Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: herbata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: herbata. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 listopada 2025

SOL Creamy Vegan 40 % wegańska orzechowa "mleczna" z orzechów nerkowca z białkiem dyni, ryżem, gryką, lucumą i herbatą gryczaną

Tę czekoladę dostałam gratis i choć mówi się, by "darowanemu koniowi w zęby nie zaglądać", żałowałam, że padło akurat na coś takiego. Nawet specjalnie nieczytając składu, dziękując za przesyłkę i gratis, zapytałam właścicielkę marki, czym właściwie ten gratis jest. Otrzymałam odpowiedź, że wegańską, zdrowszą alternatywą dla czekolad Kinder i im podobnych. Po takim opisie, będąc sceptyczną do wegańskich zamienników, uznałam, że drobiażdżek ruszy ze mną w góry. Gdy parę dni przed wyjazdem przepisywałam skład, trochę zwątpiłam. Czy aby na pewno? Zamiennik Kinder? Skład dzisiaj przedstawianej czekolady bardzo mnie zaskoczył. Nie miałam pojęcia, że można jakoś wykorzystać białko dyni oraz że istnieje coś takiego jak herbata gryczana. Gdy zgooglałam, znalazłam coś, co wyglądało jak po prostu prażona gryka. W tabliczce Sol wystąpiło jednak i to, i po prostu "gryka". Ta herbata ponoć w smaku jest "słodkawa, z zaznaczoną nutą prażoną, lekko orzeszkową". Kolejną ciekawostką była Pouteria lucuma. Nie zdziwiłam się, że już jadłam jakąś czekoladę z nią (Vosges Raw Almond Butter 80 % Cacao with Lucuma), ani że zapomniałam, czym jest. Musiałam sobie przypomnieć: lucuma to owoc zielonego drzewa Pouteria lucuma, rosnącego głównie w górach Ameryki Południowej. Nazywa się go złotem Inków, bo jest bardzo zdrowy. Ponoć mimo kremowości, kruszy się, a smakuje bardzo słodko jak syrop klonowy lub bataty z toffi. Wracając do malutkiej tabliczki Sol... Po składzie powiedziałabym, że to kompozycja o wiele bardziej złożona niż zamiennik Kinder. Przez moment się zawahałam, czy przypadkiem w górach mi coś nie umknie - może lepiej jednak zabrać się za to w domu? W końcu jednak uznałam, że na wypadek, gdyby była dziwna nie po mojemu, bardzo słodka to jednak bardziej tolerancyjna będę w górach. Otworzyłam ją na szczycie Ostre, na który przybyłam ze szczytu Sip. Poszłam z niego dalej żółtym do Žaškovské sedlo, a potem zielonym do Sedlo pod Ostrým. Z niego odbiłam na wspomniane już Ostre, ponapawałam się widokami, porobiłam zdjęcia czekoladce i ruszyłam kawałek z powrotem do Sedlo pod Ostrým. Stamtąd już zeszłam żółtym do Ľubochňa i asfaltem do Stankovany.


SOL Creamy Vegan to orzechowa czekolada o zawartości 40% kakao nugatowa / z pastą nugat z orzechów nerkowca / orzechowa "mleczna" wegańska z białkiem dyni, ryżem, gryką, lucumą i herbatą gryczaną.

Po otwarciu poczułam motyw gryki i ryżu, co trochę skojarzyło mi się z herbatą z prażonym ryżem, ale nie zupełnie. Chodziło bardziej o ten prażony motyw - choć też nie tak jednoznacznie - ryżu. Mieszał się z orzechową mąką, ale i samymi orzechami. Wydały mi się z jednej strony lekko gorzkawe, jak czasem włoskie, a z drugiej... Nerkowcowe? Obok stała słodycz: mieszanina melasy, rześkiego karmelu (cukru kokosowego), kwiatów oraz fuzji syropu klonowego i miodu gryczanego, ale bez specyficznego elementu drapania, jaki pojawia się w miodach. Słodycz miała w sobie coś z ciasta ze słodkich warzyw: dyni? batatów? Ale znów: żadne z nich nie było jednoznaczne.

Cienka tabliczka była w dotyku sucha, a przy łamaniu, mimo że twarda, trzaskała lekko. Sprawiała wrażenie kruchej.
Szybko okazało się, że dodatki dodano do niej zmielone.
W ustach rozpływała się powoli, trochę leniwie, ale nie opornie. Strukturę miała chropowatą, a jej tłustość trzymała się tyłów, lecz i tak ją czuć, mimo że obok wystąpiła suchość. Kojarzyła mi się trochę z kremami orzechowymi oraz, z każdą sekundą coraz bardziej, z kleistym kleikiem. Kleikiem zbitym, acz nie gęstym. Z czasem chropowatość przechodziła w pylistość. Czekolada kształt zachowywała prawie do końca, robiąc się jednak gibka i na moment trochę lepkawo-mazista. Aż nagle łatwo rzedła i znikała.

W smaku pierwsza zaznaczyła się słodka melasa i motyw mąki. Melasa aż lekko goryczkowata? Goryczka przemknęła, po czym prawie się schowała, a melasa przeszła w palony... Karmel?

Mąka odciągała uwagę od słodyczy i po chwili zmieniła się w kleik ryżowy. Kleik karmelowy, zrobiony na roślinnej alternatywie mleka. Za nim pobrzmiewał zbożowy motyw, nasilający się jako... Kasza gryczana na mleku?

Po kaszy pojawiły się orzechy. Najpierw jako napój roślinny (i może mąka migdałowa?), a nagle jednoznacznie jako nerkowce. Naturalnie słodko-maślane, lekko prażone. Wskoczyły na pierwszy plan i trochę się cofnęły. Dalej pobrzmiewały delikatnie.

Orzechy przypomniały o prażonej nucie, która mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodyczy podszepnęła ciasto z syropem klonowym. Słodycz wystrzeliła do góry, lecz mimo to, ogółem trzymała się średniego poziomu. Ciasto... z dyni albo batatów? Ale takich, do których wkradła się wodnistość. Dynia mogła to być co najwyżej nijaka makaronowa. Ciasto na maślano-mącznym spodzie.

Wodnistą nutę z czasem zabarwiła rześkość cukru kokosowego o karmelowym w specyficzny sposób. tonie oraz kwiatów. Wydobyła z oddali soczystość.

Wyobraziłam sobie kleik ryżowo-gryczany z bardzo słodkim syropem wiśniowym.

Na końcówce wróciła mąka, acz już tylko jako echo, a mi do głowy przyszedł też miód gryczany, z motywem kwiatów gryki, tylko że w wersji dziwnie palonej.

Posmak należał do palonej słodyczy syropu klonowego i melasy, za którym stanęły ryż i gryka. Trochę jako kleik, trochę jako coś wegańskiego - napój i/lub zdrowe ciasto na bardzo mącznym, słabo wypieczonym spodzie. Czułam też soczystość syropu wiśniowego, mieszającego się z rześkością cukru kokosowego.

Całość do mnie zupełnie nie przemówiła, mimo że muszę przyznać, że była ciekawa. Plus, że nie przesłodzona, a jednak pełna słodkich nut. Ta mieszanka karmelu, melasy, syropu klonowego, miodu i ciasta narzuciły jakiś charakter nutom mąki, kleiku ryżowo-gryczanemu, napoju roślinnego, wodnistej dyni. Wszystkie one były w pewnym sensie mdławe. Wyszła z tego nazbyt rozmyta, rozproszona mieszanka różnych nut i posmaków, a ja zdecydowanie wolałabym jakiś jeden konkretny motyw przewodni. Myślę, że gdyby np. tabliczka była bardziej tylko nerkowcowa, bez np. białka dyni, ryżu, wyszłaby o wiele lepiej.

Efekt taki, że od biedy można zjeść bez emocji, bo to maleństwo, ale też bez żalu komuś oddać. Ja ostatnie 8 gramów oddałam już Mamie, bo mnie to nudziło, a i chciałam jej pokazać dziwność. Opisała: "Dziwna taka, jakbym jadła coś z mąką, jakąś kaszę... coś ryżowego? Takiego wegańskiego, roślinnego. Dziwne to było mdłe, bez charakteru. Ale jak to zamiennik mlecznych dla wegan, to faktycznie po prostu nie jestem grupą docelową. Takie to chyba trudno zrobić, więc nie można powiedzieć, że jest zła".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od sol_chocolate na Instagramie
cena: jak wyżej
kaloryczność: 537,49 kcal / 100g
czy kupię znów: nie
 
Skład: tłuszcz kakaowy, ziarna kakaowe, cukier kokosowy, orzechy nerkowca, białko dyni, ryż, gryka, lucuma, herbata gryczana

środa, 2 października 2024

Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Chai Latte z herbatą i mieszanką aromatycznych przypraw Mleczna 55 % kakao Nikaragua z wanilią, cynamonem, imbirem i kardamonem

Do otwarcia tej czekolady byłam pewna, że zjem ją w domowych warunkach w dniu, w którym chciałam coś mniej degustacyjnego. Marzyła mi się herbaciana kompozycja ze szczyptą przypraw, jednak gdy już ją otworzyłam, odnotowałam zapach taki, że... no cóż, uznałam, że to jeszcze nie jej pora i poczeka do następnego wyjazdu w góry. Zabrałam ją na sporą pętlę w Beskidach. Ruszyłam ze Szczyrku niebieskim szlakiem na Skrzyczne. Po krótkim marszu wyszłam na schronisko i uznałam, że to pora na tę czekoladę.


Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Chai Latte z herbatą i mieszanką aromatycznych przypraw Mleczna 55 % kakao Nikaragua to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55% kakao odmiany Amaya z Nikaragui z herbatą cejlońską, wanilią, cynamonem, imbirem i kardamonem; inspirowana indyjskim napojem Chai Latte.

Po otwarciu uderzył mnie intensywny zapach ciepłego cynamonu, który mieszając się z ogromem mleka i słodyczą, poszedł w nieco rzygowinowym kierunku. Oprócz niego czułam korzenno-ciepłe, mniej jednoznaczne przyprawy. Goryczkowaty kardamon mieszał się z orzechowawo-drzewnym akcentem. Doszukałam się cierpkości, być może herbacianej, a także czegoś plastikowo-mydlanego, skrytego w korzenności. Słodycz połączyła wanilię, kwiaty i karmel, lecz nie była za wysoka. 

Tabliczkę cechowała twardość i masywność. Podczas łamania trzaskała nie tyle głośno, co konkretnie, obiecując gęstość i zbitość.
W ustach rozpływała się w średnim tempie. Potwierdziła się jej gęstość. Była bardzo kremowa, tłusta w maślany sposób i niemal idealnie gładka. Sporadycznie trafiłam na leciutki, ziarnisty element przypraw. Była tłusta w maślany sposób, jednak znikała niczym tłuste mleko.

W smaku pierwszy rozbrzmiał intensywny, lekko gorzkawy kardamon, wzmocniony nieoczywistą, cierpkawą goryczką. Zaraz rozłożył się cały korzenny wachlarz, a goryczka przedstawiła się jako czarna herbata. Do dominującego kardamonu dołączył cynamon i odrobina imbiru.

Zza przypraw popłynęło mleko i delikatna słodycz. Mleko nieco spowolniło przyprawy, co wykorzystała słodycz. Zaczęła rosnąć odważnie, ale nie jakoś bardzo mocno. Wpisała się w ciepło, robiąc aluzje do karmelu. Zaraz jednak trochę się wycofał, otwierając drogę wanilii i... kwiatom?

Mleko dało się poznać jako naturalne i pełne, a ze względu na ciepłą pikanterie przypraw pomyślałam o ciepłym mleku z nimi. Zakręciły się w nim... suszone liście czarnej herbaty. Była coraz wyraźniejsza.

Przyprawy z czasem porządniej wydobyły herbatę. Cierpkość uplasowała się właśnie w niej. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dodatkowo wzmocniła subtelne kakao o orzechowym charakterze. Splotło się w jedno z tą łagodną, czarną herbatą. Gorzkość, którą sugerowały przyprawy, nie nadeszła. Czułam jedynie gorzkawość. 

Z czasem słodycz na mlecznej fali wzrosła znacząco. Wanilia wyłoniła się wyraźniej, w zasadzie rządząc w słodkim wątku. To zaś skierowało imbir w ryzykownie nieco mydlanym kierunku. A jednak... jakby próbował zapewnić ostrawą soczystość?

Z pomocą przyszła jednak słodka soczystość z oddali. Była subtelna... Trudna do nazwania, acz może leciutko... Mandarynkowa? Czmychnęła jednak w rześkawe kwiaty. Słodycz jednak nie podjęła tego lżejszego tonu - jawiła się raczej jako dość ciężkawa.

Końcowo łagodna, ale czarna herbata przemieszała się z kardamonem, siląc się na lekką, cierpkawą goryczkę, acz tę skutecznie stopowało mleko i silna, ale szlachetna i niedrapiąca słodycz. 

Po zjedzeniu został posmak kardamonu i jego lekkiej goryczki, spleciony ze szlachetnie cierpkawą czarną herbatą - czy raczej jej cierpkością - oraz cynamonem. Czułam też pełną mleczność i słodką wanilię.

Ogół był smaczny, jednak mam parę zastrzeżeń. Jak na kompozycję stylizowana na herbatę z przyprawami, za mało było mi tu herbaty. Uległa przyprawom i mleku do tego stopnia, że dałabym się nabrać, iż jej nuta pochodzi od kakao. Splot przypraw i mleka wyszedł nieźle, choć i on mógł wyjść lepiej. Na plus, że nie było za słodko. Mimo to, bez wanilii by się obeszło. Ogólnie więc można spróbować i trochę podjeść z ochotą, ale w warunkach domowych, nie górskich mogłoby mnie znudzić w większej ilość (dojeść dojadłam, ale bez szału - gdyby kardamon i imbir nie były nielubianymi przez Mamę przyprawami, tak z 1/3 powędrowała by do niej). 

Przyszła mi na myśl Beskid Chocolate Nikaragua Mila Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % o nutach wanilii, kwiatów, drewna, herbaty z rześkością kokosa. Była oczywiście bardziej gorzka i bogata w owoce, jednak dałabym się nabrać, że to to kakao było bazą ze względu na to, że samo w sobie smakowało trochę dodatkami dzisiaj przedstawianej. A jednak bazą było kakao, z którego zrobiono Beskid Chocolate Nikaragua Amaya Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 %, która również miała nuty kwiatów i cytrusów, ale na pewno nie herbaty. W podlinkowanej czułam za to drewno sandałowe - tu więc wydaje mi się, że mogło lepiej zaopiekować się dodanymi przyprawami. I w takim wypadku nie ma wątpliwości, że herbatę w dzisiaj przedstawianej czuć tę dodaną, nie płynącą z czekolady.


ocena: 8/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 25 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, cukier trzcinowy, herbata Ceylon 5,5%; wanilia Bourbon, cynamon, imbir liofilizowany, kardamon

poniedziałek, 26 lutego 2024

(SuroVital) CoCoa KETO Focus Chocolate Lion's Mane + Guarana + Matcha ciemna wegańska 42 % z olejem MTC z kokosa, miąższem kokosowym, soplówką jeżowatą, guaraną i matchą, ze słodzikami

Po CoCoa KETO Raw Dark Keto Chocolate uznałam, że "wydziwiane", prozdrowotne tabliczki Surovital chcę jak najszybciej mieć z głowy i z szacunku do marki zapomnieć o nich (co w moim przypadku jest prawie niemożliwe, bo mam zbyt dobrą pamięć do takich rzeczy). Do zakupu skusiła mnie zielona herbata i sproszkowany miąższ kokosa, a na erytrytol postanowiłam przymknąć oko... nie wiedziałam jednak, czym są produkty keto ani czego się spodziewać po sproszkowanym oleju MTC. Jakoś nie zastanowiłam się dłużej nad tym. Czekolada ta jest z serii tabliczek "na coś" - celowanych? Prozdrowotnych, znaczy się. Ta np. na koncentrację (są jeszcze np. "na włosy", "na uspokojenie" itd.).  Czekolada na koncentrację to ponoć pierwsza na rynku funkcjonalna czekolada, która zawiera: guaranę, matchę i "lwią grzywę", czyli soplówkę jeżowatą, które wpływają na pracę mózgu. Producent zachwala, że jest w wersji keto, czyli jest również przyjazna dla osób będących na diecie ketogenicznej lub na diecie low carb. Osobiście jestem sceptyczna do łączenia różnych inności, bo np. to, że ktoś chce jakąś zdrowszą czekoladę, nie znaczy, że od razu jest na diecie keto itp.


(SuroVital) CoCoa KETO Focus Chocolate Lion's Mane + Guarana + Matcha to wegańska czekolada o zawartości 42% surowego kakao z Peru ze sproszkowanym olejem MTC z kokosa, sproszkowanym miąższem kokosowym, mieloną soplówką jeżowatą, guaraną i zieloną herbatą matcha, słodzona słodzikami: erytrytolem i inuliną (bez cukru); "funkcjonalna na koncentrację".

Po otwarciu poczułam zapach dymu i roślin, jakby pokrytych rosą, a do tego wysoką słodycz. W pierwszej chwili skojarzyła mi się z dziwnym, soczystym karmelem i kwiatami, lecz już po chwili ujawnił się soczysty kokos, właśnie mieszający się z karmelem, odpowiadającym za palony ton. Kwiaty łączyły się z wilgotnymi, rześkimi roślinami, a całość wydała mi się nieco chłodna - do głowy przyszedł mi aloes. W tle ujawniła się jeszcze nieco algowa matcha i niedookreślona gorzkość. Jakby przypraw? Leków? W oddali mignął mi specyficzny wątek "zdrowych słodyczy" z polewą czekoladopodobną.

Tabliczka w dotyku była trochę ulepkowata, nieco sucha. Łamała się z kruchym pyknięciem-chrupnięciem. Była twarda, ale krucha. Kruszyła się w kryształkowy sposób, a odgryzając kawałek miałam wrażenie, że jest grudkowato-kryształkowa. Już wtedy zaanonsowała swoją tłustość.
W ustach rozpływała się średnio szybko i wodniście. Początkowo przedstawiała się w ogóle jako chropowata, ziarnista, potem to się jednak rozchodziło. Była tłusta w oleisty sposób, a to tego z wyczuwalną proszkowością, kredową pylistością. Bazowo zachowywała zbity, acz nietwardy kształt do końca. Czuć w niej kryształki.

W smaku pierwsza zagrzmiała słodka melasa. Tak wysoce słodka, że aż jej paloność jakby nieco nie nadążała. Po chwili zmieniła się w karmel... acz dziwnie soczysty. Przemieszał się z kwiatami, z których wyrwał się słodki, soczysty kokos. Pomyślałam o wodzie kokosowej.

W oddali przemknął kwasek... czy raczej jego sugestia, bez wyraźniejszej realnej kwaśności.

Paloność, która wymknęła się z melasy i karmelu wprowadziła gorzkość. Ta goniła słodycz, acz cały czas pozostawała za nią. Oddawała gorzki dym. Dużo dymu, coraz więcej kłębów szarego dymu. Dym jednak zaraz jakby zagłuszył palony motyw.

Gorzkość zrobiła się niedookreślona, do tej kakaowej dołączyło całe mnóstwo goryczek i gorzkości... dziwnych, aż trudnych do nazwania.

Złagodził je tłuszczowy wątek, łączący olej i jakby wodniste masło, z czasem robiące aluzję do mleczka kokosowego.

W tym wszystkim mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam matchę. To była zielona herbata o algowej nucie, ale zmieszana z jakimś roślinnym wątkiem... Jakby dziwnie zielono-roślinnej kawy w proszku? Zielonej kawy (kiedyś taką próbowałam, była okropna i niepodobna do zwykłej)? To chyba guarana. Do głowy zaczęły mi przychodzić jakieś aloesy, akacje, eukaliptusy - "chłodne rośliny". To było gorzkie i zahaczające o cierpkość.

Mimo to, słodycz też rosła i cały czas pozostawała wysoka. Odstawała jednak dziwacznie od tej gorzkości, że było i słodko, i gorzko, ale jakoś zupełnie bez zgrania.

Mimo intensywności, w kompozycji odnotowałam też jakby pyliście-mączny, nijaki smak. Z czasem mieszał się z kokosem, którego charakter został spłycony. Kokos po prostu zamienił się w goryczkowaty olej kokosowy. Do głowy przyszły mi zimne ognie i białe, goryczowate leki. Za nimi jakiś motyw grzybów? Matcha kontrastowo zaprezentowała swoją naturalną, lekką słodycz.

Dym i olej kokosowy przybrały chłodny wydźwięk. Nie było to już specjalnie rześkie, acz jakby zawilgocone i... brudno ziemiste? Czekoladowość przy tym wyszła tandetnie i czekoladopodobnie.

Słodycz końcowo wydała mi się mordercza. Czysta, przenikliwa i nawet jakby trochę konwencjonalnie cukrowa. Jakbym miała do czynienia ze skondensowanym roztworem cukru w odrobinie wody. Właśnie też samą wodnistość czuć. To mieszało się z motywem goryczowatych leków.

Po zjedzeniu został posmak właśnie głównie goryczowatych, białych leków, ale też silna, jakby czysta słodycz. Wydała mi się wręcz dojmująca. Mieszała się z algami, nieco wygładzającymi słodycz z goryczką, oraz chłodno-wilgotnym motywem roślin. Czułam też olej kokosowy i kwaskawą goryczkę chyba z nim związaną.

Ta czekolada była... podła. I mało czekoladowa. Wyszło to płasko w smaku. Niby intensywnie, ale nie w to, co by się chciało. Czysta, przenikliwa słodycz, melasa i dym zmieniający się w olej kokosowy i goryczowate leki czy dziwacznie roślinne nuty wyszły okropnie. Kokos, karmel - odstawały i przy tym też przyjemnie się nie zaprezentowały. Kakao czułam niedosyt. Gorzkości było sporo, ale niewiele w niej przyjemnych nut. Konsystencja okropna, bo oleiście-wodnista i z kryształkowymi zapędami. Ogół bardzo, bardzo mało czekoladowy, że jedząc aż ucieka poczucie, że je się właśnie czekoladę. To taka... tabliczka czegoś.

Resztę oddałam Mamie, ale ona dała radę tylko kawałek jednej kostki. Podsumowała: "To coś miało tylko jedną zaletę: dobrze, bo łatwo się rozpuszczało. A tak, na smak, okropne. Z jakimś czekoladowym mydłem mi się skojarzyło. Dość gorzkie, dałabym z 60% kakao, tak strzelam, ale to nie była przyjemna, kakaowa gorzkość, a jakaś dziwna.".
Końcowo trafiła do ojca. Mu też nie smakowała, opisał to tak: "Tragedia. Kokosa nie czuć, za to herbata w niej smakuje jak siano. Czekolada w ogóle nie słodka". Przy czym w rozumieniu ojca "słodka = dobra" (i im mniej słodka, tym mniej smaczna).


ocena: 2/10
kupiłam: octochocolate.pl
cena: 12,60 zł (za 40g)
kaloryczność: 460 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: nieprażone ziarno kakao, inulina, substancja słodząca: erytrytol, tłuszcz kakaowy, sproszkowana guarana, sproszkowany olej MCT z kokosa (olej MCT z kokosa 70%, błonnik z akacji 30%),  sproszkowany miąższ kokosowy, herbata zielona w proszku matcha, soplówka jeżowata - grzyb mielony, wanilia Bourbon

sobota, 11 lutego 2023

Raaka 62 % Cacao Matcha Swirl Unroasted Dark Chocolate ciemna 71 % z z Tanzanii i kokosowa biała z zieloną herbatą matcha

Lubię markę Raaka i przemawia do mnie połączenie zielonej herbaty z ciemną czekoladą. Co ciekawe, w tym matchy, za którą to samą w sobie nie przepadam - wolę inne zielone, liściaste. Zupełnie z kolei nie przekonują mnie tabliczki zielonego koloru, będące białymi z matchą. Tu... doszło do pomieszania tego wszystkiego. W dodatku chodziło o białą wegańską. Zdecydowałam się na ten zakup trochę bez przekonania, ale w końcu pomyślałam, że to tak dziwne i niemoje, że może jednak jako ciekawostka zaskoczy. Sięgnięcie po nią przyspieszyła degustacja Zotterów InFusion, które to okazały się właśnie ciemnymi wymieszanymi z białą. Ale właśnie! Wymieszanymi-wymieszanymi, a tu... miałam czekolady pomieszane, ale "obok", nakładającymi się częściowo, tak że widać zawijasy. I znów - takie czekolady mnie nie kręcą, jednak... przegryzanie słodkiej ciemnej potencjalnie wytrawniejszą białą? To mogło być ciekawie dziwne. A czy smaczne?

Raaka 62 % Cacao Matcha Swirl Unroasted Dark Chocolate to ciemna surowa czekolada o zawartości 71% kakao z Tanzanii, z plantacji Kokoa Kamili (w czekoladzie ciemnej*) i czekolada biała kokosowa (wegańska) z dodatkiem zielonej herbaty matcha.

Po otwarciu poczułam delikatny, acz wyraźny zapach trochę algowej zielonej herbaty i wiórków kokosowych. Kokos wyszedł naturalnie słodko - wręcz słodziutko - i śmietankowo. Gdy zaciągałam się bardziej aromatem jednolicie brązowego wierzchu, doszukałam się ziemi, kryjącej się pod kokosem. Całość była soczysta. Trochę wiśniowo-kwaskawo, a trochę jakby kokosowo.

Tabliczka w dotyku wydała mi się ulepkowata, przy czym ciemne części znacząco tłustsze, a zielone proszkowe. Przy łamaniu ogółem była dość twarda, ale w zbito-proszkowy, wręcz ziarnisty sposób. Wydawała się też krucha, choć mocno się nie kruszyła. Trzaskała średnio głośno, acz masywnie. Brzmiało to bardziej na pyknięcia.
Ziarniście-proszkowy przekrój pokazał, że biała zielona część osobno nie występuje. Ciemna natomiast trochę i tylko w kilku miejscach.
W ustach całość rozpływała się raczej powoli i tłusto-kremowo. Było w tym coś z ulepka... Wrażenie o tłustej ulepkowatości nie odpuszczało nawet przy niewielu fragmentach czystej ciemnej. Odznaczała się lekką pylistością, która jakby próbowała ukryć, że gładkość bez niej poszłaby w śliskawym kierunku. Była gęsta, pokrywała podniebienie i usta niczym smar, miękła i gięła się, tworząc zalepiającą zawiesinę.
Tam, gdzie łączyła się z białą (czyli praktycznie w większości tabliczki), zawiesina ta robiła się bardziej tłusta w kontekście maślano-śmietankowym, przy czym mam na myśli śmietankę kokosową. Choć też tłusta, ta była bardziej miękko chropowato-proszkowa, co ogólną tłustość nieźle przełamywało i uzasadniało (?). Biała znikała oczywiście szybciej, niezależnie od tego, którą stroną na języku położyłam kawałek.

W smaku (przy każdej możliwej kombinacji wgryzania się) pierwsza rozchodziła się słodycz. Była karmelowo-śmietankowa, raczej stonowana. W przypadku samej ciemnej wyraźniej karmelowo-palona, a w przypadku części łączonych karmelowo-śmietankowa. Śmietanka szybko zdradzała swą kokosowość.

W ciągu kolejnych sekund odezwała się ziemia, a wraz z nią gorzkość. Pomyślałam o węglu i o zielarni-aptece, w której suszą się zioła. Czarna, wilgotna ziemia torowała sobie miejsce na przód. W tym czasie w tle zgłosiła swoją obecność lekka algowa nutka.

W tym czasie pojawiła się soczystość. Wypływała z kokosa, po czym dobierała sobie lekki kwasek... może z ziemi? A może po prostu pochodził od kokosa. Ten nieodzownie był zespojony ze słodyczą, przekładając się na wiśnio-czereśnie albo słodkie czerwone wino... Wypływało i poniekąd tonęło w ziemi. Zaraz wyklarowały się słodko-soczyste, kwaskawe wiśnie, podkręcone cytrusami.. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzka ziemia, naturalne, ziołowe leki i same zioła zmieszały się z zieloną herbatą. Poczułam jej cierpkość i goryczkę. Nie była to jednoznaczna matcha (pewnie przez otoczenie), acz algowość czułam. Nawet jednak nie wytrawność... Roślinność bardziej. Była rześka, zielona, soczysta... Porastająca ziemię i... przywodząca na myśl bagno, muł. Przy częściach samej ciemnej myśli obracały się dokładnie przy herbacie pu-ehr (nazywanej czerwoną), ale w przypadku połączeń, to wyraźnie zielona. Matcha tylko raz po raz wyłaniała się i było pewne, że to właśnie ona. Ze specyficzną roślinnością, nutką alg i swoistą "wytrawną słodyczą". 

Od białych zielonych części z czasem rozchodziło się sporo maślaności i wyraźnie motyw słodkawo-mdławej śmietanki kokosowej. Kokos z czasem zawiązał sztamę z ziemią na pierwszym planie. Był słodki i jakby kwaskawo-soczysty. Mieszając się z herbatą, sugerował wegańskie matcha latte na oczywiście kokosowym napoju, a momentami ewidentnie oddawał smak wiórków kokosowych.
Kokosowi zdarzało się odciągać uwagę od samej esencjonalnej "ciemnoczekoladowości" bazy, dodając jej wegańską mgiełkę (właśnie mleka kokosowego, przy czym raz czy drugi wydawało mi się, że doszukałam się echa słonawości).

Słodycz, od tej subtelnej, cały czas spokojnie rosła, aż w końcu narosła bardzo znacząco. Mimo śmietankowości, nie była mocno białoczekoladowa. Poszła raczej w maślano-kokosowym, karmelowym kierunku. Jakbym miała do czynienia z maślanymi karmelkami w wariancie kokosowym.
Także zioła i węgiel przejawiały słodycz, jakby nieco przygłuszoną, ale też narastającą. 

W kokosowej toni na sile przybierała kwaskawa nutka. Kojarzyła się z kokosowym jogurtem, a że soczystość i echo wiśni cały czas też były obecne, pomyślałam o kokosowym jogurcie właśnie w takim wariancie. Przy nim słodycz wydała mi się pudrowa. Trzymała się jednak nieprzesadzonego poziomu, bo i po pewnym czasie znikała, osieracając ciemną.

Ciemna kontynuowała owoce, ale bardziej jako syrop wiśniowy i cytrusy.

Sama w sobie ciemna znacząco nasiąkła kokosem i choć oczywiście smakowała o wiele mniej śmietankowo niż kęsy "łączone", to jednak i w niej tę nutę czuć. W zasadzie tylko trochę kilka nut przybrało na intensywności w częściach czystych (gdzie czekolady ani na sekundę się nie spotkały). Większość nie miała problemu z dobrym zaprezentowaniem się także z białą obok. Obie łączyła rześkość i soczystość.
Gdzie jednak biało-zielonej więcej, nuty ciemnej szybciej robiły dużo miejsca herbacie matcha.

Po zjedzeniu został posmak kokosa i zielonej herbaty ze wskazaniem na matchę oraz soczysta ziemistość, zakropiona nieco kwaskiem m.in. wiśni.

Czekolada wyszła intrygująco i zaskakująco harmonijnie. Choć słodka, to w sposób spokojny, karmelowo-kokosowy, trochę herbaciany. Czuć matchę / zieloną herbatę bardzo dobrze, a w dodatku zgrała się z ziołową bazą. Ta była przyjemnie gorzkawa od ziół właśnie i ziemi, ale też nie jakoś mocno, by wywołać kontrast. Kokos dodatkowo wszystko wygładził. Spodobało mi się, że przyjemnie zaznaczył się charakterek ciemnej czekolady, a zielone części nie zaburzyły tego białoczekoladowością. Zamiast nią, emanowały smakowitym kokosem i herbatą matcha, trochę tyko podnosząc słodycz, z którą wyrazista ciemna bez trudu sobie poradziła. Acz wyszła znacząco kokosowo, co ją też "odciemniło" (to jednak nie zarzut, bo wyszło spójnie). Nie jednak bardzo... bo i kwasku w całości nie brakowało. Miałam jednak wrażenie, że jest nie tylko owocowy od czekolady, ale też trochę kokosowy.
Smakowało mi to, acz jako ciekawostka. Jedynym moim zarzutem była struktura.
Taka jednak forma połączenia ciemnej z białą o wiele bardziej mi się podoba niż dziwne Zotter InFusion, które wyszły w sumie jak nie wiadomo co.


ocena: 9/10
cena: 52 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kokos, zielona herbata matcha, lecytyna słonecznikowa, różowa sól morska

*Sama ciemna czekolada to chyba 71% kakao, ale na opakowaniu z przodu jest 62%, bo tyle to składniki kakaowe całości, czyli dolicza się kokosa, matchę etc.

sobota, 14 stycznia 2023

Rózsavolgyi Csokolade Sushi in White Chocolate biała z matchą, puffingowanym ryżem, czarnym sezamem, olejem z łososia i imbirem

O tej czekoladzie wspomniałam już przy Rozsavolgyi Chuno Nicaragua - Jinotega 72%. To właśnie ją postanowił mi kupić ojciec i razem zapłacić za przesyłkę. Mnie urzekło opakowanie (wydało mi się połączeniem moich tatuaży: z motywem sushi oraz czekoladą, bo też obrazek taki "rysowany"), bo smak samej czekolady nie bardzo - w końcu to biała i "dziwna", a obecnie jakoś i te bardzo dziwne przestały mnie ciekawić (wolę po prostu pyszne czyste ciemne). Kocham sushi, ale tu jestem dość konserwatywna - ryba musi być surowa i żadne jakieś opcje na słodko mi się nie podobają. Wracając do czekolady... Skład przeczytałam dokładnie (wcześniej wiedziałam tylko, że to pewnie "biała z dziwnymi dodatkami") dopiero, gdy do mnie dotarła i... nie ukrywam, że dwie rzeczy mnie przeraziły. Prażono-dmuchany ryż, bo go nie cierpię oraz... olej z łososia. Owszem, jadłam z wędzonym łososiem (Modern Dwellers Smoked Salmon 65% Chocolate Square), ale wytrawne ciemne czekolady wędzonymi nutami z czymś takim potrafią się zgrać, by jakoś smakować, natomiast coś takiego? Przerażało mnie. Tym bardziej, że nie lubię, gdy nawet w samym łososiu trafia się za dużo tego białego tłuszczu. Tylko że o ile w sushi to jakoś przejdzie, tak w czekoladzie...? No i zaczęłam się bać, jaki imbir dodali. Korzeń oraz sypką przyprawę lubię, ale tego do sushi nienawidzę. No cóż, poniekąd sama chciałam.

Rózsavölgyi Csokoládé Sushi in White Chocolate to biała czekolada (zawartość tłuszczu kakaowego to 29%) inspirowana sushi, czyli z zieloną herbatą matcha, puffingowanym ryżem, czarnym sezamem, olejem z łososia i imbirem.

Po otwarciu poczułam dominujący zapach nieco "gloniastej" zielonej herbaty matcha. Rozlewała się na nieśmiałym, białoczekoladowym tle o raczej niskiej słodyczy. Inne elementy jakoś się ukryły, nawet, gdy wąchałam spód. Może i wyłapałam pewną roślinność, ale podporządkowała się matchy.
Raz i drugi, naprawdę mocno się wczuwając, wyłapałam chyba pobrzmiewający odlegle olej, jakby motyw wędzonego łososia - właśnie o oleju z takiej pomyślałam, nie o samej rybie w sumie, i... to było tak delikatne, że nie wiem, na ile wynikało z obecności dodatku, na ile ze skojarzeń (niektórzy przecież samej matchy przypisują trochę rybie nuty).

W dotyku tabliczka była tłusta, jednak to, że cechowała ją miękkość, wyszło dopiero przy łamaniu. W zasadzie rozpadała się wtedy, bo sama w sobie była wgniatająco-miękka i krucha, a ogrom ryżu jednak odpowiadał za pewien konkret. Ten łamał się krucho-chrupko lub zostawał i "wyciągał" z masy czekoladowej. Umieszczono go głównie na spodzie, ale nie jako "posypka", a dodatek zalany czekoladą. Sezam znalazł się z kolei w masie "po całości", acz też najwięcej skumulowało się go na spodzie, wśród ryżu.
Odgryzając kawałek miałam wrażenie, jakbym wgryzała się w nadtopione, miękkie masło, pokrywające konkretniejszy ryż. Nie było to przyjemne.
W ustach miękła prędko i dość szybko się rozpływała. Potwierdziła swoją tłustość. Była idealnie gładka, niemal śliska. Cechowała ją śmietankowość i oleistość.
Dość szybko wyłaniały się spod niej duże ziarenka dmuchanego, białego ryżu. W dłuższym kontakcie ze śliną oczywiście nasiąkał, rozmiękał i rozpływał się, a gryziony okazał się delikatny, krucho-chrupki. Nie obklejał zębów, nie męczył. Popisał się jakością. Tonował zdecydowanie za tłustą, miękko-rzadkawą czekoladę, co wyszło na plus, mimo że dodali go bardzo, bardzo dużo, że wyszedł efekt szyszko-batona z ryżu oblanego czekoladą (acz i tak było jej dość sporo).
Sezamu dodano więcej niż na to wygląda, ale oczywiście mniej niż ryżu; wystarczającą ilość. Był chrupiąco-strzelający, a im dłuższej gryziony tym bardziej trzeszczący.
Dodatki o zacnej strukturze w odpychająco i nieszczególnie czekoladowo tłustej tabliczce, ot, co.
Co ciekawe, niezależnie od tego, jak ułożyło się kawałek w ustach, smaki rozchodziły się podobnie. Z tą różnicą, że gdy ryżem na język, to delikatniej (bo czekolada wiadomo, spływała po ryżu).

W smaku pierwsza wystrzeliła wysoka słodycz. Reprezentował ją zwykły cukier, który mi szybko zaczął przeszkadzać.

Zaraz jednak dołączyła do niego mdława nutka oleju... Oleju wytrawniejszego, niedookreślonego... Mieszającego się z delikatnym mlekiem.

I nagle słodycz pokazała się jako matcha latte, czyli ta zielona herbata zrobiona ze spienionym mlekiem. Do cukru dołączyła wanilia, a matcha odważnie, na zasadzie kontrastu, torowała sobie drogę  wytrawniejszą, ziołowo-algową nutką. Mignął mi ledwo uchwytny rybi wątek, po czym matcha wspięła się na wyżyny. Przez chwilę przygłuszyła słodycz, jednak zaraz się wycofała. Czułam wciąż wyrazisty smak delikatnej matchy, która naturalnie jest trochę słodkawa.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa matcha oddała sporo miejsca dla mocno maślanej białej czekolady. Maślano-śmietankowa nuta była nową siłą napędową dla słodyczy. Drastycznie i szybko rosła. Tym razem cukier zdecydowanie górował nad szlachetniejszą wanilią. Ryż, choć początkowo niewiele wnosił na smak, trochę jakby rozrzedzał tę słodycz. Co jednak nie stanęło na drodze temu, by w gardle zaczęło mnie strasznie drapać od słodyczy ogólnej. Czasem już w tym momencie zaznaczała się drobna pikanteria.

Zielona herbata matcha pobrzmiewała do końca bez większych problemów, a do mleko-śmietanki zaczęło dopływać coraz więcej nut oleju i masła. Mieszając się, znów wydobyły coś wytrawniejszego... Po chwili rozpoznałam rybią nutkę (rzeczywiście pomyślałam o łososiu, a dokładniej o jego białych paskach tłuszczu).

Nagle w tym wszystkim po dłuższym czasie zaczynała się tlić drobna ostrość. Poczułam ciepło, a drapanie słodyczy w gardle trochę wsparła rozgrzewająca ostrość. Ujawnił się subtelny imbir. Wtedy też dodatki zaczęły fizycznie wyłaniać się spod czekolady.

Niegryziony sezam nie wnosił nic, natomiast ryż trochę neutralniejszy wątek, którym osłabiał słodycz i jakby "czyścił" scenę pod olej, maślaność. 
Zdarzyło mi się nadgryzać dodatki "obok" czekolady pod koniec, ale większość zostawiałam już gdy ta zniknęła. Czasem właśnie jakby spomiędzy ciamkanych dodatków wypływała pikanteria.
Ryż gryziony okazał się bardzo zachowawczy, nie przygłuszał innych smaków. To delikatny, dmuchany ryż dobrej jakości, bez cienia goryczy itp. Wyszedł trochę papierowo (to stwierdzenie neutralne, chodzi mi o cechę raczej charakterystyczną; ja go tak odbieram), a jednak... smakował lekko ryżowo. Wydaje mi się, że jakoś swoim nijakim wątkiem podkręcał się wzajemnie z mdło-oleistą nutką. I trochę na koniec tonował słodycz.
Sezam gryziony dał się poznać jako roślinnie wytrawny. Był wyrazisty, trochę gorzkawy i sprawiał wrażenie surowego. Z mgiełką imbiru, wyłuskał z całej tej mieszaniny myśl o oleju, opakowaniu po wędzonym łososiu (oczami wyobraźni widziałam pustą paczkę po jego plastrach, nie samą rybę).

Po zjedzeniu został posmak białej, mocno maślano-mlecznej i przesłodzonej czekolady (jednak dobrej jakości, nie ciężkiej) wraz z ciepłem w gardle, na które złożyła się i słodycz, i nienachalny imbir. Ten czuć wyraźnie, ale właśnie - nie dano go dużo. Do tego gloniasto-roślinny splot matchy i ryżu dmuchanego, który czasem zupełnie dominował. Przy niektóych kęsach chwilowo mocniej wyłaniał się w posmaku rybi element, by po chwili zniknąć. Do tego czułam nieprzyjemną tłustość, w tym na ustach.

Całość okazała się zaskakująco dobrze, zachowawczo zrobioną "białą czekoladą w japońskim klimacie". Nie powiedziałabym, że sushi, ale wyszła po prostu z głową. Herbata do bazy pasowała, bo czuć i matchę, i białą czekoladę. Ryż naprawdę dobrej jakości, nieprzeszkadzający, a neutralizujący oleistość. Sezam był i podkręcał wytrawniejsze wątki, podobnie jak imbir. A rozumiem, że takie założenie było, skoro i olej z łososia się tam znalazł. Ten pobrzmiewał, ale na zasadzie zagadki (czuć go czy nie czuć?), a nie że dodali kawałki ryby. Przy jednak tej ilości ryżu, czuję, że mogliby sobie pozwolić nawet na dodatek taki jak we wspomnianej Modern Dwellers Smoked Salmon 65% (aczkolwiek czuję, że na europejskim rynku mogłoby się nie sprzedać). Kontrasty dziwnie podkreślały się w harmonii, czasem coś się wychyliło, ale wszystko wyglądało na zaplanowane. Jedyne, co ja na pewno bym zmieniła to cukier. Wanilię czuć przyjemnie, ale niestety w kontraście do ordynarnego białego. Z trzcinowym wyszłoby znacznie lepiej. Też nie przekonuje mnie ta ilość ryżu, ale z drugiej... nie wiem, jak to by było z mniejszą. Poza tym, takie rzeczy trudno czasem jednoznacznie ocenić, gdy człowiek próbuje czegoś zupełnie, z zasady nie w jego typie.
Reasumując, nie wyszła kontrowersyjnie, a nawet całkiem, choć w moim odczuciu nie jakoś szczególnie, ciekawie. Po prostu jak ktoś lubi białe czekolady z zieloną herbatą, dla niego smacznie. Mnie nie smakowało, bo po prostu nie lubię białych i zacukrzania się nimi, a słodka, tłusta tafla z ryżem to coś, do czego nie widzę sensu się zbliżać. Chylę jednak czoła w uznaniu, że zrobili coś, co naprawdę ma szansę posmakować, jest pomysłowe i w ogóle. Po 1/4 podziękowałam i oddałam Mamie. 
W miarę jej smakowała, jednak stwierdziła, że niczego oprócz ryżu i zielonej herbaty z dodatków nie czuła (sezam widziała). Obu nam przeszkadzał ryż przeszkadzał, bo go nam było za dużo, odciągał uwagę. Zgodziła się jednak, że przynajmniej faktycznie neutralizował słodycz. Usłyszałam: "lepiej by było, gdyby dali mniej cukru, i mniej ryżu". Tak jak ja, nie chciała jej gryźć (bo w ogóle wtedy to nie smakowało czekoladą), a jej o wiele bardziej niż mnie przeszkadzało, że ryż się rozpuszczał. Do tego: "bardzo poprawna". Obie się tylko tak zastanawiałyśmy - no, olej z łososia w zasadzie czuć leciutko (ona nie czuła), ale... żadna z nas nie chciała by go czuć. Stąd obie mamy obiekcje w sprawie składnika, a jednak tak - tabliczka jest, czym jest.


ocena: 8/10
kupiłam: rozsavolgyi.com (ojciec kupił)
cena: 2390 HUF, czyli ok. 30 zł (za 70g; acz jak wyżej)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: biała czekolada (cukier, mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, lecytyna rzepakowa, wanilia), zielona herbata matcha, ekologiczny ryż dmuchany, czarny sezam, olej z łososia norweskiego, imbir

piątek, 22 lipca 2022

Zotter Tangerine - Matcha - Coconut ciemna 70 % z mandarynkową galaretką, sojowym kremem z zieloną herbatą i nugatem / praliną kokosową z karmelizowanymi płatkami kokosowymi

Drugą czekoladą, do której mi się spieszyło, była dzisiaj opisywana. W zasadzie z nowości nadziewanych tylko trzy mnie tak ruszyły (pierwsza to Date + Cashews), inne były mi obojętne, a i znalazły się takie, które w ogóle ominęłam. Uwielbiam zieloną herbatę, lubię mandarynki i choć nie są moimi ulubionymi owocami, to jednak w słodyczach chyba występują na tyle rzadko, że tu przywitałam je z aprobatą. W dodatku wystąpiły jako galaretka, a te Zottera to w sumie jedyne przeze mnie tolerowane i... może nawet, jak na słodycze (i tak znane mi tylko z nadziewanych tabliczek; nie wiem, czy występują w innej formie - wątpię), lubiane? Tak specyficzne i wyjątkowe, że po prostu fajne. Dawno ich nie jadłam, a swego czasu nawet jakakolwiek dobra (więc pewnie nieistniejąca?) za mną chodziła, więc proszę - oto jest. Kompozycja, gdy chodzi o wnętrze, wydała mi się bardzo, bardzo niecodzienna, ale nie "niecodzienna, dziwna, aa, Zotter już wcale odleciał", ale niecodzienna i potencjalnie smaczna. Czasem właśnie te nietuzinkowe połączenia zachwycają. 


Zotter Tangerine - Matcha - Coconut / Mandarine - Matcha - Kokos to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana 21% mandarynkową galaretką, 17% kremem na bazie białej sojowej czekolady z zieloną herbatą matcha i 17% nugatem / praliną kokosową z karmelizowanymi płatkami kokosowymi oraz cienką warstewką ciemnej czekolady wewnątrz.

Po otwarciu uderzył zapach kokosa. Kiedy zbliżałam się do spodu, dominował zupełnie (co wyjaśniło się po przełamaniu - na stronie Zottera dodali mylące zdjęcie, gdzie to krem herbaciany był na dole). Ogólnie wyraźnie poczułam także gorzkawo-orzechową, mocno paloną czekoladę o nutach dymu i ciemnego chleba, osłodzonych również paloną słodyczą. Doszukałam się też nutki zielonej herbaty, pozostającej jednak w oddali. Karmelowe echo mieszało się za to z delikatniejszym otoczeniem, które określić udało mi się precyzyjniej po przełamaniu, w trakcie degustacji. To splot zbożowo-pudrowy, wyraźnie wzmocniony matchą. A jednak po przełamaniu także to kokos walczył o przewodnictwo, pomagając sobie nutką oleju kokosowego. Podkreśliła go też słodycz karmelu.

W dotyku tabliczka wydała się bardzo masywna. Podczas łamania lekko pykała, trzaskała za sprawą czekolady, acz także nadzienia wpisały się w konkret. Z podziałem jednak większych problemów nie było, nic się nie rozwalało, przesadnie nie kruszyło. Najdelikatniejszą częścią była niecodzienna galaretka, bo nieco się rwała, wyciągała - wydała mi się prawie półpłynna (choć nie wypływała z tabliczki), a jednocześnie aż irytująco klejąco-lepka. Zielony krem wyglądał na lekko gibki, acz bardzo zwarty, natomiast kokosowy zaskoczył suchością i kruchą twardością (mylne wrażenie, napędzone przez kawałki kokosa).

W ustach czekolada rozpływała się raczej powoli, bardzo gęsto i kremowo, gładko. Trochę zalepiała, z wolna odsłaniając nadzienia. Znikała równocześnie z resztą, tylko trochę zostając na sam koniec.
Najszybciej wyciskała się galaretka (acz wcale tak szybko nie znikała), nugat kokosowy rozpuszczał się w umiarkowanym tempie, najoporniejszy zaś wydał mi się krem herbaciany.
Czekolada wszystko trzymała, lepko zalepiając, dodatkowo od środka wszystko trzymała lepka galaretka, że spójność aż mnie zaskoczyła.
Nugat kokosowy znajdujący się na dole okazał się zwarty i konkretny, ale nie suchy. W trakcie jedzenia, choć twardy, nawet względnie plastyczny. Rozpuszczał się lekko proszkowo, trochę wodniście. Nie był ciężki, acz chwilami lekko oleisty (tłustym jednak bym go nie nazwała - średnio tłustym owszem). Jego konsystencję urozmaicały chrupiąco-twardawe, podprażone wiórki i kawałki kokosa. Zostawiałam je na koniec.
Nugat od galaretki oddzielała cieniutka warstewka ciemnej czekolady, która sprawiła, że dół nie nasiąkł, ale też dodała tłustej kremowości wnętrzu tabliczki.
Pod względem konsystencji łącznikiem między czekoladą a nugatem był krem sojowo-herbaciany. Okazał się miękki i gibki, nieco gumowy, ale także konkretny i zwarty. Rozpuszczał się powoli, trochę proszkowo. Mimo to nie był suchy, a nawet lekko tłustawy. Rozpływał się najwolniej i zostawał na koniec wraz z czekoladą.
Galaretka wyciskała się z tego szybko, upuszczała mnóstwo soczystości, dając się poznać jako niezwykle naturalna, przecierowo-żelowa i aż rzadkawa. Gdy nieco się rozeszła, zostawała częściowo jeszcze trochę. Środek czekolady wyszedł dzięki niej soczyście i choć nie tłusto, to obudziła w kremach lekką, osobliwą śliskość.
A jednak na koniec, gdy czekolada zniknęła, zostały w zasadzie już tylko kawałki kokosa, które to pogryzione też prędko zniknęły. Nie memłały się ani trochę; były chrupiące. Nie pożałowano ich. Wówczas osamotnione zostało lekkie poczucie tłustości w ustach i słodkiej lepkości na nich.
Tabliczkę bardzo dobrze wyważono, nie miałam wrażenia śmietnika - warstwy świetnie się uzupełniały. I, co ważne, mimo że chwilami trochę się rozjeżdżały, ogólnie się trzymały.

W smaku czekolada przywitała się smakiem gorzkiego dymu i kawy, na co szybko nałożyła orzechowo-karmelową, łagodzącą nutkę. Czekolada sama w sobie wydała mi się lekko orzechowa i owocowo-cierpkawa. Odlegle zahaczyła o ciemny chleb na zakwasie i... piernik? Wiśniowy piernik, który rozchodził się zwłaszcza od spodu, który częściowo nasiąkł kokosem.

Do głosu błyskawicznie doszły nadzienia, najpierw delikatnie, rozkręcając poszczególne motywy: mandarynki kwaskawą soczystość, kokos "orzechowawość", krem herbaciany cierpkość i mdło-papierowe echo. Warstwy rozpływały się niby jednocześnie, ale jednak w pewnym porządku. Kokosowa wyszła najspójniej z czekoladą.

Najdynamiczniej i najwyraźniej wyłoniła się galaretka. Uderzyła soczystymi, kwaśnymi cytrusami, w których szybko wzrastała słodycz. Ta warstwa była mocno soczysta, naturalna, a także słodka, choć nie cukrowa (mieszanka kwaśności i słodyczy sekundowo aż zahaczyła o gardło, zaraz jednak odpuściła). Wyraźnie czułam splot uroczych mandarynek i charakterniejszych pomarańczy, podkręconych sokiem cytryny i olejkiem pomarańczowych. Za jego sprawą wemknęła się lekka, cierpka goryczka, co podkreśliła gorzkawa warstewka czekolady z wnętrza.

Warstwa czekolady ze środka nie wnosiła za wiele, jak tylko podkreślała gorzkawe nuty i podtrzymywała czekoladowość rozchodzącą się od wierzchu.

Kokosowe nadzienie, podobnie jak w kwestii zapachu, miało wiele do powiedzenia. W zasadzie zaznaczało swoją obecność w pierwszych sekundach, potem jednak już po ustach rozchodziło się spokojnie. Kokos był intensywny, wszechobecny, ale nie zagłuszał reszty. Chwilami przybierał bardziej kokosowo "orzechowawą postać", chwilami zasnuwał się wysoką słodyczą. Ta wydawała się pudrowo-słodziuteńka, a zarazem naturalnie kokosowo słodka. Było w niej coś rześkiego. Soczystego? Idealnie zgrywał się tym z pobrzmiewającą galaretką cytrusową. 
Nadzienie kokosowe z czasem pokazywało swoją słodszą, przesadnie i aż pudrowo (choć wciąż "karmelowawo") stronę - czuć, że posłodzono je cukrem kokosowym. Utwierdziłam się, próbując je osobno. Wówczas w ogóle wydało mi się za słodkie. Na szczęście jednak reszta warstw zatrzymała słodycz tuż przed przesłodzeniem.
Dodatkowo goryczka i cierpkość płynęły także z tego nadzienia. Raz czy dwa wyłapałam nutę oleju kokosowego (chyba, bo trochę rzygowinowatą? soja, herbacianość także mogły go podkreślić.), a także lekką ostrość. Ta dopieściła piernikową mgiełkę. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mieszało się to mocno z kremem herbacianym, a do głosu dochodziły też kawałki kokosa.
Niegryzione kawałki podnosiły słodycz karmelu - raczej słodko-słodkiego, trochę cukrowego.

Jednocześnie do słodyczy i goryczki przeniknęła herbaciana nuta zielonej herbaty i bardziej "wytrawna" (pewnie soi, która jako ona sama długo się ukrywała). Wkradła się poprzez inne elementy, ale umiejętnie zaserwowała nieco algową nutę. Czułam zieloną herbatę matcha, której trzymały się niestety też nutki mączna i oleista, jakby "roślinnego masła" (ale nie margaryny). 
Spróbowany osobno krem herbaciany wydał mi się mdło-słodki; mdławy jak roślinny budyń o niedookreślonym smaku, ale też mocno orzechowy. I niewątpliwie herbata nadała mu charakteru. Złożoność tej wytrawności najlepiej czuć, gdy całość swobodnie się rozpływała. Kokosowy krem zmotywował herbacianą warstwę do działania. Wytrawniejsze echo należało do niej, ale nie tylko. Przy algowym wątku  czułam specyficzną "wegańskość" (jakby "wege masło", coś roślinno-oleistego). Orzechowo-sojowy splot wyłaniał się klarowniej po dłuższym czasie. Wtedy jednak ta nuta była już i dosłodzona, a ja w nadzieniach doszukałam się akcentu czekoladowo-papierowego... I trochę mdło-piernikowego? Jak piernik z lukrem, aż pod nim ukryty? W pewnym momencie słodycz, wzmocniona innymi nutami, aż rozgrzała nieco gardło (a potem odpuściła).

Kokosowa część nie dawała o sobie zapomnieć wiórko-płatkami, a dokładniej podskakującą słodyczą karmelu, emanującą od nich oraz... swoistą roślinnością (kładącą nacisk na wegański wydźwięk). 
Pod koniec kontrastowo do rosnącej słodyczy, wzrosła też gorzkość. Gorzkie nuty nadzień wsparła palono-dymna czekolada. Pokazała więcej dymno-kawowej goryczki i cierpkości, zamykając występ wszystkiego.

Gryzione na koniec kawałki kokosa smakowały... kokosem (inaczej niż wiórki). Niewiarygodnie mlecznym i zaskakująco słodkim w naturalny sposób, z echem "roślinnych orzechów".

Zostałam z posmakiem palonej goryczki kakaowo-dymnej, herbaciano-wytrawniejszej. Czułam jednak też "roślinne słodkie budynie, desery", kokosa i orzechowość, podsycone "cytrusami na słodko", przy czym mandarynki bez problemu się wyróżniły. Było słodko, ale jednocześnie całkiem wytrawnie i aż pikantnie. W gardle czułam ciepło i słodyczy, i ostrzejszych przypraw piernikowych (i oleju kokosowego?). Usta miałam jakby słodko-obklejone.

Warstwy współpracowały, uzupełniały się o swoje goryczki, tworząc coś interesującego. Każda cześć zawarła w sobie swoją "naturalną orzechowość", co też było bardzo niecodzienne. Przełamywały nimi słodycz, która chwilami mnie irytowała (mimo że w zasadzie nie była za mocna; a jednak mi nie grała zwłaszcza przy próbowaniu warstw osobno). Choć w pewnym momencie wszystkiego zebrało się bardzo dużo, kęs po kęsie pokazał, że to spójna kompozycja, w której na wszystko przychodzi odpowiedni czas - za czekoladowo-dymną przewodniczką dochodzą różne kokosy, herbata, orzechowość, słodycz wszelkiego typu. Sojowo-papierowo-wegańskie nuty nie wyszły źle, a chwilami nieco za wysoka słodycz też jakoś tam się w to wpisała, nie dręcząc za bardzo. I tak wyszło względnie wytrawniej. Wytrawniejsza kompozycja świetnie współgrała z matchą, a soczyste mandarynki i pomarańcza nadały temu lekkości, wszelkie kwaski "inne" przywłaszczając sobie. Kwaśne cytrusy, choć intensywne, wzbogaciły wszystko, nie przygłuszając walorów.
Całość dziwnie nawet mi smakowała, ale nie tak, bym miała się zachwycać. To jednorazowe zjedzenie ze smakiem i zaciekawieniem. Niby spójne i konsekwentne, a jednak nie jestem w pełni przekonana, czy tak składniki / elementy do siebie pasowały. Nie gryzły się. Bez przegięć w żadnym kierunku (ja najchętniej zrobiłabym dwie czekolady, np. czarnoherbaciano-mandarynkową i zielonoherbaciano-kokosową).


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, koncentrat mandarynkowy, syrop skrobiowy, wiórki kokosowe, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), proszek sojowy (soja, maltodekstryna, syrop kukurydziany), cukier kokosowy, olej kokosowy, koncentrat soku cytrynowego, zielona herbata w proszku, substancja żelująca: pektyna jabłkowa; sproszkowana wanilia, sól, lecytyna sojowa, olejek pomarańczowy, anyż, cynamon

sobota, 9 października 2021

(Słodki Przystanek) Beskid Earl Grey Ecuador National Arriba Flavoured 75 % ciemna z Ekwadoru z bergamotką; stylizowana na herbatę Earl Grey

Jak już kupuję czekolady z dodatkami, to celuję w powszechnie dostępne, nie do degustacji, bo... szkoda i dobrego kakao na dodatki tak na logikę, i żałuję pieniędzy na słodycze, w których czekolada-kakao nie są centrum. W tych z dodatkami zachodzi ryzyko, że przyćmią one to, co dla mnie najważniejsze, a więc kakao, czekoladę. Beskidy jednak ciekawią mnie pawie wszystkie, więc sięgam też po te nieczyste (jakkolwiek to brzmi). Jadłam już Beskid 73 % z herbatą Earl Grey, ale pod koniec 2020 roku dowiedziałam się od producenta, że wraz z nowymi opakowaniami i podniesieniem zawartości kakao, zaczęli też używać innych ziaren i zmienili metodę palenia ogółem. A gdy chodzi o samą herbacianą propozycję, to skupili się na wydobyciu herbacianych nut z kakao, do tabliczki zaś dodają tylko olejek z bergamotki. Warto dodać, że tradycyjny Earl Grey swój charakterystyczny aromat zawdzięcza właśnie olejkowi ze skórki bergamotki. A swoją drogą, Beskid herbaty w ofercie także ma. 

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Earl Grey Ecuador National Arriba Flavoured 75 % Dark to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao National Arriba z Ekwadoru, z plantacji Zolita z olejkiem bergamotkowym; stylizowana na herbatę Earl Grey.

Po otwarciu folii dosłownie uderzyła mnie naturalna woń herbaty, wyraźnie earl greya. Oczami wyobraźni widziałam ciemny, mocny napar i jego liście, patyczki. To jakby zaparzająca się czarna herbata liściasta, roztaczająca dopiero motyw pomarańczy. Była w tym wszystkim gorzkość, soczystość, i jedynie subtelna słodycz. Pomyślałam o suszonej pomarańczy i ziołach. W tle zagrała lekka ziemistość.

Tabliczka była twarda jak kamień; odgryzanie kawałka przyprawiało o ból zębów, a trzask brzmiał jak wystrzał z armaty.
W ustach rozpływała się powoli i kremowo, acz nieco wodniście. Była gęsto-zbita i choć nie można odmówić jej tłustości, nie odebrałam jej jako tłustej. Chwilami za to wyłapywałam lekką proszkowść / ziarnistość.

Gdy tylko kawałek wylądował w ustach, poczułam wyrazistą gorzkość pod parasolem słodyczy. Był to delikatny, rześko-muskający parasol z płatków kwiatów, nieco roślinny. 

Po chwili rozeszła się gorzkość czarnej herbaty i ziół, może też nieco suchych, prażonych orzechów. Czy to one były goryczkowate? Odnotowałam ziemistość, roślinne fusiato-drzewne nuty. Pomyślałam o korzeniach gęsto porastających czarną, wilgotną glebę. Cały czas były wyczuwalne, choć przez pewien czas jedynie jako tło. Nagle, w ich cierpkości pojawiła się goryczkowata skórka pomarańczy...

...Kandyzowana? Słodycz rosła, jakby otulając zasadnicze, gorzkawe nuty. Wydała mi się kwiatowo-pomarańczowa, lekka, ale w pewnym momencie... palono-karmelowa. Taka wspięła się na szczyt. Niby słodka i delikatna, acz o szlachetnym charakterze. Znacząco złagodziła gorzką bazę, a sama zaprosiła słodkie, dojrzałe pomarańcze (którym zdarzyło się zahaczyć o olejkowość) i mandarynki.

Wszystko to rozchodziło się wręcz beztrosko, a ja nagle oczami wyobraźni zobaczyłam delikatną herbatę nalewaną do filiżanek. Czekolada pokazała się z delikatniejszej strony, zahaczając o słodziutkość. Czułam w niej mnóstwo róż, oczami wyobraźni widziałam suszone płatki, róże koloru herbacianego... Słodkie, a podszyte cierpkością. Gdy słodycz osiągnęła szczyt, poczułam maślano-orzechowy splot, i gdy tylko pomyślałam, jak słodko-łagodnie się zrobiło...

Cytrusy w drugiej połowie rozpływania się kęsa zagrzmiały soczystością i lekkim kwaskiem. Bergamotkowo earl greyowy motyw szybko przemodelował je na bardziej suszono-skórkowe, wciąż goryczkowate motywy. Dosłownie poczułam się, jakbym piła herbatę Earl Grey. Kontynuowała ziołowość z początku, ale i wydobyła więcej tych fusiastych, patyczkowo-liściastych motywów. Gorzkość szybko wzrosła, tym razem od herbaty wchodząc w dosadną ziemistość. Cytrusowo-herbaciana nuta wyraźnie ją ożywiła.

Ziemistość porzuciła kwiatowo-herbacianą przykrywkę i wypłynęła wyraźniej pod koniec. Wydała mi się aż surowa w wydźwięku; fusiastymi nutami zahaczyła o kawę i jej zawilgocone fusy.

Akurat, by w posmaku pozostawić na długo ziemistość, czarną herbatę i intensywny motyw goryczkowatych skórek cytrusów. Zeszło się  to z wyraźnym earl greyem, a zredukowana, nienachalna słodycz przybrała kwiatowy wydźwięk.

Kwiaty, ziemia, cytrusy - cuda Ekwadoru idealnie zestawione z intensywną herbatą Earl Grey (której - przypominam - nie dodano). Nic się nie kłóciło, a współgrało idealnie. Czekolada bardzo, bardzo mi smakowała. Nawet bardziej niż dawna. Dzisiaj opisywana wyszła bardziej earl greyowo, a i więcej w niej ziemi niż słodyczy (dawna słodyczą zahaczyła aż o krówkę).
Zdecydowanie bliżej jej do charakternej czystej Beskid Ekwador National Arriba Hazienda Zolita 70 %, choć we wspomnianej większy udział miały żółte owoce i róże; owoce i kwiaty dzisiaj prezentowanej zostały przemodelowane na earl greya, a ta wyszła poważniej. To najlepsza herbaciana czekolada, jaką jadłam.


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 16,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy nierafinowany, olejek z bergamotki

poniedziałek, 9 sierpnia 2021

Raaka 66% Green Tea Crunch Unroasted ciemna surowa z Republiki Dominikany z zieloną herbatą z ryżem i komosą ryżową

Czekolady i słodycze z zieloną herbatą robią furorę. Niestety przeważnie producentom chodzi o ciekawy wygląd, czyli zielony kolor. Stąd, tak mi się wydaje, tendencja do łączenia z nią czekolady głównie białej. A że ja za białymi obecnie nie przepadam, wiele z nich mnie ominęło. Nie, żebym ich żałowała, ale... trochę mi było żal, że niewiele marek wykorzystuje potencjał, jaki drzemie w duecie ciemnej czekolady i zielonej herbaty. Albo nawet mlecznej. Przykłady? Vosges: Super Dark 72 % Matcha Green Tea (2017), Super Dark 72 % Matcha (2020) i Mint Matcha Dark Milk 45 %. Jak widać, dobre amerykańskie czekoladziarnie nie patrzą na wygląd. Raaka to amerykańska marka niezbyt mi znana, ale niedługo miało się to zmienić. Niestety, czar prysnął, gdy tylko dzień przed degustacją wzięłam się za przepisywanie składu. Musieli zburzyć moje wyobrażenie o ciemnej czystej z herbatą (ewentualnie obstawiając, że może walną parę chrupiących liści), dodając potencjalnie przypominające nielubiane przeze mnie chrupki-kulki zbożowe chrupacze. Po co one tam?! Z komosą w kuchni się nie polubiłam, a w czekoladzie widzę ją jako zapychacz jeden z wielu (jadłam np. Alter Eco 60 % Cocoa Dark Quinoa). Też rozwalił mnie opis producenta. "Czekolada dla naszego wewnętrznego dziecka" - ja się zastanawiam... od kiedy to dzieci lubią zieloną herbatę? Tak, zdarzają się (w tym ja), ale... ? Producent połączył zieloną herbatę genmaicha (japońską prażoną z ryżem) z tłuszczem kakaowym, po czym wymieszał to z kakao i... dodał preparowaną komosę, aby "zapewnić dorosłym nostalgiczne chrupnięcia". "Uniwersalne, komfortowe jedzenie, ale nie utulenie do snu". I weź tu wiedz, o co chodzi... Miałam nadzieję, że nie o to, że tabliczka okaże się moim koszmarem.

Raaka 66% Green Tea Crunch Unroasted Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 66% surowego kakao z Republiki Dominikany z prowincji Duarte z rezerwatu Zorzal z zieloną herbatą genmaicha prażoną z ryżem i preparowaną komosą ryżową (quinoa).

Zaraz po otwarciu poczułam bardzo delikatny zapach gorzkawego dymu i taki... "zielony", jakby algowy. Od niego odchodził leciutko kwiatowy, słodki wątek. Pomyślałam o kwitnącej wiśni. W tle także owocowo-soczysty motyw się zaplątał - być może właśnie wiśniowy... acz częściowo już bardziej w czekoladkowo-bombonierkowym rozumieniu. Dym i ta wyrazistsza część wydała mi się prażona (za nic nie użyłabym tu słowa "palona"). Trochę przewinęło się w tym ziołowo-orzechowych nut, ale nic jednoznacznego.

W dotyku i przy łamaniu tabliczka wydawała się trochę krucha, ale tylko z racji dodatku. Tak odznaczała się wysoką twardością, za sprawą której głośno trzaskała. Drobne kulki (quinoa taka jest - trochę większa od kaszy manny?) wtopiono mocno i nie sposób ich wydłubać. Nie wyglądało na to, ale tabliczka w środku była nimi straszliwie najeżona.
W ustach rozpływała się bazowo aksamitnie, łatwo i w tempie umiarkowanym. Wydała mi się dość kremowa, cały czas z istotnym efektem proszku i chwilami nieco wodnista. Zwłaszcza przy dodatku, który wypuszczała niechętnie, przez co drapał niemiło podniebienie. Z czasem odsłaniała ostre kulki, które do końca pozostawały chwilowo chrupkie. Były napowietrzone w taki... preparowany sposób (nadmuchane?). Kilka trafiło mi się twardo-chrupiących jak kamyki. Zajmowałam się nimi już po rozpłynięciu się czekolady, a mimo to w większości wciąż po trochu chrupały, trzeszczały, skrzypiały. Potem dopiero nasiąkały, rozmiękczały się i rozlepiały, by na sam koniec zmienić się w papkę obklejającą zęby. Gryzione "obok" czekolady też chrupnęły raz-dwa, a potem oblegały zęby, co przeszkadzało w odbiorze czekolady. Jak pisałam, było ich mnóstwo. Najeżyły tabliczkę, robiąc z niej szyszko-jeża i nieprzyjemnie zaznaczały swoją obecność "drapiąc" podniebienie. Nie podobały mi się.

W smaku od początku czułam znaczącą słodycz delikatnego karmelu, podrasowaną subtelną gorzkością. Wydał mi się palony minimalnie i... coraz bardziej złudnie korzenno-chłodzący, coraz bardziej... melasowy?

Od melasy rozeszło się więcej gorzkawości. Niosła ze sobą dym i orzechy. Chwilowo początkowo odebrałam ją jako chłodną, lekko ostrą, ale zaniechała pomysłu pójścia w tym kierunku. Mignęła mi ziemią, a ta w tle wskazała owocowo-soczyste echo. Jakby wiśnia? (Do głowy przyszło mi dobrze zrobione połączenie ciastek korzenny i wiśni jak z Lindt Hello Crunchy X-Mas Cherry). Soczystość wiśni, zarówno świeżych i dojrzałych, jak i taki... czekoladkowych, może suszonych np. w ciastkach płynęła z wolna w tle..

Dym dołączył do pierwszoplanowej słodyczy, która nieco wzrosła - jak dla mnie już za mocno. Wydała mi się prosta, ale na szczęście po paru chwilach i na dobre - mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa - jakby nasączyły ją kwiato-rośliny. Kompozycja robiła się nagle dość "zielona", taka roślinna...  żywo-wilgotna, soczysta, mimo że z lekkim prażeniem w tle. Leciuteńki, algowo-szpinakowy motyw dołączył do nich i umacniał się, aż z czasem wyszedł prawie na początek, gdzie zaprosił też po prostu zieloną herbatę (nie matchę). Zieloność podyktowała słodyczy bardziej słodzikowy charakter.

Do tej zieloności dochodziły nieśmiałe, orzechowo-kaszowe nuty, taka... "zbożowość". Poczułam drzewa, które jeszcze walczyły o bardziej "zielone nuty". Ponownie odnotowałam prażony wątek, a i dodatek zaczął wyłaniać się spod czekolady. Rozbijał tym samym jej smak, wprowadzał nijakość i trochę kaszowo-orzechowych nut. Na myśl przyszły mi suche liście zielonej herbaty, zboże. Może też kakaowe płatki-chrupki do mleka?

Czekolada bliżej końca zrobiła się słodko-dymna, kwiatowo-orzechowawa i chyląca się w stronę suszonych owoców. Pomyślałam o suszonych wiśniach, potem o jakiś innych, złoto-słodkich... soczystych, ale suszonych owocach. Niestety czekolada nie była zbyt wyrazista przez kulki kaszy, odwracające od niej uwagę.

Dodatek, który został też wyrazistością nie uraczył. Komosa wydała mi się mdła w smak, taka... chrupkowo-zbożowa, trochę jak różne preparowane zboża, ale nawet nie... Przede wszystkim "żadno-kartonowa".

W posmaku zostały raczej "zbożowate chrupacze", trochę herbaciano-prażony motyw, kaszowo-zbożowa nuta ogólna i delikatna, słodkawo-dymna czekolada jakby wyprana z gorzkości i charakteru ciemnej czekolady.

Mam wrażenie, że chrupki, które niewiele wnosiły, przy czym wcale nie były to pozytywy, zepsuły kompozycję spłycając i rozbijając jej smak. Zielona herbata wyszła dość dziwnie, ale w miarę wyraźnie, co - gdyby nie chrupki - mogło by być ciekawą parą dla... czekolady. Wprawdzie do niej samej też nie jestem przekonana, bo była łagodna, głównie słodka... jednak potencjał kakao czuć. Co innego, że np. nuta wiśni zupełnie nie pasuje mi do zielonej herbaty, która... była słabo wyczuwalna. I tak jednak mogę powiedzieć, że tabliczka rozczarowała mnie całościowo. Zapach łagodny, struktura nie... Tak kaleczyła mi podniebienie, że mimo nudnego, ale spoko smaku (sam smak jakieś 7-8 by mógł mieć, choć nie wiem, czy gdybym bardziej się na nim nie skupiła, coś by np. nie zaczęło mi bardziej przeszkadzać), zjadłam tylko 1/3, resztę z bólem serca oddając ojcu (który czekolady tylko gryzie i nawet nie przywiązuje wagi do smaku).


ocena: 5,5/10
cena: 28 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 532 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, preparowana komosa ryżowa (quinoa), herbata genmaicha (zielona herbata, prażony ryż brązowy)