Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: porzeczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: porzeczki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2026

Zotter Labooko fruit Johannisbeer / Blackcurrant biała porzeczkowa / z czarnymi porzeczkami

Zgłaszając dla zaprzyjaźnionej reprezentantki Zottera na Polskę, że z niektórymi nowościami chcę także tą, miałam chyba jakieś myślowe zaćmienie. Albo... nie doczytałam? I jakoś myślałam, że to będzie ciemna ze sproszkowanymi owocami, coś jak Zotter In-Fusion Sour Cherry in Cacao / Sauerkirsch in Kakao. Niestety, ta wchodziła w skład podlinii Labooko Fruit, czyli naturalnie kolorowych białych tabliczko-kuwertur ze sproszkowanymi owocami. Wzięłam ją więc w góry w listopadzie na prawie zimowe wyjście w Tatry, wychodząc z założenia, że energia się przyda. Pierwszym wybitnym szczytem, który zamierzałam tego dnia zdobyć, był Kościelec. Weszłam na niego znad Czarnego Stawu Gąsienicowego, idąc od Murowańca. Wystarczyły raczki, obyło się bez czekana i... było zadziwiająco ciepło. Kto by pomyślał? Niestety na szczycie zaczęło okrutnie wiać. Na szczęście też nie na tyle, bym musiała się obawiać, że zwieje mi czekoladę.

Zotter Labooko fruit Johannisbeer / Blackcurrant to biała czekolada porzeczkowa z czarnych porzeczek.

Po otwarciu rozszedł się delikatnie, ale wyraźnie owocowy zapach. Skojarzył mi się z dżemem z czarnych porzeczek i czarnego bzu oraz pudrowymi cukierkami porzeczkowo-malinowymi. Był kwaśny, cierpki, a jednocześnie znacząco słodki. Jakby tak dodać ogrom takich dżemów do jakiegoś trochę dusznego wege maślanego deseru. Subtelna mleczność udawała raczej roślinny zamiennik mleka.

Tabliczka w dotyku wydawała się jednocześnie sucho-pylista i tłusta. Podczas łamania trochę chrupko trzaskała, gdyż była twarda.
W ustach rozpływała się łatwo, w średnio-szybkim tempie. Miękła, zachowując umowny kształt. Mimo kremowości, była też pudrowo-proszkowa, a mazistość i soczystość łączyły się w niej w jedno. Tłustość, choć znacząca, wydawała się schodzić na dalszy plan.

W smaku szybko rozbrzmiała kwaśność porzeczek, ale jakby czarnych z dodatkiem czerwonych... W dodatku przerobionych na dżem. Kwaśność szybko zajęła wysoki poziom.

A jednak dżem zaraz dał się poznać jako dość słodki. Słodycz rosła powoli i nie nachalnie, ale zauważalnie. Nie osłabiała kwaśności, a w harmonii do niej dołączała. Oprócz dżemu poczułam pudrowość. Szybko przyszły mi na myśl pudrowe cukierki porzeczkowo-wieloowocowe.

Kwaśność porzeczek dopuściła do głosu nieśmiałe, niemal złudną nutę mleka, a ta zasugerowała jogurt. Jogurt wymieszany z dżemowym wsadem, który opierał się na czarnych porzeczkach, ale nie był tylko z nich. Wraz ze wzrostem słodyczy, jakoś mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, przyszły mi do głowy maliny. To głównie ich trzymało się pudrowe echo.

Słodycz jednak nie ograniczała się do owoców. W tle zaznaczyła jakby szlachetność, może nawet ciężkawą, ale przyjemną.

Jogurt czy raczej jogurtowy deser miał w sobie coś z wegańskich, roślinnych budyniów. Za nim chował się maślany motyw białej czekolady - starała się zostać incognito i nieźle jej to wychodziło. Czasem udało mi się uchwycić niemal karmelowe echo, ale przeważnie zaraz tonęło w oceanie soczystych owoców.

Ogólna owocowość starała się jak mogła, by zafundować mi soczystość i kwaśność. Z powodzeniem.

Kwaśne, dżemowe czarne porzeczki mieszały się ze słodszymi malinami, a jednak na koniec uparły się co do cierpkości. Tu prędko podkradły się jeszcze owoce czarnego bzu.

Końcowo w gardle czułam lekkie pieczenie, powiedziałabym, że splotu kwasowości i słodyczy, choć słodycz działała jakby trochę z ukrycia.

Po zjedzeniu został cierpki posmak dżemu z różnych leśnych owoców, w tym porzeczek, lecz choć głównie czarnych, to też trochę czerwonych, oraz malin, jednak także cukierkowa pudrowość i maślany motyw jakby słodkiego budyniu owocowego, z - tu już się zdradziła - białą czekoladą, i to w ilości pokaźnej. Przez motyw białej czekolady i kontrast, jaki powstał przy jej styku z cierpkością, pudrowy motyw trochę nazbyt irytował.

Tabliczka bardzo udana, bo wolna od zasładzania i ciężkości białych czekolad. Choć nie wyszła tylko czarno porzeczkowo, była cudownie kwaśno-soczysta, lekka. Fundowała cały bunkier owoców, m.in. czerwonych porzeczek i malin, czarnego bzu. Wydawało się, że jest tam jeszcze więcej różnych owoców, acz trudno je ponazywać. Nie była zbyt biało czekoladowa ani ciężka. Szkoda tylko że posmak do najlepszych nie należał i że rozpuszczała się tak szybko, ale przynajmniej bez najmniejszego oporu (a nie ukrywam, że tego się trochę obawiałam).
Choć smaczna, to jednak na tyle "słodyczowa", a nie czekoladowa jak lubię, że bez żalu resztkę - jakieś 8 g - oddałam Mamie. Nie, że nie zmogłabym, ale bardzo chciałam jej taką ciekawostkę pokazać.

Od Mamy usłyszałam: "Była bardzo smaczna! Taka na 8-9. Lekka, kwaśna, soczysta, mało białoczekoladowa w sumie. Bardzo przyjemna, mocno owocowa, ale niejednoznaczna. Powiedziałabym, że malinowa. Czarnych porzeczek bym nie zgadła, ale jak tak myślę... no może faktycznie. Ale też pewnie nie każdy owoc jest tak samo łatwo zrobić w czekoladzie, by było go wyraźnie czuć".


 ocena: 8/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy 33%, liofilizowane czarne porzeczki 12%, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa

wtorek, 13 sierpnia 2024

U Dziwisza Ciemne Piwo z Mieszanką Owoców ciemna mleczna 50 % z Peru ze słodem jęczmiennym i mieszanką owoców: porzeczkami czarnymi i czerwonymi, malinami, truskawkami i wiśniami

Przy U Dziwisza Ciemne Piwo z Rokitnikiem wspomniałam, że faktycznie bazowa czekolada U Dziwisza Ciemne Piwo pasuje mi do dodatków, ale właśnie - w podlinkowanej nie do takiego jak się okazało. Ciemne Piwo pasowała mi do jakiejś mieszanki owoców, co prawda z rokitnikiem. Od producenta dostałam jednak z mieszanką owoców innych, leśnych, jak widziałam. Wyglądało to bardzo ciekawie, ale kompletnie nie w moim stylu, bo nie lubię tak poukładanych dodatków. Niemniej... pomyślałam, że dzisiaj prezentowana opcja może okazać się najlepszą. Wzięłam ją ze sobą na Mogielicę, licząc, że owoce nie pospadają mi z wieży widokowej na sam dół. Ruszyłam z Przełęczy Rydza-Śmigłego przez polanę Wyśnikówkę. I choć pogoda sugerowała raczej lato niż 30.03, na niej właśnie zobaczyłam jeszcze resztki śniegu. Trasa była bardzo łatwa i nawet schody na samą wieżę nie okazały się męczące. Na niej jednak wiało tak, że zrobiłam tylko pierwsze zdjęcia, a resztę dokończyłam parę kroków od niej. Zeszłam żółtym szlakiem, który niestety wyszedł na asfalt, którym spory kawał do parkingu trzeba było iść.

U Dziwisza Ciemne Piwo + Mieszanka Owoców to czekolada mleczna o zawartości 50 % kakao Chuncho z Peru ze słodem i mieszanką owoców: porzeczkami czarnymi i czerwonymi, malinami, truskawkami i wiśniami; stylizowana na ciemne piwo z owocami.

Po otwarciu poczułam owoce, zdecydowanie dominujące nad czekoladą. Czuć czerwone, z wyróżniającymi się kwaśnymi wiśniami i mieszanką porzeczek, acz ze znaczącą przewagą czarnych. Bardziej kwaśno-słodkie maliny stały za nimi. Sama czekolada przewijała się spokojnie w tle, dodając im motyw naturalnego mleka i wsi, z wpisanym w nią skojarzeniem z siankiem, zbożem. Słód chyba leciutko się wychylił jako on sam.

Wygląd czekolady do mnie nie przemówił - nie podoba mi się ponalepiane dodatku, a już na pewno nie tak wystające, wielkie owoce, w większości całe. Ledwo wyjęłam tabliczkę z folii, a parę porzeczek już odpadło. Przy łamaniu posypało się kilka kolejnych.
Tabliczka przy łamaniu okazała się twarda, acz trzaskała nie za głośno. Była masywna, lecz przy odgryzaniu kawałka jej twardość jakby się chowała.
Owoce w dotyku były sucho-twarde, jednak przy łamaniu maliny czy truskawki nieco się uginały. Nie rwały się ani nie łamały wraz z czekoladą, a wyciągały z niej, zostając w jednej lub drugiej części.
Przy odgryzania kawałka czy gdy zdarzyło mi się raz czy drugi już wcześniej nagryźć któreś z owoców, przedstawiały się jako twardo-chrupiące, suche.
W ustach jednak szybko nasiąkały.
Czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, ochoczo. Zalepiała je tylko trochę. Starała się nieco trzymać kształt, wykazując lekką gumiastość. Była niby gładka, ale jakby niezupełnie, nieidealnie. Niektóre owoce trzymały się w nią wlepione dłużej, inne odpadały szybciej. Czekolada wydała mi się przy nich znacząco tłusta. Owoce już w trakcie dodały czekoladzie trochę soczystości, bo z ochotą nasiąkały. Czekolada końcowo rzedła i zostawały same owoce.
Gryzłam je w większości dopiero, gdy czekolada już zniknęła. Wówczas dały się poznać jako miękko-jędrne. Wiśnie były bardzo miąższyście-soczyste, nieco świeżawe, truskawki dziwnie miękko-zwarte i gąbczaste. Maliny z kolei do końca zachowały pewną suchawość. Skrzypiały przy gryzieniu, mimo że były miękkie i soczyste. Ich pestki chrupały - były masywne, ale nie wyszły denerwująco. Najsuchsze do końca zostawały porzeczki, ale i one robiły się miękko-soczyste. Ich twarde pestki - zwłaszcza porzeczek czerwonych - bardzo się odznaczały, ale też nie denerwowały.

W smaku pierwsza rozeszła się nieprzesadzona słodycz, która rosła dość szybko. Szybko dołączyło do niej mleko o mocno naturalnym, tłustym charakterze. Pomyślałam o wsi z nutami sianka i orzechów.

Owoce lekko zaakcentowały swoją obecność. Niektóre bardziej, inne słabiej. Najszybciej odzywały się wiśnie. Maliny potrzebowały trochę czasu, truskawki więcej, a porzeczki dopiero pod koniec bardziej się zdradzały.

Akcent owoców jednak zmotywował do działania słód. Odezwał się wyraźnie i podkręcił nutkę sianka oraz sielski klimat wsi. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada wydała mi się bardzo, bardzo mleczna i mocno zbożowa za sprawą słodu, który wplótł też leciutką goryczkę. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa leciutka gorzkawość słodu nakręciła się jeszcze bardziej z owocami. Przy nich słodycz podskoczyła. Miała lekko palony charakter - i niewątpliwie wyszła odważniej niż w przypadku czystej tabliczki. 
Gdy odgryzłam kawałek czekolady pozbawiony owoców, smakowała prawie tak samo, jak czysta tabliczka - nie przesiąkła za bardzo owocami (a rokitnikowa owszem). Z tym że gdy robiłam kęsa po kęsie z owocami, i tak słodycz jakoś bardziej zwracała na siebie uwagę. Nie przegięła jednak.

Soczystość płynąca z owoców podkręcała słodycz czekolady. Przy nich wciąż było czuć mleczność, acz coraz słabiej. Słód z kolei na pewien czas przycichł prawie zupełnie. Do głosu dochodziły dodane owoce.

Potem już smak zależał w dużej mierze od tego, z czym kęs się trafił, bo końcowo to dany owoc dominował. Wszystkie owoce były bardzo wyraziste, acz nie wszystkie już obok czekolady. Porzeczki porządnie odzywały się dopiero gryzione.
Najwięcej do powiedzenia już obok czekolady miały bardzo kwaśne, pełne swego niemal świeżo-surowego smaku, soczyste wiśnie. Przy nich czekolada wydała mi się bardziej słodowa.
Następne w kolejności były kwaśno-słodkie maliny. One po prostu trochę przygłuszały czekoladę.
Truskawki wplotły do czekolady trochę swojej słodyczy, ale też porządnie odezwały się dopiero gryzione.
Niektóre porzeczki nadgryzałam już obok czekolady - czarne podkreśliły słód, a czerwone po prostu przygłuszały czekoladę, pchając ją w po prostu słodkim kierunku.

Dodatki gryzione po czekoladzie - wszystkie - były bardzo intensywne. Wiśnie kwaśno-soczyste, maliny kwaśne z echem słodyczy, truskawki uroczo słodkie, czerwone porzeczki kwachowate, a czarne przyjemnie kwaśno-cierpkawe.

Po zjedzeniu został posmak czerwonych owoców i czarnych porzeczek - zależy, co się akurat zjadło. Czekolada zajęła miejsce daleko za nimi jako słodka i leciutko mleczna. Czułam też lekką cierpkość  słodu. Te bardziej cierpkie owoce ją wydobyły.

Ta tabliczka z serii Ciemne Piwo smakowała mi najbardziej, jednak wciąż nie była to czekolada marzeń. Poprawnie mleczna, nie za słodka i z ciekawych akcentem słodu - to jej muszę przyznać. Ta mieszanka owoców podkreśliła słodowość. Nie pasowała mi jednak to stylizacji na ciemne piwo. Przynajmniej jednak owoce pasowały do siebie nawzajem. A jednak gdy pomyślałam o tej tabliczce i o U Dziwisza Ciemne Piwo z Rokitnikiem, nie mogłam wygnać z głowy myśli, że z tej wywaliłabym czerwone porzeczki, a w ich miejsce dała rokitnik. Myślę, że przełamany innymi owocami, w takiej ilości wyszedł by o wiele lepiej. Znów jednak nie podoba mi się forma - tak ponalepiane, wielkie owoce to niezbyt kreatywny sposób na zrobienie harmonijnej czekolady z owocami. To, że porzeczki łatwo odpadały to kolejny minus. Całościowo była więc smaczna, ciekawa i niewymagająca, ale do zjedzenia tylko dlatego, że już była. W górach się sprawdziła.

W zasadzie, gdy przyszło mi jeść czekolady U Dziwisza, dzisiaj przedstawiana podeszła mi bardziej niż czysta....., która mnie trochę nudziła. A jednak podlinkowana to dobra i niecodzienna ciemna mleczna, kojarząca się z tytułowym ciemnym piwem. Wersja z owocami z kolei nie miała z nim wiele wspólnego, mimo że słód został trochę wydobyty. Do tego wykonanie powinni dopracować i przemyśleć formę - po prostu naklejone i opadające dodatki przeważyły o niższej ocenie. 


ocena: 6/10
kupiłam: Sklep U Dziwisza (dostałam)
cena: 22 zł (za ok. 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, cukier trzcinowy, słód jęczmienny, owoce liofilizowane

piątek, 22 października 2021

Zotter Xo Ko In Hemp + Blackcurrant + Plum Brandy biała z nugatem konopnym i czekoladowym kremem ze śliwkową brandy oraz wastwami czekolady czarnoporzeczkowej

Ta czekolada miała zakończyć główną część odkrywania nowości Zottera, jakie weszły jesienią 2020. Nie specjalnie, bo najpierw przeglądając ofertę chyba ją przeoczyłam, potem jakoś nie było, taka tam nie dla mnie się wydawała, ale... w końcu doszły mnie słuchy, że jest niesmaczna, a wczytawszy się w to, czym jest, stając przed perspektywą "brać czy nie" (za darmo), doszłam do wniosku, że z (niezdrowej) ciekawości spróbuję, cóż to.
Kiedyś już ją chyba widziałam - po przeczytaniu opisu potwierdziło się. To odnowiona The "Bergl not Ibiza", której nie jadłam (i która chyba nawet nie była w Polsce dostępna). Nie ukrywam, że opakowanie tej, którą otrzymałam, bardzo mi się podobało i w sumie nawet nie potrafię powiedzieć, dlaczego.


Zotter Xo Ko In Hemp + Blackcurrant + Plum Brandy / Hanf + Johannisbeer + Zwetschkenbrand to biała czekolada nadziewana (30 %) praliną / nugatem z konopi i (30 %) kremem czekoladowym ze śliwkową brandy oraz (9%) cienkimi warstwami czekolady białej czarnoporzeczkowej.

Po rozchyleniu papierka poczułam słodki zapach maślanej, białej czekolady o wyraźnie waniliowej słodyczy oraz woń porzeczek. Kiedy wąchałam wierzch, zdecydowanie dominowała niemal neutralna maślaność, mieszająca się z motywami mleczno-śmietankowym i roślinnym. Spód (co nie dziwi, z racji tego, jak wyglądał) wykazywał soczystość porzeczek (głównie czarnych), ale i innych owoców: śliwek podrasowanych alkoholem i jakby jeżyn. Po przełamaniu owocowość nasiliła się, ale... obok nich przy maśle pojawiła się grzybowa nuta, nasilająca roślinność. Kojarzyła się z wegańskimi produktami, acz i odrobinkę kakao wplotła do bukietu.

Tabliczka była twarda i dość krucha, choć nie trzaskała. Na dotyk i oko sprawiała wrażenie trochę pyliście-tłustej; tylko ciemny krem od razu przedstawił się jako wilgotn...awy. Był gładki i zwarty, ale także plastyczny i wilgotny. Przeciwieństwo zwartego, gęstego, ale sztywnego nugatu o wysokiej tłustości, który odebrałam jako zbity i oleisty. Ten był wypełniony drobinkami konopi. 
W ustach czekolada biała rozpływała się w tempie umiarkowanym w sposób tłusto-pylisty i kremowy. Miękła i robiła się bardzo tłusto mleczna. Warstwy nieco opornej owocowej czekolady podbiły proszkowość, acz całościowo pod białą spójnie się podpięły, by zaraz razem z nią odsłonić kremy.
Konopny rozpływał się... dziwnie. Zarówno z oporem, jak i raczej szybko. Otóż opływał ślisko-oleistymi falami, zachowując twardawą zwartość. Robił to w miarę równo czasowo z czekoladami, ale się z nimi nie mieszał. Przejawiał wodnistość i pylistą proszkowość; wypuszczał z siebie drobinki konopi. Te wydały mi się nieokreślone, jak... sprężyste, gumkowe (myślę o "wiórko-kulkach" jakie zostawiają gumki-myszki do ścierania) orzeszki.
Z kremem czekoladowym już sprawa wyglądała łatwiej, bo miękł prędko i trochę wyciskał się spod czekolad, by złączyć się z nimi w tłusto-kremowej miękkości. Także on był maślano-mlecznie, aż śliskawo tłusty i dość gładki. Rozpływał się nieco szybciej od konopnego.
Całość mocno się trzymała. O ile kremy w miarę łatwo rozdzielić, tak oddzielenie czekolad graniczy z cudem.

Przy odgryzaniu kawałka od razu czuć białą czekoladę i motyw alkoholu, jednak w ustach oczywiście to od niej wszystko się zaczyna.
W smaku biała czekolada przywitała mnie silną słodyczą wanilii i pełnym, maślano-mlecznym smakiem. 
Nagle przełamała ją cierpkość ciemnych owoców, które zaraz obudowały się słodyczą. Słodka i mocno owocowa okazała się czekolada porzeczkowa, zaraz upuszczając też lekki kwasek. Przodowały w niej porzeczki czarne, acz w całości wyszła ogólnie leśnoowocowo, po czym połączyła białą czekoladę i kremy. Odezwały się mniej więcej równocześnie w połowie rozpływania się kęsa, ale ciemne dynamiczniej i głośniej egzekwowało swoją pozycję.

Czekoladowo-śliwkowe odezwało się szybciej, przez chwilę wydało się mieć mocniejszy smak, ale to chwilowe. Wchodziło poprzez niemal cukrowy, mocny alkohol i cierpkość owoców, którą podkręciła czekolada owocowa. W kremie czuć motyw wędzono-suszonych węgierek, których soczystość i kwasek rosły wraz ze słodyczą. Mocny alkohol nie stłumił smaku, który na moment ułożył się w truflową śliwkę w czekoladzie o przyjemnej cierpkości i gorzkości. Mimo iż charakterne, śliwki były jedynie alkoholowego pochodzenia, przez co w całości z czasem się gubiły. Alkohol aż lekko rozgrzał gardło i język. Łącząc się z białą czekoladą sprawił, że drapanie w gardle czułam już w połowie rozpływania się kęsa i zaklasyfikowałam je jako głównie cukrowe. Potem już jego smak rozmywał się na rzecz reszty.

Maślaność czekolad podchwyciło nadzienie konopne. Odezwało się też lekką pudrową słodyczą, która jednak była niska, uwypuklając dodatkowo wytrawność masła. Oleista goryczka miała w sobie sporo roślinnie-mdławego smaku, który skojarzył mi się z sianem i grzybami. Wyobraziłam sobie uduszone w maśle pieczarki... może ze śmietanką... śmietaną? Zrobiło się trochę mdło orzechowo. Z czasem słodycz i w nim nieco wzrosła za sprawą całości, acz krem konopny zdecydowanie był jedynie słodkawy. Jego słodycz odebrałam jako w pewien sposób mydlaną i... gryzącą? Czułam w nim złudną pikanterię i przygłuszoną ostrą ziołowość. Tym mieszało się z alkoholem z drugiego kremu. Bliżej końca, gdy nadzienie ciemne znacząco się już rozpuściło albo gdy spróbowałam nugatu osobno, biło po kubkach smakowych grzybową oleistością (?). Ciamkane na koniec drobinki zaś kojarzyły się z sianem.

Pod koniec wszelkie smaki weszły w tłuszczowość, maślaność i "mdło-kartonowe rośliny". Słodycz była silna, ale jakby przymglona, rozmyta w smaku. Waniliowość czekolady uciekła. Alkohol czułam jako rozgrzanie z lekkim motywem owoców ciemnych. Soczysta, charakterna śliwka zmieszała się z porzeczkami, jednak - biedne - zostały stłamszone ciężko-mdłym otoczeniem i poszły w słodziaśną pudrowość.

Po zjedzeniu zostało poczucie lekkiego przesłodzenia oraz gryzienie alkoholu i oleju. Czułam niesmaczny, odpychający motyw roślinnie-oleistego nugatu. Było też echo pudrowej, owocowej słodyczy kontrastowo gryzące się ze śliwkowo-truflowym alkoholem jakby likierowym. Dłużej utrzymywał się "alkohol po prostu" i dziwnie gryzący, roślinny motyw.

Całość mi nie smakowała, ale na pewno nie była zła. Po prostu za dużo napchano w jedną tabliczkę - spokojnie można by* robić z tego dwie. Smaki nie współgrały, a wszystko jakby sobie przeszkadzało, bo końcowo... przemieszały się w jedno, nie wiadomo co. Czekolada porzeczkowa i nadzienie czekoladowo-śliwkowe z brandy wprawdzie wyszły fajnie, ale niestety jasne części je stłumiły niemal zupełnie, przez co i one na niewiele się zdały. Gdyby tak tabliczka ograniczyła się do nich... a to nie. Do smacznej białej czekolady Zottera absolutnie nie mam zarzutów, ale wyszła nieprzyjemnie ze wspomnianymi (dziwnie przesłodziła je) i wytrawnym, sianowo-maślano-grzybowym nugatem. To było maślane i ciężkie, mimo soczystości. Kontrastowe, niepasujące. 
Po jakiejś 1/3 resztę oddałam Mamie, bo czekolada całościowo nie miała ani jednego elementu, który sprawiłby, bym widziała sens jedzenia jej. A jednocześnie... po prostu była, czym być miała. Obstawiam, że bardzo nie lubię konopnych rzeczy (tak jak i biała czekolada - nawet najlepsza - nie kręci mnie). Ocenę musiałam aż przedyskutować z Mamą (ja wahałam się, czy 6 nie będzie zbyt krzywdząca)... Jej opinia była dość ciekawa. Zrobiła gryza i wykrzyknęła: "O Jezus Maria, jakie to ohydne!", a potem pozwoliła kęsowi się rozpuszczać. Gryz, kolejny... I tak zjadła całość, by stwierdzić: "Ale to było dziwne... Właściwie nie wiem, po co to zjadłam, nie wiem, co ja właściwie zjadłam, nie wiem, co w niej czułam. Takie... masło, ale nie negatywnie, a neutralnie. I jakaś goryczka. Czekolady dziwnie połączone, ten krem z alkoholem chyba najlepszy, a ten - konopny, tak? - dziwny, nie umiem o nim nic powiedzieć. Nie smaczny, ale też nie niesmaczny. Całość taka bardzo namieszana, za dużo w niej wszystkiego. Na pewno tłusta. Aż nie można złapać czegoś, dla czego chciałoby się ją jeść, ale nie jest zła.". 
*I w zasadzie... Nie "można by", a "robi się" dwie różne. Krem to ten z Plum Brandy, ale w wersji poskąpionej. Konopny nugat z kolei kojarzę z Hemp Bonbon. Pojedynczo wyraźniej czuć zalety, a taka "łączona" to... kumulacja wad (właściwie wadek? jak obiektywnie spojrzeć).


ocena: 7/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, olej konopny, miazga kakaowa, mleko, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, skrobia kukurydziana, śliwkowa brandy, suszone czarne porzeczki, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), słodka serwatka w proszku, olej słonecznikowy, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, chili "Bird's eye", cynamon

piątek, 16 lipca 2021

Zotter Rotwein / Red Wine Olivin Winkler-Hermaden ciemna 70 % z czekoladowym kremem z czerwonym winem, brandy i rodzynkami oraz warstwą czekolady porzeczkowej

Muszę przyznać, że Zottery z winami trochę otworzyły mi oczy na wina. I pewne drogi degustacyjne mi zamknęły. Otóż na wino szkoda mi kasy, a po Winkler-Hermaden Olivin 2011, tańsze mnie nie satysfakcjonują. A na to się szarpnęłam dla czekolady Red Wine Rush Olivin Winkler Hermaden. Po latach jednak Zotter nieco ofertę pozmieniał, pogmerał też wśród alkoholowych czekolad. Do tej z Olivin chciałam może i wrócić, a teraz... to nawet nie wiem, na ile to powrót, a na ile coś nowego, a tylko podobnego (na pewno masło wskoczyło w składzie przed mleko i zmieniono opakowanie).
Na pewno dowiedziałam się czegoś nowego: rodzynki tu dodane, a więc marynowane w Olivin, nazywają sobie (tylko nie wiem, czy u Zottera, czy w tej winiarni) "Olivin bomblets" - bombami Olivin? W składzie / opisie też różne emocje u mnie budzi ta wytłokowa brandy, ale... biorąc pod uwagę jakość Olivin, to nawet jakieś pozostałości po nim są pewnie lepsze od zwykłych win.


Zotter Rotwein / Red Wine Olivin Winkler-Hermaden to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana czekoladowym kremem z wytrawnym czerwonym winem Olivin i brandy (z wytłoczyn po Olivin) oraz 3 % rodzynkami marynowanymi w Olivin  z cienkimi warstwami czekolady porzeczkowej (z czarnych porzeczek); nadzienie stanowi 60 % tabliczki.

Po rozchyleniu papierka poczułam wyrazisty, palono-dymny zapach zrównany z czerwonym winem. Ciemna czekolada, zwłaszcza gdy wąchałam spód, zdawała się ulegać winu oraz mieszać z owocami: dominującymi rodzynkami, ale też winogronami i jeżynami, porzeczko-wiśniami. Wierzch cechował wydźwięk bardziej czekoladowy, słodszy w sposób kojarzący się z palonym, wręcz odymionym karmelem i cukrowo-paloną brandy. Po przełamaniu i w trakcie degustacji z tymi nutami wygrały jednak owoce: głównie rodzynki i porzeczki (czerwone i czarne). Było to wytrawne, ale też bardzo soczyste. Mimo wyrazistości alkoholu, nie waliło procentami.

Przy łamaniu czekolady trzaskały. Owocowa była mocno stopiona z ciemną, więc ich podział graniczył z cudem. Bardzo gęsty krem wewnątrz odznaczał się mazistością, wilgocią i bardzo zwartą (ale jednak) plastycznością. Konkret i zbitość zawdzięczał czekoladowości - wydawał się czekoladowo zagęszczony, właśnie oparty na ciemnej czekoladzie. Zdecydowanie był jednak także tłusto-maślany i aż śliski, idealnie gładki. Znalazłam w nim sporo drobinek i skórek niemal czarnych rodzynek, które w większości musiały być częściowo zmielone.
W ustach czekolada rozpływała się gęsto-tłusto i kremowo, powoli i nieco maziście. Owocowa okazała się bardzo z nią spójna, acz rzadsza. Znikała jednak szybko, mieszając wierzch z nadzieniem i dodając chwilowego efektu zawiesiny.
To było bowiem minimalnie rzadsze od czekolady, acz zdecydowanie tłustsze od niej za sprawą masła. Cechowała je wysoka wilgotność i niezła soczystość. Maziście-lepko rozpływało się jak tłuste, zakalcowe brownie. Ta niemal śliska tłustość masła, do którego z czasem dołączyła odrobina śmietanki, dla mnie była trochę za mocna. Aż gęstawo nieco przytykająca. Znikało w tempie umiarkowanym, odsłaniając miękkawe, wręcz świeże - tak soczyście nasączone! - rodzynki (posiekane albo bardzo drobne). Przy niektórych doszukałam się lekkiego scukrzenia.
Czekolada zostawała jeszcze po nadzieniu.
Rodzynkami zajmowałam się, gdy wszystko już się rozpuściło. Wtedy były to przyjemnie soczyste farfocle.

Już przegryzając się przez całość czuć smak czerwonego wina.

Sama czekolada przywitała się paloną, trochę kawową gorzkością zrównaną ze słodyczą palonego karmelu. Soczystość szybko rosła.
Owocowa warstwa ją podkreśliła. Sama wniosła sporo winnie-porzeczkowego, soczyście kwaskawego smaku, jednak i słodycz. Spróbowana osobno (dosłownie wiórek mi się oddzielił nożem) wydała mi się słodziuteńko owocowa w "porzeczkowawy", ale bliżej nieokreślony sposób.

Zapewniła harmonijne przejście do nadzienia.

To bowiem powoli roztaczało intensywnie czekoladowo-owocowy smak, raz po raz smagając alkoholem jak biczem: winem ewidentnie wzmocnionym i procentową mocą, i słodyczą. Ta ostatnia okazała się dość wysoka, ale płynęła także z owoców. Czułam czarne i czerwone porzeczki, winogrona. Mieszały się z niemal cukrową słodyczą brandy i taką... karmelowo-czekoladową.
Nadzienie nie zapomniało o ciemnej czekoladzie i jej gorzkawości, jednak ta przejawiała się jako palona nuta, mocno przytemperowana maślanością. Pomyślałam przez to o truflowym brownie z alkoholem. O wiele więcej odnalazłam tu kwasku i cierpkości właśnie czerwonego wytrawnego wina. Nie było to jednak samo wino - także niemal cukrową brandy czuć bardzo wyraźnie. W tle jedynie przewijały się też wiśnie, a z czasem coraz więcej cierpkich winogron ciemnych, jeżyn i rodzynek.

W drugiej połowie rozpływania się kęsa w nadzieniu zdawał się rządzić rodzynkowy smak (nawet gdy wydawało się, że na nie nie trafiam). Był soczysty i słodki, łączący karmel i winne owoce. Dodatkowo podrasował je alkohol.

prawie jak "Potworna Księga Potworów"
 z rodzynką-jęzorem

Przy wyłaniających się rodzynkach właśnie je, i jeszcze więcej soczystego, kwaskawego czerwonego wina rozchodziło się po ustach. Każda jednak uderzała także słodyczą. Nie wysoką, ale znaczącą. Rozbijały też poczucie alkohowości samej w sobie, ale alkohol zdawał się walczyć niemal pieprznym pieczeniem.

Pod koniec i w język, i w gardle alkohol bardziej przypiekał, czym podkreślił karmelowo-cukrową słodycz. Na zasadzie kontrastu jednak udało się także czekoladzie wrócić, jako bardziej palono-dymny motyw.
Ten jednak znów osłabł, gdy pod koniec zajęłam się ssaniem i gryzieniem głównie skórek rodzynek. Nie w każdym kęsie jakaś była. Jak już na jakąś trafiłam, była słodziutka. Na całą tabliczkę trafiłam na dwie sztuki czegoś, co można nazwać aż kawałkiem rodzynki (z czego jednym czekolada pokazała mi język dosłownie przed ostatnim kęsem). Stanowiły dodatek marginalny.

Nawet, gdy były, to w posmaku i tak głównie kwaskawo-owocowe, taninowe wino zostawało, a dopiero potem rodzynkowość. Co więcej, wyraźnie na koniec czułam rozgrzanie procentami brandy, nie jakieś nadzwyczaj mocne, ale znaczące i nieco tłumiące zacny posmak samej czekolady. Był to splot palonej gorzkawości i porzeczkowo-winnej soczystości czerwonego, wytrawnego trunku o palono-dymnym charakterze.
Alkoholowość i soczystość w udany sposób odciągały uwagę od tłustości. Rodzynki w sumie też.

Ze smutkiem stwierdziłam, że czekolada mnie nie zachwyciła tak, jak jej dawna wersja. Była smaczna i właściwie nie mam jej nic do zarzucenia, ale jednocześnie wyparowało to, czym zachwyciła mnie kiedyś; pojawiło się to, co ostatnio w czekoladach z czymś mi nie pasuje. Miałam wrażenie, że tym razem alkoholowość i rodzynki mocniej narzucały się owocowym nutom. Mocniejszy alkohol (wyraźnie brandy) i zmielone rodzynki tytułowych smaków (czerwonego wina i czerwonych, porzeczkowo-jeżynowych owoców) nie odstępowały ani na krok. Zdecydowanie wolałam wczuć się w samo winne nadzienie. Rodzynki - mimo że takie wmielone to też fajna sprawa - akurat tej kompozycji zaszkodziły. Mieszania alkoholi też nie rozumiem... patrząc na skład obstawiam, że mogli leciutko zmienić proporcje albo to to, że rodzynki zmielono sprawiło, że alkohol także z nich poszedł w krem...? Sama nie wiem. Ta wersja utraciła swoją specyfikę Olivin - nuty wina nie były aż tak wyczuwalne, to bardziej pyszna ogólnie czerwono-wytrawna kompozycja. Może aż tak bym się nie czepiała, gdybym nie znała dawnej.


ocena: 9/10
kupiłam: FoodieShop24
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, czerwone wino Olivin, syrop skrobiowy, masło, brandy z wytłoczyn winogron Olivin, pełne mleko w proszku, rodzynki, suszone czarne porzeczki, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia

PS Zapraszam na aktualizację recenzji masła orzechowego McEnnedy Crunchy Peanut Butter. Miałam o tym wspomnieć wczoraj, przy maśle orzechowym od Sante, ale cóż... starość nie radość, skleroza i te sprawy.

wtorek, 23 marca 2021

Legal Cakes The New Black ciemna białkowa 63 % z czarnymi porzeczkami

Jak batony Legal Cakes zawsze mnie ciekawiły z racji dziwności i tego, że niektóre autentycznie są bardzo smaczne, tak ich czekolady... nigdy. Początkowo mieli tylko dwie z dodatkami: mleczną z ciastkami orzechowymi i białą z malinami, co już sprawia, że to tabliczki niespecjalnie dla mnie. Zrobili je jednak według swoich reguł, a więc ze słodzikiem, z białkiem - no, wszystko, czego unikam w czekoladach. Kiedy wzbogacili ofertę o ciemną, także z tym całym dobrem, wiedziałam, że mnie nie zachwyci. Czekolada na batonach (np. Chiacho, Sneaky) ich roboty nie zachwycała tak, bym chciała ją jako tabliczkę, ale wejście tej zgrało się w czasie z Pacmanem i Yogim, trochę przekornie postanowiłam także ją zakupić. Z najczystszej ciekawości. Dodatkowym argumentem "za" była nazwa kojarząca się z niezłym serialem "Orange Is the New Black". Nie wiem, czy bym to zrobiła, gdybym o zawartość kakao zapytała przed zakupem.
I dopiero po degustacji pomyślałam sobie, że w sumie dobrze trafiło, że zjadłam ją w tak krótkiej odległości od Wedla Premium Gorzka Cząstki Wiśni i Chili.

Legal Cakes The New Black Premium Protein Chocolate to ciemna czekolada proteinowa o zawartości 63 % kakao z Afryki oraz Ameryki Południowej z czarną porzeczką (6,7%).

Gdy tylko otworzyłam folię, poczułam dziwnie znajomy, dość wyrazisty zapach, który w pierwszej chwili nazwał mi się w głowie makowcem i "słodkim proszkiem ryżowym", a potem rozjaśniło mi się tam. To proszek-puder - w sensie, że cukier, którym posłodzono... sezamową chałwę. Być może z fistaszkami. Postawioną obok makowca, bo odchodziła od niej duszno-ziemista nuta, integralna ze słodzikowym akcentem (wyczuwalnym dopiero w tle). Dosłownie czułam stęchławo-drożdżowe ciasto, jak i masę makową. Chałwa na pewno zawierała lekką goryczkę kakao. W tle i już po przełamaniu, w trakcie jedzenia doszukałam się sugestii kawy i taniej polewy, także w "chałwowatym" czymś osadzone.

Na dotyk bardzo ciemna tabliczka była aż szorstko proszkowa. Przy łamaniu trzaskała średnio głośno, choć była bardzo twarda. Nie jak ciemne-kamienne czekolady jednak. Przekrój odsłonił sporo zatopionych w niej kulek liofilizowanych porzeczek. Odgryzając kawałek, miałam wrażenie, że trzeszczy od cukru, jednak skojarzenie to chwilami wydawało się wywołane trafieniem na kruche porzeczki.
W ustach czekolada rozpływała się szybko i tłusto-wodniście, znikając na nic. Była bardzo w tym słodzikowa. Jej tłustość wydała mi się gładka tylko w pierwszej chwili, potem całość robiła się coraz bardziej ziarniście-kryształkowa (efekt kryształków cukru - tu słodziku), proszkowa. W falach "tłustawej wody" pod koniec pojawiała się pylistość. Wszystko to podkręcały suche porzeczki.
Porzeczki w większości były sucho-trzeszczące. Nasiąkały po dłuższym czasie i mimo że wręcz kruche, w trakcie jedzenia, a zwłaszcza pod koniec rozpływania się kęsa, okazywały się soczyste i dość świeżawe (napęczniałe?). Niestety jednak raczej pesteczkowe, niż choćby skórkowo-farfoclowo owocowe. Pesteczki jednak pod koniec przypominały o trzeszczeniu chałwy, choć w dużej mierze nasilały poczucie kryształkowości.

W smaku od pierwszej chwili ruszył silny słodzik. Było więc słodko, choć nie jakoś strasznie mocno, w wyraźnie chłodny sposób.

Prędko dogoniło go skojarzenie z lodami. Lodami na śmietance? Na mleku? Łagodnymi na pewno i... włoskimi! Poczułam pełne smaku lody włoskie (prawdziwe, nie świderki amerykańskie). Tylko że w wydaniu z nutką kakao lub kawy. Pojawiło się skojarzenie z kiepską kakaowo-tłuszczową, mdławą i zimną polewą na lodach na patyku.

Słodko-słodzikowe lody zaczęły mieszać się z pudrowo-słodką, duszną mieszanką. Zadrapały trochę w gardle.
Gdy trafiłam na kęs z dużą ilością dodatku (o to nietrudno), smaki te były ledwo uchwytne, szybciej pojawiała się za to kwaśność owocu i więcej słodzikowo-mącznych, słabiutko kawowych nut.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa (zwłaszcza z mniejszą ilością porzeczek) pomyślałam o niewyraźnie sezamowej (ale jednak) chałwie. Była mdława, lekko mączno-sezamowa i orzechowa jak fistaszki, trochę jak Chiacho, bo i nutka kakao się przy niej obróciła. Pomyślałam też o starym i mdłym, makowcu-roladzie, ale raczej jego cieście... który w dodatku polano polewą kakaową? Czułam zaskakujące echo mleka. i wciąż ciemnopolewową nutę. To wszystko jednak liche i odległe nuty, mieszające się z tłuszczowością.

Polewa obróciła się, zakręciła, kopsnęła lekką cierpkość. Ta wymieszała się ze słodzikiem i przyniosła trochę ziemi i kawy. Ziemistość kręcąc z orzeszkami, zaserwowała odrobinę pikanterii. Dzięki słodzikowi przywiodła na myśl stonowaną lukrecję.

Kawowa ziemia pomogła wydostać się na przód porzeczkom. Były kwaśno-soczyste, ale początkowo mało porzeczkowe, a bardziej jak "suszone owoce leśne". Przecięły słodycz i skupiły uwagę na kawie oraz ziemiście-kwaśnych tonach.
Na koniec poczułam porzeczki bliżej nieokreślone, obstawiałabym raczej czerwone. Dopiero jak czekolada zniknęła, a ja skupiłam się porządnie, rzeczywiście cierpko-kwaśne i już słodsze porzeczki czarne wyłapałam. Wtedy wydały mi się dość świeżawe.

Po zjedzeniu został posmak porzeczek nasilony przez ich obecność w zębach oraz słodzikowo-ostrawy posmak bazy. Było to dość mleczno-chłodne jak lody; trochę mączne, ale też zasładzające i pikantnawe jak za dużo słodziku albo efekt jak po zjedzeniu za zimnych lodów.

Ta tabliczka... była dziwna. To mleczne / śmietankowe lody o rozmaitych, delikatnych smakach w polewie kakaowej... w formie tabliczki. Zaskoczył mnie jej zaskakująco "mlecznawy" (nie w pełni mleczny) smak. Kakao było cały czas wyczuwalne, ale jedynie jako właśnie polewa, nie nazwałabym tej czekolady ciemną. Gorzka nie była, a jej jedyna kwaśność pochodziła od porzeczek. Do nich mam mieszane uczucia. Nie przekonały mnie, bo wyszły kiepsko czarno porzeczkowo, a jednocześnie... nie mam do nich większych zarzutów. Sama czekolada mimo iż jawnie słodzikowa, nie odrzucała przez to - i znów nie mam się do czego przyczepić, mimo że mi taka słodzikowość burzyła czekoladowość zarówno w smaku, jak i w strukturze. Ta bowiem była nieprzyjemna, bo i wodnista, i tłusta. Całość najeżona średnim dodatkiem, ale gdyby nie on, byłoby bardzo źle.
To chyba... dobra jak na słodzikowo-białkową tabliczka, a jednocześnie kiepska czekolada tak ogółem. Jako polewa na batonach Legal Cakes zdałaby egzamin, tabliczka? Nie. Po dwóch całych i trzeciej zaczętej zaczęło mi w niej przeszkadzać tyle drobnych czynników, że odpadłam. Nijakość, ten chłód, struktura i niesatysfakcjonująco czarne porzeczki.
Resztę wepchnęłam Mamie. Nastawiona sceptycznie spróbowała i: "nastawiłam się na ciemną, a tu... w ustach tak szybko, fajnie się rozpuszczała, nie taka gorzka nawet, dość dziwna, ale o samej czekoladzie nawet nie umiem nic powiedzieć. Te porzeczki jakie fajne! Jakby tak puchły aż w ustach, świetne. Tylko nie powiedziałabym, że to czarne, a czerwone raczej, bo w smaku to kwaśne po prostu. I bardzo sycąca, że tak trzema kostkami się nasyciłam, dziwne to też. Co prawda jak kończyłam następnego dnia, już ten element dziwności osłabł, to mi tak nie smakowała, ale wciąż w porządku". I... nastawiła się raczej pozytywnie. Jak na moje oko, to raczej "zgasiłoby" każdą szanującą się ciemną czekoladę.
Można powiedzieć, że to zdrowy odpowiednik Wedla Premium z chili i wiśniami (o innym smaku). Mimo wszystko wolę przystępniejszą strukturę Wedla i to, że dodatki tytułowe dobrze wyszły. Aż śmieszy mnie jednak dziwna mleczność obu.


ocena: 5/10
kupiłam: Legal Cakes
cena: 9,49 zł (promocja; za 75 g)
kaloryczność: 387 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, substancja słodząca: erytrytol; liofilizowane czarne porzeczki, odżywka białkowa (białka serwatkowe, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa)

czwartek, 30 lipca 2020

Cachet Bio Organic 57 % Dark Chocolate Forest Fruits ciemna z Tanzanii z owocami leśnymi: malinami, czarnymi porzeczkami, borówkami / jagodami i jeżynami

Lubię czekolady z ciekawymi dodatkami, ale jednocześnie... czekolada z kawałkami czego nie jest moją ulubioną formą. Dziwne? Przyznaję, jestem dziwadłem. To tak, jak to, że lubię fajne nadzienia, a jednocześnie nadziewane czekolady są mi za mało... czekoladowe. Pod to można też podciągnąć to, że uwielbiam owoce leśne, jednak w kwestii czekolad zawsze boję się, że wyjdą kiepsko, np. będą samymi pestkami czy coś. Z racji tego, jak bardzo lubię Cacheta, tę musiałam mieć.

Cachet Bio Organic 57 % Dark Chocolate Forest Fruits to ciemna czekolada o zawartości 57 % kakao z Tanzanii z owocami leśnymi: malinami, czarnymi porzeczkami, borówkami / jagodami i nutą jeżyn.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam bukiet słodkich owoców leśnych spleciony z palonym zapachem orzechów, w których przewiała się delikatna gorzkość. Z owoców wyraźnie czułam dominujące jeżyny i słodkie truskawko-maliny, trochę ogólnie drobnych ciemnych. Na przód wychylała się trochę cukierkowa jeżyna. Ogólnie jednak wydało mi się to cierpko-słodkie i apetyczne.

Tabliczka w dotyku sprawiała wrażenie dość suchej. Przy łamaniu ładnie trzaskała, ujawniając w przekroju ziarnistość i całkiem sporo drobnych kawałków owoców. Niektóre dziwnie połyskiwały, dostrzegłam wiele pestek.
W ustach rozpływała się powoli, ale nie opornie. Odrobinę miękła, po czym zmieniała się w lepki, gęsty i rozlazły krem, zachowujący formę oraz zostawiający leciutko pylisty efekt. Była dość tłusta, raczej gładka i bardzo w tym wszystkim w porządku. Mimo że miałam wrażenie, iż kryje mnóstwo dodatków, nie zrobił się z niej bezsensownie najeżony zlepek.
Spod czekolady wyłaniały się drobinki owoców w ilości ogromnej, ale niestety niezbyt pozytywnie rozumianej, bo ze sporą ilością pestek. Nie były to na szczęście same pestki, a też trochę farfocli.

W smaku od samego początku przywitała mnie cierpkość, należąca do gorzko-palonych orzechów i czarnej, rozgrzanej ziemi oraz trochę przearomatyzowany motyw słodkich owoców leśnych.

Do obu szybko dołączyła palona słodycz, odlegle przywodząca na myśl likier. Likier wręcz cukierkowo-jeżynowy i likier palono-karmelowy. Alkoholowość jednak odchodziła na tło, gdy na języku pojawiały się dodatki.

Ten pierwszy, a więc niemal cukierkowo-jeżynowy mieszał się ze słodkimi owocami: malinami, budzącymi skojarzenie z truskawkami. Było słodziutko, ale nie sztucznie. Nutka ta wydawała się na stałe zmieszana z czekoladą. Oczami wyobraźni widziałam jasne, tłustawe kremy owocowe. Wywołał to lekko pudrowy charakter jeżyn, oraz zgaszony karmel.

Kawałki wchodziły poprzez zaznaczenie swojego kwasku. Oto przodowały kwaskawo-suszone maliny, z czasem przybierające na słodyczy i soczystości. Zaraz pojawiły się słodko-podfermentowane nuty ogólnie owoców leśnych. W pewnym momencie wyraźnie poczułam cierpko-kwaśne czarne porzeczki. Jagódkowo-porzeczkowy miks przewijał się na tle orzechów i ziemi, by następnie kompozycja złagodniała. Wydawało mi się, że w całości pobrzmiewa też truskawka.

Po owocach sama baza wydała mi się bardziej maślana. Wciąż jak orzechy... więc może trochę nugatowa? A że powagi nie odtrąciła, pomyślałam o karmelowym nugacie z orzechów laskowych, który osnuwa gęstym dym. Myślę, że to taki spory udział pestek podkreślił wszelkie goryczki.

Po wszystkim pozostał posmak troszeczkę landrynkowych, ale i naturalnych jeżyn, wzmocniony jagódkowato-truskawkowym, naturalnym miksem owoców. Nie dała o sobie zapomnieć palono-orzechowa, nie za gorzka, nie za słodka czekoladowość. Wyraźnie pobrzmiewał także kwasek owoców.

Całość wyszła pozytywnie. To, że owoce podkręcono, nie ukryło się, ale było tak zrobione, że nie widzę w tym nic złego. Mało tego, uznałam to za przyjemne. Jednocześnie pestki trochę męczyły. To ciekawe, bo mimo wyraźnie wyczuwalnych, kwaskawych owoców, czekolada wcale taka mocno owocowa nie była. Ogólnie uważam ją za wyważoną w każdej kwestii, przystępną i odpowiednio mało słodką.

Może nie powinnam porównywać (bo kompletnie inne warianty, znaczy się: już sam zamysł), ale z jeżynowych Cachetów wolę Blackberry and Ginger.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,79 zł
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy , tłuszcz kakaowy, kawałki owoców leśnych 1,50% (malina, czarna porzeczka, borówka czarna), lecytyna sojowa, naturalny aromat jeżyny

czwartek, 4 czerwca 2020

Zotter Champagne + Redcurrant / Kir Royale 2019 ciemna 70 % z czekoladowym kremem z alkoholem i kremem z czerwonych porzeczek i nugatu migdałowego z likierem z czerwonych porzeczek oraz warstwą białej czekolady

Nie rozumiem, czym Zotter kieruje się zmieniając ofertę. Wprowadzanie nowości to jedno, ale zastępowanie jednych innymi czasem w jego przypadku jest dla mnie kompletnie bez sensu. Na przykład swego czasu wywalił z oferty czekoladę Blackcurrants in&out (czarno porzeczkową) na rzecz Redcurrants (czerwono porzeczkowej) - a przecież smakowo to dwa różne owoce! Albo Chocolate and Mint (miętowa z nutą truskawek) zamiast Chocolate Mint - miętowej do potęgi z najnaturalniejszą miętową galaretką. No też kompletnie co innego! Malinowych kompozycji z kolei ma strasznie dużo i niektóre wydają się bardzo podobne. No nie rozumiem. I właśnie zostawiając Champagne + Raspberries, wprowadził dzisiaj opisywaną. Mimo że nie przepadam za szampanem i czerwonymi porzeczkami, zakupiłam. Dlaczego? Otóż Marc z szampanii to nie szampan, a winiak w zasadzie. Dowiedziałam się o tym przy Champagne + Raspberries, która zszokowała mnie tym, jak mi posmakowała. Nic nie stało więc na przeszkodzie, by i ta okazała się zacnym kąskiem.
Ten tu Marc z Szampanii został wytworzony przez najlepszego producenta szampanów z certyfikatem Demeter (udaję, że mam jakąkolwiek wiedzę w temacie).
ALE!
Po spróbowaniu zaledwie gryza-dwóch już wiedziałam, że znam tę czekoladę bardzo dobrze. Okazało się, że to przecież... Kir Royale! Nawet opakowanie to samo, ale nie od razu skojarzyłam, bo np. nowa Labooko 70 % Uganda ma opakowanie dawnej  Labooko Congo 70 % . Myślałam, że to też po prostu, że np. podobało się Zotterowi czy coś.


Zotter Champagne + Redcurrant to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana (30%) porzeczkowym kremem na bazie porzeczek, białej czekolady i nugatu migdałowego z likierem z czerwonych porzeczek oraz (30%) czekoladowym kremem na bazie ciemnej i mlecznej czekolady z Marc de Champagne oraz z cienką warstwą białej czekolady.

Po otwarciu poczułam smakowitą woń, natychmiast kojarzącą się z czekoladowo-alkoholowymi truflami. Czekolada o palonym, nieco chlebowo-orzechowym charakterze, odważnie podkreślona mocnym alkoholem mieszała się z delikatniejszą nutką czerwonych owoców.
Wąchając wierzch, kompozycję odebrałam bardziej jak delikatny, owocowy alkohol - jakiś szampan czy likier - bo tu zapach robił się bardziej pudrowo-owocowy i orzechowy / migdałowy.
Po przełamaniu wszystko to się przemieszało, na prowadzenie wylał się słodki likier, podbudowany pudrowo-paloną ekipą.

Tabliczka wydała mi się dość konkretna - czekolada na wierzchu trzaskała przyzwoicie, nic się nie rozwarstwiało ani nie uginało, mimo że nadzienia cechowała pewna plastyczność.
Większa na pewno ciemne, gdyż okazało się nieco maziste i tłusto-gładkie. Odebrałam je jako bardzo wilgotne i zbite.
Z kolei nadzienie owocowe wydało mi się bardziej "rozlazłe w kontakcie", mimo że też zbito-zwarte, jak gęsty krem z suchawą konfiturą - ono bardziej się "rwało" niż maziało.
W ustach czekolada rozpływała się w tłustawo-kremowy sposób, powoli zalepiając za sprawą gładkich smug, które odsłaniały najpierw również gładką, kremowo-tłustą czekoladę białą, a potem nadzienia. Zaczęły rozpuszczać się równocześnie, acz czekoladowe szybciej i spójniej z czekoladą. Owocowe wyciskało się, a potem zalegało. Upuszczało soczystość, a potem dodawało zbitej tłustości, zagęszczonej jak zbity przecier, zalegając tym samym. Gładki ciemny krem nie miał tego problemu, gdyż przypominał mokre, tłusto-wilgotne i zakalcowe brownie.

W smaku ciemna czekolada przywitała mnie szlachetnie gorzkim smakiem o wydźwięku palonym, orzechowo-chlebowym i wymieszanym z również paloną i szlachetną słodyczą karmelu.
Ta dość szybko wzrosła za sprawą czekolady białej, która dodała mleczną nutkę, otwierającą drogę nadzieniom.

Pierwsze zadebiutowało owocowe, przekradając się wraz z mlecznością. Pomogło sobie soczystym kwaskiem cytryny i słodkim likierem - też owocowym. Poczułam owocową nutę niewątpliwie należącą do czerwonych i/lub leśnych. Pojawił się słodko-pudrowy wątek. Poczułam sporo śmietanki i migdały w słodko-delikatnym wydaniu, które dodatkowo nakręcał słodki, rozgrzewający alkohol. Kwasek splótł się ze słodyczą, reprezentując bardzo soczyste, a zarazem pudrowe porzeczki czerwone. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czerwone porzeczki podkreślone cytryną dominowały. Zrobiło się znacząco owocowo-kwaśno, w gardle zaś poczułam ciepło likieru porzeczkowego.

Ten mieszał się z alkoholem zdecydowanie mocniejszym. Płynął z czekoladowego kremu, który również podbił słodycz i kwaśność, ale też ogólną czekoladowość. Cierpkie kakao mieszało się z odległą, łagodniejszą maślano-orzechową nutką. Także ono, samo w sobie, wydało mi się nieco owocowo-kwaśne, ale jakby za sprawą alkoholu - skojarzyło mi się z wytrawnym czerwonym winem oraz wiśniami. Doszukałam się tu niemal cierpko-owocowej rześkości, przy czym język cały czas był rozgrzewany. Klimat tej warstwy był mocniejszy i palony... Niczym przypieczone brownie nasączone alkoholem.

Wszystko to zamykała czekoladowa oprawka o zdecydowanie poważniejszym charakterze, w którym jednak potencjalną głębię zalał alkohol. Czuć i słodko-soczysty likier porzeczkowy, i alkohol mocniejszy. Cierpkość alkoholu i porzeczek z czasem pozostawiała jedynie kakaową, która ostała się jako pylisty efekt.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych czerwonych porzeczek oraz silne poczucie słodyczy i alkoholu - niemal cukrowo słodkiego, jakby osadzonego na ustach. Czułam też karmelowo-orzechową, dość słodką czekoladę, a także cierpkość kakao i owocową. Owoce na koniec sprawiały wrażenie pudrowych i podkreślonych kwaskiem cytryny.

Całość uważam za dobrą, ale przeciążoną, zbyt namieszaną intensywnymi smakami. Wyszło dość mocno owocowo-cierpko, co w dużej mierze było zasługą czerwonych porzeczek i likieru z nich, ale... w czekoladowym kremie ewidentnie czuć, że i sam Marc smakuje cierpko-owocowo... właśnie może porzeczkowo? Wymieszanie dwóch alkoholi sprawia, że nie da się stwierdzić. Szkoda. Zaskoczyło mnie jednak, jak smacznie wyszły tu wyraziste czerwone porzeczki i jak bardzo sprawdziła się tu biała warstwa, dodająca ciemnej, cierpkiej czekoladzie nuty mleka, ażeby wpleść wnętrze do gry. Nie podbiła słodyczy czy mleczności - to kompozycja bardziej wytrawna jak czerwone wino, a więc dość kwaśna, cierpka i obłędnie owocowa (tak, porzeczkowa). Gorzkie nuty czekolady dobrze się tu odnalazły, ale chwilami aż żal mi było, że alkohol przytępiał smak.
Ta czekoladowa warstwa była o wiele lepsza niż w Champagne + Raspberries i nie ukrywam, że wolałabym, by odegrała (wraz z winiakiem Marc, który się w niej znalazł) większą rolę niż likier porzeczkowy.

I właśnie! Nazwa zmieniona, opakowanie nie, tak jak i niektóre wady Kir Royale - jak były, tak są, choć muszę przyznać, że nieco mniej. Nowa wersja była mniej pudrowa i mniej przyprawiona (choćby cynamonu prawie nie czuć). Nie wiem, czy jest tak w każdej nowej, ale u mnie warstwa białej była tylko pod nadzieniem czekoladowym, w starej zaś z dwóch stron - to pewnie przełożyło się na to, że nowa jest nieco wytrawniejsza. Na stronie Zottera warstewka białej jest jednak i z wierzchu, i na dole, ale... mógł po prostu przerzucić stare zdjęcia. Wydaje mi się też, że trochę zmieniono rozmieszczenie składników... A może to wynika z tego, jak niepowtarzalna jest każda tabliczka?


 ocena: 8,5/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70g)
kaloryczność: 506 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, syrop ryżowy, mleko, likier z czerwonych porzeczek, pełne mleko w proszku, Marc de Champagne, odtłuszczone mleko w proszku, suszone czarne porzeczki, koncentrat z czerwonych porzeczek, masło, migdały, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)

środa, 19 lutego 2020

Orion Studentska Zlata Edice biała z makiem, śliwkami, galaretką o smaku czarnej porzeczki i fistaszkami

Po przeczytaniu w książce "Pod prąd", że Biedroń woli białą czekoladę niż ciemną, aż mi się smutno zrobiło (często tak mam, że jak kogoś bardzo lubię i okazuje się, że w jakiejś kwestii mam zupełnie inne zdanie, to mi przykro), ale... przypomniałam sobie, że jedną jeszcze mam. Pomyślałam więc, że uporam się z nią jak najprędzej, by mieć spokój. A może akurat mi posmakuje? Połączenie maku i śliwek od razu kojarzyło mi się bowiem z masą makową, a to jeden z nielicznych tworów, w których przesłodzenie mi nie takie straszne. A gdy jeszcze dołożyć do tego czarną porzeczkę, a więc jeden z moich ulubionych owoców... Starałam się studzić emocje. Wolałam być miło zaskoczona, niż znowu się rozczarować (przypomniała mi się Freihofer Gourmet Blaubeer-Cassis ).

Orion Studentska Zlata Edice Bila Cokolada Svestky Arasidy Mak Z Żele S Chuti Cerneho Rybizu to biała czekolada z makiem (6%), orzeszkami arachidowymi (11%), kawałkami śliwek (9%) i galaretką o smaku czarnej porzeczki (11%).

Po otwarciu poczułam intensywną woń maku w maślano-mlecznej, bardzo słodkiej toni z podejrzanie słodką nutą czarnych porzeczek i wyrazistych fistaszków.

Tabliczka była tłusto-proszkowa już w dotyku, acz konkretna z racji grubości. Nie wydała mi się krucha. Galaretki odebrałam jako twardawe, śliwki również. Żadne z nich nie ciągnęły się.
Wszystkie jednak były należycie wtopione w tabliczkę.
W ustach rozpływała się łatwo i szybko. Cechowała ją tłustość i proszkowość, a mimo to wydała mi się wodnista. Z racji tego, jak ją wypełniono dodatkami, przypominała zwykły zlepek bezsensownej mieszanki różności. Orzeszków i galaretek dodano bardzo dużo, śliwek zaś poskąpiono, a ich kawałki były malutkie.
Mak wyszedł wyśmienicie. Akurat jego ilość uważam za idealną, bo dodano go sporo, ale bez przesady. Chrupał i strzelał, niczym pesteczki fig. Świetnie pasowały do tego śliwki, które jednak mogłyby być lepsze. Postawiono na twarde, wewnątrz nieco wilgotniejsze, ale nie specjalnie soczyste.
W pierwszej chwili twardawe z wierzchu były też galaretki, ale w ich przypadku szybko się to zmieniało. Okazały się soczyste, chętnie rozchodzące się na grudki, jakby były z przecieru i cukru, przy czym całkiem prędko się rozpuszczały. Odebrałam je jako dość jędrne. Trochę lepiły się do zębów, ale nie wyjątkowo irytująco.
Twardawe orzeszki chrupały dzięki solidnemu podprażeniu. Im też nie mam nic do zarzucenia.

Czekolada w smaku wydała mi się głównie cukrowo-maślana, że aż mało wyrazista. Słodka, trochę tylko białoczekoladowa, ale za to.... nasiąknięta makiem.

Duszny, goryczkowato-słodkawy posmak maku czuć od chwili wgryzienia się w kawałek. Potem jego goryczka, lekko prażony element nieco rosły, łącząc się z równie duszno-prażonymi fistaszkami, których akcent się zaznaczył.

Nie musiałam rozgryzać dodatków, by czuć ich smak, jednak owoce w pełni odzywały się dopiero, gdy trafiałam na nie językiem i je gryzłam, wysysając. Tak to wszystko było ciągle tłamszone cukrem.

W zasadzie nie tyle tłamszone... Galaretki bowiem same dodawały przede wszystkim słodycz. Smakowały głównie landrynkowo-cukierkowo. W pierwszej chwili niezbyt jednoznaczne, raczej jak cukierki o smaku owoców leśnych, potem coraz kwaśniejsze... lekko wręcz cytrusowe i... tak, czarno-porzeczkowe. Była to jednak porzeczka w czysto landrynkowym, sztucznym wydaniu.

Śliwki przy tym wyszły mdło, z cukierkowymi galaretkami nie miały szans. Dopiero pod koniec, gdy je podsysałam, podgryzałam i znów podsysałam, upuszczały swój specyficzny smak muląco słodkich, suszonych kalifornijskich. W pewnym momencie, gdy reszta elementów bardziej się już porozpuszczała i pozostawiła scenę śliwkom, ich wnętrze wydało się leciutko kwaskowate.

Fistaszki zaś swoim wyrazistym, czysto-naturalnym smakiem przecinały wszystko, dominując, gdy się z nimi rozprawiałam. Mieszały się z niewyobrażalną ilością cukru i maślanością, przez co końcówka wyszła w pewien sposób ciężko. Porzeczkowe galaretki wyszły przy nich ok, śliwki o dziwo też, za to mak był wypierany przez arachidowość.

W całej tej ciężkości, a także pudrowości i przy posmaku śliwek kalifornijskich jakoś zwróciłam uwagę na to, jak cukier mieszał się z mlekiem w proszku... potem to jednak rozchodziło się, bo moja uwaga była rozpraszana przez mnogość różnych smaków. Cukierkowe czarne porzeczki i cukierkowa kwaśność niemal cytrynowa... tu coś naturalniejszego, tu orzech... Mak rozgryzany na koniec przez cukier też już nie był taki wyrazisty, ale jakoś go czuć.
A wszystko cały czas w cukrze, który pod koniec niemiłosiernie drapał w gardle. Odwracał uwagę od tego, co właściwie ciamkałam.

Po wszystkim pozostało przecukrzenie i cukierkowy posmak porzeczkowych landrynek, kwaśnych galaretek i po prostu sztucznie słodki (że aż mdląco-wykręcający). Wszystko było tu wtoczone w kiepską, "bazową" białą czekoladę i z orzechowawymi wątkami... powiedziałabym, że jak z masy makowej (bo i mak, i orzechy, ale i odrobinka śliwek), z tym że to trochę nadużycie (bardziej życzeniowe skojarzenie).

Obiektywnie nie było źle, tytułowe smaki czuć... Tylko nie mogłam pozbyć się wrażenia, że zrobili z tego mały śmietnik (miałam to samo przy wersji morelowo-malinowej). Śliwki powinny odegrać większą rolę, a orzeszki w tej kompozycji po prostu nudziły. Osobiście nie widzę sensu jedzenia czegoś takiego, więc prawie cała powędrowała do Mamy. Ją zachwyciła, wyjątkowo do gustu przypadła jej kwaśność żelek, acz też narzekała, że śliwek prawie brak. Uznała jednak, że sama czekolada była bardzo dobra, bo "bez tego dziwnego posmaku, co białe zazwyczaj mają" (przypominam, że Mama jada plebejskie słodycze - nie bardzo wiem, do czego się odnosi).


ocena: 5/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 170 g)
kaloryczność: 513 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, 11% galaretki (cukier, syrop glukozowy, woda, koncentrat soku jabłkowego, substancja żelująca: pektyny; kwas: kwas cytrynowy; koncentrat soku z czarnych porzeczek 0,8%, regulator kwasowości: cytrynian sodu, naturalny aromat, koncentraty roślinne: marchew, hibiskus; syrop cukru inwertowanego), orzeszki ziemne, kawałki śliwek (śliwki 76,5%, cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, aromat), mak, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy