadzienie stanowi 56 % całości.

Po rozchyleniu papierka poczułam intensywną, paloną woń drewna i dymu, kryjących gorzkawą kawę. Obok stała całkiem wyraźna słodycz karmelu, wydobywająca maślano-orzechową nutę. Ta nasiliła się jako grzybowo-maślany motyw zwłaszcza po przełamaniu ("grzybowa" w sposób charakterystyczny dla kakaowych nadzień / mousse'ów) i do skojarzeń dodała trufle. Pomyślałam też o zakalcowym cieście. Całość robiła też wybiegi do niemal cukrowo-karmelowego i soczyście owocowego alkoholu. Czyżbym wyłapała jakieś wiśnio-śliwki? 

Przy łamaniu tabliczka zaskoczyła mnie twardością: trzaskała donośnie mimo że realnie bardzo twarda była tylko sama czekolada. Mousse był znacznie od niej delikatniejszy, bardziej miękki, jednak... mousse'em nie był. To raczej gęsto-gliniasty, zbity maślany krem. 
W ustach czekolada rozpływała się powoli kremowo, łatwo i dość tłusto. Była gęsta i mazista.
Krem rozpływał się spójnie z  nią, acz dodawał dużo maślanej tłustości i bardziej zalepiał. Zachował element "czekoladowego zagęszczenia". Miękł jak mieszanka masła i gliny. Dziwne było, jak połączył konkret z mięknięciem. Podczas rozpływania okazał się niemal śliskawy, mimo lekko pylistego efektu kakao. Maział się jak zakalcowe, zbito-ciężkie ciasto na bazie masła albo śliskawe trufle w pyłku kakao. Znikał nieco szybciej od czekolady.

W smaku sama czekolada zaczęła od dość wyrazistej, palonej gorzkości, kojarzącej się z ziemią i konarami ją porastającymi (i odrobinką kawy?) oraz soczystej goryczki skórki cytrynowej. Zmieszała je ze sobą nieco kwasowo-cierpka nuta dymu.

Z czasem nadzienie zaczęło się pod czekoladę podpinać. Rozbłysła też słodycz karmelu, mocno palona i... jak spadająca gwiazda, po debiucie znikająca z głównego pola. Pomyślałam o śliskawych truflach belgijskich, osnutych dymem. Jakby też... z dymu wyłoniły się trufle jako alkoholowe cukierki, które zaraz porządnie otuliła cierpkawość. 

Słodycz zrobiła się wycofana i przybrała na maślaności. Oto do czekoladowości zaczęły dołączać coraz bardziej maślane wątki, jakby ją nieco rozrzedzając smakowo. Samo nadzienie przedstawiło się jako bardziej maślane, łagodniejsze i słodsze, ale wciąż ciemnoczekoladowe. Może nieco zakalcowe? Odnotowałam lekko grzybowo-maślaną nutkę, a cierpkość nagle zmieniła wydźwięk. Wydało mi się też cierpko-dymne. 

W dymie pojawiła się delikatna, kwaskawa nuta soczystych owoców. Nie były zbyt jednoznaczne - ot, wiśnio-śliwki trochę chylące się ku winu, trochę ku... ciastowym klimatom. Jakby tak maślane ciasto czymś nasączyć (dodać owoce / owocowy alkohol). Pojawiła się leciutka, ciepła pikanteria chili. Zdecydowanie podtrzymało to poważniejszy, alkoholowy (bez procentów) wydźwięk i leciutko ogrzało gardło.

Bliżej końca, jako że nadzienie rozpuszczało się szybciej od czekolady, wróciła intensywniejsza gorzkawość. Palono-dymnym tonem wyrównała maślaność i słodycz. Reprezentowała i wilgotną, czarną ziemię, trochę drzew, i dym (jego cierpkość), zostawiając sobie soczystość.

Po zjedzeniu został posmak gorzkawego dymu i kontrastowy do niego maślano-karmelowy, słodki acz nie jakoś szczególnie. Wyraźnie czułam pyłkową cierpkość kakao, jak również zaskakująco wyraźną nutę chili, udającego procenty rodem z trufli i przyjemnie drapiącego w język.
Usta były trochę otłuszczone, ale że czułam też nieco pylisty efekt kakao, nie odebrałam tego źle.

Całość w zasadzie była smaczna: nie za mocno słodka, ale niestety też nie tak gorzka, jak liczyłam. Sporo w niej za to maślaności i kakaowej cierpkości. Chwilami wydawała się niemal surowa: dym, ziemia i alkoholowość (nakręcona chili) spisały się na medal, dobierając sobie nieco owoców, ale wolałabym mniej maślaności rozrzedzającej to. Nie odpowiadała mi śliska tłustość maślanego nadzienia, które z mousse'em niewiele miało wspólnego. Mimo mięknięcia, wyszło ciężko, a ja... wolałabym suchszy konkret.
Odpowiadało mi to mniej niż BitterClassic Mousse 2019 (o słodszym, a jednocześnie bardziej ziemistym niż czysto maślanym kremie), ale już do Mousse au Chocolat "Piura" 82 % była bardzo podobna (z tą różnicą, że wierzchnia czekolada 82 % chyba dodała więcej nut smakowych kakao, niż dodana do kremu 80 %).
Wiedziałam, że świadomie drugi raz przez maślaność bym jej nie zamówiła, ale koniec końców z drugiej tabliczki (wysłanej przez pomyłkę) cieszyłam się.


ocena: 9/10
kupiłam: FoodieShop24
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, masło, skrobia kukurydziana, tłuszcz kakaowy, chili "Bird's eye"

czwartek, 29 lipca 2021

Auchan Dark Peru 75 % ciemna

Po tym, jak zamknęli mi Tesco, z którego uwielbiałam czekolady Finest 70-80 % kakao, a także jak z Aldiego zniknęły Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 %, do odkrywania zostały mi jeszcze dobra auchańskie. Mimo całej miłości do Grossów, trochę się bałam ciemnych po zmianach. 70 % nieco pogorszyli, więc na razie je w czasie odłożyłam (mimo że nadal była przepyszna - to jednak nie znaczyło, że z resztą będzie tak samo). Z Grossami jest jeszcze jeden problem: rotacyjność / "limitowaność". O tym jednak za jakiś czas, a na razie czekolada, w stosunku do której żywiłam ogromne nadzieje. Próbowałam je hamować, bo i Auchan zaczął ostatnio wiele produktów pogarszać, ale i region, i zawartość wydawały się tak moje, że... że w ciemno kupiłam od razu dwie (co było motywowane panicznym lękiem, że wszystko mi pogarszają / wycofują). 

Auchan Dark Peru 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Peru.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam zapach drzew, wzmocniony wyrazistymi, gorzkimi  akcentami palono-ziołowymi. Niemal na równi z nimi stała soczystość i specyficzny akcent odzieży / mebli skórzanych. Soczystość zdawała się nasączać to wszystko, mieszać się, acz wyraźnie złożyły się na nią brzoskwinie i morele - może też trochę dżemowe, a nie tylko świeże oraz wiśnie (i jagody?), chylące się w stronę czerwonego, pikantniejszego wina.

Czekolada głośno trzaskała, kojarząc się z suchymi, grubymi gałęziami. Była skaliście twarda.
Mimo iż w dotyku wydawała się sucha, w ustach rozpływała się bardzo powoli, ale łatwo i przyjemnie. Początkowo gładki kawałek zachowywał kształt, acz miękł, zaczynał się giąć, by następnie rozleźć się po ustach na zwarto-lepki, gęsty i trochę maślany budyń. Jak wyjątkowo zbity budyń, ale jednak budyń: zalepiający usta i nieco przytykający przez wyczuwalny chwilami pylisty efekt kakao. Wyszło to bardzo zacnie.

Czekolada przywitała się słodyczą z pogranicza miodu i karmelu, wzbogaconą o odrobinkę cierpkości i już z sugestią paloności. Miód krył leciutki, niemal nieuchwytny kwasek (jak np. miody ze spadzi iglastej).

W ciągu kolejnych sekund roztoczyła po ustach paloną gorzkość drzew i suchych, szeleszczących liści, a także wyraźny motyw skóry. Drewno i skóra wydały mi się lekko cierpkawe, może nieco dymne, a na pewno poważne. W wyobraźni przeniosłam się do lasu iglastego (głównie), skórzanymi butami depcząc suche gałązki, igiełki i trochę liści. Jakbym zaciągnęła się też zapachem skórzanej kurtki, w którą się wtulałam.

W tym czasie jednak słodycz, nie zapominając o cierpkości i kwasku, przeszła na bardziej cukrową. Nie była za wysoka i jednoznacznie kojarzyła się z naturalnie scukrzonymi suszonymi owocami, np. rodzynkami i morelami. Od nich mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa rozszedł się smak owoców, rozkręcający żywą soczystość. Morele suszone, trochę rodzynek zaprosiły soczyste egotyczne owoce, w tym brzoskwinie. Może jakieś cytrusy? Baza chwilowo jakby chciała bardziej rozwinąć tlącą się maślaną nutkę, jakby to był jakiś maślany keks z owocami (moje wyobrażenie), ale zaraz zaniechała pomysłu.

Gorzkość zdążyła się umocnić, ale do poziomu siekiery się nie zbliżyła. Skórzana, nieco odymiono-podwędzona zahaczyła o słód, a swoim poważnym klimatem do owoców dodała skórkę cytryny. Poprzez ziołowość wplotła odrobinkę pikantniejszych motywów, które razem z drobną taniną i cierpkością podszepnęły jeszcze wino i trochę wiśni - integralnych ze sobą. Wydaje mi się, że mignęły mi wśród nich też jakieś cierpkawe jagódki.

Wszystko to sprawiło, że słodycz wróciła do miodu, ale nie zasładzającego, a kwaśno-iglastego, przyprawionego, ziołowego... Nieco rozgrzewającego? A może to nutka wina i przypraw rozgrzewała, a miód trzymał się kwasku lasu iglastego, jego rześkości i drzew?

Po tym wszystkim gorzkość mocno przemieszała się z cierpkością, drzewa nieco zasnuły się dymem, a owoce nadały im życia, świeżości. To na pewno las, a nie drewno, mimo że palona nuta przewijała się raz po raz.

Pod koniec owoce przemieszały się z tą rześkością i w posmaku zostały cytrusowoe, pikantne akcenty wina, drzew i słodu, a także znacząca cierpkość jakby "drzewnego kakao".

Całość bardzo mi smakowała. Właściwie... gdyby nie jakieś dosłownie szczegóły (cukrowość, mimo że nie za wysoka, to taka "scukrzona" w wydźwięku, a więc nie dla mnie), mogłaby trafić na listę naj-naj. Nie była skomplikowana, ale głębi jej nie brak. Wysokie palenie nie ingerowało w nuty soczyste i pikantniejsze. Podobała mi się bazowa drzewność / iglasto-lesistość zmieszana z owocami (mnóstwem, ale głównie egzotycznymi i suszonymi). Świetnie połączyły się ze słodyczą, odrobinką kwasku i cierpkością ziół, co zapewniło cudowną spójność. Gorzkość, mimo że nie siekierowa, była wyraźna i nie zagłuszona (np. słodyczą). Wyszło tak... rześko, a jednocześnie bardzo poważnie. 

Cierpka słodycz i las skojarzyła mi się z Tesco finest Peruvian 70 %, jednak propozycja Auchana była bogatsza, bardziej iglasto-drzewna, mniej słodka.


ocena: 9/10
kupiłam: Auchan
cena: 5,49 zł (za 90g)
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

środa, 28 lipca 2021

McEnnedy Syrop klonowy

Szczerze mówiąc, po dosłownie zmęczeniu prawie całej butelki syropu klonowego, próbując go na różne sposoby wiedziałam, że na parę lat już spokój - na pewno mnie na niego nie najdzie, mimo że teoretycznie lubię (a nie mam jak i do czego jeść; dodatkowa słodycz nie jest mi potrzebna). Mama jednak, jak już odkryła syrop klonowy, przepadła. Zakochała się w nim. Jako że takie różności (też np. masła orzechowe) staramy się kupować jak najtaniej, kolejnym kupionym był dzisiaj przedstawiany. Ja po prostu, jak już dwa wrzuciłam na bloga, nie mogłam mu się oprzeć, bo... kusił znacznie ciemniejszym kolorem. Wyglądał na taki zdecydowanie bardziej "mój".

McEnnedy Syrop klonowy to kanadyjski syrop klonowy ciemny typu A; dostępny wyłącznie w Lidlu.

Po odkręceniu buteleczki poczułam intensywnie słodki, aż nieco drapiący i mocno palony, pozytywnie drewniany zapach. Wydał mi się karmelowo-przypalony, jakby tak... karmelizować ciemny miód aż do goryczki. Bezkresne zasłodzenie skojarzyło mi się drewniano-alkoholowo. Na pewno charakteru tu nie brak!

Syrop zaskoczył mnie gęstą jak na syrop konsystencją. Był oczywiście lejący i lepkawy, a także rzadszy od miodu, ale nie aż tak jak biedronkowy GoBio czy Vermont. Nie miał efektu wodnistości i nie wsiąkał we wszystko tak błyskawicznie.

W smaku od początku uderzył słodyczą, ale taką wyraźnie uszlachetnioną intensywnie paloną nutą. Przywodziła na myśl drewno albo... żywe drzewa, z pewną niemal korzenno-pikantną, jakby alkoholową bez procentów nutą. To odrobinka roślinności, także kojarzącej się z ciemnym miodem, ale... karmelizowanym aż do goryczki. Ta była zaskakująco wyraźnie wyczuwalna (nawet nieco bardziej niż w miodzie gryczanym).

Wszystko to było zamknięte w bezkresnej słodyczy, która jednak umożliwiała im trwanie do końca, nawet gdy ona drapała już w gardle. Jej głębia też zdawała się nie mieć końca, więc to zasłodzenie jak najbardziej pożądane, szlachetne.

Syrop pozostawił posmak bardzo słodki, ale nie mulący... kojarzył mi się z goryczkowatym, karmelizowanym miodem gryczanym, nieco przypalonym. Nie wiem dlaczego, wyobraziłam też sobie... karmelizowane orzecho-drewienko.*

Z racji jego wyrazistości uznałam, że ten to sprawdzi się ze wszystkim i postanowiłam poeksperymentować i popełnić coś w stylu pancaków (jakiś, kurczę, racuchowatych), mimo że nie lubię smażonych rzeczy, a z naleśnikami obecnie też mi nie po drodze. Ale! Chciałam klasycznego połączenia spróbować. Nie wsiąkł w nie tak szybko, jakoś został w ich i tak wilgotnym wnętrzu i narzucił im swój smak (kompletnie zabijając naleśnikowość). Moje były miejscami mocno poprzypiekane (z patelni naleśnikowej bez tłuszczu) i podkreślił w nich taką swoistą spaleniznę (ja nie mam nic przeciwko, ale komuś może przeszkadzać).
Nie jestem przekonana do syropu klonowego z naleśnikami, ale to raczej kwestia tego, że naleśniki ze słodkim syropem to nie moja bajka (do grubych dżem, cienkie z serem jak już miałabym jeść). Dzięki temu skorzystała jednak Mama. Ona była zachwycona, bo ponoć przypomniało jej się dzieciństwo, bo "to było jak racuchy, tylko że... jakby z miodem gryczanym". Jej także ten syrop klonowy smakował najbardziej z próbowanych.

Znacznie tańszy, palono-goryczkowaty od konkurencyjnych, zdobył moje uznanie. Zaskoczył mnie. Mimo że to twór nie do końca mój, to najlepszy próbowany przeze mnie syrop klonowy. Na tle innych wypada jak miód gryczany w porównaniu do jasnych, czysto-mdło słodkich miodów.


ocena: 10/10
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: 14,99 zł (za 250 ml)
kaloryczność: 349 kcal / 100 ml
czy kupię znów: Mama tak (ja mogłabym się podłączać)

Skład: syrop klonowy

*To raczej wyobrażenia, bo nigdy nie karmelizowałam miodu, a z tym drewienkiem... to może wspomnienie Zotter Firewood Brandy?

poniedziałek, 26 lipca 2021

Standout Peru Urubamba 70% ciemna

Po Standout Maya Mountain Belize 70 % uznałam, że w sumie marka... bardzo mi się podoba. Nie chciałam się zbytnio napalić na posiadaną serię, ale... nie ukrywam, że zapragnęłam jak najszybciej przekonać się, czy np. trafiłam na jedną najlepszą tabliczkę, czy wszystkie reprezentują ten sam wysoki poziom. Tym razem region wybrałam lubiany i nieźle mi znany. Powiedzmy, bo uważam, że akurat z Peru czekolady potrafią bardzo różne nuty dawać. Był to więc dobry sposób na zobaczenie, co potrafi ten producent, co z tego regionu wyciągnął. W dodatku bardzo ucieszyła mnie wzmianka, skąd dokładnie wzięli kakao. Otóż z regionu położonego na 1200 m n.p.m. (lubię znać takie szczegóły), od kooperatywy farmerów Alto Urubamba Cooperative, ale poprzez... uwielbiane przeze mnie Original Beans!

Standout Chocolate Urubamba Peru 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Peru, z regionu Urubamba; fermentacja ziaren trwała 2-4 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie na słońcu 6-8 dni.

Otwierając, poczułam kwaskawą soczystość splecioną ze słodyczą i "wilgotną" rześkością, jednak zaraz  zapach czekolady wydał mi się jednocześnie mocno słodko-cierpki. Należał do cytrusów i owoców leśnych: jeżyn, jagód. Ich malutkie krzaczki porastały ziemię, kryjąc się wśród innych, ciemnych i drobnych roślinek. Zapach odebrałam jako leśny... ale nie mocny, bardziej "polankowy", przyjazny. Do głowy przyszedł mi też miód - albo kwiatowy, albo kwiatowo-leśny... taki delikatniejszy właśnie i... być może dosładzający leciutko dżem z jagód, borówek i jeżyn, który wyszedł... jakoś kwaśno, jakby nieco przesadnie podkręcono go cytryną. Oprócz świeżo-surowych owoców, czułam bowiem także go. Może w tle majaczyło też słodkie wino o takich nutach?

Tabliczkę odebrałam jako nadzwyczajnie twardą z racji gęstości i zbitości, o czym świadczyły głośne trzasko-huki przy łamaniu czy robieniu kęsa.
W ustach podtrzymała swą gęstość, jednak była to gęstość kremowa i tłusta jak śmietanka... lub raczej lody na tłustej śmietance lub zimny sernik na zimno o niezaburzonej, idealnej gładkości... Jak na ciemną i tak zbitą, rozpuszczała się dość szybko. Otłuszczała usta, by następnie zniknąć w dość rzadkawy, na szczęście śmietankowo-soczyście-wodnisty (a nie tylko wodnisty) sposób. Akurat konsystencja mi nie odpowiadała.

Po zrobieniu kęsa poczułam słodziutką śmietankę, a do głowy przyszedł mi kwaskawy twarożek dosłownie zalany miodzikiem. Miało to niemal uroczy wydźwięk. Motyw ten budował tło na spokojnie, trwał w oddali cały czas.

Szybko jednak zaczął go dosłownie przeszywać niczym ostrą igłą kwasek: soczysty i w pełni owocowy (do głowy przyszła mi niedojrzała nektarynka).
Słodycz jednak nie wystraszyła się - rozwijała się dalej. Otóż miód musiał być jasny - powiedziałabym, że wielokwiatowy, bo właśnie także słodycz kwiatów miała tu ogromny udział, sprawiając, że wydźwięk cechowała lekkość, zwiewność.

Zaraz jednak mocniej wkradł się w nią uparty kwasek (wszyty mocno, jak na maszynie!). Miód kwiatowy zmienił się w leśny, właśnie z taką nutką (też iglastą, kwaskawą), a po chwili kwaśność rozlała się bez oporu w ustach jako tsunami soczystości. Oczywiście mieszało się ze słodyczą, serwując niejednoznaczne owoce żółte, mnóstwo jagód, borówek i jeżyn. Częściowo niedojrzałych, częściowo słodkich i jędrnych - różnych, bo takich prosto z krzaka. Odnotowałam lekką cierpkość owoców leśnych, ale też soku i skórek cytrusów (pomarańczy?).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o owocach miękkich i coraz bardziej kwaśnych. Niedojrzała drobnica, ale i coraz więcej cytrusów... może też jakiś agrest? Miękkość... należała także do roślinności - kwiatów i wilgotnych roślinek na polance lśniącej od rosy? Ale też... kwiatków nieco nadgniłych i leżących na ziemi? Wyłapałam jej lekką pikanterię, kierującą skojarzenie na owocowe, rozgrzewające wino (białe?). Cytrusowość, także cały czas obecna, podszepnęła tamaryndowca (albo coś z niego - wyjaśniam: to słodko-kwaśny owoc z pikantniejszym podrasowaniem).

Poprzez wyrazistszą, lekko goryczkowato-cierpką ziemię do owoców w końcu wyraźnie dołączyło jeszcze więcej cytrusów. Były dość zdecydowane, kwaśne. To jakby... z jagódko-jeżyn zrobić dżemik słodziutki od miodu i chcąc ratować sytuację przez przełamanie go sokiem z cytryny... I przesadzić z nim. Kompozycja wydała mi się kwaśna, ale wciąż słodka jednocześnie. Pomyślałam o agreście w dwóch kolorach... Owoce przemieszały się jednak ze słodką śmietanką z początku (więc jakoś nie umiałam czysto sprecyzować, co i jak).

Z czasem bowiem wszystko wyważyła śmietanka właśnie, nawet lekka maślaność... Taka "smakowa tłustość" nabiału, ze splecioną z nią wilgotna nutą... kwiatów? Miodu? Nagle pomyślałam o wilgotnych, maślano-tłustych pancake'ach, które zarzucono górą różnych owoców, zalano... kwaśno-słodkimi soko-syropami owocowymi, może z nutką alkoholu.

Po zjedzeniu w ustach została kwaskawa soczystość cytrusów, owoców agresto-leśnych, z lekko ziemistym charakterem i sugestią alkoholu (bez procentów!). Czułam śmietankę, która wyważyła to, a także wprowadzała słodycz. Mieszała się ze smakowo-nabiałowym wątkiem tłustości... maślano-maślanegoczegoś, może tłustego twarogu.

Całość bardzo, bardzo mi smakowała. Owoce leśne i cytrusy do pary z kwiatami i miodem, które nie zapomniały o ziemi i bardziej "leśnej" nutce były przepyszne, a do tego... ciekawa rozgrzewająco-winna nuta - rzadko w czekoladach zdarza mi się wyłapać raczej białe wino. Też... bardzo ucieszyło mnie, że tłustość poszła raczej w śmietankę, nie masło. Ta bardziej tu pasowała, acz znów - ogólnie, zwłaszcza gdy o strukturę chodzi, wolałabym niższą tłustość i inną konsystencję. Bardziej kremową, ale w gęstym, nie tłusto-znikającym kontekście.

Śmietankę i cytrusy czułam i w Theobroma Cacao Store Peru 70%, ale tamta była znacznie wytrawniejsza. Wytrawniej herbaciano ziemista była też Meybol Cacao Chuncho Collection N3 Cusco z nabiałowymi motywami. Kwaśność cytrusów i w niej się znalazła... Jak i ogrom soczyście-kwaśnych owoców, trochę przypraw... Mam jednak wrażenie, że Standout była najmniej przyprawiona i najłagodniejsza z ostatnio jedzonych peruwiańskich. Co nie znaczy, że była bardzo słodka. Tylko... gorzkości trochę mi w niej mało.


ocena: 8/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

niedziela, 25 lipca 2021

(Słodki Przystanek) Beskid Darkmilk Dominikana Hispaniola BIO 55 % z Mlekiem Kokosowym ciemna mleczna z Dominikany

Ostatnio zebrało mi się parę czekolad z Dominikany o zbliżonej zawartości kakao 50-60%, a więc dość niskiej. Nadarzyła się okazja, by pokazać, jak cienka jest granica między ciemnymi o niskiej jak na ciemne zawartości kakao, a mlecznymi o wysokiej jak na takie. 10 % kakao to już samo w sobie sporo gdy mowa o tych bogate w nuty, a gdy jeszcze dołoży się do tego otoczenie, a więc dodane inne składniki... Wielu rzeczy można się spodziewać. Mleko kokosowe lubię w niektórych potrawach, jednak do czekolad z nim bywam sceptyczna. Szczerze to... nie wiedziałam, co wniesie do mlecznej wersji jednej z moich ulubionych czekolad, czyli Beskid Republika Dominikany Hispaniola BIO 70 %.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Darkmilk Dominikana Hispaniola BIO 55 % z Mlekiem Kokosowym to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany z mlekiem kokosowym; wegańska.
Czas konszowania i rafinowania to min. 48 godzin.

Zaraz po rozchyleniu papierka uderzyła mnie intensywna woń kokosa: wiórków, mleczka i orzecha; spleciona ze znaczącą słodyczą karmelu dość mocno palonego. Dominował kokos, otulając resztę śmietankowością, która wydawała się nie tylko pochodzenia kokosowego, ale też taka ogólna. Czułam również orzechowy motyw kakao, podkreślający... kokosa.

Czekolada łamała się z trzaskiem i swoją twardością kojarzyła się z ciemną.
W ustach rozpływała się bardzo powoli. Nie wykazywała jednak najmniejszego oporu, mimo że cechowała ją zbitość i zwartość, które częściowo zachowała do samego końca. Była odpowiednio, a więc nie za mocno tłusta w sposób śmietankowo-maślany. Odebrałam ją jako kremowo gładką - pyłek pojawiał się tylko chwilami na zasadzie sugestii. Znikała dość... gładko-rzadko. Jakby mleczko kokosowe spływało z coraz mniejszej, zbitej, chcącej zmięknąć i zalepić usta (ale w sumie nie robiącej tego) grudki.

W smaku jako pierwsza pomknęła słodziutka śmietanka.

Po ustach rozeszła się lekko palona słodycz karmelu; złocista w wydźwięku. Była delikatna i urocza, po chwili zmieniała się w karmel śmietankowo-maślany, coraz bardziej maślany, że właściwie... nagle kompletnie zmienił się w toffi. Lekko palona nuta odłączyła się od niego, na chwilę niknąc.

Śmietanka płynęła równie szybko i wyraźnie już po paru sekundach zaserwowała kokosowy smak. Czułam zarówno śmietankę kokosową, jak i po prostu śmietankowość.

Kokosowa nuta rosła bezkompromisowo, nie bacząc na inne. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyszła na przód. Oto smak wiórków kokosowych zagrzmiał, a potem przeciął kompozycję jak błyskawica. To była istna kokosowa burza. Kokosa można by tak odmieniać przez wszystkie przypadki. Czułam jakby lekko podprażone wiórki i ich soczystość. Prezentowały się na mocno mlecznym - również kokosowo - tle.

Z czasem jednak zaczęłam zwracać uwagę także na to tło. Słodycz wciąż chełpiła się swoją "toffiowatością", maślanością. Otarła się nawet o krówkę, jednak po kokosowym natarciu wyraźnie pokazała się także cierpkość i gorzkawość. Lekko palona, kojarzyła się z karmelizowanymi orzechami (laskowymi?). Chwilami podpełzała nawet pod cierpkawo-goryczkowatą ziemistość czarnej ziemi wilgotnej i...

...Soczystej. Jak i soczysta zrobiła się bliżej końca kokosowość. Wydała mi się leciutko kwaskawa i owocowa jak suszone owoce - morele? Może raczej niemal naturalnie "karmelowe" daktyle? Morele, egzotyka... coś niemal cytrusowo-pinacoladowego? Niee... bardziej podkwaszono-kwaskowate daktyle. Trudno było uchwycić w tym jednoznaczny konkret. To jednak prędko zniknęło w ogólnej słodyczy i kokosowości.

Właśnie one, a więc kokos jako wiórki i mleczko, toffi i złocisto-karmelowe, suszone owoce, podkreślone lekko goryczkowato paloną nutką orzechowego kakao zostały w posmaku. Z wiórkowym smakiem wiązała się kokosowa kwaśność, uwypuklająca nutkę kakao.

Czekolada wyszła niewiarygodnie kokosowo i słodziutko, a jednocześnie nie słodziaśnie. Orzechowość i goryczka kakao, które nadały jej szlachetności cudnie przełamały słodycz, nie zaburzając kokosa. Ten... nie był smakiem odosobnionym - też reszty nie zabił, mimo że nią rządził.
Konsystencja wyszła wprawdzie tłusto i ciężkawo, ale jak na czekoladę kokosową (mam z nimi złe doświadczenie), spisała się naprawdę świetnie. 
To nie tylko cudowna kokosowa tabliczka, ale też bardzo dobrze zrobiony wegański zamiennik mlecznej. Właściwie... zachwyciła mnie, bo w tym, czym jest, lepszej nie znam. Jednocześnie nie trafiła do ulubieńców, bo jednak w czekoladach to ja szukam kakao i głównie jego nut (a przy 55 % już można by na coś więcej liczyć), a dla mnie była odrobinę za słodka.

Gdy pomyślałam o karmelowo-daktylowej, "kawowej krówce" i mleku, soczystości związanej z serem ciemnej 70 %, wydały mi się dość podobne. Tamta miała "strączkowe", mleczne nuty, więc wydaje mi się idealną bazą pod wegański zamiennik. A kokos nieźle się w tym wszystkim odnalazł i właściwie władał kompozycją.


ocena: 9,5/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie (acz gdybym dostała, ucieszyłabym się raczej)

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, mleko kokosowe w proszku, cukier trzcinowy nierafinowany

sobota, 24 lipca 2021

Pump Street Jamaica 75 % - Bachelor's Hall Estate ciemna z Jamajki

Przed degustacją dzisiaj prezentowanej czekolady trochę się zdziwiłam. Otóż dosłownie tydzień-dwa wcześniej jadłam Dick Taylor Jamaica Bachelor's Hall 75 % i... podobieństwo bardzo mnie zaskoczyło. To znaczy: zaskoczyła mnie ta sama zawartość kakao i region - wszak bardzo rzadki. Mało tego, Pump Street kupuje kakao z tej samej plantacji. Potem jednak zerknęłam w swoje notatki i do skrzynki mailowej i przypomniałam sobie, że specjalnie kupiłam je, by porównać. Chciałam wiedzieć, czym się tak wszyscy zachwycają w przypadku Dicka Taylora i... czy np. sława go nie wyprzedza, a równie dobrej / lepszej czekolady nie da się zrobić "za mniej" (Pump Street są tańsi). Dzięki temu mogłam też jeszcze lepiej (bardziej namacalnie) sprawdzić, co Pump potrafi z kakao - i czy ich nuty cukierni znów mnie nawiedzą. I odkryłam u siebie nową "cechę": o ile dokładnie pamiętam to, co jadłam, tak nie mam głowy do tego, co zaliczam do kategorii "kiedyś zjem" - to muszę sobie zapisać (jak naprawdę chcę zrealizować). Dotyczy to także przepisów i próbowanych ciekawostek.

Pump Street Bakery Chocolate Jamaica 75 % - Bachelor's Hall Estate to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Jamajki z plantacji Bachelor's Hall Estate.

Zaraz po otwarciu opakowania uderzyła mnie bezkresna soczystość limonek i innych cytrusów, zdecydowanie delikatniejsza jednak po wyjęciu czekolady i wąchaniu bezpośrednio jej. Wtedy czułam drzewa i zapach dziwnie jednocześnie wysoce słodki, jak i wytrawny. Przywiódł na myśl jakieś orientalne danie, np. warzywa (bakłażan?) w miodzie. Za wytrawnością, goryczką i ciepłem, jakie od tego biło stały też prażono-pieczone nuty jawiące się jako miks orzechów ze znaczącym udziałem brazylijskich. Do głowy przyszły mi też wypieki, np. suche tarty... te już cechowała wyższa słodycz. Może były z rodzynkami? Z kolei z nimi wiązała się soczystość, nieco hamowana kwiatami (fiołkami?), czymś... esencjonalnym? W trakcie degustacji było bardziej słodko-egzotycznie, mniej jednoznacznie. Myślałam o ananasie (może też mango)... właśnie z tymi rodzynkami... w rumie? Że aż lekko ciężko-dusznymi.

Przy łamaniu, do którego musiałam użyć dużo siły z racji kamiennej twardości, gruba tabliczka trzaskała bardzo głośno ujawniając ziarnisty przekrój. 
W ustach jednak rozpływała się gładko i tłusto jak chłodne masło. Robiła to bardzo powoli, nieco maziście. Mimo że oporna wydała się tylko w pierwszych sekundach, do końca pozostała twardo-zbita i masywna. Było w tym trochę soczystości, ale takiej... "ugęszczonej" (jakby tak sprasować owoce na jakiś żel / galaretę?), sprawiającej, że czekolada znikała tłusto-wodniście.

Od początku po ustach roztaczała słodycz. Nie za mocną, a wyważoną i jakby chłodną... Skojarzyła mi się ze zwietrzałym lukrem owocowym (albo kandyzowanymi owocami?). 

Niemal natychmiast pojawiała się także delikatna gorzkawość i drapanie. Bez ogródek wskazało na miód, całą słodycz właśnie w jego smak przemodelowując. Po ustach rozlał się ciemny miód gryczany z wyraźnie zaznaczoną gryką. Gorzkawość zaczęła przeobrażać się w kaszowość, do której dołączyły orzechy. Z paro sekundowym opóźnieniem do akcji wkroczyły drzewa.

Delikatna owocowo-kwiatowa nutka trzymała się z tyłu; była, ale trudno ją uchwycić.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drzewa zmieniły się w wypiek, częściowo dość suchawy i mocno przypieczony. Zdecydowanie maślany smakowo, ale nie tłusty, a taki... łagodzący inne nuty. To było jak tarta (jakieś twardo-kruche ciasto?) z... gęstym, niemal galaretowatym musem z owoców i miodu. Być może wypełnionym ciemnymi rodzynkami.

Rodzynkami scukrzonymi; bardzo, bardzo słodkimi. Do wyłaniającej się owocowości dodały nieco duszną ciężkość - jakby wykąpały się w rumie? Zaczęłam myśleć o ciężko-przyprawionych, słodkich rzeczach... np. o japońskiej marynowanej tykwie? Świeżo-podsuszonych daktylach, przypominających o miodzie na pewno.
Zaraz jednak po ustach rozeszła się też lekka soczystość, nawet leciuteńki kwasek. Należał do owoców w dużej mierze słodkich, egzotycznych, żółtych. Chyba był wśród nich ananas. Pomyślałam o takim jako część tarty z.... mnóstwem miodu. To też... sugestia mango w drewniano-leśnym kontekście (w wyobraźni obgryzałam już prawie samą pestkę).

Kumulująca się słodycz wydawała mi się szlachetnie miodowa, lekko palono-karmelowa, a jednocześnie z pobrzmiewających echem cukru i... wytrawności. Jak jakaś miodowa marynata, przyprawiona szczyptą ostrych przypraw i z dodanym alkoholem.

Z czasem kompozycja zrobiła się nieco bardziej cierpka. Za sprawą owoców, ale też drzew. Oczami wyobraźni zobaczyłam przekrajanego ananasa i sok wypływający spod skóry. Orientalna nutka drapiąco-goryczkowatego miodu przypomniała o warzywach w nim (pieczonych?), nieco przyprawionych, ale nie pikantnych. Bardziej goryczkowato... alkoholowych! Zupełnie, jakby rodzynki czy owocowe części nasączyć rumem.

Pod koniec zawładnęły nimi drzewa i orzechy - chyba głównie brazylijskie. Niemal "widziałam" drzewa - też tropikalniejsze. Może nawet palmy? Jakby tak przy nich jeść jakąś słodko-orientalną tartę...? I popijać rumem? Końcówka wyszła bardziej pikantnie-alkoholowo i niemal cukrowo słodko.

W posmaku została wysoka słodycz, wręcz maślana słodziuteńkość i kontrastowa do niej gorzkawa pikanteria przypraw i alkoholu. Trochę przełamała to lekka soczystość należąca do owoców egzotycznych.

Całość była smaczna, ale jej konwencja (?) i konsystencja niezbyt do mnie przemówiły. Twarda tłustość dodatkowo dopasowała się do łagodnego, przystępnego wydźwięku. Mimo wysokiej słodyczy, wiele nut wyszło tu ciekawie, acz nie wszystkie w pełni mi pasowały (do siebie nawzajem czy subiektywnie - wytrawne nuty gryzły się z tą słodyczą; powinno być jej mniej). Czekolada nie była ani gorzka, ani kwaśna. Na szczęście przeraźliwie słodka też nie była, ale jednak jej smak właśnie wokół słodyczy się obracał. Hamowana owocowość czy ewentualna dzikość mogłyby pozwolić sobie na więcej.
Miód gryczany, kaszowość i drzewa były cudowne, ale... przygaszone (m.in. maślanością), a owoce (ananasy, rodzynki) dość rozmyte. Alkoholowy posmak, sugestia przypraw były delikatne i jakoś też nie uwypukliły charakteru.

Miodowo-karmelowa i rodzynkowa (bardziej jednak też morelowa) była Dick Taylor Jamaica Bachelor's Hall 75 % z mnóstwem ziemi, mułu i herbat, dzięki czemu smakowała mi bardziej. 
Podobnie kaszowo-drewniana z kolei była GR Jamaica 74 %. Ta jednak reprezentowała, oprócz żółtych, też czerwone owoce.
Ciekawością i jakością Pump im nie odstępuje i choć było w niej parę niemoich nut, konsystencja też nie moja, nie mogę jej w sumie niczego wielkiego zarzucić.


ocena: 8/10
kupiłam: Liberty London
cena: 42 zł (za 70g)
kaloryczność: 488 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy