Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: korzenny / z przyprawami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: korzenny / z przyprawami. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2026

Turlaj Klopsa Weź Nie Piernicz Pasta Orzech Ziemny o smaku Piernikowym

Przedstawianym kremem zainteresowałam się, bo pamiętałam, że podobny (Primavika masło orzechowe piernikowe) kiedyś wydał mi się smaczny w nieoczywisty sposób. Byłam dobrej myśli do otwarcia dwóch poprzednich tej polskiej firmy, zajmującej się raczej cateringiem niż kremami. Oprócz chwytliwych, pociesznych nazw, kremy mi nie pasowały. W sumie trudno było mi wyobrazić sobie, co tu mogli zepsuć, ale miałam złe przeczucia, podszepnięte przez doświadczenie.

Turlaj Klopsa Weź Nie Piernicz Pasta Orzech Ziemny o smaku Piernikowym to krem z orzechów arachidowych z przyprawami korzennymi / piernikowymi.

Po odkręceniu poczułam intensywny, wyrównany zapach przypraw korzennych i prażonych, solonych orzeszków ziemnych. Wśród przypraw dominowały goździki, gałka muszkatołowa i kardamon, dopiero później zaznaczył się bardziej oczywisty cynamon i imbir. Ogólnie jednak czuć tu mieszankę przypraw, nie konkretne osobno. Mieszankę o poważniejszym, goryczkowato-ostrym charakterze. Arachidy wyszły przy tym neutralnie i średnio mocno prażono. Dopiero gdy uporałam się z olejem, wyłoniła się ich naturalna, średnio wysoka słodycz o lekko maślanych zapędach. Ogólnie słodycz w zapachu nie odegrała zbyt znaczącej roli. Sól zaś trochę się potem ukryła.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju: jakieś 3,5 łyżeczki, które zlałam.
A starałam się zlać tyle, ile się dało. Krem był bowiem wystarczająco tłusto-miękki. Choć gęsty i zwarty, co ujawniło mieszanie, sprawiał wrażenie właśnie bardzo miękkiego w trochę oleistym kontekście. Ciągnął się średnio, za to bardzo się lepił do łyżeczki. Widać w nim dużo drobinek przypraw oraz orzechów.
W trakcie jedzenia potwierdziła się miękkość, a także trochę oleista tłustość. Acz ogólnie krem nie był nazbyt tłusty. Tłustość stała na średnim poziomie. Szczególnie syty też mi się nie wydał, a jednak dość przytykający. W ustach rozpływał się w tempie umiarkowanym, już prawie wolnawo, mocno je zaklejając. Stawał się gęstą zawiesiną o gładko-niegładkiej strukturze. Czasem, nie często, ale jednak, przewijały mi się kryształki soli. Na szczęście, po tym jak zaznaczyły się na języku, rozpuszczały się wraz z masą. Krem był lekko miagzowy ogólnie i punktowo ziarnisty wyraźnie od przypraw, acz na koniec drobinki przeważnie jakoś ulatniały się wraz z masą.
Na upartego można te drobinki na koniec gryźć, acz nie wymagały tego. Okazały się w większości delikatnymi, chrupkawymi punkcikami. Tylko nieliczne były ewidentnie twarde.

W smaku pierwszą poczułam słodycz, nierozerwalnie związaną z maślanym, łagodnym wątkiem. Orzeszki wkroczyły jako właśnie słodkawe, lekko prażone. Przyszło mi na myśl typowe masło orzechowe amerykańskiego typu.

Prażenie odezwało się z lekkim opóźnieniem i od razu zabrało się za wzrost. Osiągnęło tak średni poziom i pobrzmiewało sobie spokojnie, nie narzucając się przyprawom korzennym. A te wkroczyły tuż po nim, jakby to właśnie prażenie otworzyło im drogę.

Przy niektórych zagarnięciach łyżeczką już w tym momencie swoją obecność delikatnie zgłaszała sól. Pojawiała się punktowo. Podkreślała maślaną słodycz, jak również kierowała uwagę na prażenie. Stąd choć nie było bardzo silne, nie dało się na nie nie zwracać uwagi.

Słodycz zajęła sobie miejsce na tyłach i delikatnie, konsekwentnie maślano, stamtąd pobrzmiewała. Choć nie była wysoka, sprawiła, że kompozycja ogólnie miała słodki wydźwięk. Przyprawom zaś ewidentnie zależało na tym, by porządnie się zaprezentować. Sól zaś pokazywała się raczej epizodycznie, acz raz po raz wzrastając.

Z przypraw przede wszystkim czułam ostro przenikliwe goździki, a tuż za nimi goryczkę... chyba ziela angielskiego, ewentualnie gałki muszkatołowej. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach robiło się porządnie, ale nie przesadnie, korzennie-piernikowo. Przyprawy nie starały się zdominować arachidowości. Do już wspomnianych wyrazistszych dołączył słodszy cynamon, niemal rześki (?) kardamon i imbir. Czasem mieszanka przybierała lekko pieprzny klimat. Przyprawy dość często starały się zagłuszać słoność. W opozycji do niej wchodziły w sojusz ze słodyczą.

Przyprawy po tym swym wystrzale, gdy tak ścigały się ze sobą, po paru chwilach zaczęły się mieszać w bukiet bardziej rozmyty. Czułam bardziej ogólną, pikantnie-goryczkowatą i trochę słodką piernikowość niż jakieś konkretne przyprawy. Do tej piernikowości właśnie dobiegły orzeszki.

Arachidowość odzyskała siły do współpracy z piernikowością. Wyobraziłam sobie jakiś arachidowy piernik; nowoczesną alternatywę z mąki arachidowej i masła orzechowego (takiego bardziej typowo amerykańskiego), o zredukowanej słodyczy.

Ta nie odważyła się wyjść na przód, ale cały czas tylko pobrzmiewała. Trzymała się uparcie maślaności, choć i w korzenności się znalazła. Do piernika dołączyły bardziej maślane pierniczki - oczywiście wpisane w prażono-pieczoną arachidowość. Przy niektórych zagarnięciach sól nasilała się w stopniu, który przeszkadzał. Zwłaszcza gdy akurat trafił się kryształek, słoność gryzła się z przyprawami korzennymi i przeszkadzała.

Jak pisałam, na koniec drobinki raczej nie zostawały, ale gdy jakieś na upartego sobie wyszukałam i gryzłam, w większości wydawały się mdłe, nijakie i prawie bez smaku, acz czasem niektóre potrafiły zaserwować niemal kwiatową nutę lub lekką ostrość. Sporadycznie trafiały się też wyrazistsze drobinki prażonych fistaszków.

Po zjedzeniu został silny posmak wyraźnie słonego masła orzechowego arachidowego oraz, w drugiej kolejności, przypraw wraz z drobnym piekącym efektem zaznaczonym na języku. Wskazałabym tu spory udział goździków, imbiru, gałki, może kardamonu. Ułożyły się w pieprzny klimat, acz można było poszczególne przyprawy ponazywać. Orzechowość z kolei zaskoczyła mnie swoją konwencjonalną "peanut butterowość", łącząc słodycz z solą.

Krem był ciekawy i całkiem niezły... Albo byłby taki, gdyby nie sól. Przy wielu zagarnięciach łyżeczką soli wyraźnie nie czuć jako sól. Niestety, czasem trafiała się odważniejsza słoność - i te zagarnięcia mi nie odpowiadały. Wyraźnie wyczuwalna sól tu nie pasowała. Ogólnie jednak podszepnęła arachidom wydźwięk amerykańskiego masła orzechowego, które tańczyło, jak przyprawy mu zagrały. Najpierw było wyrazistsze, potem ustąpiło im miejsca i znów wróciło. Przypraw czułam dużo nieoczywistych, acz na pewno piernikowych. Po prostu nie był to cynamon, a inna, ciekawa mieszanka. Jej ostrość i goryczka niekoniecznie najlepiej pasowała do właśnie masło orzechowego wydźwięku, ale było ok, ciekawostkowo. Osobiście jednak wolę duet fistaszków z cynamonem po prostu. To jednak najlepszy z jedzonych kremów tej firmy.
Przy większości słoika myślałam, że wystawię 7, ale pod koniec cały czas trafiałam na więcej soli i uznałam, że jednak za nic 7 nie wystawię. Beznadziejny mieli pomysł z dodaniem do tej kompozycji takiej ilości soli. O połowę mniej i już byłoby lepiej. Przez pewne problemy związane z zamówieniem, dostałam od firmy drugi słoik "na przeproszenie", ale oddałam go Mamie. Ciekawostkowo taki krem mogę zjeść raz; nie chciałam nawet myśleć o powrocie do niego przez tę epizodyczną słoność.

Mamie bardzo nie smakował. "Spróbowałam go trochę samego, a potem jeszcze jadłam na niesmacznych bułeczkach (Carrefour Classic Bułeczki Mleczne z Kawałkami Czekolady) licząc, że jak to się czasem zdarza, nieprzyjemne z nieprzyjemnym, razem się spisze. Niestety, krem i tak był niesmaczny. Niesłodki, a taki od przypraw aż ziołowy. Zamiast w słodką korzenną pierniczkowość, poszło to w ziołowym, wytrawnym kierunku. A ta sól nie pomogła. Zupełnie takie coś do kremu fistaszkowego nie pasuje".


ocena: 6/10
kupiłam: turlajklopsa.pl
cena: 14 zł za 200g
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy ziemne, przyprawy piernikowe (cynamon, goździki, imbir, gałka muszkatołowa, kardamon, ziele angielskie, pieprz), sól

czwartek, 18 grudnia 2025

Turlaj Klopsa O Ja Piernicze, Ale Dobre Pasta Orzech Nerkowca o smaku Piernikowym

Patrząc na plan degustacji aż uśmiechnęłam się pod nosem, bo dosłownie parę dni przed tym kremem jadłam Sticky Blenders Nerkowiec Czekolada i Pomarańcza z jogurtem właśnie kakaowo-piernikowym. Coś mi do głowy przyszło, że będzie czekoladowy (z pomarańczą) nerkowiec będzie do piernikowych pasować. I proszę! Znowu miały się u mnie spotkać nerkowce z przyprawami korzennymi. Liczyłam tylko, że sól nie będzie wyczuwalna.

Turlaj Klopsa O Ja Piernicze, Ale Dobre Pasta Orzech Nerkowca o smaku Piernikowym to krem z orzechów nerkowca z przyprawami korzennymi / piernikowymi.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach pikantnych, mocno korzennych ciastek. Dominował imbir, ale i cynamonu było sporo, a do tego jeszcze goździki. Zaprezentowały się jako złudnie cukrowe, choć nie mocno słodkie. Goryczka dała o sobie znać, ale trudno było z pewnością określić ją jako kakaową. Podobnie nerkowce - prawie zupełnie się schowały, mimo że to pewnie one stanęły za tak mocno ciasteczkowym klimatem.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju, zlałam niecałe 1,5 łyżeczki, a może ze dwie czy trzy krople wymieszałam. Krem nawet tego nie potrzebował, bo był wilgotny i tłusty w trochę oleisty sposób, mimo że bardzo gęsty. Ciągnął się w średnio zwarty sposób, pokazując sporo drobinek nieco większych jasnych i mikroskopijnych ciemnych. Kleił się do łyżeczki.
W ustach krem wydawał okazał się średnio gęsty. Trochę kleiście zalepiał, i mimo że nie był bardzo masywny, to wręcz przytykał. Rozpływał się w tempie średnio-wolnym. Wyłaniała się z niego rzadkość i tłustość oleju, mimo że czułam też całkiem znaczącą pylistość. Miazgowy efekt stanowił znaczące urozmaicenie. Mieszał się z ziarnistością wyraźnie wyczuwalnych przypraw.
Drobinki nie wymagały gryzienia, ale jak na upartego je gryzłam - lub całą masę - okazały się mieszane: nieco większe miękkie (jasne - orzechy) oraz twarde (ciemne kropeczki przypraw). Masa gryziona lekko trzeszczała w pylisty sposób. Zapewne od przypraw i kakao.

W smaku pierwsza pokazała się delikatna słodycz, by po chwili wzrosnąć i przedstawić się jako naturalna, nerkowcowa. Nerkowce jednak nie zagrzały miejsca na długo, bo swoją obecność zdradziły przyprawy korzenne, a do nerkowców podkradła się mdłość. Początkowo określiłam ją jako "chyba oleju".

Przyprawy ruszyły do boju, aby zawojować kompozycję. Nie przy każdym zagarnięciu tak samo mocno, ale przeważnie dość mocno. Korzenność bardzo, skokowo wzrosła, robiąc się goryczkowato-ostra. Pikanteria zaznaczyła się na języku i rozgrzała gardło. Dominowały dosadne goździki, ale dużo czułam też cynamonu i imbiru.

Początkowo orzechy nerkowca próbowały walczyć o siebie, kurczowo trzymając się na pierwszym planie, który bez skrupułów podbijały przyprawy. Łatwo przyciągały uwagę przez swój piekąco-palący efekt. Nerkowce przez jakiś czas było czuć wyraźnie, ale prędko ta mdło-oleista nuta coraz bardziej im przeszkadzała i zwyczajnie je rozmywała. Po paru chwilach wyraźnie czułam olej.

Odnotowałam też leciutką goryczkę, sugerującą pieprz - gałkę muszkatołową? Wydaje mi się jednak, że to było kakao, ale zmodyfikowane ogromem imperatywnych przypraw. Mdła oleistość i przyprawy nakręcały się nawzajem z racji kontrastu.

Nerkowcowość odpadła. Odeszła na tyły i tam pobrzmiewała jako delikatna maślaność, mieszająca się w jedno z olejem. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach nakierowała przyprawy na ciastka korzenne. Wciąż mocne, ostre i wręcz korzennością gryzące, ale jednocześnie też z maślano-oleistą nutą. Przy niektórych zagarnięciach dominowała oleista mdłość, nie przyprawy. Przy żadnym jednak nie dominowały nerkowce.

Ogrom przypraw korzennych z czasem wręcz przytłaczał. Chwilami jawił się jako dziwnie... ciężko-kurzowy (?). Ostrość aż gryzła, piekła w język. Lekka goryczka jeszcze podkreślała właśnie przyprawy. Czasami szły w ostrzejszą, czasem bardziej w gorzką stronę. Drapanie i pieczenie w gardle raz po raz robiły aluzje do ciastek pikantnych i trochę cukrowych, a do tego zdarzyło się, iż do głowy zawitała mi myśl o wręcz pikantnie drapiących kwiatach, lecz ogólna słodycz nie była wysoka.

Stała za nią bowiem nerkowcowość... tylko że uboga w nerkowcowy smak. W dodatku cały czas trzymała się jej nuta oleju, nijakości - trudna do dookreślenia, ale rozmywająca nerkowce. A ich osłabienie cały czas wykorzystywały przyprawy, by skupiać na sobie uwagę.

Po zjedzeniu za to został posmak wyraźnie nerkowcowy. Wskazałabym orzechy lekko prażone, naturalnie słodkie i maślane. Obok nich zarysowały się jednak także mocne, ostre przyprawy korzenne: goździki, cynamon i imbir. W zasadzie cała złożona korzenna mieszanka, piekąca w język i aż ciężka. Pieczenie w język zniechęcało do wzięcia do ust kolejnej łyżeczki. Acz pojawiało się nie przy każdym zagarnięciu.

Z każdym kolejnym zagarnięciem było coraz gorzej, bo cały czas czułam pieczenie ostrości w język i nerkowce nawet na początku kolejnego zagarnięcia wydawały się mdłe, niedomagające; olej jakoś nie dał się przyprawom - go było czuć.

Krem zupełnie nie przekonał mnie do siebie. Uważam, że był nieprzemyślany. Lubię mocną korzenność, ale nie zawsze ona pasuje. Lubię ją w jogurtach, cieście marchewkowym, ale w kremie z nerkowców smuci mnie, że korzenność zagłusza nerkowce. Nawet kakao przez przyprawy nie było tu zbyt wyraźne. A jego goryczka tylko umacniała korzenność, która już i tak była bardzo mocna sama z siebie. Pieczenie w język i gardło bardzo mi się nie podobało. Dobrze, że sól się nie pokazała. Nie wiem też, po co tam ten olej rzepakowy - chyba dodatkowo osłabiał nerkowce, niczego pozytywnego nie wnosząc. Czuję, że z inną, nie tak mdło oleistą bazą, pikanteria wcale nie wydawałaby się taka wysoka.
Próbowałam jeść sam krem, ale odpadłam po jakiś 10 gramach.

Jako że Sticky Blenders Nerkowiec Czekolada i Pomarańcza wyszedł przyjemnie w korzennym jogurcie, w którym... to ja sama właśnie przesadziłam z pikanterią przypraw. Stąd pomyślałam, że ten krem może jeszcze jakoś wyjść w podobnej kompozycji.
Do jogurtu typu greckiego dodałam łyżkę czekolady w proszku Starbucks Signature Chocolate 70 % Dark & Deep Cocoa i łyżkę kakao w proszku, a do tego jakieś 25g nerkowców, 40g powideł węgierkowych (Łowicz dla Kauflandu) oraz ok. 35g opisywanego kremu.
Krem nie sprawdził się tym zestawieniu, acz przynajmniej tak był zjadliwy. Dodane nerkowce trochę wydobyły nerkowcową nutę z kremu, a kakaowo-czekoladowa baza odrobinę podkręciła kakaową nutę w kremie. Niestety, nie pomogło to w ogólnym odbiorze, bo krem wciąż był mdławy i... dość goryczkowato-pikantny, acz z tym wszystkim bardziej pikantnawy niż pikantny. Stąd i zjadliwy, ale... niesatysfakcjonujący. W zasadzie wolałabym tę kompozycję bez niego, a po prostu z przyprawami dodanymi do jogurtu, więc... to kiepski dodatek.

Większość wcisnęłam Mamie, która opisała: "Strasznie mdły ten krem. Ja w nim olej czuję. Nerkowców nie bardzo, ale ja w sumie nie rozpoznaję danych orzechów w takich kremach. Tu jednak na pewno rozpoznaję olej. Za pierwszym razem, jak łyżeczką zgarnęłam, to nie czułam przypraw. Jak trochę więcej zjadłam, poczułam. Ale nie jakoś strasznie dużo. I aż dziwne, bo większość tych, o których mi mówiłaś, nie lubię. Pomyślałabym, że  będą mi przeszkadzać, ale nie. Przede wszystkim przeszkadzała mi ta mdłość. Strasznie mdły i niesmaczny. Nie chcę go i nie będę kończyć.". Oddałyśmy ojcu.


ocena: 3/10
kupiłam: turlajklopsa.pl
cena: 25 zł za 200g*
kaloryczność: 650 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy nerkowca 97%, olej rzepakowy, kakao, przyprawy korzenne (cynamon, goździki, imbir, gałka muszkatołowa, kardamon, ziele angielskie), sól

*Na stronie widnieje gramatura 235g, na słoiku zaś 200g

piątek, 31 października 2025

krem Grizly Mr. Spooky by MamaDomisha

Ogólnie mogę z dumą powiedzieć, że umiem kierować się rozsądkiem, gdy chodzi o zakupy. Fakt, czasem włącza mi się durnowate chciejstwo, kiedy sobie coś upatrzę i się nakręcę na coś niekoniecznie naprawdę mi niezbędnego, ale nie zdarza się to często. Gdy chodzi o kremy, podobnie jak w przypadku czekolad, wiem, czego chcę i inne, te niemoje zwyczajnie mnie nie ruszają. Czasem mały problem pojawia się tylko w okolicy Halloween. Wtedy to cała czarna otoczka robi na mnie wrażenie. Podobają mi się opakowania i no cóż... Mam słabość do czerni. Mimo że wiem, że takie produkty często są robione tak, by wyglądały, a smak schodzi na dalszy plan. Tak też gdy tylko zobaczyłam obiekt dzisiejszej recenzji, sprawdziłam skład i uznałam, że jest do przyjęcia, a ilość cukru sugerowała, że słodycz nie powinna mnie zabić, zapragnęłam go. A jednocześnie się wahałam. Markę Grizly uwielbiam, ale To właśnie miłość pokazał mi, że ich limitowane kremy mogą nie być dla mnie. Co więcej, ten zrobiono we współpracy z jakąś blogerką i instagramerką MamaDomisha (@mamadomisha). Zarówno ona, jak i jej linia dla mnie były wielką tajemnicą. Taką, której nie miałam ochoty poznawać, bo wyglądała na bardzo nie w moim typie. I w pewnym momencie byłabym gotowa jednak halloweenowy krem odpuścić, ale... Jakoś w końcu wewnętrze dziecko wygrało. I oto jest. A na publikację musiał czekać tyle, że chyba rekord pobił (bo jak go jadłam, miał długą datę (prawie rok), a wydano go na Halloween 2023.

Grizly Mr. Spooky by MamaDomisha Krem Migdałowo-orzechowy to krem z migdałów i orzechów nerkowca z czekoladą mleczną karmelową i czekoladą białą oraz pestkami dyni, strzelającym cukrem i przyprawami korzennymi (pumpkin spice); edycja limitowana na Halloween 2023; wyprodukowany przez Calbuco.

Po otwarciu zapach był znikomy - trochę cukierkowo-korzenny, ciastowaty i mdławy. Wystrzelił dopiero, gdy uporałam się z wierzchem. Wtedy poczułam bardzo słodki zapach marcepanu i bardzo słodkiego, korzennego ciasta marcepanowego. Korzenna pikanteria z cynamonem na czele mieszała się jednak z cukierkowo-landrynkową nutą, że przez myśl raz po raz przemknęły mi cukierki o smaku coli. Czułam też mleczną czekoladę o nieco maślano-karmelowym, łagodnym charakterze oraz ciężkość białej czekolady i trochę migdałów. Po wymieszaniu i w trakcie jedzenia na pewno dołączyła jeszcze lekka wytrawność pestek dyni (ale nie zapach pestek samych w sobie), chyba podkreślona węglem. Za nic nie powiedziałabym, że wącham krem orzechowy.

To, co zobaczyłam po odkręceniu, wystraszyło mnie i zaskoczyło. Na wierzchu wydzieliły się dziwne, białe kulki - zbitki małych białych jakby karmelków. Ostrożnie zaczęłam to szturchać łyżeczką i wyjmować do osobnego słoiczka. Tak, to były szkliste cukierki - jak się zaraz okazało, cukierki strzelające. W ustach rozpuszczały się w tempie średnim porządnie strzelając i pykając. Nie podobał mi się ten efekt, więc cieszę się, że większość "wyszła" na wierzch, dzięki czemu mogłam się tego pozbyć. Wyszło tego z 15 gramów, acz i tak nie udało mi się zgarnąć wszystkich. Na wierzchu było też trochę oleju - na oko niecała łyżeczka, więc resztę wraz z tym olejem już wymieszałam. Nie jednak dokładnie, że na dnie zostało trochę suchawego kremu bez tych cukierków. W trakcie jedzenia co większe, wybierałam mini widelczykiem.
Mieszanie było średnio trudne, bo krem w sumie łatwo się mieszał, ale był miejscami podeschnięty i zbity. Cechowała go gęstość, acz nie jakaś nadzwyczajna. Mimo podeschnięcia, dał się poznać jako wilgotny i wręcz plaskający. Pojawiła się w nim oleistość, a do łyżeczki się kleił. Ciągnął się średnio. Widać w nim leciutki miazgowy efekt, powiedziałabym, że niezwiązany z kawałkami cukierków.
W ustach krem rozpływał się w tempie umiarkowanym. Był gęsty, ale łatwo rzedł na tłusto-pylistą zawiesinę, dając się poznać jako miękki. Czuć w nim lekką miazgowość, ale jednak raczej nie od kawałków orzechów a szklistych, twardych cukierków, a także wysoką pylistość. Podgryzany krem wręcz rzęził i trzeszczał, skrzypiał. Zaklejał usta na chwilę, a potem łatwo rzedł, wykazując tłustą czekoladowość. Wydał mi się bardzo tłusty w sposób czekoladowo-maślany, ale nie ciężki. Tam, gdzie był gładszy, gdzie było mniej kawałków cukierków, też zdarzało mu się lekko pykać i jakby bąbelkować. Im więcej zagarnęłam kawałków cukierków i im kawałki były większe, tym strzelanie to było mocniejsze. Zostawiłam część z nimi, by poznać ten efekt - kiedy cukierków zebrało się dużo, czułam dosłownie bombardowanie języka. A w dodatku gdy trafiły się spore cukierki - to było dosłownie jak fajerwerki w ustach, że raz czy drugi wydało mi się to trochę bolesne. Osobliwe odczucie - mnie się nie podobało.
Kilka cukierków pogryzłam - trafiłam na dwa typy: szkliście twarde, chrupiące oraz bardziej miękko-skrzypiące i klejące się na chwilę do zębów. Podczas gryzienia strzelanie było jakby trochę powstrzymane, słabsze.
I tak przy kremie niezbyt przemieszanym raz strzelanie było sporadyczne i nasilające się, raz dużo słabsze, a raz było silniejsze, że aż ratowałam się wypluwaniem cukierków.
Krem zostawiał pylistą suchawość w ustach, mimo tłustości. 

W smaku pierwsza zaszarżowała słodka czekolada i ostry cynamon. Mleczna czekolada po chwili zrobiła się bardziej maślano-mleczna w ciężki sposób, charakterystyczny dla białej. Czuć więc duet mlecznej i białej, przy czym biała była mocno dominująca. Smakowo to właśnie czekolada - biało-mleczna - dominowała.

Do ostrego cynamonu dołączył imbir i ogólna, rozgrzewająca korzenność. Przyprawy rosły odważnie, że w pewnym momencie wystraszyłam się, iż zagłuszą orzechy. Za białą czekoladą zaplątało się marcepanowe echo i pomyślałam o białej czekoladzie nadzianej marcepanem, acz takim z aromatem migdałowym.

Nerkowce odezwały się szybko i zaskakująco jednoznacznie. Ciepłe przyprawy podkręciły lekko prażoną nutę orzechów, a same nerkowce mieszały się z maślanością i łagodnością czekolad. Przy nerkowcach czekolady wyszły bardziej maślano - pomyślałam o maślanym karmelu. Maślaność nerkowców w harmonii mieszała się z mlekiem, że całość wyszła zaskakująco mlecznie.

Przyprawy korzenne cały czas były mocno wyczuwalne, choć na pewien czas odrobinkę się wycofały. Nerkowce podążały tuż za czekoladowością. Za jej sprawą rosła słodycz nieco za mocno.

Do nerkowców z ociąganiem dołączyły migdały. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji, migdały zaprezentowały się z poważniejszej strony. Trzymało się ich jednak dziwne echo - chyba węgiel raz po raz jako on sam się zaznaczał. Musiały też być podprażone, bo wpisywały się w ciepło. Nagle wyobraziłam sobie korzenny marcepan, który wchodził w strefę... niemal wytrawną. Z zaskoczeniem poczułam wytrawniejszy motyw dyni. Podkreślił migdały, ale przy nim marcepan wyszedł jeszcze bardziej olejkowo.

Kumulacja orzechowych nut sprawiła, że czekolady straciły na jednoznaczności i przemieszały się ze sobą, co nie wyszło na dobre. Słodycz wydała mi się nieco przesadzona, a korzenny splot z przewagą tym razem imbiru, a cynamonem i resztą dopiero za nim, splatając się z białą czekoladą, chwilami zahaczał o rzygowinowy akcent. 
Gdy zaś zagarnęłam więcej cukierków, słodycz podskakiwała drastycznie, a one raz czy drugi skierowały myśli ku ostrej coli. Miks ten odciągał uwagę od nerkowcowo-migdałowej bazy. Przy cukierkach aromat migdałowo-marcepanowy wydawał się jeszcze sztuczniejszy.

Cukierki strzelające smakowały cukrowo-sztucznie. Mdło, trochę mlecznie-karmelkowo, trochę jak "o smaku coli" z tym cynamonowym echem. To, jak strzelały, podkręciło poczucie pieczenia w język pikantnych przypraw i aromatów.

Po zjedzeniu został cukrowy posmak mieszanki za słodkich czekolad, z przewagą białej, i cukierkowo-landrynkowy, zmieszany z ostrą korzennością. Cynamon i imbir trochę piekły w język wraz z tym strzelającym efektem. W tle pojawił się węgiel, maślane nerkowce i echo migdałów z olejkowym, sztucznym marcepanem. Czułam się przesłodzona, a usta miałam rozgrzane korzennością. Sztuczność olejku marcepanowego i strzelających cukierków bardzo doskwierała.

Krem był ciekawy i dziwny, to pewne. Nie mogę powiedzieć, by mi bardzo smakował, ale niesmacznym też nie mogę go nazwać. Na pewno jestem przeciwna dodawaniu strzelających cukierków do kremów orzechowych. Mi przeszkadzały - efekt strzelania bardzo mi się nie podobał, a i w smaku nie wyszły najlepiej. Dobrze więc, że tak mi się na wierzch w większości wydzieliły. Rozumiem jednak, że niektórzy mogą lubić takie urozmaicenia - wtedy takie ich wydzielenie się to raczej wada, bo trudno całość wymieszać. Zaskoczyło mnie, że olej prawie się nie wydzielił, a masa miejscami była ryzykownie suchawa. Konsystencja i forma więc na minus ogólnie na pewno, ale przynajmniej pasta była gęsta i miazgowa. Miała więc jakieś pozytywy. 
Zapach był bardzo dziwny - jedzeniowy, ale sztuczny. Dałam powąchać Mamie - jej bardzo się podobał. Ja czułam i przyjemne, i nieprzyjemne nuty. Najważniejszy smak był złożony, interesujący, ale na pewno nie taki, do którego chciałabym wrócić. Dobrze, że nerkowce i migdały czuć, przy czym zdziwiło mnie, że nerkwocom udało się przeważać. I nawet dynię poczułam! Szkoda, że gdzieś w tle, ale przynajmniej dodała zbawiennej wytrawności. W zasadzie nawet węgiel odrobinkę coś w smaku wniósł! Ogólnie jednak dominowały przesłodzone czekolady i przyprawy. Nie podobało mi się połączenie białej i mlecznej, zwłaszcza przy tak dominujących zapędach pierwszej. W ogóle bym z niej zrezygnowała (obstawiam, że dodali ją, bo biel łatwiej zabarwić na czarno?). Przyprawy wyszły z nimi nie najlepiej - cały korzenny splot był ostry, ale to smakowo nie byłoby najgorsze, gdyby nie to, jak ta pikanteria łączyła się z innymi wątkami. Skojarzenie z colą czy to, jak razem ze strzelającym efektem cukierków gryzły w język, to dla mnie spory mankament. Krem wydał mi się w dodatku przerysowany - aromat migdałowy dodał silnej marcepanowej nuty, co wyszło całkiem ok, ale znów - z innymi wątkami to jakoś tak za dużo tego wszystkiego. Jak już musiał się tu ten aromat znaleźć, wolałabym go mniej. Jeszcze jak się jadło, marcepan jawił się w miarę ok, ale jak przestałam - sztuczność zrobiła się nieprzyjemna.
Jako dziwo-ciekawostka może być, może i na Halloween to całkiem fajna limitka, ale jako krem orzechowy już gorzej. Na raz byłoby lepiej, a ja niestety miałam słoiczek na 2 razy. Gdy ciekawostkowość uszła, wady bardziej dawały się we znaki. Pół punktu przyznałam za pomysłowość, wariactwo, dziwność - może ktoś lubi coś takiego. Do Halloween coś takiego - jako halloweenowy psikus? - w sumie pasuje.

Myślałam, że uda mi się go wcisnąć Mamie, ale nie posmakował jej i jednak nie chciała. Opisała: "on taki nawet smaczny, orzechowo-słodki, ale nieokreślony. A jakby przearomatyzowany, wręcz perfumowy. Jakoś mi się z anyżkiem w smaku bardzo kojarzył. Za to zapach ma na pewno piękny, niczym marcepan i makowiec w jednym, bardzo ciastowo-słodki. Sam jak sam, na herbatnikach się sprawdził, choć trudno go było na nie... nałożyć, bo o rozsmarowaniu to trochę trudno mówić. Jak raz czy drugi trafiłam w nim na tego cukierka jakiegoś, to w pierwszej chwili pomyślałam, że kamień, a potem strzelać zaczęło, to sobie przypomniałam, że to te cukierki. Dziwny dodatek, do kremu niezbyt pasuje, do Zozoli tak".


ocena: 5,5/10
kupiłam: grizly.pl
cena: 34,99 zł za 250g
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 44,4% łuskane migdały; 25,7% orzechy nerkowca; mleczna karmelowa czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, suszone odtłuszczone mleko, karmelizowany cukier 1,5%; emulgator: lecytyna sojowa; aromat, ekstrakt paprykowy, naturalny aromat waniliowy), biała czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, suszone pełne mleko, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy), łuskane nasiona dyni, strzelający cukier 1,5% (cukier, syrop glukozowy, laktoza, regulator kwasowości: dwutlenek węgla); barwnik: węgiel roślinny; aromat migdałowy, mieszanka przypraw "pumpkin spice"

czwartek, 2 października 2025

krem Naughty Nuts Cinnamon Roll Bio Mandelmus

Na krem tej niemieckiej, nieznanej mi dotąd, marki trafiłam zupełnie przypadkiem. Potem szukałam innych i spotkałam się z niesamowicie wysokimi cenami ze względu na sprowadzenie. Miałam więc szczęście, że jakoś tak przypadkiem na niego trafiłam. Bardzo spodobało mi się bowiem to, co zobaczyłam. Obecnie słodkie bułeczki cinnamon roll byłyby mi na pewno za słodkie i za tłuste do zjedzenia, jednak pomysł na taką słodką bułeczkę, zamysł nadal mi się podoba. Kiedyś jadłam GymBeam Cashew Butter Cinnamon Rolls, jednak też nie był tym, co by mi się widziało. Prawdę jednak mówiąc, nie wiem, jak bym widziała idealny krem inspirowany tymi wypiekami.

Naughty Nuts Cinnamon Roll Bio Mandelmus to krem z migdałów i orzechów nerkowca z cynamonem, słodzony sproszkowanymi daktylami; stylizowany na słodkie bułeczki cynamonowe "cinnamon rolls".

Po otwarciu poczułam intensywny zapach ciepło-ostrego cynamonu, osłodzonego złudnymi nutami karmelu i czekolady mlecznej. Wyszły ciepło i lekko wręcz drapiąco-piekąco. Po przemieszaniu i w trakcie jedzenia w nich właśnie ujawniały się trochę daktyle, ale ogólnie naprawdę w bardzo udany sposób udawały karmel i czekoladę. Czekoladowość napędzały też prażone migdały lekką goryczką i motywem drzew. Migdały również cechowała intensywność, jednak dopuściły do głosu też znacznie łagodniejsze, ale wyraźne nerkowce. Te wplotły lekką mleczność i akcent maślanej masy na ciasto.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się dużo oleju - postarałam się zlać całość, czyli prawie 5 łyżeczek. Pod koniec zlewania zrobiło się trochę trudniej, bo wierzch był dość ruchomy (parę kropelek oleju już wymieszałam). Gdy zabrałam się za mieszanie, okazało się, iż znacząco ruchomy, wręcz płynny był dosłownie sam wierzch, a reszta niby ruchoma, ale znacznie gęstsza. Jedynie na dnie trafiłam na suchszą część, ale dosłownie chwilowo. Zaraz pozmieniała się w grudki i łatwo rozmieszała.
Krem wyglądał na idealnie gładki i ciągnął się w nieco gumowy sposób. Skojarzył mi się z gęstym smarem. Wyglądał na miękki i znacząco tłusty.
W trakcie jedzenia na chwilę wydawał się gęstnieć i zalepiał bardzo mocno. Okazał się zaskakująco zbity i wręcz przytykający. Nie odpuszczał zbyt chętnie i rozpuszczał się bardzo, bardzo powoli. A w sposobie, w jaki to robił, było coś dziwnego. Cały czas wydawał się tak samo zalepiający i gęsty, ale po prostu... w ustach robiło się go coraz mniej aż po pewnym czasie po prostu znikał. Był średnio tłusty w miękko-oleisty sposób i idealnie gładki. Nie brakowało mu gęstości, jednak nie był zbyt masywny. Sprawiał wrażenie trochę gumowego i dziwnie wysuszającego.

W smaku najpierw poczułam łagodną, niemal mleczną słodycz orzechów nerkowca splatających się z odważnym, ciepłym karmelem.

Karmel rozkręcił słodycz w mocniejszym, dosadniejszym kierunku. Za nim przemknęły mi daktyle, ale nie były jednoznaczne. Karmel splótł się z nerkowcami, pożyczając od nich trochę mleczności i nagle podrzucił skojarzenie z mleczną czekoladą i czekoladą karmelową. Słodką, maślaną i szlachetną. Daktyle miały w tym swój udział, ale trzeba się ich było doszukiwać; jako one same bardzo się ukrywały.

W cieple jakby karmelu leciuteńko zgłosił swą obecność cynamon - nieoczywisty, trzymający się tyłów.

Po paru chwilach weszły prażone migdały. Były wyraziste i jeszcze się rozkręcały, na moment zdominowały kompozycję. Przełamały słodycz, wprowadziły drzewny motyw, a gdy ta na chwilę jakby straciła czujność, w jej dosadność wgryzł się cynamon. Najpierw głównie słodki, potem słodko-pikantny, aż wreszcie ostro-gorzkawy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach ostro-gorzkawy cynamon przy wsparciu jakby nieco drzewnych migdałów znów przypomniał o czekoladzie mlecznej, ale ta już nie była tak jednoznaczna. Pomyślałam raczej o... cynamonowych bułeczkach ozdobionych, polanych lekko czekoladą. W nich ukrył się motyw prażenio-wypieczenia, a w czekoladzie leciutka goryczka (to chyba połączenie migdałów i cynamonów stworzyły takie iluzje).

Nerkowce wróciły jako właśnie maślano-mleczna, cynamonowa bułeczka. Czułam motyw masy na ciasto, co z cynamonem faktycznie układało się w wizję cinnamon roll. Tylko że w wersji nie aż tak przecukrzonej, a za to mocarnie cynamonowej. Było bardzo słodko, ale w ciepło-szlachetny sposób. Cynamon chwilami wydawał się bardzo władczy. Może nie zagłuszył reszty, ale zagościł na pierwszym planie.

Sposób... ciepło-piekący? Końcowo daktyle wreszcie wyszły bardzo wyraźnie. Ich piekący aspekt słodyczy odnalazł się przy pikanterii cynamonu. Razem aż nieco piekły w język i gardło.

Po zjedzeniu został posmak przede wszystkim ostrego, goryczkowatego cynamonu, ale też wyrazistych prażonych migdałów. Ostało się echo okołoczekoladowe, łączące w sobie karmel i w którym ujawniały się daktyle. Acz nie jednoznaczne. Nerkowce pobrzmiewały jako maślano-mleczny, ciastowo-bułeczkowy motyw. Układało się to trochę w bułeczkę z czekoladą, wysmarowaną czekoladowym kremem. Było bardzo słodko i ostro, trochę piekąco-drapiąco.

Krem był bardzo dobry i bardzo, bardzo interesujący. Ciastowo-bułeczkowe nerkowce i prażone, jakby nieco drzewne migdały, które wraz z daktylami zaobfitowały w skojarzenie z czekoladą mleczną i karmel to zacny splot, który zwieńczył cynamon. Prażone migdały i cynamon świetnie nakręcały motyw wypieczenia bułeczki. Za nic nie powiedziałabym, że dodano cynamon cejloński - a że nie lubię cejlońskiego, podobało mi się. Jego ilość uważam jednak za trochę ryzykowną, mimo że uwielbiam dużo cynamonu, czasem ponoć z nim przesadzam i jestem przyzwyczajona do goryczkowato-pikantnych nut, jednak w tym kremie trochę tego wszystkiego było za dużo. Łatwo o skojarzenie z bułeczkami cinnamon roll. Zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, gdy chodzi o cynamonowość. Nie lubię cynamonu cejlońskiego i jego rześkich, niemal cytrusowych nut, a ten tu cynamon wyszedł słodko-ostro, ciepło i bardzo pozytywnie.
Konsystencja takiego zalepiająco-przytykającego, gumiasto-ciągnącego smaru niezbyt do mnie przemówiła. Ogół wyszedł na tyle specyficznie, że choć normalnie na raz zjadam jakieś 125-200 gramów kremów orzechowych, tego wystarczyło mi 115g i czułam się trochę przytłoczona i najedzona (jadłam w dwóch podejściach).

Cały czas wahałam się, co mu wystawić. Mam parę bardzo subiektywnych ale (zwłaszcza co do przytykającej konsystencji), więc myślałam o 8, jednak smakowo tak umiejętnie udawał tytułowe bułeczki i miał tak piękny, naturalny skład, że aż trudno w to uwierzyć, więc w sumie jak na ten wariant to chyba i na 9 zasłużył.


ocena: 9/10
kupiłam: bee.pl
cena: 33,88 zł (za 250g)
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone migdały 44%, prażone orzechy nerkowca 44%, sproszkowane daktyle, cynamon cejloński w proszku 3%

poniedziałek, 8 września 2025

Dobry Orzech Pasta z Orzechów Włoskich z Miodem i Cynamonem

Gdy spisywałam daty kremów, jakie zamówiłam od Dobrego Orzecha, najpierw się wystraszyłam, że jednego brakuje, jest jakiś inny i rzuciłam się, by sprawdzić fakturę, czy też na pewno wszystko dobrze kliknęłam przy zamawianiu. Czy przez nieuwagę kupiłam większą wersję?! Ale nie, była mała. Czyżby się pomylili? Dali większą w ramach miłej niespodzianki? Tak czy inaczej uśmiechnęłam się, choć nie ukrywam, że co do tego kremu byłam trochę sceptyczna i obawiałam się go. Niby wszystko, co lubię, ale... wiedziałam już, że pasty z orzechów włoskich są dość specyficzne. A cynamon w kremach orzechowych potrafi różnie wyjść (choć źle wychodził tylko w połączeniu z białą czekoladę). A do tego zawsze podchodzę ostrożnie do produktów z miodem.

Dobry Orzech Pasta z Orzechów Włoskich z Miodem i Cynamonem to krem z prażonych orzechów włoskich z z miodem wielokwiatowym i cynamonem.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach orzechów włoskich, przy których w pierwszej chwili wyraźnie zaznaczył się miód, a cynamon dopiero po chwili. Zaczął jednak coraz bardziej zawłaszczać sobie scenę, jakby starając się zagłuszyć miód. Zdradzał goryczkę, dopasowując się do orzechów włoskich i podszepnął im pikantnie-czekoladowe echo. Ze względu na słodycz, ale w trakcie mieszania i jedzenia nie jednoznaczny zapach miodu samego w sobie, to cynamon wydawał się tu odpowiadać za wysoką słodycz.

Na wierzchu nie wydzielił się olej, więc nie miałam nic do zlewania. Wydzielił się dopiero po paru dniach, gdy nałożyłam sobie porcję (połowę), a słoik odstawiłam do lodówki.
Gdy zaczęłam mieszać, krem okazał gęsty i konkretny. Na szczęście jednak nie suchy. Wręcz przeciwnie - wykazywał oleistość i plaskał, kojarząc się z zawilgoconym biszkoptem. Widać w nim sporo drobinek orzechów oraz kropeczek cynamonu. Krem starał się zachowywać zwartość, zbijał się w wilgotne grudki, nie ciągnął się. Wykazywał też lepkość.
W trakcie jedzenia chwilowo jakby lekko gęstniał i zalepiał usta. Lepkość podwyższył miód. Sprawił jednak też, że krem zaraz odpuszczał i rozpuszczał się w średnim tempie, stając się bardzo miękkim. Gęstość przechodziła w jedynie gęstawość, a potem zawiesinowość. Krem nie był miazgowy, ale gładki też nie. Czuć drobinki cynamonu i sporadycznie pojedyncze orzechów. Masa była jakby... grudkowato-papkowa? Tłustość okazała się trochę oleista, ogólnie wysoka i ciężka. Pomyślałam o zbyt tłustym, wilgotnym cieście, które w ustach zmienia się coraz bardziej w papkę, zawiesinę i przytykał.
Krem pod koniec trochę ściągał i zostawiał zarówno otłuszczone usta, jak i suchawe wrażenie w ustach.
Drobinki nie wymagały gryzienia, ale jak już jakieś uparcie wyróżniłam i pogryzłam były to: niemal czarne i twarde kropeczki (cynamonu?) oraz miększe i trzeszczące drobinki orzechów.
W całej masie trafiłam na kilka małych i miękkich grudek zgęstniałego miodu oraz kilka drobinek lekko krystalizującego się miodu.

W smaku najpierw poczułam orzechy włoskie i szczyptę cynamonu, który może okazać się ostry, ale nie musi. Nie ostrość, nie goryczkę, a splot ogólnie łagodniejszy, mimo że wyraźny.

Za nimi dopiero po chwili zaznaczyła się delikatna słodycz miodu. Miód wyłonił się wyraźnie, po czym zostawił słodycz na średnim poziomie, a sam częściowo utracił jednoznaczność. Raz po raz przemykała miodowa kwasowość.

Włoskie zaprezentowały się z łagodnej, wręcz słodkawej strony. Goryczka pojawiła się jedynie jako subtelna sugestia. Umacniały się w swej łagodności, a jednocześnie ich smak nasilał się. Czułam orzechy prażone minimalnie, bardzo świeże.

Miodowość sama w sobie zdawała się ukrywać, a jak się pojawiała, to falami. Często, choć nie przy wszystkich zagarnięciach, pobrzmiewała jako miodowo-tania kwaskawość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach cynamon nasilił się bardzo znacząco. Wysunął pikanterię i zdradzał gorzkość. Przejął to od włoskich - to on zdawał się w kompozycji najcharakterniejszym i rozgrzewającym elementem.

Przy mocnym cynamonie orzechy włoskie wydawały się trochę wręcz maślane. Słodycz podpięła się pod pikanterię i rozgrzewanie cynamonu. Cynamon z czasem na nowo bardziej wyłonił miodowość samą w sobie, acz ogólnie słodycz wysoka nie była. Ani w sumie jakoś jawnie mocno miodowa, a tylko sporadycznie. Nieprzyjemna kwaskawość wyłaniała się z większą łatwością. Z nią jednak cynamon zasugerował ciepły ton orzechów w cynamonie i czekoladzie (mlecznej i dziwnie soczystej?).

Po zjedzeniu został posmak gorzkich i jednocześnie lekko słodkawych orzechów włoskich obok ostro-goryczkowatego cynamonu. Ich słodycz mieszała się z motywem miodu - zaskakująco jak na miód wielokwiatowy mało słodkim, a robiącym aluzje do kwasku.

Krem niby nie był niesmaczny, ale mnie nie chwycił mimo że kocham orzechy włoskie i cynamon. Coś mi w nim bardzo nie grało. Miód idący w kwasowość wszystko psuł. Cynamon był intensywny - i dobrze. Orzechy włoskie nie dały się przygłuszyć, też były wyraziste i zaskakująco łagodne zarazem - też zacna sprawa. Słodycz mimo że była, nie narzucała się, a dopasowała - i to też na plus. Miodowość jednak wyszła... dziwnie (miało miodowo, chwilami kwaskawo). A kompozycja zwyczajnie nie zachwycała, mimo że trudno mi znaleźć większe, jaskrawe wady. Nie pasowała mi też ta ciastowo-papkowa, nieprzypominająca kremu orzechowego, konsystencja, ale po Diet-Food Walnut Cream Bio Krem z Orzechów Włoskich wiem, że kremy z orzechów włoskich właśnie mniej więcej tak wychodzą. Raz, ciekawostkowo, nałożoną połowę zjadłam, trochę się męcząc pod koniec, ale wiedziałam już, że nie chcę tego więcej. I nie przychodziło mi do głowy nic, z czym miałabym ochotę ten krem jeść.

Nie miałam ochoty skończyć drugiej połowy, więc oddałam Mamie. Jej opinia: "Jak sam spróbowałam to bardzo niesmaczny przez ten kwasek taki. Jakby jakieś... jabłka? I tani miód, faktycznie. Taki najtańszy wielokwiatowy. Bo tak to czuć orzechy włoskie, potem cynamon i goryczkę orzechów na koniec i w posmaku. Ten miód dziwny, wszystko psuje. Dziwnie się go na ciastka nakłada i rozsmarowuje. Jak jadłam z ciastkami Vitanella Wielozbożowymi, to mi ten krem w taką dziwną gorzkość szedł. Orzechów, cynamonu, ale nie tylko jakby. Lubię i orzechy włoskie, i miód, i cynamon, ale ten krem jest dla mnie okropny, niezjadliwy. I nawet nie umiem wymyślić, do czego mógłby pasować". 


ocena: 5/10
kupiłam: dobry-orzech.pl
cena: 23 zł za 180g
kaloryczność: 635,7 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy włoskie 90%, miód wielokwiatowy 9%, cynamon 1%

sobota, 30 sierpnia 2025

krem Ruda Kita Chai Masala | Orzech Ziemny, Migdał Crunch

Może niezbyt fortunnie wybrałam porę na jedzenie tego kremu, bo ostatnimi czasy wszystkie nowe poznawane, okazywały się przesłodzonymi rozczarowaniami. Miałam ochotę na dobry, mocno orzechowy krem, a jednak... Nie wiem dlaczego, ale ten mnie do siebie przywołał. Obstawiałam, że będzie słodki, ale obiecywana przez producenta eksplozja smaków i smakowa podróż do Indii... nie brzmiała zacukrzająco nieprzyjemnie.

Ruda Kita Chai Masala | Orzech Ziemny, Migdał Crunch to chrupiący krem z prażonych migdałów i orzechów arachidowych z mieszanką przypraw chai masala oraz kawałkami migdałów; słodzony.

Po otwarciu przywitał mnie intensywny zapach słodkich, lekko prażonych i dosłownie odrobinkę solonych fistaszków. W ich słodycz wpisała się nuta jakby rześkiego karmelu oraz słodkie migdały, podążające za nimi. Te nie były zbyt jednoznaczne, ale do nazwania. W dodatku same w sobie słodkie, a... gdy krem mieszałam i czasem też w trakcie jedzenia, jednocześnie lekko solone. Słodycz orzechów, mieszając się z prażeniem i karmelową nutą, przełożyła się na myśl o jakiś miodowych preclach. Raz po raz przemykała też wanilia. Wyraźnie czułam także ciepło przypraw, tworzących indyjski klimat, ale mających w sobie również coś z piernika. Czułam na pewno sporo ostro-soczystego imbiru i słodkiego cynamonu, jak również wytrawniejszy, goryczkowaty duet pieprzu i gałki muszkatołowej. Ogół mimo wysokiej słodyczy, to właśnie wytrawnością bardziej zwracał uwagę.
Po uporaniu się z olejem przyprawy i sól przybrały na znaczeniu, ale nie zdominowały kompozycji.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju. Zlałam prawie wszystko, czyli 2 łyżeczki. Dosłownie odrobinkę już przemieszałam. Przydało się to, ale nie było niezbędne. Krem był bowiem tłusty, trochę z widocznie oleistym efektem. Cechowała go lepkość i średnia gęstość, a mieszanie trochę utrudniały średniej wielkości kawałki migdałów. Skumulowały się na wierzchu, ale były w całej masie - z  tym, że na dole mniej. Po przemieszaniu więc się wyrównało i ich ilość uważam za sowitą, ale jeszcze nie przesadzoną. To wciąż krem z kawałkami, a nie jakiś zlep kawałków. Wciąż dało się raz po raz zagarniać sam krem, bez nich.
W ustach krem okazał się miękki i chwilowo leciutko gęstniejący, ale ogólnie średnio gęsty; nie był zbity. Czuć wysoką, oleistą tłustość, ale też konkret, masywność. Kawałki migdałów zdawały się trochę pospieszać rozpuszczanie się i na pewno niwelowały zalepianie. Krem próbował na chwilę zalepiać, ale szybko odpuszczał. Rozpływał się w tempie średnim, ujawniając chropowatość i proszkowość przypraw, a także znikomą miazgowość, która zatracała się w przyprawach.
Na próbę raz czy drugi trochę pogryzłam masę. Wtedy lekko trzeszczała.
Kawałki migdałów wolałam gryźć, gdy baza się rozpłynęła. Były twarde i chrupiące, a także nieco suchawe. Nie trafiłam na kawałki ze skórkami.
Drobinki okazały się przyprawami i chrupkawymi kawałeczkami orzeszków i migdałów, także ich mikroskopijnymi skórkami. Niektóre z drobinek gałki i kardamonu albo pieprzu były nieco pokaźniejsze i dało się je wyraźnie chrupnąć.

W smaku od razu poczułam wysoką słodycz cukru kokosowego. Dał się poznać jako rześko-karmelowy. Mimo rześkości, wprowadził ciepło. W słodycz wpisywały się również fistaszki. 

W słodycz po sekundzie czy dwóch na moment wkradła się lekka mydlaność. Zaraz jednak przyprawy ruszyły na podbój kompozycji i mydlaność okazała się ostro-ciepłym imbirem. Wydał mi się robić aluzje do soczystości, ale jednak osiadł w ciepełku przypraw. A te, nie szarżowały, a właśnie taki cieplutki, przytulny klimat przybrały. Imbir wprowadził wytrawniejsze gałkę muszkatołową i pieprz. Robiło się bardzo indyjsko.

Wytrawniejszy, indyjski motyw przypraw na pewien czas jakby trochę odłączał się od rosnącej, ciepłej słodyczy karmelu. Ta była dosadna, ale na szczęście głęboka i niebanalna.

Orzeszki ziemne nasiliły się. Okazały się naturalnie słodkie i lekko prażone, czym dopasowały się do ciepłego wydźwięku przypraw. Z lekkim ociąganiem ujawniło się migdałowe echo. Migdały mieszały się z fistaszkami, gdyż też były lekko prażone i bardzo słodkie w naturalny sposób.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach cały czas rosnąca słodycz wzbogaciła się o wanilię. Wanilia pokierowała przyprawy w bardziej piernikowym kierunku. Rosła korzenna pikanteria. Przewinęły się goździki, kardamon, ale też jeszcze więcej pieprzu i imbiru. Słodycz zaczęła rozgrzewać w gardle, a przyprawy umocniły to poczucie. Goździki i anyż aż gryzły czasem w język. Co ciekawe, przysłoniły prażoność orzeszków i migdałów.

Arachidy i migdały jawiły się przy tym wszystkim jako słodziuteńkie i prażone znikomo. Prawie cały czas dominowały orzeszki ziemne, tylko gdy podgryzałam sporadycznie kawałki migdałów, oczywiście podkręcały właśnie migdałowość. Rzadko jednak gryzłam je "obok masy", bo nie wykorzystywały wtedy całego swojego potencjału - nie miały siły przebicia i zostawały w tyle za przyprawami. Mimo to, kawałki wtopione w masę nawet niegryzione trochę rozganiały słodycz.

Przyprawy miały epizody silniejsze i słabsze. Przy niektórych zagarnięciach migdały wywalczały w nich silniejszą ostrawą wytrawność. Subtelny akcent skórek migdałów miał w tym swój udział.

Korzenność łączyła w sobie indyjskie, orientalne klimaty z piernikiem, rozgrzewając porządnie, ale nie przytłaczając. Goździkowo-pieprzna ostrość potrafiła zaznaczyć się w gardle. Wysoka słodycz za to już trochę przesadzała. Natłok słodyczy przypraw, w tym wanilii i karmelu trochę męczył. Sól epizodycznie wydawała się gdzieś w oddali przemykać, ale w zasadzie była ukryta. Sporadycznie do głowy przychodziły mi jakieś przyprawione, miodowe precle oraz migdały i fistaszki oblane karmelem (nie karmelizowane). Fistaszki końcowo dominowały znacząco, a jako że słodycz zrobiła się bardzo wysoka, ocierały się o arachidowy nugat.

Gryzione na koniec kawałki migdałów to kompletnie zmieniały. Zerowały słodycz, ale nie pikanterię przypraw. Gdy zabierałam się za kawałki, lekko prażonym, słodkawym migdałom udawało się wyjść przed fistaszki i prawie przygłuszyć wszystko inne. Na kawałkach nie było skórek.

Po zjedzeniu został posmak słodkich, lekko prażonych arachidów i migdałów (to, które dominowały zależało od tego, jak dużo akurat zagarnęłam kawałków migdałów) oraz cała gama ostrych przypraw w klimacie indyjskim. Cynamon, imbir, pieprz, gałka muszkatołowa i goździki połączyły słodycz karmelu z domieszką wanilii z pewną wytrawnością i goryczką. Słodycz trochę aż drapała w gardle, ale przyprawy starały się to ograć, fundując ogólne poczucie drapania, rozgrzania. W posmaku odnalazło się też słonawe echo.

Krem uważam za bardzo ciekawy, jednak dla mnie trochę za słodki. Słodycz aż drapała i przytłaczała, acz muszę przyznać, że i tak w tej kompozycji nie było z tym tak źle. Miała towarzystwo, które nadało jej charakteru. Przyprawy, mimo iż pikantne i wyraziste, zrobiły tu kawał dobrej roboty. Rozgrzewały, przypiekały, ale nie zagłuszały orzechów. Czuć głównie arachidy, ale i migdały się pokazały. Ciekawe, że przyprawy wydobyły ich naturalną słodycz, a trochę schowały prażony element w swym cieple. Czuć dużo różnych przypraw, a nie tylko oklepany cynamon, i rzeczywiście łatwo pomyśleć o Indiach.
Wolę wersje gładkie niż chrupiące, jednak tutaj kawałki wyszły w porządku. Było ich sporo, ale nie za dużo, nie zaburzały kremowości. I na pewno trochę tonowały słodycz i zapędy pikanterii, wydobywając też migdałowy wątek z bazy.


ocena: 7/10
kupiłam: rudakita.pl
cena: 29 zł (za 200g)
kaloryczność: 561,4 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały prażone 44%, orzechy ziemne prażone 28%, kawałki migdałów 15%, cukier kokosowy, cynamon, kardamon, imbir, gałka muszkatołowa, goździki, anyż, pieprz, wanilia, sól

wtorek, 13 maja 2025

Dobry Orzech Pasta z Orzechów Brazylijskich Czekolada-Cynamon

Lubię co jakiś czas poznawać nowe marki kremów orzechowych. Cieszy mnie więc, że pojawia się ich coraz więcej oraz że ja raz po raz trafiam na te kompletnie mi nieznane. Choć przede wszystkim zachwycają mnie 100% z orzechów, cenię kreatywność i lubię też próbować opcji nieoczywistych. Marki Dobry Orzech od razu zamówiłam parę wariantów i, czym sama siebie zdziwiłam, akurat tak się trafiło, że ani jednego kremu z samych orzechów. Zacząć postanowiłam od niby bezpiecznego, ale jednocześnie niezwykłego. Nie jestem wielką fanką orzechów brazylijskich - tak żeby sobie kupić i zjeść, miałam z nimi do czynienia raz w życiu. Spoko, ale wolę całe mnóstwo innych. Kremu z nich nie jadłam nigdy. Nawet jakoś specjalnie ich nie widziałam (acz mogłam nie zwracać uwagi). Ten był więc z tego powodu ciekawostką. Cynamon parę razy pokazał mi, że w kremach orzechowych wychodzi kiepsko, ale w sumie w tych, w których mi nie leżał, wystąpił z białą czekoladą. Tu nie. I właśnie w sprawie samej czekolady - o ile normalnie nie rozumiem mieszania mlecznej z ciemną, tu nie umiałam zająć stanowiska. Byłam po prostu zaintrygowana. 

Dobry Orzech Pasta z Orzechów Brazylijskich Czekolada-Cynamon to krem czekoladowo-cynamonowy z orzechów brazylijskich.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach migdałowo-orzechowy, kojarzący się z migdałami i orzechami w cynamonie i czekoladzie. Przede wszystkim cynamonie, ale czekolada też miała sporo do powiedzenia. Mocniej wybijała się mleczna, acz nie za słodka. Czułam jednak wyraźnie też cierpkość kakao. Całość miała ciepły wydźwięk.

Na wierzchu nie wydzielił się olej, co mnie zdziwiło.
Choć krem wyglądał na podeschnięty, pierwsze trącenie łyżeczko pokazało, że do suchości mu daleko. Był miękko-tłusty i wręcz plaskający podczas mieszania. Na pierwszy rzut oka, pierwsze zagarnięcie, cechowała go średnia gęstość, jednak potem okazało się, że miejscami był prawie płynny. Trochę się ciągnął i lepił. Było w nim coś z rozpuszczonej czekolady. Już gołym okiem widać drobinki.
 
W trakcie jedzenia potwierdziła się miękkość i tłustość kremu. Zupełnie jednak opadło złudzenie gęstości i kremowości. Był tłusty w oleisty sposób, a do tego wodnisty. Wykazywał miękkość, a jego tłustość wydawała się rosnąć i rosnąć. Zalepiał usta tylko na sekundę czy dwie, po czym rozpływał się dość szybko, mocno rzednąc. Bardzo przeszkadzała mi jego oleistość i wodnistość. Okazał się proszkowy, ale nie miazgowy, mimo pojedynczych drobinek jawnie orzechowych. Obstawiam też proszkowość cynamonu. Początkowo czarne punkciki wzięłam za np. czekoladę w proszku, jednak co większe, okazały się twarde jak kamień. Trafiła mi się też jedna większa kamiennie twarda czarna blaszka nie do pogryzienia. Oprócz niej 3 kamienne kawałki jasnobeżowe. A kawałków większych niż mikroskopijne było jeszcze parę - takich jakby podrobionych płatków migdałowych. Te dodały całości trzeszcząco-skrzypiącego elementu. Wyszło to jak trochę zagęszczony krem zrobiony z oleju, skremowany olej z wodą - coś takiego. Po zjedzeniu zostałam też z nieprzyjemnie otłuszczonymi ustami. Osobliwe, nie przemówiło to do mnie za nic.

W smaku pierwsze poczułam czekolady. Przewodziła mleczna, ale zaskakująco łagodnie słodka. Dopiero za nią subtelnie zaznaczyło swoją obecność kakao, acz jeszcze nie gorzkość.
Ciemna czekolada była bardzo wycofana.

Orzechowość szybko wkroczyła do gry. Do głowy przyszły mi migdały wymieszane z bliżej nieokreślonymi, bardziej łagodnie-słodkawymi orzechami i wodą. Prażony motyw zaznaczył się przy nich, ale jakby nie śmiał się do nuty migdałów zbliżyć. To jakby... surowe, bardziej maślane migdały? Wyobraziłam sobie migdały aktywowane, namoczone wodą z wyczuwalną wodnistością.

Prażoność minimalnie podbiła gorzkawość ciemnej czekolady. Wciąż jednak do gorzkości było daleko. Obrała więc inną taktykę - wprowadziła ciepło. Wypłynął cynamon. Przez myśl przemknęły mi czekoladowe, miękkie pierniczki w wersji migdałowej, lecz zaraz zniknęły i pojawiły się migdały i orzechy w cynamonie i czekoladzie. Były słodkie prawie w punkt; no, może ciut mocniej.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach ta wizja była niezwykle jednoznaczna. Dominowały migdały w cynamonie i mlecznej czekoladzie, ale jakby należały do jakiejś mieszanki, gdzie znalazły się też orzechy w czekoladzie ciemniejszej i cynamonie. Może jakieś fistaszki? Wszystkie raczej łagodnie nieprażone. Łagodność umacniała mleczna nutka czekolady. Niestety jednak wkradła się w to mdłość oleju i wody. Pomyślałam o jakiejś orzechowej wodnistości, orzechowym oleju, rozrzedzających smak od wewnątrz.

A jednak nie to, że prażoności nie czuć, ona po prostu jakby odcięła się od migdałowego wątku. Była i trzymała sztamę z cynamonem. Tego nie pożałowano. Nasilał się, nasilał, łącząc drobną goryczkę ze słodyczą i z coraz pokaźniejszą pikanterią. Przeplatała się z głównie mleczną czekoladą, a chwilami wychodziła przed czekoladowość, by potem zatonąć w jej słodyczy. Cynamon z czasem podkreślił migdało-orzechowość bazy. Uszlachetnił też słodycz, ale wraz z jego ciepłem wydawała się już ryzykownie silnie-grzejąca.

Po zjedzeniu czułam się, jakbym zjadła właśnie migdały w cynamonie i mlecznej czekoladzie, acz z akcentem jakiś łagodniejszych, maślanych orzechów i cierpkością, a także wątkiem oleju. Cierpkość połączyła kakao z cynamonem i... chyba też orzechowość?

Całość wyszła intrygująco, gdy chodzi o smak i nieprzyjemnie oleiście-wodniście, gdy o konsystencję. Mimo że prażenie czuć, orzechy brazylijskie udawały nieprażone migdały - kremowi brak więc wytrawnych zapędów większości kremów migdałowych. Jednocześnie nie smakował oczywiście jednoznacznie migdałowo. Jednak... wizja migdałów w cynamonie i mlecznej czekoladzie była silna. Cynamonu nie pożałowano i pokazał się z naprawdę zacnej, rozgrzewająco-pikantnej strony, ale bez przegięcia. Ciemna czekolada jednak niestety tylko pobrzmiewała, puszczając przodem mleczną. Mimo to, na szczęście nie było za słodko. Słodycz stała na średnim, choć wyraźnym, poziomie. Niestety przez to wszystko przeplatała się nijaka oleistość i wodnistość. 
Zupełnie nie pasowała mi tak miękko-tłusta, w dużej mierze lejąco-oleista konsystencja. Proszkowość zamiast miazgowości mnie nie przekonała, a kamienne kawałki potępiam.

Z tego co poczytałam (już w trakcie jedzenia), kremy z orzechów brazylijskich są bardzo tłuste i oleiste, nie przypominają kremów, a leją się. Czyli... ten Dobrego Orzecha i tak chyba jak na taki był zagęszczony (czekoladami) jak się dało. I były czynniki (proszkowość), odciągające uwagę od tłustości. Na czysto tłustość mogłaby być okrutna? Mam żal do producenta, że nie pomyślał, że może tak tłuste orzechy nie nadają się na krem. Może lepiej by to wyszło, gdyby orzechy zmieszano z innymi albo migdałami? Smakowo mimo wszystko efekt całkiem zacny (choć wolałabym przewagę ciemnej czekolady), no ale ta konsystencja... Sprawiała, że aż chwilami zastanawiałam się, czy nie wystawić 6 (no ale jeśli to specyfika kremów z brazylijskich...).


ocena: 7/10
kupiłam: dobry-orzech.pl
cena: 33 zł za 180g
kaloryczność: 648,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy brazylijskie 70%, ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii), mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii), cynamon